Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 486 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bogowie muszą być szaleni - Aneta Jadowska

Drżyjcie Bogowie. Niech zabrzmi Highway to hell

Jak wiele może się wydarzyć w ciągu roku?

Dora Wilk jak magnes przyciąga kłopoty, wariatów i męskie spojrzenia. Łamie regulaminy, szuka przyjaźni w dziwnych miejscach, a od losu dostaje przeciwników wyłącznie potężnego kalibru.

Policjantka to nie zawód, ale stan umysłu... a że po drugiej stronie Bramy rzadko można złoczyńcę zakuć w kajdanki i odprowadzić do aresztu... Dora robi co musi, by Toruń, Thorn czy Trójmiasto i Trójprzymierze pozostały dobrymi miejscami do życia.

Drżyjcie Bogowie, wampiry, wilki, Archaniołowie i pospolici wariaci – Dora Wilk kopie tyłki z wdziękiem baleriny, nie przyjmuje usprawiedliwień o złym dzieciństwie i nie przebiera w środkach by zaprowadzić porządek.

Opinie o ebooku Bogowie muszą być szaleni - Aneta Jadowska

Cytaty z ebooka Bogowie muszą być szaleni - Aneta Jadowska

– Następnym razem, mój miły, z czystej uprzejmości, skoro mnie rozbierasz, mógłbyś też wyskoczyć z ubrań. To, że tylko ja stoję tu naga, jest niesprawiedliwe. I szowinistyczne. Powolnym ruchem ściągnął sweter przez głowę. Suwak spodni ustąpił z ulgą. W ułamku sekundy stał przede mną tylko w bokserkach w jaskółki. – Co robisz? – spytałam, patrząc na niego łakomie. – Walczę z niesprawiedliwością na świecie i nierównym traktowaniem ze względu na płeć.
Czy odwiedził jakiegoś terapeutę, który kazał mu stawić czoło swoim uczuciom i zwerbalizować je? Werbalizował i miał gdzieś to, czy słucham. Nie słuchałam, chciałam, żeby już skończył, ubrał się i wyniósł z mojego pokoju, z mieszkania, najlepiej z mojego miasta.
Ramię Mirona oplatało moją talię, czułam jego oddech na skroni. Jushua zwinięty w kłębek przywierał do mnie plecami i to ja go obejmowałam ramieniem. Hm, łóżko do pewnego stopnia odzwierciedlało nasze relacje. Dzięki Bogini nie musiałam go dzielić z wszystkimi, z którymi w jakiś sposób byłam związana. Jak by to było? Witkacy, gdzieś blisko krawędzi, zachowujący maksimum niezależności, dwa wampiry w nogach łóżka łaskoczące mnie w stopy, kłębowisko wilków na dywanie... Za dużo się tego robiło... Na dodatek sami faceci... Mama w czasie kłótni zawsze mi życzyła córki podobnej do mnie. Cóż, najwidoczniej Bogini uznała, że byśmy się pozabijały, więc podesłała mi tuzin męskich sierotek, łatwiejszych do odchowania.
– Co tak pachnie? – Wciągnął w nozdrza słodki zapach dochodzący z kuchni. – Omlety? Gofry? Coś, czego na co dzień nie uświadczysz w naszej kuchni? – zgadywałam. – Jedzenie? – wymamrotał Joshua, przekręcając się w pościeli w moją stronę. Zaspany zawsze wyglądał na młodszego i słodkiego jak miód.
Sporo klasyki z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, wielka wyrwa na straszne muzycznie osiemdziesiąte (za wyjątkiem kilku płyt metalowych, bo tylko ten gatunek nie zgłupiał w tym czasie), nowa fala świetnych kapel z lat dziewięćdziesiątych, trochę nowszych zespołów. Och, jakieś półtora tysiąca płyt, gdy połączyliśmy nasze zbiory. Choć zdumiewająco wiele z nich mieliśmy z tego powodu w trzech egzemplarzach, nikt nie chciał rozstać się z własnym. Teraz Joshua wybrał jedną z takich płyt, ukochanych, słuchanych po wielokroć, ale nigdy dotąd ochrypły okrzyk Eddiego Veddera: „Oh, I’m still alive” nie był tak bardzo na miejscu.
Nie wiem, czy bibliotekarze z Biblioteki Aleksandryjskiej zgodziliby się z tą opinią, ale z drugiej strony, nieoficjalnie mówiło się, że niewiele tam tak naprawdę uległo zniszczeniu, za to Azariasz wzbogacił zbiory o kilkanaście tysięcy woluminów w jedną noc. Miłość do książek popycha ludzi w różnych kierunkach. Zwłaszcza bibliotekarzy.
Pełne imię Baala brzmiało Baal Zebul, Pan Podziemi, ale gdy wkroczył w zastępy piekielne, imię zostało złośliwie przekształcone przez niebieskich w Baal Zebub, Pan Much. Było to dość obraźliwe, ale przyjęło się, zrastając w Belzebub.

Fragment ebooka Bogowie muszą być szaleni - Aneta Jadowska

Seria o Dorze Wilk:

Złodziej duszBogowie muszą być szaleniZwycięzca bierze wszystko

Rafowi, który cierpliwie znosi to, że więcej czasu spędzam wThornie niż w domu

i

Marticie, przyjaciółce, dla której warto zejść do siódmego kręgu piekieł

Rozdział 1

Starałam się nie uderzyć go tylko dlatego, że mogłam to zrobić. Oddychaj, myślałam, oddychaj, nie możesz go znokautować tylko dlatego, że jest idiotą. Właściwie mogłam, ale gdybym miała robić to każdemu napotkanemu idiocie, moja droga usłana byłaby ciałami. Jedno z nich, bez wątpienia, należałoby do Gwidona.

– Powiedziałam ci już, nie możesz tu zostać na noc, umawialiśmy się od samego początku: figle, ale nie spanie, tak? – Ton, jakim mówiłam, mógłby zamrozić niewielki staw, ale na słowiańskim bóstwie nie zrobił wrażenia. Jeszcze chwila i zostaną mi rękoczyny.

Nerwy miałam w strzępach. Nie tylko z powodu Gwidona; powtarzające się snowidzenia wysysały ze mnie mnóstwo energii. Gdybym tylko pamiętała, czego dotyczyły... Czegoś złego, bez wątpienia, ale rano zostawały mi w głowie tylko zlepki emocji i zaschnięte na policzkach łzy. Frustrujące.

– Nie możesz mnie tak traktować, Jado – miauczał. Czy bogom wypada miauczeć? – Nie jestem zabawką z sex shopu!

Przetarłam twarz dłońmi, odgarniając splątane rude pasma z czoła. Czy w dwudziestym pierwszym wieku kobiety naprawdę słyszą takie właśnie teksty od swoich przypadkowych dość partnerów? Spotykaliśmy się jakieś dwa miesiące, dwa, trzy razy w tygodniu na szybki i zwykle satysfakcjonujący seks, bez randek, bez gadania, bez planów. Przynajmniej z mojej strony. Czy słowiańskie bóstwa były bardziej monogamiczne niż wiedźmy z domieszką magii Pani Północy? Zastanawiałam się. Czy to ze mną jest coś nie tak, czy to on ma kłopoty z adaptacją do mojej rzeczywistości? Jego skargi wpadały mi jednym uchem, by wypaść drugim, patrzyłam, nie rozumiejąc, jakim cudem od miłego bzykanka doszliśmy do monologu Gwidona o moim lęku przed zaangażowaniem się w związek? Jaki związek, do cholery?

– Gwidonie, daj spokój, od początku uprzedzałam, nie interesują mnie związki – mruknęłam, świadoma, że nic, co powiem, i tak do niego nie dotrze.

Czy odwiedził jakiegoś terapeutę, który kazał mu stawić czoło swoim uczuciom i zwerbalizować je? Werbalizował i miał gdzieś to, czy słucham. Nie słuchałam, chciałam, żeby już skończył, ubrał się i wyniósł z mojego pokoju, z mieszkania, najlepiej z mojego miasta. Mógł tu mieszkać trzysta lat dłużej niż ja, ale był nomadą, ja od kilku tygodni pełniłam funkcję namiestnika Starszyzny, miałam w Thornie mieszkanie, przyjaciół, agencję detektywistyczną, którą prowadziłam z Mironem i Joshuą, moimi przyjaciółmi i współlokatorami.

Właściwie to przez nich zaczęłam sypiać z Gwidonem.

Mieszkanie z dwoma apetycznymi samcami – z którymi nie mogę lub nie powinnam chcieć się przespać, przy jednoczesnym utrzymywaniu celibatu – może skończyć się źle lub bardzo źle. Nie mogę być wygłodniała, jeśli nie chcę się rzucić na nich, gdy zaspani rano drepczą do łazienki, gdy zasypiają na kanapie w naszym pokoju dziennym, gdy widzę Joshuę w mojej koszulce Metalliki... Potrząsnęłam głową, by oddalić od siebie te myśli, bo i tak zrobiło mi się gorąco. Nasza sytuacja była dość skomplikowana i bez wiedźmich brudnych fantazji. Nagle uświadomiłam sobie, że zapewne obaj słyszą wszystko, co mówi Gwidon, i to lepiej niż ja.

– Gwidon, mógłbyś się przymknąć? Jest środek nocy, nie chcę obudzić chłopaków.

– Chłopaków? Nie myśl, że zapomniałem o twoich chłopcach, nieopierzonym aniele i zdegenerowanym diable, to przez nich mnie nie chcesz, tak? Przyznaj się, sypiasz z nimi?

Na Boginię, czemu się tak ciskał? Słynął z luźnego podejścia do spraw seksualnych, między innymi dlatego go wybrałam, skąd ta zmiana?

– Doskonale wiesz, że nie sypiam, są przyjaciółmi, braćmi.

Nagięłam nieco rzeczywistość – o braciach nie miewam mokrych snów, nie mam ochoty wpatrywać się w nich w nieskończoność, nie jestem zazdrosna, gdy spotykają się z dziewczynami... Miron kogoś przyprowadził, nie widziałam jej, ale słyszałam chichot. Po samym dźwięku, jaki wydawała, wiedziałam, że nie jest bystra i jej nie pokocham. Zacisnęłam odruchowo pięści.

– Braćmi? – Znów zjadliwy ton. – Jasne, ślinicie się wszyscy na swój widok, nie przepuścicie żadnej okazji, by się dotknąć, mieszkacie ze sobą... jeśli nie ­uprawiacie seksu, to jest to jedyna rzecz, jakiej razem nie robicie. Tylko dlatego potrzebujesz mnie...

– Cieszę się, że to do ciebie dotarło, Gwidonie. Nigdy nie obiecywałam nic poza zabawę kilka razy w tygodniu.

Miał rację, Miron i Joshua byli kimś więcej niż przyjaciółmi, ale nie, nie byli moimi kochankami. Kochałam ich bezgranicznie, nie mogłam żyć bez nich, ale nie zamierzałam z nimi spać. Joshua był moim Aniołem Stróżem – został nim w ekstremalnych okolicznościach, dzięki czemu mógł uratować mi życie, kiedy socjopatyczny mag chciał zabić mnie i kilkunastu nadnaturalnych. Miron był naszym diablim przyjacielem, seksownym i obłędnie pięknym. Może nawet uległabym jego kuszeniu, ale odkąd wiem, że nasz anioł – od trzech i pół wieku żyjący w celibacie – podkochuje się we mnie, a prawo anielskie zabrania mu ze mną spać... Rozumiecie, nie mogę go skrzywdzić, a intymny związek z Mironem podpadałby pod tortury.

Słowiańskie bóstwo nadal perorowało o swojej krzywdzie, mojej nieczułości, niebezpiecznie zbliżając się do wyznania miłości. Musiałam interweniować.

– Gwidon, ochłoń. Nie mówisz poważnie, jesteś znany z lubieżnego trybu życia od jakichś tysiąca trzystu lat, nie chcesz związków, wiązań... przykro mi to mówić, ale chyba niechcący cię poraziłam, wybacz...

Mrugał przez chwilę, nie rozumiejąc.

– Wiesz, że jestem także wiedźmą płodności, prawda?

Przytaknął. Wszyscy w Thornie wiedzieli, od kiedy po zabiciu maga stałam się kimś w rodzaju lokalnego celebryty, zupełnie niechcący.

– To, jak się zachowujesz, deklaracje uczuć, gadki o związkach i zazdrości, do bólu przypomina reakcje śmiertelników na moją magię, rozumiesz? Właśnie dlatego nie spotykałam się z nimi więcej niż raz, co utrudniało mi nieco dobrą samoocenę, bo by przeżyć, musiałam się puszczać jak najęta, tak? Jakimś cudem, choć jesteś bóstwem, zareagowałeś na moją moc jak śmiertelnik, nie wiem czemu, może za bardzo poluzowałeś osłony...

– Nie używałem ich – mruknął, nagle zaskoczony.

Zaklęłam.

– Do cholery, prosiłam cię!

– No przepraszam, ale jestem starszy i silniejszy, nie przyszło mi do głowy...

– Odkąd przejęłam moce ofiar maga, jestem o wiele silniejsza niż trzydziestoletnia wiedźma, Gwidonie, jestem naładowana energią jak piorun kulisty! Staram się chronić was przed tym, ale mimo wszystko jesteśmy z jednego systemu, więc nie jesteś odporny, jeśli nie używasz osłon. – Znów potarłam twarz, niech ta rozmowa już się skończy.

– Rzuciłaś na mnie urok?

– Nie, nie używam uroków, nie przeszłam rytuałów magii płodności, ale Katarzyna – znał ją, była głową miejscowej Starszyzny, niewiele młodszą od niego wiedźmą i szefową mojego sabatu – zwróciła mi uwagę, że nie pozbędę się tego, co mam w genach. Przetwarzam dziedzictwo linii płodności, dostosowując je do swoich potrzeb, ale ono zawsze będzie częścią mnie i będzie oddziaływało na otoczenie.

Przytaknął znowu. Na jego twarzy dostrzegłam zagubienie.

– Przez milenium niczyja magia nie była dla mnie zagrożeniem – powiedział cicho.

– Moja też nie byłaby, gdybyś nie był arogantem i nie zlekceważył środków ostrożności, Gwidonie.

Było mi go żal, nagle wyglądał jak chłopiec, którym na pewno nie był. Ciemnymi jak gorzka czekolada oczami wpatrywał się w opuszki swoich palców, splecionych na kolanie. Miałam ochotę podejść i przeczesać gęste czarne włosy, ale nie uległam pokusie. Jeśli był pod wpływem czaru, mój dotyk tylko pogorszyłby sytuację.

– Nie martw się, Gwidonie, to minie, tyle że nie możemy już się spotykać. Odchorujesz i zapomnisz.

– Uwierzysz, jeśli powiem, że nie wierzę? Nie wierzę, że mógłbym o tobie zapomnieć?

Przytaknęłam.

– Tak właśnie działa urok, wydaje ci się, że mnie kochasz, choć tak naprawdę mnie nie znasz.

– Czy oni – skinął na ścianę, więc domyśliłam się, że mówi o moich współlokatorach – też są pod wpływem czaru? Widziałem, jak na ciebie patrzą.

– Nie, oni są z innego systemu, moja magia na nich nie działa, po prostu się lubimy.

Zaśmiał się gorzko.

– Sama w to nie wierzysz.

– To nie kwestia wiary, Gwidonie. Moja magia nie działa na istoty z chrześcijańskiego systemu. Nie w ten sposób, jak na ciebie czy na śmiertelników.

– Nie o tym mówiłem – mruknął.

Drżał. Odwróciłam oczy, by nie widzieć tej chwili słabości. Jak mogłam nie zauważyć objawów zaczadzenia magią? Skąd mogłam wiedzieć, że aroganckie bóstwo nie potraktuje moich ostrzeżeń poważnie?

– Możesz tu zostać na noc – mruknęłam, widząc, że drżenie przeradza się w szloch. – Nie jesteś sobą, nie powinieneś szwendać się po mieście.

– Zostać? Z tobą? – Na Boginię, bóstwo ze spojrzeniem szczeniaczka...

– Nie, zostań tu, ja pójdę spać na kanapę.

Złapałam szlafrok i uciekłam, zostawiając Gwidona w pościeli. Do rana będzie nieco bardziej racjonalny. Ostatnie, czego mi trzeba, to próba samobójcza odtrąconego bóstwa. Nie żartuję, takie sytuacje zdarzały się już w przeszłości. To byłby bardzo czarny PR, a ostatnio mój wizerunek został wystarczająco nadszarpnięty.

Przeszłam do kuchni, pięknej i przestronnej. Wciąż nie mogłam się nadziwić talentom dekoratorskim Kas­piana, który zajmował się przenosinami moich rzeczy z realnego Torunia do nadnaturalnego Thornu. Wróż był geniuszem koloru i detalu, niespotykanym wśród heteroseksualnych mężczyzn. Moja piękna rustykalna kuchnia stanowiła tego najlepszy dowód. Wstawiłam czajnik i sięgnęłam po filiżankę. Nasypałam trzy czubate łyżki czekolady i czekałam, aż woda się zagotuje. Na Boginię, potrzebowałam serotoniny. Oparłam się o blat, pozwalając, by włosy rdzawą kaskadą zasłoniły mi twarz.

– Słonko, dobrze się czujesz? – Za sobą usłyszałam głęboki głos diabła.

– Jasne, diabełku, małe kłopoty w raju, ale już opanowane. – Nie odwróciłam się, nie musiał widzieć moich wilgotnych oczu ani drżących ust.

Nie uwierzył w mój lekki ton, ale i nie skomentował. Bezszelestnie podszedł i objął mnie ramionami. Oparł brodę na czubku mojej głowy. Był tak wysoki, że przy nim czułam się mała, co stanowiło miłą odmianę. Nie szarpałam się, pozwoliłam się pocieszyć. Ciepło jego ciała przenikało przez szlafrok. Przypomniało mi się, jak wiele razy spaliśmy ze sobą, z akcentem na sen. Kiedyś tym ciepłem uratował mnie przed wydrenowaniem, ogrzewał mnie całą noc, gdyby nie on i Joshua, nie przeżyłabym. Teraz to nie była kwestia życia i śmierci, ale polubiłam przytulanie. Miron był propagatorem przytulania, a i ja, jako istota magiczna, miałam ogromną, nie zawsze uświadomioną, potrzebę dotykania.

– Miron? – Usłyszałam nagle za nami podirytowany kobiecy głos.

Odwróciliśmy się jednocześnie. W progu stała półnaga dziewczyna, zapewne randka Mirona. Nie mogłam nie zauważyć, że wyglądała jak moja młodsza siostra. Rude włosy, o nieco jaśniejszym niż mój odcieniu, opadały na białe ramiona. Miała zgrabne i kształtne ciało, choć była niższa ode mnie, na oko o pięć centymetrów, co i tak dawało jakieś metr siedemdziesiąt pięć wzrostu. Pełne usta, zadarty nos, niebieskie, a nie szare oczy... Tak, wyglądała BARDZO jak ja. Jej zniecierpliwienie też coś mi przypominało.

– Co tu robisz? Czemu mnie zostawiłeś?

Auć, igiełki irytacji wbijały się w naszą skórę. Jeśli dziewczyna myślała, że diabeł się speszy albo nas sobie przedstawi, to się zawiodła.

– Wracaj do łóżka, albo jeszcze lepiej ubierz się i idź do siebie, mała – powiedział spokojnie. Nie zamierzała się podporządkować, moc wypełniła przestrzeń między nami. Cholera, nawet wiedźmą była jak ja. Osłoniłam nas przed furią kochanki diabła, powiększając frustrację dziewczyny, bo byłam od niej znacznie silniejsza.

– O co tu chodzi? Jakieś chore zabawy? Nie robię trójkątów! – wrzeszczała.

Przez chwilę pomyślałam, że może warto zawołać Gwidona, ta mała była tak podobna do mnie, że pewnie nie zauważyłby różnicy, ale przypomniałam sobie, że to laska Mirona. Uśmiechnęłam się w duchu – do czasu. Znałam mojego przyjaciela wystarczająco, by wiedzieć, że to nie potrwa długo. Jeśli ja miałam kłopoty z zaangażowaniem, to w słowniku diabła tego słowa w ogóle nie było.

– Nikt cię o to nie prosi, Anno. Zostaw nas samych, proszę. – Hm, chłodny ton mieliśmy opanowany do perfekcji, lata treningu zrobiły swoje.

– Jeśli stąd wyjdę, to nigdy nie wrócę – pisnęła wiedźma.

– Tak będzie chyba najlepiej. – Groźba nie zrobiła na Mironie wrażenia.

Wypuściła z sykiem powietrze i ruszyła do sypialni. Trzasnęła drzwiami. Joshua pewnie już nie spał, to druga burza, która przetoczyła się przez nasze mieszkanko w ciągu zaledwie godziny. On jeden nie przysparzał temu miejscu awantur. Żyjący w celibacie nieśmiały anioł. Jedyną jego słabością była muzyka. Nie upijał się, bo żadne z nas nie mogło się upić, nie rozrabiał, był schludny i pedantyczny, lubił prace domowe, ideał. W ostatnich tygodniach był mi najlepszą żoną, jaką mogłam sobie wyobrazić. Przez trzy stulecia właściwie nie miał domu, bo buntując się przeciw despotycznemu dziadkowi, archaniołowi Gabrielowi – tak, temu od zwiastowania – pomieszkiwał po jakichś norach lub wbijał się na waleta do klitki Mirona. Dopiero to mieszkanie, nagroda od Starszyzny za pokonanie maga, stało się pierwszym miejscem, które mógł nazywać swoim. Nic dziwnego, że na fali entuzjazmu taką przyjemność sprawia mu odkurzanie, gotowanie, zaopatrywanie naszej lodówki. Uwielbiałam ten zapał i każdego dnia cieszyłam się, że zaproponowałam jemu i Mironowi udziały w mieszkaniu. Gdyby nie oni, nie dożyłabym nagrody, więc w pełni na nią zasłużyli, nawet jeśli Starszyzna wolała udać, że nie wie o ich zaangażowaniu w sprawę.

– Była... ładna, co nie? – zapytałam po chwili ciszy Mirona, który wciąż oplatał mnie w talii ramieniem, a czubek brody opierał o moją głowę.

– Zauważyłaś – westchnął.

– Co? – spytałam niewinnie.

– Była tak podobna. Pomyślałem, że nie robię nic złego, ale gdy my... musiałem uważać, by nie wołać twojego imienia. To nie był dobry pomysł.

– Oj, diabełku – odwróciłam się, by spojrzeć mu w oczy – wszyscy popełniamy błędy, zgadnij kogo przypomina mi Gwidon?

– Choć jest tylko bladą wersją, nie?

– Jasne, podobnie jak ta panienka, ładna, ale brak jej...

– Ognia. – Uśmiechał się szeroko. – Jesteśmy popaprani, wiesz?

– Wiem, diabełku. Na dodatek nie możemy wracać do swoich pokojów, bo żywe dowody naszego popaprania wciąż grzebią się w naszej pościeli. – Przytuliłam policzek do jego gołej skóry. Na Boginię, mogłam się uzależnić od tego uczucia.

– Kanapa? – zapytał po prostu.

– To jest pomysł – mruknęłam, kosmyk długich, ciemnych włosów Mirona łaskotał mnie po twarzy, ale nie odgarnęłam go. – Albo chodźmy do Joshui, wbijemy mu się pod kołdrę.

Nie byłby to pierwszy raz. Joshua regularnie miewał koszmary, jego krzyki budziły nas w nocy i spotykaliśmy się, tak samo zaniepokojeni, przy drzwiach sypialni, która znajdowała się między naszymi. Sny wytrącały anioła z równowagi, majaczył, krzyczał, płakał. Wystarczyło jednak, że go przytulaliśmy, a uspokajał się, spał do rana, zwinięty w kłębek jak kociątko. Nigdy nie pytałam, co takiego mu się śni, że doprowadza go do takiego stanu, on też nie wracał do tego rano. W podziękowaniu robił nam śniadanie.

– Dziś nie krzyczy – powiedział diabeł.

– Gwidon krzyczał, twoja panna krzyczała, nie wystarczy?

Drzwi do sypialni Joshui uchyliły się z lekkim skrzypnięciem i anioł pojawił się w progu – wyglądał okropnie. Długie, jasne włosy były splątane, przyklejone do spoconego czoła. Twarz miał bledszą niż ja, a oczy podkrążone i szkliste.

– Nie mam siły krzyczeć, ale czuję się fatalnie – wychrypiał.

Podszedł kilka kroków w naszą stronę, ledwie trzymał się na nogach. Chwyciłam go, nim upadł. Krzyknęłam przerażona, czując, jaki był rozpalony. Na Boginię, czy anioły mogą chorować?

Rozdział 2

Nie wierzyłam w to, co się działo. Mój Anioł Stróż wiotczał mi w ramionach, półprzytomny osuwał się na podłogę. Bogini, ratuj! Boże, ratuj swego syna. Byłam gotowa modlić się do każdego, kto byłby gotów mnie wysłuchać. W oczach Joshui nie widziałam nic, prócz pustki, ciszy zapowiadającej coś złego.

– Miron, co mu jest? – krzyknęłam, wciąż oplatając pierś anioła ramionami. Diabeł dopadł do nas. Spoglądał w nieobecną twarz przyjaciela, położył dłoń na rozpalone czoło.

– Na piekielne zastępy, płonie! – warknął.

Jego spojrzenie upewniło mnie, że sprawa jest poważna. Diabły i anioły nie chorowały. Nigdy. Nie groziły im ziemskie bakterie i wirusy, ich ciała regenerowały się po urazach. Joshua zachorował, miał gorączkę, stracił przytomność i nie odzyskiwał jej. Było w tym coś nadprzyrodzonego i niebezpiecznego. Miron nigdy nie wydawał się bliższy paniki, niż teraz.

Wiedziałam, że w swym przerażeniu nie jestem sama. Dźwignęliśmy ciało i zanieśliśmy je do łazienki. Choć Joshua był szczupły, może nawet chudy, to ciało swoje ważyło. Miało ciężar, jaki zwykle miały trupy. Nie, nie pozwolę, choćbym miała bić się z kostuchą do upadłego. Nie oddam go.

Od godziny siedziałam w wannie, w lodowatej wodzie. Anioł, wciąż nieprzytomny, opierał się plecami o moją pierś, a ja przytrzymywałam go, by się nie utopił lub nie zachłysnął wodą. Drżałam, całkiem już posiniała z zimna, ale gorączka Joshui nie spadała. Nie wiedzieliśmy, ile dokładnie miał stopni, skala w termometrze kończyła się na czterdziestu dwóch stopniach, na ludzkiej śmierci, ale on nie był człowiekiem, do cholery. Nie myślałam jasno. Wtłaczałam w niego swoją energię, wolę życia, która obudziłaby cały cmentarz, zaklinałam na wszelkie świętości. Nie odzyskiwał przytomności. Płakałam, krzyczałam, groziłam i kusiłam. Miron klęczał przy wannie i zdawał się rozpadać. Na Boginię, nie mogę stracić ich obu. Serce diabła jest bardziej kruche niż wszyscy zakładają, uświadomiłam sobie półprzytomnie. Nie może bezczynnie patrzeć, nic nie robiąc, prześladowałoby go to do końca życia.

– Miron, błagam, biegnij do sanktuarium, przyprowadź Jemiołę – powiedziałam ochrypłym głosem.

Patrzył na mnie chwilę i wiedziałam, że domyśla się, czemu go o to proszę.

– On jest aniołem, wasza magia nie podziała.

– Znasz jakiegoś anielskiego uzdrowiciela w okolicy? – warczałam. – Jemioła jest stara, może pamięta czasy, kiedy nasze systemy nie były jeszcze ostatecznie skłócone? Może wie, co mu jest, może... – Znów płakałam. Musiałam chwycić się tej nadziei.

– Zaraz będę z powrotem – powiedział.

Oby nie było za późno, pomyślałam, ale zacisnęłam zęby, nim słowa wydostały się na zewnątrz.

Zostałam sama z nieprzytomnym aniołem. Tak gorącym, że zagrzał wodę w wannie.

– Kochanie, wróć do mnie, wróć do nas, nie odchodź, ptaszyno – szeptałam mu do ucha, całując skronie, każdy skrawek ciała, jaki miałam w zasięgu ust.

Zdesperowana sięgnęłam po moc, tę samą, którą kiedyś ożywiłam dwa wampiry. Dociskając dłonie do jego piersi, posłałam mu do głowy obrazy. Wiedziałam, że nas kocha, więc jak mantrę powtarzałam zaklęcie: żyj dla nas, ptaszyno. Serce pod moimi palcami przyśpieszyło, z ust wydostało się ciche jęknięcie.

– Joshua, odezwij się, jeśli mnie słyszysz – krzyknęłam, zbyt blisko jego ucha, by to mogło być przyjemne.

– Kocie – wyszeptał pieszczotliwe przezwisko, jakie mi nadał, i dodał chrapliwie: – nie pozwól im mnie zabrać.

– Komu, kochanie?

– Nie pozwól, nie pozwól...

Zaczynałam się obawiać, że majaczy, ale odwrócił się lekko i zobaczyłam jego niemal granatowe tęczówki. Wyglądał na przytomnego i zdecydowanego.

– On przyjdzie, Doro, nie pozwól – szeptał słabym głosem.

– Nikomu, ptaszyno, nie pozwolę cię zabrać, nawet śmierci. Jesteś mój. – Twardo wymówiłam ostatnie słowo. I wierzyłam w nie z całych sił.

– Twój? – zapytał z niedowierzaniem.

– O tak, najmilszy, mój, i nie będę się dzielić z nikim. Prócz Mirona – dodałam dla porządku.

Uśmiechnął się, blado, ale jednak. Zaczynałam mieć nadzieję, że może jednak coś wskóram.

Mówiłam do niego, opowiadałam mu jakieś głupie historyjki, składałam obietnice i zaklinałam. Zmuszałam, by słuchał, by reagował, trzymałam go na powierzchni przytomności tak samo, jak trzymałam jego głowę nad powierzchnią wody. Czułam, że odsiecz nadchodzi.

*

– Nic nie zdołam zrobić, Jado, mogę mu tylko trochę zbić gorączkę, ale nie wiem, co to za choroba, nie znam się na leczeniu aniołów – powiedziała Jemioła.

Patrzyła tak, jakby bała się, że uderzę ją za jej bezradność. Musiałam wyglądać jak obłąkana. Widziała zresztą, jak wyrzucam za drzwi Gwidona i Annę... nie byłam miłą wiedźmą.

– Wybacz, Jemioło, nie chciałam krzyczeć. Boję się o niego. Uśmierz gorączkę, proszę. – Postarałam się, by zabrzmiało to jak uprzejma prośba i skrucha, a nie rozkaz, a to już wiele w tej sytuacji.

Szepcząc zaklęcie, pochyliła się nad aniołem, który leżał teraz w swoim łóżku, rozebrany z mokrych spodni od piżamy i okryty prześcieradłem. Nie odstępowałam go. Gdy odeszłam na chwilę, by zmienić ubranie, był bardziej niespokojny. Leżałam przy nim, tuląc go i głaszcząc po wilgotnych włosach, które płynnym złotem plątały się na poduszce, oklejały moje ramiona, mieszały się z moimi rdzawymi kosmykami.

Nie radzę sobie z bezradnością. Jestem typem wojownika. Teraz jednak nie wiedziałam, z czym i jak mam walczyć. Łzy nieprzerwanym potokiem spływały mi po twarzy. Miron stał krok od łóżka. Pociemniały na twarzy, zacięty, zły. Jeśli ja cierpiałam, znając Joshuę nieco ponad rok, jak cierpiał diabeł, przyjaźniący się z nim trzy i pół wieku?

– Chodź do nas, diabełku – szepnęłam, wyciągając rękę w jego stronę.

Bez słowa położył się z drugiej strony łóżka. Rozpalone ciało chorego leżało między nami. Kiedyś to oni leżeli tak ze mną, wydrenowaną i umierającą, całą noc oddawali mi energię. Ocalili mnie. Gdyby i tym razem mogło to zadziałać. Brakło łez. Palce nieprzerwanie błądziły po głowie, po policzku, po gładkiej skórze na piersi mojego osobistego stróża. Czemu ja nie mogę go ochronić?

Jemioła wyszła, zostawiając nas ze strachem i bólem. Obiecała szukać informacji. Przytaknęłam, choć nie wierzyłam, że coś wskóra. Wszystko w rękach Pana, to jemu podlegał mój skrzydlaty chłopiec.

Nie spałam do rana, czuwając nad niespokojnym snem Joshui. Chyba znów nawiedzał go jego koszmar, płakał i rzucał się, majaczył. Przytulałam go i uspokajałam. Kilka razy jeszcze, półprzytomny, błagał, bym nie pozwoliła go zabrać. Obiecywałam, że nie pozwolę. I na Boginię, zamierzałam dotrzymać słowa. Dłoń Mirona odnalazła moją.

*

Łomot do drzwi wyrwał mnie z odrętwienia, w jakie popadłam nad ranem. Miron wymknął się z łóżka i poszedł sprawdzić, kto się dobija do naszego mieszkania. Po chwili usłyszałam z salonu odgłosy kłótni. „Przyjdzie po mnie”, przypomniały mi się słowa Joshui i błaganie, bym nie pozwoliła go zabrać. Biały płomień furii rozrastał się, wypełniając mnie od środka. Wstałam, uspokajająco głaszcząc śpiącego anioła po twarzy. Wreszcie było coś konkretnego, co mogłam zrobić dla przyjaciela.

W drzwiach stał Gabriel, za nim trójka anielskich strażników, mięśniaków od czarnej roboty. Miron zagradzał im drogę.

– Diabełku, idź do Joshui – powiedziałam cicho. Na dźwięk mojego głosu podskoczyli. Miron zerknął przez ramię, niepewny, co powinien zrobić. Był u kresu sił. – Nie martw się, kochany, zajmę się naszymi gośćmi, a teraz idź, nie chcęby został sam.

Skinął głową. Nie przywykłam do takiego posłusznego diabła, wypełniającego polecenia bez ironicznego komentarza. Niech wróci normalność, pomyślałam.

– Gabrielu – spojrzałam chłodno na archanioła, stojącego w progu mojego mieszkania – cóż cię sprowadza i czemu przemocą chcesz naruszyć świętość naszego domostwa? Chyba nie planujesz znów mamić mnie wizją zwiastowania?

– Joshua jest chory – bardziej oświadczył, niż spytał.

Nie zamierzałam kłamać.

– Tak. Jest chory. Czy wiesz, co mu jest? – zapytałam podejrzliwie.

Może i byli rodziną, ale nie od dziś niebo sięga po ekstremalne środki dla realizacji własnych celów. Pokręcił głową.

– Nie, ale zabieram go do nieba.

– Nie. – Mój głos przeciął powietrze jak ostrze. Strażnicy anielscy wzdrygnęli się, nieczęsto ktoś sprzeciwiał się drugiemu archaniołowi Rady.

– Nie będę tego z tobą konsultował. To mój wnuk, przyznany ci Anioł Stróż, ale jest chory, więc nie będzie wypełniał obowiązków, to chyba oczywiste.

– Nie – oświadczyłam. – Wiedział, że przyjdziesz, kazał mi obiecać, że nie pozwolę go zabrać. I nie złamię obietnicy, choćbym musiała przelać tu twoją krew. Joshua nie jest tylko moim Aniołem Stróżem, jest przyjacielem. I jest coś, o czym może nie wiesz.

– Co takiego? – zapytał lekceważąco.

– Jeśli ja mam Anioła Stróża, on ma wiedźmę strażniczkę. Pilnujemy i chronimy się nawzajem. Więc o zabraniu go zapomnij. Za bardzo się bał, że nigdy go nie wypuścicie, bym była gotowa ryzykować.

– Umrze tu!

– Wiem, że wolałby umrzeć wolnym, niż żyć w niewoli – powiedziałam kategorycznie, choć gardło ścisnęło mi się na taką myśl. – Ale wciąż mam nadzieję, że do tego nie dojdzie.

Patrzył na mnie ze złością. Anielscy strażnicy stali zdezorientowani za jego plecami, czekając na rozkazy.

– Gabrielu, powiedz mi – starałam się mówić spokojnie – jako kto tu dziś przyszedłeś?

– Co masz na myśli?

– Czy jesteś tu jako archanioł, członek Rady, zleceniodawca służby Joshui i jego przełożony, który przybył tu, by go zabrać wbrew jego woli do nieba? Czy jako jego dziadek, który wyczuł, że chłopiec, na którym mu zależy, jest chory, i przybył zmartwiony, chcąc udzielić mu pomocy? Ostrzegam, tylko w jednym z przypadków będziesz mógł wejść do tego mieszkania. Jest chronione, nie możesz wejść bez mojej zgody, wiesz o tym. Więc, kim jesteś, Gabrielu? Co jest dla ciebie ważniejsze?

Milczał. Arogancja na pięknej twarzy stopniała. Ramiona w eleganckim jasno popielatym garniturze opadły. Wpatrywał się we mnie najbardziej niebieskimi oczyma, jakie w życiu widziałam.

– Przelałabyś moją krew? – zapytał nieoczekiwanie.

– Nie przelałabym krwi dziadka mojego przyjaciela. Przelałabym krew aroganckiego dupka, który nie chce zostawić go w spokoju.

– Zabiłbym cię, nie możesz się równać aniołowi w pełni majestatu.

– Gdyby do tego doszło, pewnie tak, zabiłbyś mnie. Ale nie zrobisz tego.

– Nie zrobię? – Uśmiech błąkał mu się po ustach.

– Nie zrobisz. I nie dlatego, że musiałbyś tłumaczyć Radzie, czemu zabiłeś wiedźmę, która była miła Panu na tyle, by ofiarował jej Anioła Stróża i udzielił mu łaski pełni majestatu. Nie zrobisz tego, bo musiałbyś wytłumaczyć swojemu wnukowi, dlaczego zabiłeś jego przyjaciółkę, kobietę, którą kochał.

Gabriel drgnął.

– Czyli wiesz. Jak zamierzasz to wykorzystać?

– Zamierzam go kochać, jak dotąd. Na tyle, na ile pozwolą nam okoliczności. Znam prawo, Gabrielu.

– Wyrzekniesz się potrzeb ciała?

Wzruszyłam ramionami. Wbrew obiegowym opiniom nie byłam nimfomanką. Kiedyś, nim zyskałam na mocy, musiałam pożywiać się energią śmiertelników. W trakcie seksu, jak sukub. Nie zrozumcie mnie źle, nie narzekałam. Seks jest fajny, ale nigdy dość ważny, by tracić coś ważniejszego.

– Czy wyrzekłabyś się dla niego magii? – zapytał nieoczekiwanie Gabriel, nie przestając prześwietlać mnie błękitnymi sztyletami.

Nie wiedziałam, skąd akurat takie pytanie przyszło mu do głowy, ale odpowiedziałam bez wahania:

– Wyrzekłabym się dla niego życia, gdyby od tego zależało jego życie, Gabrielu.

– Zaskakujesz mnie, wiedźmo.

– Dziękuję.

– Skąd wiesz, że to był komplement?

– Jeszcze żyję, prawda? A ty wyglądasz świetnie, ale nie wypalasz mi oczu blaskiem. Wnioskuję więc, że zaskakiwanie to nie rozgniewało cię, lecz dostarczyło jakiegoś urozmaicenia. – Byłam potwornie zmęczona, nie miałam siły na gierki.

– Tak, niewiele mnie zaskakuje po tylu mileniach.

– Nie odpowiedziałeś mi, Gabrielu, jako kto tu jesteś? Bo albo wyjdziecie stąd wszyscy, albo jako dziadek nie potrzebujesz sługusów i oni wychodzą.

Byłam wyczerpana, chciałam usiąść. Potarłam oczy, spuchnięte i piekące po całej nocy bez snu, za to pełnej płaczu. Archanioł szepnął coś strażnikom. Wyszli, zamykając za sobą drzwi.

– Zapraszam do kuchni, Gabrielu, zrobię nam kawy. – Nie chciałam wprowadzać go do Joshui, dopóki nie dowiem się więcej o samej chorobie mojego anioła, jak i o zamiarach Gabriela. Archaniołowie potrafią być wredni i przewrotni.

Skinął głową z uśmiechem. Tak, przyjmowanie Gabriela w kuchni zaczynało być jakąś tradycją. Zupełnie jak kilka miesięcy temu, siedział na białym krześle z Ikei, a ja nasypywałam do ekspresu ulubionej kawy o lekko waniliowym aromacie.

– Powiedz mi, Gabrielu, czy masz coś wspólnego z chorobą Joshui? – zapytałam, siląc się na spokój.

– Nie! – zaprzeczył gwałtownie. Uwierzyłam mu. Westchnęłam.

– To nie jest nasza magia, Jemioła nie mogła go uleczyć. Walczymy z gorączką. Z trudem zdołałam przywrócić mu przytomność, ale nie mogę zwalczyć przyczyn choroby. – Znów zapiekły mnie oczy. Oparłam się ciężko o stół, kryjąc twarz w dłoniach.

– Co masz na myśli, mówiąc, że przywróciłaś mu przytomność?

– Był w ciemności. Odchodził. Przywołałam go. Odnalazłam jego duszę i pokazałam mu obrazy, dla których wiem, że chciałby wrócić. – Nie miałam pojęcia, jak dokładniej wytłumaczyć mu moją magię. – Kiedyś ożywiłam tak dwa martwe wampiry. – Nie wiedziałam, jak wygląda kwestia duszy wampirów w katechizmie Gabriela, ale nie zaprotestował. Znów patrzył, jakby chciał przejrzeć mnie na wylot.

– I obudził się? – zapytał. Skąd to napięcie w jego głosie?

– Tak. Zdołał ostrzec, że przyjdziesz, i błagał, bym nie pozwoliła go zabrać.

– Nie rozumiem, jak to się mogło stać. Nie powinnaś móc wpływać na niego, jest aniołem, ty wiedźmą – powiedział, kręcąc głową. – Dlaczego chce tu zostać, skoro czuje, że umiera? Skoro ja poczułem to w niebie, on musiał być tego świadomy. Dlaczego chciałby umierać tutaj?

– Kochamy się, Gabrielu, a miłość nie przejmuje się systemami. Czy gdybyś wiedział, że umierasz, nie wolałbyś mieć u boku tych, których kochasz, Gabrielu?

– Nie rozumiesz słów, jakich używasz, jesteś jeszcze dzieckiem!

– Gabrielu, jestem wiedźmą, władam magią miłości, wiem o niej więcej niż inni.

Chwyciłam jego palce, lekko wzdrygnął się, ale nie wyrwał z uścisku.

– Pozwól, pokażę ci – powiedziałam.

Przez chwilę wahał się, ale w końcu przytaknął. Pozostawało mi tylko mieć nadzieję, że Gabriel nie był takim sukinsynem, za jakiego uchodził. Otworzyłam się na niego, rozsunęłam zasłony między naszymi jaźniami. Weszłam i odnalazłam jego duszę. Drgnął. Właściwie nigdy nie robiłam tego na przytomnym obiekcie, nie przyszło mi na myśl, że mogą temu towarzyszyć jakieś sensacje. Spytałam wzrokiem, czy mam przerwać, ale zaprzeczył. Wróciłam do jego duszy, złotej i bardzo jasnej, ale zimnej, jakby uśpionej. Przez chwilę sondowałam ją tą częścią mojej magii, którą odziedziczyłam po przodkach ze strony matki. Zamknęłam oczy i wzmocniłam osłony, by nie widzieć tego, co odnalazłam, nie chciałam wkraczać w intymne sprawy Gabriela. Pozwoliłam, by sam oglądał obrazy, które zachował w pamięci, a które naznaczone były miłością, którą wyczuwał mój zmysł. Żył bardzo długo, ale miałam mu do pokazania znacznie mniej obrazów, niż pokazywałam Joshui, mniej, niż znalazłabym we własnej jaźni, choć miałam dopiero trzydzieści lat. Zrobiło mi się smutno i odruchowo mocniej ścisnęłam palce archanioła. Gdy znów na niego spojrzałam, miał mokre policzki i wyraz zagubienia rysujący się na twarzy.

– Widziałaś?

– Nie naruszyłam twojej prywatności, Gabrielu. Pokazałam ci tylko to, czym dla ciebie była miłość. Nie mam wpływu na to, co zobaczyłeś.

– Cofam, co powiedziałem, wiesz, co to miłość. Czy mój wnuk...

– Jego pokaz trwał znacznie dłużej, Gabrielu, twój wnuk ma wielkie serce.

– To dobrze – powiedział cicho.

Nie widziałam go takim. Czy ktokolwiek widział Gabriela słabego i niepewnego?

– Gabrielu, co dolega Joshui?

– Podejrzewam, że gorączka przemiany. Powikłanie po uzyskaniu pełni majestatu. Może był zbyt słaby, by ją udźwignąć.

– Czy Pan dałby mu ten dar, nie patrząc na to, że może go zabić?

– Nie byłby to pierwszy raz. – Gabriel uśmiechnął się smutno.

– Jak mu pomóc?

– Tylko Rafael... On jest Uzdrowicielem...

– Bóg uleczy... tak tłumaczy się jego imię, prawda? – Przytaknął. – Mamy problem, Rafael nienawidzi mnie i Joshui.

Znów przytaknął.

– Zdobędę leki, nie zdradzając, kto ich potrzebuje. Dostaniecie je jeszcze dziś – oświadczył z mocą.

– Dziękuję, Gabrielu. – Łzy pociekły mi po policzkach.

– Nie dziękuj. Opiekuj się nim. Ma szczęście. – Wstał i ruszył ku wyjściu. Zatrzymał się w progu i obrócił. – Wiesz, co znaczy twoje imię, Teodoro?

– Nikt tak na mnie nie mówi, Gabrielu. Teraz jestem po prostu Dorą albo Jadą.

– Ale nadal jesteś tą, która raduje Pana. – Uśmiechnął się. – Może dlatego jest ci tak łaskawy, choć jesteś w innym systemie. A może, wedle innego tłumaczenia, jesteś jego darem, darem dla mojego wnuka, dla nas wszystkich?

– Może. Gabrielu – powiedziałam z wahaniem – jesteś też Panem Snów, prawda? – Skinął głową. – Stąd wiedziałeś, co się śniło Joshui? Wiesz, że ma koszmary?

Jakiś cień przebiegł przez twarz archanioła.

– Przykro mi, Teodoro, jeśli ktoś miałby ci o tym opowiedzieć, powinien to być Joshua.

– On chyba nie pamięta tych snów po przebudzeniu – szepnęłam – ale boi się ich.

– Niestety, to tajemnica mojego wnuka, nie moja, nawet gdybym chciał ci ją ujawnić, wiąże mnie przysięga.

– Czyli nie jest to tajemnica wyłącznie Joshui, prawda? Nie jemu obiecywałeś...

– Nie, ale gdybym ci zdradził cokolwiek, ktoś miałby podstawy domagać się mojego odejścia z nieba.

Zostawił mnie zaskoczoną przy kuchennym stole. Gdy drzwi się za nim zatrzasnęły, wróciłam do sypialni Joshui. Miron siedział na brzegu łóżka, trzymając dłoń przyjaciela.

– Dobrze, nie pozabijaliście się – mruknął na mój widok.

– Nie było nawet blisko. – Posłałam mu blady uśmiech. – Obiecał nam pomóc, wydębi lek od Rafa­ela.

– Przywykłem, że przy tobie nie jest sobą.

– Po prostu kocha wnuka i martwi się o niego.

– Taaa, nawet jeśli gros kłopotów jego wnuka to skutek jego chorych ambicji.

– Kocha, jak może, Mironie, ma serce, choć chyba boi się go używać.

– Uwierzę na słowo – skrzywił się – najważniejsze, że obiecał pomoc. Nigdy nie złamałby słowa.

– Nawet danego wiedźmie.

Wpełzłam do łóżka i przywarłam do Joshui. Mruczał przez sen, wciąż niespokojny. Był blady, spod ciemnych, długich rzęs przezierały sińce. Jego wciąż trochę chłopięca, mimo trzystu pięćdziesięciu wiosen życia, twarz wyglądała na zabiedzoną, choć jeszcze wczoraj rano był okazem zdrowia. Odgarnęłam mu z czoła złote kosmyki. Nie mogłam uwierzyć, że nieco ponad rok temu nie było go w moim życiu. Byłam przerażona przeczuciem pustki, które zawitałoby w nim, gdyby zabrakło anioła. Przywarłam ustami do jego skroni i w rozpaloną skórę wyszeptałam:

– Nie waż się nas zostawiać, ptaszyno, bo znajdę cię choćby w Edenie i przetrzepię twój pierzasty tyłek, zrozumiano? – Nie brzmiałam groźnie, jak na mnie, byłam aż zbyt ckliwa i słodka. Ale uczyłam się dzięki tym słowom odnajdywać się w roli dobrej Jady i nie irytowałam samej siebie. Prawie.

*

Godzinę później wciąż nie było znaku od Gabriela. Czekaliśmy, nie wychodząc z łóżka Joshui.

– Mironie, czy wam się też zdarzają takie rzeczy?

– Nam, znaczy diabłom? – Przytaknęłam. – Nie, gorączka przemiany nam nie grozi, nie przemieniamy się. Nie mamy skrzydeł, nie zdarza nam się pełen majestat, bo to znak łaski Pana, a jak wiesz, nie jesteśmy jego ulubieńcami. Nie wierzę, że Joshua nie zasłużył na skrzydła i na majestat. Myślę, że może odchorowuje, bo to było takie nagłe, zaskakujące... Plus więź z tobą, z nami, jego emocje rozszalałe bardziej niż przez ostatnie trzy wieki, za dużo wszystkiego.

– Wyjdzie z tego, prawda? – Nie mogłam przestać gładzić włosów anioła.

– Musi, nie pozwalam sobie na myślenie, że może być inaczej.

– Może powinniśmy pozwolić Gabrielowi go zabrać, wyleczyć...

Miron potrząsnął głową zdecydowanie.

– Nie, Joshua by tego nie chciał, poza tym... może teraz ma większe szanse. Boję się, co zrobiłby mu Rafael, gdyby znalazł go w niebie... o uleczeniu myślałby na końcu. Im dalej od Rafaela, tym lepiej dla Joshui.

Anioł drgnął we śnie niespokojnie, usta poruszały się, mówił coś bezgłośnie.

Co jeśli całe szczęście, jakie możesz sobie wyobrazić, jest w rękach aniołów? Jednego, który cię nienawidzi, drugiego, który sam nie wie, co o tobie myśleć, i trzeciego, który jest nieprzytomny? Ale nie tęskniłam za czasami, kiedy w moim życiu nie było aniołów, diabłów, magii. Za dzieciństwem i dojrzewaniem bez świadomości, że jestem wiedźmą, a moje recesywne geny to coś więcej niż jasna karnacja, rude włosy i grupa krwi 0 Rh−. Teraz miałam wszystko, czego potrzebowałam do szczęścia. Jedynym moim zmartwieniem na tę chwilę było, co zrobić, by nic z tego nie utracić.

– Jeśli w ciągu godziny się nie zjawią, sama pójdę do nieba. Może jeśli poproszę przed całym Trybunałem, może jeśli przekonam archaniołów i ich żony, że nie jestem zagrożeniem, a Joshua zasługuje na leki...

– Nigdzie nie pójdziesz – Miron szarpnął mnie za rękę – zrozumiano? Nie wtargniesz tam, zabiją cię. Nie pozwolę. Skontaktuję się z Lucem...

Gdy anioły zawodzą, kto zostaje, jeśli nie Niosący Światło, Książę Piekieł, dziadek mojego kochanego diabła?

*

Młoda, smukła anielica stała w progu wyraźnie przestraszona. Potarłam twarz, zmęczona. Zdarzało się, że byłam straszakiem na wilkołaki, może i psychopatyczni magowie powinni mnie unikać, ale od kiedy stałam się straszakiem na młodociane anioły?

– Kim jesteś? – spytałam.

– Łucja – wydukała. – Przysłał mnie Gabriel.

– Masz przesyłkę?

Przytaknęła. Odetchnęłam, nogi się pode mną ugięły. Podała mi sakiewkę, ścisnęłam palcami miły ciężar.

– Gabriel chce wiedzieć, czy jest poprawa... Kiedy mam wrócić? – zapytała niepewnie.

Pokręciłam głową i szerzej otworzyłam drzwi, zapraszając ją do środka.

– Wejdź, proszę, poczekaj, poczęstuj się kawą, jedzeniem, czymkolwiek, zaraz wrócę.

Zostawiłam zaskoczoną anielicę w drzwiach i pobieg­łam do pokoju Joshui. Miron podciągnął przyjaciela, a ja podetknęłam mu buteleczkę z płynem do ust. Niech zadziała, niech to nie będzie pułapka. Na Boginię, przecież nawet nie miałam pewności, że Rafael nie domyślił się, dla kogo jest lek... Klęczałam przy łóżku, opierając się pięściami o podłogę, niezdolna, by wstać. Wpatrywałam się w bladą twarz przyjaciela, szukając oznak zmiany, na lepsze czy na gorsze. Miron wciąż oplatał Joshuę ramionami. Widziałam jego skupienie, ściągniętą twarz, zaciśnięte szczęki. Słaby oddech chorego przyśpieszył. Gdy anioł otworzył oczy, niemal zemdlałam, zapowietrzona, z dłońmi poplamionymi krwią. Nawet nie zauważyłam, że wbijam paznokcie w skórę. Spojrzałam na Mirona. Uśmiechał się półprzytomnie.

– Dora... – wyszeptał anioł. – Miron... udało się wam.

– To tobie się udało, ptaszyno. – Pogłaskałam go po policzku i pocałowałam.

Przez chwilę, bez słowa, przytulałam czoło do jego wciąż rozpalonego ciała. Wyczuwałam jego aurę, była mocniejsza niż jeszcze chwilę temu, znów czułam życie, nie pustkę. Miałam już pewność, że wyliże się z tego.

– Za chwilę wrócę, muszę porozmawiać z Łucją...

– Tym dzieciakiem? – Miron Uśmiechnął się.

– Dziewczyną. – Też się uśmiechnęłam na myśl o anielskiej nastolatce. – Gabriel będzie chciał wiedzieć, że dochodzisz do siebie.

– Nie pozwoliłaś mu mnie zabrać... – wyszeptał Joshua.

– Nigdy nie łamię danego słowa, ptaszyno, przecież wiesz. – Uścisnęłam go raz jeszcze i podniosłam się z podłogi.

Anielica siedziała na kanapie, z podkulonymi nogami. Przeglądała jakieś babskie pismo, zostawione tu przez Katię, moją przyjaciółkę. Gdybym nie wiedziała, nie poznałabym, kim jest. Oczywiście nie chodzi o brak skrzydeł – anioły nie noszą ich na co dzień, tylko w pełni majestatu, jeśli go osiągną. Wszystkie znane mi anioły były imponująco piękne, przystojne. Wszystkie mają aurę, która nie pozostawia mnie obojętną. Łucja była bardzo młodym aniołkiem, metrykalnie sporo młodsza ode mnie. Jej twarz nosiła ślady ledwie co osiągniętego nastolęctwa. Była trochę za szczupła, nieco nieproporcjonalna, za długie nogi, za długie ręce. Taki anielski źrebaczek. Uśmiechnęłam się pod nosem, widząc, z jakim zaangażowaniem wczytuje się w artykuł o trendach w makijażu. Była nim tak pochłonięta, że nie zauważyła, kiedy podeszłam.

– Łucjo – powiedziałam spokojnie. – Joshua zdrowieje, przekaż to Gabrielowi, może nas oczywiście odwiedzić. Zawsze będzie tu mile widziany jako dziadek naszego przyjaciela.

– Cieszę się – wydukała, wciąż niespokojnie spoglądając na mnie spod jasnej grzywki. – Czy naprawdę groziłaś Gabrielowi?

– Tak, ale to były emocje. Żadne z nas nie chciało rozlewu krwi, martwiliśmy się o Joshuę i tyle.

– Ale zabiłaś wampira i maga?

– Maga zabił Joshua, ratując co najmniej dziesięć osób.

Była pod wrażeniem.

– Wiesz, że mówią, że jesteś jego drogą na skróty do pełni majestatu? Że bez ciebie nie miałby skrzydeł?

Wzruszyłam ramionami.

– Joshua to dobry anioł i przyjaciel. Zasłużył na skrzydła. I może gdyby nie ja, nie miałby ich dzisiaj, ale też nie byłby chory, nie byłby na granicy życia i śmierci.

– Każdy anioł marzy o skrzydłach – powiedziała tęsknie.

– Nie śpiesz się do nich, maleńka, jesteś jeszcze młoda. Gabriel podejrzewał, że choroba Joshui była właśnie konsekwencją przemiany.

– Jako anioł pocztowy raczej na skrzydła nie zasłużę – chlipnęła.

– Rób, co do ciebie należy, najlepiej jak możesz. Nigdy nie wiesz, co spodoba się Panu – powiedziałam sentencjonalnie. – Ilu zakładało, że może spodobać mu się myśl o ratowaniu wiedźmy? Pan jest nieprzewidywalny, anielico.

– To prawda – westchnęła. – Muszę już iść...

– Zostań, jak długo chcesz, możesz poczytać, obejrzeć sobie coś, zjeść... Jesteś posłańcem dobrej nowiny, więc miło nam cię gościć.

– Muszę iść do Gabriela... – powiedziała, ale jej wzrok z tęsknotą zatrzymał się dłużej na stosiku gazet i na telewizorze. W niebie była tych rozrywek pozbawiona. W Thornie mieliśmy kablówkę. Podejrzewałam, że kradzioną, ale satelity, jak komórki, nie działały w magicznym mieście.

– Możesz nas odwiedzić, chłopcy się ucieszą – zapewniłam ją życzliwie.

Drgnęła zaskoczona.

– Chłopcy?

– Miron i Joshua. Mieszkamy tu w trójkę.

Oblała się rumieńcem. Hm, o Joshui wiedziała, więc domyślam się, na myśl o kim te policzki płonęły. Nie mogłam się nie uśmiechnąć. Dobrze, że nie słyszała, jak nazwał ją dzieckiem. Serce dziewczyny może pęknąć z mniej ważkich powodów. Wstała szybko, otrzepując tunikę.

– Zmykam – mruknęła i, wciąż z rumieńcem, uciekła.

Rozdział 3

Jak to możliwe? Cała jesteś taka gorąca, a stopy zawsze masz lodowate? – Głos przenikał w mój sen, wyciągając mnie łagodnie na jawę. Chwilę zajęło mi, nim dotarło do mnie, co oznacza. Zamrugałam szybko, odpędzając ciężkość powiek.

– Obudziłeś się – powiedziałam z ulgą, unosząc się na łokciu, by przyjrzeć się zabiedzonej twarzy anioła.

– Skąd takie zaskoczenie? – Ziewał, zasłaniając usta dłonią. Rozczochrany, w przepoconym podkoszulku i z sińcami pod oczami wyglądał nie najlepiej, ale widok jego ciemnoniebieskich tęczówek i lekkiego uśmiechu cieszył mnie niepomiernie.

– Ptaszyno, spałeś... – zerknęłam na zegarek – trzydzieści godzin, plus minus godzina...

Nie dowierzał. Złapał mój nadgarstek i przysunął do oczu tak, że mógł na cyferblacie odczytać nie tylko godzinę, ale i datę. Zaskoczony pokręcił głową. – No pięknie... – wyjąkał. – Zdawało mi się, że minęła chwila...

Westchnęłam. To było ciężkie trzydzieści godzin. Po zażyciu leku przesłanego przez Gabriela odzyskał przytomność, gorączka spadła do poziomu niezagrażającego życiu, ale nie był to koniec choroby. Joshua zasnął, ale ciało walczyło z gorączką przemiany – nadal rozpalone wypacało toksyny. Spał niespokojnie, dręczony koszmarami, z bólem na twarzy. Cieszyłam się, że nic nie pamięta.

Nawet na chwilę nie zostawał sam. Zmienialiśmy się przy nim, spaliśmy z nim, poiliśmy, by się całkiem nie odwodnił. Aplikowaliśmy kolejne dawki leku. Anioł obudził się akurat wtedy, gdy Miron poszedł na umówione spotkanie z klientką. Staraliśmy się nie odsyłać nikogo z kwitkiem, niepewni, czy agencja długo jeszcze będzie tak popularna jak teraz, gdy pamięć o naszych wyczynach jest świeża. Jakoś trzeba zarabiać na życie. Nie mieliśmy biura, uznając czynsz za niepotrzebny wydatek. Z klientami spotykaliśmy się w Szatańskim Pierwiosnku, naszej ulubionej knajpie, w godzinach przedpołudniowych zwykle pustej i cichej. Lokal miał też tę niezaprzeczalną zaletę, że znajdował się po drugiej stronie ulicy – czerwony neon widzieliśmy z okien kuchni. Miron co godzinę zaglądał do nas lub dzwonił.

Joshua powoli uniósł się na poduszkach, pomogłam mu usiąść.

– Na anielskie zastępy, czuję się słaby jak kurczak... – powiedział zaskoczony. Sama zmiana pozycji sprawiła, że zbladł, mimo to próbował wstać.

– Ptaszyno, nie jadłeś nic od dwóch dni, tylko piłeś, nie mogliśmy cię nakarmić. – Przytrzymałam go w pościeli. – Prawie umarłeś... pozwól sobie na chwilę słabości. Powoli, skarbie.

– Przepraszam – wykrztusił, patrząc na mnie z mieszaniną zaskoczenia i zmieszania.

– Za co, u diabła? – Nie nadążałam za jego tokiem rozumowania.

– Za kłopot... musieliście się mną zajmować jak dziec­kiem, Gabriel też na pewno sprawiał trudności, czułem, że pojawiał się w pobliżu.

– Aniołku, przestań gadać głupstwa, bo szczerze przestraszę się, że gorączka uszkodziła ci mózg... Było z tobą źle, baliśmy się, to prawda, ale to nie był kłopot, ale strach, że możemy cię stracić. Zrobilibyśmy znacznie więcej, gdybyś dzięki temu miał wyzdrowieć. – Gula zacisnęła mi gardło i nie chciała puścić. Odchrząknęłam. – Z Gabrielem sobie poradziłam, zresztą, doszliśmy do porozumienia. Zaakceptował fakty.

– Czyli? – Był lekko rozbawiony.

– Och, że nawet po moim trupie cię stąd nie wyciągnie, bo musiałby jeszcze ukatrupić Mirona... Nie jesteśmy przekupni, nie działamy racjonalnie i kochamy cię wściekle.

Uśmiechnął się. Przez chwilę wyglądał zupełnie zdrowo. Ulga kołatała mi się w piersi.

– Domyślam się, że zrobiliście na nim wrażenie.

– Och tak. Zresztą, jest całkiem miły, jak zapomni na chwilę o kiju, który na co dzień ma w dupie. – Uśmiechnęłam się. – Ale dość gadania, witaj wśród żywych, lub półżywych, jak w moim przypadku.

Uścisnął mi rękę z wyraźnym współczuciem. Tak, jestem dziwadłem w tym stadle. Jako jedyna miałam kiedyś życie i ciało śmiertelniczki. Pobita w czasie potyczki z magiem właściwie umarłam, to znaczy umarło moje ciało. Wygląda tak samo, ale animuje je magia. Ma to swoje zalety, zero starzenia, długowieczność na granicy nieśmiertelności, jeśli nic nie uprze się wystarczająco mocno, by to zmienić. Śmiertelne ciało umierało w bólu, więc dawne życie, kiedy jeszcze byłam policjantką w Toruniu, wiedźmą ukrywającą swoją naturę, zawsze będzie kojarzyć mi się z tym ostatnim, mocnym akordem. Śmiercią w męczarniach, która nie stała się moim końcem, tylko początkiem czegoś nowego, jak życie w magicznym mieście z przyjaciółmi. Ostateczny dowód, że nigdy nie byłam tylko człowiekiem.

Obserwowanie chorego i nieprzytomnego anioła jakoś obudziło wspomnienie tamtych wydarzeń. Widok jego cierpienia przywoływał cień tamtego bólu, ale tym razem bolało nie poobijane ciało, ale dusza. Całe moje jestestwo wyło z bólu na samą myśl, że mogłabym go stracić. Joshua musiał odczytać część tych emocji w moich oczach i aurze, bo przytulił się ufnie jak szczenię.

– Właściwie to oboje jesteśmy z tych półżywych, z doświadczeniem balansowania na granicy w pamięci... Pamiętam, że było blisko. Ale mamy to już za sobą. Nigdzie się nie wybieram, Doro, już dobrze – wyszeptał w moje włosy.

– Och, ptaszyno, cieszę się. – Cmoknęłam go w policzek, po czym z nieco wyolbrzymionym niesmakiem powąchałam ciało tulące się do mojego. – Ale musisz się wykąpać w tej chwili. Zawstydzasz wilkołaki, naprawdę. Zrobię ci coś do jedzenia, a ty pod prysznic.

– No tak. – Powąchał koszulkę i się skrzywił. Po chwili jednak uśmiechnął się szelmowsko, wciągając w nozdrza mój zapach. – Musiałaś spędzić ze mną sporo czasu, bo pachniesz tak samo, i wybacz, ale dziś to nie jest komplement... Może wspólna kąpiel? Wiesz, mogę potrzebować pomocy w razie zasłabnięcia.

Spojrzałam na niego uważnie. Takie zaczepne teksty pasowały do Mirona, Joshua był bardziej powściągliwy i nieśmiały.

– Oj, no co, chyba mogę jakieś profity wyciągnąć z tego koszmaru, nie? Kiedy byłem dzieckiem i chorowałem, nawet dziadek miękł i przynosił mi cukierki. Wyrosłem już ze słodyczy. – Uśmiech igrał mu w niebieskich oczach.

– Wykorzystujesz moją chwilę słabości?

– Och, odmówiłabyś Mironowi?

– Bez trudu. – Zaśmiałam się. – Ostatni raz, kiedy byłam z nim pod prysznicem, właśnie umierałam, rozumiesz, trudne wspomnienia. Zresztą, kąpiel z tobą już zaliczyłam. W lodowatej wodzie.

– No więc trzeba zatrzeć te złe wspomnienia.

– Umówmy się tak, aniołku, naleję ci wody do wanny, na wypadek, jakbyś miał mdleć pod prysznicem. I umyję ci plecy. To tyle. Zgadzasz się lub nic z tego.

– Lepszy rydz niż nic – wyszczerzył się.

Był słabszy niż starał się pokazać. Może stąd te żarty, męskie zagrywki. Bardziej udawał Mirona, z jego diabelską witalnością, niż używał odzyskanych sił. Ale był znów wśród nas i to było najważniejsze. Gdy dojdzie do siebie, znów będzie nieśmiały i trochę skryty. Znów będzie odwracał wzrok, gdy wpadnie na mnie owiniętą ręcznikiem na korytarzu albo zaspaną, w samej bieliźnie, kierującą pierwsze kroki do kuchni, by włączyć ekspres do kawy. Nadnaturalni mają inne podejście do nagości niż ludzie. Nie zawsze jest seksualna, częściej związana z bliskością, która jest nam potrzebna, jest czymś naturalnym, niezbędnym do okazywania emocji. Anioł, wychowany w niebie, które jest bardziej konserwatywne, uczył się tego, podobnie jak ja – wychowana z ludzką rodziną. Wspólne spanie, przytulanie, pocałunki były czymś naturalnym. Uśmiechnęłam się na myśl, jak postrzegaliby nasze wspólne mieszkanie i noce moi znajomi z realnego świata. Nie tęskniłam za czasami, kiedy odruchowa potrzeba dotykania innych wpędzała mnie w kłopoty między ludźmi. Przytulając Joshuę, kiedy prowadziłam go do łazienki, pomyślałam: czy może być coś lepszego? Do pełni szczęścia brakowało jednego. Dwumetrowego, ciemnowłosego diabła o czarnych oczach z czerwoną obwódką wokół tęczówek. Przywołałam go myślą, najwidoczniej. Zgrzyt zamka drzwi wejściowych rozległ się echem – Miron wrócił do domu.

*

Pachnąc cynamonem i wanilią, siedzieliśmy przy stole. Podczas gdy ja i Joshua zmywaliśmy z siebie zapach choroby, Miron przygotował jedzenie. Odciskałam włosy w ręcznik, wodząc wzrokiem za diabłem, który coś ukrywał. Był zdenerwowany i podejmował heroiczne wysiłki, by nie dać po sobie poznać, jak bardzo. Czy przez wzgląd na słabego wciąż anioła, czy z innych powodów? Starałam się przejrzeć jego myśli, co udawało mi się często, odkąd moje moce się wzmocniły, a nasze więzi zacieśniły, ale blokował się wściekle. Co tylko utwierdziło mnie w przeczuciu, że nadciągają kłopoty. Diabeł krzątał się po kuchni, doprawiał jedzenie, wyciągał naczynia i sztućce. Wszystko z pozorną swobodą. Nawet starał się dowcipkować. Może uwierzyłabym, gdybym nie czuła, jak bardzo jego umysł był zaaferowany tworzeniem tej iluzji swobody. Serwetki, kieliszki na wodę, kolorowe talerze... rozkładał wszystko na stole, przerwał, by zamieszać sos, odcedzić makaron. W ruchach dostrzegałam jednak ślady ledwie dostrzegalnej, ale obecnej sztywności. Nie pytałam, miał za ciasno ustawione bariery, bym zdołała go zaskoczyć. Poczekam. Nie jestem cierpliwa, ale co tam. Czemu tego nie zostawię? Och, był przyjacielem i coś go gryzło. Nie mniej ważne było to, że zwykle, gdy coś gryzło jedno z nas, czaiło się, by ugryźć też pozostałych. Naczynia połączone. Jak z Joshuą – teoretycznie chorował tylko on, ale odbiło się to na nas wszystkich. Rekonwalescencja będzie dotyczyć całej trójki, nie wątpiłam w to nawet przez chwilę.

Jedliśmy w ciszy, jakby zmęczenie i głód odebrały nam wolę rozmowy. Nie miałam nic w ustach równie długo jak Joshua, ciągnęłam na adrenalinie i strachu.

Gdy przeszliśmy do pokoju dziennego i Joshua jak zawsze zaklepał sobie rolę didżeja (nikt o nią prócz niego nie zabiegał, jednak anioł nie zaniechał pośpiesznego zaklepywania tego przywileju), szukałam okazji, by przycisnąć Mirona. Po jego koncentracji i uciekającym spojrzeniu domyślałam się, że i mnie ta sprawa dotyczy. Joshua usadowił się na fotelu przy naszej ogromnej kolekcji płyt i odpłynął w krainę rocka, zastanawiając się, co właściwie nadaje się na pierwszą piosenkę po zmartwychwstaniu. Nie, nie szukał utworów religijnych, bo takowych w naszej płytotece raczej nie ma. Nasze gusta są zdumiewająco zbieżne. Rock, grunge, metal, czasem coś bardziej lirycznego, ale żadnego popu pod karą porażenia mocą. Sporo klasyki z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, wielka wyrwa na straszne muzycznie osiemdziesiąte (za wyjątkiem kilku płyt metalowych, bo tylko ten gatunek nie zgłupiał w tym czasie), nowa fala świetnych kapel z lat dziewięćdziesiątych, trochę nowszych zespołów. Och, jakieś półtora tysiąca płyt, gdy połączyliśmy nasze zbiory. Choć zdumiewająco wiele z nich mieliśmy z tego powodu w trzech egzemplarzach, nikt nie chciał rozstać się z własnym. Teraz Joshua wybrał jedną z takich płyt, ukochanych, słuchanych po wielokroć, ale nigdy dotąd ochrypły okrzyk Eddiego Veddera: „Oh, I’m still alive” nie był tak bardzo na miejscu. Joshua podśpiewywał radośnie refren, ignorując nieco przygnębiające słowa zwrotek. Uśmiechnęłam się. Nie tylko dlatego, że cieszyło mnie ozdrowienie anioła. Wybrał idealną muzykę, by osłabić nieco zapory diabła. Lubiliśmy tę płytę, była podwaliną naszej przyjaźni. Dosłownie. Kiedy poznaliśmy się prawie dwa lata temu na imprezie, napaliliśmy się na siebie i ruszyliśmy autostradą ku szybkiemu numerkowi bez konsekwencji i bez wymiany numerów telefonów. Takie mieliśmy wówczas zasady. Wsiedliśmy do jego samochodu z zamiarem szybkiego przemieszczenia się do jego mieszkania i jego łóżka. I kiedy odpalił silnik, zaskoczyło radio. Pearl Jam, „Ten”. Zamiast wyłuskiwać się z ciuchów, zaczęliśmy gadać na tym cholernym parkingu. Najpierw o muzyce, potem polecieliśmy po całych życiorysach i sprawach kardynalnych. Godzinami, niczym para nastolatków w liceum. Nie było seksu. Oboje doszliśmy do wniosku, że szkoda psuć porozumienie, które odnaleźliśmy. Seks można mieć zawsze, ale pogadać nie ma z kim. Zaprzyjaźniliśmy się. Wiedziałam, że słysząc ten kawałek, znów pobiegnie myślami do tamtego wieczoru, w tym do tego, co ­wydarzyło się, zanim przekręcił kluczyk w stacyjce. Czasem mówił, że szkoda, że nie puścił tej płyty pół godziny później. Wyczekałam aż na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech, a myśli odpłynęły, i zwinnie jak kot usiadłam mu na kolanach, klinując go tak, że nie mógł wstać. Patrzyłam na niego z odległości kilku centymetrów, z dłońmi na jego żuchwie. Zamrugał zaskoczony, po czym westchnął.

– No tak, wiedziałem, że nie da się nic przed tobą ukryć. – Oparł przedramiona na moich udach, tak że dłońmi sięgnął bioder.

– Mimo to próbowałeś...

– Dla sportu – jęknął. – Czasem się łudzę, że ja was czytam, a sam jestem nieprzenikniony. Kiedy zauważyłaś?

– Od razu, jeszcze przed kolacją – powiedziałam prawdę.

Westchnął.

– Postanowiłaś więc wykorzystać przewagę fizyczną? – Zacisnął palce na moich biodrach, przyciągając mnie bliżej.

– Nie odwrócisz mojej uwagi w tej chwili, Miron, śpiewaj, w co znowu wdepnęliśmy. Siedzę ci na kolanach, byś nie mógł zwiać. Ani kłamać. Wiesz, że nie okłamiesz mnie, gdy patrzysz mi prosto w oczy – powiedziałam z uśmiechem.

– To jest regularne przesłuchanie – westchnął znów. – Joshua, nie pomożesz?

– Och, zostawiam sprawę profesjonalistce, ona wyciągnie to z ciebie lepiej niż ja, choć znam cię trzysta pięćdziesiąt lat dłużej. Nie mam tego uroku. Ani ciała. – Patrzył na nas spod półprzymkniętych powiek.

Joshua nie był typem zazdrośnika, jednak zwykle krępowało go to, że diabła właściwie nie ograniczały zakazy. Gdybyśmy chcieli, moglibyśmy się związać, kochać. On jako mój Anioł Stróż pod karą sądu trybunalskiego nie mógł obcować z podwładną. A miał ochotę. Udał, że muzyka pochłonęła go całkowicie, choć wciąż czułam jego spojrzenie na swoich plecach.

– Miron, im szybciej powiesz, tym mniej będzie bolało – powiedziałam przymilnie.

– Kto powiedział, że nie jest mi miło? – Uśmiechnął się sugestywnie, poprawiając dla wygody pozycję i przesuwając ręce na moje pośladki. Zacisnęłam kolana na jego biodrach.

– Diabełku, nie prowokuj mnie, im bardziej się migasz, tym większą mam pewność, że mamy kłopoty.

Byłam szczerze zaniepokojona.

– Dostaliśmy zaproszenie na bal – powiedział zrezygnowany.

Zamrugałam.

– W czym tkwi haczyk? – spytałam, nie rozumiejąc.

– Dlaczego sądzisz, że musi tu być haczyk?

– Oj, daj spokój, diable, nie drażnij mnie. Gdyby go tam nie było, powiedziałbyś nam o tym dawno. A ty chodzisz i dumasz, jak nie wpaść po szyję w gówno.

Jęknął.

– To zaproszenie do Trumny.

– No dobrze, zaproszenie do wampirzego klubu w Trójprzymierzu, ekscentryczne, ale chyba nie przerażające, przecież nie jesteśmy na szybkiej liście do wyssania...

Przez chwilę nic nie mówił i znów uciekł spojrzeniem.

– Hej – chwyciłam go za brodę i zajrzałam w jego niesamowite oczy – czego mi nie mówisz? Odkąd jesteśmy na czarnej liście Gajusza?

– Nie jesteśmy. – Zawahał się.

– Ja jestem? Dlaczego? Do cholery, uratowałam mu dwa wampiry, narażałam życie... przysłał mi nawet śliczny prezent, co się odmieniło? – Szybki rachunek sumienia, nie zrobiłam nic, co mogłoby wkurzyć Księcia wampirów z Trójprzymierza.

– Nie wiem, słonko – nagle opadło napięcie i zobaczyłam, jak bardzo niepokoi go ta sytuacja – ale zanim doręczono mi dziś zaproszenie... widziałem znajomego z dawnych lat, jednego z wampirzego klanu, z którym mieszkałem pół wieku w dziewiętnastym stuleciu... wypytywał o nas, o ciebie. Wiele plotek krąży na twój temat w ich społeczności, tak wiele, że dotarły nawet do niego, choć nie wychylał nosa z Paryża od stu lat. A jednak teraz pofatygował się do Thornu tylko po to, by powołać się u mnie na starą znajomość w nadziei na dane z pierwszej ręki. Nie podoba mi się to. Jean Louis jest leniwy, ale zna się na polityce. Jeśli uznał, że powinien wiedzieć coś o tobie, to sprawa nie jest mała. Słonko, politykę wampirzą przebija tylko jedno...

– Polityka międzysystemowa – westchnęłam. Mieliśmy z jej powodów sporo kłopotów, jako że reprezentowaliśmy różne systemy, oni chrześcijański, monoteistyczny, ja nadnaturalny, skrajnie politeistyczny.

– Właśnie. – Zasępił się. – Więc jednego dnia spotykam Jean Louisa, który podpytuje o ciebie, a później w moje ręce składają zaproszenie dla ciebie...

– Dla mnie? – drgnęłam. – A wy?

– Osoba towarzysząca... to chyba jeden z nas?

– Nie ma mowy... ale to może dobrze? Jeśli nie zgodzą się na was dwóch, będę miała pretekst, by tam nie jechać? – zastanawiałam się głośno.

– To raczej nie będzie takie proste – powiedział Miron. – Zaproszenie to zapewne pretekst... ale póki wynajdują takowy, nie jest źle. Przynajmniej nie jest tragicznie.

– Co masz na myśli? Naprawdę myślisz, że mogliby po prostu mnie porwać? Z jakiej racji? Wtargnęliby na terytorium Romana? Przecież wiedzą, że książę tego terytorium należy do Starszyzny, a ja jestem ich poddaną, na dość specjalnych prawach...

– Może właśnie to zmusza ich do kurtuazji, ale czy wystarczy? – wątpił.

– Czy domyślasz się, po rozmowie z Jeanem Louisem, w czym problem? Jak ściągnęłam na siebie oko społeczności wampirzej?

– Nie powiedział wprost, ale... – Zamyślił się, przypominając sobie spotkanie ze znajomym z minionego życia. – Pytał mnie o kogoś jeszcze...

– O Victora? – zapytałam niespokojnie.

Jeśli zabijasz wampira gołymi rękoma, nie chcesz, by pamięć o nim czy o samym zdarzeniu żyła zbyt długo wśród jego ziomków.

– Nie, i to właśnie dziwne... Pytał o Joachima i Wawrzyńca... co zamierzasz w związku z nimi.

– Jak to, co zamierzam? Nawet nie widziałam ich od tamtej nocy...

– Właśnie... podobno nikt ich nie widział...

– Na piekielne zastępy – zaklęłam.

– Właśnie – przytaknął.

– Roman, musimy pogadać z Romanem. I może z Teresą? – zastanawiałam się.

– Teresa... nie wiem, na ile jest lojalna wobec Gajusza, czy to nie zbyt duże ryzyko?

– Hm, wiem, że wobec Joachima jest bardzo lojalna. Jeśli mu się coś stało, ona będzie wiedzieć, jest z nim związana... Napiszę do niej.

– Byle na tyle dyskretnie, żeby nie dostarczyć Gajuszowi argumentów.

– Miron, ja nic nie zrobiłam.

– To nie zawsze wystarcza, słonko.

Rozdział 4

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 5

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 6

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 7

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 8

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 9

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 10

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 11

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 12

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 13

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 14

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 15

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 16

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 17

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 18

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 19

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 20

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 21

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 22

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 23

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 24

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

COPYRIGHT© BY Aneta JadowskaCOPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2013

WYDANIE I

ISBN 978-83-7574-807-9

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

GRAFIKA NA OKŁADCE © Oleg Kozlov, © Krzysztof Janczewski | Dreamstime.com © ElenaVizerskaya | istockphoto.com

PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba

REDAKCJA Dorota Pacyńska

KOREKTA Magdalena Grela-Tokarczyk

SKŁAD ORAZ OPRACOWANIE OKŁADKI Dariusz Nowakowski

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl