Blondynka na Wyspie Zakochanych - Beata Pawlikowska - ebook + książka

Blondynka na Wyspie Zakochanych ebook

Beata Pawlikowska

4,4

Opis

Komedia romantyczna, której scenariusz napisało życie i która zdarzyła się naprawdę.  Między Nowym Jorkiem, Warszawą i rajską wyspą na Karaibach. Ona wyruszyła na swoją kolejną samotną wyprawę. Samodzielna, odważna, myślała, że nie potrzebuje nikogo do szczęścia.

            Na drugim końcu świata w tym samym czasie on spakował plecak, kupił bilet i wyruszył na swoją samotną wyprawę. Wylądował w tym samym miejscu, co ona.

            Spotkali się w samochodzie jadącym do dawnego miasta Majów w dżungli Ameryki Środkowej.

On z natury rozmowny, przyjacielski, otwarty i chętnie nawiązujący nowe znajomości tamtego dnia był wyjątkowo milczący i z nikim nie miał ochoty rozmawiać.

            Ona zawsze wolała wędrować samotnie, ale tamtego dnia wyjątkowo chciała porozmawiać właśnie z nim.

            Nocą z nieba zaczęły spadać gwiazdy, a oni nie chcieli się już rozstać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 232

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




ROZDZIAŁ 1

Belize i Salwador

– Where have you been all my life?[1] – wyszeptał Danny drugiego wieczoru.

Znaliśmy się właściwie mniej niż dzień. Spotkaliśmy się przez przypadek w samochodzie, który zabrał nas do piramid w ruinach miasta Majów w zachodnim Belize. Potem usiedliśmy razem na kawę. Umówiliśmy się na śniadanie następnego dnia. I już się nie rozstaliśmy.

Jeszcze cztery dni wcześniej – kiedy wciąż nie mieliśmy pojęcia o swoim istnieniu – popłynęliśmy tego samego dnia na tę samą wyspę, zatrzymaliśmy się w tym samym hotelu i zapisaliśmy się na tę samą wycieczkę na rafy koralowe. A raczej ja chciałam się zapisać, ale dziewczyna w drewnianej budce na pomoście powiedziała, że mogę nie zdążyć, że mają już komplet i że będzie lepiej jeśli popłynę następną łódką po południu.

– Wcale nie było kompletu, kapitan spóźnił się pół godziny i spokojnie byś zdążyła zabrać się z nami – powiedział mi potem Danny. – I wtedy byśmy się poznali.

– Po południu kiedy wróciłam z rafy koralowej poszłam na spacer na drugą stronę wyspy i nagle rozpoczął się niesamowicie piękny zachód słońca. Niebo było całe złote, na jego tle łagodnie kołysały się czarne rybackie łodzie. Zrobiłam kilkadziesiąt zdjęć.

– A ja praktycznie przez pół dnia siedziałem w wodzie i nurkowałem tak długo, że zawsze wracałem do łódki jako ostatni i po południu poczułem się taki zmęczony, że nigdzie już nie chciało mi się chodzić. Pomyślałem, że pójdę zobaczyć zachód słońca następnego dnia.

– Ale następnego dnia na niebie nie działo się już nic szczególnego.

– No właśnie! Widziałem zdjęcia zrobione przez kogoś w hotelu i skręcałem się z zazdrości! No i gdybym przyszedł na pomost na drugim końcu wyspy tamtego popołudnia, to byśmy się spotkali.

Ale się nie spotkaliśmy. Ani w hotelu, ani w łódce, ani na pomoście podczas cudownego zachodu słońca.

Bo wszystko musi mieć swój idealny moment. I nawet nie wiesz w jaki sposób życie samo prowadzi cię do miejsca, w którym znajdziesz to, co jest tobie przeznaczone, szczególnie jeśli nawet nigdy nie przyszło ci do głowy, żeby tego szukać.

Dokładnie tak było ze mną.

I muszę zacząć od początku.

Połowa listopada. Wysiadłam z samolotu po miesiącu spędzonym w dżungli amazońskiej. Mój kot Elvis Presley śpiewał z radości. Mój drugi kot, Krzysztof Kolumb, chodził za mną krok w krok z ogonem wyprostowanym jak szczęśliwy żagiel. Pomyślałam, że może zostanę w Polsce na jakiś czas.

Nie planowałam żadnej podróży.

W grudniu pojechałam do mojej siostry na święta.

I wtedy nagle wszystko się zmieniło.

Nie wiem dlaczego, wiem tylko że nieoczekiwanie dla siebie samej ogarnęło mnie szalone pragnienie, żeby wyruszyć na samotną wyprawę w świat. Jak najszybciej! Na miesiąc albo dłużej!

Pozostało tylko zdecydować dokąd.

Hawaje! I to marzenie udało mi się w końcu spełnić!

Hawaje!! Od dawna o tym marzę, ale za każdym razem z jakiegoś powodu przesuwam tę wyprawę. Hawaje w styczniu? Na szczycie mojego ulubionego wulkanu mogą się pojawić zamiecie śnieżne, grad i wichura tak silna, że wspinaczka na szczyt staje się niemożliwa.

A więc Hawaje znów muszą poczekać.

W Zimbabwe leje deszcz. W Kongo wciąż jest zbyt niebezpiecznie. Na wyspach Pacyfiku mokro.

W takim razie…. Cóż. W takim razie muszę chyba wrócić do mojego oryginalnego pomysłu, żeby pojechać do dwóch ostatnich krajów w Ameryce Łacińskiej, w których dotychczas nie byłam.

Podróżowałam po wszystkich krajach Ameryki Południowej i prawie wszystkich Ameryki Środkowej. W niektórych byłam wiele razy, bo nigdy nie zależało mi na tym, żeby zwiedzić jak najwięcej państw, ale raczej na tym, żeby poznać i zrozumieć, poczuć na własnej skórze tamtejsze życie i sposób myślenia.

Do Brazylii, Kolumbii i Peru wracam najczęściej, co najmniej raz w roku. Dlaczego? Bo są tak cudownie fascynujące, a ja czuję się tam jak w domu.

W Ameryce Środkowej zostały dwa kraje, gdzie wcześniej jakoś nie było mi po drodze. Belize na wschodnim wybrzeżu i Salwador na zachodnim.

Belize – dawny Honduras Brytyjski – kojarzył mi się głównie z plażami i amerykańskimi turystami, którzy tłumnie przylatują na wakacje do jedynego karaibskiego kraju, gdzie oficjalnym językiem jest angielski.

Salwador zaś zawsze budził moją ciekawość i pasję przygody, bo to kraj znany głównie z wojny domowej i ludzi należących do gangu Mara, którzy mają prawie całe ciała pokryte czarnymi tatuażami. W przeszłości tatuowali nawet całe twarze.

Naprawdę szukałam dowolnego miejsca na świecie, które poruszy moją wyobraźnię i napełni mnie pragnieniem, żeby jak najszybciej spakować plecak i wyruszyć w drogę, ale wszystkie pomysły okazywały się odpowiednie na inną porę roku.

A w połowie stycznia?

Najlepsze miejsce do podróży w tym czasie to…? Wpisałam hasło do wyszukiwarki. Belize!

Wszystko wskazuje na Belize! No dobrze, nie mam chyba wyjścia. W takim razie zrealizuję mój dawny plan. Belize i Salwador. Polecę do Belize City, po lądzie przeprawię się przez Gwatemalę na drugą stronę Ameryki Środkowej i dotrę do Salwadoru nad Oceanem Spokojnym. I stamtąd wrócę do Polski.

Kupiłam bilet.

W tym samym czasie w Nowym Jorku pewien prawnik postanowił polecieć do ostatnich dwóch krajów, w których dotychczas nie był w Ameryce Środkowej: Belize i Panamy.

Kupił bilet.

I tak to się mniej więcej zaczęło.

ROZDZIAŁ 2

Stan Brzoskwiniowy

Upalna, wilgotna noc w Georgii. Styczeń. Poruszam nosem, ciekawa, czy poczuję w powietrzu zapach brzoskwiniowych kwiatów.

Georgia leży na południu Stanów Zjednoczonych, gdzie średnia temperatura w roku wynosi około dwudziestu stopni Celsjusza. Zdarza się, że w styczniu jest +29 stopni. Idealnie dla brzoskwiń. Oraz niektórych blondynek. Do tego prawie trzy tysiące godzin słońca na rok. Uprawia się tu tyle drzew brzoskwiniowych, że Georgii nadano przydomek Peach State, Stanu Brzoskwiniowego. Blondynek też nie brakuje.

Stoję na szarym kawałku asfaltu przed lotniskiem i uśmiecham się do siebie.

Mój bilet na ostatni odcinek podróży - z Atlanty do Belize City.

Nowe rzeczy zwykle wydają się trudne. Jeśli nie robiłeś czegoś wcześniej, lęk podpowiada, że pewnie nie dasz sobie rady, że to będzie bardzo skomplikowane, że zabłądzisz, że zrobisz coś źle i będziesz tego żałował.

W rzeczywistości jest zupełnie inaczej.

Kiedy mimo strachu odważysz się ruszyć naprzód na spotkanie nieznanego, świat łagodnie zaopiekuje się tobą i będzie ci we właściwym momencie podsuwał odpowiednie wskazówki.

Znam to doskonale z mojego doświadczenia.

Każda nowa samotna wyprawa to podróż w nieznane. Wyruszam na spotkanie nowych ludzi, nieoczekiwanych zdarzeń, zaskakujących miejsc. Czuję radość i ciekawość. Wiem, że czasem będzie trudno albo niebezpiecznie, ale takie jest życie. Najważniejsze, żeby myśleć pozytywnie. Być silniejszym od strachu, mieć zaufanie do życia i mieć odwagę, żeby działać.

Wylądowałam w Atlancie. Czternaście godzin czekania na następny samolot do Belize. Mam hotel blisko lotniska, tylko jak się do niego dostać?...

Z lotniska międzynarodowego trzeba dojechać na lotnisko krajowe, tam znaleźć odpowiednie miejsce, z którego odjeżdżają autobusy do poszczególnych hoteli, i jeszcze mieć szczęście, żeby autobus do mojego hotelu jeździł także nocą.

Gdzie jest lotnisko krajowe? Gdzie są przystanki autobusów? Gdzie?...

Spokojnie. Nie ja pierwsza szukam tej drogi. Gdzieś musi być jasna wskazówka.

Proszę bardzo. Jest.

Autobus. Czekam. Wsiadam. Jadę. Docieram na miejsce.

Ktoś pokazuje mi drogę do przystanków. Znajduję rząd kolorowych wiat, przed którymi w ciepłym powietrzu amerykańskiej nocy czekają inni podróżni.

To fascynujące.

Ludzie stoją ze swoimi bagażami i każdy ma przed sobą jakiś cel, a za sobą – wyjątkową historię, która go do tego miejsca przyprowadziła. Dlaczego przylecieli do Atlanty? Czy mają spotkać się tu z kimś ważnym? A może tak jak dla mnie to tylko krótki przystanek w podróży do Ameryki Południowej? A może zostawili całe swoje dotychczasowe życie i dzisiaj wieczorem rozpoczynają wszystko od nowa?

Patrzę na ich twarze, torby, walizki, i zastanawiam się kim są, dokąd zmierzają, jaka jest ich historia.

Podczas podróży przez Amerykę z Elvisem Presleyem :)

Podjeżdżają kolejne autobusy. Każdy ma na boku nazwę hotelu, z którym współpracuje. Nie ma rozkładu jazdy, ale ktoś powiedział, że mój autobus przyjedzie. Nie wiadomo kiedy, ale mam czekać. No to czekam. I uśmiecham się do siebie, bo teoretycznie to się wydawało trudne.

Wylądować w nocy na lotnisku w Atlancie, wyjaśnić urzędnikowi imigracyjnemu, że nie zamierzam zostać w Stanach, ale chcę wyskoczyć na jedną noc, bo mam zarezerwowany hotel. A potem z lotniska międzynarodowego przedostać się na krajowe i znaleźć mój hotel wśród plątaniny autostrad, szos i dróg.

Trudne staje się łatwe kiedy zamiast karmić się strachem, przystępujesz do działania.

Lubię wracać do Ameryki.

Jest w tym kraju coś takiego, co zawsze mnie pociągało. Zawsze odkąd pamiętam. Ameryka była dla mnie synonimem wolności. Możesz być kim zechcesz. Wszystko jest możliwe. Zaczynasz jako pucybut, ale jeśli jesteś bystry, pracowity i masz szczęście, możesz zostać milionerem.

Elvis Presley, Liberace, Hollywood.

Oni nadają ton reszcie świata. Oni są źródłem inspiracji. Patrzysz na nich i myślisz:

– Jeżeli im się udało, mnie też może się udać!

I powiem ci, że moje życie jest dokładnie takim spełnionym marzeniem.

Tamtej nocy równie dobrze mogłam być w moim polskim łóżku w domu stojącym wśród styczniowych śniegów.

Tymczasem ja wpadłam na pomysł, żeby wyruszyć w świat.

Wybrałam miejsce, które najbardziej mi się podobało.

Kupiłam bilet.

Wsiadłam do samolotu.

Wyruszyłam w podróż!

Pomysł. Akcja. Realizacja.

Właśnie podjechał autobus z nazwą mojego hotelu! Hurra! Jadę się przespać w amerykańskim łóżku, a jutro ruszam dalej do Ameryki Środkowej!!!

ROZDZIAŁ 3

Drewniany most

Belize City! Dawna stolica Belize położona na skrawku lądu ryzykownie wysuniętym w morze. Ostatniego dnia października 1961 r. fale urosły do prawie czterech i pół metra wysokości, a potem spadły na miasto wraz z szalejącym huraganem Hattie. Podobno wiatr wiał z prędkością ponad trzystu kilometrów na godzinę. Fale sięgały trzeciego piętra domów.

Ludzie wiedzieli, że zbliża się Hattie, bo od kilku dni rozrabiała na Karaibach. Zmiotła plantacje palm, dwa hotele i statek zacumowany przy wyspie San Andrés. Na Kubie ewakuowano mieszkańców najbardziej narażonych okolic. W Belize City też zbudowano specjalnie wzmocnione schrony.

Ale kiedy huragan uderzył, to zdmuchnął schrony z taką łatwością, jakby były zrobione z papieru. Uszkodził więzienie i zburzył ściany szpitala dla umysłowo chorych, którzy skorzystali z okazji, żeby uciec. Z siedziby rządu na fali powodzi wypłynęły urzędowe dokumenty. Całe miasto zostało zalane falą błota. Zniszczonych zostało prawie trzy czwarte budynków, ponad dziesięć tysięcy ludzi straciło dom.

W porcie w Belize City.

Wyobrażasz sobie?

Ludzie wielkim nakładem sił i środków tworzą pewną rzeczywistość, która wydaje im się ważna i wartościowa. Spisują tysiące umów, przystawiają oficjalne pieczęcie, wydają rozporządzenia i ustawy. Cenne rzeczy zamykają w sejfach i skarbcach. A potem przychodzi wielki wiatr i nagle wszystkie papiery tracą moc. Ściśle tajne teczki ze stemplami płyną w rynsztoku i nikt się nimi nie interesuje, bo ludzie mają ważniejsze sprawy na głowie. Ratują swoje życie i pewnie dopiero wtedy dociera do nich co jest naprawdę istotne i na czym można budować przyszłość.

Kiedy wiatr ucichł, z błota wyciągnięto banknoty, projekty ustaw, pluszowe misie i naczynia, a potem ktoś powiedział, o czym pewnie wszyscy myśleli już od dawna:

– To nie jest dobre miejsce na stolicę!

Przeniesiono ją więc z Belize City do miasta położonego bezpiecznie w głębi lądu o bajkowej nazwie Belmopan.

Chyba każde miasto na świecie ma coś takiego, co je wyróżnia i czyni niepowtarzalnie wyjątkowym wśród wszystkich innych miast. Czasem jest to coś wielkiego i żelaznego, jak wieża Eiffla w Paryżu, czasem coś zielonego jak Central Park w Nowym Jorku, a czasem coś tykającego – jak zegar stojący w tanzańskiej Arushy dokładnie w połowie drogi pomiędzy Kairem na północy Afryki a Johannesburgiem na południu kontynentu.

Belize City też ma swoją wyjątkową rzecz. Jest to najstarszy zwodzony most w Ameryce Środkowej. I w dodatku wciąż do dzisiaj obsługiwany ręcznie! Biegnę na most!

Miasto było dziwnie ciche. Piątek rano, Ameryka Środkowa! Można się spodziewać gwaru, turkotu drewnianych wózków rozwożących owoce, zapachu świeżo parzonej kawy i pieczonych placków z kukurydzy. Ulice od świtu są pełne ludzi i samochodów, każdy ma jakąś niezwykle ważną sprawę do załatwienia, nawet muchy wydają się zaaferowane nowym dniem.

Ale nie tutaj.

O wpół do ósmej rano w piątek w Belize City było pusto. Pusto, cicho, bezludnie. Domyśliłam, że wszyscy jeszcze śpią.

To zabawne jak świat jest urządzony.

Jeśli jesteś biedny, to zwykle zaczynasz dzień wcześnie. Wychodzisz w pole, witasz się ze słońcem i ziemią. Robisz to, co jest do zrobienia. Jesteś wdzięczny za miskę kaszy ze szpinakiem, słodki owoc na deser i za to, że możesz się położyć spać kiedy jesteś zmęczony.

Kiedy jesteś bogaty, tracisz motywację do życia. Siedzisz do późna przy komputerze, budzisz się zmęczony, nie chce ci się wstać. Narzekasz, że pewnie utyjesz, bo zjadłeś za dużo. Pracujesz, bo musisz. W nocy padasz na łóżko myśląc, że każdy dzień wygląda tak samo.

Bogatym ludziom przestaje się chcieć. Tak pewnie działa ewolucja. Mobilizujesz się do działania wtedy, kiedy zagrożone jest twoje przetrwanie. Kiedy masz co jeść i zapas gotówki na koncie, jedyną motywacją, jaka kieruje twoim myśleniem, jest korzystanie z okazji do lenistwa.

Amerykański Lincoln na ulicy w Belize City.

Belize z pewnością do biednych nie należy. Byłam jedyną żywą istotą w mieście. Jeśli nie liczyć zaskoczonej moim widokiem niebieskiej jaszczurki na gzymsie.

Nie było barów ani restauracji, nikt nie sprzedawał kawy, nie lepił placków, nie przygotowywał owoców dla klientów spragnionych orzeźwiających koktajli. Nie było kantorów, gdzie można wymienić pieniądze. Nie było sklepów, gdzie można kupić coś do zjedzenia.

Były tylko stare, duże domy zbudowane z białych od słońca desek. Wyglądały tak, jakby nie mogły podjąć ostatecznej decyzji czy będą dalej stać, czy może raczej rozsypią się jak zapałki. Towarzyszyły im równie wiekowe płoty zarośnięte zielonymi brodami liści. I samochody, a raczej pogniecione krążowniki szos o szerokich ramionach, które wyglądały jak wędrowne ptaki, które wylądowały przypadkiem na karaibskiej ulicy i postanowiły już tu zostać, tak jakby ponowne wzniesienie się w powietrze przekraczało ich skromne siły.

I byłam ja – zaskoczona podróżniczka w szortach i tropikalnej koszuli z podwiniętymi rękawami.

I był most!!!

A raczej mostek.

Zbudowany w Liverpoolu w 1922 roku, rok później przywieziony i zamontowany nad Haulover Creek, żeby połączyć północną i południową część miasta. Jeden z nielicznych na świecie wciąż ręcznie obsługiwanych mostów zwodzonych.

Znaczy mostków. Przejście na drugą stronę zajęło mi jakieś trzydzieści sekund. Zardzewiała barierka po lewej, prawie dwumetrowa żelazna ściana oddzielająca ścieżkę dla pieszych od ruchu samochodowego po prawej, spokojna rzeka w dole.

I jest też słynny belizjański port!!

A raczej porcik. Przystań dla kilku łódek.

Ciekawe miasto. A raczej miasteczko.

Wszystko właściwie wyglądało w nim tak, jakby nie podjęło jeszcze ostatecznej decyzji czy zostać, czy odejść. Czy być dalej miastem na skrawku lądu wysuniętego w morze, czy może spakować walizki i pofrunąć gdzieś dalej.

Krążyłam po prawie ulicach czując jak rośnie we mnie z równą mocą zarówno ciekawość, jak i głód. Nigdzie nie było ani jednego otwartego baru! Nie było nawet targowiska!!

Przeszłam dwa razy przez most, znalazłam cichą, ukrytą wśród drzew katedrę świętego Jana, która wyglądała jak angielska szkoła, a potem snułam się w gorejącym skwarze wzdłuż betonowego nabrzeża, żeby wrócić do portu.

– Cudowne miasto – pomyślałam. – Idealne do tego, żeby jak najszybciej się stąd ewakuować.

Słynny drewniany zwodzony most w centrum Belize City.

Kupiłam bilet na statek.

W drodze powrotnej do hotelu niespodziewanie natknęłam się na sekretne zgromadzenie wtajemniczonych tubylców.

Ulica była pusta. Wszystko zamknięte. A oni stali w magicznym kręgu wykonując dziwnie mi znajome gesty.

I wtedy nagle poczułam zapach fasoli! I wszystko stało się jasne!!!

To był istotnie zaczarowany krąg ludzi, którzy właśnie oddawali się niewątpliwie magicznej czynności zaspokajania swojego głodu!!!

Pod murem stała kucharka z trzema srebrnymi garnkami. W jednym miała ryż, w drugim mięso, a w trzecim fasolę.

Mówiłam już, że w mieście nie było ani jednego baru, restauracji ani targowiska, prawda?

Wystarczyło jednak wiedzieć gdzie i o której godzinie przychodzi kucharka, która na desce ustawia ugotowane w domu jedzenie i sprzedaje je na porcje głodnym przechodniom. Tak jakby założenie baru na stałe przekraczało możliwości koncepcyjne miasta zszarganego huraganami znienacka pojawiającymi się na oceanie.

Może Belize City jest jak stary kawaler, który stracił nadzieję na znalezienie żony, z którą zbuduje wspólny dom na resztę życia.

Nie będzie więc porządnej kuchni ani stołu, przy którym można usiąść.

Zamiast tego w razie potrzeby pojawi się talerz ze styropianu, plastikowy widelec i deska, na której można postawić garnki. Ale nie wyobrażaj sobie zbyt wiele. Nie będzie ani jednego stołka czy ławki, żeby zachęcić cię do zostania na dłużej.

Kupujesz porcję ryżu z mięsnym gulaszem i fasolą, i zjadasz od razu na miejscu na stojąco. Wrzucasz naczynia do worka ze śmieciami, a potem ruszasz dalej w swoją drogę. Samotność krąży ukradkiem po ulicach Belize City. Zostań, jeśli masz odwagę.

ROZDZIAŁ 4

Cofanie się czasu

Obudził mnie dudniący hałas. Otworzyłam oczy, spojrzałam na zegarek. Piąta rano. Było jeszcze ciemno. Na drutach naprzeciwko mojego okna sto czarnych ptaków dyskutowało nad sensem życia.

Być może było ich trochę mniej albo trochę więcej, i być może tematem ich zagorzałej konferencji był robak, tak czy inaczej były bardzo głośne, bardzo liczne i robiły taki hałas, jakby natychmiast należało obudzić pół miasta. Co ja mówię „pół”! Całe miasto! Całe Karaiby!

Piąta rano. Przeciągnęłam się na skrzypiącym łóżku. Pora wstawać! Zacząć wcześnie ten nowy, wspaniały dzień! Wyruszyć na poranną wyprawę myśliwską, żeby upolować coś do zjedzenia.

Aż trudno uwierzyć, że takie małe ptaszki są w stanie czynić tak ogłuszający hałas! Zanim zrobiłam to zdjęcie, było ich znacznie więcej.

Wyjrzałam przez okno.

Małe szanse.

Żółta latarnia rzucała mdłe światło na puste ulice. Wszyscy spali. Albo podjęli wreszcie ostateczną decyzję i ewakuowali się wczoraj wieczorem. Zostałam tylko ja. Czarne ptaki na drutach. I jeden pies.

Szedł bez pośpiechu kołysząc ogonem i wtykając ciekawski nos w różne zakamarki. W powietrzu unosiło się coś dziwnego.

Szum silnika samochodu zabrzmiał jak pożegnalna pieśń ostatniego uciekiniera. Czarne ptaki świstały i gwizdały, wyraźnie czymś podekscytowane, tak jakby poznały tajemnicę i nie mogły doczekać się jej ujawnienia.

Sięgnęłam po telefon. Ciekawe czy od wczorajszego wieczoru w mieście zdarzyło się coś takiego, co zmienia historię świata.

Czwarta piętnaście.

Zaraz! Jak to czwarta piętnaście? Przecież przed chwilą była piąta rano!

Czwarta piętnaście – upierał się wyświetlacz w telefonie.

Ciekawe. A więc tamtego poranka w Belize City zanotowano niewytłumaczalne cofanie się czasu. To mi się zdarza czasami w różnych częściach świata. Jest dziewiąta rano, a kilka minut później jest już jedenasta. Albo jest piątek, który niespodziewanie okazuje się być wtorkiem. Dostaję w prezencie trzy dni!!!

A tamtego poranka dostałam dodatkową godzinę życia!!

Nie mogłam jej przecież zmarnować na spanie.

Sprawdziłam na kilku stronach w internecie, że w Belize City naprawdę jest czwarta, a nie piąta, jak wciąż uparcie pokazywał zegarek. Wzięłam prysznic, patrzyłam na miasto i przypomniało mi się co mówił taksówkarz, z którym jechałam wczoraj z lotniska.

– Ty skąd? – zapytał po angielsku.

– Polonia – odpowiedziałam machinalnie po hiszpańsku.

Jestem przecież w Ameryce Środkowej! Zapomniałam, że w Belize urzędowym językiem jest angielski.

– Polonia? – ucieszył się i natychmiast z ulgą przeszedł na hiszpański. – Pierwszy raz w Belize?

– Tak, pierwszy raz – potwierdziłam. – A pan skąd jest?

To było może dziwne pytanie, bo skąd niby ma być taksówkarz pracujący w Belize, jeśli nie z Belize, ale mówił po hiszpańsku tak biegle i z tak miłym akcentem, że…

– Pochodzę z północy, z miasteczka tuż przy granicy z Meksykiem – wyjaśnił. – Mieszkałem w Meksyku przez kilka lat.

No jasne!! To wyjaśnia jego czysty, dźwięczny meksykański akcent.

– Tutaj lepiej niż w Meksyku? – zapytałam.

Pokręcił głową jak ktoś, kto ma do wyboru lody czekoladowe i lody truskawkowe, ale tak naprawdę największą ochotę miałby na waniliowe.

– No, tu lepiej – odezwał się w końcu – bo tutaj za tysiąc dolarów przeżyję dwa tygodnie, a w Meksyku miesiąc, ale żeby zarobić te tysiąc dolarów, tam muszę pracować przez trzy miesiące, a tutaj miesiąc.

– Rozumiem – odrzekłam, choć prawdę mówiąc tysiące tysiąców zakręciły mi się w głowie. Ja przecież dopiero co wylądowałam z Europy z nocną przesiadką w Atlancie.

– No więc tutaj zarabiam – roześmiał się taksówkarz. – A tam wydaję!

– Dobre życie.

– Dobre życie – przyznał z pewnym ociąganiem. – Ale w mieście nie da się żyć.

Dom z białych desek zbudowany na palach w Belize City.

– Nie da się? Dlaczego?

– Bo jak przychodzi deszcz, to całe miasto jest pod wodą! Zalewa domy i ulice! Zbudować dom w Belize City jest bardzo drogo. Zobacz! Dom musi stać na palach! Musi być uniesiony nad ziemią, żeby uniknąć powodzi. Bardzo drogo.

– To mieszka pan za miastem? – domyśliłam się.

– Za miastem, tak. Bezpiecznie.

Minęliśmy tęczowy łuk z napisem „Witamy w Belize”. Stary cadillac mruczał uspokajająco, a ja – jak zawsze na początku kolejnej podróży – cieszyłam się jak dziecko. To mnie naprawdę za każdym razem zachwyca i zdumiewa na nowo. Że mamy taką niezwykłą moc, żeby wpaść na pomysł, a potem zamienić tę myśl na konkretną rzeczywistość.

Belize!

Rzut beretem od drugiej największej rafy koralowej na świecie, dawna ojczyzna Majów i Garifunów, którzy są potomkami niezwykłej mieszanki Indian, Hiszpanów i Afrykanów.

No i jeszcze coś, z czego oczywiście wtedy zupełnie nie zdawałam sobie sprawy, a co miało się zdarzyć za kilka dni i całkowicie odmienić moje życie.

ROZDZIAŁ 5

Jestem w raju!

A więc jestem w raju!!!

Jestem w raju!!!

Jakie to niesamowite!!!

Czy wiesz, że na świecie istnieje mnóstwo rajów? Ukryte w cudownych pustkowiach czekają na ciebie. Z diamentowym lśnieniem turkusowej wody, z przepastnym błękitem nieba, zapachem kokosowych palm i szelestem ich trzepoczących liści. Czekają aż przybędziesz i odkryjesz je dla siebie.

Myślisz, że wiesz jaki jest świat, bo widzisz go codziennie dookoła. Przyzwyczajasz się, że jest szary, oblany betonem, pełen hałasu śpieszących się ludzi. Nawet nie zauważasz kiedy stajesz się jednym z nich. Sprawdzasz notowania z giełdy, kupujesz kawę na wynos, słuchasz wiadomości i przyzwyczajasz się do tego, że codziennie ktoś kogoś zabija.

Jak mógłbyś sobie wyobrazić zupełnie inne życie?...

Mówisz, że musisz zarobić jeszcze więcej i może wtedy będziesz miał czas na podróżowanie. Kiedy masz dużo, zawsze myślisz, że to jednak nie wystarcza, bo urosły twoje wymagania i potrzeby. Więc znów jeździsz z biura do domu i z powrotem, zatrzymując się po drodze na chwilę wytchnienia w klubie, kinie albo restauracji. Myślisz, że w sumie nie jest tak źle i dajesz radę.

Czy wiesz, że kilka godzin drogi stąd jest raj, który czeka na ciebie?

Takie miejsce, które zagarnie cię i obleje zachwytem jak deszcz. Będziesz stał oszołomiony, zadając sobie tylko jedno pytanie:

– Dlaczego tak długo czekałem, żeby tu dotrzeć i poczuć to, co teraz czuję?...

Jest wiele rajów na świecie. Istnieją bez względu na to co robią w tym czasie ludzie. Ale jeśli przybędziesz, podzielą się z tobą blaskiem słońca, szumem ciepłego wiatru, zapachem słonego oceanu, białym piaskiem, łagodnym powietrzem i śpiewem tropikalnych ptaków.

Jeśli tylko przybędziesz.

Bo ja przybyłam.

I nie wiedziałam czego się spodziewać, bo przecież nie byłam tu nigdy wcześniej.

Trzysta kilometrów Wielkiej Rafy Koralowej Belize. Druga największa rafa koralowa na świecie – po australijskiej – podwodny cud świata wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. To tutaj znajduje się słynna Great Blue Hole, czyli „Wielka Błękitna Dziura” – idealnie okrągłe naturalne zapadlisko w rafie, jaskinia morska albo po prostu studnia o średnicy ponad trzystu metrów. Ma ponad sto metrów głębokości, co jako pierwszy zmierzył słynny podwodny kapitan Jacques Cousteau. W 1971 roku poprowadził ekspedycję w głąb Błękitnej Dziury, spodziewając się być może znaleźć tam niezwykłe gatunki zwierząt i roślin. Tymczasem w środku były tylko stalaktyty i inne wapienne formacje.

Z brzegu Wielka Błękitna Dziura właściwie nawet nie wygląda na dziurę. Trzeba wznieść się wysoko w powietrze, żeby z góry zobaczyć wielkie idealnie okrągłe granatowe oko otoczone paskiem błękitu i zieleni.

Ciekawe czy Majowie o tym wiedzieli.

Wielka Rafa Koralowa Belize jest przecież częścią Wielkiej Rafy Koralowej Majów, która ciągnie się od wysepki Contoy u wybrzeża Jukatanu w Meksyku, przez Belize, Gwatemalę, aż do Hondurasu. Ponad tysiąc kilometrów wzdłuż dawnego Imperium Majów.

Miasto zostało gdzieś z tyłu. Mocne betonowe nabrzeże, budynki, sklepy, banki z każdym metrem stawały się coraz mniejsze i mniej znaczące. A potem po prostu znikły, przestały istnieć, rozpłynęły się w wodnej mgle.

Miasto jest w gruncie rzeczy iluzją stworzoną do zarabiania pieniędzy. Tak długo jak w nim jesteś, wydaje ci się prawdą, ale kiedy tylko wsiądziesz na statek i odpłyniesz wystarczająco daleko, znika bez śladu. Jak w Matriksie. Myślałeś, że to jest twoje życie, ale ono wydawało się prawdą tylko dlatego, że nie zdając sobie sprawy z tego, że istnieje alternatywa, całkowicie się z nim identyfikowałeś.

Na horyzoncie pojawiła się wyspa. Gorący biały piasek, kołyszące się palmy kokosowe, błękitne niebo. Chwyciłam za plecak, żeby upewnić się, że to co widzę to prawda, a nie fatamorgana zbudowana z mojego własnego pragnienia i oparów słonej wody.

Podpływaliśmy coraz bliżej. W płytkiej szmaragdowej wodzie pluskały tropikalne ryby. Rajska wyspa! Nareszcie! Zarzuciłam plecak na ramiona. Jestem gotowa na spotkanie raju!!!

Łódź dotknęła dziobem ziemi, zerwałam się na równe nogi gotowa do biegu, ale… Dziwna rzecz. Czy tylko ja płynęłam na rajską wyspę opisywaną w przewodnikach? Dokąd w takim razie płynęli wszyscy inni pasażerowie, którzy nawet nie raczyli zaszczycić wyspy spojrzeniem?...

– Caye Caulker?? – zapytałam z żarliwą nadzieją kapitana.

A może ja wsiadłam do niewłaściwej łódki? A może zamyśliłam się i nie zauważyłam, że przepłynęliśmy już dawno obok tej wyspy? Może wszyscy wysiedli, a na pokład weszli nowi ludzie, którzy płyną z powrotem i dlatego widok tej złocistej plaży nie robi na nich najmniejszego wrażenia?...

Ale czy mogłam przeoczyć rajską wyspę?...

Fakt, dopiero przedwczoraj przyleciałam do Ameryki Środkowej, byłam więc jeszcze w stanie niepełnej przytomności spowodowanej zmianą czasu i klimatu.

Był dwudziesty pierwszy stycznia. Wewnętrzny zegar podpowiadał, że na dworze jest zapewne mróz, śnieg, suche powietrze i biały pejzaż z czarnymi wronami.

Tymczasem zewnętrzne radary dostarczały niezbitych dowodów na to, że temperatura sięga plus czterdziestu stopni, a wilgotność stu procent, czarne wrony zamieniły się w bajecznie kolorowe papugi, a zamiast pługopiaskarek do odgarniania śniegu wokół śmigały żółwie, nefrytki i błazenki.

Można się zagubić.

– Caye Caulker? – zapytałam jeszcze raz z nadzieją.

Kapitan potrzasnął wesoło głową, zeskoczył na biały piasek i powiedział:

– Tutaj tylko nabieramy paliwa!

To była stacja benzynowa!!!

Najpiękniejsza stacja benzynowa na świecie!!! Położona na bezludnej tropikalnej wyspie na Morzu Karaibskim. Budząca się co rano o świcie pod szepczącymi liśćmi kokosowych palm, pełna słońca i indiańskich śladów.

Do wyspy Caye Caulker dotarliśmy godzinę później.

[1]Where have you been all my life? – (ang.) Gdzie ty byłaś przez całe moje życie?

Od Autorki: Lubię przecinki. Daję im artystyczną wolność, nieskrępowaną schematem. Przecinek mówi czasem więcej niż słowo, zatrzymuje myśl, oddziela znaczenia, a czasem nadaje im nowy sens. Także wtedy kiedy znika.

I dlatego przecinki w tej książce są postawione i zniknięte zgodnie z artystyczną wolnością, wbrew zaleceniom korekty i na moją odpowiedzialność.

Książka multimedialna: 1. Ściągnij na swój telefon darmową aplikację do odczytywania QR kodów. 2. Otwórz aplikację i zeskanuj kod umieszczony w książce aby zobaczyć materiał multimedialny.

Copyright for the Polish Edition © 2018 Edipresse Polska SA

Copyright for the text, translation, photos, videos and drawings © 2018 by Beata Pawlikowska

Edipresse Polska SA, ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51),

Barbara Tekiel (tel. 22 584 25 73),

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Tekst, tłumaczenie, rysunki, zdjęcia, filmy: Beata Pawlikowska

Tłumaczenie fragmentów utworów: Beata Pawlikowska

Projekt okładki: Beata Pawlikowska i Maciej Szymanowicz

Opracowanie graficzne: Beata Pawlikowska i Maciej Szymanowicz

DTP: Maciej Szymanowicz

Patron medialny:

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: [email protected]

tel.: 22 584 22 22 (pon.–pt. w godz. 8.00–17.00)

www.facebook.com/edipresseksiazkiwww.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN 978-83-8117-953-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.