Wydawca: National Geographic Kategoria: Styl życia Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 266

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Blondynka na Orinoko - Beata Pawlikowska

Dwa miesiące samotnej wyprawy przez Amazonię w Ameryce Południowej. Mój plan był prosty: przedostać się po rzekach od Orinoko w Wenezueli przez Rio Negro aż do Amazonki w Brazylii. Półtora tysiąca kilometrów przez dżunglę. Czółnem, statkiem, motorówką wojskową z małpą na pokładzie i innymi przypadkowymi łodziami. Wśród tajemniczych głosów tropikalnej puszczy, przez zagubione na końcu świata wioski i nieoczekiwane zdarzenia. Wielka przygoda!

Opinie o ebooku Blondynka na Orinoko - Beata Pawlikowska

Fragment ebooka Blondynka na Orinoko - Beata Pawlikowska

ROZDZIAŁ 1

Podróże i wolność

Świat ze mnie zakpił. I właśnie sobie uświadomiłam, że zrobił to na moją wyraźną prośbę.

Stałam na pustym placu. W pustym mieście. Z pustą głową. I zastanawiałam się jak to w ogóle jest możliwe.

Bo ja przecież znałam to miasto. Byłam tu kilka razy. Ostatnio piętnaście lat temu. Wystarczyło wyjść na ulicę, żeby pojawili się zaciekawieni tubylcy, przewodnicy szukający zajęcia i przedstawiciele agencji podróży. Oganiałam się przed nimi jak przed uporczywymi komarami.

– Już mam, dziękuję! – odpowiadałam.

– Może następnym razem? – pytali z nadzieją.

– Może następnym razem! – zgadzałam się.

I oto właśnie nastąpił następny raz. A miasto jest ciche, puste i tak dziwnie bezludne, jakby przeszła tędy zaraza. Usiadłam na ławce, żeby zebrać myśli.

Puerto Ayacucho. Stolica wenezuelskiej części Amazonii. Miasto położone nad rzeką Orinoko. To właśnie stąd kilka razy wcześniej wyruszałam w głąb dżungli. To tu po ulicach kręcili się Indianie z pobliskich wiosek i właściciele miejscowych biur podróży, które wyrastały jak grzyby po deszczu. Można było wybierać jak w koszu z dojrzałymi owocami mango. Wszyscy chętnie obniżali ceny, proponowali, że dołożą dodatkowy silnik albo zapas paliwa. Przekonywali, że mogą płynąć nawet nocą, że są najbardziej godni zaufania i mają największe doświadczenie. Wypływałam z nimi na rzekę Orinoko, a potem dalej i dalej po jej dopływach w głąb dżungli.

Spaliśmy w maleńkich obozowiskach rozbitych na piaskowej mieliźnie. „Obozowisko” to wielkie słowo. W rzeczywistości mieliśmy tylko ognisko i kilka hamaków. Ślady kajmana na piasku. Szalone wycie małp przed świtem. Piranie na kolację.

Wiele razy tak właśnie wędrowałam przez dżunglę amazońską. Kilka razy organizowałam takie wyprawy w Wenezueli. Wiem jak się do tego przygotować, co jest potrzebne, jak to zdobyć, jak wyposażyć łódź, jak znaleźć wiarygodnego przewodnika. Tym razem jednak chciałam to zrobić inaczej.

Postanowiłam zamieszkać na rzece. Wtopić się w miejscowe życie. Spotkać tubylców, którzy ładują na łódź banany i popłynąć z nimi do następnej wioski. Zabrać się z transportem ryżu dla misjonarzy albo z poszukiwaczami złota. Z każdym, kto stanie na mojej drodze i będzie zmierzał na południe, w stronę Brazylii.

Nie chciałam organizować luksusowej ekspedycji. Oczywiście, tak byłoby najłatwiej. Już z Europy, siedząc wygodnie przed ekranem mojego komputera, mogłam wszystko załatwić. Wynająć łódź, kupić paliwo i zapasy, zatrudnić doświadczonego motoristę, czyli człowieka, który potrafi nie tylko obsługiwać silnik na łodzi, ale i go naprawić w razie potrzeby. Wynająć przewodnika, który będzie dbał o moje bezpieczeństwo, gotował mi rano kawę na ognisku i rozwieszał hamak.

To byłoby możliwe. I kosmicznie kosztowne. Oczywiście mogłabym poszukać sponsora, ale na sam dźwięk tego słowa coś się we mnie burzy.

Sponsor to jest ktoś, kto jest w stanie mi coś umożliwić, prawda? Coś, czego w inny sposób, bez jego łaskawej pomocy, nie mogłabym zdobyć.

O nie!

Ja tak nie chcę!

Podróżowanie to wolność. To szukanie, odkrywanie i znajdowanie, ale nie dlatego, że ktoś coś dla mnie wcześniej przygotował do odkrycia, narysował trasę i zaprowadził mnie za rączkę do celu.

Podróżowanie to wolność, w której dzieją się niesłychane rzeczy. To szukanie i odkrywanie, ale nie chodzi o to, żeby wiedzieć czego się szuka. Chodzi o to, żeby to znaleźć.

I to jest najbardziej niesamowite.

I dlatego właśnie najbardziej lubię podróżować sama i za własne pieniądze. Wyruszam i jadę, płynę, idę przed siebie. A droga odkrywa przede mną swoje tajemnice. Tego nie da się zaplanować.

Mapa mojej wyprawy

ROZDZIAŁ 2

Gdzie nie ma dróg

Mój pomysł był prosty. Chciałam wyruszyć z Puerto Ayacucho w Wenezueli i dotrzeć do Manaus w Brazylii podróżując po rzekach. Najpierw po Orinoko, potem jej dopływach, aż do Rio Negro, które wpływa do Amazonki.

Proste. Teoretycznie możliwe.

Zobacz sam jak to wygląda na mapie.

Jest właściwie tylko jeden maleńki odcinek, gdzie rzeki się nie łączą – między osadami Yavita i Maroa. Na mapie wyraźnie widać tam kreskę oznaczającą drogę. A jeśli jest droga, to i znajdzie się samochód, który po tej drodze jeździ.

Wyobraź sobie dżunglę. Nie ma żadnych dróg. Spójrz jeszcze raz na mapę – droga prowadzi tylko do Samariapo poniżej Puerto Ayacucho. I tej drogi by nie było, gdyby nie konieczność, dlatego że tuż za Puerto Ayacucho na rzece jest kilka niebezpiecznych wodospadów, których nie można przepłynąć żadną łodzią. Dlatego trzeba było zbudować kawałek drogi i drugi port w Samariapo. I w praktyce właśnie stamtąd odpływają wszystkie lodzie.

Obszar na mapie to ponad 176 899 km2. Nie ma żadnej drogi z wyjątkiem tego małego odcinka między dwiema wioskami. Zaznaczone przerywaną linią – to znaczy, że to jest trakt wykarczowany przez dżunglę, po którym można przejechać tylko wtedy, kiedy nie pada zbyt dużo deszczu. Bo kiedy leje, to ziemia zamienia się w gęste, lepkie i głębokie błoto.

I jeszcze jedno.

Ta maleńka droga między dwiema osadami powstała dlatego, że potrzebowali jej tubylcy. A to znaczy, że ktoś na pewno po niej jeździ. Nie wiem jak często – być może raz na tydzień albo raz na miesiąc, ale byłam gotowa poczekać.

Wszystkie inne trasy prowadzą po rzekach.

Dżungla jest zbyt trudnym, niebezpiecznym i nieprzewidywalnym miejscem, żeby budować tam drogi. To prawda, niektórym się udaje – na przykład Brazylijczykom – ale nie chciałbyś sprawdzić jak się po tej drodze podróżuje.

To opowieść na inną książkę.

W wenezuelskiej Amazonii nie ma dróg. Są rzeki i jest to najbardziej oczywisty i naturalny sposób przemieszczania się dla ludzi, którzy mieszkają tam od wieków. I to jest następny powód, dla którego nie buduje się szos. Bo po co?

Podróżowanie po rzekach ma same zalety.

Można czółnem płynąć z nurtemi wtedy szybko, bez żadnych kosztów i bez wysiłku dociera się do celu. Żaden samochód tego nie potrafi.

Można załadować na łódź towary, a ona lekka jak piórko unosi się na falach. Żaden samochód nie jest w stanie odjąć ciężaru swojego ładunku.

Można własnoręcznie zrobić sobie czółno z pnia drzewa i wystrugać wiosło. Nie da się własnoręcznie z naturalnych materiałów zrobić samochodu.

Na rzece nigdy nie ma śliskiego błota ani kurzu, które utrudniają podróż. Kiedy jest gorąco, w wodzie można się ochłodzić, a na koniec dnia po wielu godzinach podróży w rzece można się po prostu wykąpać.

W żadnej drodze nie byłoby to możliwe.

Dlatego lubię podróżować po rzekach.

I dlatego wydawało mi się, że mój pomysł jest prosty do zrealizowania.

Rzeczywiście był.

A raczej byłby. Gdyby nie kilka trudnych do przewidzenia okoliczności.

ROZDZIAŁ 3

Wielka przygoda

Uwielbiam ten moment, kiedy w środku nocy zamykam za sobą drzwi i zaczynam przygodę.

Zaczynałabym ją chętniej w środku dnia, ale samoloty do Ameryki Południowej odlatują zwykle około siódmej rano. Na lotnisku trzeba być o piątej. W styczniu to jest jeszcze najczarniejsza noc. Minus dwadzieścia stopni mrozu. Ja w lekkich butach i polarze, rozgrzana myślami. Wsiadam do taksówki i mówię:

– Na lotnisko, proszę. Odloty.

I tak się to zaczyna.

Tym razem postanowiłam wyruszyć na dwa miesiące. Tak, oczywiście, mogłabym podać sto powodów dlaczego nie mogę sobie pozwolić na dwumiesięczną nieobecność w Polsce, wymienić wszystkie książki, które mam w tym czasie napisać, wszystkie audycje, które muszę poprowadzić, wszystkie felietony, teksty i reportaże, rysunki, które musiałabym narysować i wiele innych ważnych rzeczy.

Ale w życiu nie chodzi o to, żeby wydziergać sobie fajnie dopasowaną pętlę, którą człowiek nałoży na szyję i będzie posłusznie nosił.

Chodzi o to, żeby być wolnym i móc podejmować nowe decyzje.

Myślę, że wolność nie oznacza braku przywiązania ani swojego miejsca. Wprost przeciwnie. Wolność to taki stan, kiedy decydujesz gdzie chcesz być i co chcesz robić. Masz wybór. Nie czujesz się spętany żadnym, nawet najbardziej wygodnym łańcuchem.

A kiedy marzysz o tym, żeby wyruszyć w podróż, to tak organizujesz swoje życie, żeby to sobie umożliwić.

Przygotowałam nową książkę do druku. Nagrałam osiem audycji do nadania w czasie mojej nieobecności. Napisałam kilkanaście obiecanych felietonów z fotografiami i rysunkami.

Spakowałam czarną podróżną torbę i wyruszyłam.

Obudziłam się w Caracas o ósmej rano. Słońce dotykało szarych betonowych ścian, jakby było zdziwione, że są takie gładkie i twarde.

Wyjrzałam przez okno i uśmiechnęłam się.

Czy wiecie, że są na świecie rzeczy, które nigdy się nie zmieniają?

To zabawne.

Świat pędzi do przodu. Wszystko się zmienia. Nawet sposób korzystania z telefonu i obsługiwania pralki. Jedzenie dostępne w sklepach i dania w restauracjach. Po prostu wszystko ewoluuje, zostaje udoskonalone, uproszczone albo zjeżdża gotowe z fabrycznej taśmy. W miastach buduje się nowe wieżowce i osiedla. W wioskach powstają nowe drogi i sklepy. Po prostu wszystko ciągle się zmienia.

Ale nie ten bar na rogu ulicy.

Jadłam w nim śniadanie piętnaście lat temu. I wyglądał identycznie jak dzisiaj. Biała markiza w paski, stoliki na zewnątrz i sala w środku. Wielka szklana lada, w której stoją pojemniki z nadzieniem do wyboru. I gorące, grube placki z mąki kukurydzianej, które sprzedawca rozkrawa w poprzek i nakłada do środka wybrany farsz. Jest wszystko, co lubisz: różne rodzaje mięs od siekanej wołowiny przez pulpety aż po pieczonego i gotowanego kurczaka, jajka kurze i przepiórcze w różowym sosie, tuńczyk z puszki, tarty żółty ser i wiele innych, czasem trudnych do odgadnięcia specjalności.

I jest też mój ulubiony, fantastyczny, pyszny, najlepszy na świecie queso llanero, czyli biały, twardy ser o lekko słonym smaku. Wygląda jak twaróg, ale jest zupełnie inny. Można go kroić w plasterki, bo jest ścisły i dość twardy. Ma dziurki w środku, ale inne niż w żółtym serze. I smakuje cudownie – szczególnie w taki tropikalny wenezuelski poranek, po krótkiej nocy, po kilkunastu godzinach lotu samolotem i ośmiu godzinach zmiany czasu.

Kiedy poprzedniego wieczoru przyleciałam do Caracas, w Polsce był środek nocy. W Wenezueli dopiero wczesny wieczór.

– Una arepa, por favor – mówię do sprzedawcy. – Con queso llanero. Y nada mas[1].

Patrzy na mnie spod oka. Lubię to spojrzenie. Skąd ona jest? Dlaczego mówi tak dobrze po hiszpańsku? Czy tu mieszka? Ma męża Wenezuelczyka? Czy ja ją już tu wcześniej widziałem? Jest sama? Dlaczego jest sama?

– Algo mas? – pyta sprzedawca i rzuca mi następne spojrzenie. – Coś jeszcze?

– No, gracias[2] – uśmiecham się tak szeroko, jak tylko potrafię.

Jestem taka szczęśliwa!!!

Tak się zaczyna moja wielka przygoda!!!

Poprzedniego wieczoru poprosiłam taksówkarza, żeby przywiózł mnie na ulicę Las Acacias.

– Szukasz hotelu? – domyślił się.

– Tak.

– Do którego hotelu mam cię zawieźć?

– Nie wiem do którego – odrzekłam zgodnie z prawdą. – Ale wiem, że w okolicach Las Acacias jest dużo hoteli. Znajdę jakiś.

Pokiwał głową i spojrzał na mnie we wstecznym lusterku.

– Tak, wiem – odpowiedziałam mu spojrzeniem. – Las Acacias to okolice tanich hotelików wynajmowanych na godziny, gdzie niezbyt wymagający tubylcy mogą posmakować zakazanych randek z przypadkowymi dziewczynami.

Mieszkałam tam już parę razy. I wiem, że można tam też normalnie wynająć pokój na dni. I nie być zaczepianą przez nikogo.

– Las Acacias – mruknął kierowca

Uzgodniliśmy cenę i pojechaliśmy.

„Areperia” to bar, gdzie sprzedaje się arepy, czyli grube placki uzupełnione wybranym nadzieniem.

Arepa z jajecznicą.

Taksówkarz zatrzymał się przy szarym budynku. Natychmiast go rozpoznałam. Mieszkałam w tym hotelu wiele lat temu.

Wciągnęłam na górę torbę, wzięłam prysznic i poszłam spać.

A rano z okna zobaczyłam mój ulubiony bar na rogu.

Zjadłam arepę z białym słonym serem, który przyjemnie skrzypi w zębach.

– Ach! – pomyślałam. – To dobry znak!

Pewnie wszystko będzie tak, jak było kiedyś.

Wszystko było jednak zupełnie inaczej.

Wtedy jednak jeszcze o tym nie wiedziałam.

Zamknęłam torbę, wymeldowałam się z pokoju i ruszyłam na południe.

[1] – Una arepa, por favor. Con queso llanero. Y nada mas. – (hiszp.) Poproszę jedną arepę. Z białym serem. I nic więcej.

[2]No, gracias – (hiszp.) Nie, dziękuję.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Największa na świecie organizacja naukowa i oświatowa – Towarzystwo National Geographic – powstała w 1888 roku, aby „rozwijać i upowszechniać wiedzę geograficzną”. Od tego czasu Towarzystwo finansuje wyprawy naukowe i prace badawcze oraz popularyzuje wiedzę o świecie wśród ponad 9 milionów swoich członków.
Magazyn National Geographic oraz książki, programy telewizyjne, filmy wideo i DVD, a także mapy i atlasy wydawane przez Towarzystwo National Geographic uczą i inspirują.
Członkami Towarzystwa są wszyscy prenumeratorzy Magazynu, którzy opłacając prenumeratę współfinansują jego działalność.
Więcej informacji na temat działalności Towarzystwa można uzyskać na stronach internetowych: www.nationalgeographic.pl oraz na łamach Magazynu National Geographic po polsku.
Projekt okładki: BEATA PAWLIKOWSKA, MACIEJ SZYMANOWICZ
Projekt graficzny: BEATA PAWLIKOWSKA, MACIEJ SZYMANOWICZ
Tekst, rysunki i zdjęcia: BEATA PAWLIKOWSKA
DTP: MACIEJ SZYMANOWICZ
© Copyright for the edition branded National Geographic Society © 2014 National Geographic. All rights reserved © 2014 Copyright for the text, photos and drawings by Beata Pawlikowska
National Geographic i żółta ramka są zarejestrowanymi znakami towarowymi National Geographic Society. Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Wydanie I elektroniczne
Warszawa 2014
ISBN 978-83-7596-600-8
Burda NG Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa Licencjobiorca National Geographic Society ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa Dział handlowy: tel. (48 22) 360 38 38, 360 38 42; fax (48 22) 360 38 49
Konwersja: eLitera s.c.

Od Autorki:

Zasady interpunkcji w języku polskim nakazują zalać tekst deszczem przecinków. Ale ja zawsze uważałam, że przecinek to narzędzie artystyczne, a nie żołnierz, który musi stać zawsze zgodnie z przepisami. To samo zdanie ma zupełnie inną moc, zależnie od tego czy zostanie posiekane pięcioma przecinkami, czy ozdobione tylko jednym. Czasami na końcu zdania nie stawiam kropki, żeby dłużej brzmiało. Przecinki i kropki w tej książce zostały postawione i zniknięte przeze mnie, wbrew zaleceniom korekty i na moją odpowiedzialność.