Wydawca: Bukowy Las Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 375 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Błysk - Kristine Barnett

Syn Kristine Barnett, Jacob, ma IQ wyższe niż Einstein i fotograficzną pamięć. W ciągu dwóch tygodni sam nauczył się podstaw analizy matematycznej. W wieku dziewięciu lat rozpoczął badania nad nowatorską teorią w astrofizyce, w wieku dwunastu -pracę na uniwersytecie na wydziale fizyki kwantowej. A przecież jego genialne  zdolności łatwo mogły zostać zaprzepaszczone. Kiedy Jake miał dwa lata, rozpoznano u niego autyzm. Kristine usłyszała wówczas, że być może jej syn nigdy sam nie zawiąże butów.

Błysk jest fascynującą historią matki i syna. Otoczony przez specjalistów, którzy uczyli go jedynie podstawowych czynności, tłumiąc prawdziwe pasje, Jake nie robił żadnych postępów, co więcej, wycofywał się do swojego świata, aż w końcu zupełnie przestał mówić. Wtedy jego mama, na przekór wszystkim, podążyła za instynktem. Zrezygnowała ze specjalnego programu nauczania i zaczęła samodzielnie przygotowywać syna do zajęć w zwykłym przedszkolu, wierząc w moc doświadczeń dzieciństwa i radosnej zabawy. Skupiła się na wszystkim, co było w Jake'u wyjątkowe, i pozwoliła mu swobodnie rozwijać zainteresowania, koncentrując się na tym, co umie, a nie na tym, czego nie mógł zrobić. Dzięki ciężkiej pracy, determinacji Jake'aoraz wsparciu przyjaciół i bliskich, Kristine i Michael przezwyciężyli wszystkie trudności, a efekty przeszły ich najśmielsze oczekiwania. Wychowali geniusza.

„Wszyscy rodzice i nauczyciele powinni przeczytać tę niezwykłą książkę!” Temple Grandin

Błysk to opowieść o odmieniającej sile bezwarunkowej miłości matki. Jeśli macie dziecko inne niż wszystkie – a które dziecko takie nie jest? – nie będziecie w stanie odłożyć tej książki nawet na minutę”. Sylvia Nasar

Błysk w wyjątkowy sposób pokazuje, z jak wielką siłą matka potrafi kochać swoje dziecko”. Andrew Solomon

Opinie o ebooku Błysk - Kristine Barnett

Fragment ebooka Błysk - Kristine Barnett

Niektóre nazwiska dzieci występujących w tej książce, a także ich rodzin, zostały zmienione, podobnie jak pewne szczegóły biograficzne. Nieliczne postacie stanowią kompilację kilku rzeczywistych osób.

Tytuł oryginału: The Spark. A Mother’s Story of Nurturing Genius

Copyright © 2013 by Kristine Barnett All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone

This translation published by arrangement with Random House, an imprint of The Random House Publishing Group, a division of Random House, Inc.

Copyright © for the Polish edition and translation by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2014

ISBN 978-83-64481-51-2

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz Fotografie na okładce: © Kelly Wilkinson/ZUMA Press/Corbis/Fotochannels (przód); © Drew Endicott (tył i skrzydełko) Redakcja: „Sztuka i słowo”: Anna Rojkowska Korekta: Iwona Gabryś Redakcja techniczna: Adam Kolenda

Wydawca: Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocławwww.bukowylas.pl, e-mail: biuro@bukowylas.pl

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01 www.olesiejuk.pl, e-mail: fk@olesiejuk.pl

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Michaelowi, który codziennie sprawia, że niemożliwe staje się możliwe

Wstęp

Siedzę w ostatniej ławce w sali uniwersytetu na zajęciach z fizyki, przyglądając się studentom. Niewielkie grupy tych, którzy gotowi są stawić czoła nowemu równaniu, gromadzą się koło tablic. Raz po raz kreślą coś na nich, po czym zaraz mażą i milkną. Nie trzeba długo czekać, aż dochodzi między nimi do kłótni. Zerkam w stronę mojego dziewięcioletniego syna, który stoi po drugiej stronie pomieszczenia i swobodnie rozmawia z profesorem. Po chwili spór rozbrzmiewa na dobre i coraz bardziej napięta atmosfera udziela się wszystkim w sali. Jake postanawia napisać coś na tablicy. Przystawia do niej krzesło i staje na nim, a i tak musi wspiąć się na palce i wyciągnąć wysoko rękę.

Podobnie jak inni studenci, nigdy wcześniej nie widział tego równania, lecz niewiele się zastanawiając, zapisuje na białej tablicy ciąg cyfr. Wkrótce wszystkie oczy zwrócone są już tylko na niego. Studenci z innych grup przerywają pracę i przyglądają się dzieciakowi w założonej tyłem na przód bejsbolówce. Jednak Jake nie zwraca na nich uwagi. Jest całkowicie pochłonięty cyframi i symbolami, które mnożą się na tablicy z nieprawdopodobną szybkością: najpierw pięć linijek, potem dziesięć, piętnaście, w końcu jest ich tak dużo, że wylewają się poza ramy, zajmując część tablicy przeznaczonej dla sąsiedniej grupy.

Widzę, jak mój syn rozmawia z innymi starszymi kolegami, wskazuje palcem fragment zapisu, objaśnia i zadaje pytania naprowadzające, intuicyjnie wcielając się w rolę nauczyciela. Poważnie wyglądająca kobieta, z włosami zaplecionymi w warkocz francuski, opuszcza swoją grupę i podchodzi bliżej, aby posłuchać. Po chwili dołącza do niej młody przygarbiony mężczyzna, który potakuje energicznie głową, jakby to, co mówi Jake, stawało się dla niego coraz bardziej jasne. Parę minut później już wszyscy studenci zebrani z przodu sali wykładowej słuchają w skupieniu. Kiedy wreszcie Jake wyjawia, gdzie jego zdaniem tkwi trudność i jak można rozwiązać to równanie, unosi się podekscytowany na palcach, jakby podskakiwał na niewidzialnej piłce. Słysząc, jak jakiś brodaty młodzieniec zadaje pytanie, spoglądam w stronę opartego o ścianę profesora. Nauczyciel nie ingeruje, tylko unosi kąciki ust w lekkim uśmiechu. Zrozumiawszy, na czym polega problem, studenci rozchodzą się i z powrotem zabierają do pracy. Obserwując podskakujące na tablicach markery i napięcie widoczne na twarzach, uświadomiłem sobie, że rozwiązywanie tego równania nikomu z zebranych w sali nie sprawiało takiej przyjemności jak Jake’owi.

Zajęcia dobiegają końca i pomieszczenie pustoszeje. Mój syn pakuje markery, żywo rozmawiając z jednym z kolegów o nowej grze NBA, którą obaj chcieliby mieć. Do mnie podchodzi profesor i wyciąga rękę.

– Pani Barnett, pragnę powiedzieć, jak bardzo się cieszę, że Jake do nas dołączył. Z pewnością ma świetny wpływ na studentów i – choć nie są przyzwyczajeni do takiego tempa – motywuje ich do pracy. Szczerze mówiąc, nie jestem pewny, czy sam za nim nadążę! – mówi, nie kryjąc radości.

– O rany! – odpowiadam ze śmiechem. – Doskonale wiem, o co panu chodzi.

* * *

Nazywam się Kristine Barnett, a mój syn, Jake, uważany jest za geniusza w dziedzinie nauk ścisłych. Kiedy miał osiem lat, zaczął uczęszczać na zajęcia z matematyki, fizyki i astronomii, w których brali udział studenci uniwersytetu, a rok później dołączył do ich grona i rozpoczął badania nad nową teorią względności. Równania, które pisał, były tak długie, że nie mieściły się na wielkiej białej tablicy i zajmowały znaczną część okien naszego domu. Nie mogąc mu sama pomóc, zainteresowałam się, komu mógłby pokazać swoje obliczenia. Na życzenie Jake’a skontaktowałam się ze znanym fizykiem, który wspaniałomyślnie zgodził się rzucić okiem na pierwsze iteracje. Profesor potwierdził, że Jake pracuje nad zupełnie nową teorią, i dodał, że jeśli okaże się prawdziwa, mój syn może zostać nominowany do Nagrody Nobla.

Tego roku w lecie, w wieku dwunastu lat, Jake został zatrudniony na uniwersytecie jako pracownik naukowy. Można powiedzieć, że była to jego pierwsza płatna wakacyjna praca. W trzecim tygodniu badań rozwiązał problem otwarty w teorii krat, a jego odkrycie zostało opublikowane w ważnym piśmie naukowym.

Parę miesięcy wcześniej, wiosną tego samego roku, w lokalnej gazecie ukazał się niewielki artykuł o fundacji, którą założyliśmy z mężem. Zupełnie nieoczekiwanie wzmianka zaowocowała publikacją historii Jake’a w większym piśmie i nim się obejrzeliśmy, na trawniku przed domem rozstawiały sprzęt ekipy telewizyjne. Dzwoniły do nas osoby zainteresowane nakręceniem filmu, zapraszano nas do talk show i programów pokazujących wiadomości z ostatniej chwili, pytali o Jake’a łowcy talentów, wydawcy i elity uniwersyteckie, a dziennikarze i producenci daliby wszystko, aby tylko przeprowadzić z nim wywiad.

Czułam się zagubiona. I teraz mogę powiedzieć zupełnie szczerze: zarówno Michael, jak i ja nie mieliśmy pojęcia, dlaczego tak wiele osób nagle zainteresowało się naszym synem. Oczywiście wiedzieliśmy, że Jake jest bardzo inteligentny. Zdawaliśmy sobie sprawę, że jego zdolności w dziedzinie nauk ścisłych są wyjątkowe i że żaden z jego rówieśników nie studiuje na uniwersytecie. Jednak dla nas liczyły się zupełnie inne rzeczy. Świętowaliśmy, kiedy Jake miał dobrą średnią uderzeń w bejsbolu, cieszyło nas, gdy grał z rówieśnikami w grę Halo:Reach albo gdy oglądali razem filmy w naszym domowym kinie w piwnicy i gdy – wiem, że nieźle mi się za to oberwie – spotkał swoją pierwszą dziewczynę.

Dla nas właśnie te zwykłe rzeczy były ogromnie zdumiewające. Kiedy media zainteresowały się naszym synem, zupełnie nie wiedzieliśmy, co o tym sądzić. Dopiero gdy porozmawialiśmy z dziennikarzami, przeczytaliśmy i wysłuchaliśmy historii, które napisali na nasz temat, stało się jasne, że patrzymy na to zupełnie inaczej. Prawdą jest, że trzeba było ostrego światła reflektorów, abyśmy z Michaelem zrozumieli, jak bardzo życie nasze i Jake’a się zmieniło.

Jednak ci sami dziennikarze, którzy otworzyli nam oczy, nie zdawali sobie sprawy, że historia naszego syna jest o wiele bardziej niewiarygodna, ponieważ o mały włos jego fenomenalne zdolności nie zostały utracone na zawsze. Kiedy pierwsze ekipy telewizyjne zaparkowały samochody na naszym podjeździe, nadal żyliśmy w cieniu diagnozy, którą postawiono, gdy Jake miał dwa lata. Przyglądaliśmy się bezradnie, jak nasze pełne energii, nad wiek rozwinięte dziecko stopniowo przestaje mówić, coraz bardziej zamykając się we własnym świecie. Rokowania specjalistów z mało optymistycznych szybko przerodziły się w odbierające wszelką nadzieję. Rok później powiedziano nam, że powinniśmy się cieszyć, jeśli Jake w wieku szesnastu lat będzie umiał samodzielnie zawiązać buty.

Książka ta opowiada o drodze, jaką przeszliśmy od tamtego czasu. Jest to historia matki i jej niezwykłego syna. Jednak dla mnie, bardziej niż o czymkolwiek innym, jest to opowieść o sile, jaką daje nadzieja, i o niesamowitych zdolnościach, które mogą zostać odkryte, jeśli tylko zachowamy otwarty umysł i nauczymy się wykorzystywać potencjał drzemiący w każdym dziecku.

Jeden cal albo dziesięć tysięcy mil

Listopad, 2001 rok Jake ma trzy lata

– Pani Barnett, chciałabym z panią porozmawiać o kartach z literami, które daje pani Jacobowi do przedszkola

Siedzieliśmy z Jakiem w salonie w towarzystwie jego przedszkolnej opiekunki, która zgodnie z prawem stanowym raz w miesiącu odwiedzała nas w domu. Jake przepadał za kartami obrazkowymi w jaskrawych kolorach i nie rozstawał się z nimi na krok. Były dla niego tym, czym dla innych dzieci są wytarte od przytulania pluszaki i kocyki, które wszędzie ze sobą zabierają, aby czuć się bezpiecznie. Kupiliśmy je w sklepie SuperTarget, w którym zazwyczaj robiłam zakupy. Inne maluchy przemycały do koszyków mam opakowania płatków śniadaniowych i batoniki, tymczasem w moim zawsze w jakiś tajemniczy sposób pojawiały się kolejne pudełka ulubionych fiszek Jake’a.

– Hm, ale ja… nie daję ich Jake’owi, zapewne sam je bierze, wychodząc z domu. Zawsze proszę go, aby je na chwilę odłożył, kiedy zakładam mu koszulę. Zabiera je ze sobą, nawet kiedy kładzie się spać!

– Pani Barnett – oznajmiła nauczycielka, niespokojnie wiercąc się na kanapie – chyba powinna pani zmienić wymagania wobec Jake’a. Program podstawowych umiejętności zakłada, że nauczy się sam sobie radzić z prostymi czynnościami. Naszym głównym celem są zwykłe rzeczy, na przykład aby któregoś dnia potrafił się ubrać bez niczyjej pomocy – dokończyła łagodnym, ale stanowczym głosem.

– Ależ oczywiście, zdaję sobie z tego sprawę. My również nad tym pracujemy. Jednak jeśli chodzi o te karty… Jake naprawdę je lubi.

– Przepraszam, pani Barnett. Chciałam tylko powiedzieć, że… nie musi pani zmuszać go do nauki alfabetu.

W końcu, po długiej chwili ciszy dotarło do mnie, co nauczycielka miała na myśli. Chciała mnie chronić, upewnić się, że zrozumiałam, na czym polega program podstawowych umiejętności. Nie chodziło jej o to, że Jake jest za mały na karty obrazkowe. Chciała powiedzieć, że w przypadku naszego syna nie musimy upierać się przy nauce alfabetu, ponieważ program nie przewiduje, że Jake kiedykolwiek nauczy się czytać.

Była to kolejna druzgocąca chwila, jedna z wielu tego roku. Niedawno stwierdzono u Jake’a autyzm i zdałam sobie sprawę, że wszelkie założenia dotyczące tego, kiedy – i czy w ogóle kiedykolwiek – nasz niespełna trzyletni syn będzie się rozwijał jak inne dzieci, nie mają sensu. Miałam wrażenie, że wkraczam w ponurą, pełną niepokoju otchłań autyzmu. I choć mogłam tylko bezradnie przyglądać się, jak wiele umiejętności Jake’a po prostu zanika, czułam, że nie mogę pozwolić, aby zatrzaskiwano przed jego nosem drzwi, bez względu na to, czy chłopiec jest autystyczny, czy nie.

Jak na ironię, wcale nie oczekiwałam, że Jake nauczy się czytać, ale nie chciałam również, by ktokolwiek wyznaczał granice jego rozwoju, szczególnie jeśli miały być tak wąskie. A w tamtej chwili miałam wrażenie, że nauczycielka odcina go od wszystkich możliwości. Bałam się – jak większość rodziców – przeciwstawić opinii fachowca, lecz w głębi serca czułam, że jeśli nasz syn zostanie na dłużej objęty programem dla dzieci opóźnionych w rozwoju, możemy zupełnie stracić z nim kontakt. Postanowiłam zaufać intuicji. Nie miałam zamiaru walczyć z nauczycielami i terapeutami, przekonywać ich do zmiany oczekiwań czy stosowanych metod pracy. Nie chciałam prowadzić wojny z systemem oświaty czy narzucać innym tego, co uważam za właściwe dla Jake’a. Zamiast dawać zatrudnienie prawnikom, licznym specjalistom i adwokatom, którzy pomogliby mi wyegzekwować odpowiednią opiekę, zdecydowałam zainwestować bezpośrednio w syna i zrobić wszystko, co pozwoliłoby mu rozwinąć jego potencjał.

Żadna decyzja, którą podjęłam do tej pory, nie przerażała mnie tak bardzo. Sprzeciwiłam się nie tylko zdaniu specjalistów, ale i temu, co twierdził mój mąż, Michael. Tego dnia postanowiłam, że będę popierać zainteresowania Jake’a. Możliwe, że właśnie dzięki ulubionym kartom z literami próbował nauczyć się czytać. Jednak nawet jeśli nie, to i tak uważałam, że nie powinno mu się ich zabierać. Chciałam, aby miał ich tyle, ile chce.

Trzy lata wcześniej, kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, o mało nie oszalałam ze szczęścia. Miałam dwadzieścia cztery lata, ale do roli matki przygotowywałam się, odkąd pamiętam. Już jako mała dziewczynka wiedziałam (i chyba wszyscy w rodzinie również), że dzieci będą zajmowały w moim życiu szczególne miejsce. Ci, którzy mnie znali, żartowali, że jestem jak Szczurołap z Hameln, ponieważ gdziekolwiek się pojawię, ciągnie się za mną sznureczek gotowych do zabawy maluchów. Mój brat Benjamin, który urodził się, kiedy miałam jedenaście lat, od samego początku nie schodził mi z rąk. Gdy skończyłam trzynaście lat, opiekowałam się dziećmi już niemal wszystkich sąsiadów, a rok później prowadziłam szkółkę niedzielną przy kościele, do którego uczęszczaliśmy. Toteż dla nikogo nie było zaskoczeniem, gdy podczas studiów zatrudniłam się jako niania, aby zarobić na utrzymanie, a kiedy wyszłam za mąż, otworzyłam własne przedszkole, które było spełnieniem moich marzeń. Dzieci otaczały mnie od zawsze i nie mogłam się doczekać chwili, w której wezmę w ramiona swoje własne.

Niestety, nie było to takie proste. Mimo mojego młodego wieku ciąża od samego początku była zagrożona. Cierpiałam na dolegliwości związane z nadciśnieniem tętniczym, określane w medycynie jako stan przedrzucawkowy. Choć nie jest to rzadka dolegliwość, może być poważnym zagrożeniem zarówno dla matki, jak i dziecka. Widząc moją desperacką walkę o to, by nie stracić Jake’a, mama przejęła część obowiązków w prowadzonym przeze mnie przedszkolu. Niestety, nawet wówczas mój stan nie uległ poprawie i cały czas istniało zagrożenie, że dziecko urodzi się zbyt wcześnie. Ostatecznie lekarze zdecydowali, że powinnam przyjmować lekarstwa podtrzymujące ciążę i do czasu porodu leżeć w łóżku. I choć stosowałam się do ich zaleceń, zanim urodził się Jake, wzywaliśmy karetkę jeszcze dziewięć razy.

Trzy tygodnie przed terminem, kiedy po raz kolejny przywieziono mnie do szpitala, lekarze nie zdołali powstrzymać akcji porodowej. Wydarzenia następowały po sobie niezwykle szybko, pozostawiając jedynie wzmagające się uczucie niepewności. Pamiętam wbiegających i wybiegających z sali ludzi, którzy przemieszczali się niczym kryształki w kalejdoskopie, niecichnący dzwonek alarmu i wzrastające napięcie na twarzach stłoczonych wokół mnie lekarzy i pielęgniarek. Michael twierdzi, że właśnie wtedy przekonał się, jak wiele potrafię znieść i jaka mogę być uparta. Dopiero po wszystkim dowiedziałam się, że lekarz, który się mną zajmował, powiedział mu na osobności, że wystąpiły komplikacje i musi być przygotowany na najgorsze. Było wielce prawdopodobne, że wróci do domu albo z żoną, albo z dzieckiem, a nie z nami obojgiem.

Ja zaś pamiętam tylko to, że w całym tym zgiełku czynności medycznych, bólu i strachu nagle pojawił się przy mnie Michael. Trzymał mnie za rękę i patrzył prosto w oczy, starając się skupić na sobie całą moją uwagę i bezpiecznie poprowadzić do celu. Jest to jedyne wyraźne wspomnienie, jakie mam z tamtego czasu. Odnosiłam wrażenie, że jesteśmy tylko my, a zamieszanie wokół zupełnie ustało. Słuchałam jego silnego, zdecydowanego głosu, starając się wykonywać polecenia.

– Nie chodzi tu tylko o was dwoje, Kris, ale o całą naszą trójkę. Przejdziemy przez to razem. Damy radę. Musimy.

Nie pamiętam, czy były to dokładnie jego słowa, czy może to, co wyrażało jego spojrzenie, ale wiadomość, którą chciał mi przekazać, rozpraszała ból i przerażenie. Chciał, abym wiedziała, jak bardzo mnie kocha, i abym czerpała z tego siłę. Mówił stanowczo, jakby to, czy przeżyję, zależało wyłącznie ode mnie. I choć w pewnym sensie przerażała mnie ta myśl, uwierzyłam mu, a on w zamian obiecał do końca życia być niewyczerpanym źródłem wsparcia dla mnie i naszego dziecka. Był niczym kapitan płynącego przez wzburzone morze statku. Rozkazał mi przeżyć, a ja ten rozkaz wykonałam.

Nie jestem pewna, czy sobie tego nie wyobraziłam, lecz wówczas Michael przyrzekł mi również, że w naszym domu już zawsze będą świeże kwiaty. Wiedział, jak bardzo je lubię, jednak bukiety z kwiaciarni były luksusem, na który mogliśmy sobie pozwolić tylko na specjalne okazje. Następnego dnia, gdy trzymałam na rękach naszego synka, pojawił się z wiązanką najpiękniejszych róż, jakie kiedykolwiek widziałam. Od tej chwili minęło trzynaście lat, a ja co tydzień, bez względu na to, co się między nami dzieje, dostaję bukiet kwiatów.

Byliśmy szczęściarzami. Doświadczyliśmy cudu. Nie wiedzieliśmy wówczas, że nasza rodzina zostaje poddana próbie nie po raz ostatni i że będziemy musieli pokonać nie lada trudności. Poza romansami nie mówi się na serio o wielkiej miłości, która jest w stanie wszystkiemu stawić czoła. Jednak Michaela i mnie łączy właśnie takie uczucie. Nawet gdy się ze sobą nie zgadzamy, czujemy, że jest coś, co trzyma nas przy sobie. W głębi serca wiem, że to dzięki miłości Michaela Jake i ja przetrwaliśmy tamten dzień i że wszystko, co zdarzyło się od tamtej chwili, było możliwe dzięki sile naszego uczucia.

Kiedy wyszliśmy ze szpitala, było tak, jak sobie to wymarzyliśmy. Zapewne tak się czuje prawie każda świeżo upieczona rodzina, ale my naprawdę uważaliśmy się za najszczęśliwszych ludzi na świecie. Wracając ze szpitala z naszym zawiniątkiem, zatrzymaliśmy się w banku, by podpisać dokumenty dotyczące kredytu na zakup naszego pierwszego domu. Z niewielką pomocą mojego niezwykłego dziadka Johna Henry’ego wkrótce mieliśmy się przeprowadzić do małego domu na końcu ślepej uliczki w robotniczej dzielnicy w Indianie. Miałam tam również prowadzić przydomowe przedszkole.

Spoglądając znad kędzierzawej główki Jake’a na rozpromienionego Michaela, uświadomiłam sobie, że nasze spotkanie i to, że jesteśmy razem, było dziełem przypadku. Zwłaszcza że początki nie wyglądały zbyt obiecująco.

Poznaliśmy się podczas studiów. Nasze niby przypadkowe spotkanie zostało zaaranżowane przez moją lubiącą wtykać nos w nie swoje sprawy siostrę, Stephanie. Nic mi nie mówiąc, postanowiła nas ze sobą zeswatać. Pomysł ten był o tyle absurdalny, że zupełnie nie nadawałam się do tego rodzaju gierek. Byłam na najlepszej drodze, aby się zaręczyć – przynajmniej miałam taką nadzieję – ze wspaniałym chłopakiem o imieniu Rick, który wówczas wydawał mi się księciem z bajki. Było nam ze sobą bardzo dobrze i marzyłam, aby spędzić u jego boku całe życie. Jednak Stephanie miała przeczucie, że moją bratnią duszą jest chłopak, który uczęszczał z nią na zajęcia z wystąpień publicznych i który był nie tylko błyskotliwy, ale po prostu zabójczo inteligentny. Obmyśliła więc plan i pewnego popołudnia, kiedy byłam pochłonięta przygotowaniami do randki z Rickiem, zastawiła sidła.

Siedziałam długo przy toaletce, mając przed sobą co najmniej dwadzieścia różnych szminek do wyboru i osiem par butów, a kiedy wreszcie weszłam do jej pokoju, osobą, która na mnie czekała, nie był mój chłopak, ale ktoś, kogo nigdy wcześniej nie widziałam. W taki sposób poznałam Michaela Barnetta. Zaskoczona popatrzyłam na siostrę, oczekując wyjaśnień. Stephanie odciągnęła mnie na stronę i zaczęła tłumaczyć coś szeptem, jednak wszystko, co mówiła, nie miało dla mnie najmniejszego sensu. Powiedziała, że zaprosiła Michaela, ponieważ muszę go poznać, i mam się niczym nie martwić, bo już zadzwoniła do Ricka i odwołała randkę. Z początku stałam osłupiała, nie wiedząc, jak zareagować. Kiedy wreszcie dotarło do mnie, że Stephanie bawi się w Amora, pomyślałam, że oszalała. Kto przy zdrowych zmysłach umawia na randkę osobę w stałym związku?

Byłam na nią wściekła. Ani ona, ani ja nie miałyśmy w zwyczaju romansować. Na swoją pierwszą randkę poszłam dopiero na studiach. Wychowano nas w przekonaniu, że kłamstwo i nielojalność są złe. Co ona sobie wyobrażała? Miałam ochotę nakrzyczeć na nią albo wyjść czym prędzej z pokoju, trzaskając drzwiami, jednak zawsze powtarzano nam, że mamy się uprzejmie zachowywać wobec gości, bez względu na sytuację. Stephanie liczyła, że będę o tym pamiętać.

Wyciągnęłam rękę do nieznajomego, który, tak jak ja, był jedynie pionkiem w grze mojej siostry, i wszyscy usiedliśmy w salonie. Wymieniliśmy kilka grzecznościowych zdań, jednak rozmowa zupełnie się nie kleiła. Zresztą wcale mi na tym nie zależało. Kiedy w końcu spojrzałam na Michaela, tak naprawdę po raz pierwszy mu się przyglądając, zauważyłam założoną tyłem na przód bejsbolówkę, bystre oczy i idiotyczną bródkę. Jego luzacki, lekko niechlujny styl sprawił, że wzięłam go za kogoś niezbyt majętnego, kto nawet nie mógł się równać z moim zawsze zadbanym, eleganckim chłopakiem. Nie miałam pojęcia, dlaczego w ogóle Stephanie nalegała, abyśmy się poznali. Byłam prostą dziewczyną, wychowaną na wsi. Nasza rodzina od pokoleń żyła skromnie. I choć nie to było dla mnie najważniejsze, Rick wprowadził mnie do zupełnie innego świata: taksówki, luksusowe apartamenty, zimą wyjazdy na narty, restauracje i wernisaże. Nawet gdyby Stephanie przyprowadziła do naszego salonu Brada Pitta, i tak byłabym na nią zła, ponieważ okazałaby brak szacunku dla mojego obecnego związku. Ponadto przepaść, która dzieliła tego niechlujnego studenta i mojego zawsze nienagannie wyglądającego niedoszłego narzeczonego, wprawiła mnie w osłupienie. Jak coś takiego mogło przyjść jej do głowy? Chwilę później Stephanie wyrwała mnie z zamyślenia i zaprowadziwszy we w miarę ustronne miejsce, zażądała stanowczo:

– Jak ty się zachowujesz? Jeśli chcesz, możesz na mnie później nakrzyczeć, ale rozmawiaj z tym chłopakiem normalnie.

Niestety, miała rację. Wstydziłam się za swoje zachowanie. Opryskliwość wobec kogoś, kogo się nie zna – co gorsza, wobec gościa! – była nie do przyjęcia. Rodzice, dziadkowie i całe nasze otoczenie od maleńkości starali się nam wpoić dobre maniery. Uczono nas uprzejmości i gościnności, a ja byłam zimna jak lód. Zmieszana, wróciłam do salonu i usiadłam na kanapie. Przeprosiłam Michaela, wyjaśniając, że nie jestem zła na niego, tylko na moją siostrę, która – nie wiedzieć dlaczego – umówiła nas na randkę. A ponieważ jestem z kimś związana, to Stephanie postawiła nas oboje w niezręcznej sytuacji. Kiedy dotarła do nas absurdalność tego, co się stało, wybuchnęliśmy gromkim śmiechem, nie mogąc jednocześnie wyjść z podziwu dla śmiałości, jaką wykazała się moja siostra. Napięcie nagle zniknęło i zaczęliśmy rozmawiać jakby nigdy nic. Michael opowiedział mi o zajęciach, na które uczęszczał, i o swoim pomyśle na scenariusz. Kiedy go słuchałam, zrozumiałam, dlaczego Stephanie chciała, abym go poznała. Pasja, z jaką o tym mówił, była czymś niezwykłym. Takiej determinacji i zapału nie widziałam nigdy wcześniej, u nikogo. Jakbym słuchała samej siebie! Poczułam dziwne ukłucie w żołądku i zakręciło mi się w głowie. Nagle wiedziałam, że moja przyszłość – chwilę temu jeszcze tak pewna – nie będzie taka, jaką sobie zaplanowałam. Stało się jasne, że nie wyjdę za Ricka i że, chociaż jest wspaniałym chłopakiem, nie możemy być dłużej razem. Nie miałam wyboru. Znałam Michaela Barnetta od niespełna godziny i choć trudno to logicznie wyjaśnić, byłam pewna, że to jego poślubię.

Pojechaliśmy do pobliskiej kawiarni i przegadaliśmy całą noc. Jakikolwiek banalnie to zabrzmi, oboje mieliśmy wrażenie, że znamy się od lat. Czułam, że Michael jest mi bardzo bliski. Trzy tygodnie później byliśmy już zaręczeni, a po trzech miesiącach wzięliśmy ślub. Od tego dnia minęło szesnaście lat, a ja wciąż czuję, że decyzja, którą podjęłam tamtego wieczoru, była właściwa.

Reszta rodziny nie była jednak zachwycona Michaelem (a właściwie naszą burzliwą znajomością i nagłymi zaręczynami). Rodzice nie mieli pojęcia, co stało się z ich rozsądną córką. Nawet Stephanie, która zapoznała nas ze sobą, wyglądała na zmartwioną i nieco zdezorientowaną. I choć zaledwie kilka miesięcy wcześniej nalegała, abyśmy się spotkali, trudno było jej zrozumieć, jak możemy być pewni, że chcemy już zawsze być razem i po tak krótkim czasie podejmować wiążące decyzje. Wszyscy widzieli, jak Michael i ja bardzo się od siebie różnimy. My również byliśmy tego świadomi. Byłam wychowywana pod kloszem i mieszkałam na wsi, pośród kochających mnie osób, a moja rodzina od pokoleń była bardzo wierząca. Natomiast Michael był dzieckiem miasta. Wychował się w jednej z najbardziej niebezpiecznych dzielnic Chicago i miał trudną sytuację rodzinną. Podczas gdy ja nigdy nie wyszłabym z domu – nawet do pobliskiego sklepu po zakupy – bez zerknięcia w lustro i ułożenia włosów, Michael – nonkonformista w skórzanej kurtce – nie dbał o to, jak wygląda. Byłam również bardzo dumna z naszego domu. Kiedy byłam dzieckiem, w kuchni prędzej można było znaleźć żywego kurczaka niż serwetki albo rolkę papierowych ręczników. I prawie tak samo jest dzisiaj w domu moim i Michaela, choć wówczas ten świat wydawał mu się zupełnie obcy. Przez całe dzieciństwo jadał najczęściej to, co akurat wpadło mu w ręce, i rzadko przy stole. Zresztą owe różnice były dla Michaela niewyczerpanym źródłem żartów.

Jego ostry jak brzytwa dowcip i prześmiewcze poczucie humoru z pewnością nie przyczyniły się do zmniejszenia dystansu pomiędzy nim a moją rodziną. Jednak to, że potrafił mnie rozśmieszyć – zwłaszcza gdy nie było mi do śmiechu lub podchodziliśmy do siebie zbyt poważnie – sprawiło, że od razu się w nim zakochałam. Niestety, cała moja rodzina – z jednym wyjątkiem – nie kryła dezaprobaty. Tylko dziadek John Henry od razu polubił Michaela. To właśnie z jego opinią liczyłam się najbardziej, dlatego bardzo się ucieszyłam, kiedy powiedział, że powinnam zaufać swojemu wewnętrznemu kompasowi i że na pewno podejmę dobrą decyzję.

Życie u boku Michaela było moim przeznaczeniem. Co do tego nie miałam żadnych wątpliwości. Jednak wyrzeczenie, które się z tym wiązało, było dla mnie niezwykle bolesne: musiałam wystąpić z Kościoła, w którym zostałam wychowana, do którego należeli moi rodzice, dziadkowie i wiele pokoleń przodków. Dorastałam w społeczności amiszów – nie staroświeckich, lecz tych, którzy przeprowadzili się do miast. Jak wielu współwyznawców w tamtym czasie, moi dziadkowie chcieli korzystać z dobrodziejstw nowoczesnego świata, zachowując wiarę i tradycje, które wynieśli z domu. Przyłączyli się do odłamu amiszów zwanego Nowym Zakonem, który pozwalał im zostać przy swojej wierze i dawał oparcie we wspólnocie, umożliwiając jednocześnie uczestniczenie w nowoczesnym świecie. Nie wyróżnialiśmy się ubiorem, korzystaliśmy z udogodnień, jakie dawała cywilizacja, i chodziliśmy, jak wszyscy, do publicznych szkół, jednak kwestia religii nie ograniczała się jedynie do niedzielnej mszy. Wiara była naszym chlebem powszednim. Jedna z zasad amiszów mówi, że jeśli osoba należąca do wspólnoty chce poślubić kogoś spoza niej, musi wystąpić z Kościoła. Mój kochany dziadek John został wykluczony, ponieważ zdecydował się na małżeństwo z miłości. Chociaż moja babcia była amiszką, nie należała do tej samej wspólnoty. Mój tato nie był amiszem, lecz kiedy oświadczył się mamie, przyjął jej religię, dzięki czemu mogła pozostać przy swojej wierze.

Trudno było mi sobie wyobrazić zerwanie z tak ważną dla mnie tradycją, jednak w głębi serca wiedziałam, że nie mogłabym wyjść za kogoś tylko dlatego, że wybrali go moi rodzice. Mimo że wielokrotnie proszono o moją rękę, tato – ku rozczarowaniu mamy – zawsze odrzucał wszystkie propozycje. Tak jak ja, był przeciwny małżeństwom aranżowanym. Przynajmniej jeśli chodzi o jego córki.

Chociaż bardzo kochałam nasz Kościół i sposób życia, to nie miałam wyboru: jeśli nie mogłam poślubić Michaela i pozostać częścią wspólnoty – musiałam z niej wystąpić.

Chłopiec

Jak każde dziecko, Jake od samego początku lubił pieszczoty i był ciekawy świata. Wcześnie zaczął mówić i szybko odkrył siłę słowa „cześć”. Kiedy szliśmy do restauracji, Jake rozśmieszał Stephanie do łez. Kokietował wszystkich dookoła i machał do każdego, kto przechodził obok. Uwielbiał pluszaki i gdy było ich dużo, chował się w ich stercie, piszcząc z zadowolenia za każdym razem, kiedy go pod nimi znajdowałam.

Wychodząc za Michaela, wiedziałam, że jest wrażliwy. Jednak kiedy zobaczyłam, z jaką łatwością spełnia się w nowej roli i jak oddanym jest ojcem, byłam nim zachwycona. Całymi dniami pracował w Targecie, lecz nawet kiedy zostawał po godzinach lub miał nocną zmianę, zawsze po powrocie do domu potrafił wykrzesać energię na zabawę z Jakiem. Siłowali się na zawalonej poduszkami podłodze salonu i muszę przyznać, że czasem bardziej przypominało to wrestling niż zapasy. Jedną z ich ulubionych zabaw było dzielenie ciastka. Niewinne droczenie zazwyczaj kończyło się rozsmarowywaniem polewy na twarzy Michaela, który udawał, że pożera umazane rączki zanoszącego się od śmiechu Jake’a.

Wróciłam do przedszkola niecały tydzień po porodzie. Chciałam pracować, ponieważ uwielbiałam to i wiedziałam, że nie mogę sobie pozwolić na dłuższą przerwę. Nie chciałam stracić zaufania rodziców, którzy oddali mi pod opiekę swoje dzieci. Bywały dni, że otwierałam przedszkole o szóstej rano i kończyłam o siódmej wieczorem, a Jake przez cały ten czas był ze mną. Maluchy traktowały go jak żywą lalkę. Pomagały mi go ubierać, śpiewały mu piosenki i pokazywały, jak się gra w kosi kosi łapci. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu, kiedy widziałam, jak bardzo zaborcze potrafią być niektóre dzieci (zwłaszcza małe dziewczynki). Pewnego razu jedna z moich podopiecznych nie chciała iść do domu, ponieważ bała się zostawić ze mną Jake’a. Widząc to, żartobliwie powiedziałam jej mamie, że to ja jej powinnam płacić za opiekę.

Dość wcześnie przekonałam się, że Jake jest inteligentny. Zanim nauczył się chodzić, opanował cały alfabet. Bawiło go powtarzanie ciągu liter od „A” do „Z” i z powrotem. Nie miał nawet roku, kiedy wydawał z siebie dźwięki, które brzmiały zupełnie jak jednosylabowe wyrazy w rodzaju „pies” czy „kot”. Gdy skończył dziesięć miesięcy, złapał się oparcia kanapy i podciągnął, aby włożyć do komputera płytę ze swoim ulubionym programem dla dzieci, który „czytał” bajkę Dr. Seussa The Cat in the Hat. Byliśmy pewni, że Jake nie tylko słuchał nagrania, ale również śledził wzrokiem małą żółtą piłkę, która odbijała się nad wypowiadanymi słowami.

Pewnego wieczoru zastałam męża stojącego pod drzwiami pokoju Jake’a, którego chwilę wcześniej położył do snu. Michael położył palec na ustach i przywołał mnie ruchem ręki. Podkradłam się cichutko, aby posłuchać, co robi nasz syn. A on leżał w łóżeczku i mówił do siebie niewyraźnie, w języku, który przypominał japoński. Wiedzieliśmy, że zna wszystkie bajki na DVD na pamięć. Nieraz byliśmy świadkami, jak naciskał guziki pilota, zmieniając funkcję języka, ale kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że zapamiętał nie tylko angielską wersję, ale również po części hiszpańską i japońską, odebrało nam mowę. Nie mogliśmy wyjść z podziwu dla jego precyzji i ponadprzeciętnej inteligencji. W przeciwieństwie do swoich rówieśników, którzy często zachowywali się jak miniaturowe Godzille, taranując wszystko na drodze, Jake lubił siedzieć i w skupieniu układać na stole samochodziki tak, aby stały w idealnie prostej linii. Raz po raz przykładał palec i upewniał się, czy odstępy pomiędzy nimi są równe. Ze zwykłych patyczków do uszu układał na dywanie skomplikowane, przypominające labirynt wzory, które często zajmowały całą podłogę salonu. Jednak nawet w przypływach dumy, kiedy wydawało się nam, że Jake nieco wyprzedza swoich rówieśników, pamiętaliśmy o tym, że miliony rodziców sądzą, że ich dziecko jest najlepsze i najzdolniejsze na świecie.

Gdy Jake miał około czternastu miesięcy, zaczęliśmy zauważać w jego zachowaniu pewne zmiany. Na początku nie były one zbyt duże i zawsze znajdowaliśmy dla nich wytłumaczenie. Wydawał się mniej mówić i uśmiechać, ale myśleliśmy, że ma po prostu gorszy dzień, jest zmęczony albo ząbkuje. W tamtym okresie często cierpiał z powodu wyjątkowo bolesnych infekcji ucha, które przydarzały mu się jedna za drugą. Byliśmy przekonani, że właśnie dlatego Jake nie reaguje głośnym śmiechem na pieszczoty i gilgotanie albo wydaje się nieobecny, kiedy zakrywałam oczy, bawiąc się z nim w a kuku. Choć wcześniej przepadał za siłowaniem się z tatą, nagle przestało mu się to podobać. Początkowo myśleliśmy, że po prostu nie ma ochoty, tymczasem Jake z każdym tygodniem bardziej się izolował, był coraz mniej ciekawy świata, mniej radosny. Przestaliśmy go poznawać. Mieliśmy wrażenie, że cofa się w rozwoju. Wrócił do rzeczy, które interesowały go wcześniej. Jako niemowlak potrafił godzinami przyglądać się grze światła i cienia na ścianach oraz różnym geometrycznym kształtom, jednak teraz jego fascynacja wydawała się mieć nieco inny charakter. Kiedy był zupełnie mały, uwielbiał rzeczy w kratę. Teraz, gdy bolały go uszy, uspokajał się, patrząc na kraciastą narzutę. Inne matki nie wychodziły bez smoczka, natomiast ja nigdy nie opuszczałam domu bez skrawka materiału.

Po roku Jake, widząc narzutę, zaczął przewracać się na bok – tak, że jego twarz znajdowała się zaledwie kilka centymetrów od tkaniny – i nieruchomo wpatrywać we wzór, dopóki go nie zabraliśmy. Kiedy indziej obserwował odbijające się na ścianie promienie słoneczne. Był na nich tak skoncentrowany, że cały sztywniał. Czasem zaś leżał na plecach, przesuwał rękę do przodu i do tyłu, tak że przecinała wiązkę światła, i przyglądał się powstającym na ścianach cieniom. Wcześniej byłam dumna z wszelkich zachowań, które świadczyły o samodzielności Jake’a, jednak teraz syn wydawał się znowu zupełnie od nas zależny. Miałam wrażenie, że coś, czego nie rozumiem, nie pozwala mu być takim jak kiedyś.

Dzieci w moim przedszkolu rozpieszczały Jake’a i traktowały go jak młodszego braciszka, on z kolei cieszył się każdą minutą spędzoną w ich towarzystwie. Przynajmniej tak było na początku. Cały pierwszy rok życia bawił się z nimi, malując palcem po ich twarzach lub skacząc wokoło, gdy maluchy próbowały stać bez ruchu w oczekiwaniu na muzykę. Zasypiał, kiedy pozostałe dzieci układały się do poobiedniej drzemki, i jadł, kiedy one jadły. Jednak teraz wolał przyglądać się cieniom niż sunąć na czworakach za swoimi ulubieńcami i ignorował wszelkie próby ściągnięcia jego uwagi.

Michael uważał, że niepotrzebnie się martwię, ponieważ dzieci przechodzą przez różne fazy rozwoju.

– Wszystko z nim w porządku, Kris. Wyrośnie z tego, zobaczysz – zapewniał, przytulając nas mocno, po czym łaskotał nosem brzuszek chłopca, aż ten piszczał z radości.

To moja mama jako pierwsza zauważyła, że z Jakiem coś jest nie tak. Nie wiedzieliśmy, co to mogło być, ale poczuliśmy, że nasz idealny świat zaczyna się rozpadać.

Niepokój

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Wyspy zdolności

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Diagnoza

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Koniec i początek

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Tęcza

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Przełom

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Krok wstecz

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Nowa normalność

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Niech płonie dużym, jasnym płomieniem

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Okno na wszechświat

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Kubek rosołu

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Zerówkowy zawodowiec

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Trzy listy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Żelki

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Jaskinia chłopców

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Kim jestem?

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Dziadek John przy budowie łodzi. Nigdy nie był zbyt zajęty, aby zabrać nas na ryby.

Dziadek John i babcia Edie w dniu ślubu.

Oboje snuliśmy wielkie plany dla tego małego chłopca.

Pozostałe fotografie dostępne w pełnej wersji eBooka.

Uratowany przez gwiazdy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Tosty truskawkowe i planety

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Dwie tarty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Okazja do zabawy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Spełnione marzenie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Złe czasy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Zazdrosne anioły

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Tłustym drukiem i podkreślone

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Przeskoczyć jedną klasę – albo siedem

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Oryginalna teoria

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Drugi dom

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Szczęśliwy pieniążek

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Święto dziękczynienia

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Jazda kolejką górską

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Pierwsza wakacyjna praca

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Uroczystość

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Posłowie

„Dla niego nie ma rzeczy niemożliwych” – powiedział profesor Ross, gdy reporter gazety „The Indianapolis Star” zapytał go, jak jego zdaniem Jake wykorzysta swoje zdolności. Kiedy to przeczytałam, przeszedł mnie dreszcz. Droga, którą przeszliśmy, nie była łatwa: od specjalnego programu dla dzieci z trudnościami i terapeutów, którzy nie wierzyli, że nauczy się czytać, do widzącego w Jake’u nieograniczony potencjał profesora fizyki. Tak długo czekałam, aby znalazł się ktoś, kto zobaczy w nim to, co ja zawsze widziałam. Co więcej, życzyłabym sobie, aby wszyscy nauczyciele i rodzice patrzyli w ten sposób na wszystkie dzieci i na siebie samych.

Zdecydowałam się napisać tę książkę, ponieważ uważam, że historia Jake’a może stać się lustrem dla wielu dzieci i wskazówką dla rodziców. Zdaję sobie sprawę, że zdolności mojego syna są wyjątkowe, jednak właśnie jego przykład pokazuje, że powinniśmy się skupiać na tym, co w nas szczególne, a czasem nawet uwierzyć, że geniusz nie jest tak rzadki, jak mogłoby się wydawać. Nie chcę przez to powiedzieć, że każde autystyczne (albo zdrowe) dziecko skrywa w sobie genialne zdolności. Jednak jeśli pozwolimy się rozwijać ich wrodzonym talentom, efekt zawsze przyćmi nasze najskrytsze marzenia.

Ciężko jest zaufać dziecku i pozwolić mu odnaleźć własną drogę, szczególnie jeśli codziennie słyszymy od terapeutów, że dziecko powinno wpasować się w pewien schemat rozwoju. Chcemy dać naszym maluchom wszystko, co najlepsze, aby mogły się rozwijać, dlatego mamy poczucie, że dzieje im się krzywda, jeśli nie popychamy ich we „właściwym” kierunku. Dla niektórych cieszenie się z zainteresowań dziecka, bez podejmowania prób ich zmiany, szczególnie jeśli jego pasje mają się nijak do rodzicielskich planów, jest tak trudne jak skok z urwiska. Z pewnością tak było w naszym przypadku. Jednak jeśli chcesz, aby twoje dziecko nauczyło się latać, musisz w nie uwierzyć.

Skoro chłopiec, któremu specjaliści nie dawali najmniejszych szans, że kiedykolwiek będzie mówił i czytał, mógł osiągnąć tak wiele, pomyślcie, jakich nieprawdopodobnych rzeczy mogą dokonać i jak wysoko mogą się wznieść dzieci, których nie dotyczą takie ograniczenia. Jeśli tylko je zachęcicie, aby rozwinęły skrzydła, poszybują daleko poza horyzont waszych oczekiwań. Mam nadzieję, że gdy poznacie naszą historię, tak właśnie się stanie.