Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 442 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Boginka - Ilona Maria Hilliges

Nowa powieść autorki „Gwiazd nad Afryką” i bestsellerowej „Białej czarownicy”, w której opowiedziała o latach spędzonych w Nigerii.

Wiktorii śni się wciąż ten sam koszmar: dwoje ludzi na bezdrożach Afryki, przed nimi przepaść, a w jej mrocznej czeluści czyha śmierć… A przecież Wiktoria nic nie wie o Afryce, która w jej rodzinnym domu zawsze była tematem tabu. Dopiero po śmierci matki dowiaduje się, że ma ciotkę, która mieszka w Afryce. Wyrusza więc w podróż na daleki kontynent. W Nigerii trafia na trop mrocznej tajemnicy rodzinnej – tajemnicy, dzięki której odnajdzie utraconą cząstkę siebie i nauczy się patrzeć na świat zupełnie innymi oczami.

Opinie o ebooku Boginka - Ilona Maria Hilliges

Fragment ebooka Boginka - Ilona Maria Hilliges

Tytuł oryginału Die kleine Göttin

Wydawca Grażyna Smosna

Redaktor prowadzący Tomasz Jendryczko

Redakcja Maja Lipowska

Korekta Ewa Grabowska Dorota Wojciechowska

Originally published under the title „Die kleine Göttin” Copyright © 2012 by Rowohlt Verlag GmbH, Reinbek bei Hamburg Copyright © for the Polish translation by Mieczysław Dutkiewicz, 2014

Świat Książki Warszawa 2014

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: Fabryka.pl

Skład CMYK-DTP STUDIO Marzenna Łopaciuk

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o. o., sp. k. a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 email: hurt@olesiejuk.pl

PROLOG

Niezwykły sen

Ile to już razy nawiedzał mnie ten sen? Naprawdę nie wiem. Pojawia się uporczywie raz po raz, od wielu, może nawet kilkudziesięciu lat. Po przebudzeniu zapominam natychmiast o tym, co mi się przyśniło, a potem każdorazowo musi upłynąć sporo czasu, zanim uświadamiam sobie: Przecież ten sen nawiedził mnie już setki razy! Z czasem przywykłam do niego tak dalece, że w pewnym momencie jego nawroty przestały mnie dziwić. A oto, co w nim widuję:

Po zboczu góry wspina się dwoje ludzi, mężczyzna i kobieta, oboje objuczeni ciężkimi plecakami, z których zwisają pasy i cudaczne lampy. Także ich ubiór przyciąga uwagę, wydaje się bowiem jakby z innej epoki. Wspinaczka wymaga od nich olbrzymiego wysiłku; oboje posuwają się do przodu mozolnie, gdyż ziemia jest grząska i śliska, jak to po deszczu. Przedzierają się przez gąszcz zieleni, ocean paproci. Nie takich zwykłych paproci, lecz rosnących na wysokość dorosłego człowieka. Wokoło pełno też zwisających z wysokich drzew lian. Mężczyzna i kobieta opędzają się zaciekle od robactwa, uporczywie usiłującego osiąść na ich ociekających potem twarzach. On idzie przodem, rozgarniając za pomocą długiego noża plątaninę zarośli, ona podąża za nim, zadyszana, z trudem dotrzymując mu kroku.

Patrzę na nich, na ich forsowny marsz i zachodzę w głowę, czy owa kobieta to przypadkiem nie ja. Przecież jestem tam, a jednocześnie wcale nie. To osobliwe wrażenie. Właściwie chętnie znalazłabym się teraz gdzie indziej, ale to niemożliwe. A więc maszeruję dalej. Roślinność gęstnieje tu z każdym następnym krokiem. Mężczyzna nagle przystaje.

– Jesteśmy na miejscu – mówi. – To już tutaj. – Nie mogę, niestety, rozpoznać jego twarzy, raczej czuję teraz, niż widzę, jak bardzo się cieszy. Ja jednak nie podzielam jego radości. Boję się, ogarnia mnie jakiś trudny do określenia lęk.

Niekiedy budzę się właśnie w tym momencie i myślę sobie, że chciałabym bardzo znać cel wędrówki tych dwojga. W inne noce mężczyzna odkłada na bok swój bagaż i zaczyna walić kilofem w skalną ścianę. Przyglądam się jego pracy, podaję mu manierkę z wodą do picia. Wreszcie w skale rozwiera się obszerny ciemny otwór, a z jego wnętrza wydobywa się mroźny powiew. Zaczynam dygotać z zimna i czuję, jak potęguje się we mnie ten niepojęty lęk.

– Pomożesz mi? – pyta mężczyzna.

Kobieta wiąże mu na brzuchu pasy przytroczone do plecaka. Ich drugi koniec owija wokół występu skalnego.

– Wchodzę tam – zapowiada mężczyzna.

– To zbyt niebezpieczne! – protestuje kobieta.

– Przecież wiesz, że to konieczne. Robię to dla nas – upiera się mężczyzna i ona patrzy w milczeniu, jak on znika po chwili w ciemnej czeluści.

A potem słyszę przeraźliwy krzyk, który za każdym razem wyrywa mnie z tego snu. Oczy mam pełne łez, bo wiem, że ów mężczyzna właśnie zginął. Mężczyzna, którego twarzy nigdy nie udało mi się dostrzec.

Nie opowiadałam jeszcze nikomu tego snu. Nie ma on nic wspólnego z moim życiem. Nikt z moich znajomych nie jest alpinistą, nigdy też nie byłam w górach. Ale teraz już wiem, że nie jest to tylko sen. Ta historia wydarzyła się naprawdę. I co najdziwniejsze w tym wszystkim – byłam tego świadkiem.

ROZDZIAŁ 1

Ile to jeszcze lat? 31,4!

W południe tego dnia, kiedy w moim życiu dokonał się zasadniczy zwrot, pierwszy krok w nowym kierunku, obierałam ziemniaki. Często nie znajdywałam na to czasu, ale teraz miałam go dostatecznie dużo. Byłam też w dobrym nastroju, bo po śniadaniu poszłam do fryzjera. Wystarczyły trzy godziny, abym odzyskała kolor włosów, utracony w ciągu pięciu ostatnich lat. Wprawdzie ich kasztanowa barwa przybrała obecnie zbyt rudy odcień, ale jest okay. Wiele kobiet w moim wieku decyduje się na taki kolor. Może fryzjerki sądzą, że w przeciwnym razie mogłybyśmy się rozpłynąć w wielkomiejskiej szarzyźnie?

Natomiast moja córka, która tego posępnego lutowego południa weszła do kuchni, nie dostrzegła u mnie żadnej zmiany. Zamiast tego zawołała natychmiast: 

– Purée ziemniaczane? Och, mamo! Nie może być coś innego?

– Dobrze wiesz, że nie. Ze względu na babcię. Nic w moim wyglądzie nie zwróciło twojej uwagi?

– Jasne, że tak. Zaczęłaś tyć.

Tylko że o tym waga i lustro informowały mnie już od dłuższego czasu. Tego ranka ważyłam o 14,8 kg za dużo, choć jeszcze tydzień temu moja nadwaga była mniejsza: 13,9 kg.

– Tylko bez nadmiernego dramatyzowania – odparłam.

– Mamo, masz metr sześćdziesiąt dwa. A ile ważysz?

Udzieliłam jej uczciwej odpowiedzi. Przeważnie mówię prawdę i jest to jeden z najczęściej popełnianych przeze mnie błędów.

U nasady nosa Jasmin zarysowała się pionowa zmarszczka; niezawodna oznaka, że moja córka właśnie rozmyśla nad czymś bardzo intensywnie. Albo coś oblicza. W tym obie jesteśmy dobre. Jeszcze dwa tygodnie temu obliczanie wchodziło w zakres moich obowiązków zawodowych.

– Twój wskaźnik masy ciała wynosi dwadzieścia dziewięć przecinek trzy – oświadczyła po chwili Jasmin. – Czy wiesz, co to oznacza?

– Skarbie, to ty pracujesz jako instruktorka fitness.

– Mamo, znajdujesz się przy górnej granicy nadwagi!

– To brzmi mimo wszystko dość pozytywnie.

– Mamo, trzydzieści to już otyłość!

– A ja mam pięćdziesiąt dwa, jestem więc na to już za stara.

– Nie pora na żarty. Dziś idziesz ze mną na trening.

Odwróciłam się twarzą do mojej dwudziestoletniej córki. Czy to na pewno ta sama osoba, która zaledwie pięć lat temu powiedziała: „Mamo, nie podjeżdżaj pod samą szkołę. Te kilkaset ostatnich metrów przejdę lepiej pieszo”? Oczywiście oddałam jej tę przysługę, a ona nawet nie cmoknęła mnie na pożegnanie i nie tyle odeszła, ile raczej uciekła ode mnie. „Za bardzo jej pobłażacie”, uznała moja matka, ale mój mąż wyjaśnił: „Po prostu krępuje się kolegów i koleżanek, kiedy odwozisz ją do szkoły”.

– Nie będziesz skrępowana, kiedy wejdziesz do klubu fitness razem ze mną? – zapytałam ją.

– Niee… dlaczego?

– Przecież nie mogę w tym wieku ni stąd, ni zowąd zacząć ćwiczyć hantlami!

Spojrzała na mnie wzrokiem, w którym nuta rozbawienia mieszała się z politowaniem, po czym sięgnęła po komórkę i ustaliła dla mnie termin ćwiczeń. 

– Będziesz miała osobistego instruktora. Zaczynasz dziś po południu. O czwartej!

– Powoli, po co takie tempo?! Od lat nie uprawiałam żadnego sportu. Nie mam nawet odpowiedniego stroju!

– Niedaleko stąd, za rogiem, jest dom towarowy z działem sportowym. Tam dostaniemy wszystko, co będzie ci potrzebne.

– A co z babcią? – nie ustępowałam. – Ona naprawdę nie czuje się dobrze.

Dla Jasmin nie był to żaden przekonujący argument.

– Babcia jeszcze nieraz weźmie cię w obroty. A ty musisz czasem pomyśleć też o sobie. Odkąd straciłaś pracę, tkwisz całymi dniami w domu.

Trochę później zaniosłam matce obiad. Postawiłam talerze na nocnym stoliku i pomogłam jej usiąść w łóżku.

– Muszę zaraz wyjść na krótko. Potrzebujesz jeszcze czegoś? – zapytałam jakby mimochodem, siląc się na niewinny ton.

Dokuczały mi wyrzuty sumienia. Tak właśnie czułam się zawsze wobec niej, prosząc, by zostawiała mi większą swobodę działania. Mama miała osiemdziesiąt dwa lata. No cóż, wprawdzie złamanie szyjki kości udowej, którego doznała na samym początku zimy, zagoiło się już bez zarzutu, ale od tamtej pory mama czuła się osłabiona i najchętniej nie opuszczała łóżka.

Rzuciła teraz okiem na ziemniaczane purée z mielonym kotletem i zieloną fasolką, potem zapytała z ponurą miną:

– A dokąd się wybierasz?

– Och, przejadę się z Jasmin do klubu poćwiczyć trochę. Zobaczę, czy w ogóle się do tego nadaję.

– Tam przychodzą sami młodzi ludzie! Jeszcze cię wyśmieją.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przecież sama miałam podobne obawy.

– Skosztuj tego purée, sama je przyrządziłam. Smakuje tak jak dawniej twoje.

– Dodałaś szczyptę gałki muszkatołowej?

– Jasmin tego nie lubi, wiesz przecież, mamusiu.

– W takim razie nie mów, że smakuje jak dawniej moje.

– Powinnaś wreszcie wstać. Za długo już leżysz w tym łóżku. Doktor też tak uważa.

– Pamiętaj, aby wynieść potem tacę. Zapach jedzenia w sypialni to coś okropnego.

– Mogłabyś jadać razem z nami.

– Czy zawsze musisz mieć ostatnie słowo?

Najpierw poszłyśmy kupić strój do ćwiczeń. Czarne rybaczki, bo nie jestem zbyt dumna ze swoich ud. Luźny T-shirt miałam, stare adidasy, w których dziesięć lat temu po raz ostatni uprawiałam z Reinholdem jogging, też jeszcze się nadawały. Spodnie kosztowały tylko 29,99; trafiłam akurat na promocję. A ćwiczenia były darmowe, więc co miałam do stracenia? Z pewnością nie własne samopoczucie, ono bowiem już teraz sięgało dna. Natomiast utrata kilku kilogramów tu i tam… To brzmiało nawet zachęcająco. W końcu przecież, jeśli nie będę musiała kupować co pewien czas nowego, coraz obszerniejszego ubrania, oszczędzę nawet trochę pieniędzy. Taka już jestem – życie jest dla mnie między innymi analizą kosztów i zysków.

Klub fitness znajdował się na piątym piętrze. Winda, jak się okazało, była nieczynna. Kiedy wreszcie dotarłam na górę, z trudem łapałam oddech, a na czole i nad górną wargą czułam krople potu. Jasmin swoją kartą członkowską uruchomiła bramkę obrotową przy wejściu, sprężystym krokiem podeszła do lady i natychmiast podbiegł do niej jakiś młody pracownik klubu.

– Wpuść moją mamę – powiedziała Jasmin.

Kiwnął głową.

– Pchnij bramkę – zwrócił się do mnie. Jeśli trafnie oceniłam jego wiek, mógłby być moim synem. Wyciągnął do mnie rękę. – Cześć, jestem Daniel. Tu wszyscy mówią sobie po imieniu.

Nie wyglądał wcale na kulturystę, w ramionach był raczej szczupły, a jego niebieski dres wydawał się o numer za duży. Tak jakby czekało go jeszcze mnóstwo ćwiczeń i trudu, aby osiągnął wymiary odpowiednie do swego stroju. I to dodało mi otuchy.

– Jestem Victoria.

– Pierwszy raz w salonie fitness?

Przytaknęłam.

– To pan będzie moim instruktorem? – Niech to szlag, pomyślałam, nie popisałam się, przecież przeszliśmy na ty! Ale nie mogłam się jakoś przełamać.

– Zaopiekuję się tobą, Victorio. Poświęcę ci tyle czasu, ile będzie trzeba. Przebierz się, potem usiądziemy na zapleczu i opowiesz mi trochę o sobie.

Aby dostać się do szatni, musiałam wejść na górę po schodach zewnętrznych i przy okazji mogłam popatrzeć na klub z perspektywy lotu ptaka. Dopiero teraz odetchnęłam z ulgą: Jasmin nie zaciągnęła mnie do jednego z tych typowych klubów młodzieżowych. Tu wszystko sprawiało wrażenie, jakby pokolenie pięćdziesiąt pięć plus szykowało się jeszcze do sprintu wieńczącego wyścig. Siwe włosy, pulchne ciała, nalane biodra. Wielu wyglądało jak ja. No tak, zgoda, nie wszyscy. W kątach sali, gdzie ściany były wyłożone lustrami, kilku prawdziwych atletów podnosiło ciężary. Ale w przebieralni zastałam jedynie młode wysportowane kobiety oraz niemal dziewczęta. I wszystkie znały Jasmin. Nie wiedziałam jeszcze, że przychodziły tu, bo chciały ćwiczyć pod jej okiem. Nie miałam też pojęcia, że ćwiczą w tempie, jakiego my, kobiety po pięćdziesiątce, tak zwane Best Ager, nie byłybyśmy w stanie utrzymać. Ale to nic, miałam przecież mojego wątłego Daniela, który wyjaśniał mi właśnie różnicę między abduktorem, czyli mięśniem odciągającym w bok kończynę, a adduktorem, czyli mięśniem przywodzącym kończynę do osi ciała.

Kiedy dwie godziny później zjeżdżałam z córką na dół (winda na szczęście była już czynna, w przeciwnym razie musiano by mnie znosić), Jasmin powiedziała:

– Daniel twierdzi, że spisałaś się na medal. Dostaniesz darmowe członkostwo na kwartał, bo jestem tu zatrudniona. Co ty na to?

– Daniel uważa, że powinnam ćwiczyć dwa razy tygodniowo. Jak miałabym to wytłumaczyć babci?

– Zapomnijmy na moment o babci. Czego ty chcesz, mamo?

Naprawdę nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć. I to był ten decydujący moment, w którym uświadomiłam sobie, że jestem teraz jak wędrowiec zagubiony w sercu lasu – rozglądam się na wszystkie strony, ale wszędzie wokół siebie widzę tylko drzewa. Droga, którą chciałam iść dalej, nieoczekiwanie dobiegła końca. Jeszcze jedna ścieżka, która wiedzie donikąd.

Odparłam więc tylko:

– Czuję, że będę miała potworne zakwasy mięśni.

Zza zamkniętych drzwi sypialni mamy dobiegały odgłosy, które pozwalały domyślać się, że właśnie ogląda ona w telewizji jakiś program dokumentalny. Nade wszystko uwielbiała filmy przyrodnicze o egzotycznych zwierzętach, a kiedy potem opowiadała mi o nich, musiałam jej uważnie słuchać. Biada mi, gdybym nie zapamiętała, że dwudyszny prapłetwiec to ryba, która potrafi przetrwać w okresie suszy bez pokarmu nawet kilka miesięcy zagrzebana w błotnistym dnie wyschniętej rzeki, oddychając przy tym powietrzem atmosferycznym. Albo: dlaczego jakieś hipopotamy atakują antylopy gnu, kiedy te przeprawiają się przez jedną z rzek w Afryce. „Odkąd jestem przykuta do łóżka, mogę się przekonać, jak barwny jest świat na zewnątrz”, powtarzała mi kilkakrotnie. Tylko jeden jedyny raz zdobyłam się na uwagę: „Przecież nigdy nie chciałaś podróżować”, ale ona przerwała mi w pół zdania: „I kto to mówi! Ty z twoim Reinholdem też byłaś jedynie w Hiszpanii i Turcji! Równie dobrze mogłaś w ogóle nie wychodzić z domu”.

Wrzuciłam przepocone rzeczy do pralki i wypiłam, tak jak mi przykazała Jasmin, pół litra wody, szykując jednocześnie kolację dla matki. Właśnie chciałam zapukać do jej drzwi, kiedy dobiegł mnie z sypialni jakiś dziwny odgłos.

– Mamusiu! – zawołałam. – Wszystko w porządku? Przyniosłam ci kanapki z wątrobianką i ogórkiem. Wchodzę.

Zwykle po takiej zapowiedzi burczała, że niepotrzebnie urządzam tu cyrk. Ja jednak uważam, że nie wypada tak po prostu ładować się do czyjegoś pokoju. Zresztą ona sama pilnowała zawsze, abym zamykała drzwi do jej sypialni.

Znowu rozległ się ten dźwięk, zdecydowanie cichszy niż głos z telewizora. Byłam jednak niemal pewna, że usłyszałam jęk „O mój Boże!”.

Pewnie jeszcze jeden z tych filmów o Afryce. Faktycznie można przy nich napocić się ze strachu, pomyślałam i zdecydowanym ruchem otworzyłam drzwi. Matka, z szeroko otwartymi oczami i ręką przyciśniętą do serca, wpatrywała się w ekran telewizora. Stanęłam bezradnie ze swoimi kanapkami z wątrobianką.

– Mamusiu?

I niemal natychmiast zrozumiałam: to atak serca. Przede wszystkim (taka już jestem porządnisia) postanowiłam odstawić tacę z kanapkami na telewizor, ale panika, która narastała we mnie z każdą chwilą, sprawiła, że zrobiłam to zbyt nerwowo i niezdarnie. Taca z łoskotem spadła na podłogę.

Czym prędzej wyłączyłam grzmiący głośno telewizor i rzuciłam przy tym wzrokiem na ekran, zdążyłam jeszcze dostrzec siwowłosą misjonarkę w otoczeniu jej czarnych podopiecznych.

Dwa tygodnie później wpatrywałam się w otwór wykopany pośrodku sztucznej, nienaturalnie zielonej murawy. Pracownik zakładu pogrzebowego trzymał srebrne naczynie, które przypominało wyglądem szybkowar bez uchwytów; nieco wcześniej, gdy prezentowano mi je w zakładzie, sprawiało wrażenie bardziej ceremonialnego. Urnę umieszczono w ziemi. Ponieważ mama nie chciała, aby jakiś pastor, który w ogóle jej nie znał, wygłaszał o niej mowę, ktoś z zakładu pogrzebowego wyrecytował stosowny wiersz. A moja dusza rozpostarła szeroko skrzydła, jakby pragnęła ulecieć stąd jak najdalej. Lub coś w tym stylu.

Nie potrafiłam płakać. Nie odczuwałam nawet takiego prawdziwego smutku. Zamiast tego nadal łamałam sobie głowę nad pytaniem Jasmin: Czego ty chcesz, mamo?

Ile jeszcze pozostało mi lat, zanim i ja znajdę się w takiej urnie? To akurat wiedziałam dokładnie; umiejętność udzielenia odpowiedzi na takie pytanie należała przecież do moich obowiązków zawodowych. Ile jeszcze lat? Według najbardziej optymistycznych danych statystycznych 31,4. W takim samym wieku urodziłam Jasmin. Od tamtej pory upłynęły jeszcze dwa dziesięciolecia, a właściwie przeleciały jak z bicza trzasł. Powiadają, że im człowiek starszy, tym szybciej przemija mu czas. Ja jednak nie miałam wrażenia, że to prawda. Odkąd pracodawca pozbawił mnie pracy, dni zdawały się wlec bez końca.

Jeszcze przez 31,4 roku ziemniaczane purée? na samą myśl o takiej perspektywie wzdrygnęłam się tak gwałtownie, że Jasmin, zatroskana, chwyciła mnie za rękę.

– Na swój sposób kochałaś babcię, nie? – Pogłaskała mnie po plecach. – Ja też.

Spojrzałam na nią z ukosa.

– No, zgoda, nie zawsze, ale jednak. Babcia była już taka, a nie inna – przyznała Jasmin. Może przypomniała sobie właśnie jeden z policzków wymierzonych jej przez moją mamę.

Wszyscy zaczęli ściskać mi dłoń i wtedy jednak się rozpłakałam. Nie mogłam jakoś pozbyć się wrażenia, że składano mi kondolencje z powodu śmierci nie tyle mojej matki, ile raczej mnie samej. I w jakimś sensie mieli ku temu powody. To stało się ze mną już wiele miesięcy temu. Same średniego znaczenia zgony. Najpierw sprawa z Reinholdem. Potem z moją pracą. Dobrze przynajmniej, że Reinhold nie przyprowadził swojej nowej. Wprawdzie widok jej powiększonego brzucha nie wpędziłby mnie do grobu, ale w pewnych sprawach należy jednak zachować stosowny umiar.

W ogóle życie bywa niesprawiedliwe. Mężczyźni w wieku pięćdziesięciu czterech lat zakładają nowe rodziny. A ja nie poszłam nawet powtórnie na ćwiczenia. Po tamtej pierwszej próbie nie mogłam się ruszać prawie przez tydzień. Powłóczyłam nogami jak jakaś stara babcia. Sąsiedzi przypuszczali, że to reakcja na śmierć matki. W końcu, zamiast pójść do salonu fitness, upiekłam tort czekoladowy, ale przezornie zataiłam to przed Jasmin. Taki już ze mnie łasuch, po prostu ćpunka na kalorie. To jedyna przyjemność, na jaką sobie pozwalam.

– Bardzo mi przykro z powodu twojej mamy – powiedział Reinhold, ujmując moją dłoń.

Kiwnęłam głową i wolną ręką otarłam sobie łzy. Musiałam przyznać w duchu, że w ciągu ostatnich sześciu miesięcy Reinhold odmłodniał. Ubyło mu co najmniej dziesięć lat, wyraźnie też zeszczuplał.

– Jasmin powiedziała, że babcia zmarła w łóżku, oglądając telewizję. To mimo wszystko piękna śmierć, jeśli mogę się tak wyrazić. Zwłaszcza że było to coś o Afryce. Jakiś film?

– Przyznaj się, Reinhold, czy i ty uczęszczasz na fitness?

Spojrzał na mnie takim wzrokiem, jakby obawiał się, że zwariowałam, ale mruknął:

– Wszyscy teraz to robią.

Zerknęłam na Jasmin.

– Czyżbyś…

Wzruszyła ramionami.

– Tata uznał, że moje pośrednictwo jest okay.

– Jej prowizję uważam za wypłacane pośrednio kieszonkowe – zauważył Reinhold. – Wkrótce zamieszka razem ze Svenem…

– Z Feliksem, tato. Ze Svenem rozstałam się już ponad rok temu!

– …właśnie, z Feliksem, trzeba więc dorzucić się im do czynszu. A przy okazji, wiesz, termin naszej rozprawy przypada na przyszły tydzień. Wiki, musimy spokojnie omówić całą sprawę. Przygotować się do zmiany sytuacji.

Rozluźnił nieco krawat pod szyją. To jakiś cud, że go w ogóle założył. Moja matka dała mu go w prezencie, kiedy wybieraliśmy się do opery. Ile to już lat minęło? Jasmin zaczynała wtedy uczęszczać do szkoły. O mój Boże!

– Ten krawat nie pasuje do ciebie, tato. Skąd go wytrzasnąłeś? – zapytała Jasmin.

– Nicole też mówi, że jest nieładny. Ale pomyślałem sobie, że zrobię to dla babci i założę go ten jeden raz. – Wysunął krawat spod kołnierza koszuli.

– Nie pasuje w ogóle do twojego stylu, tato – orzekła Jasmin i wyjęła mu krawat z ręki. Byłam pewna, że wrzuci go do otwartego jeszcze grobu, ale nie. Wstrzymała się z tym przez chwilę, dopóki nie podeszliśmy do kosza na śmieci.

– Tworzymy naprawdę niewielką rodzinę. Jakoś nie przyszło mi to dotąd na myśl.

Tak brzmiała, nazwijmy to, przemowa Jasmin na zorganizowanej stypie. Siedzieliśmy we troje we włoskiej restauracji, do której w lepszych czasach wpadaliśmy niekiedy na niedzielny obiad.

– Eksrodzinę – sprostowałam.

Jasmin spuściła oczy.

– Przykro mi, że teraz i ja się wyprowadzę. Biedna mama.

Kiedy ona i Feliks zdecydowali się zamieszkać razem, moja matka jeszcze żyła. Jeśli o mnie chodzi, nie miałam wtedy żadnych obiekcji. Wręcz przeciwnie: poręczyłam nawet za nich oboje finansowo, kiedy załatwiali formalności związane z opłacaniem czynszu. Uznałam, że postępują słusznie, podejmując próbę obrania własnej wspólnej drogi życiowej. Szkoda, że Reinhold i ja nie zdobyliśmy się na taki krok, zawierając związek małżeński. Tylko że ja nie chciałam zostawić matki samej w tym wielkim domu. Błąd, jeden z wielu, jakie popełniłam. A konsekwencje swoich błędów odczuwam do dziś.

– Zamierzasz mieszkać tu teraz sama? – zapytał Reinhold.

– Możesz przecież wprowadzić się z Nicole. Przynajmniej byłoby tu znowu dziecko. – Nie cierpiałam mego sarkazmu, ale zdarzają się momenty, gdy nie można już inaczej.

Reinhold zdobył się na wymuszony uśmiech, a Jasmin wystąpiła w roli rozjemcy:

– Błagam, tylko bez kłótni!

W milczeniu wpatrywaliśmy się w swoje miniaturowe filiżanki z espresso.

– Czy adwokat skontaktował się z tobą ponownie? – zapytał wreszcie Reinhold, przechodząc w końcu do właściwego tematu.

– Powiedziałam mu, że się zgadzam. Ta rozprawa w przyszłym tygodniu to już tylko formalność. – Moje słowa zabrzmiały jak rutynowa formułka przy finalizowaniu jakiejś umowy. Ale w tym konkretnym wypadku mówiłam o tym, że dwudziestoczteroletni okres naszego małżeństwa – innymi słowy: prawie pięćdziesiąt procent mojego życia – został uznany za niewart tego, by miano zadbać o jego kontynuację. Niestety, brak mi tej typowej dla Jasmin łatwości w rozstawaniu się z czymś, co przestało satysfakcjonować. Dobrze chociaż, że zdołałam przyjąć ten werdykt ze stoickim spokojem. Taką przynajmniej miałam nadzieję.

Kiedy szłam z Jasmin do auta, zapytała:

– A teraz powiedz z ręką na sercu, mamo: naprawdę chcesz mieszkać tam sama? Ten dom będzie dla ciebie za duży! – Usiadła na fotelu pasażera, swoim zwyczajem z hukiem zatrzasnęła drzwi. – Zresztą nigdy nie był ładny. Sprzedaj go i znajdź sobie coś nowego. Dostałaś przecież odprawę.

Kwota będąca dość skromnym pocieszeniem za moją utraconą pracę spoczywała na koncie w banku. Ta nędznie oprocentowana lokata psuła mi humor, ilekroć o niej pomyślałam. Jednak z drugiej strony zawsze to jakieś zabezpieczenie na czarną godzinę, jak to się mówi.

– Mam powiedzieć szczerze? To nadaje się tylko do rozbiórki!

Odprowadziłam agenta nieruchomości do wyjścia. Następny wjechał swoim wozem terenowym za bramę, przez pięć minut rozglądał się na wszystkie strony i w końcu orzekł:

– Działka jest nawet niezła, lokalizacja też niczego sobie. Ale substancja budowlana jest w beznadziejnym stanie.

Trzeci agent okazał się korpulentnym facetem, a co za tym idzie, osobą w moim wieku. Obejrzał dom niezwykle skrupulatnie, zasapany wydostał się nawet po drabince teleskopowej na dach, potem w piwnicy uderzył się w głowę o rurę grzewczą i wreszcie oświadczył życzliwie:

– Dom wymaga kapitalnego remontu: dachu, okien, systemu ogrzewania i całej piwnicy. Koszty takiego remontu przekroczyłyby wartość posesji. Jeśli zdecyduje się pani na samodzielną rozbiórkę, uzyska wyższą cenę sprzedaży. – Na jego twarzy zarysował się odcień współczucia. – Na rynku aktualnie aż się roi od takich obiektów jak ten. Pani matka należała do pokolenia, które nade wszystko preferowało oszczędność. Niestety, nie tam, gdzie byłaby ona uzasadniona. – Zabrzmiało to tak, jakby facet naprawdę wiedział, o czym mówi.

Pokaż mi, jak mieszkasz, a powiem ci, kim jesteś. Zgodnie z tym powiedzeniem byłam wymagającym potężnego remontu obiektem z wyposażeniem niezasługującym na większą uwagę.

Zrezygnowana snułam się po domu. Co powinnam wziąć ze sobą w razie przeprowadzki? Po długich wahaniach pozostały mi w rękach jedynie fotografie Jasmin osadzone w srebrnych ramkach. Bilans naprawdę wstrząsający. No cóż, to w tym domu wyrosła ona na człowieka, który potrafi dojść z otaczającym go światem do ładu. I nic dziwnego, że zdecydowała się studiować projektowanie wnętrz; to przecież logiczne. Chcieć przekształcić świat w miejsce bardziej przyjazne dla oka – gdzie, jeśli nie tutaj, można dojrzeć do podjęcia takiej decyzji?

A ja? Zajmowałam się wyliczeniami dotyczącymi ubezpieczeń na życie, zamiast zadbać o jakość własnego życia. A w końcu zostałam zastąpiona przez program komputerowy, w który sama przecież wklepałam wszystkie dane. Genialna strategia! Sama uczyniłam z siebie zbędną siłę roboczą. Podobnie ma się sprawa z tym domem: mieszkaliśmy w nim tak długo, aż w końcu przestał się nadawać do zamieszkania. No, może nie jest aż tak źle, ale byłam już na tyle podminowana, że najchętniej wysadziłabym tę ruderę w powietrze.

W tym momencie zadzwonił telefon.

– Masz dziś czas na wizytę w naszej siłowni? – zapytała Jasmin. – Tym razem ja sama będę ćwiczyła z tobą. Zgoda?

Nieco później stałyśmy obok siebie na bieżniach treningowych. Dla mnie stopień pierwszy, dla niej dziesiąty. W ramach rozgrzewki. Na wyświetlaczu czerwone cyferki z lewej strony wykazywały częstość uderzeń mego serca, a te po prawej liczbę spalonych kalorii. Początkowo zerkałam z ciekawości na wyświetlacz bieżni, na której rozgrzewała się Jasmin, ale szybko dałam sobie z tym spokój i w zamian zaczęłam obserwować inne ofiary, które z wykrzywionymi z wysiłku twarzami wykonywały ćwiczenia mogące przywodzić na myśl tortury stosowane w średniowieczu. Ten salon wydał mi się symbolem mojej własnej egzystencji: bezsensowna męczarnia. Co gorsza, zaledwie sześćdziesiąt spalonych kilokalorii.

Jasmin obdarzyła mnie zachęcającym uśmiechem oraz sugestią, abym ustawiła następny stopień prędkości biegu.

– Chcesz, żebym wyzionęła ducha?

– Co mówisz?

Dopiero teraz zauważyłam w jej uszach słuchawki od ipoda.

Machnęłam ręką i kontynuowałam swój bieg. Sześćdziesiąt cztery kilokalorie.

Doszłam już do siedemdziesięciu dwóch kalorii, kiedy mój były osobisty trener Daniel przyprowadził na sąsiednią, wolną bieżnię nowego delikwenta. Okiem świeżo upieczonego bywalca siłowni oceniłam jego brzuch i ramiona, po czym uznałam, że kozioł ofiarny Daniela naprawdę potrzebuje pilnie wizyt w tutejszym klubie. Wyglądał mniej więcej na mego rówieśnika.

– Cześć, Wiktorio, wszystko okay? Hej, idzie ci super!

Wysiliłam się na grymas uśmiechu. Tak, tak, grunt to myśleć pozytywnie. Siedemdziesiąt dziewięć kalorii. Przełączyłam na czwarty stopień. Według wyświetlacza tempo mojego biegu wynosiło teraz trzy i pół kilometra na godzinę. Sapałam głośno. Kiedy po raz ostatni zdobyłam się na tak duży wysiłek?

– Na początek utrzymuj bardzo spokojne tempo, Moryc. Twoje ciało musi się oswoić z nowym wyzwaniem – pouczył swoją ofiarę Daniel, po czym zostawił go samego. Moryc rozkręcał się z takim samym trudem jak ja, rozpierała go jednak ambicja; świadczyło o tym piknięcie, z jakim przełączył bieżnię na wyższy stopień. Ja również zwiększyłam tempo: cztery i pół kilometra na godzinę. Potem znowu on i znowu ja. Oboje dyszeliśmy teraz coraz głośniej. Nieoczekiwanie nasze spojrzenia się spotkały i z wrażenia nieomal wstrzymałam oddech.

A on już witał się ze mną.

– Och, pani Sommerberg, a zatem i pani…

Ścigałam się więc przed chwilą z moim zaufanym księgarzem! W siłowni! Jak on się właściwie nazywa? Miejsce jego pracy, gdzie od wielu, wielu lat zaopatrywałam się w książki, nosiło nazwę Księgarnia Mayera. To może oznaczać, że on nazywa się Mayer.

– Witam, panie… – Na resztę zabrakło mi już tchu. Nieważne, on przecież i beze mnie wie, jak brzmi jego nazwisko.

Ten człowiek na bieżni treningowej, ćwiczący obok mnie, znał całe moje życie. Nie to, co się w nim działo, lecz, że tak powiem, widział zawsze same nagłówki.

„Jakieś romanse? Takie bardziej ambitne?”.

„Poradniki dla młodych mam? Och, mam tu mnóstwo tego typu pozycji. Pokażę pani te najbardziej zaufanych autorów…”.

„Miewa pani problemy z szefem? Hmm… Szuka pani czegoś, żeby się pośmiać, czy książki, która wyjaśni, dlaczego on jest taki, a nie inny?”.

„Zgadza się, małżeństwo to nieraz istna katorga. Mam tu na ten temat coś bardzo mądrego, a mimo to dość zabawnego…”.

„Prawo wypowiedzenia? Mamy tu doskonałe poradniki, napisane niezwykle przystępnie. Po tej lekturze adwokat będzie zbędny. O, proszę popatrzeć”.

„Prawo rozwodowe? O mój Boże, ale…”.

Potem nie wstępowałam już do księgarni Mayera. Co jeszcze mogłoby mi wtedy pomóc? Powieści o miłości? Ten temat przestał dla mnie istnieć. Postanowiłam, że odtąd już żaden mężczyzna nie przekroczy progu mego domu.

Ale właściwie jakiego domu?

Opuściłam wzrok na swoje nogi, które jakby samoistnie poruszały się w oszałamiającym jak na moje możliwości tempie, a mimo to dreptały w miejscu. Co ja tu w ogóle robię? Wcisnęłam przycisk „stop”, taśma zatrzymała się gwałtownie, a impet rzucił mnie na ramę z konsolą, po czym stoczyłam się na podłogę.

Usłyszałam okrzyk pana Mayera: „O Boże, pani…!” – a potem niemiły dla ucha łoskot i na podłodze niedaleko mnie wylądował pan Mayer. Jasmin bez trudu zredukowała tempo ze stu do zera.

– Mamo, uderzyłaś się? Mówiłam ci przecież, że jeśli chcesz zatrzymać taśmę, musisz najpierw zwolnić! Nie ruszaj się, zaraz przeniesiemy cię na matę. Ty też – dodała, patrząc na pana Mayera, który sprawiał wrażenie, jakby nie był w stanie dojść do siebie.

Jak się okazało, dla kogoś, kto zachowuje się tak głupio jak ja, siłownia pełna osiłków nie jest najgorszym miejscem. Ci panowie mogli przynajmniej udowodnić niezwłocznie, jak przydatne może być wyciskanie ciężarów. Jakiś atleta podniósł mnie jak piórko i skierował się pod ścianę, kilka metrów dalej, gdzie ułożył mnie ostrożnie na macie. Pana Mayera potraktowano już z mniejszą atencją. Po prostu ujęto go za nogi i ramiona, a potem ułożono obok mnie. Popatrzyliśmy na siebie – i jednocześnie parsknęliśmy śmiechem.

– Jesteśmy jak te spady z drzew – uznał.

– Jak robaczywe spady – uzupełniłam jego ocenę.

– Może nadawalibyśmy się chociaż na marmoladę – zasugerował.

– W najlepszym razie – powiedziałam. Zaśmiewaliśmy się do łez.

– No, jak widzę, świetnie się oboje bawicie – rozległ się nad nami głos Jasmin. Wydała mi się nagle niezwykle dorosła. A ja sobie niezwykle dziecinna.

Jakiś facet w sportowym kostiumie ukląkł obok i począł mnie obmacywać.

– Boli tutaj? A tu? Możesz zgiąć rękę?

– To Andy, studiuje medycynę – wyjaśniła Jasmin.

Wreszcie Andy doszedł do przekonania, że nie złamałam sobie niczego i zajął się panem Mayerem. Okazało się, że również mój zaufany księgarz nie zrobił sobie nic złego i przyszły lekarz zalecił nam tylko pozostać na matach i nie ruszać się przynajmniej przez godzinę

– Przyniosę wam jakiś napój energetyczny – zaproponowała Jasmin i oddaliła się szybkim krokiem.

cała sytuacja wydała mi się teraz mimo wszystko niezręczna. Poczułam się nieswojo. Skierowałam wzrok na sufit, nie śmiałam już nawet zerknąć na pana Mayera.

– Dlaczego właściwie zatrzymała pani bieżnię tak raptownie? – zapytał nagle.

– Nie mam pojęcia. A pan?

– Nie mogłem przecież ćwiczyć dalej jakby nigdy nic, widząc, co się stało.

– To miłe z pana strony.

– I dość niemądre.

– Nie sądzę. na pana miejscu uczyniłabym to samo.

– Naprawdę?

– Jasne, zawsze łatwiej znosić cierpienie we dwoje – odparłam.

Uśmiechnął się, najwyraźniej zakłopotany. Ciekawe, czy już przedtem uśmiechał się do mnie w ten sposób… Ale do tej pory był dla mnie po prostu księgarzem. A kto zważa na uśmiechy swojego księgarza?

– Jestem głodny jak wilk! Pani też? – zapytał pan Mayer, kiedy wyszliśmy na ulicę pogrążoną już w mroku nocy.

– Nie gniewaj się, mamo, jestem umówiona z Feliksem. Ale wy możecie iść coś przekąsić. – Jasmin cmoknęła mnie w policzek. – Nie masz wprawdzie wstrząsu mózgu, mimo to uważaj na siebie. Cześć, Moryc! – Po tych słowach moja córka pobiegła w stronę stacji metra, a mnie nie pozostało nic innego, jak tylko bezradnie odprowadzić ją wzrokiem.

Pan Mayer odchrząknął.

– Pani córka to bardzo bezpośrednia młoda kobieta. Ale w pewnym sensie ma rację. Tu za rogiem jest taka mała tajska knajpka. Podają tam smaczne i lekkostrawne potrawy.

– Dania dla seniorów? – zażartowałam.

– Nie jest jeszcze z nami tak źle. Wypadliśmy jedynie trochę z formy.

– Z jakiej formy?

– To tylko takie powiedzenie. – Opuścił wzrok.

– Rozumiem. Więc dobrze, chodźmy do tej knajpki. Czy tam jada się pałeczkami? W takim razie umrę nad tym talerzem z głodu.

– Nie była pani jeszcze nigdy w tajskiej restauracji? Dużo pani straciła!

Miał rację! Pierożki wiosenne w papierze ryżowym były wyśmienite, podobnie jak krewetki z ryżem. I jeszcze białe wino, które rozwiązało mi język, najwyraźniej wyczekujący niecierpliwie, kiedy w końcu będzie się mógł rozgadać na temat kryzysu, w jakim się znalazłam.

– Powinna pani zostawić to dotychczasowe życie za sobą i zacząć wreszcie nowe! – zawołał Moryc.

– Mówi pan tak, jakby to było takie proste jak w książkach, które stoją w pańskiej księgarni.

– Przynajmniej musi pani chcieć rozpocząć nowe życie, pani Sommerberg. – Zastanowił się przez chwilę. – Przyszło mi właśnie coś do głowy – mruknął. – W moim domu zwolniło się akurat jedno z mieszkań. Może ono by pani odpowiadało.

– A gdzie to jest? – Moja apatia ulotniła się w mgnieniu oka. Sprawy naprawdę nabrały tempa.

– Przecież pani wie. Na parterze tego domu znajduje się moja księgarnia.

– A skąd pan wie, że mogłabym zdobyć to mieszkanie?

– Bo jestem właścicielem tego domu. Odziedziczyłem go po matce. Gdyby nie to, nie mógłbym sobie pozwolić na księgarnię. – Machinalnie obracał kieliszkiem w dłoni. – Szczerze mówiąc, nie mógłbym wyżyć ze sprzedaży książek. Dziś to dla mnie raczej w znacznie większym stopniu pasja i hobby niż działalność zawodowa. Wszystko przez handel internetowy! To on takim jak ja odbiera klientów. – Mrugnął do mnie. – Pani też nie widziałem już dawno u siebie.

– Nie robiłam jeszcze żadnych zakupów przez internet. Nawet nie mamy internetu. Jasmin uważa, że wiodę życie jak w epoce kamienia łupanego.

– Nie miałbym nic przeciw temu, aby jeszcze więcej ludzi żyło jak w tamtej epoce…

– Ale wtedy miałby pan nie lada problem, panie Mayer.

– Jakiż to? – Przez moment myślał intensywnie, a potem klepnął się dłonią w czoło i parsknął śmiechem. – Rzeczywiście, przecież wtedy nie było księgarzy.

– Ani agentek ubezpieczeniowych – przyznałam mu słuszność.

– Jesteśmy chyba naprawdę nieprzystosowani do życia. W epoce kamienia łupanego bylibyśmy skazani na śmierć głodową. A zatem korzystajmy z tego, co oferuje nam dzień dzisiejszy. Ma pani ochotę obejrzeć jutro to mieszkanie? Około południa zamykam sklep, o tej porze i tak nie zjawia się nikt z tej garstki klientów, których w ciągu całego dnia mógłbym zliczyć na palcach jednej ręki.

Otworzyłam właśnie drzwi do domu, kiedy zatelefonowała Jasmin.

– Jak u ciebie z głową, mamo? Nie masz zawrotów, może mdłości?

W pierwszej chwili nie zorientowałam się w ogóle, o co jej chodzi. Czułam się wspaniale. Po raz pierwszy od wielu miesięcy.

– No, po tym upadku.

– Ach, to… Wszystko w porządku. Wyobraź sobie, pan Mayer zaproponował mi mieszkanie! Jutro idę je obejrzeć.

– Co za pan Mayer?

– No, nasz księgarz. Ten, który tak jak ja spadł z bieżni.

– Nigdy nie rozpoznałabym w Morycu naszego księgarza – mruknęła Jasmin.

– Prawdę mówiąc, ja też nie – przyznałam.

– Co o nim sądzisz?

Podchwytliwe pytanie. Co miałam odpowiedzieć?

– Nie mam pojęcia, skarbie.

– Och, mamo!

– Dobranoc. To miłe z twojej strony, że zadzwoniłaś.

Podczas całej naszej rozmowy wyprowadzała mnie z równowagi migająca nieustannie kontrolka poczty głosowej. Okazało się, że to ten trzeci agent nieruchomości, korpulentny facet w moim wieku.

– Pani Sommerberg, sądzę, że znalazłem korzystne dla pani rozwiązanie. Czy mógłbym wpaść jutro przed południem razem z zainteresowanym klientem?

Następnego dnia w południe pojawiłam się w sklepie Mayera. Księgarnia wydała mi się teraz nieco mniejsza od tej zachowanej w pamięci. No cóż, rzeczywiście dawno mnie tu nie było. Z trudem rozpoznałam też pana Mayera. To znaczy, właściwie rozpoznałam go bez trudu jako faceta, który od kilkudziesięciu lat sprzedawał mi książki. Można by rzec, mężczyzna w nieokreślonym wieku, w zwykłym niepozornym ubraniu – koszuli w prążki i pulowerze z jagnięcej wełny. Odniosłam wrażenie, że to nie ten sam człowiek, który śmiał się wesoło, leżąc na macie obok mnie, i radził, abym dała sobie spokój z dotychczasowym życiem. Gdy jednak podszedł do mnie uśmiechnięty, z wyciągniętą przyjaźnie ręką i powiedział: „Widać po pani, że miała bardzo udany poranek!” – stał się natychmiast ponownie tym samym człowiekiem, z którym spędziłam wczoraj miły wieczór.

– Istotnie miałam przyjemny poranek – odparłam. – Sprzedałam swój dom na dziewięćdziesiąt procent. Za dwa tygodnie mam spotkanie z notariuszem.

Pan Mayer zdjął okulary i spojrzał na mnie zaskoczony.

– Wielkie nieba! Jak się pani udało załatwić to tak ekspresowo?

– Jeden z agentów nieruchomości, którzy oglądali dom, ma syna. A ten jest szefem przedsiębiorstwa budowlanego, które stawia gotowe domy, takie bliźniaki dla młodych rodzin. I moja posesja bardzo mu się spodobała.

– A dom?

– Dom zostanie rozebrany. I to dość szybko.

– Ale przecież to pani dom rodzinny! Nie będzie pani przykro?

– Nie miałam jeszcze czasu pomyśleć o tym w ten sposób.

– Napije się pani espresso? Albo latte macchiato?

– Oferuje pan jeszcze i to? – wyrwało mi się mimo woli.

Zaprowadził mnie w głąb pomieszczenia, gdzie stały cztery krzesła, stolik kawiarniany i ekspres do kawy. Nic takiego, co mogłoby konkurować z imponującym wystrojem wielkich sieci księgarń, ale za to ten kącik urzekał klimatem kameralności.

– Miło tu. Ale urządził pan to chyba dość niedawno, nieprawdaż? – zapytałam, patrząc, jak przyrządza dla mnie latte macchiato.

– Jeśli ten sklep ma się utrzymać na rynku, muszę iść z duchem czasu i zwabić czymś klientów. Kącik kawiarniany to dopiero pierwszy krok. Oczywiście odbywa się to, niestety, kosztem asortymentu, bo w tej sytuacji nie mogę mieć tyle książek na składzie co dawniej. Na tym właśnie polega dylemat. Dopóki jeszcze żyła moja matka, sprawa w ogóle nie podlegała dyskusji. Wprawdzie zdawałem sobie sprawę, że pewne zmiany są niezbędne, ale matka nawet nie chciała o nich słyszeć.

– Skąd ja to znam! – mruknęłam. Widziałam jego tęskny wzrok, jakim wodził po pełnych półkach, z których najwyższa była dostępna wyłącznie z drabiny. Na tle tej masy książek on sam wydał mi się nagle jakiś przegrany. Tak jakby przeszłość pokonała go i przerosła. – Przykro mi z powodu pana matki – powiedziałam.

– Minęły już trzy lata. I właśnie w tym czasie rynek księgarski uległ gwałtownej przemianie. Odczułem to dotkliwie, zwłaszcza że czterysta metrów dalej otwarto salon nowej sieci księgarskiej. Oferują tam same bestsellery, zbierając oczywiście całą śmietankę. Również dlatego musiałem zmniejszyć powierzchnię handlową mojej księgarni. Widziała pani? Jedną część wydzierżawiłem na sklep z akcesoriami do telefonów. I proszę sobie wyobrazić, że oni płacą wyższy czynsz, niż wynoszą obroty mojej księgarni.

Postawił na marmurowej ladzie filiżankę z naprawdę nieźle prezentującą się latte macchiato i westchnął.

– Ale mój pomysł z kawą to niewypał. Klienci wchodzą, udają, że poszukują jakiejś książki, wypijają kawę i wychodzą, rezygnując z zakupu.

– Bo powinien pan iść w ślady tych kawiarni, w których prowadzi się sprzedaż wiązaną: kawa z książką. Jeszcze lepsza byłaby herbaciarnia z książką. Książka komponuje się lepiej z herbatą. – Powiedziałam to jako żart.

Ale pan Mayer spojrzał na mnie takim wzrokiem, że natychmiast odeszła mnie ochota do żartów.

– Naturalnie, o to właśnie chodzi! I tym powinniśmy się zająć!

Nie od razu zrozumiałam, o co mu chodzi.

– Co pan ma na myśli, mówiąc „my”?

– No… przecież sama pani powiedziała, że szuka dla siebie nowych zadań.

Ja w księgarni? Czy znałam się w ogóle na książkach? Kiedy ostatnio sprzątałam w domu, znalazłam ich tylko tyle, że mogłabym wypełnić nimi nie więcej niż dwie skrzynie. A większość to poradniki kulinarne, z których przepisów i tak nigdy nie korzystałam, bo mama nie uznawała żadnych nowości i eksperymentów.

– Chyba nie mówi pan poważnie?!

– Auu! – Jęknął cicho, pocierając podbródek ze śladem otarcia. – Boli. To pozostałość po wczorajszym. Ale wie pani, to dobrze, że boli, tak uważam. Wcisnęła pani spontanicznie przycisk „stop”, nieważne dlaczego. W naszym wieku zazwyczaj cierpimy właśnie na brak takiej spontaniczności. Najczęściej brniemy bez końca utartym szlakiem, co w praktyce oznacza dreptanie w miejscu. Tak chyba nie powinno być, nie sądzi pani?

– Ale przez tę spontaniczność niemal rozbiliśmy sobie nosy!

– Temu, kto lubi eksperymentować, zdarza się czasem popełnić jakiś błąd. Za to ten, kto trzyma się uporczywie raz obranej drogi, będzie stale powtarzał te same błędy.

Powiodłam wzrokiem po całym pomieszczeniu i nieoczekiwanie zaczęłam widzieć księgarnię Mayera w innym świetle.

– Ile tu książek! A co pan robi z egzemplarzami, dla których brakuje miejsca? – zapytałam.

– Wystawiam je do sprzedaży w internecie.

– Myślałam, że nie uznaje pan internetu.

– Tak też jest, ale tylko gdy utrudnia mi interesy. – Uśmiechnął się szelmowsko. – Proszę zajrzeć w tamten kąt.

Obok komputera dostrzegłam stos spakowanych książek.

– Przez internet sprzedałem już dziś więcej książek niż w sklepie. Wieczorem muszę zanieść je na pocztę i powysyłać. Wracając do sprawy: jestem gotów. A pani? Opracujemy plan?

– Obecnie, panie Mayer, mówi się w takich wypadkach: zbadamy rynek.

– Tylko wtedy, gdy do sfinansowania projektu potrzebne są banki. A my uporamy się z tym sami. Jak dobrze zna się pani na herbacie?

– No cóż… lubię herbatę. Piję rooibos, bo zawiera sporo magnezu, często dodaję trochę cynamonu, aby się rozgrzać, bo łatwo marznę. Korzystne działanie ma też herbata zielona i… i… oczywiście czarna… – Dałam za wygraną. – Myślę, że znam się na herbacie nie lepiej niż na książkach. – Nagle poczułam się ponownie kimś bardzo miernym, bez znaczenia. – Wie pan… zapomnijmy o całej sprawie. Jestem tylko byłą agentką ubezpieczeniową, która przeszacowała nawet samą siebie. A w ogóle dlaczego nie zaproponuje pan tego zajęcia swojej żonie?

Wreszcie wyrzuciłam to z siebie. Wydawało mi się nieprawdopodobne, aby pan Mayer nie był żonaty co najmniej od dwudziestu lat.

– Albo dzieciom? – dorzuciłam na wszelki wypadek.

Uśmiechnął się niewyraźnie.

– Nigdy nie byłem żonaty.

– Ale przecież wygląda pan… tylko proszę, bez urazy… na żonkosia.

– Bo też jestem w trwałym związku, ze sklepem.

Spłonął rumieńcem! Nie mogłam w to uwierzyć: mężczyzna w jego wieku… około pięćdziesiątki… a jeszcze potrafi się czerwienić!

– Moja matka potrafiła wypłoszyć każdą kobietę – wyjaśnił. – A z drugiej strony, no cóż… trzeba przyznać, że taki prawdziwy mól książkowy jak ja zazwyczaj nie bywa sexy.

Temu akurat nie mogłam zaprzeczyć.

– Widywałam pana zawsze tylko w tej koszuli i w tej kamizelce. Najwyższy czas na jakąś zmianę. Wie pan przecież: jak cię widzą, tak cię piszą – próbowałam go pocieszyć.

– Mam dwadzieścia dwie podobne kamizelki i tyleż koszul w prążki. Prezenty od matki. Dostawałem je co roku na Boże Narodzenie i na urodziny.

– W takim razie, sądząc po liczbie prezentów, powinien pan mieć teraz dopiero jedenaście lat.

Roześmieliśmy się oboje.

– Kilka kamizelek i koszul musiałem wyrzucić, bo były za ciasne.

I znowu wziął nas śmiech.

– Niech pan odda resztę na zbiórkę odzieży!

– A w co sam się wtedy ubiorę? – zapytał już całkiem poważnie.

– Wczoraj wieczorem nosił pan ładną koszulkę polo i całkiem niezłe dżinsy.

– Ach! Naprawdę zwróciła pani na to uwagę? Włożyłem je wczoraj po raz pierwszy. To okazyjny zakup. – Wyprostował się. – Teraz zacząłem chodzić na siłownię, a zatem takie koszulki powinny leżeć na mnie lepiej.

– Naprawdę będzie pan tam ćwiczył?

– A pani nie? Moglibyśmy chodzić do klubu razem. – Znowu się zarumienił. – To znaczy, jeśli nie ma pani nic przeciw temu, pani Sommerberg.

– Wie pan, dlaczego wcisnęłam wtedy przycisk „stop”? Bo poczułam się w pewnej chwili jak chomik na kołowrotku. Miałam wrażenie, że to coś jakby…

– Jakby symbol pani trybu życia?

– O właśnie!

– Można też pojeździć na rowerze, tak dla ruchu.

– Muszę opróżnić swój dom. I już dzięki temu spalę dość kalorii.

– Och, byłbym zapomniał! Ależ ze mnie gaduła! Ja tu opowiadam o swoim sklepie, a pani przyszła przecież obejrzeć mieszkanie. Idziemy?

Mieszkanie było wspaniałe. Trzy pokoje, dużo światła, świeżo odnowione, gotowe do zamieszkania. I do tego na trzecim piętrze. To dobre na odchudzanie, gdy będę wchodzić na górę, pomyślałam, kiedy zabrakło mi tchu. Poprosiłam o czas do namysłu, nie lubię pośpiechu w podejmowaniu decyzji. Zwłaszcza w tak ważnej sprawie. Od niepamiętnych czasów mieszkałam w tym samym domu rodzinnym, nigdy w kilkupiętrowej kamienicy. Z pracy w ogródku mogłam ostatecznie zrezygnować, tym bardziej że wcale mi ona nie pomogła utrzymać figury. Ale życie w otoczeniu sąsiadów oznaczało konieczność całkowitego przestawienia się. To jedna kwestia.

Drugą kwestią był pan Mayer. Bardzo miły człowiek, ale jakoś nie potrafiłam się pozbyć wrażenia, że może stałabym się dla niego kołem ratunkowym, którego on pilnie potrzebuje, aby nie pójść na dno. Jak na mój gust to wszystko toczyło się o wiele za szybko. A do tego jeszcze ta „książka z herbatą”, jak nazwał mój spontaniczny pomysł pan Mayer. Cała ta sprawa zapachniała za bardzo małżeństwem. Wprawdzie nie zamierzałam tak naprawdę spędzić pozostałych 31,4 lat mego życia jako singielka, nie zdecydowałam też jednak, że nią nie będę. Krótko mówiąc, na razie wiedziałam jedynie, że nie wiem, czego chcę.

– ten Moryc wydaje się właściwie facetem do rzeczy – uznała Jasmin, kiedy wtajemniczyłam ją w rozwój ostatnich wydarzeń. Udałam się specjalnie do jednej z herbaciarni i tam się przekonałam o istnieniu chyba tysiąca odmian herbaty – z których znałam z nazwy najwyżej tuzin. Tym głębszego nabierałam przekonania, że zabłąkałam się z rozpędu w okolicę, której w ogóle nie znam. Tymczasem ryzyko akceptuję zwykle tylko wtedy, gdy daje się ono skalkulować.

– Jasmin, dlaczego właściwie mówisz o nim ciągle „Moryc”? Przecież nie jesteśmy teraz w siłowni.

– A jak ty się zwracasz do niego?

– No… panie Mayer! A jak miałabym do niego mówić?

– O Boże! Mamo, jesteś prawdziwą… – Umilkła, położyła mi dłoń na ramieniu. – Mamo, bardzo cię kocham!

Innymi słowy: Jesteś naiwna i zacofana, ale zasługujesz na litość. W porządku, sama zdawałam sobie sprawę, że te „panie Mayer” i „pani Sommerberg” brzmią okropnie staroświecko. Jakby wróciła epoka babci. Ale czy mając do czynienia z facetem w wełnianej kamizelce, koszuli w prążki i w okularach na nosie, co gorsza z facetem, którego prawie nie znam, mogę zwracać się do niego po prostu: Moryc? No, właśnie!

– Masz rację, pan Mayer to porządny człowiek – odparłam. – Wpadnie do mnie jutro i przejrzymy razem rzeczy po babci. Zobaczymy, które z nich da się jeszcze spieniężyć. On mówi, że zna sporo właścicieli antykwariatów. A może ty chcesz coś wziąć dla siebie?

– Podobają mi się żyrandole.

– Te koszmarki?

– Mamo, to przecież przedmioty retro, jeszcze z lat pięćdziesiątych. Naprawdę mają swoją wartość.

– Mówisz tak, jakby nasz dom był muzeum.

– Tak wprost bym tego nie powiedziała, nawet jeśli to prawda. – Wskazała na dzbanek. – Bardzo smaczna. Co to za herbata?

– Trawa cytrynowa z imbirem. Sprzedawca w herbaciarni radził mi dodać także trochę świeżej mięty. Posłuchałam go i uznałam, że przyda się jeszcze kilka kropli soku z cytryny. Wyszedł z tego smaczny orzeźwiający napój, czyż nie?

– Jest naprawdę super. I to wszystko sprawił Moryc? Przepraszam, pan Mayer?

– Sprawił? Jak to sprawił?

ROZDZIAŁ 2

Niska, gruba kobieta

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ 3

Akurat Afryka!

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ 4

Zaklęte miejsce

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ 5

Ciotka z odzysku

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ 6

Pięć Matek

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ 7

Kobieta-ogień poszukuje mężczyzny-powietrza

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ 8

Zapomniany grób

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ 9

Tajemnica góry

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

ROZDZIAŁ 10

Mama Afryka

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.