Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 525 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bluszcz prowincjonalny - Renata Kosin

Nie należy zbyt często oglądać się za siebie, ale czasem trzeba, by znaleźć to, co zgubiło się po drodze.

Anna po stracie męża, wraca do rodzinnego miasteczka na urokliwym Podlasiu, by zacząć wszystko od nowa. Na oplecionej bluszczem werandzie starego domu ma nadzieję odzyskać spokój i równowagę. Przychodzi jej to z trudem, więc desperacko szuka oparcia w rodzicach i dawnych przyjaciołach. To dzięki nim ma nadzieję zbudować dla siebie i swoich dzieci nową stabilną rzeczywistość. Nie wierzy, że umiałaby to zrobić sama, bez niczyjej pomocy.

Zupełnie jak bluszcz, który nie może istnieć bez podpory.
Na szczęście, w porę uświadamia sobie, że dotąd tak właśnie wyglądało jej życie i postanawia je zmienić. Za sprawą mieszkańców Bujan, ich codziennych radości i również trosk, których wcześniej nie była świadoma, oraz dzięki pokrzywdzonym przez los zwierzętom ze schroniska, odnajduje prawdziwą siebie. Staje się silna, niezależna i dzięki temu szczęśliwa.

Opinie o ebooku Bluszcz prowincjonalny - Renata Kosin

Fragment ebooka Bluszcz prowincjonalny - Renata Kosin

– ‌Szlag! ‌– Anna ‌się skrzywiła i wsunęła ‌pod poduszkę pustą ‌fiolkę ‌po ‌lekach.

Ułożyła ‌się na wznak ‌i odgarnęła ‌z twarzy ‌pasmo przetłuszczonych ‌włosów. ‌Splotła dłonie na piersiach ‌tak mocno, ‌że blade ‌kostki palców ‌wyglądały, jakby miały ‌zaraz ‌przebić pergaminową ‌skórę.

– Chcę zasnąć… – ‌wyszeptała, z trudem rozklejając wysuszone ‌usta, bez większej nadziei ‌na rozbudzenie sztywnych strun ‌głosowych, zastałych ‌w wielodniowej ‌bezczynności. ‌– To ‌lepsze ‌niż jawa. Bo gdy ‌traci się ‌kontrolę na myślami, można ‌przestać się obwiniać, ‌że nie biegną ‌tam, dokąd ‌powinny… – ‌Przymknęła ‌oczy, usiłując ‌skupić ‌się ‌na czymś innym niż ‌to, co ‌od tylu dni jak ‌drzazga ‌tkwiło w jej ‌głowie. – ‌Dlaczego nie ‌można ‌ich wyłączyć? Wyjałowić mózg… ‌Dlaczego nie można poczuć ‌prawdziwej, umysłowej ‌pustki? ‌– ‌rzuciła ‌w przestrzeń przepełnione goryczą pytanie. ‌– Uciec ‌gdziekolwiek…

Odwróciła głowę i spojrzała ‌na drugą stronę ‌łóżka. ‌Przesunęła ramieniem ‌po idealnie gładkiej pościeli, ‌bardzo ostrożnie, ledwie ‌muskając ją tylko ‌opuszkami palców, a potem mocno ‌wbiła paznokcie ‌we wnętrze ‌dłoni i znów zamknęła ‌oczy z nadzieją ‌na sen.

Jak co ‌rano.

Każdego ‌ranka zbierała ‌z poduszki ‌zwymiotowane we śnie myśli ‌i krztusząc się z powodu ‌płaczu i obrzydzenia, połykała ‌wszystkie, by trawić je ‌na nowo.

Wstrzymując oddech, tłumiła ‌nadchodzące torsje. Skuliła się jeszcze mocniej na swojej połowie łóżka, uważając, by nie zmierzwić sąsiedniej. Owinęła się szczelnie kokonem ze zmiętolonej pościeli, czując, jak przepocona koszulka nieprzyjemnie przywiera do jej piersi. Zagryzła wargi, gdy powróciły dreszcze.

Delikatne pukanie spowodowało, że drgnęła nieznacznie i wsunęła pod brodę jeszcze głębiej obie pięści zaciśnięte na rogu kołdry.

– Zejdziesz do nas? Czekamy ze śniadaniem.

Anna odsłoniła tylko część opuchniętej z powodu płaczu twarzy i spojrzała na Magdalenę. Stała w progu, w zawiązanym ciasno, nie swoim szlafroku i turbanie z ręcznika na głowie.

– No? – Magda wpatrywała się w nią z irytującym wyczekiwaniem.

– Nie jestem głodna.

– Nie pytam cię o to, czy jesteś głodna, ale kiedy do nas przyjdziesz.

– Przecież wiesz, że…

– Właśnie nie wiem. Nie oczekujemy wiele, chcemy tylko, żebyś zjadła z nami śniadanie.

– Ale… – Nie dokończyła. To, co być może chciała powiedzieć, zostało przerwane nagłym trzaskiem zamykanych drzwi.

Anna patrzyła na nie zaskoczona, z rosnącym poczuciem niesprawiedliwości. W końcu podniosła się z wysiłkiem i dygocząc z zimna, w mokrej od potu piżamie powlokła się do łazienki.

Gorący prysznic zamiast spłukać z niej przytłaczające otępienie, nasilił senność, spowodował nieodpartą chęć powrotu do łóżka. Potykając się o porzucony na podłodze wilgotny ręcznik, rozejrzała się w poszukiwaniu okrycia. Jej wzrok padł na bury męski szlafrok, wiszący samotnie na haczyku przy drzwiach. Z pewnym wahaniem zdjęła go. Powoli wsunęła ręce w rękawy, owinęła teraz jeszcze bardziej drżące ciało zbyt obszernymi połami i starannie zawiązała pasek. Przechyliła głowę, dotykając ustami kołnierza.

„Zupełnie stracił zapach…” – pomyślała ze zdziwieniem. „Tak szybko? Choć właściwie… przecież od dawna nikt go nie używał…”

Wróciła do sypialni i otworzyła szafę. Wsparła się na rozchylonych skrzydłach drzwi, wpatrując się w półki, z których połowa była pusta. Po krótkim namyśle zgarnęła kilka bluzek i ułożyła je na jednej z nich, potem zapełniła przypadkowymi ubraniami jeszcze dwie kolejne. Popatrzyła znów i… zrzuciła wszystko na podłogę. Odwróciła się i rozejrzała po pokoju.

Podeszła do jednej z szafek nocnych. Wysunęła szufladę. Również okazała się pusta.

– Kiedy to wszystko zabrała? – wyszeptała zdumiona.

Przysiadła ostrożnie na brzegu łóżka, na nienależącej do niej gładko zaścielonej połowie i otuliła się szczelniej szlafrokiem, czując, jak jej ciało zaczyna jeszcze bardziej dygotać.

– Tak będzie lepiej – usłyszała nagle, zanim zorientowała się, że już nie jest sama. – Musisz pozbyć się reszty jego rzeczy, wtedy łatwiej będzie ci wrócić.

Poczuła na ramieniu ciepły dotyk. Magdalena kucnęła przed nią, opierając łokcie o jej kolana.

– Wrócić? – Anna szarpnęła się nerwowo. – Dokąd?

– Do żywych. Do nas. Mówiłam ci, dzieci wciąż na ciebie czekają. Chciałyby zjeść z tobą śniadanie.

– Sugerujesz, że je zaniedbuję?

– Nie, nie sugeruję. Mówię ci to wprost. Zaniedbujesz swoje dzieci.

– Jesteś… jesteś niesprawiedliwa!

– To raczej ty taka jesteś. Wobec nich. Nie rozumiesz, że to, co się stało, dotknęło je tak samo mocno jak ciebie? Że powinniście być w tym wszystkim razem? Przez cały czas?

– Przecież i tak już nigdy nie będzie tego „razem”. Ja i dzieci to… to nie wystarczy.

– Wystarczy, i wkrótce sama się o tym przekonasz. Musisz tylko trochę bardziej się postarać. I poukładać sobie wszystko na nowo.

– Ale jak? Ciągle próbuję, ale nic tu do niczego nie pasuje! Popatrz tylko na te puste miejsca… W szafach, wszędzie! Co się robi z szafką nocną nie do pary? Albo z drugą połową małżeńskiego łóżka? Powiedz, jeśli wiesz, bo ja nie mam pojęcia. Nie można przecież się jej pozbyć! I nie da się na niej spać! Nie jest przecież moja.

Anna wydobyła ze zbyt długich rękawów szlafroka zaciśnięte pięści i wbiła je z impetem w gładką wcześniej poduszkę. Zamarła na kilka sekund, jakby przestraszona tym, co zrobiła, by po chwili otrząsnąć się i okładać ją z jeszcze większą siłą. Poderwała się i zrzuciła na podłogę kołdrę. A potem zaczęła histerycznie kopać ją bosymi stopami. Kiedy wreszcie dysząc i trzęsąc się, opadła bezwładnie na odsłonięte w połowie łóżko, dotarło do niej, że dygot całego ciała, którego nie była w stanie opanować, nie jest spowodowany zimnem, ale spazmatycznym szlochem. Mimo że z suchych nagle oczu nie popłynęła nawet jedna łza.

– Pieprzyć to wszystko! Pieprzyć! Pie… pierdolić!

– I to jest, moja kochana, właściwa reakcja. Powinnaś to zrobić już na początku, zamiast rozczulać się nad sobą w zamkniętym pokoju. – Magdalena przysiadła obok i objęła siostrę ramieniem, głaszcząc ją po drżących plecach. – Cisza bywa kojąca, ale tylko przez chwilę, bo nie jest w stanie zagłuszyć bólu i wściekłości.

– Wściekłości? – Anna uniosła głowę, patrząc na nią na wpół przytomnie.

– Oczywiście. Masz prawo być zła. Ja też bym była, gdyby nieoczekiwanie mąż zostawił mnie samą… nie, nie samą, bo z dwójką dzieci. A takich emocji nie da się długo dusić w sobie, należy się ich pozbyć, wyrzucić z siebie, każdy psychoterapeuta ci to powie.

– Chcesz mnie posłać do psychiatry? Nie jestem wariatką!

– No pewnie, że nie jesteś. Ale w końcu zwariujesz, jeżeli nie weźmiesz się w garść. A wtedy już na pewno będziesz potrzebowała pomocy specjalisty.

– Tłumaczyłam ci przecież. Ciągle próbuję, ale nie umiem!

– Umiesz, tylko jeszcze tego nie wiesz, albo za mało się starasz. Właściwie… prawie całkiem się poddałaś.

– Więc co powinnam zrobić?

Anna wydawała się bezradna. Jakby nagle uleciały z niej wszystkie inne emocje. Albo raczej ukryły się głębiej, zażenowane tym, że je zdemaskowano.

– Na początek ubierz się i wyjdź z sypialni.

– A co potem? – spytała tonem sugerującym, że wcale nie chce usłyszeć odpowiedzi.

Zacisnęła palce na mankietach szlafroka i skrzyżowała ramiona w obronnym geście.

– Potem mogłabyś wyjechać stąd z dziećmi, na jakiś czas. To najlepsze rozwiązanie w twojej sytuacji. – Magda kiwała z przekonaniem głową. – Bo widok pustych półek po rzeczach Piotra nie wpływa na ciebie najlepiej, a zmiana otoczenia na pewno dobrze ci zrobi.

– Przestań, nie mam teraz siły na jakieś głupie wycieczki.

– Nie mówię o wycieczce. Powinnaś przeprowadzić się na jakiś czas do rodziców, na trzy, może cztery tygodnie. Rozmawiałam o tym z mamą. Ona też uważa, że tak byłoby najlepiej.

– Widzę, że już zdecydowałyście. – Anna parsknęła ironicznie i odwróciła głowę. Również po to, by ukradkiem przełknąć łzy, tym razem spowodowane poczuciem bezsilności. Traciła kontrolę już nie tylko nad sobą, ale nad całym swoim życiem. Pozwoliła, by przejęli ją inni.

– Zgadza się. – Magdalena zmarszczyła brwi i zacisnęła na chwilę usta. – Zdecydowałyśmy za ciebie, ponieważ obie wiemy, że teraz nie jesteś w stanie zrobić tego sama.

– Tak, to prawda – odparła nieoczekiwanie, wydmuchując nos w podaną sobie chusteczkę. – Nie tylko nie mogę, ale i nie chcę decydować o czymkolwiek. Jeszcze nie teraz.

– Nie musisz się z niczym śpieszyć… może z wyjątkiem jednego, ale to możesz załatwić jutro. – Magda się zawahała.

– Co takiego? – Anna patrzyła na nią podejrzliwie.

– Wczoraj dzwonił prawnik Piotra. Nalegał na spotkanie. Twierdził, że to pilne.

– Nie chcę!

– Prędzej czy później będziesz musiała to zrobić, więc chyba lepiej mieć to już za sobą.

– Ale ja nie mam na to siły! – załkała.

– Masz, sama nawet nie wiesz jak dużo. Myślę, że wiele kobiet na twoim miejscu całkiem by się rozsypało. A ty…

– Co ja? Myślałam, że według ciebie właśnie to zrobiłam. Rozsypałam się na milion kawałków – rzuciła drwiąco, usiłując jednocześnie zapanować nad drżeniem brody.

– Ale nie tak drobnych, by nie udało się ich jeszcze posklejać. – Magda dotknęła lekko jej policzka. – Dlatego teraz ubierz się i uczesz włosy. Jeśli nie chcesz jeść, nie musisz, ale może chociaż wypijesz z nami herbatę.

Anna zerknęła w stronę drzwi.

– Poproś dzieci, żeby zaczekały na mnie z tym śniadaniem, dobrze? – wyszeptała. – Za chwilę do nich zejdę.

– Nie muszę tego robić, one cały czas czekają.

Magdalena przytuliła kruche i wciąż rozdygotane ciało swojej młodszej siostry, usiłując jednocześnie stłumić świst ostrożnie wypuszczanego z płuc powietrza, będącego tak naprawdę głębokim westchnieniem ulgi.

1

– A może byłoby lepiej, gdybym z tobą jednak pojechała, co? – Magdalena stała w przedpokoju, z założonymi rękami. Niespokojnie wodziła wzrokiem za biegającą w tę i z powrotem Anną.

Jej opór przed podniesieniem się z łóżka zaledwie dzień wcześniej nieoczekiwanie zmienił się w coś całkiem przeciwnego. Od wczesnego rana miotała się po mieszkaniu w poszukiwaniu kolejno: czarnego stanika i rajstop (to niemożliwe, żeby wszystkie były brudne!), welurowego żakietu (dobrze pamiętam, właśnie tu go powiesiłam…), zielonej herbaty z opuncją (była tutaj, w papierowej torebce, i nie, nie chcę innej!), kluczyków od samochodu (nie brałaś na pewno?) i w końcu torebki (może tam są te cholerne kluczyki!).

– Przecież zaledwie wczoraj przekonywałaś mnie, że powinnam zrobić to sama, nieprawdaż?

– Bo powinnaś. Chodzi mi tylko o to, że nie jestem pewna, czy jesteś w stanie prowadzić. Może lepiej zamów sobie taksówkę…

– To nie będzie konieczne. Widziałaś, dziś piłam tylko herbatę… Wiem, gdzie są! – krzyknęła nagle w olśnieniu i zrzucając buty u podnóża schodów, pobiegła na górę. Po chwili zeszła, triumfalnie potrząsając kluczami.

– Gdzie były?

– W apteczce.

– Kto trzyma w takim miejscu kluczyki?

– Ostatni raz korzystałam z samochodu, kiedy byłam u lekarza. Potem od razu pojechałam po receptę, leki włożyłam do apteczki, a z nimi kluczyki.

Magda na te słowa uniosła brwi.

– Brałaś dzisiaj swoje proszki?

– Już ci mówiłam. Piłam tylko herbatę. Nie jestem kretynką, żeby pod wpływem takich leków siadać za kółko.

– No tak, w żadnym wypadku nie wyglądasz dziś na kogoś, kto zażył coś na uspokojenie.

Anna wydawała się nie słyszeć ostatniej uwagi. Lub, co było bardziej prawdopodobne, po prostu ją zignorowała, nie chcąc przedłużać dyskusji.

– Postaram się wrócić szybko, może zdążę odebrać Franka ze szkoły.

– Gdyby ci się nie udało, Amelka obiecała na niego poczekać. Wrócą razem.

– Tak? Zadzwonię więc do niej. Potem. I może po szkole zabiorę ich gdzieś, na jakąś pizzę albo coś.

– Świetnie! To bardzo dobry pomysł.

– Taak… – Anna zawahała się chwilę. – Madzik, wiesz…. Dziękuję ci. Bardzo. Za to, że jesteś tutaj z nami, i w ogóle, że rzuciłaś wszystko inne, choć przecież wcale nie musiałaś tego robić. Na pewno tam w Stanach masz własne sprawy i…

– A gdzie niby miałabym być w takiej sytuacji? Przecież jestem twoją siostrą. I to ja powinnam cię przeprosić. Za mocno wczoraj na ciebie naskoczyłam. Chyba trochę przesadziłam.

– Wcale nie. Należało mi się. I dało do myślenia. Już dawno temu powinnaś mną potrząsnąć, żebym się wreszcie ocknęła. Bo przez takie ciągłe głaskanie po głowie człowiek jeszcze bardziej nad sobą się rozczula i zapada w sobie, nawet jak tego nie chce. W kółko rozmyśla o swoim nieszczęściu i zapomina, że świat wokół niego wciąż istnieje, nawet jeśli już niekompletny. – Nabrała gwałtownie powietrza. – A życie nadal się toczy, czy się tego chce, czy nie. – Przystanęła przed lustrem, i ledwie w nie zerkając, poprawiła włosy. Z wahaniem obracała w dłoniach wyjęty z torebki błyszczyk do ust. – Nie pozostaje więc nic innego, jak iść dalej, nawet gdy brakuje sił.

Odłożyła pomadkę, której nawet nie otworzyła i sięgnęła po leżącą na stoliku plastikową klamerkę. Spięła nią włosy, zwijając je w węzeł. Tym razem popatrzyła w lustro z większą uwagą i kiwnęła głową z satysfakcją.

– Teraz będzie dobrze – orzekła stanowczo.

– Cieszę się, bardzo. – Magda objęła ją i mocno przytuliła. – Nie masz pojęcia, jak się o ciebie bałam.

– Wiem. Przepraszam.

Delikatnie wyswobodziła się z objęć siostry i cmoknęła ją lekko w policzek.

– Muszę jechać.

– Już? Nie za wcześnie? – Ukradkiem otarła wilgotne rzęsy i podniosła na Annę zdziwiony wzrok. – Przecież spotkanie masz dopiero za trzy godziny.

– Zanim pojadę do kancelarii, muszę jeszcze coś załatwić.

Magdalena otworzyła usta, jakby chciała o coś spytać, jednak w ostatniej chwili zrezygnowała. Podniosła z podłogi torebkę i podała siostrze.

– Zadzwoń, gdyby działo się coś złego, dobrze?

– Jasne, pa! – krzyknęła już z klatki schodowej.

Magdalena zamknęła za nią drzwi i od razu poszła do kuchni. Jej okna wychodziły na parking.

Ukryła się za zasłonką i z uwagą obserwowała teren przed blokiem. W końcu dostrzegła siostrę zmierzającą pewnym krokiem w stronę jednego z samochodów. Wstrzymała oddech, gdy stukot jej obcasów odbijający się echem od okolicznych budynków nagle ucichł. Anna zatrzymała się i zamarła z dłonią wspartą na szybie srebrnoszarego passata, jakby zastanawiając się nad czymś. W końcu siadła za kierownicę, oparła na niej łokcie i ukryła twarz w dłoniach. Magda teraz już wychylona z okna obserwowała ją z rosnącym niepokojem, wahając się, czy nie powinna mimo wszystko za nią pobiec, zatrzymać ją. Zanim jednak zdążyła podjąć jakąś decyzję, kobieta uruchomiła silnik i nieśpiesznie odjechała.

Magdalena stała jeszcze długo w otwartym oknie, w zamyśleniu skubiąc bezwiednie listek zerwany ze stojącej na parapecie azalii. Usiłowała zebrać rozbiegane myśli i nazwać kłębiące się w niej przeróżne uczucia, jednak bezskutecznie. Mimo dokładnej analizy zachowania siostry w każdej spędzonej z nią minucie, od kiedy Piotr odszedł, nie potrafiła jej przejrzeć, i dzięki temu odpowiednio pomóc.

Przez kilka ostatnich tygodni bezsilnie patrzyła, jak jedna z najbliższych jej istot całkowicie zapada się w sobie, nie pozwalając nikomu zbliżyć się do swojego bólu, nie chcąc też z nikim się nim podzielić, strzegąc go wręcz zazdrośnie. Nie godziła się, by cierpienie zaczęło powoli odchodzić. Zupełnie jakby to ono pomagało jej przetrwać. Sprawiała wrażenie, jakby napawała się nim, nieskończenie tłamsząc je i dusząc w sobie, nadając mu coraz to nowe formy – od napadów płaczu i niepohamowanej złości, przez dziwną nadpobudliwość, po jeszcze większe niż na początku otępienie.

Tym razem jednak Anna po raz pierwszy nadała swojemu cierpieniu imię. Opisała je i podzieliła się tym z siostrą. Zaczynała też myśleć i mówić logicznie. Zbyt logicznie. Mimo że wyglądało to na coś w rodzaju przełomu, Magda wcale nie była pewna, czy w jej siostrze rzeczywiście dokonała się wreszcie długo wyczekiwana przemiana, czy tylko starała się sprawić wrażenie, że tak jest, by inni dali jej spokój. Bo chociaż Anna wyglądała, jakby zaczynała godzić się z nową rzeczywistością, coś było nie tak. I mimo że Magdalena powinna wreszcie poczuć się uspokojona, było wprost przeciwnie. Wszystko działo się za szybko, stan Anny zmienił się zbyt radykalnie w ciągu zaledwie jednej nocy.

Zdecydowanie coś było nie tak.

Magda rozmyślała o tym, ścieląc łóżko siostry, gdy nagle pod poduszką znalazła puste opakowanie po lekach. Opróżnione zdecydowanie zbyt szybko, bo powinna tam być ich jeszcze połowa. To zrodziło w niej podejrzenie, że Anna chciała zdobyć nową receptę. Dlatego wyszła wcześniej

– Oby lekarz tym razem jej odmówił. – Magda poprosiła go o to w duchu, jednak bez większej wiary w spełnienie pobożnego życzenia.

Wiedziała, jak przekonująca potrafi być jej siostra, gdy ktoś próbuje pokrzyżować jej plany, jakiekolwiek by były. A Magdalena oddałaby wiele, żeby je poznać, ponieważ nie wierzyła, by pokrywały się z jej własnymi. Nawet jeśli wszystko na to wskazywało.

2

Dom przy ulicy Jaśminowej był szczelnie otoczony berberysowym żywopłotem, chroniącym jego mieszkańców przed ulicznym kurzem i wzrokiem przechodniów. Jedynie przez pręty metalowej furtki można było dojrzeć fragment zadbanego ogrodu i kilka pierwszych stopni schodów prowadzących na odkrytą werandę. U ich podnóża stały wielkie, ceramiczne donice, z których wylewały się kwitnące jaskrawo godecje, werbeny i lobelie.

Przy bocznej części budynku, za grubą ścianą zieleni, poza zasięgiem wzroku obserwatorów, znajdował się taras. Osłonięty pasiastą markizą przed czerwcowymi promieniami słońca, był dla domowników idealnym miejscem wypoczynku. Stał tam okrągły stół. Na nim różowiły się trzy miniaturowe filiżanki w białe kropki. W rattanowym fotelu, naprzeciwko dwóch jasnowłosych lalek, siedział mężczyzna. Ostrożnie unosił do ust jedno z maleńkich naczyń i patrzył z uśmiechem na kilkuletnią dziewczynkę, która z plastikowego imbryka nalewała do pozostałych filiżanek wyimaginowaną herbatę.

– Mmm, jaka aromatyczna, cytrynooowa! – wymruczał.

Odstawił naczynie na różowy spodek, wytarł usta i demonstracyjnie poklepał się po brzuchu.

– Dolać ci, tatusiu? – Dziecko zaszczebiotało przymilnie.

– Dziękuję, kochanie. Zostawmy trochę dla mamy, niech i ona spróbuje twojej pysznej herbatki. Póki jeszcze lalki nie wypiły wszystkiego. – Zaśmiał się znacząco.

– Zostawię. Dla mamy i dla cioci. – Dziewczynka kiwnęła głową.

Mężczyzna uniósł brwi w zdziwieniu, jednak nim wyraził je głośno, usłyszał trzask zamykanej furtki. Odwrócił się i pochylił lekko, zaglądając pod zielone konary rozłożystego tulipanowca, tam, gdzie patrzyła jego córka.

– Ania? – Podniósł się gwałtownie z fotela.

– Dzień dobry, Wiktorze. Przepraszam, że niepokoję cię w domu, ale byłam w firmie i powiedzieli mi, że wziąłeś sobie wolne, więc…

– Coś się stało? – Wiktor Brunik przyglądał się jej z wyraźnym niepokojem. – Potrzebujesz czegoś?

– Właściwie… sama nie wiem. – Anna uśmiechnęła się blado. Wspięła się po schodach i kucnęła obok dziewczynki, która od razu objęła ją za szyję. – Wikunia, jaka już jesteś duża! Kiedy zdążyłaś tak urosnąć? – zwróciła się do niej, tuląc ją czule do siebie.

– Mam tyle latek! – Dziewczynka odchyliła się lekko i uniosła pulchną łapkę, starając się wyprostować trzy palce, drugą ręką przytrzymując pozostałe. – A niedługo pójdę do przedszkola. Mama tak mówi. Prawda, mamusiu? – Odwróciła się w stronę kobiety, która stanęła w progu domu. Trzymała w rękach tacę z dwiema białymi filiżankami i szklanym dzbankiem z herbatą. Zachwiała się nieznacznie, przez krótką chwilę wydawało się, że upuści wszystko, ale odzyskała równowagę i zmieniła zaskoczony wyraz twarzy na niepewny uśmiech.

– Tak się cieszę, że cię widzę, Aniu. – Z pewnym roztargnieniem odstawiła naczynia na stół i powoli podniosła wzrok. – Napijesz się z nami herbaty? Przyniosę jeszcze jedną filiżankę. Słodzisz? Bo nie zabrałam cukru…

– Dziękuję, nie rób sobie kłopotu, wpadłam jedynie na chwilę. Chciałam tylko o czymś porozmawiać z twoim mężem. Nie będę wam długo przeszkadzać.

– Ależ wcale nie przeszkadzasz! – zapewniła ją prawie żarliwie i zawahała się, spoglądając niepewnie na męża, a potem na córkę. – To może pójdę jednak po tę filiżankę. Wikuniu, pomożesz mi, dobrze? – Wzięła dziecko na ręce i odeszła. W progu zatrzymała się na chwilę, zupełnie jakby chciała jeszcze coś dodać, jednak po namyśle zniknęła za drzwiami.

Wiktor podniósł z fotela jedną z lalek i bez słowa wskazał go Annie, z napięciem obserwując jej twarz. Usiadła w milczeniu, kładąc na stole torebkę.

– Piękny macie ogród – odezwała się po chwili, wbijając nieruchomy wzrok w stojącą przed nią różową filiżankę. – Mieszkanie w bloku ma swoje zalety, jednak to nie to samo, co dom i własny kawałek zieleni… Wiesz, kiedyś żałowałam, że nie zbudowaliśmy sobie podobnego domu, ale Piotr uważał… – Urwała i wzdrygnęła się. Podniosła głowę i popatrzyła na Wiktora wzrokiem, z którego niewiele można było wyczytać. Westchnęła płytko i objęła się ramionami. Wciąż rozglądała się niepewnie, jakby zbierała się na odwagę, żeby coś powiedzieć.

– Od jak dawna wiedziałeś, że Piotr ma kochankę? Bo wiedziałeś o tym, prawda?

Wypowiedziane głośno pytanie nieprzyjemnie smagnęło oboje. Nastąpiła krótka chwila ciszy, przerwana metalicznym uderzeniem o terakotę kluczyków od samochodu, które obracane nerwowo w palcach wystrzeliły nagle w powietrze. Wiktor schylił się po nie, podniósł i położył na stole, obok różowej filiżanki.

– Tak. Od jakiegoś czasu. – Głos mężczyzny lekko zadrżał. Między jednym a drugim cichym słowem dało się słyszeć o wiele za głośne przełykanie śliny. – Nie pamiętam od jak dawna, ale chyba od… dość dawna.

– Dlaczego więc… Dlaczego nie zmusiłeś go, żeby opamiętał się, zanim… było na to za późno? Przecież nie był tylko twoim wspólnikiem, ale chyba też przyjacielem, prawda? Dlaczego nic nie zrobiłeś?

– Próbowałem, naprawdę. Ale nie jest… nie było łatwo mieć wpływ na takie rzeczy. One zwykle dzieją się same, a jeśli człowiek chce coś zrobić, wtedy jest tylko gorzej.

Anna podniosła ze stołu klucze i przez chwilę szarpała breloczek z niebieskich koralików. W końcu zamknęła je w dłoni i przycisnęła pięść do drżącej brody. Zakłopotana skuliła się na krześle.

– Teraz już nic nie może być gorzej… – szepnęła ledwie słyszalnie.

Wiktor patrzył na nią ze współczuciem. Wykonał gest, jakby chciał dotknąć jej ramienia, jednak w ostatniej chwili rozmyślił się, cofając gwałtownie rękę.

– Był taki moment… Wydawało mi się, że chce to skończyć – odezwał się wreszcie. – Wtedy, kiedy powiedziałaś mu, że chcesz wrócić do pracy. Myślałem, że się przestraszył albo że może coś zrozumiał…

– Tak! Wiem, kiedy to było, pamiętam! – Anna ożywiła się na chwilę, przerywając mu gwałtownie. – Nie chciał, żebym z wami pracowała. Podejrzewałam nawet, że po prostu nie wierzy, że po tak długiej przerwie umiałabym jeszcze cokolwiek zaprojektować. Teraz już wiem, dlaczego nie zgadzał się na mój powrót do firmy. Bał się, że spotkam tam ją, tę… Że coś zauważę.

– Nie wiem. Może…

Wiktor zawahał się, pocierając brodę. Bez przerwy zerkał w stronę drzwi, za którymi chwilę wcześniej zniknęła jego żona, i kręcił się niespokojnie. Widać było, że najchętniej zakończyłby tę rozmowę albo przynajmniej zmienił temat na mniej dla niego trudny. Pochylił głowę, jakby chroniąc się przed jej spojrzeniem, podczas gdy ona usiłowała za wszelką cenę przyciągnąć i pochwycić jego wzrok. W końcu zrezygnowała i skupiła całą swoją uwagę na filiżance w kropki, gładząc lekko jej plastikową krawędź.

– Chcę wiedzieć, jak było naprawdę – powiedziała z naciskiem. – Inaczej nigdy nie będę mogła pójść dalej. Dlatego musisz mi pomóc.

– Aniu, uwierz mi, bardzo bym chciał, ale naprawdę nie wiem jak. Gdybym tylko mógł…

– Ależ oczywiście, że możesz – przerwała mu. – Chcę się dowiedzieć, dlaczego mi to zrobił? Dlaczego zdradził? Nie mogę zapytać o to Piotra, dlatego tylko ona może mi to wyjaśnić…

– Co ty, do diabła, chcesz zrobić? – Spojrzał na nią z lękiem.

Westchnęła głośno.

– Po co pytasz, skoro wiesz? Powiedz mi po prostu, gdzie mogę ją znaleźć. Bo wiem, że w firmie jej nie ma.

– Zamierzasz się z nią spotkać? – upewnił się, choć nie mógł już mieć co do tego złudzeń.

Skinęła twierdząco.

– Nie możesz!

– Dlaczego? – Wiktor obejrzał się, słysząc za sobą głos żony. – Uważasz, że Anna nie zasługuje na to, żeby poznać prawdę?

– Wcale nie powiedziałem, że nie zasługuje. Ale spotykanie się z kochanką męża to nie jest dobry pomysł. – Bronił się.

– Nawet jeśli tego właśnie potrzebuje? I tylko to może jej pomóc się uspokoić? – Zwróciła się tym razem do Anny. – Jesteś absolutnie pewna, że nie ma innego sposobu?

Kobieta potrząsnęła zdecydowanie głową. Chwyciła torebkę i wstała, gotowa do wyjścia.

– Chcę się z nią spotkać i to jak najszybciej. Będę dotąd przychodzić do firmy, aż ją tam zastanę. Bo kiedyś musi wrócić, skoro nikt nie rozwiązał z nią umowy. – Zerknęła znacząco na Wiktora.

– To nic nie da, naprawdę – odparł spokojnie. – Jest na zwolnieniu lekarskim i z tego, co wiem, to jeszcze potrwa.

– Nie wierzę ci.

– Wiktor mówi prawdę, ta kobieta jest w szpitalu.

– Michalina! – Wiktor rzucił żonie ostrzegawcze spojrzenie, jednak ta je zlekceważyła. Podeszła do Anny i delikatnie położyła jej dłoń na ramieniu.

– Chciałam tylko przez to powiedzieć, że to nie jest najlepsze miejsce na taką rozmowę. Ani dobry moment.

– Nigdy nie będzie na to wystarczająco dobrego momentu, dlatego chcę mieć to jak najszybciej za sobą. – Powiedz mi, który to szpital?

– Niestety tego nie wiem – odparła. – Mogę ci tylko podać nazwisko jej lekarza. Zresztą znasz je, bo to też twój lekarz, sama mi go kiedyś polecałaś.

– A ty z kolei poleciłaś go jej?

– Nie ja, on. – Wskazała brodą męża. – On dał jej kontakt do doktora Olszańskiego.

– Ale przecież doktor Olszański jest… – Anna zakryła dłonią usta.

Michalina tym razem mocniej ścisnęła jej ramię, kiwając twierdząco głową.

3

Chrobot klucza w zamku przerwał nagle panującą w mieszkaniu ciszę. Magdalena oderwała się od składania ubrań wyjętych z suszarki i wyjrzała z łazienki.

Anna bez słowa odwiesiła żakiet i zsunęła buty. Porzuciła je niedbale na środku przedpokoju. Oparła się plecami o ścianę i masowała palce stóp. Magda czekała, przyglądając się uważnie siostrze, która wydawała się nie zauważać jej obecności, pogrążona w myślach.

– Wszystko w porządku? – zagadnęła ją w końcu.

Skinęła twierdząco, ale wciąż nie podniosła na nią wzroku.

– Co powiedział prawnik?

– Jaki prawnik? – Anna uniosła wreszcie głowę, ale wzrok miała nadal nieprzytomny.

– Prawnik Piotra, spotkałaś się z nim, prawda?

– Zapomniałam.

– Jak to, zapomniałaś? Przecież właśnie po to wyszłaś z domu. Miałaś się z nim zobaczyć.

– Ale zapomniałam. Po prostu! Co w tym nadzwyczajnego?

– Co zatem robiłaś przez tyle czasu?

– Nic! I proszę, przestań mnie wreszcie przepytywać. Nie jestem dzieckiem, nie potrzebuję ciągłego kontrolowania.

Wyminęła siostrę, trącając ją ramieniem, i pobiegła na górę.

– Anka! – krzyknęła Magda z desperacją.

Odpowiedziało jej głośne trzaśnięcie drzwiami.

Tkwiła chwilę w miejscu, z zadartą głową, zbyt skołowana, by rozsądnie zareagować. W końcu opuściła wzrok wprost na porzuconą obok butów torebkę. Podniosła ją odruchowo, odłożyła na komodę i zamarła ze zmarszczonym czołem.

Torebka była do połowy rozpięta.

Rozchyliła ją ostrożnie, dwoma tylko palcami, starając się zajrzeć do środka. Potem zerknęła w stronę schodów, nasłuchując z uwagą. Cisza sugerowała, że Anna pozostawała w swojej sypialni i wiele wskazywało na to, że nieprędko stamtąd wyjdzie.

Z ciągłym wahaniem rozsunęła zamek torebki i wysypała całą jej zawartość na podłogę. We wszystkie strony potoczyły się niebieskie kuleczki. Jednocześnie z bocznej kieszeni wysunęły się kluczyki od samochodu ze strzępkiem rozerwanego breloczka.

Przestraszona nagłym hałasem zamarła na chwilę i rzuciła kolejne niespokojne spojrzenie w stronę schodów, zastanawiając się gorączkowo nad wiarygodnym wytłumaczeniem swojego zachowania. Na szczęście nie musiała tego robić. Zanim jednak zebrała wszystko i odłożyła na miejsce, zajrzała do małej podręcznej kosmetyczki, w której mogło znajdować się to, czego szukała.

– Nie kupiła nowych leków – westchnęła z ulgą, gdy tylko upewniła się co do tego.

Pozbierała wszystkie koraliki. Włożyła je do torebki razem z kluczykami, pustym opakowaniem po chusteczkach higienicznych, portfelem i kosmetyczką.

Częściowo tylko uspokojona postanowiła jednak pójść na górę.

Zapukała do drzwi sypialni. Nie słysząc odpowiedzi, powoli nacisnęła klamkę i wsunęła głowę do środka.

Anna stała przy otwartej szafie i wrzucała ubrania do największej walizki.

– Co robisz? – Magda zatrzymała się w progu, zaskoczona niespodziewanym dla siebie widokiem.

– Zaraz po zakończeniu roku szkolnego jadę z dziećmi do Bujan.

– Świetnie, ale przecież to jeszcze prawie dwa tygodnie, nie musisz się pakować już teraz.

– Wiem, ale oszaleję, jeśli natychmiast czymś się nie zajmę.

– W porządku. Pomogę ci, chcesz? – Magda podeszła bliżej i położyła dłonie na ramionach siostry, masując lekko jej kark. – A potem razem pojedziemy po dzieciaki.

– Miałam je zabrać na pizzę. – Zrezygnowana, oparła czoło o jedną z półek. – O tym też zapomniałam.

– Powiesz mi, co się stało?

– Dlaczego uważasz, że coś się stało?

Magda bez słowa klękła przy walizce i zaczęła powoli układać wrzucone do niej bezładnie ubrania. Pochyliła głowę, udając skupienie. Kątem oka jednak zerkała na siostrę. Anna stała nad nią z rękami założonymi za głowę. Po chwili kucnęła obok, podniosła pierwszą z brzegu rzecz i zaczęła gnieść ją w dłoniach.

– Byłam u Wiktora – odezwała się wreszcie. Przestała miąć ubranie i oparła się o drzwi szafy, obejmując ramionami kolana.

– U wspólnika Piotra? – Magdalena upewniła się, wyjmując z jej rąk zwiniętą w kłębek bluzkę. Rozprasowała ją dłońmi.

Anna skinęła głową. Milczała, jakby oczekując dalszych pytań, które jednak nie padły. Magda skończyła układać w walizce ubrania. Zasunęła zamek. Podniosła się z klęczek i usiadła na podłodze obok siostry.

– Im bardziej staram się to wszystko zrozumieć, tym bardziej mi się gmatwa. – Anna mówiąc to, patrzyła na zamkniętą walizkę. – Myślałam, że jeśli przestanę brać leki, wreszcie coś mi się rozjaśni, ale tak się nie stało. Wciąż mam w głowie wielki mętlik. Mam też wrażenie, że utkwiłam w jakimś dziwnym zawieszeniu, jakby coś nie zostało dokończone i póki to się nie zmieni, nie zdołam pójść dalej… żyć normalnie, na ile to możliwe. Dlatego właśnie pojechałam do Wiktora. Chciałam, żeby dał mi adres tej kobiety, z którą Piotr… mnie zdradził.

– Pojechałaś do niej? – Magdalena patrzyła na siostrę z przerażeniem i niedowierzaniem.

– Nie. Chciałam… ale nie potrafiłam się do tego zmusić.

– I całe szczęście, bo to był naprawdę głupi pomysł. Co ci strzeliło do głowy?

– Nie wiem, nie mówmy już o tym, proszę. – Anna strzepnęła niewidoczne paprochy ze spódnicy i podniosła się wreszcie. – Powinnam chyba zadzwonić do tego prawnika i przeprosić go, że się nie pojawiłam. Umówię się z nim na jutro.

– Zrób to koniecznie. I od razu załatw wszystko, co trzeba. Według mnie to jest właśnie ta rzecz, którą należy zamknąć, by zacząć nowy etap. Potem pojedziesz do rodziców i tam się już spokojnie zastanowisz, co dalej. Kiedy wrócisz, zobaczysz wszystko w zupełnie innym świetle.

– Ale ja nie zamierzam już tu wracać. Myślę, że powinnam zostać w Bujanach na stałe. Na razie u rodziców, a potem… Potem pomyślę, co dalej.

– Jak to, na stałe? A co z dziećmi? Ze szkołą?

– Przecież w Bujanach też mogą się uczyć.

– Amelia jest w ostatniej klasie gimnazjum, mówiła, że już dawno wybrała sobie szkołę średnią w Warszawie. Franek idzie do czwartej klasy, dla niego to też jest jakiś nowy, ważny etap. Chcesz im w takim momencie wywrócić wszystko do góry nogami? Pytałaś ich w ogóle o zdanie?

– Zapytam. Dziś.

– A co, jeśli nie będą chciały się przeprowadzić?

– Porozmawiam z nimi, na pewno zrozumieją.

– A rodzice? Powiedziałaś im o swoich planach?

– Oczywiście. Dzwoniłam właśnie do mamy. Zapewniła mnie, że w domu zawsze znajdzie się dla nas miejsce. I że we wszystkim mi pomoże.

– To znaczy, w czym?

– Nie wiem, we wszystkim. – Anna wzruszyła ramionami. – Przecież sama nie dam sobie rady.

– A co zrobisz z mieszkaniem? Chcesz je sprzedać?

– Jeszcze się nad tym nie zastanawiałam. Może ten prawnik coś mi doradzi. Nie mam teraz zupełnie do tego głowy.

– Nie wydaje ci się, że postępujesz trochę pochopnie? Twoje miejsce jest tutaj, nie w Bujanach.

– Dlaczego? Przecież nic mnie tu już nie trzyma. Wiktor pokieruje firmą. Poza tym nie mogę tu sama dalej mieszkać… Nie potrafię. Nie znam się na płaceniu rachunków, podatków i całej reszcie, która z tym się wiąże. Zawsze Piotr się tym zajmował, i wszystkim innym. Ja przecież prowadziłam dom i zajmowałam się dziećmi.

– Ale płacenie rachunków nie jest niczym skomplikowanym, zresztą sprawdziłam, są na nie stałe zlecenia, nie musisz się tym zajmować, przynajmniej na razie. A w razie czego możesz poprosić o pomoc księgową z firmy. Finansowo też jesteś zabezpieczona, a bankomat umiesz chyba obsłużyć, prawda? Mogłabyś też z czasem wrócić do pracy, a nawet moim zdaniem powinnaś.

– Za dużo tego, jestem pewna, że sobie nie poradzę. Zresztą nigdy nie miałam głowy do takich spraw. A mama obiecała, że mi pomoże. I tata. Mam też przecież ciebie, prawda?

– Oczywiście, ja też pomogę ci we wszystkim, na ile potrafię, i dopóki tutaj będę.

Anna spojrzała na nią z lekkim strachem.

– Ale jeszcze nie wyjeżdżasz, prawda? Zostaniesz aż wszystko się poukłada?

– Oczywiście, zostanę jak długo się da. Bo chyba wiesz, że w końcu będę musiała wrócić do Kalifornii.

– Ale jeszcze nie teraz?

– Nie, nie teraz. – Magda przełknęła głośno ślinę, jakby zbierając się w sobie. – Kupiłam bilet dopiero na przyszły piątek.

Zerknęła na siostrę z niepewną miną. Przewidywała jej reakcję i niestety się nie pomyliła. Anna wbiła w nią pełen niedowierzania wzrok.

– Nie możesz wyjechać! – wykrzyknęła, nie starając się nawet hamować złości. – Przecież w przyszły piątek jedziemy do rodziców!

– Musisz jechać sama. Karolina ostatnio nie najlepiej się czuje, a termin porodu jest już za miesiąc. Dlatego powinnam wracać do domu.

– Na pewno wszystko będzie dobrze, a twoja córka ma jeszcze dużo czasu. Mogłabyś zostać, gdybyś tylko chciała.

– Nie mogę ryzykować. To jej pierwsze dziecko i nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdyby mnie przy niej nie było w tak ważnym momencie.

– Przesadzasz! Karolina nie jest przecież sama, ma męża, a ja… Jak możesz mnie w takiej chwili zostawiać? Jesteś egoistką!

– Ja? Jesteś pewna, że to ja jestem egoistką…? – Magda urwała i zakryła usta.

W oczach Anny odmalowało się niedowierzanie. Wyglądała jak wyjęta z wody ryba, na przemian zamykając i otwierając pobielałe wargi. Nie mogła wykrztusić z siebie nawet słowa.

– Jak… jak możesz! – wyjąkała wreszcie. – Po tym, co mnie spotkało…

Magda ukryła na chwilę twarz w dłoniach, a potem opuściła bezwładnie ręce, całkiem zrezygnowana.

– Przepraszam. Nie jesteś egoistką – odezwała się cicho, z pewnym wahaniem. – Ty… ty jesteś jak bluszcz. Taki, który wspina się po podporach. Owija się wokół nich i przybiera ich kształt, tracąc własny. Bez oparcia wręcz nie mógłby istnieć, prawie jak…

– Pasożyt? – Anna wpadła jej w słowo, mrużąc oczy.

– Nie to chciałam powiedzieć.

– Ale właśnie tak to zabrzmiało. Według ciebie umiem tylko żyć kosztem innych. Jak pasożyt.

– Nie. Wcale tego nie powiedziałam. Chodziło mi tylko o to, że utraciłaś swoją niezależność, indywidualny kształt. Nie potrafisz żyć własnym życiem, tylko cudzym. Przez wiele lat wisiałaś na ramieniu męża, więc kiedy zniknął, tobie zaczęło się wydawać, że ciebie też już nie ma. Rozsypałaś się jak bluszcz, spod którego usunięto podporę. Dlatego wydaje ci się, że jedynym ratunkiem jest znalezienie nowej.

– Chcesz powiedzieć, że teraz uwiesiłam się na tobie? Tak? O to ci chodzi? Masz mnie po prostu dość?

– Nadal nie rozumiesz. To nie tak, że mamy cię dość, ja albo rodzice. Zawsze będziemy przy tobie i pomożemy ci, jeśli będziesz tego potrzebowała, jednak musisz też spróbować pomóc sobie sama. Bo tu nie chodzi o nas, ale wyłącznie o ciebie. Dla własnego dobra powinnaś nauczyć się żyć samodzielnie, zamiast szukać dla siebie kolejnego rusztowania. Musisz wreszcie stanąć na własnych, nie cudzych nogach. Stworzyć swój własny kształt, taki, który będzie tylko twój.

– Ale przecież ja właśnie staram się odzyskać dawną siebie!

– Być może niepotrzebnie. Powinnaś stworzyć siebie na nowo, zamiast wracać do tego, co było, bo to jest już niemożliwe. Tymczasem wciąż desperacko usiłujesz się podeprzeć. Mną, rodzicami, kimkolwiek. I jesteś coraz bardziej przerażona i zdesperowana, bo żadne z nas nie potrafi zastąpić ci Piotra. Myślę, że właśnie w tym tkwi problem.

– Ale to przecież prawda. Nikt nie jest w stanie go zastąpić.

– Wiem, dlatego musisz wreszcie zrozumieć, że bez niego też da się żyć. Jesteś młoda, jeszcze wiele przed tobą. Sama się o tym przekonasz, tylko daj sobie szansę!

– Nie chcę tego słuchać! – Anna gwałtownie zasłoniła sobie uszy. – Przestań opowiadać te wszystkie bzdury!

– Dobrze, uspokój się. Nie miałam nic złego na myśli. Przepraszam, jeśli tak to odebrałaś. Wiesz, że chcę dla ciebie jak najlepiej.

– Więc udowodnij mi to. Przebukuj bilet i zostań, chociaż tydzień dłużej.

– Nie mogę i mam nadzieję, że w końcu to zrozumiesz. Ale obiecuję, że przylecę do Polski, jak tylko Karolina urodzi i dojdzie do siebie. Dobrze?

– Nie potrzebuję twojej łaski!

Anna poderwała się i tłumiąc szloch, wybiegła z pokoju.

– Jeżeli naprawdę traktujesz to jak łaskę, rzeczywiście nie ma potrzeby, żebym ci się narzucała. – Magda rzuciła za nią ostro, zanim zdołała się powstrzymać, jednak niezbyt głośno ze względu na nagłą suchość w ustach, więc i bez nadziei, że siostra ją usłyszy.

Usłyszała. Wróciła i zatrzymała się w drzwiach niezdecydowana.

– Przepraszam – powiedziała cicho. – Nie zgadzam się z tym, co próbujesz mi wmówić, ale bardzo nie chcę się z tobą kłócić.

– Ja też nie chcę. Obiecuję już nigdy do tego nie wracać. Chyba, że ty sama tego zechcesz…

– Nie zechcę! – Anna zerknęła na nią spode łba i zacisnęła usta.

– W porządku. Tylko już się nie wściekaj. – Magda podeszła do niej, zmierzwiła jej lekko włosy i przyciągnęła do siebie. – Już zapomniałam, jaka harda potrafi być moja mała siostrzyczka.

– Przyjedziesz za parę miesięcy do Bujan?

– Jasne, że tak. Do Bujan.

4

Anna obserwowała swoje dzieci, jak machają w stronę samolotu unoszącego się z pasa startowego, i czuła, jak z każdą mijającą chwilą coraz intensywniej narasta w niej poczucie winy.

Magdalena wracała do Kalifornii, nie wiedząc o omówionych z prawnikiem szczegółach dotyczących sprzedaży mieszkania. Nie zostały też o tym poinformowane dzieci.

Franek od kilku dni w euforii pakował swoje rzeczy, uszczęśliwiony perspektywą spędzenia wakacji w Bujanach, a nadąsana Amelia narzekała, że u babci będzie zapewne nudno. Pocieszeniem był dla niej obóz językowy w Anglii, martwiła się jedynie, że dopiero w sierpniu. Nie kryła jednak ekscytacji, ponieważ jechała tam też jej najbliższa przyjaciółka.

Anna z kolei, patrząc na to wszystko, nie miała odwagi powiedzieć im prawdy. Zarówno o przeprowadzce na Podlasie, jak i o tym, że Amelia według niej powinna zrezygnować z obozu. To nie był dobry moment na tego typu wycieczkę i dziwiła się, że córka od razu nie odwołała zaplanowanego wiele miesięcy wcześniej wyjazdu. Mimo że sama była pewna słuszności podjętych decyzji, wciąż nie miała pojęcia, jak przekonać do nich dzieci. Przewidywała ich reakcję, jak również to, że nie znajdzie w sobie dość siły, by się z nią zmierzyć. Dlatego postanowiła zaczekać. Nie była pewna, na co dokładnie, miała jedynie nadzieję, że czas zadziała na jej korzyść i pobyt w Bujanach coś zmieni, pomoże jej się podźwignąć i zgodnie z sugestią Magdy zacząć coś od nowa. A dzieci w końcu ją w tym wesprą.

Anna w rzeczywistości bardzo liczyła się ze zdaniem starszej siostry. Nawet jeśli nie zawsze się ze sobą zgadzały, jej rady były ważne i cenne, ponieważ wynikały wyłącznie z troski.

Magdalena chciała dla Anny jak najlepiej. Była nie tylko jej siostrą, ale też przyjaciółką. Od zawsze. Właściwie jedyną, więc bezkonkurencyjnie najlepszą, mimo dzielącej ich dużej różnicy wieku. Dziewięć lat starsza Magda niedługo po skończeniu studiów wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Nikt wówczas nie przypuszczał, że roczny w zamierzeniu pobyt zmieni się w stały z powodu Davida – jej obecnego męża. Przedstawiła go jednak rodzinie dopiero, gdy przyjechali do Polski z niemal roczną już córeczką – Karoliną, która teraz spodziewała się dziecka.

Magda miała właśnie zostać babcią. Anna ze zdumieniem odkryła, że z tym właśnie niezwykłym faktem wiąże się to, że jej siostrzenica zostanie matką. Myśl, która w pierwszej chwili ją rozbawiła, z czasem wywołała niepokój. Właściwie nieuzasadniony, ale mimo to realny. Anna czuła się zagubiona. Jej pozycja w życiu Magdaleny znów była zagrożona, tak jak wtedy, gdy pojawił się David, a potem dziecko. O nich też początkowo była zazdrosna.

Dawniej, gdy jeszcze mieszkały razem, siostra prawie nieustannie była gdzieś obok, zawsze blisko. Nawet po jej wyjeździe do Stanów dzięki listom, telefonom, potem częstym rozmowom przez komunikator internetowy Anna ani na chwilę nie zatraciła tego poczucia. Może właśnie dlatego przestała traktować nową rodzinę Magdy jako swoich rywali. Nie stanowili dla niej zagrożenia, ponieważ nadal czuła się dla swojej siostry ważna, może nawet najważniejsza. Niestety, już niebawem mogło to się zmienić, wraz z przyjściem na świat dziecka Karoliny, na które Magdalena tak bardzo czekała. A to napawało Annę jeszcze większym przygnębieniem.

Niespodziewany rumor gwałtownie oderwał ją od wspomnień.

Do sypialni, gdzie położyła się po powrocie z lotniska, żeby trochę odpocząć, wpadła nagle Amelia. Objęła matkę mocno, ogłuszając ją przenikliwym piskiem. Anna przyjrzała się córce z niepokojem. Takie zachowanie zwykle niczego dobrego nie wróżyło, ponieważ jej córka z reguły była książkowym wręcz przykładem zbuntowanej i wiecznie nadąsanej nastolatki. Rzadko czymś ekscytowała się w sposób widoczny dla otoczenia, i nawet najsilniejsze uczucia, zarówno smutku, jak i radości wyrażała dość powściągliwie.

– Nie masz pojęcia, co się stało! – zapiszczała znów, śmiejąc się jednocześnie.

– No nie mam – odparła, nadal przyglądając się córce z dużą podejrzliwością.

Amelia jednak zamiast wyjaśnienia wydała z siebie kolejny, jeszcze bardziej świdrujący w mózg dźwięk, poderwała się na równe nogi, zakręciła kilka szaleńczych piruetów i z rozmachem ponownie opadła na łóżko, wznosząc jednak w dziękczynnym geście ramiona.

– Powiesz mi wreszcie, co cię tak ucieszyło? – Anna żartobliwie zmierzwiła córce włosy.

Bardzo lubiła Amelię w tak rzadkim u niej nastroju, a od bardzo dawna jej takiej nie widziała. Na co dzień dziewczyna była inna. Niewiele mówiła, pytana zerkała tylko lekceważąco zza rudobrązowej grzywki i wydymała usta pomalowane prawie czarną pomadką.

– Poskarżyłam się dziś na moim blogu, że niebawem wyjeżdżam na koniec świata, gdzie pewnie nic ciekawego nie będzie się działo. Napisałam też dokąd, a wtedy wiesz, co niespodziewanie wyszło na jaw? – Z jej twarzy wciąż nie schodził uśmiech. – Że jedna z najpopularniejszych blogerek modowych mieszka w Bujanach! W Bujanach! Wyobrażasz to sobie? To jest tak nieprawdopodobne, że wciąż nie mogę w to uwierzyć. Ona specjalizuje się w stylu pin-up. Jest w tym naprawdę dobra, najlepsza. Pokażę ci jej bloga. I zdjęcia. Są niesamowite!

– Chętnie obejrzę. Potem. Teraz powiedz mi lepiej, czy już się spakowałaś?

– Jasne… To znaczy prawie. Niedługo skończę.

– Pamiętaj, że wyjeżdżamy z samego rana.

Amelia przypomniała jej o czymś niechcący, opowiadając o blogach. Magda przed wyjazdem podała Annie adres swojego ulubionego, określając go lajfstajlowym. Anna właściwie nie była pewna, co dokładnie to miało oznaczać. Temat blogów i wszystkiego, co z nimi związane, był jej zupełnie obcy, a celowość takiego ekshibicjonizmu emocjonalnego, nawet anonimowego, wręcz niepojęta. Nie rozumiała przede wszystkim, czemu miałoby to służyć. Kogo mogłyby obchodzić czyjeś wynurzenia na jakiekolwiek tematy?

Dlatego też zdziwiło ją zaangażowanie Magdy, z jakim zachęcała Annę do przejrzenia wpisów na polecanym przez nią blogu. Nie widziała powodu, dla którego miałaby tam zaglądać, z wyjątkiem sprawienia przyjemności siostrze. I tylko dlatego przyrzekła sobie przy najbliższej okazji rzucić na niego okiem, żeby nie sprawić jej zawodu.

5

Do urokliwego wiejskiego domu z przepiękną werandą wiodła kamienna ścieżka, którą ktoś wysypał ciemnoróżowymi płatkami kwiatów. Nie były podeptane i wręcz wyglądały na całkiem świeże, ponieważ trącane wiatrem pozostawały prawie nieruchome, jędrne i soczyste.

Anna przyglądała się im, zastanawiając się przez bardzo krótki moment, skąd się tam wzięły, ponieważ bujne kępy kwiatów w ogrodzie jej rodziców nie wydawały się ogołocone. Jednak już po chwili uśmiechnęła się, gdy tylko sobie uświadomiła, na co tak naprawdę patrzy.

– Dlaczego nie idziesz…? – sapnęła Amelia, zsuwając z ramienia ciężki plecak. Wyminęła matkę, a wówczas jej zarumieniona z wysiłku twarz pojaśniała zachwytem. – Łaał!

– Babcia chyba trochę przesadziła z powitaniem! – zawtórował jej Franek i wyrwał się, chcąc wbiec na kwiatową ścieżkę. – Ała! No co? – zawył, wyszarpując się siostrze, która mocno uszczypnęła go w ramię.

– Zadepczesz wszystko, pacanie! To takie piękne i romantyczne, a ty jak zwykle zachowujesz się jak jakiś troglodyta – warknęła, usiłując jednocześnie trzepnąć brata po głowie.

– Mela! – Anna uniosła brwi i rzuciła córce wymowne spojrzenie.

– Przepraszam – mruknęła dziewczyna, zawstydzona swoim zachowaniem, które raczej przeczyło temu, do czego usiłowała przekonać nie tylko matkę.

Jako szesnastolatka czuła się zbyt dorosła, by pozwolić się porównywać z nadal bardzo dziecinnym, dziewięcioletnim bratem. Jemu z kolei nie przeszkadzało nazywanie go niedojrzałym. Status najmłodszego w rodzinie przynosił mu więcej korzyści niż strat, z czego dobrze zdawał sobie sprawę. Dlatego teraz też na jego twarzy pokazał się uśmiech triumfu połączonego ze złośliwą satysfakcją, że wygrał. Amelia, by zachować resztki godności, miała właśnie zamiar odciąć się bratu, gdy ten nagle przeniósł swoje zainteresowanie gdzie indziej, ignorując oburzenie siostry.

W ich stronę pędził ogromny pies. W dość nieskoordynowanych podrygach, stękał, sapał i powarkiwał niemrawo, co pozwoliło sądzić, iż większość energii włożył w szaleńczy pęd. Długa, rudobrązowa sierść skręcona w efektowne dredy rytmicznie falowała na wietrze, przez co pies przybrał kształt skłębionej burzowej chmury.

– Koper! – Franek i Amelia teraz już w zgodzie rzucili się do niego, obejmując za szyję i całując wyłuskany z kudłów czarny nos. Wraz z nosem odsłonił się też wyszczerzony w najprawdziwszym uśmiechu psi pysk.

– A niech to! Szatan wcielony! Uciekł mi! – krzyczała z daleka kobieta przepasana fartuszkiem oprószonym mąką. Truchtała od strony domu, szurając głośno kapciami, i wygrażała zwierzakowi palcem. – Zwietrzył łobuz, że przyjechaliście, i jak tylko uchyliłam drzwi, wyrwał się przodem. O mały włos mnie nie przewrócił. Zaraza, nie pies! Anulka, furtka! – zawołała ostrzegawczo, ponieważ psisko zaczęło się właśnie wyswobadzać z uścisków dzieci i łypać ukradkiem na ulicę, wietrząc pewnie możliwość przygody. Anna złapało go mocno za potężny kark i jednocześnie usłyszała za sobą trzask zamykanej furtki.

– Cześć, tatku! – Uśmiechnęła się, widząc, kto ją wyręczył.

Puściła zwierzę i objęła czule uradowanego mężczyznę. W ślad za nią ruszyły dzieci.

– Ejże! – Kobieta w fartuszku chwyciła się pod boki, symulując obrażoną minę. – Najpierw witają się z psem, potem z dziadkiem. A co ze mną?

Franek pierwszy do niej pomknął. Z impetem wpadł w rozłożone szeroko w ramiona.

– Babciu – wymamrotał, obejmując ją mocno w pasie. – Jak ja się za tobą stęskniłem!

– Uważajcie, pobrudzicie się. Mam mąkę na fartuchu! – Śmiała się, zagarniając do siebie również Amelię, która już się do niej tuliła. – Ten wasz ancymon zżarł mi prawie cały jabłecznik. Wystawiłam blachę z ciastem na werandę tylko na moment, żeby przestygło. Dziwię się, że sobie czort pyska nie poparzył, a nawet trochę żałuję, bo może miałby nauczkę. Ledwie zdążyłam upiec drugi. Nie dałam rady tylko się przebrać i teraz cali jesteście umączeni. – Frasowała się, strzepując biały pył z ciemnej sukienki Amelii.

– Oj, mamo, po cóż tyle zachodu. Nie trzeba było. – Anna przywarła do jej policzka.

– I jeszcze to! – Amelia wskazała ukwiecony chodnik.

– Ależ to nie ja! – Kobieta znów wzięła się pod boki i zwróciła się z udawanym wyrzutem tym razem do córki. – Czyżbyś zapomniała, że dziś ostatnia sobota czerwca? Sądziłam, że właśnie dlatego przyjechaliście akurat dzisiaj, żeby was nie ominęło.

– W pierwszej chwili rzeczywiście wypadło mi to z głowy i trochę się zdziwiłam… – przyznała Anna speszona. Odstawiła na bok bagaż, podniosła garść płatków i zbliżyła je do twarzy. – Ale tylko na kilka sekund.

– Co takiego? – Amelia klepała matkę niecierpliwie po ramieniu. – Co znaczą te kwiaty?

– Dziś jest Święto Bujan. – Anna uśmiechnęła się z tkliwością i pewnym rozrzewnieniem.

– I jutro – poprawiła ją matka. – Jak w każdą ostatnią sobotę i niedzielę czerwca.

– To dlatego chodnik przed domem jest cały w kwiatach? Bo miasto obchodzi święto? – zdziwiła się dziewczyna. – Sądziłam, że w takie dni organizuje się festyny, koncerty czy coś w tym stylu.

– Bo tak jest i u nas. Dziś wieczorem mamy koncert lokalnego zespołu muzycznego, jutro planowany jest festyn z loterią fantową i konkursami, a na koniec odbędzie się parada starych samochodów i motocykli – wyjaśnił rzeczowo milczący dotąd dziadek. – Ale i tak najważniejsze ze wszystkiego jest obsypywanie ludzi kwiatami. Bujanami.

– Jak to, bujanami? – Amelia uniosła brwi w zdziwieniu.

– Nie pamiętasz, kochanie? – Anna zdmuchnęła z dłoni płatki, z których kilka spadło na rozpuszczone włosy córki. – Opowiadałam ci kiedyś. Na Podlasiu tak mówi się na piwonie. Tutaj to są bujany i od nich pochodzi też prawdopodobnie nazwa miejscowości.

– Teraz sobie przypominam! Opowiadałaś mi, że z koleżankami przez prawie cały sezon zbierałyście ich płatki, kombinując, jak je przechować, żeby w święto wyglądały na świeże.

– Tak było – przytaknęła babcia. – Zapychały mi nimi całą lodówkę, ogałacając za to ogród. Dopóki nie wpadłam na pomysł, by zaznaczyć, które krzaczki są na święto, a które mają zostać. Ale i tak zawsze pod koniec czerwca nie było w moim ogrodzie ani jednego kwitnącego bujana!

– I potem sypałyście te kwiatki gdzie popadnie? Nikt się za to na was nie wkurzał? – Dziewczyna spojrzała na matkę z niedowierzaniem. – Przecież ktoś to potem musiał posprzątać.

– Nikt nie miał nam tego za złe, a wręcz martwił się, gdy jego obejście zostało pominięte. Bo obsypanie kwiatami gwarantuje szczęście przez cały kolejny rok. Oczywiście należało się za coś takiego odwdzięczyć, najlepiej brzęczącą monetą.

– Naprawdę płacili wam za to? – zdumiał się Franek, a w jego oczach zapaliły się iskierki. – Dużo można było z tego wyciągnąć?

– Ach, ty mały cwaniaczku! – sarknęła Amelia. – Już lepiej nic nie kombinuj.

– Ale ja tylko chciałem powiedzieć, że babcia musiała dziś rozdać całe mnóstwo monet! – Franek ekscytował się, nie zważając na przytyki siostry. – Skoro ktoś wysypał tu tak dużo kwiatków.

– A pewnie, że tak! – Roześmiała się kobieta, pobrzękując znacząco kieszenią fartuszka. – Już od tygodnia specjalnie odkładałam drobniaki. Za szczęście warto dobrze zapłacić.

– Ja jednak wolę, jak przychodzi samo, bez kuszenia mamoną – mruknęła Anna mimochodem.

– Pewnie masz rację, ale tradycja to tradycja. – Kobieta pogłaskała córkę po ramieniu. – Chodźcie, kochani, do środka. Niepotrzebnie was tu z ojcem zagadujemy, na pewno jesteście zmęczeni podróżą. I głodni, mam nadzieję. – Uśmiechnęła się znacząco.

Dom wypełniały same smakowite zapachy: woń jabłek i cynamonu z zapowiedzianego jabłecznika mieszała się z aromatem smażonej cebulki i boczku. Anna pociągnęła nosem i zerknęła w stronę otwartej na oścież kuchni.

– Chyba już się domyślam, co będziemy jedli. – Poklepała się znacząco po brzuchu.

– A jakże! Kałduny – oznajmiła gospodyni ze śmiechem.

Mimo że w Bujanach mieszkała od ponad czterdziestu lat, wciąż bawiło ją popularne w tych okolicach określenie kartaczy, odnoszące się być może do kształtu napełnionego nimi brzucha. Wskazała kuchenny stół, gdzie czekał pokaźny półmisek wielkich owalnych pyz, przyprószonych różowymi kawałeczkami smażonego boczku i lśniących od roztopionego domowego smalcu, którym je polano. Wszystko to pachniało smakowicie, podrażniając nie tylko zmysł węchu i wzroku, ale atakując jeszcze przed skosztowaniem wszystkie ślinianki. Jedyną osobą, która okazała się odporna na tak silne bodźce, była Amelia, o czym świadczyła jej skrzywiona lekko mina.

– Wiecie, ile w tym musi być kalorii? – burknęła bez entuzjazmu.

– Dużo! – odparła Anna, nie patrząc na córkę. – I uwierz mi, jedna smaczniejsza od drugiej.

– Naprawdę zamierzasz to jeść?! – Dziewczyna wpatrywała się w matkę wyraźnie zgorszona.

– Oczywiście. I tobie też radzę. Kałduny w tym domu robi się tylko od święta. Szkoda, mamo, że nie zaczekałaś z robotą do naszego przyjazdu. Może twoja wnuczka bardziej by doceniła twoje starania, gdyby zobaczyła, ile pracy trzeba włożyć w przyrządzenie takich rarytasów.

– Ale ja przecież doceniam! – zaoponowała Amelia, teraz bardzo speszona. – Tylko że to takie tłuste. – Westchnęła ciężko. – No dobrze. Spróbuję. – Zdecydowała w końcu z miną sugerującą, że robi to tylko po to, by sprawić przyjemność babce, i usiadła z wszystkimi do stołu. Najwyraźniej jednak szybko tego pożałowała, bo widać było, że ma ochotę na dokładkę.

– A może spróbowałabyś, jak smakuje z masełkiem? – Gospodyni na szczęście od razu to zauważyła.

– Dobrze, ale poproszę o najmniejszego – odparła Amelia ze źle skrywaną ulgą.

– Jedz, jedz, kochana. Taka szczuplutka jesteś, a jak człowiek zyska trochę ciała, to i siły mu przybywa, i humor ma lepszy. Bo przez to odchudzanie ludzie są zazwyczaj okropnie nieszczęśliwi.

– Ale ja się przecież nie odchudzam, babciu!

– I bardzo dobrze. Na deser dostaniesz solidną porcję jabłecznika. Z lodami. Kupiłeś je w końcu? – zwróciła się do męża. – Bo przez tego psa całkiem o nich zapomniałam.

– Włożyłem do zamrażarki. Przyniosę.

– Ja pomogę, babciu, dobrze? – zaofiarowała się Amelia, przełykając ostatni kęs kartacza.– Gdzie są talerzyki?

– W dolnej szafce, za tobą – odpowiedziała Anna, wyręczając matkę, i również wstała od stołu.