Bogactwo z wyboru - Agnieszka Białomazur - ebook

Bogactwo z wyboru ebook

Agnieszka Białomazur

5,0

Opis

Bogactwo z wyboru” to opowieść o losach Marcina Podolskiego, o pragnieniu bogactwa, poszukiwaniu właściwych rozwiązań, a także o zmaganiu się z konsekwencjami błędnych decyzji. W książce zarysowany został sposób myślenia i postępowania ludzi biednych, nowobogackich oraz milionerów, zawdzięczających zgromadzony majątek własnym wysiłkom. A informacje dotyczące metod tworzenia bogactwa, wplecione w fabułę, mają na celu ułatwić czytelnikom osiągnięcie niezależności finansowej.

Agnieszka Białomazur

Z wykształcenia ekonomistka. Pasjonatka rozwoju osobistego. Poprzez swoją twórczość literacką zachęca do celowego życia oraz podążania za własnymi marzeniami. Autorka książki „Bezcenne wskazówki”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 110

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Agnieszka Białomazur

Bogactwo z wyboru

© Copyright by

Agnieszka Białomazur

 

Projekt okładki:

Agnieszka Białomazur

 

ISBN 978-83-7859-520-5

 

 

 

 

 

Wydawca: Self-publishing

 

 

2015

Wszystkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.

Konwersja do epub

Rozdział 1

Na przedmieściu niezbyt dużego miasta stoi kamienica, stara i wyjątkowo zaniedbana. Przechodząc obok można dostrzec podrapane ściany i kruszący się tynk. Uwadze nie umkną również brudne okna. Przeciekający dach podczas każdej ulewy przypomina mieszkańcom o potrzebie naprawy. A piwnice podmokły już tak bardzo, że nikt nie ma najmniejszej ochoty zaglądać tam.

Wnętrze budynku jest jeszcze bardziej odstraszające. Niechlujna klatka schodowa potrafi przygnębić nawet najbardziej obojętną osobę. A skrzypiące i ledwie domykające się drzwi wyznaczają strefę prywatną mieszkańców, którzy nie wykazują najmniejszej ochoty do utrzymywania porządku i czystości własnego lokum.

W niemalże każdym mieszkaniu można dostrzec zlewozmywak pełen brudnych naczyń, na stole mnóstwo okruchów chleba, stanowiących pozostałości po posiłkach sprzed kilku dni. W pokojach porozrzucane ubrania, a w oknach brudne firany. Na podłogach dziurawe i zakurzone dywany, które już dawno zapomniały, jak wygląda trzepak.

Tylko jedno z mieszkań zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych. Przed nowymi drzwiami frontowymi tego mieszkania kilkakrotnie leżały wycieraczki z napisem: „Dzień dobry”. Niestety znikały one w niewyjaśnionych okolicznościach, aż w końcu lokator zaniechał umieszczania tego typu rekwizytu.

Wewnątrz mieszkanie, choć małe, to jednak schludne i zadbane – ściany odświeżone, w oknach rolety, jedyne w całej kamienicy, w przedpokoju lśniące lustro, w kuchni czyste naczynia, w pokoju zaścielone łóżko, a na półkach poukładane książki i rodzinne pamiątki. Od razu widać, iż lokator dba o porządek. A tym lokatorem jest trzydziestoletni Marcin Podolski.

Wychowywał się na wsi w biednej rodzinie. Bywały miesiące, w których jego rodzice z trudem wiązali koniec z końcem. Już jako mały chłopiec marzył o bogactwie i o tym, że kiedyś będzie go stać na wszystko, czego tylko zapragnie. Był zdolnym uczniem, więc bez trudu dostał się na wyższą uczelnię, a wkrótce po ukończeniu studiów postanowił usamodzielnić się i przenieść do pobliskiego miasta, które w jego ówczesnym przekonaniu stanowiło lepsze życie.

Dzięki temu, iż był pojętny i pracowity, szybko otrzymał stałą posadę. Poszukiwania nowego miejsca zamieszkania również nie trwały zbyt długo. Znalazł ofertę wynajmu mieszkania, które spełniało jego oczekiwania: było tanie, dość ładnie wyremontowane, w pełni wyposażone i przygotowane do zamieszkania. Później, gdy zobaczył w jakiej kamienicy przyjdzie mu mieszkać, obiecał sobie, że to tylko przejściowo i kiedy zacznie lepiej zarabiać, to przeprowadzi się w inne miejsce.

Minęło już ponad pięć lat i nic się nie zmieniło, gdyż Marcin całą pensję przeznacza na bieżące potrzeby. Na nic więcej nie stać go. Jeżeli nawet coś odłoży, to na krótko, bo w końcu wydaje wszystko i znów jest bez grosza. Jednak w płaceniu rachunków jest bardzo sumienny. Wolałby odmówić sobie posiłku, ale wszelkie zobowiązania zapłaci na czas, by sprawiać wrażenie zaradnego człowieka.

Przekonania na temat pieniędzy wyniósł z rodzinnego domu. Pomimo ambitnych marzeń o bogactwie, nadal myślał w sposób charakterystyczny dla ludzi biednych. Bo i cóż dziwić się temu, skoro nikt z jego bliskich nie przekazał mu wiedzy na temat tworzenia dobrobytu.

Nie zdawał sobie sprawy, jak wielki wpływ mają na niego ludzie stanowiący jego otoczenie. Nieświadomie ulegał negatywnym wpływom i często zmuszony był słuchać nieustannego narzekania na brak pieniędzy.

Strach przed nowym i nieznanym, strach przed własnymi możliwościami powstrzymywał go od zrobienia czegokolwiek wbrew tym wszystkim, z którymi spotykał się na co dzień.

Aż do dnia dzisiejszego...

I tak jak przyroda budzi się na wiosnę, tak w Podolskim zaczęło budzić się, uśpione gdzieś w głębi jego duszy, palące pragnienie bogactwa.

Otworzył szeroko okno. Rześkie, wiosenne powietrze ożywiło go nieco i dodało pozytywnej energii. Jednak to, co ujrzał na zewnątrz, nie było zachwycające.

Podwórze swym wyglądem idealnie dopasowywało się do stanu kamienicy – brudne, zakurzone i pozbawione placu zabaw dla dzieci. Jedyne urozmaicenie to kilka drzew, które z każdym rokiem wypuszczały coraz mniej pąków, jakby chciały podkreślić, że i one starzeją się. Wypłowiała trawa wyrastała gdzieniegdzie, co i tak nie było w stanie uchronić jej przed zadeptaniem. Tylko słońce, niczym nie przejmujące się, swym blaskiem podkreślało paskudne podwórze, odrapane ściany budynku i stare ławki, a na nich niemalże całymi dniami przesiadujących mieszkańców kamienicy.

Sąsiedzi Podolskiego stanowili całkiem inne oblicze biedy, niż ta, w której dorastał. W większości przypadków były to rodziny z dwojgiem lub trojgiem dzieci, bez stałego dochodu, utrzymujące się głównie z różnego rodzaju zasiłków socjalnych. Zatrudnienie, jak zwykli mawiać, trafia im się tylko dorywczo. Prawdą jest jednak, że sami rezygnują z wszelkich możliwości stałego dochodu, uważając, iż praca jest za ciężka i nie odpowiednia dla nich, szef oszukuje, a co najważniejsze – za mało płacą. A za te same pieniądze lepiej siedzieć na zasiłku i nie męczyć się. Zamiast podjąć stałą pracę, wolą narzekać i tłumaczyć wszystkim na około, jakie ciężkie jest życie.

To, co pozwala im trwać w tych trudnych warunkach i czym potrafią przechwalać się między sobą, to spryt – wiedzą dokładnie z jakiej pomocy mogą skorzystać i co im przysługuje. Zadziwiające jest, iż pomimo biedy stać ich na takie luksusy jak papierosy czy piwo. Jest im wygodnie i nie chcą niczego zmieniać, bo musieliby dawać z siebie więcej, a co najgorsze – straciliby wszelkie przywileje ludzi biednych. A przecież w zamian za korzystanie z zapomóg, nie muszą wykonywać żadnej pracy.

Tracą tylko dzieci, biegające w podartych i ubrudzonych ubrankach, dla których podwórkowe kamienie i stare kuchenne naczynia stanowią zabawki. Później dorastają w przekonaniu, że tak już musi być, bo takie jest życie. Od najmłodszych lat pozbawiane są wszelkiej chęci do walki o lepsze jutro. Zamiast tego uczone są, co im się należy i czyim obowiązkiem jest pomagać takim jak oni. A gdy już dorosną, będą doskonale potrafiły uzasadniać, dlaczego są biedni i kto za to odpowiada...

Widok podwórza i sąsiadów wzmógł w Marcinie narastającą irytację. Poczuł, że dusi się i potrzebuje przestrzeni. A nade wszystko poczuł chęć uwolnienia się od miejsca, które było sprzeczne z jego wielkimi marzeniami i ideałami.

Zamknął okno i szybko opuścił mieszkanie. Na korytarzu poczuł nieprzyjemny odór. Kolejny raz zastanowiło go, dlaczego wśród mieszkańców nie istnieje świadomość czystości. Żadna gospodyni nie wysila się, aby posprzątać, bo na to brakuje czasu. Za to wszystkie chętnie spędzają wiele godzin przed budynkiem w towarzystwie swoich mężów nierobów, którzy, choć byliby w stanie samodzielnie dbać o budynek, pracą własnych rąk utrzymywać ład i naprawiać wszelkie usterki, to tego nie robią – przecież nie będą się wysilać.

− Już niedługo – Podolski powiedział do siebie.

Coś mówiło mu, że wkrótce wszystko się zmieni. Zanim jednak to nastąpi, musiał przedostać się przez podwórze, mijając natrętnych sąsiadów.

Gdy znalazł się na zewnątrz budynku, odetchnął świeżym powietrzem i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę bramy. Jego pojawienie się nie umknęło uwadze pana Kazimierza, sędziwego staruszka z brodą, wytrawnego obserwatora.

− A cóż to, panie Marcinie? Tak późno idzie pan do pracy? – staruszek zapytał z ciekawością w oczach.

Podolski zatrzymał się. Choć nie przepadał za towarzystwem mieszkańców kamienicy, to jednak potrafił być uprzejmy. Wziął głęboki oddech i ze spokojem odpowiedział:

− Mam wolne, kilka dni zaległego urlopu... – i nie zdążył dokończyć swojej wypowiedzi, gdyż pan Kazimierz, któremu ogromną satysfakcję sprawiało wcielanie się w doradcę znającego się na wszystkim, wtrącił:

− A to trzeba pojechać gdzieś, na przykład do ciepłych krajów. Ma pan pracę, to pana stać. Co będzie pan sobie żałował.

Staruszek zwykle twierdził, iż do dzielenia się swoimi uwagami upoważniał go wiek. Niestety jego rady często były ze szkodą dla innych. Wówczas ze zwykłą sobie zawziętością potrafił zaprzeczyć wypowiedzianym wcześniej słowom i udawać pogarszający się stan zdrowia. W ten sposób w każdej sytuacji potrafił zapewnić sobie zainteresowanie otoczenia, co bardzo mu schlebiało.

Marcin przywykł już do dziwactw starszego pana i nieraz z przymrużeniem oka słuchał jego wypowiedzi. Jednak to, co usłyszał przed momentem w dziwny sposób ukłuło go. Już miał zacząć tłumaczyć się, że przecież nie zarabia na tyle dużo, aby móc pozwolić sobie na jakiekolwiek wyjazdy zagraniczne, zamiast tego przygryzł wargi i po chwili rzekł:

− Mam całkiem inne plany.

Po czym ponownie skierował się w stronę bramy. Nie zdążył zrobić nawet kilku kroków, gdyż nie wiadomo skąd pojawił się przed nim Jacek.

Kiedyś Marcin uważał go za swojego przyjaciela. Mieli podobne cele w życiu, zmagali się z tymi samymi problemami. Jednak odkąd Jacek został zwolniony z pracy, Podolski czuł do niego jakąś dziwną niechęć. To nie dlatego, że był lepszy, bo sam pracował i zarabiał, ale dlatego że Jacek w krótkim czasie upodobnił się do pozostałych mieszkańców kamienicy i podobnie jak oni spędzał całe dnie na lenistwie, obserwując wszystko i wszystkich wokoło.

I aby nie ominęło go nic godnego zainteresowania, zapytał:

− A ty dokąd wybierasz się?

− Na miasto – Marcin odpowiedział krótko.

− Wyrzucili cię z pracy i idziesz szukać nowej roboty, czy co? – Jacek nie dawał za wygraną.

− Mam urlop, więc korzystam z niego.

− No to posiedziałbyś trochę z nami. Patrz jaka ładna pogoda. Pogadalibyśmy trochę.

− O czym? – Podolski spytał wprost.

− No wiesz, może o jakimś wspólnym biznesie. W końcu trzeba coś robić, a nie tylko marudzić. W pośredniaku nie mają dla mnie nic, to może sam coś uruchomię.

− A skąd weźmiesz pieniądze? – Marcin zapytał z lekką ironią w głosie.

Jacek udał, że tego nie zauważył i z uśmiechem na twarzy odparł:

− Taki piękny dzień musi przynieść coś dobrego. Kupiłem los. Kto wie, może tym razem poszczęści mi się.

Po tych słowach zamilkł i rozmarzony patrzył gdzieś przed siebie. Podolski nie miał wątpliwości, że właśnie wyobraża sobie wielką fortunę napływającą do jego życia i to, co zrobiłby z nią.

Nie chcąc przeszkadzać koledze w jego naiwnych marzeniach, Marcin wzruszył ramionami i powiedział:

− To na razie, mnie już tu nie ma.

Niestety była to kolejna nieudana próba opuszczenia podwórka.

− Ej, stary, gdzie ty się tak śpieszysz? Ostatnio ciągle jesteś zajęty. Nawet przez chwilę nie można pogadać z tobą.

− Może pan Marcin sam zajął się jakimś dodatkowym biznesem i nic się nie chwali? – wtrącił pan Kazimierz.

− Nawet jeżeli, no to co? – odparł Podolski.

− Oj, panie Marcinie, pieniądze to nie wszystko. Po co to panu? Tylko zmartwień przysporzy sobie pan.

− Niby jakich zmartwień?

− Jak to jakich? Dużo pieniędzy to tylko kłopot. Jeszcze by pana okradli i tyle by było.

− Nie będę udawał, że cieszę się z tego, co obecnie posiadam. Może pan jest zadowolony z tego, co pan ma, ale nie ja.

− Czy ja wiem, czy zadowolony? Taka już moja dola i nic na to nie poradzę, za stary już jestem.

Na te słowa Marcin uśmiechnął się. Już nieraz miał okazję dostrzec kilka obliczy poczciwego staruszka. Kiedy nikt na niego nie patrzył, a przynajmniej tak wydawało się panu Kazimierzowi, zachowywał się jak zdrowy, w pełni sił mężczyzna, a w towarzystwie innych doskonale wychodziło mu wcielanie się w starego, schorowanego emeryta.

− Co to za biznes wymyśliłeś? – zainteresował się Jacek.

− Żaden biznes, tak tylko powiedziałem.

− A już myślałem, że przyłączę się do ciebie.

− Z tymi pieniędzmi, które wygrasz dziś na loterii? – zażartował Marcin.

− A co w tym takiego śmiesznego?

− Bo tylko gadasz o tym, co chciałbyś mieć, a nic nie robisz w tym kierunku – odrzekł Podolski. – Wyobrażasz sobie bogactwo i myślisz, że samo do ciebie przyjdzie, kiedy ty będziesz spokojnie na nie czekał.

− Taki mądry jesteś? A ty co masz? – oburzył się Jacek. – Rozliczasz każdą wypłatę, a pod koniec miesiąca nie zostaje ci już nic. Ja przynajmniej poprawiam sobie humor i nie marudzę tyle co ty.

„Ale nic nie robisz, aby to zmienić i też nic nie masz” – Marcin pomyślał, po czym odwrócił się i nie zważając już na nic ani na nikogo, wydostał się z podwórka na wąską uliczkę i podążył w stronę centrum miasta.

Miał ochotę znaleźć się w całkiem innym otoczeniu. Jego głowę zaprzątały myśli o bezsensownej dyskusji, w którą wdał się.

Nie