Wydawca: Zwierciadło Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Bohaterowie są zmęczeni ebook

Maria Nurowska  

4.46153846153846 (13)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 219 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bohaterowie są zmęczeni - Maria Nurowska

Maria Nurowska    Bohaterowie są zmęczeni

Wybitna pisarka w szczytowej formie i prawdziwa historia, która zapiera dech w piersi

Leon i Ludwik Niemczyk. Słynny aktor i legendarny kurier podziemia. Ich skomplikowane losy ukazane na tle równie skomplikowanych czasów, są niczym fascynujący film.

Obydwaj bracia w czasie II wojny światowej należeli do podziemnych struktur i walczyli
o wolność ojczyzny. Po wojnie  Ludwik z narażeniem życia organizował ucieczki przez zieloną granicę. Podczas jednej z nich na zachód postanowił uciec Leon. Jednak podczas próby przekroczenia granicy bracia zostali aresztowani.

Po krótkim pobycie w więzieniu Leon wyszedł na wolność, Rozpoczął aktorską karierę i w ciągu niemal półwiecza zagrał w 550 filmach  m.in. w  nominowanym do Oscara Nożu w wodzie Romana Polańskiego. Kochały go kobiety i uwielbiali kinomani. Jawił się jako istny król życia.

Ludwik przeżył sześcioletnią gehennę w lochach UB, a po wyjściu z nich podjął rozpaczliwą próbę ucieczki i wraz z żoną przedostał się do zachodniego raju, rzekomo pełnego nadziei, gdzie dożył sędziwego wieku.

Bracia po raz ostatni widzieli się podczas nieudanej próby ucieczki. Do końca życia każdy z nich zastanawiał się, kto zdradził. I czy zdrajcą nie był brat. Nigdy tych podejrzeń nie zweryfikowali. Nigdy nie stanęli twarzą w twarz…

Bohaterowie są zmęczeni to barwna opowieść o ludzkich losach w nieludzkich czasach. To również studium mechanizmów rządzących powojenną Polską, kraju gdzie dobro było karane, a zło – nagradzane.

***

Maria Nurowska – jedna z najbardziej znanych polskich powieściopisarek, po której książki sięga kilka pokoleń czytelników. Najbardziej znane jej powieści to m.in. Rosyjski kochanek, Miłośnica, Drzwi do piekła. Książki Marii Nurowskiej przetłumaczono na szesnaście języków.

Opinie o ebooku Bohaterowie są zmęczeni - Maria Nurowska

Fragment ebooka Bohaterowie są zmęczeni - Maria Nurowska

zakupiono w sklepie:

Legimi

identyfikator transakcji:

4302365

znak wodny:

Redakcja: BOHDAN SŁAWIŃSKI
Korekty: Melanż
Projekt okładki i projekt typograficzny oraz skład i łamanie: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN (www.panczakiewicz.pl)
Redaktor prowadzący: MAGDALENA CHORĘBAŁA
Dyrektor produkcji: ROBERT JEŻEWSKI
Zdjęcia na okładce: portret Leona Niemczyka – „Agnieszka 46”, reż. Sylwester Chęciński, 1964, fot. Janusz Zachwajewski, licencja SF Kadr, Filmoteka Narodowa, SF Tor, SF Zebra; Yolande de Kort / Trevillion Images
© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2016 Text © copyright by Maria Nurowska 2016
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
ISBN 978-83-64776-82-3
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o. ul. Postępu 14, 02-676 Warszawa tel. (22) 312 37 12 Dział handlowy:handlowy@grupazwierciadlo.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Chciałabym podziękować gorąco wszystkim tym, którzy pragną pozostać anonimowi, a bez pomocy których nie powstałaby ta książka.

Maria Nurowska

Leon

Kiedy po śmierci Leona Niemczyka ukazywały się wspomnienia jego kobiet, kolegów aktorów, mogłam się przekonać, jak mało o nim wiedzieli. Inny wielki aktor, Gustaw Holoubek, powiedział coś takiego: „Był człowiekiem bezkonfliktowym i jednym z najbardziej pogodnych aktorów”.

Wygląda na to, że tylko przede mną obnażył swoją zranioną duszę. Te rany nie zagoiły się nigdy. Spotykał na swojej drodze kobiety, które chciały być przez niego kochane, mężczyzn, którzy nazywali siebie jego przyjaciółmi, ale od wczesnego dzieciństwa czuł się przeraźliwie samotny.

Miał tak bogaty życiorys, a życie jest tak ulotne, ludzie pojawiają się i znikają, że przyszła mi do głowy myśl, by te wszystkie jego przygody spisać. Spytałam, co o tym myśli. Początkowo bardzo się bronił:

– Ja sam o sobie wszystkiego nie wiem i nie chcę wiedzieć!

Wreszcie jednak ustąpił. Umówiliśmy się na pierwsze nagranie wiosną dwutysięcznego roku. Leon w grudniu kończył siedemdziesiąt siedem lat, ale w żadnym razie nie wyglądał na starca.

– Dwie siekierki! – zażartował. – Trzeba zacząć się rozglądać, czy nie czai się gdzieś za rogiem koścista starucha!

Była piękna, słoneczna pogoda, usiedliśmy więc na ławce w ogrodzie botanicznym pod rozłożystym krzewem bzu. Wyjęłam dyktafon.

– To co, jesteś gotów, zaczynamy?

– Taki zaszczyt mnie spotyka, że słynna pani dziennikarka będzie się babrała w moim życiu! I po co ci to, jestem starym odyńcem, o którym, kiedy tylko zamknę oczy, świat natychmiast zapomni. Użyźnię ziemi szmat...

– Skąd wiesz?

– Żyję już dostatecznie długo, aby wiedzieć parę rzeczy...

– Leon, data urodzenia!

– Zaczynamy od pieluszek?

– Od życiorysu!

– Jak chcesz poznać mój życiorys, przespaceruj się do policyjnego archiwum w Łodzi i tam na pewno go odnajdziesz. Napisany w dodatku odręcznie!

– Jak to?

– A tak to, że w osiemdziesiątym siódmym roku starałem się o pozwolenie na broń.

– I dostałeś?

– Dostałem.

– Dlaczego właśnie wtedy, czy coś ci zagrażało?

– A... miałem taką fantazję, jak wiesz, potrafię obchodzić się z bronią.

– Wiem, Powstanie Warszawskie.

– Nie tylko, służyłem w 444. batalionie przeciwlotniczym 97. Dywizji Piechoty 3. Armii Stanów Zjednoczonych pod dowództwem generała George’a Pattona.

– Dobrze, ale najpierw zacznijmy od życiorysu. Bo się pogubimy...

– Jest tak zagmatwany, że ja sam się pogubiłem, nie żal ci czasu, żeby się w to pakować?

– Wyobraź sobie, że nie!

– So, let’s go. Urodziłem się... no się urodziłem, i co z tego?

Wciskam pauzę.

– Leon, ja już nagrywam! A jak będziesz tak marudził, to zacznę do ciebie mówić Leoś, jak twój przyjaciel Antczak!

– Błagam, tylko nie to, Jureczek jest zdolnym reżyserem, ale strasznym nudziarzem, a najgorsze, że wciąż opowiada odgrzewane jak obiad kawały! Idą dwie agrafki przez pustynię... A wiesz, co mają wspólnego odgrzewane obiady i stare żony? Grzebie się w nich bez przekonania.

– Jakby cię słyszał, to miałbyś przechlapane!

– I tak mam przechlapane, od lat mnie nie angażował...

– Boli cię, że nie zagrałeś Chopina.

– Ja miałbym grać takiego chuderlaka!

– Jesteś podobny do niego z profilu, a Chopin kulturysta to byłoby coś! A wiesz, dlaczego twój przyjaciel cię nie zaangażował? Bo rozmieniłeś się na drobne, przyjmujesz od lat każdą rolę, którą ci łaskawie zaproponują, a najbardziej mnie boli, że grywasz w telewizyjnych tasiemcach, które, moim zdaniem, są większą trucizną od świętej pamięci Polski Ludowej... Byliśmy wtedy biednym, ale myślącym narodem, a teraz elity zajmują się gromadzeniem majątków, a lud przed telewizorem śni na jawie, przyjmuje kolejną dawkę opium. Łatwiej mi wybaczyć Wajdzie, że w „Popiele i diamencie” oglądałam ideowego komunistę, a w końcówce „Ziemi obiecanej” czerwony sztandar na cały ekran, potem zresztą, kiedy zmieniły się czasy, sztandar zniknął, niż tym wszystkim scenarzystom, reżyserom i aktorom, którzy uczestniczą w ogłupianiu własnego narodu. A wiesz, dlaczego to robią? Dla kasy! I ty w tym uczestniczysz!

– Ale zasunęłaś epistołę, nigdy tyle nie mówiłaś.

– To twoja jedyna odpowiedź?

– A co mam ci odpowiedzieć, aktor był zawsze sprzedajną kurwą i tyle. I ja przynajmniej nie udaję, że jest inaczej. Włączaj ten swój dyktafon!

Urodziłem się pewnego pięknego grudniowego dnia w Warszawie tysiąc dziewięćset dwudziestego trzeciego roku, zostałem ochrzczony w kościele Świętego Krzyża i nadano mi imiona Leon Stanisław.

Mieszkaliśmy sobie na Dolnym Mokotowie w trzypokojowym mieszkaniu. Kiedy wyszedłem z pieluszek, dzieliłem pokój z moim starszym bratem Robertem. Nasza rodzina była bardzo muzykalna, ojciec grał na wiolonczeli, brat Wacław na skrzypcach i dobrze rokował, Ludwik na wiolonczeli, też nieźle rokował, lecz brakowało mu entuzjazmu, więc ojciec, chcąc go zachęcić, płacił mu za żarliwość po 50 groszy, co przed wojną nie było wcale mało. Mogłaś pójść za to do kina na przykład albo objeść się słodyczy. Ja grałem na pianinie, ale w przeciwieństwie do starszych braci nie rokowałem, więc ojciec wymyślił, że zostanę poliglotą, i posyłał mnie na lekcje angielskiego i niemieckiego, też przekupując pięćdziesięciogroszówką.

Atmosfera w domu... czy ja wiem, trochę przypominała dworzec kolejowy, ktoś ciągle wchodził i wychodził. Ale nie było w tym nic dziwnego, bo w niedużym mieszkaniu gnieździło się sześć osób. Rodzice, trzech braci, no i ja!

Ojciec zdecydowanie wyróżniał brata Wacława, widział w nim, nie bez powodu, przyszłego wirtuoza, matka zaś faworyzowała Ludwika, nie wiadomo dlaczego, bo żadnym orłem nie był, ciągle tylko mamrotał coś tam pod nosem, szepty i szumy wydzielał z siebie, że nic nie można było zrozumieć. Mieli z matką nawet swój szyfr i kiedy tak szeptali, wzbogacając ekspresję wokalną gestami, ktoś obcy mógłby pomyśleć, że dwie niemowy używają języka migowego. Kiedyś podsłuchałem rozmowę matki z naszą kuzynką, zwierzyła się jej, że zawsze chciała mieć córeczkę, a urodziła czterech budrysów.

– To dlatego hodujesz Ludwisiowi te loczki – pamiętam – roześmiała się krewna.

Bardzo to wtedy przeżyłem, Robert i Wacław byli od nas dużo starsi, więc matka tylko ze mną i Ludwikiem chodziła do fryzjera, mnie kazała strzyc na krótko, a jemu oczywiście zostawić te śliczne loczki!

Stanowiliśmy względnie szczęśliwą rodzinę, mimo że ojciec był hulaką i dziwkarzem. Zdradzał matkę na prawo i lewo, a jego flamy w pewnym momencie zrobiły się tak bezczelne, że chciały rozmawiać z „panem profesorem” nawet wtedy, gdy telefon odbierała matka. Robert za którymś razem tak się wkurzył, że odpowiedział:

– Pana profesora nie ma, pan profesor robi kupę!

Trzasnęła odkładana słuchawka. Od tej pory telefony ucichły. Opowiedziałem o tym w Spatifie i poszło w świat, ciągle ktoś wyjeżdżał z podobną historią.

Kiedyś, pamiętam, Ludwik spytał naszą matkę, dlaczego godzi się na te wszystkie zdrady ojca, a ona odrzekła z uśmiechem:

– Syneczku, wychodząc za niego za mąż, wiedziałam, że nie będę jedyna!

Matkę uwielbiałem, a ona jakby zapominała, że urodziła czwarte dziecko. Robiłem wiele, aby mnie jednak dostrzegła, starałem się być bardzo grzeczny albo przeciwnie, hałasowałem, rozrzucałem zabawki, wszystkie te próby natrafiały na mur obojętności z jej strony. Nie byłem dostatecznie silny, aby wywalczyć sobie odpowiednie miejsce w rodzinie, bracia zwracali się do mnie „mały” i często się mną wysługiwali, co mnie upokarzało i spychało w dziecięcą samotność. Nawet Ludwik, sam niewiele starszy, traktował mnie jak małe dziecko i starał się mi wymyślnie pomagać, kiedy zupełnie tego nie potrzebowałem... Ludwik sprawiał, że mój bunt stawał się jeszcze bardziej idiotyczny, niepoważny, marginalizował się.

Tak było do śmierci ojca w trzydziestym siódmym roku. Hulanki i swawole znacznie skróciły życie seniora rodu. Matka, aby utrzymać rodzinę, otworzyła sklep spożywczo-kolonialny. Starsi bracia, zajęci swoimi sprawami, nie kwapili się z pomocą. Robert wyjechał na Śląsk, Wacław wynajął kawalerkę na mieście i rzadko się pokazywał, a pupilek matki Ludwik dostał jakąś narodowo i patriotycznie ważną funkcję w harcerstwie i zajmowało mu to całe popołudnia. Miałem wtedy trzynaście lat i zaraz po lekcjach zjawiałem się w sklepie, z czego matka wcale nie była zadowolona.

– Lepiej odrób lekcje – słyszałem. – Tutaj będziesz tylko przeszkadzał.

Ale kiedy sklep zwiększył obroty, przekonała się, że mogę się jej przydać. Siadała przy kasie, a ja uwijałem się za ladą. Zwykle bladym świtem trzeba było jechać na targowisko po świeże warzywa i owoce. Czasami jeździło się na wieś, do chłopa. To najbardziej lubiłem, matka zamawiała konną dorożkę i mogłem usiąść obok woźnicy. Wydawałoby się, że zaskarbiłem sobie wreszcie jej uczucia, ale gorzko się rozczarowałem. W czasie krzątaniny w sklepie prawie się do siebie nie odzywaliśmy, a wieczorem, gdy była już bardzo zmęczona, do akcji wkraczał Ludwiczek. Przynosił jej stołeczek pod nogi, parzył ziółka, po chwili do uszek szeptali sobie pracowity dzień. Te ich czułości, poufałość... uważałem za niesprawiedliwość i narastała we mnie niechęć do starszego brata.

Raz nawet odważyłem się matkę zapytać:

– Czy mamusia mnie kocha?

Spojrzała zaskoczona:

– Kocham wszystkie swoje dzieci.

– A gdybym umarł, płakałaby mamusia po mnie?

– Co ci dzieciaku chodzi po głowie! – mówiła. – Ty mnie będziesz chował, nie ja ciebie!

Z czasem mój zapał do pomagania jej w sklepie osłabł, czułem się zraniony w swoich uczuciach, potraktowany przez nią niesprawiedliwie, postanowiłem więc zarobić prawdziwe pieniądze i w ten sposób udowodnić, że nie jestem już dzieciakiem. Rozlepiłem na mieście ogłoszenie: „Udzielam korepetycji z angielskiego i niemieckiego, dojazd do ucznia gratis”. Podałem też numer telefonu, wiele sobie po tym nie obiecując, więc kiedy telefon milczał, nie byłem zbytnio rozczarowany. Któregoś wieczoru, przy kolacji, matka powiedziała:

– Dziwne, ktoś podał nasz telefon, bo dzwonią w sprawie korepetycji!

Znieruchomiałem z widelcem w ręku:

– I co mamusia mówiła?

– Że pomyłka!

– Jaka pomyłka! – wrzasnąłem. – To ja dałem ogłoszenie!

– Ty!

– Ja! Właśnie ja! Jestem w szkole prymusem z niemieckiego i tak samo dobrze znam angielski!

Pokręciła głową.

– Synu, ty masz dopiero piętnaście lat!

I tu, pamiętam, wtrącił się Ludwik.

– Leoś ma wielkie zdolności językowe, z powodzeniem może uczyć innych!

Matka nie wyglądała na przekonaną, ale odtąd zapisywała numery telefonów chętnych na korepetycje.

Pierwszym uczniem okazał się dziesięcioletni chłopiec, który mieszkał w willi otoczonej wysokim murem na dalekim wtedy Żoliborzu, wysyłano więc po mnie automobil. Limuzyna zajeżdżająca przed naszą kamienicę budziła sensację, a ja puchłem z dumy. Matka i Ludwik zachodzili w głowę, dlaczego tacy bogaci ludzie wybrali na korepetytora właśnie mnie. Wytłumaczenie było proste, rozpieszczony jedynak zrażał kolejnych nauczycieli, rodzice wpadli więc na pomysł, aby zatrudnić kogoś zbliżonego wiekiem, z kim Adaś znalazłby wspólny język.

Kiedy wszedłem do jego pokoju, bujał się na krześle i ostentacyjnie mnie nie zauważał. Myślę, że wtedy po raz pierwszy odezwała się we mnie żyłka aktorska. Usiadłem na drugim krześle, wyjąłem z teczki książkę i zagłębiłem się w lekturze. Kątem oka widziałem, że mój uczeń wierci się na krześle, ale nie zwracałem na to uwagi.

– Co czytasz? – spytał wreszcie.

– Bardzo ciekawą powieść.

– A o czym?

– O psie, który był wilkiem.

– To tak można? – Zainteresował się.

– Można, ale są z tego same kłopoty, o czym Biały Kieł przekonuje się na własnej skórze. Jego panem jest Indianin o przezwisku Szary Bóbr... Ale teraz wróćmy do lekcji angielskiego, za to mi twoi rodzice płacą.

Adaś złożył ręce jak do modlitwy:

– Błagam... opowiedz mi o tym Białym Kłu...

– A co z lekcją?

– Sam się nauczę.

– Na pewno?

– Jak Boga kocham!

I tak się stało. Zakreśliłem fragment, a on obiecał nauczyć się go na pamięć, uważałem to zresztą za najprostszą metodę, i zacząłem czytać, odpowiednio modelując głos: „Zdecydował się ukryć, w strumieniu, który już zaczął zamarzać, zgubił swój ślad. Potem wczołgał się w gąszcz i czekał. Nagle usłyszał Szarego Bobra – wołał go po imieniu. Potem słyszał inne głosy...”.

A my usłyszeliśmy czyjeś kroki, więc szybko schowałem książkę i obaj pochyliliśmy się nad ćwiczeniami z angielskiego.

Do pokoju weszła mama mojego ucznia i na widok tej sielanki nie potrafiła ukryć radości. Przygotowywałem się już do wyjścia, kiedy zajrzała do przedpokoju.

– Jak się panu udało, panie Leonie, okiełznać mojego syna? Do pana poprzednika strzelał z procy!

Uśmiechnąłem się pod nosem.

– Mam swoje sposoby.

Następnym razem Adaś czekał na mnie na ganku. Wyrecytował zadany fragment, odpytałem go ze słówek i wróciliśmy do książki Londona.

– Na czym stanęliśmy?

-– „Potem słyszał inne głosy...”.

„Zadrżał ze strachu, jednak opanował siłę, która pchała do wyjścia z ukrycia. Po chwili głosy ucichły i wilczek wyczołgał się z krzaków, by cieszyć się z udanej ucieczki...” – chłopiec słuchał z otwartą buzią, chyba udało mi się wprowadzić go w świat, który go całkowicie pochłonął, czytałem dalej. „Poczuł chłód. Nie było już ciepłej ściany tipi, do której mógłby się przytulić. W łapy szczypał mróz. Czuł głód i przypomniał sobie, jak ludzie rzucali mu kawałki mięsa czy ryb. Tu w lesie nie było mięsa, tylko przerażająca smutna cisza...”.

Spojrzałem na Adasia, miał oczy pełne łez.

– Ty płaczesz?

– Bo... on jest sam i się boi...

Wtedy dotarło do mnie, że bez konsultacji z jego rodzicami wybrałem zbyt poważną literaturę dla tego chłopca. Był jeszcze dzieckiem, otoczonym miłością, ale i murem, który odgradzał go od prawdziwego życia. Automobil odwoził go i przywoził ze szkoły, po szkole przebywał tylko z dorosłymi, którzy mu wmawiali, że życie jest takie, jakie ogląda zza różowej firanki. Byłem w kłopocie, nie wiedziałem, jak zatrzymać te nasze sesje... Nie było mowy, aby przerwać lekturę, a czekały nas sceny pełne okrucieństwa i przemocy. Postanowiłem zniechęcić Adasia do powieści, czytając niechlujnie, monotonnym głosem, ale mały natychmiast zaprotestował. W tej sytuacji postanowiłem przeprowadzić z nim poważną rozmowę.

– Słuchaj, Adam, porozmawiajmy jak mężczyzna z mężczyzną, zgadzasz się?

Skinął głową.

– Będę ci czytał, jeśli nie będziesz się mazgaił.

– Dobrze.

I dotrzymał słowa, omijałem zbyt drastyczne opisy, ale okrucieństwa w tej powieści nie brakowało i kątem oka widziałem, jak chłopiec zaciska pięści i stara się nie mazgaić.

Trzeba przyznać, że miał małpią zdolność do języków i kwadrans, który poświęcaliśmy na naukę, całkowicie mu wystarczał. Zafascynowany losami wilka, odrabiał zadawane przeze mnie lekcje bez szemrania. I tak do wakacji przeczytałem mu całą powieść Jacka Londona.

Rodzice bardzo mi dziękowali, że ucywilizowałem ich syna, i wyrazili chęć, bym od września kontynuował lekcje, ale matka potrzebowała mojej pomocy w sklepie. Teraz sam miałem wybierać się na wieś po zakupy

Rok później, kiedy już tego rodzinnego sklepu nie było... w połowie października trzydziestego dziewiątego roku spotkałem na ulicy matkę Adama, w pierwszej chwili jej nie poznałem, bardzo się zmieniła, zgaszona, przygarbiona, cała w czerni. Dowiedziałem się od niej, że mój uczeń zginął w pierwszych dniach września podczas bombardowania Warszawy. Odchodziła już, kiedy powiedziałem:

– Muszę się pani do czegoś przyznać, zamiast uczyć pani syna angielskiego, czytałem mu powieść Jacka Londona „Biały kieł”...

Pamiętam, uśmiechnęła się smutno.

Miałem też innych uczniów i uczennice też, a jakże! Ale byli znacznie starsi od Adama, powodzeniem cieszył się język niemiecki, może dlatego, że ponad zachodnią granicą niosły się echa złowrogich przemówień Hitlera. W ostatnich dniach sierpnia trzydziestego dziewiątego roku atmosfera warszawskiej ulicy zmieniła się, wiesz, ludzie wyczekiwali... coś nieuchronnie miało nadejść. Ten niepokój potęgowały próbne alarmy lotnicze, ustawiały się kolejki po maski gazowe, długie ogonki klientów wystawały pod bankami. Mieszkańcy Warszawy wyjmowali swoje oszczędności, na gwałt robili zapasy, największe wzięcie miały zapałki, papierosy, cukier, mąka. Myślałem, że matka pośpieszyła się ze sprzedażą sklepu, teraz mielibyśmy wspaniały obrót.

Szóstego października odbyła się defilada zwycięzców, no cóż, mieliśmy nie oddać ani guzika od żołnierskiego płaszcza, ale teraz, gdy marszałek Śmigły-Rydz przez Zaleszczyki do Rumunii hyc-hyc-hyc... Hitler przyglądał się tej paradzie z trybuny w Alejach Ujazdowskich na placu Na Rozdrożu. Ja i Ludwik obserwowaliśmy z okna mieszkania naszej ciotki ten pokaz siły, maszerująca piechota, potężne działa, wozy pancerne, kolumny czołgów. Serce zamierało, kiedy się patrzyło na to, jak kraj chrzęści pod germańskimi gąsienicami.

– Jeszcze Polska nie zginęła... – odezwał się cicho Ludwik.

Kiedy wybuchła wojna, byłem za młody, aby iść na front, z własnej inicjatywy biegałem po mieście i informowałem saperów o pociskach do rozbrojenia, ale wkrótce dostałem postrzał w udo i przez rok chodziłem o kulach. Potem znalazłem zajęcie w biurze kreślarskim, jednocześnie uczęszczając do podziemnej podchorążówki. W ślad za Ludwikiem wstąpiłem do Armii Krajowej, byłem nastawiony wtedy bardzo patriotycznie i gotów do oddania życia za ojczyznę. Potem różnie z tym bywało, widziałem Polskę jako piękną i próżną kobietę, której się wydaje, że jej wdzięk wszystko załatwia, ale rzeczywistość brutalnie to korygowała. Ludwik był wyżej usytuowany w podziemnych strukturach i brał udział w poważniejszych akcjach. Moja komórka zajmowała się głównie małym sabotażem, większość z nas, w tym ja, nie mieliśmy broni i czułem się z tego powodu mało komfortowo. Któregoś dnia szukając czegoś na pawlaczu, natrafiłem na obły przedmiot owinięty w płótno, był to pistolet typu tetetka, dobrze zakonserwowany, chwilę nawet walczyłem ze sobą, czy by go nie pożyczyć, jednak odłożyłem z powrotem.

W lutym czterdziestego trzeciego roku, jeszcze przed godziną policyjną, podczas tajnego zebrania, w którym uczestniczyłem, doszło do wsypy. Albo był między nami kapuś, albo ktoś nie wytrzymał tortur na Szucha. Najpierw przed kamienicę zajechały budy, potem łoskot podkutych butów na schodach i walenie kolbami w drzwi. Nie namyślając się, otworzyłem okno w kuchni i skoczyłem w ciemność. Uważałem, że lepsza złamana noga niż aresztowanie i tortury. Nigdy się nie wie, ile można wytrzymać. Krzew bzu, o, taki jak ten, pod którym siedzimy... zamortyzował skok i szczęśliwie nie odniosłem żadnych obrażeń. Siedząc w krzakach, widziałem, jak wyprowadzają kolegów, ale moja godzina jeszcze nie wybiła...

Następnego dnia gestapo przyszło po mnie, więc jednak ktoś się załamał. Szczęśliwie nie było mnie w domu, a matka pokazała gestapowcom wizytówkę Hansa Franka, dzięki czemu nie doszło do rewizji i aresztowania całej rodziny. Kiedy się o tym dowiedziałem, przyszła mi na myśl owinięta w szmatę tetetka i zimno mi się zrobiło. Oczywiście należała do Ludwika, bo tylko my dwaj byliśmy w podziemiu. Robert przeszedł w dzieciństwie szkarlatynę, miał uszkodzone bębenki i słabo słyszał, więc nikt by go nie przyjął do konspiracji, a Wacława pochłonęła kariera muzyczna. Panicznie obawiał się kontuzji dłoni, które w przyszłości miały mu przynieść wielką sławę i majątek.

Niemcy zabrali na Pawiak tylko Roberta i przykazali, abym sam się nazajutrz do nich zgłosił. Bojąc się o matkę, miałem taki zamiar, ale Ludwik mi to wyperswadował. Stwierdził, że Roberta wypuszczą, a mnie nie będą więcej szukać. Takie akcje są zwykle jednorazowe, chyba że gestapo ma jakieś poważne zarzuty. Brat załatwił mi lewe papiery na nazwisko Jerzy Królikowski.

A z tą wizytówką generalnego gubernatora to był zwykły zbieg okoliczności. W Filharmonii Warszawskiej miał wystąpić niemiecki skrzypek, bodajże Georg Kulenhaupt, ale pociąg z Berlina został ostrzelany i wiadomo było, że nie dojedzie na czas. Więc dyrektor filharmonii posłał gestapowców po mojego brata Wacława, który już przed wojną był znanym wirtuozem. Po koncercie braciszek dostał kosz kwiatów z wizytówką Franka...

Na przeczekanie, przyschnięcie sprawy Ludwik wysłał mnie do Krakowa. Inżynier B. przyjął mnie bez zbędnych pytań i pracowałem w jego firmie jako zwykły robotnik. Nie wiem, jakie układy łączyły go z moim bratem, ale zaproponował mi, abym zamieszkał w jego domu. Traktowano mnie tam jak członka rodziny. Inżynier miał ładną, miłą żonę i niewiele młodszą ode mnie córkę Wandę, która od razu skojarzyła mi się z Zutą z „Ferdydurke”, wiesz, „była wysportowana, gładka, gibka, giętka i bezczelna”. Czułem się niepewnie w jej obecności, tym bardziej że cały czas obserwowała mnie spod oka. Najgorzej było w czasie obiadu, bo u państwa B. nawet najbardziej skromne dania podawano na porcelanowej zastawie i rozkładano srebrne sztućce, a ja schamiałem przez te lata wojny i nie zawsze wiedziałem, co jest do czego. Czując na sobie ten bazyliszkowy wzrok Wandy, peszyłem się jeszcze bardziej. Chętnie stołowałbym się gdzieś na mieście, ale nie było o tym mowy. Inżynierostwo w odróżnieniu od ich córki nie przypominali Młodziaków z powieści Gombrowicza, byli ludźmi... jak by to powiedzieć, światłymi, mieli w domu imponującą bibliotekę, z której chętnie korzystałem. Całe noce zaczytywałem się w dziełach Conrada, jego powieści bardzo działały na moją wyobraźnię, zacząłem nawet snuć plany, że po wojnie wstąpię do marynarki.

W końcu otrzymałem wiadomość od Ludwika, żebym wracał do Warszawy, więc jeden taki w firmie, którego wuj był maszynistą, załatwił mi, za litr czystego spirytusu, podróż lokomotywą!

No i to Powstanie!

Nie dostałem wymarzonego karabinu do ręki, ale przenosiłem broń kanałami i przeprowadzałem ludzi. Często dostarczałem ze Śródmieścia na Stare Miasto żarcie, bo oni tam mieli kłopoty z zaopatrzeniem. Raz taki jeden wydał mi się podejrzany, więc nie chciałem przekazać mu prowiantu, nazwał mnie za to gównojadem i musiałem go poczęstować prawym sierpowym.

Na Starówce poza tym zajściem z Tanatosem po raz pierwszy zwróciłem uwagę na Erosa... płeć piękną, bardziej interesowało mnie wtedy rozbieranie na części karabinka niż najładniejszej nawet dziewczyny. Ale Zosia była taka delikatna, tak nie pasowała do tego horroru wokół, że mnie to bardzo ujęło. Brnąc po kolana w ściekach, cieszyłem się, że ją zobaczę, ale miałem delikatny problem zapachowy, jak wszyscy zresztą, którzy często wędrowali kanałami. Zwróciłem uwagę, że jedna z moich koleżanek zaraz po wyjściu z kanału wyciąga buteleczkę i skrapia się jakimś płynem. Spytałem ją, co to takiego, odpowiedziała, że woda kolońska. Po powrocie do Śródmieścia chciałem się zaopatrzyć w taką wodę, ale inna koleżanka wyjaśniła mi, że woda kolońska jest chodliwa, wszyscy kanałowicze jej szukają, i zaproponowała perfumy. Pamiętam, dostałem sporą butelkę firmy Helena Rubinstein. Okazało się, że w piwnicy budynku, w którym była kiedyś znana perfumeria, znaleziono kilka skrzyń pachnącego towaru. Używałem tych perfum z umiarem, nie znając do końca ich działania, i na wszelki wypadek trzymałem się na bezpieczny dystans od mojej sympatii. Koledzy wręcz mnie namawiali, abym wziął tę Zośkę na stronę i porządnie wymiętosił. Widać, że jest chętna, tylko na to czeka! Ale dla mnie ona była uosobieniem czystości, wonną różą... i nigdy bym się nie posunął do czegoś podobnego. Zakiełkowała w nas miłość. To jej: „Kiedy teraz będziesz?” znaczyło więcej niż jakiekolwiek zaklęcia.

– Jutro – powiedziałem. To jutro to miał być trzynasty sierpnia... Brnąc w cuchnącym szlamie po kolana, myślałem tylko o tym, że zobaczę Zosię. Oczywiście miałem w pogotowiu Helenę Rubinstein...

Kwatera dowództwa mieściła się wtedy na rogu Długiej i Podwala, ktoś Zosię powiadomił, że się tam pojawiłem i zaraz przybiegła. Wszyscy mówili o zdobycznym „czołgu”, który stał u wylotu Kilińskiego, chciałem tam pójść, ale Zosia mnie odciągnęła, wolała być ze mną sama. Weszliśmy do jakiejś bramy, czułem tak blisko jej dziewczęce szczupłe ciało i było we mnie więcej czułości niż pożądania. Nagle potężny wybuch, mury się zatrzęsły, tynk sypnął się nam na głowę!

To była masakra... w promieniu kilkuset metrów ochłapy mięsa, urwane ludzkie kończyny, strzępy ciał zwisały z rynien, balkonów, ludzie pokaleczeni odpryskami szkła z powybijanych okien, z twarzami zalanymi krwią, poruszali się niczym ślepcy. Ta scena do tej pory pojawia się w moich snach...

Są różne hipotezy, czy