Wydawca: Ole Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 261 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 7 min Lektor: Roch Siemianowski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 7 min Lektor: Roch Siemianowski

Opis ebooka Bogactwo i szczęście - Maciej Bennewicz

Tajemnica odnaleziona w starych księgach!

Najbardziej znany polski coach, czyli trener osobowości, uczy Polaków strategii odnoszenia sukcesów na przykładzie wybranych sytuacji.

Punktem wyjścia jest opis pochodzący z dawnych ksiąg, potem następują porady i sugestie odniesione do rezultatów badań współczesnej nauki oraz trzy ćwiczenia, będące zachętą do pracy własnej i połączeniem obu porządków: naukowego i doświadczenia dawnych mistrzów.

Opinie o ebooku Bogactwo i szczęście - Maciej Bennewicz

Fragment ebooka Bogactwo i szczęście - Maciej Bennewicz

Ma­ciej Ben­ne­wicz

Bo­gac­two i szczęście

Se­kret po pol­sku

Au­tor: Ma­ciej Ben­ne­wicz

Pro­jekt okładki: Krzysz­tof Kiełbasiński

Ilu­stra­cje: Małgo­rza­ta Brzo­zow­ska, Edi­tio

Opra­co­wa­nie lay­outu: Ja­cek Bociąg, Edi­tio

Re­dak­cja: Kin­ga Borzęcka, Edi­tio

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Kraw­czyk, Edi­tio

Skład: Ja­cek Bociąg, Edi­tio

Text co­py­ri­ght © 2014 by Ma­ciej Ben­ne­wicz

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o., War­sza­wa 2014

Wy­daw­ca:

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

ISBN: 978-83-7881-433-7

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Ane­ta Raw­ska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

My Po­la­cy, Słowia­nie, z jed­nej stro­ny mamy na­turę du­chową, ale i skłonną do przesądów; z dru­giej jed­nak je­steśmy nie­uf­ni wo­bec mi­sty­cy­zmu i pa­rap­sy­cho­lo­gii. Nie łatwo nas skłonić do wia­ry w cuda i wzbu­dzić w nas ów przysłowio­wy ame­ry­kański opty­mizm. Owszem, niektórzy cha­dzają do wróżek, ale naj­pierw idą do le­ka­rzy; nie­kie­dy wy­gry­wa­my coś na lo­te­rii, jed­nak pew­niej­szy wy­da­je się kre­dyt, a najpew­niej­szy − własny in­te­res i uciułany grosz. Czy rze­czy­wiście nasz los leży w na­szych rękach? Niełatwo nas prze­ko­nać, że możemy mieć wpływ na własne życie i osiągać re­zul­ta­ty porówny­wal­ne do ta­kich, które mają lu­dzie z pierw­szych stron ga­zet. Przy­wy­kliśmy, że w Pol­sce żyje się ciężko i nic nie spa­da z nie­ba. W do­dat­ku ota­czające nas życie po­li­tycz­ne, ton wia­do­mości, hej­ter­stwo w sie­ci nie na­stra­jają opty­mi­stycz­nie. Od cza­su do cza­su jakiś su­per­tre­ner-ce­le­bry­ta ogłasza: je­dy­ny, sku­tecz­ny, sposób na szczęście i bo­gac­two. Nie­kie­dy na­wet powołuje do życia coś w ro­dza­ju sek­ty, w której uczest­nic­two ma rze­ko­mo gwa­ran­to­wać suk­ce­sy. Po wi­zy­cie, cza­sem po dwóch, u su­per­efek­tow­ne­go ba­je­ran­ta wzru­sza­my ra­mio­na­mi: to już było; to nie zdziała cudów. W do­dat­ku prze­cież po­wta­rza­no nam wie­lo­krot­nie: życie jest ciężkie. Jak tu uwie­rzyć, że może być in­a­czej? Jak zacząć od­czu­wać szczęście, suk­ces, bo­gac­two? Jak od­mie­nić swój los?

Po­trze­bu­je­my do­wodów, na­ma­cal­nych faktów, żeby uwie­rzyć, że coś działa. Oto one − po­twier­dzo­ne na­uko­wo, spraw­dzo­ne w prak­ty­ce, lecz jed­no­cześnie ugrun­to­wa­ne wie­lo­wie­kową tra­dycją i doświad­cze­niem po­ko­leń. Jak zaczęła się hi­sto­ria tej książki? Ma­gicz­nie. Za­ska­kująco. Ta­jem­ni­czo.

Trud­ny rok

Wszyst­ko zaczęło się pew­ne­go dnia po cho­ro­bie. Za­cho­ro­wałem na tyle ciężko i na­gle, że przez trzy ty­go­dnie nie wsta­wałem z łóżka. Niby nie aż tak wie­le, lecz dla człowie­ka przy­zwy­cza­jo­ne­go do ak­tyw­ności, którego ty­dzień pra­cy kończy się w nie­dzielę o trze­ciej nad ra­nem, tak długi okres nie­mal zupełnego wyłącze­nia z co­dzien­nych zajęć był nie lada próbą. Czułem się na­prawdę źle. Od wie­lu mie­sięcy cho­ro­wał też mój sta­ry oj­ciec, a jego stan zdro­wia bar­dzo się po­gor­szył. Ciągłe wa­ha­nia wy­ników, or­ga­ni­zo­wa­nie lecze­nia i stałej opie­ki w niełatwej w na­szym kra­ju re­la­cji ze służbą zdro­wia, spędzały nam sen z po­wiek. W cza­sie mo­jej cho­ro­by zmarł mój wier­ny, ser­decz­ny przy­ja­ciel. Wstał w nocy, przewrócił się i po chwi­li już nie żył. Sie­dem­naście lat przy­jaźni. Zmarł na mo­ich rękach. Ważny okres w moim życiu za­mknął się wraz z jego śmier­cią.

W końcu wstałem z łóżka. Był początek paździer­ni­ka. Po­mi­mo całkiem przy­jem­nej je­sien­nej po­go­dy opa­tu­liłem się w dwie blu­zy, szal, czapkę oraz grubą kurtkę, a uprzej­my, nie­co spóźnio­ny taksówkarz, zawiózł mnie na lot­ni­sko. Mu­siałem le­cieć. Po­wo­dem był wy­jazd służbowy pla­no­wa­ny od wie­lu mie­sięcy, początek pro­jek­tu, w który za­in­we­sto­wa­liśmy mnóstwo pra­cy i pie­niędzy. Współpra­cow­ni­cy dzi­wi­li się, skąd u mnie tak sil­ne i nagłe ob­ja­wy? Psy­cho­so­ma­ty­ka? Od lat nie cho­ruję. Odżywiam się zdro­wo, nie piję al­ko­ho­lu, nie palę, uchodzę za ucie­leśnie­nie własnych war­tości, zwłasz­cza w kwe­stii zdro­we­go try­bu życia. Pa­la­czy le­d­wo to­le­ruję. Robię to, co mówię i mówię to, co robię. Mogę też śmiało po­wie­dzieć o so­bie, że je­stem człowie­kiem suk­ce­su, może nie na miarę spad­ko­bierców Ste­ve­na Job­sa, ro­dzi­ny Hil­tonów lub właści­cie­la ko­lek­cji Po­rsche, ale na miarę mo­je­go po­ko­le­nia, wy­cho­wa­ne­go w ko­mu­ni­stycz­nej Pol­sce – z pew­nością. Dziś wiem, że ta próba, ów zbieg wy­da­rzeń po­zwo­lił mi wy­ko­nać ko­lej­ny krok w moim życiu. Krok do for­tu­ny, do har­mo­nii, do błogosławieństw ja­kich wcześniej nie znałem. Mogłem wy­ko­nać go dzięki za­ska­kującemu spo­tka­niu, splo­to­wi wy­da­rzeń, o których chcę wam opo­wie­dzieć. Po po­wro­cie ko­lej­ne zda­rze­nia na­pi­sały ciąg dal­szy. 22 paździer­ni­ka ob­chodzę uro­dzi­ny, trzy dni po nich zmarł mój oj­ciec. Ostat­ni raz słyszałem jego głos przez te­le­fon, gdy składał mi życze­nia. Miałem od­wie­dzić go przy oka­zji wi­zy­ty na gro­bach bli­skich w święto Wszyst­kich Świętych. Po­je­chałem na jego po­grzeb.

Spo­tka­nie pierw­sze

Za­chod­nia Kre­ta. Góry Białe

Ponoć nic nie dzie­je się przy­pad­kiem. Kil­ka dni przed śmier­cią ojca roz­począł się przed­ostat­ni dzień podróży. Wy­je­cha­liśmy z grupą uczest­ników in­ten­syw­ne­go kur­su co­achin­go­we­go z miej­sco­wości Re­tym­non na Kre­cie w Góry Białe, żeby zo­ba­czyć wąwóz Sa­ma­ria, najdłuższy w Eu­ro­pie su­chy ka­nion. Tam za­in­spi­ro­wa­ni przy­rodą, miej­scem, sy­tu­acją, mie­liśmy od­kry­wać swo­je moc­ne stro­ny. Sa­ma­ria miała być pod­su­mo­wa­niem całego wy­jaz­du, wi­sienką na tor­cie. Sa­mochód piął się po ser­pen­ty­nach górskich dróg. Pełni wrażeń, choć zmęcze­ni, w dro­dze po­wrot­nej za­trzy­ma­liśmy się przy­pad­ko­wo przy małej, pra­wosław­nej cer­kwi, dosłownie wto­pio­nej w skalną ścianę. Świąty­nia była otwar­ta, zacząłem na zmianę z na­szym kre­teńskim prze­wod­ni­kiem opo­wia­dać o iko­no­sta­sie, ścia­nie złożonej ze świętych ob­razów, ikon. Wyjąłem z tor­by no­tat­nik, kartkę i roz­ry­so­wałem za­sa­dy układa­nia ikon w ścianę zasłaniającą ołtarz. Iko­no­stas w re­li­gii pra­wosław­nej to wro­ta do nie­ba. Praw­dzi­wy pas trans­mi­syj­ny pomiędzy ludźmi a Bo­giem. Dla­te­go wy­znaw­cy całują święte ob­razy, modlą się do swo­ich świętych i składają im w po­dzięko­wa­niu szczo­dre dat­ki. Świętość nie jest umow­nym ak­tem wia­ry, świętość jest na­ma­cal­na, trak­to­wa­na jako naj­bar­dziej re­al­na rze­czy­wi­stość. Dym ka­dziła, płomień świe­cy i obec­ność świętej iko­ny od stu­le­ci pi­sa­nej w spe­cjal­ny sposób, otwie­rają bramę, po której mo­dli­twy wznoszą się do nie­ba, a łaska spływa na modlącego się. Iko­ny się pi­sze. Tu­taj każdy ruch, każdy de­tal ma swo­je znacze­nie. Błąd ar­ty­sty mógł zakłócić tę świętą trans­misję. Dla­te­go każdy szczegół pod­le­ga tra­dy­cji i ry­tuałowi pi­sa­nia.

W pew­nej chwi­li do cer­kwi weszła ko­bie­ta ubra­na tra­dy­cyj­nie, na czar­no. Jak się oka­zało, była to po­pa­dia, żona popa, Ro­sjan­ka. Szyb­ko po­ro­zu­mie­liśmy w mie­sza­nym języku ro­syj­sko-pol­sko-mi­go­wo-grec­kim. Po­pa­dia z dumą opro­wa­dziła nas po cer­kwi i jej oto­cze­niu. W iko­no­sta­sie za­cho­wały się dwie pra­daw­ne iko­ny Ar­cha­nioła Ga­brie­la i świętego Je­rze­go walczącego ze smo­kiem. Mąż po­pa­dii Kse­ni, tu­tej­szy pop, twier­dził, że jego dzia­dek, także pop, ukry­wał te święte ob­ra­zy w cza­sie bi­twy o Kretę pomiędzy alian­ta­mi i hi­tle­row­ski­mi Niem­ca­mi w 1941 roku. Wcześniej ukry­wano je w cza­sach oku­pa­cji tu­rec­kiej, a jesz­cze wcześniej przed We­ne­cja­na­mi, którzy rządzi­li wyspą do 1669 roku, za­nim przy­szli tu­taj Tur­cy. We­ne­cja­nie słynęli nie tyl­ko ze skłonności do ku­piec­twa, lecz także gra­bieży wszyst­kie­go, co miało war­tość, dla­te­go iko­ny wyj­mo­wa­no z ukry­cia je­dy­nie w cza­sie uro­czy­stych nabożeństw. Kościół był od­bu­do­wy­wa­ny po znisz­cze­niach spo­wo­do­wa­nych trzęsie­nia­mi zie­mi, lecz zda­niem popa dwie cu­dow­ne iko­ny za­wsze na czas zdej­mo­wa­no i ukry­wano przed nie­bez­pie­czeństwa­mi. Dziś wie­lo­set­let­nich ikon strzegą szkla­ne szy­by z przy­le­pio­ny­mi do nich czuj­ni­ka­mi, urządze­nia wiel­kości spo­rej pusz­ki po her­ba­cie pamiętające cza­sy pierw­szych Ja­mesów Bondów. Ponoć uru­cha­miały bar­dzo głośną sy­renę. Czuj­ni­ki, które mon­to­wał jesz­cze po­przed­ni pop, za­de­mon­stro­wał nam jego następca − Eu­cha­rios, mąż Kse­ni, si­wo­bro­dy krzep­ki sta­ru­szek. Stwier­dził, że nie usu­wa ich od lat, gdyż sta­no­wią pamiątkę po po­przed­niku-nie­do­wiar­ku, który na­iw­nie sądził, że iko­ny po­trze­bują jakiś ka­belków i sy­ren. Iko­ny mają tak wielką moc, stwier­dził oj­ciec Eu­cha­rios, że wie­ki ich nie prze­mogły, we­nec­ka, osmańska ani hi­tle­row­ska ręka, cóż mogłoby im się stać te­raz, w spo­koj­nych cza­sach? A na­wet gdy­by ktoś się poważył, to prze­cież od razu uschnie mu ręka albo inna szko­da do­tknie jego ciała lub umysłu. Na od­wro­cie ikon ko­lej­ne po­ko­le­nia du­chow­nych spi­sy­wały ponoć wszel­kie przesłania i prze­stro­gi, które zsyłali im święci przez stu­le­cia. To dzięki nim Kre­teńczy­cy mo­gli wresz­cie uzy­skać nie­pod­ległość i do dziś żyć w po­ko­ju. Cóż za piękna le­gen­da.

Po­dzięko­wa­liśmy za opo­wieść i opro­wa­dze­nie po cer­kwi. Cho­ciaż wąwóz Sa­ma­ria zro­bił na nas ogrom­ne wrażenie, to jed­nak na­po­tka­na świąty­nia i zasłysza­na le­gen­da całko­wi­cie przy­kuły naszą uwagę w cza­sie po­wro­tu do ho­te­lu. W sa­mo­cho­dzie roz­go­rzała dys­ku­sja o sile le­gen­dy, o zna­cze­niu sym­bo­li i wie­rze w moc iko­no­sta­su. Wie­czo­rem do­tar­liśmy do ho­te­lu. W po­ko­ju roz­pa­ko­wałem torbę i oka­zało się, że nie mam no­tat­ni­ka, lecz co gor­sza, bra­ko­wało również mo­je­go pasz­por­tu. Był mi po­trzeb­ny na następny dzień, dzień po­wro­tu do War­sza­wy. Nig­dy nie zda­rza mi się tego ro­dza­ju nie­dbal­stwo, byłem za­sko­czo­ny własnym roz­tar­gnie­niem i wściekły na sie­bie. Z udziałem grec­ko-pol­skiej gru­py wspar­cia zaczęliśmy szu­kać na ma­pie cer­kwi, od­twa­rzać prze­jazd z GPS-u, sy­la­bi­zo­wać grec­kie li­te­ry, prze­szu­ki­wać in­ter­net, dzwo­nić gdzie tyl­ko można − wszyst­ko na nic. W końcu zde­cy­do­wałem się wrócić do cer­kwi ukry­tej w górach jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ru. Zo­sta­wia­nie tej wy­pra­wy na ra­nek i nie­unik­nio­ny pośpiech przy po­wro­cie na lot­ni­sko wy­da­wały mi się bar­dziej ry­zy­kow­ne niż ostrożna jaz­da po górach w nocy. Mój przy­ja­ciel Ro­mek za­ofe­ro­wał swo­je to­wa­rzy­stwo. Po­je­cha­liśmy. Ta wy­pra­wa oka­zała się praw­dzi­wym su­rvi­va­lem. Tra­sa w dół, ku wy­brzeżu, która zajęła nam dwie i pół go­dzi­ny, te­raz pod górę trwała pra­wie czte­ry.

Nie ze mną te nu­me­ry

Był śro­dek nocy. Trud­no. Nie mie­liśmy in­ne­go wyjścia, trze­ba było bu­dzić na­szych go­spo­da­rzy, prze­szu­ki­wać cer­kiew, może na­wet pod­jazd i mały par­king. Tyl­ko tam mogłem zgu­bić pasz­port, przy­najm­niej taką miałem na­dzieję, że wy­padł mi wraz z no­tat­ni­kiem. Powrót do od­da­lo­ne­go wąwozu ozna­czał nikłe szan­se na od­na­le­zie­nie do­ku­mentów i ry­zy­ko spóźnie­nia na sa­mo­lot. Tym­cza­sem pop Eu­cha­rios i jego żona Kse­nia cze­ka­li na nas. Byłem za­sko­czo­ny, w pierw­szej chwi­li sądziłem, że ktoś z grec­kich przy­ja­ciół do­dzwo­nił się do nich i uprze­dził o na­szej noc­nej eska­pa­dzie po za­gi­nio­ny pasz­port. Oj­czu­lek Eu­cha­rios stwier­dził, że od chwi­li, kie­dy po­ja­wi­liśmy się w cer­kwi, był pe­wien, że wrócę. Stwier­dził, że agios, czy­li święci Gaw­riła i Geo­r­gios również na nas cze­ka­li; Ar­cha­nioł Ga­briel, czy­li anioł naj­wyższy w hie­rar­chii i święty Je­rzy. Ga­briel jest aniołem śmier­ci i zmar­twych­wsta­nia, miłosier­dzia i ob­ja­wie­nia – wytłuma­czył pop. Święty Je­rzy zaś, le­gen­dar­ny ry­cerz, po­grom­ca smo­ka, uosa­bia po­ko­na­nie zła, które nie­ustan­nie żąda ofiar i za­tru­wa źródło czy­stej wody. Woda to praw­da, wewnętrzna har­mo­nia i oświe­ce­nie, ja­kie­go do­znają święci, tru­ci­zna to grze­chy, przede wszyst­kim chci­wość i zachłanność. Zda­niem popa źródłem grze­chu jest lęk. Eu­cha­rios stwier­dził, że kie­dy przy­pad­kiem zabłądzi­liśmy wśród gór, kie­dy zje­cha­liśmy z głównej dro­gi, od razu zdał so­bie sprawę, że to nie przy­pa­dek. Był pe­wien, że przesłanie, które przez po­ko­le­nia spływało z nie­ba, po­win­no tra­fić poza Kretę. Nie wie­dział je­dy­nie, kto z nas wróci, ale kie­dy zo­ba­czył mnie wy­sia­dającego z sa­mo­cho­du, od razu uprzy­tom­nił so­bie, że wybór mo­jej oso­by był oczy­wi­sty. Jego zda­niem moja twarz była kopią twa­rzy świętego Je­rze­go. Nie od­wrot­nie? A jakżeby od­wrot­nie? To prze­cież oczy­wi­ste, że iko­na wska­zu­je posłańca. Pop nie miał żad­nych wątpli­wości. Wybór? Przesłanie? Posłaniec? Nie ze mną te nu­me­ry.

Całe szczęście zna­lazł się pasz­port wraz z moim no­tat­ka­mi, a po­mi­mo nocy drogę po­wrotną mie­liśmy już dość do­brze ozna­czoną na ma­pie. Znam się na zim­nym od­czy­cie i różnych pseu­do­ma­gicz­nych sztucz­kach i je­stem na tego ro­dza­ju ma­ni­pu­la­cje bar­dzo wy­czu­lo­ny, na­wet jeśli są ro­bio­ne w tak zwa­nej do­brej wie­rze. Co to jest zim­ny od­czyt? Zbiór tech­nik i ma­ni­pu­la­cji używa­nych najczęściej przez ilu­zjo­nistów, wróżbitów, men­ta­listów i oczy­wiście niektórych su­per­tre­nerów-ba­ja­rzy. Wróżbita w cza­sie pu­blicz­ne­go po­ka­zu mówi na przykład: Mam wizję, bar­dzo sil­ny prze­kaz, który do­ty­czy pew­nej ko­bie­ty na tej sali i jej re­la­cji z ważnym dla niej mężczyzną. Po tego ro­dza­ju za­po­wie­dzi ob­ser­wu­je uważnie re­ak­cje ko­biet na sali i kie­dy do­strze­ga panią, która szczególnie sil­nie za­re­ago­wała, już wie, że jego ofia­ra chwy­ciła przynętę. Nie­rzad­ko tego sa­me­go ro­dza­ju tech­ni­ki sto­sują nieświa­do­mie lub półświa­do­mie ama­to­rzy, ja­sno­wi­dze, uzdro­wi­cie­le, a na­wet du­chow­ni. W ko­lej­nej chwi­li za­czy­nają gorący od­czyt, czy­li śle­dze­nie re­ak­cji, mi­mi­ki twa­rzy, mowy ciała, wy­chwy­tują in­for­ma­cje, które bez­wied­nie prze­ka­zu­je sam za­in­te­re­so­wa­ny. Tego ro­dza­ju umiejętności sto­so­wa­ne przez cy­nicz­nych ne­go­cja­torów, różnych tre­nerów i hochsz­ta­plerów sta­no­wią poważne za­grożenie dla umysłów i port­fe­li wie­lu nieświa­do­mych osób. Nie­pokój, za­in­te­re­so­wa­nie, spoj­rze­nie, po­cie­ra­nie pal­ca­mi – wszyst­ko to mogą być sy­gnały, które od­czy­ta ma­ni­pu­la­tor, udając, że wróży lub do­ko­nu­je rze­ko­mej te­le­pa­tii czy ja­sno­wi­dze­nia.

Po­na­gla­ni przez po­pa­dię we­szliśmy do cer­kwi. Tym­cza­sem oj­ciec Eu­cha­rios z nabożną czcią, przez poświęconą tka­ninę zdjął jedną z ikon, ucałował ją, ułożył na służącym do tego celu podeście. Wska­zał na li­te­ry i zda­nia za­pi­sa­ne na jej re­wer­sie, jak­by od­kry­wał przed nami naj­większą ta­jem­nicę wszech­czasów. Pomyślałem, że to miłe, ta­kie oka­za­nie nam za­ufa­nia w środ­ku nocy, ale − że to ko­lej­ny trick. Zo­sta­wi­liśmy spo­ry da­tek. W za­mian otrzy­ma­liśmy z przy­ja­cie­lem pla­cek z se­rem na drogę, ma­ry­no­wa­ne oliw­ki, błogosławieństwo, plik odręcznie za­pi­sa­nych po grec­ku kar­tek i zachętę skie­ro­waną wprost do mnie, abym opra­co­wał i opu­bli­ko­wał je w da­le­kim kra­ju. Zda­niem popa było to przesłanie, które Kre­cie przy­niosło wol­ność i do­bro­byt. W cza­sie hu­lającego kry­zy­su w całej Gre­cji Kre­teńczy­kom po­wo­dziło się całkiem nieźle. Co za banał, pomyślałem. Trochę mnie zdzi­wiło, że pop Eu­cha­rios wie­dział, że je­stem pi­sa­rzem, ale w końcu ktoś z na­szej eki­py mógł mu o tym po­wie­dzieć w cza­sie popołudnio­wej wi­zy­ty. Oprócz tego jest prze­cież in­ter­net, pro­gra­my od­czy­tujące twa­rze i oczy­wiście mój pasz­port. Wszyst­ko ja­sne. Ta­jem­ni­czy ręko­pis był ni­czym in­nym, jak tyl­ko snem wa­ria­ta, sta­re­go człowie­ka, który pragnął nadać le­gen­dom ja­kieś zna­cze­nie. Wraz z naszą wi­zytą nada­rzyła się ku temu oka­zja. W ho­te­lu wrzu­ciłem kart­ki z grec­ki­mi za­pi­ska­mi do wa­liz­ki i następne­go dnia, już w Pol­sce, wraz z pli­kiem in­nych ma­te­riałów rzu­ciłem je na stertę po­dob­nych pa­pierów, pro­gramów, slajdów, no­ta­tek i dzie­siątek in­nych, które se­gre­guję nie częściej niż dwa razy w roku.

Spo­tka­nie dru­gie

Za­chod­nie Hi­ma­la­je. Hi­ma­chal Pra­desh

Trzy mie­siące później wy­je­chałem w ko­lejną podróż, tym ra­zem od­le­glejszą i dłuższą. Święta Bożego Na­ro­dze­nia i Nowy Rok mie­liśmy spędzić w In­diach. Po śmier­ci ojca łatwiej niż w Pol­sce było mi od­na­leźć świątecz­ny nastrój właśnie tam, w podróży po śla­dach Bud­dy Śakja­mu­nie­go. Był to ko­lejny wy­jazd związany z pro­jek­tem, spraw­dza­nie no­wej tra­sy, w którą wraz z grupą za­pa­leńców mie­liśmy ru­szyć w no­wym roku. Przed nami roz­po­zna­nie te­re­nu. Oczy­wiście na re­ko­ne­sans wy­bra­liśmy się małą trzy­oso­bową ekipą, a na miej­scu w New Del­hi miał do nas dołączyć prze­wod­nik in­dyj­ski. Moja żona, ser­decz­ny przy­ja­ciel Ro­mek oraz ja. Do podróży po In­diach trze­ba mieć moc­ne ner­wy, świet­ne zdro­wie, do­bre­go prze­wod­nika i wy­trzy­mały, kli­ma­ty­zo­wa­ny sa­mochód. Czym in­nym jest wi­zy­ta w ja­kimś ku­ror­cie, pięcio­gwiazd­ko­wym ho­te­lu i podróż w au­to­bu­sie kla­sy lux, a czym in­nym tra­sa po bez­drożach i kil­ka tysięcy ki­lo­metrów do prze­by­cia w dwa ty­go­dnie. Jed­nym z ważnych etapów podróży, swo­istą bramą do In­dii, była dla nas wi­zy­ta w McLe­od Ganj, sie­dzi­bie ty­be­tańskie­go rządu na uchodźctwie, daw­nym bry­tyj­skim ku­ror­cie w po­bliżu mia­sta Dha­ram­sa­la. W McLe­od Ganj mieści się sie­dzi­ba Da­laj­la­my XIV, naj­ważniej­szej oso­bi­stości dla Ty­be­tańczyków i wie­lu bud­dystów na świe­cie. Ro­mek to prak­ty­kujący bud­dysta, my dwo­je z Lidką − sym­pa­ty­cy, taoiści. Byliśmy już w In­diach, Bhu­ta­nie i oku­po­wa­nym Ty­be­cie, ale w sie­dzi­bie Da­laj­la­my − pierw­szy raz. Po wy­czer­pującej podróży do­tar­liśmy do mia­stecz­ka wśród gór. Jak na Hi­ma­la­je ni­sko, trochę po­nad dwa tysiące metrów. Byliśmy pod­eks­cy­to­wa­ni, po­nie­waż ist­niała szan­sa otrzy­ma­nia za­pro­sze­nia na au­diencję i mo­dlitwę w świątyni Da­laj­la­my zwa­nej Dżokhang od na­zwy najsłynniej­szej ty­be­tańskiej świątyni mieszczącej się w oku­po­wa­nej Lha­sie. Jego Świąto­bli­wość prze­by­wał w swo­je sie­dzi­bie po po­wro­cie z uro­czy­stości, które od­by­wały się w Bodh Gaja, miej­scu oświe­ce­nia Bud­dy. Mie­liśmy na­dzieję na otrzy­ma­nie oso­bi­ste­go błogosławieństwa. Spo­tkałem już Da­laj­lamę na au­diencji w Pol­sce, lecz być tu­taj, u podnóża Hi­ma­lajów, w mieście do którego zmie­rza­li uchodźcy ty­be­tańscy od dzie­sięcio­le­ci, w którym re­zy­do­wały naj­ważniej­sze in­sty­tu­cje państwa Ty­be­tańskie­go − to miało dla nas szczególne zna­cze­nie. W ocze­ki­wa­niu na to wy­da­rze­nie zwie­dza­liśmy mia­stecz­ko. Dru­gie­go dnia w bocz­nej ulicz­ce McLe­od Ganj spo­strze­gliśmy sta­re­go Ty­be­tańczy­ka wraz z żoną. Właści­wie to Ro­mek zwrócił na nie­go uwagę. Człowiek ten miał długą siwą brodę, co u Ty­be­tańczyków jest niesłycha­nie rzad­kie, to tra­dy­cja ra­czej chińska lub hin­du­ska. Widząc, że mu się przy­pa­tru­je­my, po­zdro­wił nas ser­decz­nie. Ty­be­tańczy­cy to niesłycha­nie ser­decz­ny i gościn­ny naród. Ten, za­gad­nięty przez na­sze­go prze­wod­nika Je­sze, także Ty­be­tańczy­ka, który opie­ko­wał się nami od New Del­hi, poczęsto­wał nas her­batą i tsampą − kul­ka­mi z jęczmien­nej mąki ma­cza­ny­mi w mlecz­nej her­ba­cie. Spędzi­liśmy ra­zem wieczór, wsłuchując się w opo­wieść sprzed trzy­dzie­stu lat, o uciecz­ce młode­go chłopca z oku­po­wa­ne­go Ty­be­tu. Opo­wieść o od­mrożeniach i za­gu­bie­niu na szla­ku, o radości na wi­dok tur­banów na głowach in­dyj­skich żołnie­rzy. O spo­tka­niu pięknej ko­bie­ty, później­szej żony, która jako mała dziew­czyn­ka wraz z ro­dziną również uciekła spod oku­pa­cji. Mia­stecz­ko w górach McLe­od Ganj to je­dy­ny skra­wek wol­ne­go Ty­be­tu na świe­cie. Cho­ciaż wpa­try­wa­li się z utęsknie­niem w szczy­ty gór tam, gdzie ich oj­czy­zna, tu­taj, na tym małym skraw­ku zie­mi po­nad leżącą w ni­zi­nie Dha­ram­salą − czu­li się wol­ni. Po­dzięko­wa­liśmy za gościnę. W In­diach za wszyst­ko należy płacić. Eu­ro­pej­czy­ko­wi bar­dzo trud­no odróżnić praw­dzi­we­go sa­dhu, wędrow­ne­go ascetę, od prze­bie­rańca, który w ten sposób za­ra­bia na życie, żądając opłaty za każde zdjęcie, błogosławieństwo lub wróżbę. Gdy zna­leźliśmy się w ty­be­tańskiej en­kla­wie, wszyst­ko się zmie­niło. Ota­czała nas gościn­ność i za­ufa­nie, uśmie­chy i ukłony, za­pro­sze­nia i apro­ba­ta. Po raz pierw­szy od wylądo­wa­nia w In­diach nie czu­liśmy się obco. Po­nad­to na małym te­ry­to­rium można tu spo­tkać nie­zli­czo­ne gru­py eu­ro­pej­skich tu­rystów, ame­ry­kańskich glob­tro­terów, dzien­ni­ka­rzy i podróżników ze wszyst­kich stron świa­ta. Re­stau­ra­cje pełne są gwa­ru, przeglądających zdjęcia par, ser­fujących w in­ter­ne­cie sa­mot­ników, sym­pa­tyków i wy­znawców bud­dy­zmu. Słowem − świat w pigułce. Wie­czo­rem Ro­mek pod­nie­co­ny wpa­ro­wał do na­sze­go po­ko­ju. Otrzy­ma­liśmy za­pro­sze­nie na mo­dlitwę, którą miał po­pro­wa­dzić Jego Świąto­bli­wość w Dżokhan­gu, na wzgórzu.

Nie ze mną te nu­me­ry

Na au­dien­cji sie­dzie­liśmy w tłumie Ty­be­tańczyków, piel­grzymów i przy­byłych tu licz­nie gości z Eu­ro­py i Ame­ry­ki, wy­znawców bud­dy­zmu z całego świa­ta, dzien­ni­ka­rzy i tu­rystów, dzi­waków i młodych podróżników, którzy nie boją się prze­mie­rzać In­dii z dwu­sto­ma do­la­ra­mi i sta­rym ple­ca­kiem. Po ja­kimś cza­sie po­czułem, że ktoś ciągnie mnie za rękaw. Z tyłu, dwa rzędy za nami, sie­dział sta­ru­szek Trin­jen z żoną i radośnie nas po­zdra­wiał. Po­now­nie zo­sta­liśmy za­pro­sze­ni na her­batę i tsampę do skrom­nej izby, w której miesz­ka­li, na par­te­rze oka­załego bu­dyn­ku z czasów bry­tyj­skich. Pod ko­niec spo­tka­nia Trin­jen wręczył mi w pre­zen­cie zwo­je mo­dli­tew­ne. W tra­dy­cji ty­be­tańskiej su­try − czy­li na­uki Bud­dy oraz jego dys­ku­sje z ucznia­mi i słucha­cza­mi, a także na­uki później­szych mistrzów − zwi­ja się w ru­lon i od­czy­tu­je w cza­sie mo­dlitw lub wsa­dza do wnętrza młynka mo­dli­tew­nego, którego obrót jest jed­no­cześnie ob­ro­tem koła dhar­my, wersów mo­dlitwy. Dhar­ma to w bud­dy­zmie ter­min wie­lo­znacz­ny, ozna­cza nie tyl­ko prawdę, na­uki Bud­dy, osta­teczną rze­czy­wi­stość, lecz także od­po­wiedź na wszyst­kie py­ta­nia nur­tujące człowie­ka. Przede wszyst­kim jed­nak dhar­ma opi­su­je przy­czy­ny i skut­ki rządzące życiem każdego z nas. Za­pi­sy mo­dlitw wy­ci­na się w drew­nia­nym klo­cu, by po­tem jak stem­plem od­ci­skać li­te­ry na pa­pie­rze. Wie­lu mnichów trud­ni się tego ro­dza­ju dru­kar­stwem, a ofia­ro­wa­nie mo­dlitwy dru­giej oso­bie jest szczególnym da­rem. Po­dob­nie jak w in­nych tra­dy­cjach re­li­gij­nych, mo­dlitwy bud­dyj­skie służą różnym spra­wom. Jed­ne wspie­rają zdro­wie, inne szczęście ro­dzin­ne, jesz­cze inne są błogosławieństwem bo­gac­twa. Wie­le sutr to me­ta­fo­rycz­ne opo­wieści, które w skróto­wej for­mie są swo­istą po­intą nauk Bud­dy i jego kon­ty­nu­atorów. Uprzej­mie za­winąłem zwój w tka­ninę i w ho­te­lu wrzu­ciłem go do bocz­nej kie­sze­ni ple­ca­ka jako miłą, sym­bo­liczną pamiątkę, którą być może przy oka­zji re­mon­tu ga­bi­ne­tu opra­wię w ram­ki i obok in­nych po­wieszę na ścia­nie. Gdy­by nie Je­sze, nasz prze­wod­nik, do dziś nie miałbym pojęcia, jaki dar otrzy­małem. Mój pol­ski ra­cjo­na­lizm i nie­uf­ność nie po­zwa­lały mi do­strzec sy­gnałów i znaków w ja­kie ob­fi­to­wała dro­ga. W cza­sie dal­szej podróży przez In­die do Wa­ra­nas, Sar­nakth i Bodh Gaya, gdzie książę Śia­kja­mu­ni do­znał oświe­ce­nia i stał się Buddą, Je­sze od­czy­ty­wał na głos frag­men­ty zwojów otrzy­manych od Trin­je­na. Wciąż jed­nak nie ro­zu­miałem, czym zo­stałem ob­da­ro­wa­ny. Słowa brzmiały nie­co mi­stycz­nie, nie­ja­sno. Niektóre z nich prze­ma­wiały, inne wy­da­wały się zna­ko­mi­tym uzu­pełnie­niem re­flek­syj­ne­go na­stro­ju, jaki pa­no­wał w cza­sie podróży. Nie ro­zu­miałbym ich zna­cze­nia nadal, gdy­by nie półka z no­tat­ka­mi. Po po­wro­cie do Pol­ski swo­im zwy­cza­jem przeglądałem no­tat­ki według za­sa­dy: co jest pil­ne tra­fia do no­te­su, resz­ta na półkę.

Od­kry­cie ta­jem­ni­cy

Po śmier­ci ojca ko­niecz­ne stało się uporządko­wa­nie do­ku­mentów, no­ta­tek, za­pisków. W za­sa­dzie zajęła się tym moja sio­stra, po­zo­sta­wiając mi jed­nak kil­ka kar­tonów listów, przed­miotów, które mogły mieć związek ze mną albo, jej zda­niem, mieć zna­cze­nie sen­ty­men­tal­ne, jako pamiątka po ojcu. Przeglądałem książki w kar­tonie. Tym sa­mym zo­stałem zmu­szo­ny do wy­ko­na­nia porządków we własnych do­ku­mentach, spod ster­ty których nie było już widać ani szaf­ki, ani biur­ka, ani półek. Moją uwagę zwrócił znak, sym­bol na jed­nej z książek. Mój oj­ciec jako tech­nik me­cha­nik z wy­kształce­nia czy­tał książki do­tyczące obróbki skra­wa­niem lub in­nych równie enig­ma­tycz­nych dla mnie dzie­dzin, lub też książki z naj­now­szej hi­sto­rii Pol­ski, za­zwy­czaj o nie­co sen­sa­cyj­nym cha­rak­te­rze. Skąd ten sym­bol? Znak iden­tycz­ny jak na ko­pii mo­dlitw otrzy­ma­nych od Trin­je­na w McLe­od Ganj. To mnie za­cie­ka­wiło. Mój oj­ciec i bud­dyj­skie mo­dlitwy? Ja­kież było moje zdzi­wie­nie, kie­dy jesz­cze tego sa­me­go dnia od­kryłem po­dob­ny znak na pa­pie­rach otrzy­ma­nych od Eu­cha­rio­sa, na których spi­sał przesłanie za­war­te na re­wer­sach ikon. Z cie­ka­wości przesłałem skan do mo­ich grec­kich przy­ja­ciół. Po­czułem się zupełnie za­sko­czo­ny, kie­dy po chwi­li do­wie­działem się, że nie jest to grec­ka li­te­ra. Przesłałem skan do Je­sze­go w Dha­ram­sa­li. Nie był to również ty­be­tański znak gra­ficz­ny. Jed­nak oka­zało się, że w al­fa­be­tach fe­nic­kim, ara­mej­skim, arab­skim i he­braj­skim ów znak to Da­let, czwar­ta li­te­ra al­fa­be­tu ozna­czająca drzwi lubbramę, jej od­po­wied­ni­kiem nu­me­rycz­nym jest czte­ry. Czte­ry! Ucie­szył się Ro­mek, toż to suma dnia two­ich uro­dzin! Dru­gi znak poniżej ozna­czał fe­nicką li­terę He, okno, a jej od­po­wied­ni­kiem nu­me­rycz­nym jest pięć. Pięć! Za­krzyknął Ro­mek, to suma dnia i mie­siąca two­ich uro­dzin −i zaczął wer­to­wać wszel­kie świa­to­we wy­da­rze­nia, które związane były z tą datą. Nie, nie, nie ze mną te nu­me­ry. Nu­me­ro­lo­gia, astro­lo­gia, wróżby. Nie, nie, nie i nie. Skąd jed­nak fe­nic­kie zna­ki na grec­kich i ty­be­tańskich pi­smach? Obej­rzałem książeczkę, spa­dek po ojcu, na okładce której po raz pierw­szy świa­do­mie za­uważyłem li­terę Da­let, a obok niej He. Nie ze mną te nu­me­ry. Przy­pa­dek, któremu próbu­je­my nadać zna­cze­nie. Oddałem grec­kie i ty­be­tańskie ma­nu­skryp­ty wraz z książeczką mego ojca za­fa­scy­no­wa­ne­mu Rom­ko­wi. Niech się bawi, jeśli ma na to czas. Ja nie mam. Jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ru za­dzwo­nił i pod­nie­co­nym głosem oznaj­mił: Drzwi do mądrości, okno na świat wie­dzy. Tak brzmiał tytuł książecz­ki, którą odzie­dzi­czyłem po ojcu, co więcej, zda­niem Rom­ka iden­tycz­ne na­zwy miały za­pi­ski z kre­teńskiej cer­kwi i ty­be­tańskie mo­dli­twy. I co z tego, spy­tałem. Jak to co z tego, toż to skarb, od­po­wie­dział.

Nadal nie wierzę w cuda. Sio­stra nie miała pojęcia, skąd tego ro­dza­ju książecz­ka u mego ojca, w do­dat­ku za­pi­sa­na w języku he­braj­skim, którego prze­cież nie znał. Może od kogoś ją do­stał? Może to jakiś przy­pad­ko­wy pre­zent? Nig­dy wcześniej żadne z nas jej u nie­go nie wi­działo. Co cie­ka­we, eg­zem­plarz wyglądał jak druk pry­wat­ny, ni­sko­nakłado­wy, bez wy­daw­nic­twa lub choćby daty wy­da­nia, bez au­to­ra i re­dak­to­ra, na pożółkłym pa­pie­rze, w tek­tu­ro­wej opra­wie. Książecz­ka, która mogła mieć sto lat − albo dzie­sięć. Za na­mową Rom­ka przetłuma­czy­liśmy wszyst­kie za­pi­ski. Zde­cy­do­wałem się je opu­bli­ko­wać do­pie­ro, kie­dy oka­zało się, że su­ge­stie w nich za­war­te są ude­rzająco zbieżne ze współcze­sny­mi od­kry­cia­mi wie­lu zna­nych pro­fe­sorów. Ri­chard Wi­se­man, Mi­ha­ly Csíkszent­mihályi, Tal ben-Sha­har, Ma­xie Maults­by, Ar­nold Min­dell, Al­bert El­lis, czy­li za­wo­do­wi psy­cho­lo­go­wie, ba­da­cze szczęścia i suk­ce­su − mają na ten te­mat nie­mal iden­tycz­ne teo­rie. Mój za­chod­ni umysł, skażony ra­cjo­na­li­zmem, nie po­zwo­lił mi uwie­rzyć w przy­pa­dek, ezo­te­rycz­ne pi­sma, przesłanie. Dałem im wiarę do­pie­ro po porówna­niu ich z czymś, co było dla mnie bar­dziej wia­ry­god­ne. Jed­nak nie­pod­ważalne było, że z różnych zakątków świa­ta, a na­wet epok po­cho­dziły po­dob­ne spo­strzeżenia, su­ge­stie oraz od­po­wiedź na py­ta­nie z ja­kie­go po­wo­du − choć są zna­ne i po­wta­rza­ne − lu­dzie je igno­rują, choć sto­sując się do nich, mo­gli­by żyć szczęśli­wiej. Nadałem im współcze­sny cha­rak­ter. Jaki, kozy, owce i bawoły jako sym­bo­le do­statku za­mie­niłem na złotówki, a He­ra­klion i La­dakh na War­szawę. Za­miast dro­go­cen­nych ka­mie­ni, wełny i je­dwa­biu po­daję przykłady bliższe dzi­siej­sze­mu czy­tel­ni­ko­wi. Za­pi­ski na re­wer­sach ikon: święty Je­rzy walczący ze smo­kiem i  Ar­cha­nioł Ga­briel, a także ty­be­tańskie zwo­je i książka mego ojca ob­fi­to­wały w przy­po­wieści, me­ta­fo­ry i ale­go­rie. Niektóre z nich cy­tuję w nie­mal dosłownym brzmie­niu. Łatwo się zo­rien­tu­jesz, z ja­kich kra­in po­chodzą. Oto Drzwi do mądrości, okno na świat wie­dzy.

Opo­wieść o owo­cach Qu

Pe­wien ku­piec, wraz z okrętem pełnym wina i oli­wy, rzu­co­ny fa­la­mi sztor­mu, tra­fił do nie­zna­ne­go por­tu. Zszedł na ląd i po­dziękował bo­gom za ra­tu­nek. Widząc, że na na­brzeżu od­by­wa się targ, szyb­ko po­sta­no­wił sprze­dać swo­je pro­duk­ty. Ja­kież było jego zdzi­wie­nie, kie­dy wino i zna­ko­mi­te to­wa­ry, które prze­wo­ził, nie wzbu­dziły ni­czy­je­go za­in­te­re­so­wa­nia, a za­pro­sze­ni do de­gu­sta­cji miesz­kańcy por­tu z obrzy­dze­niem wy­plu­wa­li oliwę i wino. Niektórzy wsz­czy­na­li na­wet awan­tu­ry, jak­by po­da­ne im czar­ki za­wie­rały skwaśniałe wino, ze­psutą oliwę albo na­wet tru­ciznę.

– Co pi­je­cie? – spy­tał zdzi­wio­ny ku­piec. – Co do­da­je­cie do po­traw? – spy­tał pew­ne­go człowie­ka, który ro­zu­miał jego język.

– Najczęściej pi­je­my qu, a do na­szych po­traw nie­mal za­wsze da­je­my ruqu.

– Co to jest qu, czym jest ruqu? – zdzi­wił się ku­piec.

– Och, mu­sisz spróbować – za­pro­po­no­wał nie­zna­jo­my. – Zarówno qu, jak i ruqu są pysz­ne. Qu po­wsta­je z owoców qu, a ruqu ro­bi­my z kil­ku zmie­sza­nych skład­ników.

Ku­piec spróbował naj­pierw qu, a po­tem ruqu, lecz na­tych­miast wy­pluł z obrzy­dze­niem obie po­tra­wy, tak były nie­smacz­ne. Nie­ste­ty za­raz po­tem, po­mi­mo uszko­dzeń okrętu, mu­siał opuścić port, gdyż jego za­cho­wa­nie uzna­no za znie­wagę.

Je­steś w porządku

Za­cznij­my od tego, że wszyst­ko jest z tobą w naj­lep­szym porządku. Od dzie­ciństwa mówili ci: na­ucz się, zmień, po­praw, zmi­ty­guj, popełniłeś grzech, prze­proś, je­steś nie­grzecz­ny, nie­do­bry, po­sta­raj się bar­dziej, po­praw się i tak da­lej, i tak w nie­skończo­ność. Słowem − su­ge­stia, która to­wa­rzy­szyła ci od najmłod­szych lat, ozna­czała: coś z tobą jest nie tak, nie je­steś w porządku. Tym­cza­sem tyl­ko nie­wiel­ki pro­cent lu­dzi na Zie­mi to oso­by nie­bez­piecz­ne, nie­etycz­ne i z grun­tu złe. Z nim jest coś nie tak. Najczęściej z resztą nie jest to ich wina, tyl­ko oto­cze­nie uczy­niło ich właśnie ta­ki­mi. Jeśli jed­nak czy­tasz tę książkę, czy­li po­szu­ku­jesz roz­wo­ju oraz in­spi­ra­cji, naj­praw­do­po­dob­niej należysz do gro­na lu­dzi, z którymi wszyst­ko jest w porządku. Być może je­steś je­dy­nie osobą nie­co roz­re­gu­lo­waną, zde­cen­tro­waną, prze­sad­nie spiętą, może na­wet za­gu­bioną w natłoku życio­wych zadań i bodźców. Być może od­czu­wasz bez­rad­ność, a cza­sem nie­pokój. Możesz to jed­nak zmie­nić. Wszyst­ko jest z tobą w porządku.

Po­znaj me­cha­nizm

Me­cha­nizm de­cy­du­je nie tyl­ko o szczęściu i spełnie­niu, lecz także o smut­ku i stra­cie. Me­cha­nizm, który ci przed­sta­wię, napędza two­je życie i re­gu­lu­je nie­mal każdą twoją ak­tyw­ność. Po­zna­nie me­cha­ni­zmu i jego za­sad to pierw­szy krok do prze­bu­dze­nia. Me­cha­nizm psy­cho­fi­zycz­nej wy­mia­ny in­for­ma­cji to swo­isty ta­niec między two­imi myślami a na­ma­calną krwią, która płynie w żyłach. Nie je­steś jed­nak istotą me­cha­niczną. Nie da się rozłożyć two­je­go ciała na komórki jak sil­ni­ka czy sa­mo­cho­do­wej skrzy­ni biegów, wy­rzu­cić zużytych części i wsta­wić no­wych, żeby po­tem po­now­nie od­pa­lić me­cha­nizm. Ten błąd popełnia z resztą wie­lu le­ka­rzy, sku­piając się na ko­la­nie lub wątro­bie, a nie na człowie­ku, który skarży się na ból da­ne­go miej­sca. Kie­dy pod­czas pew­ne­go ba­da­nia stu­den­tom ochot­ni­kom po­da­wa­no posiłki po­zba­wio­ne se­ro­to­ni­ny, po­nad połowa z nich za­padła na de­presję. Jed­nak gdy przywrócono se­ro­to­ninę, ob­ja­wy de­pre­syj­ne nie cofnęły się, a u niektórych osób utrzy­my­wały na­wet przez pół roku. Ów psy­cho­fi­zjo­lo­gicz­ny me­cha­nizm, który zarządza two­im życiem, można dość łatwo wytrącić z równo­wa­gi. Po­trze­ba cza­su i kon­se­kwen­cji, aby powrócił do har­mo­nii. Me­cha­nizm może też po pro­stu szwan­ko­wać z po­wo­du niewłaści­we­go użyt­ko­wa­nia.

JA, czy­li ty

Wszyst­ko za­czy­na się od Ego. Ego najczęściej utożsa­mia­ne jest z JA. Ego jest zna­nym pojęciem. Bywało różnie na­zy­wa­ne oraz in­ter­pre­to­wa­ne przez wie­ki. Również współcześnie psy­cho­lo­go­wie bar­dzo od­mien­nie de­fi­niują, czym właści­wie jest. Psy­cho­lo­gia od za­wsze posługi­wała się me­ta­fo­ra­mi, porówna­nia­mi. Nie można zmie­rzyć ani zo­pe­ro­wać Ego. Nie można go zo­ba­czyć. Po­dob­nie jak nie da się wziąć pod mi­kro­skop umysłu, choć frag­men­ty mózgu − owszem. Można na­to­miast porównać Ego do lap­to­pa. Dysk, pamięć, pro­ce­sor, kar­ta gra­ficz­na. Sta­rożytni przyrównują Ego do domu, który ma swój kształt, fun­da­ment, po­miesz­cze­nia, dach, scho­dy. Dom jed­nak nie ist­nie­je sam przez się, za­czy­na do­pie­ro, gdy za­miesz­kują go lu­dzie, gro­madzą w nim nie tyl­ko sprzęty, lecz przede wszyst­kim na­dzie­je, tęskno­ty i doświad­cze­nia. Ego to cen­trum two­jej psy­chi­ki. Napełniają je myśli, emo­cje, a także uczu­cia, czy­li sta­ny bar­dziej roz­bu­do­wa­ne, trwające dłużej i za­zwy­czaj prze­bie­gające łagod­niej niż emo­cje. Miłość, tęskno­ta, sa­mot­ność, iry­ta­cja, smu­tek, radość – to przykłady uczuć. Z każdym ty­go­dniem i mie­siącem życia Ego wzbo­ga­ca się. Two­je doświad­cze­nia, a po­tem również pamięć, są bu­dul­cem Ego. Cegła do cegły. Ja­kie cegły − taki dom.

Oso­ba w świe­cie

Po­trze­bu­je­my spo­so­bu na życie w świe­cie. Per­so­na w two­jej oso­bo­wości to jak główne opro­gra­mo­wa­nie lap­to­pa. Sys­tem ope­ra­cyj­ny Win­dows, Li­nux, An­dro­id, a może star­szy DOS lub OS X. Kon­kret­ny Win­dows XP, Vi­sta, może Win­dows 7 lub 8, a może ma­cow­ski OS X Ma­ve­ric. Per­so­na to zda­niem Car­la Gu­sta­va Jun­ga twój sposób by­cia w świe­cie. Me­to­da, według której myślisz i działasz w świe­cie, uczysz się, pra­cu­jesz, wy­ko­nu­jesz obo­wiązki, cie­szysz się przy­jem­nościa­mi. Ego używa per­so­ny, czy­li oso­by, by działać, po­dob­nie jak kom­pu­ter używa opro­gra­mo­wa­nia po­zwa­lającego łączyć się z in­ter­ne­tem. Na two­im kom­pu­terze od­po­wied­ni­kiem per­so­ny będą pro­gram pocz­to­wy i przeglądar­ka in­ter­ne­to­wa, pro­gram łączący z sie­cią, ale również kon­kret­ne pro­gramy, w których two­rzysz i prze­syłasz pli­ki: Word i Excel, Pho­to­shop lub Ipho­to, Po­wer Po­int lub Pre­zi. Sta­rożytni po­wiedzą, że dom za­miesz­kują lu­dzie. W Ego za­miesz­kują myśli. Lu­dzie żyją, pra­cują, działają w swo­ich do­mach. Pro­gra­my prze­li­czają dane. Dzięki per­so­nie wcho­dzisz w kon­takt ze świa­tem. Mu­sisz używać tego sa­me­go języka, aby zo­stać zro­zu­mia­nym przez od­biorcę. Kie­dy wchodzę na ko­reański por­tal, je­stem za­gu­bio­ny. Widzę zna­ki, których nie ro­zu­miem i nie po­tra­fię od­czy­tać, kli­kam na ślepo. Nie po­tra­fię wyjść z ja­kiejś opcji. Tego ro­dza­ju za­gu­bie­nie od­czu­wa Per­so­na, gdy nie może się skon­taktować z in­ny­mi ludźmi, gdy jest nie­ro­zu­mia­na lub nie ro­zu­mie. Od zdol­ności poro­zu­miewania się z ludźmi zależy jakość two­je­go życia. Im bar­dziej je­steś kom­pa­ty­bil­ny, czy­li ela­stycz­ny i otwar­ty, tym le­piej i z tym większą liczbą lu­dzi możesz się po­ro­zu­mieć.

Ma­ska

Ma­ska jest aspek­tem Per­so­ny. Jest jak ko­stium, który zakłada­my w zależności od oka­zji i pełnio­nej roli. In­a­czej ubie­rasz się w pra­cy, in­a­czej w domu. Gdy wcho­dzisz na halę fa­bryczną, mu­sisz założyć odzież ochronną, gdy pra­cu­jesz w kuch­ni, zakładasz far­tuch, a gdy sprzątasz − sta­re dre­sy. Na uro­czy­stym fir­mo­wym ban­kie­cie obo­wiązko­wy jest gar­ni­tur, może na­wet smo­king lub frak, jeśli ban­kiet jest w ope­rze. Kie­dy idziesz w góry, two­je ubra­nie różni się od tego, które no­sisz na plaży. Ma­ska po­zwa­la Per­so­nie za­ist­nieć w kon­kret­nych sy­tu­acjach, przy­brać od­po­wied­nie miny, ge­sty i za­cho­wa­nia, uru­cho­mić kom­pe­ten­cje i umiejętności, które przy­dadzą się w górach albo na ban­kie­cie. Kłopot w tym, że u niektórych osób Ma­ska zra­sta się z Per­soną, jak w daw­nym fil­mie z Ji­mem Car­rey’em pod tym sa­mym tytułem. Niektórzy lu­dzie nie tyl­ko pełnią role dy­rek­torów − stają się sze­fa­mi nie­mal za­wsze i wszędzie. Nie tyl­ko pełnią role ma­tek wo­bec swych dzie­ci − mat­kują każdemu. Nie tyl­ko są wykładow­ca­mi na swo­ich uczel­niach − pra­wią morały, po­uczają i wy­po­wia­dają treści jak z mówni­cy na­wet na imie­ni­nach u cio­ci. W ten sposób me­cha­nizm po­wo­li za­ci­na się. Dzie­ci ta­kiej oso­by ocze­kują prze­cież in­ne­go ro­dza­ju re­la­cji niż ofi­cjal­na, na­sta­wio­na na za­da­nia; part­ner i przy­ja­cie­le po­dob­nie. Brak ela­stycz­ności gro­zi ka­ta­strofą. Dom przy­sto­so­wa­ny do pełnie­nia funk­cji biu­ra jest złym miesz­ka­niem. Miesz­ka­nie nad pu­blicz­nym garażem, obok całonoc­ne­go skle­pu źle spełnia funk­cje miesz­kal­ne dla ro­dzi­ny z małymi dziećmi, jed­nak świet­nie na­da­je się na biu­ro.

Ani­mus

Jest częścią oso­bo­wości ko­bie­ty, jej męskim aspek­tem. Dzięki Ani­mu­so­wi dziew­czyn­ka, a po­tem ko­bie­ta po­tra­fi zro­zu­mieć za­cho­wa­nia mężczyzn, roz­po­zna­wać ich emo­cje, a na­wet po­trze­by. Za­miast się im dzi­wić lub je ne­go­wać umie wziąć je pod uwagę. To po­zwa­la jej współpra­co­wać z mężczy­zna­mi oraz two­rzyć z nimi sa­tys­fak­cjo­nujące związki przy­ja­ciel­skie, za­wo­do­we, in­tym­ne. Do­brze wy­kształcony Ani­mus jest jak ze­staw pro­gramów kom­pu­te­ro­wych umożli­wiający czy­ta­nie pew­ne­go ro­dza­ju plików. Masz na lap­to­pie Ado­be Re­ade­ra − możesz od­czy­ty­wać pli­ki fla­sho­we, bez nie­go ani rusz. Dziew­czyn­ka two­rzy swe­go Ani­musa po­przez re­la­cje z mężczy­zna­mi ważnymi w jej dzie­ciństwie, zwłasz­cza z oj­cem. Z cza­sem po­sze­rza swoją wiedzę na ich te­mat. Za­czy­na jed­nak od wzorców, czy­li wskazówek, które po­znała we wcze­snym dzie­ciństwie po­przez przygląda­nie się, jak pier­wia­stek męski prze­ja­wia się w jej życiu co­dzien­nym. W czy­ta­niu książeczek, je­dze­niu posiłków, pod­czas wspólnych za­baw, do­mo­wych kłótni, za­kupów, sprząta­nia, świąt, ale naj­ważniej­sza dla dziew­czyn­ki będzie ob­ser­wa­cja, w jaki sposób mężczy­zna trak­tu­je ważne dla niej ko­bie­ty i w końcu − ją samą.

Ani­ma

Jest od­po­wied­ni­kiem ko­bie­ce­go Ani­mu­sa u mężczyzn. Po­dob­nie jak w przy­pad­ku dam­skich re­la­cji z mężczy­zna­mi, Ani­ma wy­kształca się już w bar­dzo wcze­snym dzie­ciństwie chłopca po­przez związek z matką oraz in­ny­mi ważnymi ko­bie­ta­mi w jego oto­cze­niu. Jest wy­ucza­ny przez ob­ser­wację i naśla­do­wa­nie dam­skich za­cho­wań. W okre­sie doj­rze­wa­nia i do­rosłości po­zwa­la na bu­do­wa­nie z nimi re­la­cji. Jej de­fi­cyt lub brak skut­ku­je lękiem lub oziębłością wo­bec ko­biet, niechęcią lub agresją, a nie­kie­dy uni­ka­niem lub nie­po­rad­ny­mi próbami bu­do­wa­nia re­la­cji. Po­dob­nie jest u ko­biet z niewy­kształco­nym Ani­mu­sem. Nie­kom­pa­ty­bil­ne pro­gra­my nie po­tra­fią wy­mie­niać między sobą in­for­ma­cji lub je w znacz­nym stop­niu znie­kształcają.

Cza­sem me­cha­nizm się za­ci­na

Już wiesz, że me­cha­nizm − w którym Ego jest do­mem, Per­so­na jego prze­zna­cze­niem, a Ma­ska kon­kret­ny­mi za­da­nia­mi, które ów dom ma spełniać − za­ci­na się. Tak jak dom może służyć in­nym ce­lom niż te, do których zo­stał zbu­do­wa­ny, tak na­sze Ego może czuć się za­gu­bio­ne w świe­cie re­la­cji, obo­wiązków, ocze­ki­wań. Nie­kie­dy czu­je­my, że zna­leźliśmy się nie tu, gdzie chcie­li­byśmy być, nie w tym cza­sie, działamy nie w ten sposób, który nam od­po­wia­da, nie z tymi, z którymi chcie­li­byśmy być. Tra­ci­my ener­gię, a nie­rzad­ko od­czu­wa­my dys­kom­fort i cier­pie­nie.

– Dzie­je się tak, gdyMa­ska zrosła się z Per­soną. Wówczas na