Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 350 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 18 min Lektor: Anna Apostolakis

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 18 min Lektor: Anna Apostolakis

Opis ebooka Bokserka - Grażyna Plebanek

Kobieca przyjaźń, nieoczywiste związki, życie jako nieustająca walka – długo oczekiwana nowa powieść Grażyny Plebanek!

Przyjaźń i boks to źródła siły dla Lu i Sprite. To historia poprowadzona z impetem, energetycznie i świadomie. Dotyka współczesnych problemów, takich jak miejsce dzisiejszej Polski w Europie, stereotypy i uprzedzenia, z jakimi się spotykamy i które utrwalamy. Opisuje pozytywne postawy wobec Polaków, jak i Polaków wobec "obcych", ale obnaża też polski rasizm.

Bokserka to portret pokolenia ludzi, dla których podróżowanie i mieszkanie za granicą nie jest „zdradą ojczyzny”, dla których mobilność jest równie naturalna, jak korzystanie z Googla, czy sieci społecznościowych.

Kalejdoskop barwnych mieszkańców położonej w centrum Europy Brukseli, reprezentantów różnych kultur, światopoglądów, narodowości, kolorów skóry.

Opinie o ebooku Bokserka - Grażyna Plebanek

Fragment ebooka Bokserka - Grażyna Plebanek

Grażyna Ple­ba­nek

BOK­SER­KA

Co­py­ri­ght © Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Ha­li­nie, Ance Ś., Jaśkowi, Wojt­kom, Maćkowi, An­drze­jo­wi

Dwie dro­gi w żółtym le­sie szły w dwie różne stro­ny:

Żałując, że się nie da je­chać dwie­ma na­raz

I być jed­nym podróżnym, stałem, za­pa­trzo­ny

W głąb pierw­szej z dróg, aż po jej zakręt od­da­lo­ny,

Gdzie wzrok niknął w gęstych krza­kach i ko­na­rach;

Po­tem ru­szyłem drugą z nich, nie mniej cie­kawą,

Może wartą wy­bo­ru z tej jed­nej przy­czy­ny,

Że, rza­dziej używa­na, za­ra­stała trawą;

A jed­nak mogłem skręcić tak w lewo, jak w pra­wo:

Tu i tam ta­kie same były ko­le­iny…

(Ro­bert FrostDro­ga nie wy­bra­na, tłum. S. Barańczak)

I PÓŁNOC, POŁUDNIE

Zsu­wała majt­ki, gdy za­sko­czył ją ten dźwięk. Nie­win­ne wi­ro­wa­nie, ta­niec przed­mio­ci­ku. Znie­ru­cho­miał u jej stóp (brązowe sznu­ro­wa­ne buty, zna­ko­mi­te na podróż). Ni­ja­ki gu­zik, który właśnie się skądś urwał. Jak to jest – pomyślała – stra­cić łączność z całością, odpaść, zo­stać na swo­im, na zim­nej podłodze to­a­le­ty na sta­cji Eu­ro­sta­ra w Lon­dy­nie?

Pod­niosła go i wsunęła do kie­sze­ni. Do­pie­ro kie­dy za­pi­nała su­wak dżinsów, przyszło jej do głowy, że to chy­ba nie jej gu­zik. Mu­siał należeć do kogoś, kto był w ka­bi­nie obok. Wstrzy­mała od­dech, ale przez dmu­cha­nie su­sza­rek do rąk nie mogła wyłowić żad­ne­go dźwięku zza prze­pie­rze­nia. Ciało spięła trud­na do wytłuma­cze­nia re­ak­cja – chciała wy­sko­czyć z ka­bi­ny, za­pu­kać do tam­tej, wytłuma­czyć, że oto, proszę, coś pani od­padło… Za­cisnęła gu­zik w dłoni. Tam pew­nie ni­ko­go nie ma, a gu­zik ode­rwał się od jej własnej kurt­ki, tyle że od wewnętrznej stro­ny.

Coś jej mówiło, że to nie­praw­da. Gu­zik należał do kogoś in­ne­go, a do niej się prze­tur­lał, ze wszyst­kim, co wi­dział.

Lu wy­sunęła ręce spod dwor­co­wej dmu­cha­wy. De­ner­wo­wało ją, że nig­dy nie su­szyły się do końca, a może była zbyt nie­cier­pli­wa i za­wsze wyj­mo­wała dłonie, cho­ciaż wciąż były lek­ko wil­got­ne. To dla­te­go, że za­wsze się spie­szyła. Tak było, kie­dy z kimś podróżowała, jak­by czuła się zo­bli­go­wa­na, by nie zo­sta­wiać to­wa­rzy­szy podróży zbyt długo sa­mych, nie robić wrażenia, że odłącza się od sta­da. Wie­działa, że i tak to w końcu od­kryją, a wte­dy będą ją próbo­wa­li za­trzy­mać, oswoić, wy­per­swa­do­wać (głębsze więzi są lep­sze od po­wierz­chow­nych, głęboki kon­takt war­tościow­szy od chęci pęta­nia się sa­mo­pas).

Kie­dy podróżowała sama, nie zda­rzało jej się spie­szyć, a jeśli tak, to się z tego śmiała. Do­pa­dała pociągu w ostat­niej chwi­li, a po­tem w ko­ry­ta­rzu wy­py­ty­wała współpasażerów, czy je­dzie w do­brym kie­run­ku. Kil­ko­ro ob­cych za­sy­py­wało ją in­for­ma­cja­mi, gdzie ma wysiąść, zda­rzało się, że po­ma­ga­li nieść bagaż. Ale dziś tyl­ko na chwilę wy­rwała się w sa­mot­ność, tu, do to­a­le­ty na dwor­cu Eu­ro­sta­ra. Po dru­giej stro­nie me­ta­lo­wych drzwi cze­kał na nią mężczy­zna. Wie­działa, że kie­dy siu­siała, ese­me­so­wał do żony.

Jej mężczyźni za­czy­na­li często zda­nie od: „bo ko­bie­ty…”. Wście­kała się. Ja­kie ko­bie­ty?! Sta­wia­li ją w rzędzie z ko­bie­ta­mi ich przeszłości, z jakąś ogólną ko­bietą o za­ma­za­nych ry­sach twa­rzy, która „robi to”, a „nie robi tam­te­go”. Jej biały mężczy­zna po­dej­rze­wał, że Lu chce mieć dziec­ko, w jej wie­ku wszyst­kie ko­bie­ty za­czy­nały czuć pro­kre­acyj­ne mro­wie­nie. Jej czar­ny mężczy­zna po­tra­fił się pie­nić, że ko­bieta ma okres przez trzy dni, a nie pięć; jeśli trwa dłużej, to zna­czy, że ona kłamie, wszyst­kie ko­bie­ty kłamią. „Twój nig­dy nie­kończący się okres” – zżymał się, bo nie mógł jej wte­dy tknąć, on, muzułma­nin.

Co­kol­wiek by zro­biła, jak bar­dzo byłaby inna, osob­na, i tak stała w cie­niu tej ogólnej ko­bie­ty, ko­bie­ty roz­piętej między okre­sem a głodem poczęcia, abs­trak­cyj­nej jak Biały kwa­drat na czar­nym tle Ma­le­wi­cza, ko­bie­ty, którą mężczyźni do­brze zna­li. Sa­mej Lu nie do­strze­ga­li. Szko­da, bo by­li­by dum­ni, że są właśnie z nią. A tak pod­nie­ca­li się, że są z ko­bietą.

Spoj­rzała w łazien­ko­we lu­stro, zie­lon­ka­we oczy wyrażały za­in­te­re­so­wa­nie, o które by się w tej chwi­li nie po­dej­rze­wała. Nie pierw­szy raz zda­rzało jej się za­uważyć, że wygląda le­piej, niż się czu­je. Cho­ciaż w środ­ku się mie­siło jak w be­to­niar­ce, z lu­stra pa­trzył na nią wzrok pełen cie­ka­wości. Cie­ka­wość, Cu­rio­si­ty kil­led the cat – pomyślała, prze­cze­sała pal­ca­mi brązowe kręcone włosy i za­sunęła su­wak skórza­nej kurt­ki (pu­szy­sta kępka nici po urwa­nym wewnętrznym gu­zi­ku pod­frunęła od po­dmu­chu su­szar­ki włączo­nej przez ko­bietę, która wyszła z to­a­le­ty obok, ale Lu od­kryła brak gu­zi­ka do­pie­ro po dru­giej stro­nie kanału, na dwor­cu w Bruk­se­li. Kit­ka przy­po­mi­nała ogon Ava­ta­ra, dzięki któremu stwo­rze­nia od­naj­dują po­ro­zu­mie­nie).

– Ile masz lat?

– A co cię to ob­cho­dzi?

Lu po­wie­działa to po pol­sku, nic dziw­ne­go, że nie zro­zu­miał i uśmiechnął się sze­ro­ko. Mówił coś szyb­kim fran­cu­skim, te­raz ona nie ro­zu­miała, ale bąbel­ki ener­gii, którą ema­no­wał, waliły w nią za­pa­miętale, wi­działa twar­dość jego mięśni, szczotkę włosów w ko­lo­rze fry­tek. Pot spływał jej między pier­sia­mi, mężczy­zna mu­siał to za­uważyć, dla­te­go tu przy­szedł. Stał te­raz bli­sko i zli­zy­wał kro­pel­ki wzro­kiem.

– Masz ręka­wi­ce? – za­py­tał, a ona ucie­szyła się, że zro­zu­miała. Od­grze­wała fran­cu­ski, który pamiętała ze szkoły. Kie­dy po fran­cu­sku mówili Po­la­cy, wśród których pra­co­wała, ciężar pol­skie­go ak­cen­tu czy­nił słowa swoj­ski­mi. Ale tu, w bruk­sel­skim klu­bie bok­ser­skim, mówiło się in­a­czej, obcy zaśpiew od­da­lał sens słów.

– Nie, jesz­cze nie kupiłam.

Obok nich stanął szczupły Ma­ro­kańczyk i zaczął opla­tać ręce żółtymi owi­ja­cza­mi. Pa­trzyła jak urze­czo­na na pre­cyzję jego ruchów.

– Masz, włóż te. – Tre­ner znów stał przed nią.

Za­nim zdążyła za­re­ago­wać, wziął jej dłoń i nabił na nią czer­wo­no-czarną bok­serską ręka­wicę, po­tem drugą. Były wil­got­ne od środ­ka, ciepłe od cu­dze­go potu. Zaczęło jej bić ser­ce, strasz­nie szyb­ko. Za­czer­wie­niła się, na­gle za­chciało jej się płakać.

– Voilà! – Za­cisnął rze­py wokół jej prze­gubów.

Ręka­wi­ce unie­ru­cha­miały dłonie żela­znym chwy­tem. In­stynk­tow­nie pod­niosła ręce do twa­rzy – gdy­by chciała je uwol­nić, mu­siałaby ręka­wi­ce ściągać zębami. Ale Lu nie miała za­mia­ru się ich po­zby­wać. Chciała zo­stać w nich, jak długo się da, chłonąć przez skórę pot po­przed­ni­ka.

Kie­dy zdjęła je dwie go­dzi­ny później, dłonie pach­niały ob­cym, walczącym fa­ce­tem. Śmier­działa wysiłkiem, chciała tak śmier­dzieć. Czuła na rękach cu­dze ciepło, które te­raz należało do niej.

– No, po­wiedz. Co to za hi­sto­ria? Dziś mi po­wiesz?

– Mu­si­my mieć cały wieczór. I muszę się na­wa­lić.

Lu zwo­dziła Spri­te, ale na­prawdę nie mogła się przemóc, żeby zacząć o tym mówić. Poza tym była nie­uf­na, do­pie­ro nie­daw­no po­znała praw­dzi­we imię tej dziew­czy­ny. W klu­bie, gdzie dziew­czyn było rap­tem kil­ka, chłopców i mężczyzn kil­ku­dzie­sięciu, wszyst­kie nosiły prze­zwi­ska, które dawał im tre­ner. Nada­nie przy­dom­ka było ro­dza­jem bok­ser­skie­go chrztu. Lu zo­stała na­zwa­na Lu, bo kie­dy tre­ner za­py­tał, jak ma na imię, po­my­liła się i za­miast tego od­po­wie­działa, gdzie miesz­ka: „Ave­nue des Ne­rviens”.

– Ave­nue Lo­uise? – nie zro­zu­miał. – Ave­nue Lo­uise, tak ci na imię? – par­sknął. Od tej pory na­zy­wał ją Lo­uise, w skrócie Lu. Spri­te na­prawdę miała na imię Avril. Dla­cze­go do­stała aku­rat taki przy­do­mek, nikt nie wie­dział. Kie­dy sama Spri­te próbowała pro­te­sto­wać, tre­ner, aku­rat czymś zajęty, rzu­cił nie­uważnie:

– Wo­lisz być Ja­ma­ican Beer?

– Coś ty.

– To o co cho­dzi?

Jak miała tej świeżo po­zna­nej dziew­czy­nie zwa­nej Spri­te opo­wie­dzieć swo­je życie? A jed­nak za­ry­zy­ko­wała.

Aha, ich tre­ner na­zy­wał się Ric­ky, cho­ciaż nie był Ame­ry­ka­ni­nem.

– Je­stem jak mat­ka na­tu­ra, nie znoszę pust­ki – po­wie­działa Lu do Spri­te, gdy już się do niej prze­ko­nała.

Tak na­prawdę Spri­te zwie­rzyła jej się pierw­sza i to ośmie­liło Lu, która była w ta­kim mo­men­cie życia, że za­cho­wy­wała się jak skotłowa­ny gry­zoń, który chce wszyst­kich kąsać. Czuła się tak w środ­ku, ale oczy­wiście na zewnątrz wyglądała znacz­nie le­piej, dla­te­go lu­dzie do niej lgnęli. Nie wie­dzie­li, co nosi w środ­ku ani że w każdej chwi­li może bryznąć czymś pa­skud­nym.

Hi­sto­ria Spri­te była przej­mująca, będzie się prze­pla­tała z opo­wieścią Lu nie­uchron­nie, bo te dwie dziew­czy­ny uczyły się wal­czyć ra­zem.

Lu zaczęła od tego, że opo­wie­działa Spri­te, jak się zna­lazła w Bruk­se­li. Po­tem wróciła do tego, jak po­znała swo­je­go mężczyznę.

– Tego żona­te­go? – upew­niła się Spri­te.

Lu po­nu­ro po­ki­wała głową.

– Mów o nim „ko­cha­nek” – pod­sunęła Spri­te po namyśle. – Bo jak ma żonę, to taki on twój, jak i mój.

Spri­te wszyst­ko pre­cy­zo­wała, co Lu złościło, bo miała ochotę na sze­ro­kie jak rze­ka pojęcie „mój mężczy­zna”. Ko­ja­rzyło jej się z bo­ga­tym nur­tem życia, porządną, a nie naskórkową obec­nością. A tyl­ko taką – naskórkową – mógł jej dać.

– Ta­kie­go, jak jesz­cze kie­dyś za­dam się z żona­tym. – Lu za­cisnęła pięści.

Spri­te od­sunęła z twa­rzy włosy, a Lu wpa­trzyła się w po­ma­rańczo­we pa­smo, które tchnęło opty­mizm w czerń po­zo­stałych. Ko­lo­ro­wy ko­smyk i oczy Spri­te to był nie­sa­mo­wi­ty miks po­go­dy i cie­ka­wości, tej sa­mej, którą Lu chciałaby wi­dy­wać u sie­bie, ale nie mogła, bo wi­dy­wała się głównie od środ­ka, skąd wy­kluła się jej opo­wieść.

Trzy lata wcześniej

Nie czuła stóp – to był znak, że ciało od­ma­wiało kon­tak­tu z tą kra­iną. Cho­ciaż miała ciepłe buty, pu­chową kurtkę i inne ele­men­ty ubra­nia, które po­zba­wiały ją ko­bie­cości i upo­dab­niały do resz­ty miesz­kańców Północy, pal­ce jej zdrętwiały. Wcześniej to się nie zda­rzało. Bywało, że bie­gała tu z gołą głową, bez sza­li­ka, ko­kie­to­wała krótki­mi spódni­ca­mi czy bra­kiem maj­tek, co roz­grze­wało chłopców, z którymi się spo­ty­kała, ale nig­dy zim­no nie pod­pełzło do niej tak bli­sko.

Czy to dla­te­go, że była słab­sza? Pod­czas ostat­nie­go po­by­tu tu­taj w jej życiu zda­rzyło się coś strasz­ne­go. Myślała, że so­bie ra­dzi, prze­cież była dziel­na, wszy­scy jej to po­wta­rza­li. A tu coś w niej pękło, jak w ter­mo­sie, który woziła ze sobą na ko­lo­nie. Kie­dyś spadł, wy­da­wało się, że nic się nie stało, ale kie­dy go pod­niosła, za­grze­cho­tał. Roz­biła mu śro­dek. Patrząc na jego opty­mi­styczną czer­wień, nikt by się nie domyślił, że już nie trzy­ma ciepła.

Ogarnęła wzro­kiem li­nie białych ta­rasów, po których wi­dok zsu­wał się do brze­gu je­zio­ra. War­stwy kra­jo­bra­zu miały w jej pamięci wy­miar ar­che­olo­gicz­ny. Niektóre miej­sca po­znała jako dziec­ko, inne jako na­sto­lat­ka, ko­lej­ne w cza­sach, gdy wróciła tu, będąc stu­dentką. Na to nałożyły się najświeższe wspo­mnie­nia, naj­bo­leśniej­sze. Na­brała w płuca lo­do­wa­te­go po­wie­trza. Wra­cała do Szwe­cji jak bu­me­rang, nie­mal uwie­rzyła, że jest ko­bietą Północy. Dla­cze­go mu­siała się za­ko­chać w chłopa­ku, który nie lubił zim­na? Nie chciał z nią tu miesz­kać, cze­kał na Lu w ich miesz­kaniu w War­sza­wie (po­win­no jej się zro­bić od tego cie­plej, ale gdzie tam!).

Stojąc nie­ru­cho­mo w zim­nej bie­li, przy­po­mniała so­bie, jak wspięła się na to wzgórze po raz pierw­szy. Miała wte­dy dzie­sięć lat, po­ko­ny­wała stro­miznę, chwy­tając się rękoma kępek wrzosów, aż stanęła na szczy­cie i spróbowała ogarnąć wzro­kiem bez­miar roz­poście­rającego się przed nią wi­do­ku. Szczo­drość północ­nej na­tu­ry gra­ni­czyła z osten­tacją. Mała Lu, która wdra­pała się tu wbrew za­ka­zo­wi mamy, po­czuła, że dusi ją nar­cyzm tu­tej­szej przy­ro­dy. Zasłoniła oczy rękami, którymi wcześniej do­ty­kała wrzosów i omszałych głazów. Jej pal­ce pach­niały dzi­kością.

Od tam­te­go cza­su minęło osiem­naście lat. Do­rosła Lu prze­pa­try­wała te­raz roz­ciągającą się przed nią prze­strzeń, bawiła się kloc­ka­mi szwedz­kiej przeszłości. Palców w bu­tach nie czuła, nosa też nie, zupełnie jak­by miał odpaść. Kra­ina Północy chy­ba już jej dziękowała. Jesz­cze przy­stanęła, jesz­cze ogarnęła wi­dok wzro­kiem, szepnęła: Jag ska vara til­l­ba­ka här1, ale za­miast głosu z ust wy­do­był się obłok pary.

Weszła do ciepłej sie­ni, ogrze­wa­na podłoga była wy­na­laz­kiem w sam raz na ten kli­mat; sie­działa tam, dopóki sto­py nie od­ta­jały. W domu było ci­cho, Du­nia jesz­cze nie wróciła. Lu zerknęła na ze­ga­rek – za dwa­dzieścia mi­nut muszą wyjść, dro­ga na lot­ni­sko o tej po­rze za­bie­rze go­dzinę. Na sto­le w kuch­ni stały kwia­ty. Jak sięgnąć pamięcią, w tym domu za­wsze pach­niały kwia­ty, ko­lo­ro­we, nie­dba­le we­tknięte do wa­zo­nu. Mama Lu ma­wiała, że to strach na wróble dla zbyt długiej zimy. Lu do­tknęła włączni­ka, ale nie za­pa­liła światła, po­zwo­liła, by do kuch­ni za­kradły się wspo­mnie­nia.

Kie­dy weszły do domu Duni osiem­naście lat temu, Lu ści­skała mamę za rękę, w dru­gim ręku trzy­mała plu­szo­we­go psa. La­ta­mi do­ma­gała się praw­dzi­we­go, ale w domu „nie było wa­runków, żeby trzy­mać zwie­rza­ka”. Do­stała plu­szową za­bawkę i po­go­dziła się z tym, że jej pies nig­dy nie za­mer­da ogo­nem, nie pod­sko­czy, nie liźnie jej po twa­rzy.

Z sie­ni w domu Duni sko­czył na nią praw­dzi­wy pies. Mała Lu krzyknęła, a pies przy­siadł z za­dem do góry i zaczął po­szcze­ki­wać, w oczach miał zaraźliwą radość.

– Nie bój się, to jesz­cze szcze­niak – uspo­koiła ją Du­nia, wsta­wiając do przed­po­ko­ju ich wa­lizkę (miały z mamą jedną, sym­bo­liczną).

– Ile ma lat?

– Lat? – roześmiała się Du­nia. – Nie­całe półtora roku. Co ozna­cza, że jest mniej więcej w two­im wie­ku. To też dziew­czyn­ka.

Car­li­ta, złoci­sta la­bra­dor­ka, po­tra­fiła się wbić głową w szczękę oso­by, którą wy­lew­nie witała, pod­gry­zała też rzeźby Duni, gdy miała dołek psy­chicz­ny. Była je­dy­nym szcze­kającym psem w oko­li­cy, inne prze­sta­wały hałaso­wać po od­by­ciu spe­cjal­nej tre­su­ry. Du­nia po kil­ku lek­cjach, na które za­pro­wa­dziła Car­litę namówio­na przez sąsiadów, po­wie­działa, że nie będzie robiła ze zwierzęcia wa­ria­ta.

– Już i tak tężeję na myśl, jak ubo­gie będzie jej życie sek­su­al­ne – bia­dała. – Nie mogę jej pod­da­wać jesz­cze większym ry­go­rom.

– To po co w ogóle kupiłaś psa? – zdzi­wiła się mama Lu.

– Mier­zi mnie pro­ces uspołecz­nia­nia. – Du­nia potrząsnęła mio­do­wy­mi włosa­mi i poszła pra­co­wać do ogro­du, gdzie sta­wiała me­ta­lową rzeźbę, która na ra­zie przy­po­mi­nała por­to­we­go żura­wia.

Du­nia, przy­ja­ciółka mamy Lu z li­ceum, była piękna, jej uro­da za­trzy­my­wała sa­mo­cho­dy, a mama do­po­wia­dała, że i lecące sa­mo­lo­ty. Po­ru­szała się z gracją Afry­kan­ki idącej z wia­drem wody na głowie, włosy po­wie­wały za nią połyskującymi pa­sma­mi. Wrażenie ob­co­wa­nia z nie­zwykłym zja­wi­skiem po­wo­do­wało, że mało kto po­tra­fił od­po­wie­dzieć na pro­ste py­ta­nie, ja­kie­go ko­lo­ru są oczy Duni. Lu, która na­tych­miast się w niej za­ko­chała, była dum­na z tego, że roz­gryzła za­gadkę – tęczówki Duni były mio­do­we, jak jej włosy. Jako ab­sol­went­ka Aka­de­mii Sztuk Pięknych Du­nia wy­je­chała na wy­stawę do Sztok­hol­mu, gdzie za­stał ją stan wo­jen­ny. Zo­stała w Szwe­cji, gdzie jej pra­ca na­brała szwun­gu – parę lat później jeździła z wy­stawami po świe­cie.

Kie­dy w Pol­sce znie­sio­no stan wo­jen­ny, od­na­lazły się li­stow­nie z mamą Lu. Du­nia zo­stała matką chrzestną Lu na od­ległość (fi­gu­ro­wała w pa­pie­rach, cho­ciaż fi­zycz­nie w koście­le zastąpiła ją sąsiad­ka). Przy­syłała piękne ubran­ka z H&M oraz mnóstwo słody­czy. Dzięki niej Lu po­znała smak żelków w kształcie sa­mo­chodów i prze­ko­nała się, że nie zno­si „czar­nych węży”, anyżko­we­go przy­sma­ku szwedz­kich dzie­ci.

Tego dnia, gdy dzie­sięcio­let­nia Lu z mamą stanęły w pro­gu domu Duni, wlokły ze sobą bagaż znacz­nie większy niż wa­liz­ka, z którą przy­je­chały – dwa roz­wo­dy. Po dru­gim, wyjątko­wo burz­li­wym, Lu za­py­tała: „Ma­mu­siu, czy na świe­cie ist­nieją w ogóle jacyś nor­mal­ni mężczyźni?”. Mie­siąc później stały w przed­po­ko­ju sztok­holm­skie­go domu jej przy­ja­ciółki, oga­niając się od ka­resów złoci­stej la­bra­dor­ki. Tra­fiły do domu ko­biet. Rok później Du­nia miała uro­dzić córkę, a la­bra­dor­ka małe, z prze­wagą su­czek. Taki był ich start w no­wym życiu.

W domu położonym nad wodą w od­ległości pół go­dzi­ny jaz­dy od Sztok­hol­mu zo­sta­wały często same. Nie bały się. „W Szwe­cji nikt nie krad­nie, bo w śre­dnio­wie­czu złodzie­jom ob­ci­na­no ręce” – ma­wiała mama nie­co au­to­ma­tycz­nie. No i była z nimi Car­li­ta. Gdy­by przy­szedł złodziej, strze­liłaby go py­skiem w szczękę, bo bar­dzo lubiła gości.

Naj­pierw miały wrażenie przykrótkich wa­ka­cji – przy­je­chały tu w czerw­cu, a w połowie sierp­nia po­czuły w po­wie­trzu za­po­wiedź chłodu. Mama chy­ba go prze­oczyła albo nie wie­działa, co ze sobą nie­sie, bo ujęta pięknem ogro­du i po­bli­skich lasów podjęła de­cyzję: zo­staną w Szwe­cji. Lu, która całe lato spędziła z Car­litą, dzięki cze­mu czuła się szczęśliwą dziew­czynką, nie ro­zu­miała, co ozna­czają te słowa, dopóki nie stanęła pod szwedzką pod­stawówką.

– Idź, córecz­ko, po­szu­kaj swo­jej kla­sy – po­wie­działa mama, próbując założyć za ucho Lu spi­ralkę nie­sfor­nych włosów.

– Do­brze – od­parła Lu, po czym przy­stanęła. – Ale jak jest „kla­sa” po szwedz­ku? A „łazien­ka”?

Na­gle nie wie­działa nic. Przez kil­ka mie­sięcy była nie­mową ska­zaną na język mi­go­wy, którą ja­snowłose łobu­zy uczyły prze­kleństw i wysyłały do na­uczy­cie­li, żeby się po­chwa­liła szwedz­kim. Odbyła z tego po­wo­du ileś kar, pod­czas których prze­pi­sy­wała rzędy słów po­zba­wio­nych dla niej zna­cze­nia, aż zro­bił jej się na­gnio­tek na środ­ko­wym pal­cu. Od tego i od ry­so­wa­nia – bo oto­czo­ne przez obcość, zaczęły z mamą ry­so­wać, naj­pierw każda so­bie, a po­tem ra­zem: wymyślały przy­go­dy ry­sun­ko­wych bo­ha­terów, którzy ciągle coś mu­sie­li zdo­by­wać. Prze­szko­dom nie było końca, ale oni za­wsze wy­gry­wa­li.

Mama Lu, z wy­kształce­nia hi­sto­rycz­ka sztu­ki, za­pi­sała się na kurs szwedz­kie­go, a jed­no­cześnie pra­co­wała w ga­le­rii sztu­ki. Pra­ca, zdo­by­ta dzięki Duni, wbrew szum­nej na­zwie spro­wa­dzała się do ob­mia­ta­nia podłogi i uśmie­cha­nia do nie­licz­nych klientów. Mama Lu miała przy­ka­za­ne prze­ka­zy­wać ich czym prędzej w ręce Sary, właści­ciel­ki ga­le­rii, która pra­wie nic nie sprze­da­wała, ale z przy­jem­nością bawiła się w pracę. Utrzy­my­wał ją mąż, który od lat ko­chał się w Duni.

Dłużące się go­dzi­ny mama Lu przepędzała ry­so­wa­niem. Po ma­tu­rze z nich dwóch to Du­nia do­stała się do Aka­de­mii Sztuk Pięknych, mama Lu mu­siała się za­do­wo­lić hi­sto­rią sztu­ki.

– To świństwo, że Rian­ny nie przyjęli do Aka­de­mii – po­wta­rzała Du­nia. – Miała nie­fart, że po­cho­dziła z in­te­li­genc­kiej ro­dzi­ny. Mnie przyjęli, bo oj­ciec był ko­mu­chem.

Rian­na to był przy­do­mek mamy Lu, który Du­nia nadała jej w li­ceum. Anna Ran­kie­wicz, Ran­kie­wicz Anna – tak to brzmiało, gdy na­uczy­cie­le wywoływa­li ją do od­po­wie­dzi. R. Anna, Rian­na – przed­ro­stek odróżniał ją od in­nych Ann, Ań, Anek, Anu­siek. Jesz­cze na stu­diach tak mamę Lu na­zy­wa­no, ale kie­dy Du­nia zniknęła z jej życia, rozpłynął się w po­wie­trzu i przy­do­mek. Od­zy­skała go do­pie­ro w Sztok­hol­mie, przywrócił jej dawną tożsamość, tę sprzed małżeństw i roz­wodów. Tam wróciła też do pa­nieńskie­go na­zwi­ska, które i Lu ofi­cjal­nie przyjęła za swo­je, gdy do­rosła (oj­ciec już wte­dy nie żył, nie mogło być mu przy­kro).

W ry­so­wa­niu wkrótce do­ko­nały spe­cja­li­za­cji: Lu wymyślała przy­go­dy głównych bo­ha­te­rek, mama je ry­so­wała. Pew­ne­go razu zwróciła córce uwagę, że po­sta­ci są małomówne. Lu wzru­szyła ra­mio­na­mi. „Są zajęte walką” – po­wie­działa, a wte­dy mama dory­so­wała dy­mek nad jedną z bo­ha­te­rek. „Tu możemy wpi­sać, co myślą” – wyjaśniła. Po­sta­ci ożyły – dym­ki za­wie­rały ich skry­te myśli, o których wróg nie miał pojęcia. Cza­sem dym­ki za­ska­ki­wały same bo­ha­ter­ki, a Rian­na miała niezłą za­bawę, ry­sując buźki zdu­mio­ne własny­mi myślami. Niektórzy bo­ha­te­ro­wie na­wet w wi­rze walk pod­no­si­li głowy i przyglądali się płynącym nad nimi na­pi­som. „No, czy ty tak nie masz, Rian­na? – chi­cho­tała Du­nia, wier­na czy­tel­nicz­ka ich ko­miksów. – Ro­bisz coś, a tu bęc, taka myśl?”.

Tym­cza­sem po­zor­nie ci­chy dom pod Sztok­hol­mem, jak to bywa ze spo­koj­ny­mi do­ma­mi, prze­szedł trzęsie­nie zie­mi. Wy­buchła Sara, właści­ciel­ka ga­le­rii, w której pra­co­wała mama Lu, bo od­kryła, że jej mąż ma ro­mans z Dunią. Po­tem wy­buchł mąż Sary, Karl, na wieść, że Du­nia nie chce z nim dzie­lić życia, choć on gotów był odejść od żony. Trze­ci wy­buch – Du­nia twier­dziła, że to dziw­ne, bo Szwe­dzi ra­czej nie oka­zują emo­cji – nastąpił w chwi­li, gdy Du­nia po­wie­działa Kar­lo­wi, że jest z nim w ciąży, ale i tak nie zmie­ni de­cy­zji. Je­dy­nie ona po­zo­stała po szwedz­ku spo­koj­na – i kie­dy od­kryła, że jest w ciąży, i kie­dy po­sta­no­wiła, że wy­cho­wa dziec­ko sama. Nie za­mie­rzała po­zba­wiać się nie­za­leżności, było ją na to stać. A matką chciała zo­stać, i to nie za jakiś czas, tyl­ko te­raz. Aku­rat skończyła trzy­dzieści pięć lat.

Po miesz­czańskiej eks­plo­zji szlag tra­fił pracę mamy Lu. Rozwście­czo­na żona karała wszyst­ko, co miało ja­ki­kol­wiek związek z Dunią, pew­nie ugo­to­wałaby żyw­cem i Car­litę, o czym suka nie miała pojęcia i kie­dy Rian­na z Dunią sie­działy wie­czo­ra­mi w kuch­ni, oma­wiając ko­lej­ne od­cin­ki afe­ry, za­sy­piała bez­tro­sko, śniąc o łaj­dac­twach, których do­ko­nała w ciągu dnia. Była w fa­zie wiel­kie­go pusz­cza­nia się. W prze­ci­wieństwie do Lu prze­stała być dziew­czynką, jej psie lata pędziły szyb­ciej, z cze­go ocho­czo ko­rzy­stała.

– Sara o mało nie roz­trza­skała mi abs­trak­cji na głowie – jęknęła mama Lu, opie­rając sto­py na ka­lo­ry­fe­rze.

– Tak mi przy­kro – bąknęła Du­nia, a Lu wy­obra­ziła so­bie dy­mek nad jej głową: bo­le­sne zde­rze­nie z abs­trakcją.

Rian­na wzru­szyła ra­mio­na­mi. Kto się roz­wiódł dwa razy, tego nie­wie­le dzi­wi.

– Za­sko­czyła mnie im­pe­tem. – Du­nia się zamyśliła.

– A cze­go się spo­dzie­wałaś? Pod­bie­rasz jej fa­ce­ta.

– Prze­cież nie chcę z nim żyć. Karl, na co dzień?!

– Oj, Du­nia, myślisz jak dziec­ko – żachnęła się Rian­na, przy­su­wając so­bie miskę z pest­ka­mi słonecz­ni­ka.

Wresz­cie je zna­lazła w tym bez­za­pa­cho­wym kra­ju, w Kon­su­mie, w dzia­le z po­kar­mem dla ptac­twa. Lu­dzie nie sku­ba­li tu słonecz­ników ani nie po­ja­da­li bobu. Te dziw­ne różnice, które zaczęła nie­daw­no wy­chwy­ty­wać po okre­sie śle­pe­go za­chwy­tu dla Za­cho­du i Północy, zna­czyły równię po­chyłą ich po­by­tu na szwedz­kiej zie­mi. Lu jesz­cze o tym nie wie­działa, ale wkrótce miała się prze­ko­nać, że jeśli jej mama cze­goś nie lubiła, to nie było siły, żeby się z tym po­go­dziła. Rian­na „nie zno­siła” i nie za­mie­rzała „się zmu­szać” (te słowa na­brały mocy kil­ka mie­sięcy później, kie­dy ona i Lu wy­ko­nały ko­lejną życiową woltę).

Tego wie­czo­ru Lu zwinęła się na psim posłaniu pod ku­chen­nym stołem, z głową na ciepłym brzu­chu Car­li­ty, i słuchała spla­tających się głosów mamy i Duni. Sta­wiały fun­da­men­ty jej ko­bie­ce­go świa­ta, z cze­go nie zda­wały so­bie spra­wy. Mówiły aku­rat o Sa­rze, która pra­co­wała jako masażyst­ka, kie­dy Karl, wówczas za­tro­ska­na głowa ro­dzi­ny, przy­szedł się do niej zre­lak­so­wać. Chętnie słuchała, drob­ny­mi dłońmi wy­ci­skała z nie­go stre­sy i zmar­twie­nia, zwie­rze­nia i ma­rze­nia. Zaczął do niej wra­cać, aż Sara pew­ne­go dnia wy­znała, że spo­dzie­wa się jego dziec­ka. I że żona Kar­la już wie. „Skąd wie?” – za­py­tał Karl zdu­szo­nym głosem. Stąd, że Sara jej o tym do­niosła.

Karl od­szedł od żony, wypłaciw­szy jej mo­nu­men­tal­ne ali­men­ty, i ni­czym Sy­zyf zaczął pchać pod górę ka­mień ko­lej­ne­go małżeństwa. Gdy Du­nia po­wie­działa mu o dziec­ku, szy­ko­wał się pchać następny. Wyśmiała jego go­to­wość, a on po­czuł się tak, jak­by mu ten ka­mień złośli­wie spuściła na stopę. „Au, au” – po­wta­rzał po­dob­no, tak w każdym ra­zie brzmiało to w stresz­cze­niu Duni.

– Za­ko­do­wał so­bie w tej swo­jej bid­nej głowie, że jak ciąża, to i ślub. – Du­nia potrząsnęła włosa­mi, sięgając po pest­ki słonecz­ni­ka. – Tak go ta Sar­ka wy­tre­so­wała.

– Sar­ka, co sar­ka. – Rian­na błądziła myślami gdzie in­dziej. – Ale ich syn jaki bied­ny…

– Prze­cież mu ojca nie za­bie­ram – ob­ru­szyła się Du­nia.

– Bied­ny przez to imię. Jak można na­zwać dziec­ko Love? Sar­ka to wa­riat­ka! Chłopak do końca życia będzie się czuł jak idio­ta. „Dzień do­bry, na­zy­wam się Love”. „Pa­nie Miłość, proszę tu położyć paczkę”. „Ka­napkę z pasz­te­tem, pa­nie Miłość?”.

Wzięła garść pe­stek. De­ner­wo­wało ją, że nie mają łupi­nek, od­pa­dała przy­jem­ność sku­ba­nia.

– Usi­dliła Kar­la eg­zal­tacją – pod­su­mo­wała Du­nia. – Jego pierw­sza żona była prak­tycz­na do bólu, Sar­ka po­grała na kon­tra­stach. Do­sta­nie ali­men­ty większe niż two­je i moje za­rob­ki ra­zem wzięte. A chłopak, mam na­dzieję, zmie­ni so­bie imię. Na przykład na Brian.

– Brian?… – Mama Lu za­krztu­siła się pestką.

– A cze­mu nie?

Lu po­de­rwała głowę, słysząc skro­ba­nie w drzwi. Trud­no było się otrząsnąć ze wspo­mnień. Tam­ten rok był jej właści­wym dzie­ciństwem, bez krzyków i awan­tur, które zna­czyły epo­ki małżeństw mamy.

Drzwi skrzypnęły i stanęła w nich szczupła po­stać w białej pu­cho­wej kurt­ce. Głowę trzy­mała wy­so­ko, mio­do­we włosy spływały do połowy pleców, spod fu­tra pa­trzyły nie­bie­skie oczy. „Oczy Kar­la”, ma­wiała Du­nia, gdy uro­dziła Ma­linę. Dziew­czy­na wzięła urodę po mat­ce i prze­ni­kli­we spoj­rze­nie po ojcu. Sie­dem­na­sto­lat­ka prze­rosła już Lu.

Ma­li­na (dy­mek, czy­li próba od­da­nia myśli): Bu­rza brązo­wych loków, jak ja chciałam mieć ta­kie włosy! Moje były białe jak główki dmu­chaw­ca. Myślałam, że jej są zro­bio­ne z cze­ko­la­dy, że ona cała jest cze­ko­la­do­wa. Do­pie­ro tam­ta krew, mięsi­sty śro­dek. Ciało, krew, praw­dzi­wa Lu…

– Skro­biesz w drzwi? – Lu się uśmiechnęła, a widząc zmie­sza­nie na twa­rzy Ma­li­ny, przetłuma­czyła zda­nie na szwedz­ki.

Ma­li­na znała pol­ski, ale umy­kał jej sens bar­dziej pre­cy­zyj­nych sfor­mułowań. To był język wa­ka­cji w Pol­sce, w ciągu roku szkol­ne­go rdze­wiał.

Słysząc to samo po szwedz­ku, Ma­li­na roześmiała się – zwy­czaj skro­ba­nia za­miast pu­ka­nia w drzwi przejęły od Car­li­ty, łączył je z dzie­ciństwem, cho­ciaż nie były dziećmi w tym sa­mym cza­sie: gdy Ma­li­na się uro­dziła, Lu miała je­de­naście lat; stała się na­sto­latką, kie­dy córka Duni poszła do przed­szko­la. Ma­li­na była przedłużeniem szczęśli­we­go dzie­ciństwa Lu i za­po­wie­dzią ko­lej­nych zmian w jej życiu – trzy lata po Ma­li­nie na świat przy­szedł Da­niel, przy­rod­ni brat Lu.

Tam­ten rok w Szwe­cji ob­ro­dził jak jabłoń rosnąca przed do­mem. Naj­pierw Car­li­ta powiła szcze­nia­ki, zupełnie nie­ra­so­we i tak piękne, że Lu o mało nie za­wa­liła przez nie kla­sy. Trzy sucz­ki i je­den pie­sek to­czyły się dwu­ko­lo­ro­wy­mi kul­ka­mi po domu, ni­cując szpil­ka­mi zębów obi­cia ka­nap, prze­pi­ko­wując pościel, po­si­kując ze szczęścia. Szyb­ko na­uczyły się wy­ska­ki­wać z koj­ca, co naj­pierw wszyst­kich bawiło, ale po­tem stało się kłopo­tli­we, bo Du­nia tocząca się ze swo­im brzu­chem jak Mat­ka Zie­mia po­ty­kała się o bie­gające szcze­nia­ki. Karl, który bywał u nich często, na­le­gał, żeby je oddała, ale Lu pro­te­sto­wała tak roz­pacz­li­wie, że zo­stały przez całe lato, tyle że wy­kwa­te­ro­wa­ne pod we­randę. Car­li­ta na­uczyła je dra­pać w drzwi, kie­dy chciały wejść do domu.

Ma­li­na uro­dziła się wiosną, jak przy­stało na dziec­ko poczęte w czerw­co­wej namiętności. Jeśli Du­nia wy­obrażała so­bie, że będzie cho­dzić z tobołkiem ro­man­tycz­nie uwiąza­nym u pier­si i spo­koj­nie pra­co­wać, głęboko się myliła. Ma­li­na od początku była diabłem na miarę szcze­niaków Car­li­ty – nie spała, co chwi­la chciała do pier­si i – zda­niem Lu – nic, tyl­ko sikała. Ten rok nie sprzy­jał na­uce, ale ja­kimś cu­dem Lu zdała do następnej kla­sy. Po kil­ku mie­siącach prze­biła się przez ba­rierę języka i po­czuła się jak nowo na­ro­dzo­na (płodny dom Duni stał się gniaz­dem no­wej tożsamości języ­ko­wej Lu).

Jak­by tego było mało, Rian­na się za­ko­chała. „Wca­le tego nie chciałam” – tłuma­czyła, cho­ciaż nikt jej o to nie pytał.

Du­nia po­pa­try­wała na nią znad za­wi­niątka z Ma­liną, Lu znad lek­cji. A Rian­na szki­co­wała – miała zamówie­nie na zi­lu­stro­wa­nie książki dla dzie­ci, pew­ne szwedz­kie wy­daw­nic­two po­znało się na niej, w prze­ci­wieństwie do Aka­de­mii Sztuk Pięknych w War­sza­wie – tyle że za­miast ko­stro­pa­tych trol­li wy­cho­dziły jej zmysłowe pary w uści­skach. Taki był początek hi­sto­rii miłosnej Rian­ny, która, nie­przy­pieczęto­wa­na ślu­bem, trwała szczęśli­wie do sa­me­go końca.

Drzwi znów skrzypnęły, po­dmuch wia­tru wrzu­cił do środ­ka śnieżynki – w pro­gu stanęła Du­nia. Płaszcz do ko­stek był ma­low­ni­czo przy­sy­pa­ny bielą, włosy opa­dały jak daw­niej na ra­mio­na. Z bie­giem lat ich ko­lor się zmie­nił, te­raz miały barwę śnie­gu, zupełnie jak­by Ma­li­na skradła ich mio­do­wy od­cień. W oczach Lu Du­nia wyglądała jak Królowa Śnie­gu; mat­ka i córka in­spi­ro­wały Lu, wi­działa je ko­mik­so­wo, ale także re­ali­stycz­nie: Ma­li­na nosiła na zębach apa­rat ko­rek­cyj­ny, czoło Duni prze­ci­nały dwie zmarszcz­ki, jed­na po­zio­ma, dru­ga między brwia­mi.

– Nie chcę stąd wyjeżdżać – wy­rwało się Lu.

Ma­li­na wyglądała na spe­szoną jej wy­zna­niem, ale Du­nia wzięła Lu w ra­mio­na.

– Cze­kają tam na cie­bie, twój brat, Tata Bis, twój chłopak.

Lu wcisnęła twarz w płaszcz Duni.

– Wiesz, że i tu jest twój dom. – Du­nia pogłaskała ją po nie­sfor­nych włosach.

Roz­legło się skro­ba­nie, po chwi­li dwie suki wpadły do przed­po­ko­ju, roz­dając liźnięcia, pod­ska­kując, ma­chając ogo­na­mi. Wnucz­ki i pra­wnucz­ki Car­li­ty odzie­dzi­czyły jej ra­do­sne uspo­so­bie­nie. Lu wy­dmu­chała nos i wzięła do ręki wa­lizkę. Jej szwedz­ki dom ki­piał wesołością na zmianę z ko­bie­cy­mi hu­mo­ra­mi.

Te­re­no­we vo­lvo Duni za­je­chało pod bu­dy­nek od­lotów lot­ni­ska Ar­lan­da. Lu uści­skała Dunię i Ma­linę i nie oglądając się, ru­szyła do prze­szklo­nych drzwi. Nie chciała, żeby ją od­pro­wa­dzały do bra­mek, ten mo­ment za­wsze ją roz­kle­jał, za dużo roz­stań tu przeżyła. Na ta­bli­cy wy­szu­kała wzro­kiem na­pis „War­sza­wa”. Zna­jo­my ucisk w żołądku – z jed­nej stro­ny opór przed po­wro­tem, z dru­giej mro­wie­nie wywołane ocze­ki­wa­niem. Podróż za­wsze tak na nią działała, na­wet najkrótsza dawała na­dzieję na nowy początek. Lu początków się nie bała, za­czy­nała wie­le razy i wie­działa, że praw­dziwą sztuką jest kon­ty­nu­acja. Dla­te­go uwiel­biała podróże, które choć na chwilę zwal­niały ją z tego obo­wiązku.

– …gdy ma­ska tle­no­wa wy­pad­nie sama, proszę ją pociągnąć do sie­bie i założyć na twarz… – Młody ste­ward szarpnął za rurkę dyn­dającą u dołu pla­sti­ko­we­go na­mord­ni­ka.

– …naj­pierw so­bie, a po­tem dziec­ku – powtórzyła za nim bezgłośnie.

W ostat­nich la­tach zniknęły ładne, wy­so­kie ste­war­de­sy, które od­no­siły się do podróżujących z kojącą re­zerwą. Załogi wzbo­ga­ciły się o ste­wardów, pod­upadły stan­dar­dy języ­ko­we: „Klau­dia z Andżeliką zajmą się państwem od przo­du, a Boh­dan za­opie­ku­je się państwem od tyłu”. Wyj­rzała przez okrągłe okno – za­raz zie­mia sta­nie się skośnym pa­sem, uciek­nie spod kół, zakołysze się pod skrzydłami, wzór z kwa­dratów pól i świe­tli­ste fa­stry­gi dróg za­mie­nią się miej­sca­mi z pu­chem chmur. Niedługo tu wrócę – powtórzyła w myślach, ale czuła, że prze­krzy­ku­je inny, bar­dziej sta­now­czy głos. Coś jej w środ­ku mówiło, że od­ci­na pępo­winę. Północ ją wy­py­chała. War­sza­wa, ten świe­tli­sty punk­cik, będzie tyl­ko tran­zy­tem. Dokąd?

Sa­mo­lot szu­kał dro­gi w mro­ku, pro­wa­dzo­ny przez ja­sno oświe­tlo­ny pas star­to­wy. Ryknął sil­ni­ka­mi i gwałtow­nie przy­spie­szył. Lu wcisnęło w fo­tel. „Czu­jesz, jak na­ci­ska, czu­jesz?” – usłyszała swój dzie­cin­ny głos sprzed lat. „Czuję, córecz­ko” - zo­ba­czyła w myślach uśmiech mamy. Wte­dy Lu nie wie­działa, co je cze­ka na tym dru­gim pa­sie, na końcu podróży. Dziś na Okęciu mie­li cze­kać jej mężczyźni. Ale na ra­zie, jesz­cze przez chwilę, były same – mama i ona.

Lu miała na imię Emi­lia. Żona­ty ko­cha­nek na­zy­wał ją Emi, a gdy był na nią zły, prze­kształcał jej imię na Emu. „Moje Emu…” – ni to szep­tał, ni sy­czał. „Emu to na­zwa stru­sia” – od­pa­lała. „To ty je­steś życio­wym stru­siem, nie ja”.

Dla swo­je­go chłopa­ka, tego, który po­pro­sił ją o rękę, była Mimi. Kie­dy jakiś czas później przyszło jej żyć w oto­cze­niu języka fran­cu­skie­go, zaczęła wy­chwy­ty­wać słowa, których na próżno szu­kać w pol­skim, szwedz­kim czy an­giel­skim. Co­ucou, do­udou, bi­sou-bi­sou – fran­ko­fońskie ga­wo­rze­nie do­rosłych na coś się przy­dało, dzięki nie­mu zro­zu­miała, że jej chłopak chciał ją wi­dzieć dziec­kiem. Albo mamą. Lub jed­nym i dru­gim. On po­zo­stałby chłopcem. Pew­nie by jej nie zawiódł i przy­no­sił co mie­siąc pensję, cze­kałoby ją z nim god­ne pożycie. Gdy­by Lu po­zo­stała Mimi, nie wy­je­chałaby tam, gdzie nig­dy wcześniej nie za­mie­rzała je­chać. Nie spo­tkałaby Ric­ky’ego, nie po­czuła wil­got­ne­go ciepła bok­ser­skich ręka­wic, nie kupiłaby pierw­szych własnych – nie stałaby się Lu.

(Po­tem, kie­dy już stała się Lu – to zna­czy kie­dy Ric­ky tak ją na­zwał – za­uważyła, że jej mężczyźni nie do­strze­ga­li Lu w Emi­lii. Ale ona Lu w so­bie hołubiła. Tak jak ta wa­riat­ka Spri­te cie­szyła się, że mówią na nią Spri­te).

Lu pamiętała, jak weszła do dziw­ne­go skle­pu położone­go na tyłach jej klu­bu. Od resz­ty po­miesz­cze­nia od­dzie­lały go kra­ty, które właści­ciel otwie­rał żela­znym klu­czem, jak sze­ryf więzienną celę w Bol­ku i Lol­ku na Dzi­kim Za­cho­dzie. Wy­bie­rała spośród trzech ko­lorów: białego, czer­wo­ne­go, czar­ne­go.

– Te. – Wska­zała czer­wo­ne.

Właści­ciel dał jej parę do przy­mie­rze­nia, pomógł dopiąć rze­py, spraw­dził, czy nie są zbyt cia­sne.

– Przy­mierz nu­mer większe. – Podał Lu większą parę.

Te dru­gie wydały jej się ogrom­ne. Na­gle onieśmie­liła ją myśl: co miałaby z nimi robić? Czy jej dłonie nie prze­padną w tych cze­luściach? Może sprze­daw­ca z niej kpi, cóż, ko­bie­ta ku­pująca ręka­wi­ce bok­ser­skie… Ale on poważnie badał wzro­kiem jej dłonie.

– Je­steś wy­so­ka – po­wie­dział w końcu – i masz długie pal­ce. W tych będzie ci się le­piej wal­czyło.

Za­pa­ko­wał parę czer­wo­nych ręka­wic w prze­zro­czystą pla­sti­kową torbę i podał ją Lu.

(Za­pach pierw­szych bok­ser­skich ręka­wic. Kie­dy Lu opo­wia­dała o tym Spri­te, ta po­ki­wała tyl­ko głową. To było nie do opi­sa­nia, nie miały się co silić na słowne fa­jer­wer­ki. Nie sposób oddać, co się wte­dy czu­je).

Miesz­ka­nie Taty Bis wypełniał jazz, ale pod spodem rytm wy­tu­py­wał hip-hop.

– Tej sa­mej mu­zy­ki, którą do­pro­wa­dzałem do szału mo­ich ro­dziców, muszę te­raz bro­nić przed sy­nem! Da­niel twier­dzi, że jazz jest do­bry dla di­no­zaurów. Też tak myślisz? Że je­stem di­no­zaurem?

– Jazz się nie sta­rze­je, sta­je się kla­syką. – Lu cmoknęła w po­li­czek Tatę Bis. – Tak jak ty.

Tata Bis (dy­mek): No i znów wy­szczu­plała! Aha, pamiętać, żeby wyłączyć kaczkę.

Wydał jej się star­szy, bruz­dy wokół ust pogłębiły się. Kie­dy ty­dzień temu od­bie­ra­li ją z Da­nie­lem z lot­ni­ska, jakoś tego nie za­uważyła, ale wte­dy ode­brało jej mowę na wi­dok bra­ta – tak wyrósł w ciągu trzech mie­sięcy, gdy była na prak­ty­ce dy­plo­ma­tycz­nej w Sztok­hol­mie, że nie­mal dorówny­wał jej wzro­stem, jesz­cze chwi­la, a do­go­ni Tatę Bis. Da­niel i Ma­li­na, w oczach Lu wciąż dzie­ci, za chwilę ją prze­rosną!

– Da­niel – zawołał Tata Bis. – Emil­ka przyszła!

Lu na­cisnęła klamkę drzwi do po­ko­ju bra­ta.

– Co to, 2Pac? – prze­krzy­czała falę mu­zy­ki.

Da­niel wstał sprzed kom­pu­te­ra i cmoknął ją niezręcznie w po­li­czek. Włosy, czar­ne po Ta­cie Bis i wijące się jak u mamy i Lu, przy­strzygł krótko z tyłu i z boków, tyl­ko z przo­du zo­sta­wił dłuższe. Wiązał je w ku­cyk, który ster­czał buńczucz­nie na czub­ku głowy. Lu nie wi­działa u ni­ko­go ta­kiej fry­zu­ry, nie sądziłaby też, że komuś może być w niej ład­nie, tym­cza­sem jej brat wyglądał świet­nie. Da­niel za­po­wia­dał się na in­dy­wi­du­alistę i łama­cza serc.

– Boże, ja­kie gra­bie! – jęknęła na wi­dok jego dłoni, jesz­cze nie­daw­no dzie­cin­nych.

– W tym pożytecz­ny kciuk – mruknął za jej ple­ca­mi Tata Bis. – Zmia­na ewo­lu­cyj­na, bo to ge­ne­ra­cja joy­stic­ka. Synu, czy nie mógłbyś włożyć czy­stych spodni, jak su­ge­ro­wałem? Zo­bacz, jaka two­ja sio­stra jest ele­ganc­ka.

– Ale ona pra­cu­je w dy­plo­ma­cji.

Da­niel (dy­mek): Ma­rek mówił, że jest ładna, Se­ba­stian też. Ale to Emi­lia. Dy­plo­mat­ka to ko­bie­ta czy tor­ba właści­wie? Bo ko­sme­tycz­ka, to wia­do­mo.

Lu po­chy­liła się nad ekra­nem lap­to­pa.

– Masz coś no­we­go?

– Sta­re, Ze­lda – prychnął Da­niel.

– Po­czci­wa Ze­lda – roz­ma­rzyła się Lu.

– Mam ju­tro test z che­mii, spięty je­stem, muszę się wy­lu­zo­wać.

– A nie po­uczyć? – W głosie Taty Bis za­brzmiał przekąs. – Od razu zni­ka­cie przed kom­pu­te­rem czy jest szan­sa na ro­dzin­ny posiłek?

– Chodź, Da­niel, zje­my. – Lu trąciła bra­ta. – Po­tem coś ci pokażę. Nowa gra, pro­sto ze Szwe­cji.

W kuch­ni Tata Bis uwi­jał się z godną po­dzi­wu pre­cyzją. Za­wsze lubił go­to­wać, ale ostat­nio wyglądało, jak­by prze­szedł na za­wo­dow­stwo. Kuch­nię powiększył o frag­ment przed­po­ko­ju, na środ­ku usta­wił wyspę z bla­tem i pal­ni­ka­mi, wokół oka­pu za­wie­sił ce­dza­ki i tłuczki, pod oknem usta­wił błyszczące ro­bo­ty ku­chen­ne i im­po­nujący sto­jak na noże. Całość wyglądała jak sa­mo­cho­do­wa staj­nia For­muły 1, nie było wątpli­wości, że tu rządzi mężczy­zna.

– Nie roz­cza­ro­wałaś się co do dy­plo­ma­cji? – Tata Bis zaj­rzał do pie­kar­ni­ka, skąd roz­niósł się za­pach pie­cze­ni.

– Ne­go­cjo­wałaś ja­kieś wa­run­ki wo­jen­ne? – wtrącił Da­niel, wrzu­cając do ust garść chipsów.

– Gdzie, w neu­tral­nej Szwe­cji? – prychnęła Lu.

– Neu­tral­nej! – żachnął się Tata Bis. – W cza­sie woj­ny też byli „neu­tral­ni” i nieźle się na tym do­ro­bi­li.

– No, Ikeę mają. – Da­niel znów wyciągnął rękę po chip­sy, ale Tata Bis od­sunął miskę ru­chem ma­gi­ka, ar­ty­kułując bezgłośnie: „Po obie­dzie”.

– Przy­najm­niej po­sie­działaś za gra­nicą – zwrócił się do Lu.

– Dla mnie Szwe­cja to nie za­gra­ni­ca. – Wzru­szyła ra­mio­na­mi.

Tata Bis po­ki­wał głową. Kie­dy po­znał Lu, z rozpędu przed­sta­wiła mu się po szwedz­ku. Od kil­ku mie­sięcy był za­ko­cha­ny w Rian­nie, a ona wciąż nie brała go poważnie, bo był młod­szy o pięć lat. „Je­steś zbyt młody i przy­stoj­ny” – śmiała się. „Mam trzy­dzieści lat” – od­po­wia­dał. Ona so­bie żar­to­wała, a dla nie­go to była poważna spra­wa, jesz­cze nig­dy tak się nie za­ko­chał. Kie­dy po­znał Lu, trochę się uspo­koił. Nie mógł być obojętny Rian­nie, byle komu by je­dy­nacz­ki nie przed­sta­wiała. Oświad­czył się jesz­cze pod­czas tego sa­me­go po­by­tu w Sztok­hol­mie (większość pen­sji wy­da­wał wte­dy na pro­my) – i odbił się jak od ścia­ny. Jego ko­bie­ta nie życzyła so­bie ślubu, po dwóch roz­wo­dach nie wie­rzyła w urzędowe przy­sięgi.

– Ale ja cię ko­cham – po­wta­rzał.

Zro­bi­li, jak chciała – za­miesz­ka­li ra­zem, ale ślubu nie wzięli. Kie­dy miał się uro­dzić Da­niel, Tata Bis po­no­wił prośbę o rękę. Bez­sku­tecz­nie. Więcej te­ma­tu nie po­ru­szał, ciesząc się tym, co ma: swoją ko­bietą, sy­nem i przy­braną córką. Z Lu przy­pa­dli so­bie do gu­stu, choć na początku dziew­czyn­ka była nie­uf­na. Po­znał ją w niełatwym mo­men­cie jej życia. Po roku po­by­tu w Szwe­cji wróciła do daw­nej szkoły; za­nim zna­jo­mi wzięli ją znów za swoją, przeszła chwi­le od­rzu­ce­nia. Po­tem uro­dził się Da­niel. W tam­tych cza­sach Tata Bis bywał bu­fo­rem między ro­ze­dr­ganą na­sto­let­nio Lu a Rianną, wykończoną opieką nad no­wo­rod­kiem. Spraw­dził się jako oj­czym, to wte­dy Lu nadała mu przy­do­mek „Tata Bis”.

– Da­niel, wyj­mij ta­le­rze – zarządził, krojąc pie­czeń.

Zje­dli przy no­wym sto­le, który za­pro­jek­to­wał, prze­ra­biając kuch­nię. Mogło przy nim usiąść więcej osób niż przy sta­rym, w zależności od tego, jak się roz­sta­wiło na­kry­cia. Tak było le­piej, wi­dział to po mi­nach Lu i Da­nie­la. Prze­rzu­ca­li się uwa­ga­mi, z których co­raz mniej ro­zu­miał. Był co praw­da inżynie­rem, ale o świe­cie gier kom­pu­te­ro­wych, który łączył bra­ta i siostrę, nie wie­dział nic. Jak na di­no­zau­ra przy­stało, wolał czy­tać książki.

Kie­dy Lu zaczęła się zbie­rać, Tata Bis za­krzątnął się wokół brud­nych na­czyń. Od pew­ne­go cza­su usiłował wdrożyć do tej czyn­ności Da­nie­la, ale dziś było mu na rękę, że mógł się scho­wać do kuch­ni. Mu­siał za­pa­no­wać nad emo­cja­mi. Lu nie zda­wała so­bie spra­wy, jak bar­dzo była po­dob­na do mat­ki: te same zie­lon­ka­we oczy, włosy w żywiołowych skrętach. Rian­na swo­je pod­ci­nała, Lu wiązała w wy­so­ki koński ogon albo po­zwa­lała im luźno opa­dać na ra­mio­na.

– Trzy­maj się – po­wie­działa i już jej nie było.

Stał jesz­cze chwilę z ręką na klam­ce. Z tego wszyst­kie­go za­po­mniał jej za­pa­ko­wać kawałek pie­cze­ni, miałaby na ju­tro do od­grza­nia. Ale już jej nie było. Potrząsnął głową. „Nie było jej” – pa­skud­ne słowa. Z po­ko­ju Da­nie­la do­biegł rap. Może dzie­ci miały rację? To dud­nie­nie brzmiało jak man­tra, było w nim coś kojącego.

Lu scho­wała się za osie­dlo­wym śmiet­ni­kiem. Ta­kie do­bre popołudnie… Tata Bis na­uczył się świet­nie go­to­wać, Da­niel trzy­mał się rze­czy­wi­stości i cho­ciaż ucie­kał w wir­tu­al­ny świat, to nie na tyle, żeby się tym za­nie­po­koiła. To­wa­rzy­szyła mu w grach, żeby nie spusz­czać go z oczu, swo­je­go małego wiel­kie­go bra­ta. Wie­działa już, że mężczy­znom zda­rza się wy­co­fać, stać się jak te­flon na pa­tel­ni, bez zadr, bez uczuć. Nie dopuści, żeby Da­niel tak się w so­bie za­mknął. Chciała, żeby mówił, żeby nie bał się pew­nych słów, nie omi­jał ich, nie za­po­mi­nał. Choćby miała go ich uczyć od początku. Od tego była ko­bietą w ich ro­dzi­nie. Przy niej niech wy­po­wie znów swo­je pierw­sze słowo: „mama”.

Otwo­rzyła torbę, ale chu­s­te­czek nie było. Wy­szarpnęła kartkę z no­te­su i zmięła, usiłując ją zmiękczyć. Kapało z nosa i oczu. Znów od­two­rzyła w głowie tamtą roz­mowę z mamą. Nie było dnia, żeby do niej nie wróciła, jak­by usiłowała wcisnąć me­ta­lową wajchę w upływający czas i go za­trzy­mać.

– Jakaś fran­ca mnie męczy, córecz­ko. – Głos mamy w słuchaw­ce brzmiał, jak­by była za­ka­ta­rzo­na.

– Masz gorączkę? – za­py­tała Lu.

Mimo późnej pory wciąż sie­działa w pra­cy, mu­siała wy­dru­ko­wać parę stron dla sze­fo­wej i wysłać e-mail w ja­kiejś nie­istot­nej spra­wie. Chciała to od­wa­lić te­raz, żeby nie za­czy­nać następne­go dnia od za­ległości.

– Nie, to nie to. Je­stem taka zmęczo­na…

– Idź do le­ka­rza.

– Nie będę latać do le­ka­rza z byle gównem.

Lu ode­tchnęła z ulgą. Jeśli mama za­czy­nała się kłócić, nie mogło być źle.

– Za­dzwo­nię ju­tro za­py­tać, jak się czu­jesz – rzu­ciła nie­uważnie.

Po­tem Lu w nie­skończo­ność re­kon­stru­owała te dni i wy­da­rze­nia. Żółty ko­lor skóry mamy po­ja­wił się nie­po­strzeżenie, żar­to­wały, że wy­chodzą azja­tyc­kie ko­rze­nie, może Rian­na była Chinką w po­przed­nim wcie­le­niu. Ba­da­nia, naj­pierw z do­sko­ku, przed pracą, po pra­cy, i sta­now­cza su­ge­stia le­ka­rza, żeby „położyła się do szpi­ta­la”. „Po co mam się kłaść, jak nie je­stem cho­ra” – pro­te­sto­wała Rian­na. Kie­dy Lu przy­le­ciała do War­sza­wy, le­ka­rze mie­li „otwie­rać brzuch”. „Po co?” – do­py­ty­wała się. Mówili o jej ma­mie, dla­cze­go w ten sposób o niej mówili? Otwo­rzy­li i za­szy­li, zgłosiła się do nich za późno, już nic nie mo­gli zro­bić. Nic, nic, te trzy li­te­ry Lu po­wta­rzała, pisała na kart­kach, sta­rych ra­chun­kach, kwi­tach, bi­le­tach. Nic. N-i-c.

Po­tem Lu usta­liła z le­ka­rza­mi, jaki jest stan mamy. Czy­li cho­rej. To zna­czy mamy. Za­pew­ni­li ją, może je­chać na kil­ka dni, za­mknąć swo­je spra­wy za­wo­do­we, pod jej nie­obec­ność nic się nie sta­nie, mama jest pod dobrą opieką. Lu le­ciała tyl­ko na chwilę. Na za­wsze za­pa­miętała datę, na którą za­re­zer­wo­wała powrót. Nie pole­ciała tam­tym sa­mo­lo­tem.

Tego dnia obu­dziła się w białej ci­szy po­ran­ka. Ma­li­na była w szko­le, Du­nia w Sta­nach, gdzie miała wer­ni­saż. Stamtąd pla­no­wała lot pro­sto do War­sza­wy, do Rian­ny.

Z po­ko­ju Lu na piętrze Sztok­holm wyglądał jak tort lo­do­wy. Lu wzięła do ręki te­le­fon. Mama nie ode­brała. Znów za­dzwo­niła. Nic. Wysłała ese­mes. I dru­gi: „Ma­mu­siu, co się dzie­je? Od­pisz!”. Wy­brała nu­mer Taty Bis. Nie od­bie­rał. Na do­mo­wy – ci­sza. W jego pra­cy po­wie­dzie­li, że jest u mamy, w szpi­ta­lu.

Wy­bie­rała nu­mer szpi­ta­la, kie­dy Tata Bis do niej za­dzwo­nił. Ten te­le­fon wy­gniótł z Lu od­dech. Krzy­czała, tak strasz­nie, że psy Duni się roz­sz­cze­kały, ale ich głosy – tak jak krzyk Lu – rozpłynęły się w białej pu­st­ce Północy. Tata Bis nie po­zwo­lił jej się rozłączać, ale słuchaw­ka gdzieś upadła, a Lu wylądowała na podłodze. Przyszła po­ku­sa, żeby się zwinąć na boku, z pod­kur­czo­ny­mi ko­la­na­mi, żeby za­mknąć oczy… Za­brakło sił, żeby na­brać w płuca po­wie­trza.

Coś kazało jej się pod­nieść – sie­dzieć, klęczeć, byle nie leżeć. Bo już by nie wstała. Za­marzłaby, nie po­mogłoby ciepło skomlących przy niej suk.

Tata Bis za­dzwo­nił do Duni, Du­nia do szkoły, Ma­li­na przy­biegła i objęła Lu długi­mi jak gałązki ra­mio­na­mi na­sto­lat­ki. Przy­ci­skała ją do sie­bie, tuliła. Opa­trzyła ska­le­cze­nie, bo Lu zbiła szklankę – skąd się tam wzięła szklan­ka? – i szkło roz­cięło wnętrze jej dłoni. Nie czuła bólu, tyl­ko do­tyk de­li­kat­nych palców Ma­li­ny, wi­działa jej po­bladłą twarz. Po­tem Ma­li­na za­dzwo­niła do am­ba­sa­dy i po­wie­działa, że Lu nie może dziś przyjść do pra­cy. Podała powód. Lu zro­biło się od tego słabo.

A jed­nak jest w żyjącym stwo­rze­niu jakaś upar­ta moc, pew­nie ślepa, może nie­czuła – podpórka, która nie po­zwa­la upaść. Lu prze­cież się pod­niosła. Wstała, bo fi­zycz­nie nie do­znała uszczerb­ku. Mogła cho­dzić, cho­ciaż nie miała mamy.

Du­nia przy­le­ciała ze Stanów pierw­szym sa­mo­lo­tem do Sztok­hol­mu. Za­stała tam Lu, bo Tata Bis nie po­zwo­lił jej le­cieć do War­sza­wy tego sa­me­go dnia.

– Za­bra­niam ci podróżować w tym sta­nie, słyszysz, Emi­lia?! – krzy­czał do słuchaw­ki.

– Ale Da­niel… – płakała.

– Jest na wy­ciecz­ce szkol­nej, wra­ca ju­tro wie­czo­rem.

– Nie po­wie­działeś mu?

– Przez te­le­fon? Dziec­ku?

Przez następny rok Lu pie­przyła się jak wa­riat­ka. Nie wy­star­czał Mi­chał, jej chłopak. Mi­lut­ki seks i nabożna czułość – już jej to nie ru­szało. Los do­pro­wa­dził do niej Bar­ta.

– Na­zwij­my tocoup de fo­udre – na­le­gał Bart, „r” w jego ustach ob­ra­cało się me­cha­nicz­nie, bez wdzięku.

Był Bel­giem z Flan­drii, star­szym od niej o dzie­sięć lat, fran­cu­ski był jego dru­gim języ­kiem po ho­len­der­skim. Coup de fo­udre, czy­li pio­run namiętności, nagłe za­ko­cha­nie – fran­cu­skie słowa za­brzmiały obco w an­gielsz­czyźnie, którą się po­ro­zu­mie­wa­li. Coup de fo­udre? Co to, ope­ra my­dla­na? – pomyślała Lu, a po­tem zro­zu­miała, że trochę tak. Usta­wiła między nimi mur cy­ni­zmu – Bart był żona­ty, nie można poważnie trak­to­wać żona­te­go – ale mur chwiał się od początku, nie tyl­ko pod na­po­rem ich ciał.

Mi­chał ko­chał ją czu­le. Byli parą od pięciu lat, uznał więc, że przy­szedł czas na podjęcie poważnego zo­bo­wiąza­nia. Lu nie wie­działa, skąd mu się to wzięło, bo wcześniej roz­ma­wia­li, że są za młodzi, by zakładać ro­dzinę, chcą naj­pierw zo­ba­czyć trochę świa­ta, poza tym Lu nie miała prze­ko­na­nia do ce­re­mo­nii angażujących wie­lu krew­nych, którym była obojętna.

– Po­miesz­kaj­my trochę w Sztok­hol­mie, zo­ba­czysz, jak jest gdzie in­dziej – na­ma­wiała Mi­chała.

– Ale co ja tam będę robił?

– Po­mogę ci zna­leźć pracę. Znam język, kraj, lu­dzi. Na początku będzie­my mie­li mój etat, spo­koj­nie znaj­dziesz coś, co będzie ci od­po­wia­dać.

– A co z miesz­ka­niem?

– Co z miesz­ka­niem?

– No, me­ble i w ogóle.

Za­ko­chała się w jego brązo­wych oczach, po­czu­ciu hu­mo­ru, cie­ple, którym ema­no­wał. A te­raz to ciepło wydało jej się roz­go­to­wa­ne. Nie chciał Północy, ale od cze­goś mu­sie­li zacząć swo­je podróżowa­nie.

– Nie możemy tu zo­stać? – usłyszała jego głos.

Za­nim się odwróciła, ogarnęła wzro­kiem wi­dok roz­ciągający się za oknem ich war­szaw­skie­go miesz­ka­nia. Plac za­baw, na którym w dzień po­krzy­ki­wały dzie­ci, a wie­czo­rem wartę przej­mo­wa­li me­ne­le, klon, z którego osy­py­wały się liście, ple­cy do­zor­czy­ni. Ko­bie­ta wi­dzia­na z przo­du była so­cja­li­stycz­nym re­lik­tem: ubyt­ki w uzębie­niu, obo­wiązko­wa trwała, na­wet giezło po­dob­ne do far­tu­cha woźnej z pod­stawówki Lu.

– Tu mamy ro­dzinę, zna­jo­mych, wszyst­ko. – Mi­chał ba­lan­so­wał mokrą to­rebką z her­batą, którą właśnie wyjął z pa­rującego kub­ka. – Zo­stańmy tu.

Weźmie to­rebkę na łyżeczkę, obwiąże sznur­kiem, żeby wy­cisnąć jesz­cze parę kro­pel, pie­czołowi­cie prze­nie­sie nad zlew. Na­ka­pie na blat, za­nim wrzu­ci do śmiet­ni­ka. To­reb­ka zaczęła się osu­wać. Pac!

– Nie – po­wie­działa Lu. – Ja nie zo­stanę.

Po­tem były wy­mia­ny zdań na te­mat pa­trio­ty­zmu, dyżurny te­mat na obia­dach z jego ro­dziną.

– Wy­kształcić się w Pol­sce, a pra­co­wać gdzie in­dziej to cham­stwo – za­wy­ro­ko­wała Ma­ry­sia, cio­tecz­na sio­stra Mi­chała. – Jak można wyjeżdżać, kie­dy w kra­ju jest tyle do zro­bie­nia?

– To jakiś dzie­więtna­sto­wiecz­ny kon­cept – mruknęła Lu.

Przy­cho­dziła tu ze względu na Mi­chała, za każdym ra­zem po­wta­rzając so­bie w du­chu, że nie da się spro­wo­ko­wać. Wie­działa, że Ma­ry­sia, star­sza od nich o dzie­sięć lat, jest dla Mi­chała jak ro­dzo­na sio­stra.

– Wie­cie, że te­raz wy­ra­sta po­ko­le­nie ban­dytów, bo ich ro­dzi­ce wy­je­cha­li pra­co­wać na Zachód? – włączył się Zyg­munt, mąż Ma­ry­si.

– Ja­kich znów ban­dytów? – roześmiał się Mi­chał.

Lu była jak zwy­kle pełna po­dzi­wu, że nie dawał się wciągnąć w okołopo­siłkowe gier­ki.

– Nie oglądałeś ostat­nio wia­do­mości? – za­pe­rzyła się Ma­ry­sia. – Mówili, że wzra­sta przestępczość wśród młodych, bo nie ma ich kto do­pil­no­wać. Ro­dzi­ce wyjeżdżają na sak­sy, a dzie­cia­ki bie­gają sa­mo­pas i się sta­czają.

– Z tego, co wiem, mówio­no o ro­dzi­cach, którzy całymi dnia­mi pra­cują, nie­ko­niecz­nie za gra­nicą – od­parła Lu. – Jeśli wra­ca się do domu o ósmej, ma się ogra­niczony kon­takt z dziećmi…

– Na­sze i tak wolą sie­dzieć przed kom­pu­te­rem. – W głosie Zyg­mun­ta za­brzmiała duma. – Przy­wiozłem im naj­now­sze gry z Nie­miec.

Ma­ry­sia (dy­mek): …i dzięki temu jest spokój. Niby dzie­ciom po­win­no się czy­tać, przy­najm­niej tak się mądrzą ci, co sami dzie­ci nie mają. A ta Emi­lia, czy ona aby do­bra dla Mi­chałka? Żeby choć miesz­ka­nie miała, prze­cież jest z War­sza­wy. Trzy­dziest­ka na kar­ku, a oni wciąż wy­naj­mują. Za­raz dzie­ci im się za­chce, ona pójdzie na ma­cie­rzyński, z pra­cy wy­le­ci i z cze­go po­tem ten wy­na­jem?

Mi­chał pod­sunął Zyg­mun­to­wi chrzan i zręcznie zmie­nił te­mat. Lu spoj­rzała na swo­je­go chłopa­ka z daw­nym po­dzi­wem i całkiem no­wym znie­cier­pli­wie­niem. Po­czu­cie bez­pie­czeństwa, które jej dawał, kie­dyś kojące, zaczęło ją ostat­nio drażnić. Był taki do­bry, po­ko­jo­wo na­sta­wio­ny do świa­ta. W ta­kim Mi­chale się za­ko­chała. A jed­nak co­raz częściej miała ochotę wstać i wyjść.

Wy­pro­sto­wała się, ciało sprężyło się do zmia­ny po­zy­cji. Na­gle z tej go­to­wości zro­bił się za­ka­lec, za­padła się w po­czu­ciu winy. Mi­chał de­ner­wo­wał ją, bo nie był Bar­tem, nie miał jego dłoni, błądzących ze znaw­stwem po jej cie­le, ho­ry­zontów człowie­ka, który po­znał wie­le kul­tur. Po­pa­trzyła na swo­je­go chłopa­ka, w jego ko­cha­ne oczy.

Zyg­munt: Człowiek by się wyniósł na ja­kie Se­sze­le, ale żeby było pol­skie je­dze­nie.

– Praw­dzi­wy Po­lak miesz­ka w Pol­sce. – Zyg­munt wzniósł to­ast.

– Na po­hy­bel na­siadówce – szepnęła bezgłośnie Lu.

– Kie­dy jest się w związku z żona­tym, w pew­nym mo­men­cie do­cho­dzi się do ścia­ny. – Głos Duni brzmiał, jak­by stała tuż obok.

Lu przełożyła te­le­fon do dru­giej ręki i roz­ma­so­wała ucho. Do­brze, że mogła dzwo­nić z pra­cy, gdy­by tyle cza­su gadały przez komórkę, poszłaby z tor­ba­mi. Mu­siała oszczędzać, jej pla­ny życio­we się gma­twały.

– Po­wie­działaś Mi­chałowi? – za­py­tała Du­nia.

Lu od­sunęła się z krzesłem do tyłu i oparła sto­py o biur­ko. Wie­le razy kusiło ją, żeby to samo zro­bić w ciągu dnia, ale sie­działa w po­ko­ju z dwie­ma in­ny­mi ko­bie­ta­mi, obie były z ga­tun­ku spiętych i za­szczy­co­nych, że pra­cują w Mi­ni­ster­stwie Spraw Za­gra­nicz­nych.

– Jesz­cze nie.

Prze­stra­szyło ją py­ta­nie Duni. Uświa­do­miło, że to wszyst­ko dzie­je się na­prawdę. Ich pięcio­let­ni związek chwiał się, bo ktoś mu strze­lił w ple­cy. Czuła się ohyd­nie. To ona strze­liła.

– Ko­cham go – szepnęła i się zdzi­wiła.

Ona i różowy go­to­wiec, myśle­nie ro­man­so­we? No tak, łatwiej po­wie­dzieć „ko­cham” niż drążyć, skąd nagły roz­krok w spra­wach uczu­cio­wo-łóżko­wych. I ten banał: z jed­nej stro­ny ko­chający, do­bry chłopak, który chce się z nią żenić, z dru­giej cu­dzy mąż, któremu dała się zerżnąć, mając w tym pa­ry­te­to­wy udział.

– Ko­chasz go. – Przekąs w głosie Duni mógł być pro­jekcją. – Którego? A zresztą nie od­po­wia­daj.

– Jak to jest być sa­mej?

Du­nia: Ja­kie po­do­bieństwo głosów Lu i Rian­ny, ta sama nie­wy­mu­szo­na sta­ran­ność wy­mo­wy. I to samo py­ta­nie.

– Emil­ko, ja­kie­go­kol­wiek wy­bo­ru byś do­ko­nała, nie