Bogowie tanga - Carolina de Robertis - ebook
Opis

Liryczna, a zarazem przenikająca czytelnika na wskroś powieść o młodej kobiecie, której miłość do tanga zaczyna się od pierwszych usłyszanych dźwięków tej muzyki, a wkrótce opanowuje ją doszczętnie i zmienia jej życie.

Luty 1913 roku. Siedemnastoletnia Leda, z małą walizką i zamkniętymi w futerale starymi skrzypcami ojca, opuszcza swoją rodzinną wioskę. Jedzie do świeżo poślubionego (na papierze) męża i nowego domu w Argentynie. Kiedy schodzi na ląd w Buenos Aires, odkrywa, że jej mąż został zamordowany, a na nią czeka życie w starej kamienicy, bez rodziny i przyjaciół, na skraju nędzy.

Prawie natychmiast po przybyciu do Buenos Aires Leda zostaje uwiedziona przez muzykę, którą nieustannie pulsuje miasto: zakochuje się w tangu, zrodzonym z głosów biednych imigrantów, skandalicznym tańcu z burdeli i owianych złą sławą kabaretów. Leda decyduje, że zrealizuje swoje odwieczne marzenie i zostanie mistrzynią gry na skrzypcach, choć wie, że nigdy nie będzie mogła występować jako kobieta. Obcina włosy, bandażuje piersi i staje się Dantem, młodym mężczyzną, który dołącza do grupy muzyków grających tango próbujących podbić salony socjety.

Stopniowo zaciera się granica między Ledą a Dantem, a pragnienia, które Leda do tej pory tłumiła, rozkwitają w niej na nowo, zagrażając nie tylko jej karierze muzycznej, ale i życiu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 524

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


O książce

ZMYSŁOWA, GŁĘBOKO PORUSZAJĄCA OPOWIEŚĆ O URZECZONEJ TANGIEM MŁODEJ KOBIECIE, KTÓRA WCHODZĄC DO ZAKAZANEGO DLA NIEJ ŚWIATA, ŁAMIE TABU.

ŻYWA, PEŁNA DŹWIĘKÓW, KOLORÓW I ZAPACHÓW HISTORIA O PASJI SILNIEJSZEJ NIŻ WSZYSTKO I O ODNAJDOWANIU W SOBIE WOLNOŚCI.

Argentyna, 1913

Schodząc ze statku w Buenos Aires, Leda, siedemnastoletnia Włoszka, nie ma pojęcia, że jej poślubiony per procura mąż, dla którego przemierzyła Atlantyk, nie żyje. Nie wie również, że skrzypce, które trzyma pod pachą, pozwolą jej przetrwać w zatłoczonych slumsach imigrantów. I wejść do świata tanga, skandalicznego tańca z burdeli i owianych złą sławą kabaretów, którym pulsuje całe miasto. Nie może jednak wkroczyć do niego jako kobieta. Obcina włosy, bandażuje piersi i staje się Dantem, młodym mężczyzną, który dołącza do grupy grających tango muzyków próbujących podbić salony socjety.

Stopniowo zaciera się granica między Ledą a Dantem, a pragnienia, które dziewczyna do tej pory tłumiła, wybuchają, zagrażając nie tylko jej karierze muzycznej, ale i życiu.

CAROLINA DE ROBERTIS

Urodzona w Wielkiej Brytanii pisarka urugwajskiego pochodzenia. Autorka trzech powieści – Perła, Niewidoczna góra (uznana przez „San Francisco Chronicie”, „O, The Oprah Magazine” oraz „Booklist” za najlepszą książkę roku 2009 i nagrodzona włoską Premio Rhegium Julii) i Bogowie tanga – przetłumaczonych na 17 języków. Jest również wielokrotnie nagradzaną tłumaczką literatury latynoamerykańskiej. Mieszka w Kalifornii.

Tej autorki

NIEWIDOCZNA GÓRABOGOWIE TANGA

Tytuł oryginału: THE GODS OF TANGO

Copyright © Carolina De Robertis 2015All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2017

Polish translation copyright © Anna Dobrzańska 2017

Redakcja: Marta Gral

Projekt graficzny okładki: Katarzyna Meszka

ISBN 978-83-7985-394-6

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Dla Luciany

I sprzysięga się wszystko, by nas przemilczeć, może na wpół jak hańbę, na wpół jak niewyrażalną nadzieję.

Rainer Maria Rilke

Przekuj lata oburzeń w muzykę

Jorge Luis Borges

Skoro dom płonie, ogrzejmy się

włoskie powiedzenie

Dante umarł jako szczęśliwy człowiek, dziwak znany z tego, że miał w domu trumnę. Plotkarki z Montevideo latami spekulowały na temat tej trumny. To wampir. Szaleniec. Panicznie boi się śmierci. Trzyma w niej swoje skrzypce; trumna jest obłożona zaklęciem wiedźmy i dlatego za każdym razem, gdy ten stary drań zaczyna grać, coś rozdziera ci duszę. Nigdy jednak nie domyśliły się prawdziwego powodu.

Ostatnia chwila zastała go w kuchni, nagle coś szarpnęło jego sercem, jakby ogromny pędzel przebił jego pierś i pomalował jej wewnętrzną stronę na biało. Nie mógł oddychać; próbował zacisnąć palce na krawędzi stołu, ale jego dłoń trafiła na pustkę. Gdzieś daleko coś zabrzęczało. Nie był to ból, raczej ciśnienie, które zmusiło go, żeby zapadł się w sobie, niemal słodko, i pogrzebało wszystkie jego sekrety pod stertą gruzu. Ostatnia myśl Dantego nie dotyczyła jednak tajemnic, muzyki, Boga czy nawet kobiety, która wypełniła jego życie radością. Dotyczyła Cory. Cora, skarbie, carissima, podejdź bliżej. Jesteś tu? Weź mnie za rękę. Jeśli jest światło, poprowadź mnie ku niemu. Jeśli nie, nie boję się, bo jesteś przy mnie. Ty. Jesteś tu. Promienna. Tak jak wtedy, zanim to wszystko się zaczęło.

Sięgnął po rękę Cory, a ona się uśmiechnęła i otworzyła usta, z których wylała się struga światła.

CZĘŚĆ PIERWSZA♦

UNONie myśl o niczym, myśl o domu

Leda przybyła do Argentyny czwartego lutego 1913 roku na statku parowym, za sprawą którego dwadzieścia dni wcześniej Włochy zniknęły, połknięte przez wygłodniałego potwora zwanego horyzontem. Ostatniego ranka na pokładzie ubrała się starannie i gdy bagażowy przyszedł, by wynieść na pokład kufer, zamknęła go szczelnie, tak by nic nie wypadło, żaden rękaw, drobinka kurzu ani nawet zbłąkane wspomnienie. Potem usiadła w milczeniu. Kobieta, która dzieliła z nią koję, Fausta, zostawiła pościel zmiętą. Bez wątpienia była już na pokładzie i wyciągała szyję, wyglądając wybrzeży Buenos Aires. Jeśli Leda nie znajdzie jej w tłumie, być może nigdy więcej jej nie zobaczy. Dziwna myśl po tym, jak dwadzieścia nocy z rzędu dzieliła kajutę z kobietą, która nie była jej krewną i którą poznała dopiero pierwszego dnia rejsu. Obcy ludzie. Uczucie obcości. Te dwie rzeczy towarzyszyły jej w podróży do Ameryki Południowej. Zastanawiała się, co powiedziałaby matka, gdyby była z nią w tym małym, dusznym pomieszczeniu. „I oto jesteśmy”, „Cuchnie tu jak w chlewie” albo „Na litość boską, Ledo, popraw czepek”. Powtarzała sobie, że pewnego dnia zobaczy znów matkę, ojca, kuzynów, wujów, ciotki i pozostające w ciągłym ruchu ręce prababci, choć wszystko to było nieprawdą. W ciągu kolejnych lat Leda miała zobaczyć wiele rzeczy, które wprawią ją w osłupienie, doprowadzą do tego, że jej dusza rozpadnie się na kawałki i przybierze formy, o jakich jej się nie śniło, ale nigdy więcej nie zobaczy rodziny.

Siedziała na kufrze, który zabrała z domu. Jakże niewiele rzeczy kryło się w jego wnętrzu. Starannie poskładane sukienki. Kilka książek. Słoik oliwek w zalewie przygotowanych przez żonę piekarza. Orzechy laskowe owinięte w grube płótno. Skrzypce ojca, przekazywane w rodzinie z pokolenia na pokolenie, po raz pierwszy opuszczały Włochy, by stać się darem dla jej męża.

To dziadek bez przerwy opowiadał jej historię skrzypiec, jakby powtarzanie jej mogło złagodzić poczucie straty; jak gdyby dzieje ludzkości nie zostały spisane w księgach i zbiorach mitycznych uniwersytetów w Rzymie i Neapolu, których nikt z ich wioski nigdy nie widział, ale w przedmiotach takich jak ten. W skrzypcach dotykanych przez setki rąk, kochanych, używanych, głaskanych i tulonych do piersi. Przedmiotach, które przeżywały swoich właścicieli i przechowywały ich tajemnice i kłamstwa.

Wyobraź sobie, mówił dziadek, że do roku tysiąc pięćset pierwszego te skrzypce należały do króla Neapolu. Tak, to prawda, nie waż się w to wątpić. Nikt nie wie, jak długo były w rodzinie królewskiej, lecz bez względu na to, do kogo należały wcześniej, nie ma wątpliwości, że trafiły do rąk Fryderyka Aragońskiego, ostatniego króla Neapolu z rodu Trastámara. Był cichym, życzliwym człowiekiem, który, chcąc nie chcąc, musiał zmierzyć się z dwoma siłami – dwoma narodami: Hiszpanią i Francją, ostrzącymi sobie pazury na jego tron, wciąż osłabiony po zbyt krótkim panowaniu jego ojca, brata i bratanka, którzy rządzili przed nim. Nadążasz za mną, Ledo? Próbował panować, ale wystarczy, żeby przeciwnicy zjednoczyli siły z twoją pechową gwiazdą, i nagle zostajesz otoczony, nie masz dokąd uciekać. Co więc robisz? Powiem ci. Wybór jest prosty. Albo umierasz, albo tak jak stoisz, uciekasz do innego kraju i rozpoczynasz zupełnie nowe życie. Tak właśnie postąpił Fryderyk: uciekł. Opuścił swój kraj. Jednak nie jako wolny człowiek, ale jako więzień, otoczony żołnierzami. Zanim wyjechał, zanim przyszli po niego gwardziści, otworzył okno swej sypialni, spojrzał z góry na Neapol i zagrał na skrzypcach. Zagrał utwór żałobny, który zdawał się dobywać z samego wnętrza ziemi. Jedyną osobą, która go słyszała, był pewien hrabia. Opowiadał później, że była to najsmutniejsza i najpiękniejsza muzyka, jaką w życiu słyszał. Kiedy król przestał grać, oddał hrabiemu skrzypce.

„Zatrzymaj je – powiedział. – Ja już nigdy nie zagram”.

Hrabia z początku zaprotestował „A co z twoimi synami?” – zapytał.

Król Fryderyk pokręcił tylko głową. „Skrzypce muszą tu zostać” – odparł.

Nikt nie wie, czy zesłany do Francji król jeszcze kiedyś zagrał na skrzypcach; jest to jeden z tych szczegółów, które na zawsze zatonęły w odmętach czasu, tak więc, Ledo, nie dowiesz się tego ode mnie. Wiadomo jednak, że hrabia zatrzymał skrzypce i przekazywał je kolejnym pokoleniom swojej rodziny, która w końcu, w tysiąc osiemset piętnastym roku, sprzedała instrument mojemu pradziadkowi, żeby spłacić długi. Wraz z nim mój pradziad poznał opowieść o królu Neapolu i jego pożegnaniu z miastem, co oczywiście podniosło wartość skrzypiec (niezależnie od tego, czy historia ta była prawdziwa, pomyślała Leda, ale nie powiedziała tego na głos, jako że dziadek nie miał wątpliwości co do jej autentyczności). I tak oto sam król grał na tych skrzypcach w ostatnim dniu Neapolu jako niepodległego królestwa. Co dokładnie grał Fryderyk? Jak brzmiała ta muzyka? Nigdy się tego nie dowiemy. Tak to już jest z melodiami: ulatują w powietrze i tam giną. Tak jak wspomnienia. I ciało. Wspomnienia, melodie i ciała znikają wraz z naszą śmiercią. Instrument nie jest jak ciało. Jest niczym dusza, która trwa, nawet gdy nas już nie ma.

Leda wyszła na pokład. Był gorący, parny dzień, i krople potu perliły się na czołach mężczyzn, których było tu znacznie więcej niż kobiet. Większość z nich była młoda, choć wśród tych tylko nieliczni mieli jak ona siedemnaście lat. W ich oczach widziała nadzieję i gorączkowe wyczekiwanie; trzysta sześćdziesiąt osiem napiętych ludzkich strun. Wśród kobiet były głównie żony płynące na spotkanie swoich mężów w Buenos Aires, tak jak Fausta (i ja, pomyślała Leda. Pamiętaj, pamiętaj, zganiła się w duchu, że ty również jesteś żoną). Na pokładzie roiło się od ludzi, jak w dniu, kiedy statek wypływał z Neapolu. Nikt nie grał w karty dla zabicia czasu. Nuda niczym zbędny balast została wyrzucona za burtę. Wszyscy byli na nogach i tłocząc się przy relingu, wyciągali szyje w kierunku lądu.

Argentyna. Leda zaczęła się przeciskać w stronę relingu. Po prawej stronie młoda kobieta szeptem odmawiała różaniec. Po lewej mężczyzna po czterdziestce ocierał łzy, podczas gdy stojący obok niego młodzieniec palił papierosa z obojętnością albo, pomyślała Leda, z czymś, co miało uchodzić za obojętność. Jego postawa wydawała się teatralna. Leda poczuła pot, dym papierosowy i ostry zapach wody kolońskiej. Nieco dalej, trzy, cztery rzędy z przodu, dwóch mężczyzn podniesionymi głosami rozmawiało o lądzie, który zobaczyli.

– Che bella. Piękny.

– Tak. Piękny.

Powtarzali to do znudzenia, jakby wypowiadanie tych słów na głos miało utwierdzić ich w przekonaniu, że to, co mówią, jest prawdą, która doda im sił, kiedy zejdą na ląd. Ich głosy niosły się pośród jęków i pomruków tłumu. Leda delikatnie przepchnęła się do przodu. Stojący przed nią mężczyzna odsunął się, najwyraźniej mając dość widoków, więc wślizgnęła się na jego miejsce, zanim ktokolwiek inny zdążył je zauważyć. Brakowało jej widoku lądu, ale nie byle jakiego lądu; chciała w końcu zobaczyć Buenos Aires – swój nowy dom. W ciągu ostatnich trzech tygodni często wystawała sama przy relingu, wpatrując się w bezkresne wody oceanu i wyobrażając sobie, jak wygląda miasto, do którego zmierzała, ale widziała jedynie bujne tropikalne paprocie i drzewa ogrodu botanicznego, w którym Dante tuż po przyjeździe zrobił sobie zdjęcie, żeby wysłać je rodzinie. Fotografia przechodziła z rąk do rąk podczas niedzielnego obiadu, przy wtórze cmoknięć, które wyrażały zarówno podziw, jak i konsternację.

Jest naprawdę szczęśliwy w tej Argentynie.

Wygląda na szczęśliwego.

Jest za chudy.

Patrzcie na te papugi, są tak duże, że mogłyby go zjeść.

Nie bądź śmieszny, Mario. Nie są prawdziwe. To tylko pomalowane drewno.

Skąd ta pewność?

Mam oczy.

Nic nie wiesz, idioto.

Ja tylko…

Na litość boską, koniec już tych kłótni, strofowała ich matka Ledy.

A może tak pozwolimy przyszłej żonie rzucić na nie okiem?

Właśnie! Ledo, chcesz je zobaczyć?

Fotografia trafiła do jej rąk. Na zdjęciu Dante stał pośród dziwnych paproci o ogromnych liściach, w towarzystwie dwóch papug, które, w przeciwieństwie do tego, co twierdził jej brat, wydawały się jak najbardziej żywe. Trzymał niezapalonego papierosa i uśmiechał się znacząco. Jestem panem tego miejsca, zdawała się mówić jego poza. Oczywiście to, że akurat w tym miejscu znalazł fotografa, który zrobił mu zdjęcie, nie znaczyło, że całe miasto tak wygląda. Wiedziała o tym, a przynajmniej jakaś jej część miała tego świadomość. Jednakże obraz ten na dobre utkwił jej w głowie.

Teraz, na parowcu, zastanawiała się, jak dziś wieczorem będzie wyglądał jej pierwszy raz z Dantem. Jak będzie jej dotykał i ile to wszystko potrwa. Czy będzie czuła ból, czy może rozkosz, jak panny młode w balladach? Czy będzie myślała o drzewach figowych w sadzie, o tym, jak ich owoce lśnią, gdy ściska się je w palcach? A może nie będzie myślała o niczym. Może będzie myślała o domu.

Grupa mężczyzn z przodu najwyraźniej napatrzyła się już na zbliżający się ląd i kiedy się odsunęli, Leda stanęła przy relingu i oparła się o niego. Wiatr smagał jej twarz i wypełniał nozdrza słonym powietrzem. Obawiała się, że może zerwać jej z głowy niebieski czepek, choć przypięła go wsuwkami, a utrata czepka – najpiękniejszej rzeczy, jaką miała okazję nosić, ozdobionego prawdziwymi perłami, które zdaniem jej matki „pasowały do przyszłej żony” – byłaby nie do zniesienia, tak więc przytrzymała go obiema rękami. Tłum wokół niej przerzedzał się (każdy z obecnych na pokładzie trzystu sześćdziesięciu ośmiu Włochów snuł wyobrażenia na temat własnej wizji Argentyny), tymczasem Leda spoglądała na widoczne w oddali Buenos Aires. Budynki wciąż wydawały się tak małe, że nie była w stanie powiedzieć o nich nic więcej poza tym, że istniały – że podczas gdy ona i jej rodacy nadal nie mieli pojęcia, co ich czeka po zejściu na ląd, przynajmniej coś tam zastaną; prawdziwe miejsce, które uświadomi im, po co tak naprawdę przebyli ocean i że Ameryka to coś więcej niż bajka wymyślona przez przewoźników morskich, agencje sprzedaży biletów i krewnych z listami, które pisali do domu; nawet jeśli przekonanie się na własne oczy, że Ameryka istnieje, nie odkrywało prawdziwej tajemnicy, tajemnicy, którą dużo trudniej było rozwikłać, a dokładnie tego, czym tak naprawdę był ów nieznany ląd.

Leda przez długi czas stała przy relingu i patrzyła, jak Buenos Aires dryfuje ku niej, a ponieważ nie śmiała wyobrażać sobie jego budowli ani tego, jak odnajdzie się pośród nich, wyobrażała sobie siebie i Dantego w ogrodzie botanicznym, przechadzających się między egzotycznymi paprociami i śpiących pod ich ogromnymi liśćmi, które przypominały skrzydła wielkiego łagodnego łabędzia.

Ślub Ledy był szybki, skromny i zakończył się, zanim przestała czuć na języku smak hostii. Ponieważ państwo młodzi mieszkali na różnych kontynentach, uroczystość odbyła się z udziałem pełnomocnika; w imieniu Dantego przy ołtarzu stanął jego ojciec Mateo, wuj Ledy. Panna młoda miała na sobie prostą, płócienną sukienkę, którą pożyczyła w pośpiechu od kuzynki. Była na nią za krótka – Leda był najwyższą dziewczyną w Alazzano – i marszczyła się na biodrach, ale z białymi goździkami w dłoni i we włosach i ze sznurem matczynych pereł na szyi panna młoda prezentowała się na tyle dobrze, by zadowolić tłum krewnych i melancholijnego księdza. Włożyłaby suknię ślubną matki, jak nakazywał zwyczaj, ale skoro ślub miał się odbyć natychmiast, a dzień później panna młoda miała wsiąść na statek do Argentyny, nie było czasu na przeróbki. Choć w młodości jej matka nie była tak korpulentna jak teraz, mogła się poszczycić krągłościami, o czym świadczyła suknia – zmysłowymi kształtami, wobec których pozbawiona bioder i piersi Leda prezentowała się nader skromnie. „Jak to możliwe, że wydałam na świat dziewczynę, której brak kobiecych atrybutów?” – mawiała czasami matka. Obie znały jednak odpowiedź: w rodzinie dziadka były dwie stryjeczne babki, które słynęły z równie niekobiecych kształtów. Przeżyły swoje życie jako stare panny. Z powodu ich wysokich, szczupłych ciał, srogich charakterów i tendencji do trzymania się razem, jak gdyby wyciągnięto je z tego samego pudełka, ludzie mówili na nie Gwoździe. Stojąc przy ołtarzu i słuchając pomruków księdza, Leda miała wrażenie, że wyczuwa ulgę, z jaką matka przyjęła wiadomość, że córka wychodzi za mąż, a co za tym idzie – uniknie losu Gwoździa. Dziewczyna nie wiedziała jednak, czy od ulgi nie jest silniejszy smutek, że ta córka już niebawem wyjedzie do dalekiego, obcego kraju. Odkąd Dante przysłał list, w którym pisał: „Przyślijcie Ledę, jestem gotowy”, w zachowaniu matki wyczuwało się napięcie.

– Na dobre i na złe? – spytał ksiądz.

– Sì – odparł zio Mateo.

– Sì – powtórzyła Leda, a jej głos odbił się echem od łukowatego sklepienia, tak że figury świętych zadrżały w niszach.

Potem powtarzali słowa przysięgi. Zio Mateo nie patrzył na nią. Zawsze miał nieprzenikniony umysł. Był typem człowieka, który sprawiał wrażenie, jakby żył poza swoim ciałem. Podczas rodzinnych spotkań milczał albo wygłaszał długie, żarliwe monologi, których nikt nie miał odwagi przerywać. Nawet teraz, biorąc ślub z jego synem, Leda nie była w stanie wyczytać niczego z twarzy zio; nie było w niej żadnej wiadomości, żadnego błogosławieństwa, tylko znudzona akceptacja, jakby wypełniał obowiązek, którego rezultat był mu całkowicie obojętny. Jak gdyby w ogóle nie myślał o swoim młodszym synu w Argentynie, o pocie i hałasie wypełniających dni Dantego, samotnych nocach i małżeńskim życiu, które już niebawem miał rozpocząć. Jakby zmęczyła go rola głowy rodziny i cała ta ceremonia, która była dla niego niczym więcej, jak tylko przykrym obowiązkiem. Ot, znużony, nękany kłopotami patriarcha wypełniający swój obowiązek przy ołtarzu. Zio Mateo był jednak kłamcą, oszustem. Leda czuła odrazę, ślubując temu człowiekowi; przez niego nad rodziną zawisła klątwa tak potężna, że nawet śmierć nie była w stanie jej zdjąć; klątwa, która mogła zrujnować jej małżeństwo, jeszcze zanim się rozpoczęło. Upominała się w duchu, że wuj zastępuje jedynie pana młodego, lecz odraza pozostała, ściskając jej żołądek i mącąc kościelny spokój.

Była zima, nietypowy czas na zaślubiny, i kiedy garstka gości szła po schodach na plac, Leda czuła, jak zimne powietrze kąsa jej policzki. Wyobrażała sobie, że świat będzie wyglądał nieco inaczej niż w chwili, gdy wchodziła do kościoła, że będzie lśnił tajemnym blaskiem, widocznym tylko dla świeżo upieczonych małżonków; że ona będzie w stanie dostrzec ukrytą strukturę, dzięki której ten świat stanie się bardziej zrozumiały i bliższy temu, jaki nosiła w sobie. Niezliczoną ilość razy słyszała słowa: „Zrozumiesz, jak dorośniesz”. I oto stała na progu kobiecości. Czar jednak nie zadziałał. Świat był taki sam. Jej brat, Tommaso, jak zawsze mówił coś, rozśmieszając ojca, lecz ona nie słyszała ich rozmowy. Papà prowadził ją pod ramię i ten delikatny, niemal nieśmiały dotyk dodawał jej otuchy. „Przysięgam, że to prawda, dostał cios prosto w… no, sam wiesz gdzie”, mówił jej brat. Ojciec znów się roześmiał, tym razem nieco zbyt głośno, a dźwięk, który dobył się z jego ust, był niski i gardłowy. Matka szła za nimi, emanując chaosem. Trójka dzieciaków tłoczyła się wokół niej, podobnie jak inne dzieci i ich matki. O czym rozmawiały kobiety? Do uszu Ledy dolatywały pojedyncze słowa: „wnuk”, „pomarańcze” i „nigdy nie dojrzały”. Ich głosy unosiły się i opadały melodyjnymi falami. Zio Mateo i jego najstarszy syn, Mario, szli z przodu w milczeniu. Kiedy przecinali plac, ich kroki odbijały się echem od kocich łbów, tych samych zaokrąglonych, szarych, nierównych kamieni, po których spacerowali przodkowie Ledy, kiedy szli na mszę, partyjkę szachów albo prać ubrania w miejskich baliach, odkąd Dante Mazzoni uciekł z Apulii w 1582 roku – po tym, jak stanął po stronie francuskich Burbonów w nieudanej próbie obalenia rządów Hiszpanii – i osiedlił się tu, w Alazzano, maleńkiej wiosce, w dolinie figowców, duchów i gajów oliwnych. Teraz rodzina Mazzonich była właścicielami połowy ziem wokół wioski, a jednak padła ofiarą długów i innych demonów, które sprawiały, że młodsze pokolenia wyjeżdżały za granicę albo popadały w zapomnienie. Choć stwierdzenie, że ziemie należały do Mazzonich, nie do końca było zgodne z prawdą. Ich właścicielem był jeden człowiek. Zio Mateo. Ojciec Ledy, Ugo, jego młodszy brat, nie miał nic, nawet domu, w którym mieszkał dzięki łasce i hojności zio. Ten odziedziczył wszystko i dzięki niemu rodzina Ugo mogła jeść, uprawiać ziemię i oddychać.

Ach, jakże doskonale potrafimy ukrywać niechęć, pomyślała Leda, gdy weselnicy zbliżali się do Palazzo Mazzoni, domu wuja, największego budynku we wsi. Jego żona Crocifissa już wcześniej nakryła do stołu – na obrusach obok zastawy pojawiły się srebrne sztućce – i teraz wraz z innymi kobietami znikła w kuchni. Leda chciała do nich dołączyć, ale ciotki spojrzały na nią wilkiem i zablokowały przejście.

– Dokąd to? – spytały.

– Nie dziś.

– Nie w tej sukience.

W pokoju gościnnym pachniało kurczakiem w rozmarynie, sosem pomidorowym i świeżo upieczonymi ciasteczkami. Mężczyźni rozsiedli się, żeby zapalić, dzieci wybiegły na podwórko, a Leda przycupnęła w kącie, choć wolałaby pobawić się z dzieciakami. Utkwiła wzrok w wiszącym nad kominkiem obrazie olejnym przedstawiającym winnicę pod czystym błękitem nieba. Na skraju winnicy wyjątkowo wysoki figowiec chwytał promienie słońca w soczyście zielone liście. Pamiętała to drzewo. Rosło na skraju ziemi należącej do zio Matea, na granicy z majątkiem don Paola. Granica między gospodarstwami stała się kością niezgody między mężczyznami, a spór o ziemię zapoczątkowany przez ich dziadków trwał latami. Don Paolo rościł sobie prawa do drzewa figowego, którego owoce tak bardzo uwielbiała jego matka. Po długiej batalii miejscowy sędzia orzekł na korzyść zio Matea, choć matka don Paola rozpuszczała plotki, że został on przekupiony. Wygrawszy sprawę, Mateo wziął siekierę i własnymi rękami ściął drzewo. Zrobił to z dwóch prostych powodów: bo chciał i mógł. Odtąd nikt we wsi nie mógł się cieszyć jego owocami. Jednakże na obrazie szerokie liście figowca wyciągały się ku słońcu niczym rozcapierzone palce.

Leda niespokojnie wierciła się na krześle. Przebywanie w tym pokoju sprawiło, że zaczęła myśleć – a jakżeby inaczej – o Corze, która niegdyś tu mieszkała i nazywała to miejsce swoim domem. Jak to możliwe, że zabrakło jej na ślubie, zwłaszcza że był to ślub jej brata. Cora, jej bratnia dusza, niemal siostra, otworzyła przed nią świat, kiedy były dziećmi, zanim rozpoczął się ten koszmar; gdy ich duchy były tak wielkie, że mogły pożreć całe niebo, oblizać palce i mieć ochotę na więcej. Cora, która zdawała się rozumieć świat, która czesała włosy Ledy i podgrzewała jej mleko, kiedy mama była zbyt zmęczona; która nuciła jej kołysanki śpiewane przez matki małym dziewczynkom, zabierała ją nad rzekę po wodę, pokazywała, jak stawiać czoło nurtowi i nie bać się wody, gdy ta sięgała jej do kostek, kolan, a nawet do ud. Była taka odważna. Promieniała, gdy podkasawszy spódnice, śmiała się do rozpuku. Dwa lata młodsza Leda stała na brzegu, bojąc się wejść dalej i patrząc na swoje stopy w krystalicznie czystej wodzie, która pieściła jej skórę i całowała ją. Cora ochlapywała ją i wołała: „No chodź, chodź, co z tego, że zamoczysz spódnice?!”. Cora, która pokazała jej, jak oskubać kurczaka (zmiękcz jego skórę, a pióra będą same wychodzić; odpowiednio rozgrzane nie będą stawiać oporu, zanurz ptaka we wrzątku i pozwól, by ciepło uczyniło cuda, złap i pociągnij), i nauczyła ją czytać. W zimowe wieczory siedziała w tym pokoju i czytała Ledzie na głos, a w jej ustach każda sylaba brzmiała rozkosznie i niemal smakowicie. Uwielbiała książki o podróżach. Odyseję. Boską komedię. Joannę d’Arc. Na koniec odkładała książkę i zaczynała opowiadać historie własnymi słowami, niejednokrotnie je ubarwiając. W jej opowieściach Odyseusz wyzwalał się i pływał z syrenami. Joanna d’Arc uciekała z więzienia, zanim spalono ją na stosie. W drodze przez piekło spotykały zmarłych z ich wioski: żonę sklepikarza, księdza i przodków, których imiona zapisano w księgach kościelnych. Dla aż palącej się do przygód wiejskiej dziewczynki, takiej jak Cora, nawet piekło wydawało się atrakcyjne. „Posłuchaj, Ledo, mówiła, wyobraź sobie, że podróżujesz do miejsc, w których wszystko jest ci obce, nawet twoja twarz. Wyobraź sobie”. I Leda wyobrażała sobie. Kiedy Cora miała dziewięć lat, przy kamiennych baliach do prania dowiedziała się, że w pewnym wieku dziewczynki zaczynają krwawić. Leda miała wówczas siedem lat. „Mówią, że to boli”, szeptała Cora i mała Leda była przerażona. „Nie przejmuj się”, uspokajała ją przyjaciółka. „Mnie pierwszą to spotka, a gdy przyjdzie czas na ciebie, będę wiedziała, jak ci pomóc”. Ale tak się nie stało. Kiedy Leda zaczęła krwawić, Cory już nie było.

W ciągu godziny przybyło weselników. Wydawać by się mogło, że przyszła cała, licząca sto siedem osób, populacja wioski, a także kilku gości z Monte Rosso i Trinità, dwóch najbliższych wiosek w górach. Jako że nie było pana młodego, każdy chciał porozmawiać z Ledą, pogratulować jej i zapytać o Argentynę, o której nic nie wiedziała. Mężatki utworzyły wokół niej ciasny krąg, którego nijak nie dało się przerwać.

– Jesteś gotowa? Spakowałaś wszystko?

– Lepiej, żeby spakowała. Powóz przyjedzie o świcie.

– O świcie!

– Twój kufer musi być pełny aż po brzegi.

– Czy zimy są tam srogie?

– Nie, nie, Giovanno, teraz jest tam lato… Niewiarygodne, prawda? Więc kiedy dotrze na miejsce, będzie ciepło.

– Ach!

– Nawet jeśli nie będzie ciepło, Dante w mig ją rozgrzeje.

Śmiech.

– Biedna panna młoda, wyszła za mąż, a wciąż musi czekać.

– Ale będzie warto.

– O, tak. Nie przejmuj się, Ledo.

– Uwierz nam na słowo: nic ci nie będzie.

Znowu śmiech.

– Ledo, przyniosłam ci orzechy laskowe z mojego sadu. Dla ciebie i Dantego, żebyście zjedli je razem po twoim przyjeździe.

– Jakie to romantyczne! Będzie mógł je dla ciebie otworzyć.

– Ha, ha, ha.

– Nie o to mi chodziło.

– Ale i tak to zrobi.

– Co?

– Muszę ci wszystko tłumaczyć?

– Nie wiesz?

– To nie jest śmieszne.

– Dość tego, drogie panie.

– Ale ona zawsze…

– Koniec kłótni.

– Ja też mam coś dla ciebie, Ledo. Oliwki z ostatnich zbiorów. Dla twojego Dantego.

– Naszego Dantego.

– Tak, dla naszego Dantego. Przecież zawsze będzie naszym Dantem. Pamiętasz, kiedy przyłapano go, jak kradł pomarańcze? Ile miał wtedy lat? Pięć?

– Cztery.

– Święta Panienko. Co za nad wiek rozwinięty chłopiec!

– Nie do zatrzymania. Nawet jeśli coś zbroił.

– Zwłaszcza wtedy.

– Ja nigdy nie miałam z nim kłopotów. Był zawsze uprzejmy, kiedy przychodził do piekarni. Sì, signora. Per favore, signora. Mały dżentelmen.

– Aż wyrósł na bardzo dużego dżentelmena.

– Założę się, że nic w nim nie jest małe. Ha, ha.

– Nie dla psa kiełbasa.

– Masz szczęście, Ledo.

– Wszystko będzie dobrze.

– Zbudujecie sobie w Argentynie małe królestwo.

– Nie na próżno nazwa Argentyna znaczy „srebro”.

– Tylko nie zapomnij o nas.

– Będziesz do nas pisać, prawda?

– Oczywiście, że będzie pisać.

Leda nie odzywała się ani słowem i nikt jej o to nie prosił. Zapadł zmierzch i twarze kobiet migotały w świetle lamp naftowych. Muzycy, którzy grali w drugim końcu pokoju, zrobili sobie przerwę na papierosa, a ich flety i skrzypce leżały milczące na krzesłach. Ledę świerzbiły palce, żeby sięgnąć po skrzypce – jak w dzieciństwie, gdy naśladowała ojca, który muskał palcami szyjkę instrumentu – szarpnąć struny, odkryć nuty, schować się przed światem, tak by nikt nie mógł jej powstrzymać, oszukać czas i gonić za melodiami, którymi jej papà zalewał pokój. Kobiety jadły drugą, trzecią dokładkę ciasta, a drobinki cukru pudru osiadały na ich wargach. Śmiały się, ale tylko w oczach nielicznych widać było ten śmiech. Leda czuła się dziwnie, jakby wszyscy – włącznie z nią – odgrywali sztukę teatralną, z której ktoś wyciął najistotniejsze kwestie. Niewypowiedziane słowa unosiły się w powietrzu, a ona nie była w stanie rozszyfrować ich znaczenia. Przeraziła ją nagła myśl, że nie będzie widziała tych twarzy każdego dnia. Jaki będzie jej świat, gdy zabraknie w nim kobiet, które teraz otaczały ją wianuszkiem, oferując śmiech, oliwki, słowa pocieszenia i inne rzeczy, o których nie śmiały mówić głośno – czym były te rzeczy? Głodem, tępym nożem – jak gdyby chciały wybrać się w podróż razem z nią, jakby ich dusze pragnęły wyruszyć za ocean, niczym pasażerowie na gapę upchnięci w kącie jej kufra. Nie uniosę tak wiele, pomyślała, nie dam rady zabrać was z sobą. Poczuła się samotna. Ale przecież tego właśnie chciała, prawda? Od czterech lat pragnęła stąd uciec. W wieku trzynastu lat zaczęła marzyć o tym, by zapakować w tobołek chleb i ubrania i wyruszyć do Neapolu pieszo albo błagać woźniców, żeby ją podwieźli. Naturalnie nie mogła tego zrobić. Wiedziała, jakie niebezpieczeństwa czają się na drodze i w mieście. Wyobrażała sobie, że wspina się na Wezuwiusza i rzuca się w jego czarną przepastną gardziel. Ale Wezuwiusz był daleko stąd. Jak mogła się tam dostać? Dwa tygodnie po piętnastych urodzinach Dante zaproponował jej inną możliwość. Podczas niedzielnego obiadu z rodziną ogłosił, że zamierza wyjechać do Nowego Świata, a gdy to mówił, promienie popołudniowego słońca przedarły się przez porośnięte winogronami treliaże i pokryły świetlistymi smugami jego twarz. Niedługo potem Leda wręczyła mu liścik: Spotkajmy się o dziewiątej pod wysokim drzewem oliwnym za naszym domem.

Kiedy przyszła na umówione miejsce, już na nią czekał. Stał w blasku półksiężyca.

– Nie tu – powiedziała. – Musimy się schować.

Przemknęła pod baldachimem gałęzi i ruchem ręki przywołała go do siebie. Teraz byli ukryci przed ciekawskimi spojrzeniami, ale nie całkiem bezpieczni. Dante czekał, aż Leda rozpocznie rozmowę.

– Kiedy wyjeżdżasz? – spytała.

– Za trzy tygodnie.

– Dlaczego Argentyna?

– A czemu nie?

Przez chwilę przestępowała z nogi na nogę.

– Jesteś podekscytowany?

– Nie wiem. Chyba tak.

– Boisz się?

– Nie – odparł odrobinę zbyt pospiesznie.

Zastanawiała się, przed czym ucieka. Czy chodziło o coś więcej niż puste kieszenie drugiego syna i chęć zmian? O śmierć jego siostry? O rzeczy, które widział w mrocznych zakamarkach domu?

– Ja bym była. To znaczy podekscytowana.

– Nie bałabyś się?

– Może trochę.

Zamilkli. Jego cień wydawał się czarną masywną bryłą na tle liści.

Leda zebrała się na odwagę.

– Przyślij po mnie – zaczęła. – Jeśli chcesz żony.

Z ust Dantego dobył się dziwny dźwięk, coś jak powietrze wypuszczane przez zaciśnięte zęby. Blask księżyca z ledwością przebijał się przez kopułę liści. Leda czekała.

– Pojechałabyś? – spytał w końcu.

– Tak.

Milczał przez długą chwilę jak pokerzysta, który analizuje karty, które ma na ręku.

– Wyjechalibyśmy na bardzo długo.

– Tak.

– Pewnie na zawsze.

– Tak. Wiem.

– Musiałabyś długo czekać, zanim posłałbym po ciebie. Kilka miesięcy. Może nawet dłużej.

– Rozumiem.

Wydawało się, że patrzy na nią z uwagą, choć w tych ciemnościach nie mogła być pewna.

– Czekałabyś na mnie?

Była niespokojna. Nie chciała czekać. Jeśli emigracja to jedyny sposób, żeby otworzyć granice jej świata, była gotowa wyjechać choćby już. Chciała wejść na pokład razem z Dantem, przepłynąć ocean i rozpocząć życie w zupełnie nowym miejscu. On jednak prosił o coś innego. Prosił ją, by odtrąciła zaloty innych chłopców. Dla niej nie było to jednak żadne poświęcenie.

– Tak. Zaczekam.

Znowu zamilkł. Teraz, kiedy jej oczy przyzwyczaiły się do ciemności, dostrzegała zarys jego twarzy. Przyglądał się jej z uwagą. Postrzegał ją w zupełnie nowym świetle.

– Ledo – odezwał się i ujął jej dłoń.

– Dante.

– Jesteśmy zaręczeni? – spytał.

– A chcesz tego?

– Tak. Chcę. – Usłyszała w jego głosie wahanie. Zabrzmiało to tak, jakby próbował przekonać kogoś, kto siedział na gałęzi nad ich głowami. Zaraz jednak powtórzył, tym razem nieco bardziej stanowczo: – Tak. Chcę żony. Kogoś, kto znał mnie tutaj, w domu. Chcę, żebyś towarzyszyła mi tam, dokąd się udaję.

Delikatnie pogłaskał kciukiem jej dłoń. Był dobrym człowiekiem. Bratem Cory. Tego właśnie chciałaby Cora, czyż nie? Żeby razem wyruszyli w świat i odkrywali go dzięki swojej woli życia, młodości, gotowości do podejmowania ryzyka i ucieczce. Ach, gdyby tylko tu była i mogła to zobaczyć; choć może jej duch unosił się gdzieś nad ich głowami i patrzył na nich z radością, która uwalniała Ledę od poczucia winy. Dantego również, jeśli i jego dręczyło to, co stało się z Corą. Leda była pewna, że tak właśnie jest. Chciała go o to zapytać, ale nie miała śmiałości.

– W takim razie – odezwała się – jesteśmy zaręczeni.

W tygodniach poprzedzających jego wyjazd co noc spotykali się pod drzewem oliwnym. Ogłoszono ich zaręczyny. Papà niechętnie udzielił im swego błogosławieństwa – matka nie odzywała się do niej przez tydzień, jakby w ogóle jej nie było, jakby córka zniknęła w innym świecie, tak dalekim, że nikt nie wiedział, czy w ogóle istnieje – ale nawet po tym nocne schadzki były surowo zabronione. Mimo to nikt ich nie zatrzymywał. Być może fakt, że byli kuzynami, dawał gwarancję, że Dante zachowa się jak dżentelmen. A może chciano w ten sposób zrekompensować im czekającą ich rozłąkę. Z każdą kolejną nocą Dante wydawał się bardziej oddany swojemu postanowieniu, niczym przykładny uczeń, któremu polecono się zakochać. W ciemności, pod kopułą z liści, Leda pozwalała mu się całować i pieścić przez ubrania, a po kilku nocach mógł dotykać jej nagich piersi tak długo, jak chciał, najpierw stojąc, potem klęcząc przed nią, aż w ostatnim tygodniu oboje położyli się na ziemi. Jego dotyk uspokajał ją. Sprawiał, że czuła się silna i dojrzała. Koronka, którą gałęzie drzew tkały z księżycowego światła, stawała się coraz skromniejsza z każdą upływającą nocą. W ostatnią wspólną noc księżyc nie pojawił się na niebie i ich ciała pogrążyły się w ciemności. Dłonie i usta Dantego błądziły po jej piersiach i jak co noc, przywarłszy do jej ciała, stwardniał. Od jakiegoś czasu nie próbował tego ukrywać, a jego nabrzmiały członek napierał na jej udo, jakby pragnął coś powiedzieć. Jego kształt budził w niej ciekawość. Jak wyglądał? Czego chciał? A gdyby ktoś przechodził obok i usłyszał urywany oddech Dantego? Jego ciało zdawało się płonąć od pytań, na które nie znała odpowiedzi. Jeszcze mocniej otarł się o jej udo, a ona nie próbowała go powstrzymać. Nie wiedziała, jak ani nawet czy tego chce. Zaciskała nogi, a on nie próbował ich rozsuwać. Tymczasem jego dłonie coraz mocniej ugniatały jej piersi, oddech stawał się szybszy i głośniejszy, a zęby kąsały jej ciało. Cóż to? – pomyślała. Mój kuzyn zmienił się w bestię, a teraz napręża się niczym struna i napiera na mnie w milczeniu. Czuła na sobie jego ciężar. Trzymała go. Miała wrażenie, że czegoś jej brakuje. Tylko czego?

Wiedzy.

Chciała wiedzieć, co czuje Dante. Jak to jest być w jego skórze.

Przez chwilę milczeli i nagle się odezwał:

– Nie mogę się doczekać, aż do mnie przyjedziesz.

– Czas szybko zleci, jeśli będziesz ciężko pracował.

– Będę. Oczywiście, że będę.

I rzeczywiście pracował.

Tak przynajmniej wnioskowała z listów Dantego, z których przez rok i dziewięć miesięcy czerpała informacje o jego życiu w Argentynie i które sprawiały, że chciała usłyszeć więcej, poznać to wszystko, co zostało przemilczane, każdy zatajony szczegół. W noc poślubną nie mogła zasnąć. Kiedy razem z rodziną wróciła do domu, zostało raptem półtorej godziny do przyjazdu powozu, którym razem z ojcem wyruszy do Neapolu, gdzie wieczorem wsiądzie na pokład statku. Tuż po tym, jak przekroczyli próg domu, matka, która po drodze nie odezwała się do niej ani słowem, zniknęła w sypialni, zamknęła za sobą drzwi i do rana stamtąd nie wyszła. Tommaso i ojciec zanieśli do łóżek dwóch śpiących braci Ledy. Siedmioletnia Margherita weszła do domu uczepiona ręki starszej siostry, zapewniając płaczliwym głosem, że nie jest zmęczona. Wystarczyło jednak, że Leda okryła ją kołdrą, a dziewczynka zaraz zasnęła.

Leda wróciła do kuchni, ciemnego pomieszczenia z masywnym drewnianym stołem, przy którym rodzina jadała posiłki. Tommaso i ojciec stali zakłopotani przy piecyku, jakby liczyli na to, że ogień, który dawno już zgasł, udzieli im dalszych instrukcji.

– Chłopcy śpią? – spytała.

– Jak kamienie – odparł Tommaso.

Wyglądali na zmęczonych. Nie mieli okazji porozmawiać na weselu, a teraz było za późno na to, by śmiać się czy kłócić. Świadomość tego sprawiła, że Ledzie zrobiło się ciężko na sercu.

– To już jutro – rzucił papà.

– Nie jutro – poprawił go Tommaso. – Dziś.

Papà spojrzał ze smutkiem na Ledę.

– Piękna z ciebie panna młoda – zauważył Tommaso bez cienia złośliwości.

Zdumiał ją ten komplement.

– Nawet jak na twoją starszą siostrę?

– Tak. – Uśmiechnął się, ale na nią nie spojrzał.

Po tych słowach się rozeszli. Każdy do siebie – Tommaso do pokoju chłopców, papà do małżeńskiej sypialni, a Leda do maleńkiego pokoiku, który dzieliła z Margheritą – bez słowa, nie pożyczywszy sobie nawet dobrej nocy, jakby powietrze było dość ciężkie od pożegnań. Leda stała przez chwilę przy łóżku, bojąc się położyć.

– Ledo? – usłyszała za drzwiami głos ojca.

– Wejdź – odparła.

Wszedł, niosąc czarny futerał na skrzypce. Ten widok zaskoczył ją, bo od pięciu lat instrument leżał zamknięty w kufrze, który wielokrotnie próbowała otworzyć spinką tylko po to, żeby wpuścić do niego odrobinę powietrza, światła, kroplę oleju, by wygładzić struny, jak nauczył ją ojciec, kiedy była małą dziewczynką. To, co zdarzyło się Corze, nie było winą skrzypiec i instrument niesłusznie został skazany na taką karę. Leda podarowałaby mu chwilę wytchnienia, gdyby tylko była lepszym złodziejem. Ale ojciec nie nauczył jej kraść. Zamiast tego pokazał, jak polerować pudło rezonansowe i wcierać żywicę w naciągnięte na smyczek końskie włosie. Uwielbiała to robić; uwielbiała myśleć, że ma swój udział w tym, jak pięknie brzmiały, kiedy ojciec na nich grał. Kochała ten moment, gdy niebo stawało się płótnem, które aż się prosiło, by ktoś pomalował je muzyką. Papà grał Scarlattiego, Donizettiego, melodie ludowe, biesiadne, tarantele, a czasem improwizował. Skrzypce mówiły to, czego nie wypowiadały jego usta. Leda patrzyła na niego wygłodniałym, ciekawskim wzrokiem, pragnąc, by uczył ją, a nie Tommasa, którego lekcje przebiegały w nerwowej atmosferze. Brat nie chciał się uczyć, a jednak papà uparł się, że uczyni z niego następnego muzyka w rodzinie. Nie chodziło o to, że kobiety nigdy nie grały. Z historii muzyki, którą znalazła na półce z książkami ojca, Leda dowiedziała się, że szlachetnie urodzone damy w Neapolu i Rzymie od wieków grały na skrzypcach. Sęk w tym, że nie była arystokratką ani nawet nie mieszkała w Rzymie, a w jej wiosce kobiece dłonie były potrzebne do gotowania, szycia i sprzątania. Kiedy mężczyźni grali na przyjęciach, kobiety podawały kawę i szorowały garnki. Gdy mężczyźni ćwiczyli, kobiety cerowały ich koszule. Uczenie dziewczynki umiejętności, której nie będzie mogła wykorzystać albo, co gorsza, przez którą – jak Leda – zaniedba swoje obowiązki, było stratą czasu. Po śmierci Cory ojciec, targany bólem i poczuciem winy, zamknął skrzypce. Tak myślała Leda, że to poczucie winy sprawiło, że przestał grać, przekonanie, że ma krew na rękach; oni wszyscy mieli wrażenie, że mają na rękach krew Cory, tak przynajmniej wydawało się Ledzie; rodzina zmieniła się po jej śmierci, stała się zgorzkniała, niepewna i zaczęła stronić od ludzi; ojciec jednak najbardziej uginał się pod ciężarem tego brzemienia – powinien był coś zrobić, w końcu był mężczyzną, prawda? Kochał bratanicę, jak więc mógł ją zostawić na… Ledzie w każdym razie wydawało się, że takie myśli chodzą mu po głowie; nie miała pewności, bo nikt o tym nie rozmawiał.

Zanim to wszystko się wydarzyło, obserwowała lekcje brata, stojąc w progu pokoju gościnnego albo siedząc w kącie i udając, że szyje, podczas gdy tak naprawdę zapamiętywała każde słowo, które padało z ojcowskich ust. Później wykradała skrzypce, wychodziła na dwór i ćwiczyła każdy szczegół, który opisywał, przyglądała się strunom i nutom, stawała tak, jak papà nakazywał Tommasowi, i grała tarantelę tak długo, aż melodia wypływała jej spod palców, rozgrzana tajemnicą wśród posępnych drzewek oliwnych.

– Prezent ślubny – oznajmił ojciec szeptem, by nie obudzić młodszej córki. – Podaruj je Dantemu.

Patrzyła na niego w milczeniu.

– Niech wniosą do waszego życia odrobinę piękna.

Król Neapolu przewracał się w swoim liczącym czterysta lat grobie. Powinna odmówić. Wywiezienie instrumentu z Włoch zakrawało na świętokradztwo. Ale czy świętokradztwem nie było zostawienie go tu, by już zawsze milczał?

Papà wyciągnął skrzypce w jej stronę, a ona chwyciła futerał, zanim zdążyła się rozmyślić. Nadal nie była w stanie wykrztusić słowa. Przez chwilę stali w pełnej napięcia, niezręcznej ciszy i nagle ojciec wyszedł.

Nie mogła zmusić się do tego, żeby otworzyć futerał i spojrzeć na ukryty w nim instrument. Jeszcze nie. Włożyła go do kufra, usiadła na łóżku i próbowała nie myśleć, zatrzymać galopujące myśli. Oto i ona: panna młoda w noc poślubną. Bez pana młodego, który zrobiłby z nią to, co należy zrobić w taką noc. Zamknęła oczy. Pod powiekami, podobnie jak w pokoju, panował mrok. Poluzowała cumy umysłu i pozwoliła myślom dryfować po wielkim, nocnym świecie. Te jednak wzbiły się w niebo i popłynęły ku Wezuwiuszowi widocznemu ze wzgórz za jej wioską i górującemu nad ziemią niczym okryty zielonym płaszczem król. Kiedy była dziewczynką i miała chwilę dla siebie – bez łuskania fasoli, noszenia wody i skubania kurczaków – wspinała się na te wzgórza tylko po to, żeby popatrzeć na krajobraz, na wulkan. Miała nadzieję zobaczyć tlący się w jego wnętrzu ogień, rozgrzane do czerwoności okrucieństwo, które zniszczyło starożytne miasto Pompeje. Nonno, ojciec jej matki, nigdy nie zmarnował okazji, by opowiedzieć jej ciekawą historię, a najbardziej lubił tę o wielkim mieście, które kilka lat temu – tak właśnie mówił, „kilka lat temu”, jakby historia ta wydarzyła się pokolenie, dwa temu – zostało pogrzebane pod lawą i popiołem. Zginęły tysiące ludzi, mówił. To była straszna, nagła śmierć. Kobiety przyłapane nago w łaźni już nigdy nie założyły swoich szat. Dzieci kłócące się o drewnianą lalkę już nigdy nie miały okazji się pogodzić. Mężowie w drodze do domu na zawsze stracili szansę, by ucałować żony. Wszyscy ci ludzie zostali pogrzebani w ruchu, w pianie, pośród rzeczy, które kochali. Wyobrażasz to sobie? Ich ciała, pełne życia i marzeń, i nagle – szast! – stali się niczym. Byli martwi. Śmierć potrafi być szybka, cara Leda. Na tym polega życie. Myślimy, że jesteśmy tacy silni, tacy prawdziwi, ale istnieją rzeczy dużo silniejsze i prawdziwsze. My jednak zapominamy o nich, aż jest za późno, i to one grzebią nas pod warstwą popiołu.

Bywało, że opowieści dziadka o dawnych Pompejach ciągnęły się godzinami, aż sparaliżowane, wymarłe miasto zdawało się Ledzie bliższe niż jej własna wioska. Nonno snuł je na zacienionym patio, za kuchennymi drzwiami, o zmierzchu w długie letnie wieczory, kiedy Leda łuskała groch albo rozłupywała orzechy. Podczas gdy jej ręce wędrowały machinalnie z miski do miski, oczami wyobraźni wyraźnie jak na dłoni widziała zastępy duchów. Woźniców rydwanów, którzy machali biczami nad lśniącymi końskimi karkami. Dzieci sprzeczające się o zabawkę; jedno z nich – wyrośnięty łobuz – ściskało ją w dłoniach, gdy pozostała trójka wyciągała ku niej ramiona. I kobiety w łaźni. Nonno zawsze wspominał o kobietach w łaźni. W Pompejach, tłumaczył, służące oblewały kobiety wodą, żeby umyć ich ramiona, plecy, piersi. Rozkoszując się dotykiem chłodnej wody na rozgrzanych ciałach, nagie w marmurowych wannach, marzyły. Jeśli były pannami, marzyły o nocy poślubnej, o tym, co wydarzy się w alkowie, kiedy uczta weselna dobiegnie końca.

Wzmianki o nocach poślubnych pojawiały się w opowieściach dziadka tylko wtedy, kiedy wypił więcej wina niż zwykle. Leda nie mogła jednak przestać myśleć o tych młodych kobietach, ich nagich namydlonych ciałach i o tym, jak marzyły o nocy poślubnej z ukochanym, która nigdy się nie wydarzy. Myślała o nich, siedząc nad rzeką albo kiedy leżała sama w łóżku – myślała o nich teraz, w swoją noc poślubną. Oblała się rumieńcem, gdy wyobraziła sobie marmurową wannę i nagą dziewczynę z plecami wygiętymi w łuk, zamkniętymi oczami, prężącą pierś ku sklepieniu, drżącą pod dotykiem widmowych dłoni i nieświadomą nadciągającej zagłady.

Kiedy w końcu otworzyła oczy, przez okno do pokoju wpadały pierwsze nieśmiałe promienie słońca. Jej sukienka podróżna leżała na kufrze. Margherita poruszyła się we śnie. Na zewnątrz wróbel sprzeczał się z porankiem, a w kuchni mama parzyła kawę. Leda przebrała się, upięła włosy w kok i poszła pomóc matce, która nie powitała jej ani nawet nie podniosła wzroku. Pachniała cierpko, tlącym się drewnem i niespokojnym snem. Leda chciała zapamiętać ten zapach, ukryć go w pamięci wraz z sylwetką matki krzątającej się po kuchni – miejscu, gdzie spędziła tak wiele lat, że bez niej pomieszczenie zapadłoby się w sobie. Gdy kawa zaczęła parzyć się na piecu, mamma odwróciła się do niej.

– Nie mogę – powiedziała.

Leda czekała, aż doda coś jeszcze, ale ona patrzyła na nią wodnistymi, przerażającymi oczami, które w dzieciństwie przywoływały dziewczynkę do porządku i obnażały wszystko, co chciała ukryć przed światem. Aż do tej chwili nie przyszło jej do głowy, że matka może być udręczona. Zawsze była zmęczona i surowa wobec starszej córki, która bez względu na to, co robiła i jak się zachowywała, nigdy nie potrafiła jej zadowolić. Leda nie umiała uwolnić matki od goryczy i cierpienia – następstw dwóch poronień i urodzenia martwego dziecka po tym, jak na świat przyszedł Tommaso – które umęczyły jej ciało i serce do tego stopnia, że gdy urodziła następne dzieci, była już tak wyczerpana, że nie dbała o Ledę i nie zwracała na nią uwagi poza krytykowaniem jej i pilnowaniem, czy wykonała swoje obowiązki. Tak przynajmniej wydawało się Ledzie, aż do tej chwili, aż do tego spojrzenia. Nie wiedziała nic o sercu matki, zakładała, że zostało zamknięte i było wobec niej obojętne. Dopiero teraz, na chwilę przed wyjazdem, zrozumiała, że mogła się mylić.

– Mamma – odezwała się. Stała z nożem w dłoni, pochylona nad bochenkiem chleba.

– Nie mogę – powtórzyła matka. – Nalej kawy – powiedziała i wyszła frontowymi drzwiami; ruszyła ścieżką w górę w stronę rzeki.

Tommaso i papà zdążyli wstać, wypić kawę i zjeść podsmażony chleb, a mama wciąż nie wróciła. Brat paplał o wczorajszym przyjęciu, o tym, kto za dużo wypił, i śmiał się z własnych dowcipów. Wydawał się zdenerwowany; w takich sytuacjach robił się gadatliwy, co zwykle drażniło Ledę, ale dziś widziała w nim wyłącznie chłopca. Delikatnego dzieciaka, który śpiewał kurczakom i płakał godzinami, kiedy pierwszy raz musiał jednego zabić. Dziś uczesał włosy, jak robił to na specjalne okazje, maczając grzebień w oleju z nasion winogron i robiąc idealny przedziałek. Leda starała się nie myśleć o tym, że być może już nigdy go nie zobaczy. Starała się nie myśleć o matce stojącej nad rzeką i próbowała wypchnąć ten obraz z pamięci, gdy przyjechał powóz.

W końcu wszyscy wyszli na zewnątrz: Leda, jej ojciec, Tommaso i zaspane dzieci w pomiętych ubraniach z poprzedniego dnia, wyciągnięte z łóżek, żeby pożegnać siostrę. Woźnica i ojciec umieścili kufer na tyle powozu. Leda jednego po drugim ucałowała chłopców niemających pojęcia, co się właściwie dzieje, i Margheritę, która zarzuciła jej ręce na szyję, jakby to był maszt tonącego statku. Tommaso po raz pierwszy nie miał nic do powiedzenia. Ojciec wyciągnął rękę, żeby pomóc jej wsiąść do powozu. Nadal nie było śladu mamy. Jak mogła tak po prostu wyjść, nie ucałowawszy jej na pożegnanie? Leda nie miała jednak wyboru. Mamma uciekła z własnej woli i szukanie jej w lesie i na wzgórzach mogło zająć nawet cały dzień, a tymczasem statek z Neapolu odpływał dziś wieczorem. Leda musiała jechać. Pożegnania dobiegły końca, położyła dłoń na drzwiach powozu i stanęła na schodkach. Ojciec delikatnie ujął jej rękę i pomógł wejść, a następnie sam zajął miejsce obok. Wyjrzała przez okno na Tommasa i dzieci. Wydawali się tacy mali.

– Ciao, Leda! – zawołali chłopcy. – Ciao i powodzenia w Ameryce!

Głosy mieli beztroskie, radosne. Jakby Ameryka była wioską gdzieś w okolicach Neapolu.

Machali jej, kiedy powóz ruszył. Ona także im machała, aż do chwili, gdy straciła ich z oczu.

Ojciec cały czas trzymał ją za rękę. Leda zamknęła oczy i udawała, że śpi. Wkrótce stukot końskich kopyt na bruku ustąpił miejsca stłumionym plaśnięciom na ubitej ziemi, co oznaczało, że wyjechali z wioski i nie są już w Alazzano, ale na drodze gruntowej do Trinità, która nieco dalej rozszerzała się, tworząc długi, prosty trakt biegnący na północny zachód w kierunku Neapolu. Z każdym uderzeniem końskich kopyt Neapol był coraz bliżej. Chciała obserwować widoki za oknem, ale wiedziała, że jeśli otworzy oczy, papà zobaczy, że nie śpi, i będzie próbował z nią porozmawiać. Tymczasem Leda nie mogła znieść myśli o tym, co mógłby jej powiedzieć. Dlatego zaciskała powieki i oczami wyobraźni podziwiała zmieniające się krajobrazy. Zbocza i zakręty. Niezliczone odcienie zieleni. Dudnienie kół wprawiło ją w stan podobny do snu. A jednak nie spała i nie śniła. Była w powozie z ojcem i spowici złotym pyłem, jechali w rześkim powietrzu ku rozległej pustce.

Obudził ją gwar. Opierała się o ojca i pozostawiła strużkę śliny na rękawie jego płaszcza. On jednak niczego nie zauważył; wyglądał przez okno na zatłoczoną ulicę. Neapol. Znalazła się tu po raz pierwszy w życiu. Wszystkie budynki były wyższe, niż to sobie wyobrażała. Zobaczyła kościół z fasadą rzeźbioną w motywy rodem ze snów oszalałych aniołów: wysokie łuki, cherubiny płaczące nad bezgłowymi ciałami świętych, balkony podtrzymywane przez dekadenckie kolumny. Była tu również fontanna pełna nimf, których szaty kleiły się do ich piersi, gdy zaklęte w kamieniu, wyciągały ręce w stronę wody. I ludzie, woń końskiego łajna, potu i gnijących melonów, mężczyźni w kapeluszach, kobiety z koszykami i sprzedawcy z wyładowanymi po brzegi wózkami. Wszyscy tłoczyli się na chodnikach z taką siłą, że Leda nie mogła pojąć, jak to możliwe, że w ogóle się mijają, skąd wiedzą, dokąd idą, i jak znajdują dla siebie miejsce w tej ludzkiej masie. Czy ona kiedykolwiek nauczy się chodzić w ten sposób? Uliczny sprzedawca zachwalał ryby z porannego połowu, najlepsze ryby, jego ryby, kupujcie już teraz, jeśli wasz mąż umrze z taką rybą w brzuchu, bądźcie pewne, że umarł jako szczęśliwy człowiek. Mleko, mleko! – krzyczał inny. Jeśli kiedykolwiek piliście świeższe, to chyba prosto z wymienia. Ludzie na ulicy mijali go, nawet nie zwalniając, ze wzrokiem wbitym przed siebie, jakby w oddali widzieli swoją przyszłość i kroczyli ku niej.

Powóz zatrzymał się na skrzyżowaniu. Na rogu stała kobieta w sukni koloru krwistej czerwieni, który odkąd Leda sięgała pamięcią, był zakazany dla kobiet. Czy to możliwe, że tu, w Neapolu, zakaz ten nie obowiązywał? Nie chodziło jednak tylko o kolor. Krój sukni był bardzo śmiały – obnażał blade, piegowate ramiona. Straszny widok! Leda nie mogła oderwać wzroku od tej kobiety. Ta jednak stała bez ruchu, a gdy któryś z mężczyzn zwalniał, żeby na nią spojrzeć, uśmiechała się do niego i pozwalała mu patrzeć do woli. Leda wciąż zerkała w jej stronę – choć kobieta nie mogła jej zobaczyć – i przez ułamek sekundy wyobraziła sobie, że otwiera drzwi powozu i bez słowa pożegnania, zostawiwszy za sobą wszystkie swoje rzeczy, idzie w stronę kobiety w czerwieni i wzburzonej rzeki mieszkańców Neapolu – szalony akt, który mógł zaprowadzić ją tylko do rynsztoka albo zakończyć się jedną z tych strasznych rzeczy, które spotykały młode kobiety, kiedy te porzucały swoje bagaże i narzeczonych czekających na nie cierpliwie na drugim końcu świata i rzucały się w wielkie ramiona niebezpiecznego miasta. Cóż za szokująca myśl! Skąd ona się wzięła? Zachowuj się, usłyszała w głowie głos matki, a zaraz potem głos Cory: Chodź, chodź, co z tego, że zamoczysz spódnice? I nagle nie mogła już myśleć, była w rzece razem z Corą, która krzyczała, umierała; mało brakowało, a Leda utonęłaby razem z nią, ale musiała żyć, musiała żyć, nie wejdzie do wody, nie postawi stopy w tej wielkiej rzece neapolitańczyków i nie zbliży się do tamtej kobiety. Mężczyzna, który przyglądał się tej w czerwieni, odszedł i kobieta znów została sama, jej suknia stała się krwawą plamą w tłumie. Powóz jechał dalej, a Leda została w środku, jak przystało na dobrą żonę, rozsądną dziewczynę i damę. Kobieta w czerwieni zniknęła i Leda wymazała ją z pamięci.

– Jesteśmy prawie na miejscu – oznajmił ojciec.

Spędzili w porcie dwie godziny, czekając na parowiec i obserwując rosnący wokół nich tłum. Leda nigdy nie widziała tylu ludzi w jednym miejscu; zupełnie jakby ktoś upchnął na platformie mieszkańców kilku wiosek. Jak to możliwe, że tak wielu Włochów wyruszało w podróż do Ameryki? Jeśli oni wyjadą, kto tu zostanie? Oczywiście niektórzy z nich – jak papà – nie wyjeżdżali, ale przyszli tu, żeby pożegnać swoich bliskich: matka tuląca dziecko, ojciec udzielający ostatnich rad, krewni stłoczeni niczym ludzka forteca, która w każdej chwili groziła zawaleniem, mężczyźni palący papierosy i mówiący jeden przez drugiego, kobiety zalewające się łzami, ludzie krążący bez ładu i składu, chłód, poklepywanie po plecach, strach i czekanie na chwilę, gdy trzeba będzie się pożegnać. Ojciec także to czuł. Przestali rozmawiać. Musiał być zmęczony. Stał, bo nieliczne ławki zajęte były przez ludzi starszych, a on uparł się, żeby córka usiadła na kufrze. Leda odwinęła brązowy papier, w który rano spakowała chleb, ser i oliwki.

– Chodź, papà, usiądź i zjedz ze mną.

– Postoję.

– Nie. Wystarczy miejsca dla nas obojga.

– Ty siedź, Ledo.

– Nie usiądę, dopóki nie siądziesz ze mną – oświadczyła, wstając.

– Zawsze byłaś uparta – rzucił, nie patrząc jej w oczy.

Usiedli obok siebie na kufrze i jedli powoli, patrząc na statki i łodzie, tulącą się do miasta linię brzegową i Wezuwiusza widocznego tam, gdzie znikały budynki. Z miejsca, w którym siedzieli, zdawało się, że wulkan sprawuje pieczę nad całym miastem.

Nagły chłód przeniknął przez materiał sukienki i Leda otuliła się chustą.

Chwilę później zobaczyli parowiec, który płynął niespiesznie wzdłuż brzegu: ogromy, silny i uzbrojony w twardy szary metal. Nie wiedzieć czemu, widok statku sprawił, że dystans między nią a ojcem stał się jeszcze bardziej wyczuwalny i onieśmielający.

Papà również patrzył na statek.

– Jest większy, niż to sobie wyobrażałam – wyznała Leda.

– Większy niż na plakatach.

– Tak duży, że można się na nim zgubić.

– Nie zgubisz się – uspokoił ją i ujął jej rękę, nie odrywając wzroku od parowca.

Jego dotyk zaskoczył Ledę; przez moment chciała zostać na brzegu razem z ojcem. Od lat złościła się na niego, za jego porażkę i smutne, przygarbione ramiona, ale dziś widok tych ramion rozrzewniał ją. Jego ciało stanowiło jedyną barierę, jaka dzieliła ją od chłodnego wiatru wiejącego od strony wody. Ręka ojca była twarda i zniszczona, ale opuszki palców odzyskały dawną miękkość; były jak wtedy, gdy grał na skrzypcach, dobywając z instrumentu tysiące płaczliwych dźwięków. Statek wpłynął do portu z niskim, przeciągłym jękiem. Otaczający ich tłum drgnął. Kiedy tragarz przyszedł zabrać kufer Ledy, oboje z ojcem wstali.

– Leda, carissima – odezwał się papà.

Słysząc jego głos, odwróciła się i natychmiast tego pożałowała. Ojciec płakał. Nawet nie próbował ocierać łez. Pospiesznie odwróciła wzrok.

– Powinnam wejść na pokład – rzuciła.

Pokiwał głową, wziął ją pod rękę i zaprowadził w stronę trapu. Przez cały czas kurczowo trzymał się jej ramienia, tak by nie zgubić jej w tłumie. I nagle, zanim zdążyła się zorientować, stała przy wejściu na statek, a chwila, której tak bardzo się obawiała, właśnie nastała. Zamierzała się wyrwać, ale ojciec przytulił ją z taką siłą, że nie mogła złapać tchu.

– Pamiętaj nas – szepnął jej do ucha, gdy tłum nieubłaganie przesuwał ją w stronę statku.

Weszła na trap, który prowadził na pokład, i dalej, do Ameryki, do Dantego, jej kuzyna, jej pana młodego, a gdy jej stopy oderwały się od ziemi i stanęły na długiej pochyłej desce, poczuła, że już jest emigrantką. Kimś pomiędzy, pomyślała, stając na pokładzie. Żoną, której małżeństwo nie zostało skonsumowane, kimś, kto nie należy ani do Włoch, ani do Ameryki Południowej. Jestem tym, co niemożliwe, a to znaczy, że wszystko jest możliwe, jak szczelina w tamie czasu. Myśl ta zamąciła jej w głowie i przyprawiła ją o dreszczyk emocji. Nie wiedziała już, co mówi jej własny umysł.

Tłum przepychał się w stronę relingu, by wymachując chusteczkami, żegnać bliskich, którzy zostali na lądzie.

– Alfredo, widzisz mnie? Alfredo!

– Do widzenia! Do widzenia!

– Mamo, mamo… nie zapomnij mnie…

Leda dołączyła do tłumu i wyciągała szyję, ale zanim przebiła się do przodu, nie była w stanie znaleźć ojca wśród ludzi, którzy zostali na lądzie. Może postanowił odejść bez pożegnania, a może w tym tłumie stał się mały; w końcu był tylko drugim synem z Alazzano. I nagle poczuła, że nienawidzi ich wszystkich, nienawidziła każdego, kto stał w porcie i machał. Nienawidziła ich za to, że przez nich jej ojciec się skurczył. Machała chusteczką, patrząc na wulkan. Dookoła niej głosy podnosiły się i opadały, a okrzyki – „Boże, miej nas w opiece!”, „Pater noster, Amalia, ciao, Amalia!”, „Mój Boże, ile wody, ile tu wody!” i „Ciao! Ciao, Italia!” – zlewały się w jeden, aż któryś z mężczyzn zaintonował dobrze znaną tarantelę, która niczym ogień ogarnęła tłum, i wkrótce zdawało się, że kilkaset włoskich gardeł śpiewa unisono. Leda również śpiewała tę pieśń, którą znała z dzieciństwa, neapolitańską pieśń o miłości, która nie miała przyszłości ani końca.

Brzeg oddalał się w zadziwiającym tempie. Woda rozpościerała się wokół statku niczym błękitna kołdra tkana przez mitologiczne Parki albo przynajmniej przez dwie z nich: prządkę i tkaczkę. Zabrakło tylko trzeciej siostry, która przecięłaby nić. Ach, jakże ogromny był ocean. Czy świat naprawdę był w stanie go pomieścić? A jeśli świat eksploduje, czy to niezmierzone, błękitne płótno wciąż będzie falować?

Tej nocy, nieprzyzwyczajona do kołysania statku, spała fatalnie, co chwila wyrywana z drzemki przez nudności i wymiotującą Faustę. Nic nie przygotowało jej na piętno, jakie ocean odcisnął na jej ciele, i uczucie, że wnętrzności podchodzą jej do gardła za każdym razem, gdy się położyła. Fausta, posępna korpulentna kobieta, starsza od Ledy o mniej więcej dziesięć lat, pierwszy raz zwymiotowała na podłogę. Zanim udało jej się wstać i posprzątać, Leda zrobiła to za nią, używając w tym celu własnego prześcieradła, które następnie zmięła i zostawiła przed drzwiami. W ten oto sposób jej prześcieradło dołączyło do stosów bielizny pościelowej, zalegających na korytarzu. Smród był nie do wytrzymania i Leda pospiesznie wróciła do kajuty.

– Przepraszam – jęknęła Fausta skulona na gołym materacu.

Piętnaście minut później Leda zwymiotowała do nocnika. Pomieszczenie wypełniła gryząca woń, od której nie było ucieczki.

– Dobrze się czujesz? – spytała Fausta.

– Nic mi nie będzie.

– Nie przeżyję dwudziestu takich nocy.

– Nie będziesz musiała. Zobaczysz, z czasem będzie lepiej.

– Skąd wiesz?

– Bo nie może być inaczej.

Było to wymyślone na poczekaniu, bezpodstawne założenie, które jednak pocieszyło nieco Faustę – zamknęła oczy, a mięśnie jej kwadratowej twarzy z wyraźnie zarysowaną szczęką się rozluźniły. Wcześnie się zestarzeje, pomyślała o niej Leda. Pierwszego wieczoru Fausta opowiedziała jej o mężu, który od dziesięciu lat mieszkał w Buenos Aires. Wyjechał z Włoch rok po ślubie, kiedy nie doczekali się upragnionego dziecka, a gdy wyjeżdżał, żeby w Ameryce dorobić się fortuny, obiecywał, że wróci za rok, najpóźniej za dwa, z pieniędzmi i nowymi perspektywami dla rodziny, którą niebawem stworzą. Ale nie wrócił. Mijały lata. W końcu Bruno napisał list, w którym informował żonę, że lepiej będzie, jeśli to ona przyjedzie do niego, do Buenos Aires. Z początku Fausta się wzdragała. Nie chcę wyjeżdżać – odpisała mu. Nie wyobrażam sobie tego. Nie możesz wrócić do domu? Wkrótce nadeszła prosta i zwięzła odpowiedź. Jedno słowo: Nie. Był to najkrótszy list, jaki otrzymała od niego w ciągu długich lat rozłąki, pozbawiony jakichkolwiek wyjaśnień, a nawet czułości. I oto dwudziestoośmioletnia bezdzietna Fausta pokonywała ocean, żeby spotkać się z mężem na zupełnie obcej ziemi.

– Cieszysz się? – spytała ją Leda.

– Oczywiście – odparła Fausta. – To znaczy, chciałam zostać we Włoszech, ale jeszcze bardziej pragnęłam być z mężem i urodzić dzieci, zanim będzie za późno.

Mówiąc to, wydawała się taka pewna siebie. Brzmiała jak zakonnica, która nigdy nie kwestionowała swojej wiary w Boga.

Teraz zasnęła. Leda przez chwilę wierciła się na materacu, rozmyślając o wodzie, lądzie i przeprawach przez morze. Nie jesteśmy stworzeni do takich podróży, pomyślała. Te nowoczesne statki działają wbrew naszej naturze. Zastanawiała się, co czuł Dante, kiedy płynął do Argentyny. Czy przespał swą pierwszą noc na statku, czy też potrzebował miski? Zapyta go o to, gdy już dotrze na miejsce. Było tyle rzeczy, o które chciała go zapytać.

Kiedy w końcu zasnęła, śniła o Wezuwiuszu. Wspinała się na zbocze wulkanu. Jej bose stopy krwawiły, ale nie zwalniała. Dotrę tam, powtarzała sobie w duchu. Wspinaczka nie miała końca, a z każdym krokiem Leda czuła, że żołądek podchodzi jej do gardła. I nagle stanęła na szczycie, tuż nad krawędzią krateru. Pochyliła się w stronę ciemności. Widoczny w dole mrok był rozległy i zdawał się nie mieć końca. Przerażona patrzyła w dół. Coś zamigotało w ciemnościach – iskra, dwie, trzy. Światło lamp w oknach. I nagle ją zobaczyła – Alazzano, swoją rodzinną wioskę uwięzioną we wnętrzu krateru, a ona była zbyt wysoko, by jej dosięgnąć albo poparzyć sobie ręce.

W dniu dopłynięcia do lądu stała przy relingu i wpatrywała się w rosnące na jej oczach Buenos Aires. W porcie roiło się od statków, a nabrzeże było pełne ludzi. Argentyńczyków. Ludzi, którzy zamieszkiwali ulice tego miasta, spali w jego łóżkach i codziennie wysłuchiwali jego sekretów. Gdzieś tam między nimi był Dante. Jak wyglądał? Jak im się ułoży? Po raz kolejny przytrzymała ręką czepek. Wsuwki trzymały jak należy, a perły nadal były na swoim miejscu. Świadomość, że ma na głowie coś tak pięknego i delikatnego, dodała jej sił, choć w głębi duszy Leda obawiała się, że nie będzie umiała sprostać roli żony. Przynajmniej bezpiecznie dowiozła czepek na drugi koniec świata. Nie pozwól, by cokolwiek stało się twojemu czepkowi, ostrzegała ją mamma. Było to najlepsze nakrycie głowy, jakie należało do jej matki, jeszcze zanim przyszyła do niego prawdziwe perły, żeby – jak twierdziła – zmęczona podróżą Leda miała choć jedną rzecz stosowną do sytuacji. Kiedy dopłyniesz do Buenos Aires, musisz wyglądać jak najlepiej, przypominała córce. Chyba nie chcesz, żeby pomyślał, że jesteś zmęczona. Nie mówiąc o tym, dodawała, ani na chwilę nie przestając szyć, że będziesz panną młodą bez sukni ślubnej. Leda myślała o tym teraz, wychylając się przez reling: panna młoda bez sukni ślubnej. Przez te słowa czuła się, jakby przybywała do Buenos Aires naga, nie mając na sobie nic poza eleganckim niebieskim czepkiem, bezbronna i upokorzona. Zabolało ją to. Być może tego właśnie chciała mamma: sprawić jej przykrość.

Statek wpłynął do portu. Szczęknął metal. Leda poczuła wokół siebie nagłe poruszenie. Trzystu sześćdziesięciu ośmiu włoskich pasażerów ruszyło w stronę trapu na swoje pierwsze spotkanie z Argentyną. Na pokład weszła garstka mężczyzn; guziki ich wykrochmalonych mundurów zalśniły w słońcu. Trzech z nich miało ze sobą stetoskopy.

– Proszę się ustawić w dwuszeregu i przygotować dokumenty.

Tłum zrobił, co mu kazano. Leda dołączyła do szeregu. Próbowała przecisnąć się do przodu, ale została odepchnięta. Serce waliło jej jak młotem. W wilgotnym powietrzu jej skóra pokryła się cienką warstwą potu. Kolejka ciągnęła się na całej długości pokładu, jednak z miejsca, gdzie stała Leda, nie było widać, co się dzieje na nabrzeżu. Wyciągnęła chusteczkę i otarła twarz. Musiała wyglądać na zdrową i wypoczętą, żeby urzędnicy nie odmówili jej zejścia na ląd. Oczywiście z tego, co słyszała, nie było powodów do obaw. Argentyna sprzyjała imigracji. Potrzebowano tu robotników. Nie przyjmowano starych, chorych i chorych na umyśle, a ona była młoda i zdrowa, choć przez chorobę morską straciła na wadze i wydawała się jeszcze chudsza, i miała wystające kości. Po raz kolejny, z nadzieją, że nie będzie żadnych problemów, wytarła twarz. Jeśli chodzi o swoje zdrowie psychiczne, to czasami w nie wątpiła; zawsze była dziwna, zwichrowana, ale przecież to nie powód, żeby odmówić jej wstępu do Ameryki. Poza tym wiedziała, jak ukryć swoją inność. Kolejka powoli posuwała się do przodu. Wyglądało na to, że nieprędko zejdzie na ląd. Była głodna, zmęczona i z trudem znosiła upał. Dante musi być już blisko, pomyślała, czeka na nią gdzieś na dole, na nabrzeżu. Zastanawiała się, co chodzi mu po głowie. Co pomyśli, kiedy ją zobaczy? Czy zauważy, jaka jest chuda? Czy będzie pragnął jej mniej niż dawniej? Wyprostowała ramiona i uniosła dumnie głowę. Dante, pomyślała, za późno już, żeby mnie oddać. Niebawem stworzymy rodzinę, dom, będziemy mieli dzieci. Nieczęsto myślała o dzieciach, chociaż wiedziała, że one także się pojawią – kilka mglistych postaci siedzących przy stole, choć nie za dużo. Proszę, Boże, modliła się w duchu, oby nie było ich za dużo – widziała zbyt wiele kobiet, w tym również swoją matkę, które bez reszty oddały się swojemu potomstwu – a wszystko się ułoży. Puścimy w niepamięć stare koszmary i zaczniemy śnić nowe sny.

Zauważyła Faustę stojącą w kolejce, która zakręcała w przeciwnym kierunku. Współlokatorka z kajuty miała na sobie szarą luźną sukienkę, a jej korpulentne ciało lekko pochylało się do przodu. Leda pomachała do niej i uśmiechnęła się, na co Fausta odpowiedziała skinieniem głowy. Wydawała się spięta, jakby uznała, że nie jest to czas na wymianę uprzejmości. Na jej poważnej twarzy próżno było szukać otwartości, którą Leda pamiętała z tamtej nocy, w połowie podróży, gdy nie mogąc spać, leżały w ciemnościach i godzinami rozmawiały o tym, co przyniesie kolejny rozdział ich życia – nie o tym, czego się lękały, ale o tym, czego pragnęły. Fausta miała nadzieję, że znajdzie tu tymianek, kolendrę, bazylię i oregano, które nadadzą potrawom odpowiedniego smaku. Leda liczyła, że w jej nowym domu będzie okno z widokiem na drzewo, pod którym będzie mogła siedzieć i szyć (albo czytać, pomyślała, ale powiedziała „szyć”), i że Dante się nie zmienił.

– A jeśli się zmienił? – spytała Fausta.

– Wtedy… nie wiem.

– To wciąż twój mąż – przypomniała jej stanowczo Fausta. – Jesteś mu winna szacunek.

– Bez względu na wszystko?

– Bez względu na wszystko.

Leda wierciła się w ciemnościach, próbując znaleźć dogodną pozycję na nierównym materacu.

– A ty? Nie boisz się, że Bruno się zmienił? – spytała w końcu.

– Nie.

Uderzyła ją pewność, z jaką Fausta odpowiedziała na to pytanie.

– Dziesięć lat to dużo czasu – zauważyła.

– Dziesięć lat temu miałaś siedem lat.

– Tak.

– Więc co ty możesz wiedzieć?

Leda wzdrygnęła się na dźwięk tych słów.

– Musisz go bardzo kochać – dodała nieco łagodniej.

– Oczywiście, że go kocham.

Gwałtowność, z jaką Fausta to powiedziała, graniczyła z ostrzeżeniem i Leda pomyślała, że lepiej będzie, jeśli zmienią temat.

– Opowiedz mi, jak używasz bazylii – poprosiła kobietę.

– Bazylia w Nowym Świecie będzie słodka i cierpka. Będę ją hodowała na parapecie, jak robiłam to w domu, żeby nadawała smaku moim sosom i sałatkom, a jeśli kiedykolwiek będziemy smutni, podetknę nam ją pod nos i zostaniemy uleczeni. Posłuchaj, Ledo, w tym mieście są demony. Jeśli wtargną do twojego domu, użyj bazylii. Zjedz ją. Powąchaj. Przykryj nią złe rzeczy. Zanurz gałązkę w wodzie, pokrop nią wszystkie kąty i zaśpiewaj piosenkę, jakąkolwiek piosenkę, im weselsza, tym lepsza, żeby zło odeszło. Będziesz pamiętała?

– Tak.

Teraz, kiedy stały pod palącym słońcem, czekając na przesłuchanie, Leda zazdrościła Fauście siły, pewności siebie, niezachwianej miłości i wiary w to, że nawet jeśli mąż się zmienił, jej bezgraniczne oddanie pozwoli im zapomnieć o latach rozłąki i sprawi, że wspomnienia o nich rozpuszczą się, jak sól w szklance wody. Może miłość małżeńska ma taką moc.

Trzeba jednak pamiętać, że nawet rozpuszczona sól pozostawia w wodzie charakterystyczny posmak.

Oto i ona, pomyślała Fausta, dziewczyna jak stalowy pręt ukryta w ciele płochliwego królika, która wzdryga się na byle hałas, ale potrafi wymiotować przez całą noc, a rano wstaje rześka i pełna życia; która potrafi pomóc nieznajomej, gdy ta zachoruje, jak to było ze mną. Sprzątnęła moje wymiociny, jakby to ona narobiła bałaganu. To miłe z jej strony. Miła dziewczyna z tej Ledy. Ale dziwna. Wystarczy na nią spojrzeć. Stoi tam z wyrazem zdumienia na twarzy, jakby nie wiedziała, skąd się wzięła na pokładzie statku ani jak to się stało, że trafiła do tego ciała. Zresztą na to pytanie nikt nie zna odpowiedzi; no, może poza duchownymi. Ale kto powiedział, że oni mają rację?

Bluźnierstwo. Niczego takiego nie pomyślałam!

Dziewczyna. Jaka ona młoda. Jak sobie tu poradzi? A ja? Co stanie się ze mną. Dziesięć lat, powiedziała tamtej nocy, gdy leżąc w ciemnościach, byłam bliska wyjawienia naszej tajemnicy. Dziesięć lat to długo. Miałam ochotę jej wówczas powiedzieć: dziesięć lat w życiu młodej kobiety to wszystko – absolutnie wszystko – jej jedyna szansa na namiętność, płodność, szansa na to, by zagarnąć dla siebie odrobinę szczęścia. Jeśli niewłaściwie je wykorzystasz, zwiędną jak rozkładająca się róża albo wybuchną i zamienią się w coś strasznego. Powinnam to wiedzieć. Kolejka na pokładzie przesunęła się kilka kroków do przodu. Najwyraźniej tutejsi urzędnicy byli szybcy w podejmowaniu decyzji. Kolejka, w której stała Leda, posuwała się w drugą stronę i wkrótce dziewczyna zniknęła jej z oczu. Fausta pospiesznie nakreśliła znak krzyża. Nie miała powodu myśleć, że nie zostanie wpuszczona do Argentyny, a jednak mięśnie miała napięte jak struny. Gdyby jej odmówili, nie wiedziałaby, czy panikować, czy się cieszyć.

Lejący się z nieba żar wisiał w nieruchomym powietrzu