Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 381 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Blogotony - Inga Inga Iwasiów

Dla Ingi Iwasiów literatura i czytanie nie są oderwane od życia. Pisarka znajduje w lekturach stany naszej świadomości, nasze skryte obsesje i puentuje – często boleśnie, zawsze przenikliwie.         

Piotr Mucharski

Błyskotliwy strumień myśli, który rwie brzegi oczywistości. Autorka pisze nonszalancko i osobiście, rezygnuje z bariery języka akademickiego, nie chowa się za słowami. Swoją książką udowadnia własną tezę, że „prawdziwy wysiłek, intelektualny i emocjonalny, do jakiego nakłania nas sztuka, stanowi zawsze aktualną wartość”.

Hanna Samson

Zwolennicy końcówek męskoosobowych zmuszeni będą poskromić swoje przyzwyczajenia językowe, bo w odniesieniu do tej autorki okazałyby się one wyjątkowo niefortunne.

Iwasiów inspiruje i prowokuje. Rzuca rękawicę tuzom polskiej kinematografii, nie patyczkuje się z koleżankami po fachu, bez eufemizmów ocenia polskie nagrody literackie i nie zostawia suchej nitki na tzw. prasie kobiecej. Dla równowagi i jakby na usprawiedliwienie prezentuje spory dystans do siebie - bez kokieterii przyznaje się do porażek i błędòw. Z reporterską wrażliwością obserwuje miejsca, ludzi i podgląda otoczenie.Kim więc jest Inga Iwasiów? Jest kobietą w świecie mężczyzn, która „wciąż musi udowadniać swoją intelektualną wartość".

Opinie o ebooku Blogotony - Inga Inga Iwasiów

Fragment ebooka Blogotony - Inga Inga Iwasiów

IngaIwasiów
Blogotony
Fragment
Czego sobie życzę

Z okazji ankiety ogłoszonej przez „Dziennik” (a było to u progu 2008 roku), zadałam sobie samej, bo dobrze jest skomunikować się wewnętrznie, kilka pytań. Ankieta dotyczy tego, jaką książkę chciałabym przeczytać w przyszłym roku, nie sposób więc nie zadumać się nad tym, jakiej nie chciałoby się czytać (co w pierwszej chwili uznać można za stosunkowo niewielkie wyzwanie – statystycznie nieczytanie jest bardziej popularne niż czytanie), jakiej nie przeczytam na pewno po raz drugi, której czytania szczerze żałuję. No i, nie bądźmy malkontentką, co mnie zachwyciło w minionym roku. Ale malkontentką jestem, hipokrytką również jak najbardziej, wobec czego trudno mi udzielić samej sobie satysfakcjonujących odpowiedzi autosondażowych. To znaczy, oczywiście, należy zauważyć, że w roku 2007 nie wydałam żadnej książki, a w 2008 miałam zamiar, czyli ciągu dalszego nie muszę dopisywać.

Wydaje się, że takie postawienie sprawy specjalnie nikogo dziś nie dziwi, bo mówienie o sobie w każdych okolicznościach bywa przyjmowane ze zrozumieniem, a zapóźnieni wyznawcy zasad okresu przedrynkowego próżno dowodzą, że nie siebie mają na myśli, kiedy właśnie wszystkich zanudzają obrazem rozdętego „ja”. Wobec tego deklaruję, z pełną świadomością, że wszystko, co zaraz nastąpi, będzie w pierwszym rzędzie autoprezentacją, z majaczącymi w tle przejawami kultury, takimi jak: książki, spektakle, polityka, podróże?

Nie układam ich konsekwentnie w pierwotnie zamierzonym porządku tematycznym, ponieważ felietonowo-blogowe chodzenie po świecie nie ma takiego porządku. Nie zakładam z góry, że od 1 do 10 danego miesiąca udam się na trzy premiery, by w następnej dekadzie skupić uwagę na bieżącym piśmiennictwie. Trudno też przewidzieć, jakie absurdy polityki zajmą moją uwagę. Tak więc mozaikowy charakter tego zbiorku oddaje mozaikowość uczestniczenia w tym, co świat przynosi, na co sił i czasu starcza.

W 2008 wydałam Bambino, w 2010 Ku słońcu, w 2012 Na krótko. Pomiędzy pisałam do „ArtPapieru”, „Tygodnika Powszechnego”, „Rity Baum”, „Pograniczy”, „Nowych Książek”, „Teatru”, „Bluszcza” oraz prowadziłam bloga. Teksty składające się na tę książkę zawierają odpowiedź na pytanie, czego sobie życzę – udzielone z pewnym opóźnieniem.

CZĘŚĆ PIERWSZAZawodowo uczestnicząc
Kobiety z tamtych lat to nie moje protoplastki

Na Katyń poszłam, spodziewając się wszystkiego najgorszego w sprawie kobiet. Zdążyłam przeczytać kilka recenzji i deklarację samego reżysera, że film opowiada o tragedii z punktu widzenia kobiet czekających na swoich mężczyzn. Wielka powieść niedoszłego scenarzysty projektu Andrzeja Wajdy, Włodzimierza Odojewskiego Zasypie wszystko, zawieje... jest tak właśnie ustawiona. Bohaterowie, w tym matki i żony, czekają w kresowych dworach na powrót męża, brata, syna, który tymczasem, nieopłakany, pogrzebany bez rytuału pożegnalnego, zdaje się obecny, przywołuje, zgodnie z romantyczną ontologią, swych bliskich, by rzecz się mogła dokonać. Przed laty, interpretując tę powieść, zwracałam uwagę na kulturowy wzór kobiecości, na wykorzystanie w powieści archetypicznego wzoru, zgodnie z którym kobieta należy do rodziny męża, jest przez nią na zawsze skolonizowana, podbita, ale i pożądana, kochana, otoczona nadzorem i opieką. Zasypie wszystko, zawieje... to wielka, wstrząsająca powieść, jej tragiczny światopogląd nie daje się zamknąć w jednoznacznej, antypatriarchalnej rewizji, chociaż trzeba przyznać: kobiety są podporządkowane prawom mężczyzn.

Bardzo żałuję, że Odojewski nie zrobił filmu z Wajdą. Miał być on oparty na noweli Opowieść filmowa, w ostatecznej wersji wydanej pt. Milczący, niepokonani. Opowieść katyńska (Warszawa 2003). Wajdę i Odojewskiego poróżnił pogląd co do osoby prokuratora Martiniego, głównego bohatera. Wajda – donosiła o tym prasa – listownie poinformował Odojewskiego o swoich przemyśleniach w związku z Martinim. Pisarz, nie podejmując dyskusji z Wajdą i nie zmieniając tekstu noweli, postanowił ją opublikować. Reżyser poinformował także, że w czasie pracy nad nową wersją scenariusza zamierza wykorzystać scenę kończącą książkę Odojewskiego, ponieważ jest ona jego autorstwa. „Ewentualny spór o prawa autorskie pan Andrzej Wajda powinien toczyć z Szekspirem. Scena, o której mówimy, wzięła się z mojego opowiadania i jeśli teraz ktoś mi zarzuci, że zakończenie powieści zapożyczyłem, to zgodzę się: tak, od Szekspira” – powiedział „Rzeczpospolitej” Włodzimierz Odojewski (za Stopklatka.pl, 23 11 2003).

Sposób, w jaki istnieje więź między osobami–przedmiotami, a także sceny nad dołami katyńskimi mają siłę i grozę porównywalną tylko z odpowiednimi fragmentami prozy Odojewskiego. Tak, jeśli z kimś go w tej sprawie porównywać – to z Szekspirem.

Jednak nie o filmie w jakimś recenzyjnym trybie i nie o nieudanej współpracy miałam pisać. O kobietach. Właśnie. Więc zdaje się, że dla twórcy taki ich obraz ma być oddaniem hołdu także czekającym. Wyobrażam sobie te intencje. Piękne, niezłomne, żarliwe Polki. Oczywiście, nieprzekupne, wierne, dumne. Wiele napisano o plakatowym charakterze filmu, zarówno w sensie ideowym, jak i konstrukcyjnym, jednak ta plakatowość najbardziej uderzająca jest właśnie, gdy prześledzimy wątki czekających kobiet. Maja Ostaszewska – niewiele rozumiejąca, próbująca wyrwać spośród towarzyszy broni swego męża-oficera, jak dziecko czepiająca się jego munduru, następnie broniąca skutecznie cnoty przed rosyjskim agresorem i wchodząca w etap upartego czekania, na granicy obłędu, prawie bez kontaktu ze światem. Jej córeczka – blond aniołeczek, z czasem wyraźnie przejmująca opiekę nad matką (pięknie wyglądają na fotosach z rowerem). Teściowa – Maja Komorowska z drżącymi ustami i dumną postawą przyjmująca ciosy i idąca dalej. Generałowa, Danuta Stenka, tak twarda, że najwyżej się zatoczy, nigdy nie podda twierdzy domu po generale. Kondensat losu Polski, jak z gawęd romantycznych. Postacie zaczynające się i kończące na byciu żoną, matką, córką.

Dobrze, wiem. Takie to były czasy i sprawy. Czy jednak nie można sobie wyobrazić, że pomordowani odeszli w środku kryzysu małżeńskiego, któraś z postaci obcuje cieleśnie z wrogiem, żeby uratować dziecko, życie toczy się obok czekania? Zapieczętowanie historii Katynia w postaci aż nadto szlachetnej skamieliny, inteligenckiego mitu, z obrazem katolickiej Polski tkwiącej w rycerskim etosie to grzech całego przedsięwzięcia. Kobiety są tu dodatkowo przyszpilone, bo przecież zgodnie z filozofią odzyskiwania narracji zasypanej w zbiorowych mogiłach, są „prawdziwe”, nie hipotetyczne. O ile oficerowie „mówią” do nas z milczenia, żony należą do widzialnej rzeczywistości. I ta rzeczywistość jest z punktu widzenia mojej wrażliwości nie do przyjęcia.

Kobiety Wajdy, grane przez znane aktorki, jednoznacznie święte i sprowadzone do ról strażniczek pamięci – są nie tylko niewiarygodne, są niemożliwe, anachroniczne. Co z tego, że takie babcie czy matki pamiętają osoby spisujące wspomnienia, spotykające się nad grobami, może sam reżyser? Jest to rodzaj „oficjalnej” wersji pamięci, obwarowanej nakazami autocenzury. Koleżanka, z którą byłam w kinie, mówiła mi, że jej babcia też tak czekała. Być może, w opowieści rodzinnej takie wzniosłe, przykładne narracje są pożądane. W pedagogice narodowej także, zwłaszcza patriarchalnej. Ja wolę bohaterkę Nocy czerwcowej Jarosława Iwaszkiewicza, kobiety Odojewskiego. Nawet jeśli stereotypowe, nigdy nie do absurdu święte.

Jednak literatura

Katyń nie dostał Oscara, co nie stanowi dla mnie wstrząsającej niespodzianki, chociaż Agnieszka Holland ujawniła w wywiadzie, iż w ogóle ten Oscar dla filmu nieanglojęzycznego to, szczerze mówiąc, geriatryczna ruletka (chyba na wypadek, gdyby starszy kolega statuetkę dostał). Czyli nie ma się czym przejmować, ja zresztą nie jestem zwolenniczką tego filmu. Pouczające natomiast i to w sprawie niepomiernie istotniejszej od jakichkolwiek nagród, są wpisy na wszelkich forach, gdzie się sprawę wałkuje. Potwierdzają one naszą wzajemną, polską nieżyczliwość oraz pilną konieczność wprowadzenia jakiejś polityki edukacyjnej w nauczanie historii, lecz przede wszystkim są antologią polskiego antysemityzmu. Onegdaj na pewnej warszawskiej konferencji pewna zasłużona uczona spierała się ze mną w tej kwestii, podkreślając, że niedopuszczalne jest mówienie o „polskim” antysemityzmie. A ja wiem swoje i jestem pewna, że na rodaków można liczyć. Jasne, świat w ogóle pełen jest ksenofobii, rasizmu i głupoty, jednak nasza polska marka interesuje mnie najbardziej. No i przy okazji Oscara można przeczytać poradę udzieloną „panu Wajdzie”, żeby zrobił film o Żydzie, a zgarnie nagrodę. Dowiemy się także, że „wiadomo”, co kto i dlaczego w tych USA. Że Żydki sobie nagrody za filmy o „rzekomym” ofiarach. No więc żaden normalny człowiek by czegoś takiego nie napisał, a jednak fora, także te na portalach poświęconych filmom (czyli zakładających jakąś szczątkową formę życia kulturalnego), pękają od prymitywnej nienawiści. I w dodatku napędzają mnie do tegoż samego, bo tak szczerze nienawidzę tej polskiej obrzydliwości, że staję się złą kobietą. Tyle na marginesie wielkiej dyskusji przy okazji książki Tomasza Grossa, w której to dyskusji najbardziej światli przedstawiciele narodu twierdzili, że właściwie z tym antysemityzmem to przesada.

Jednak ja właściwie na inny temat. Otóż Oscara nie dostała też Pokuta, a ja właśnie byłam na tejże w kinie. Prawdę mówiąc, ten mój pobyt nie był pokutny, przeciwnie. Poszłam, bo kolega z pracy (a robię, wiadomo, w literaturoznawstwie), nieco zakłopotany opowiadał mi o znaczeniu zdania „chciałbym całować twoją gorącą, mokrą cipkę”. Zdanie istotnie kluczowe, jednak – wbrew twierdzeniom mojego uczonego kolegi – nie wraca refrenicznie w całości obrazu, zostaje wprost wypowiedziane jednokrotnie. Czyli tego typu zdań mamy deficyt, nawet fachowcy chcą ich rozmnożenia, niejako nadprodukowują ich podaż w celu zaspokojenia własnego, powiedzmy, popytu.

Film podobał mi się bardzo, mógłby trwać dłużej (chociaż np. Uwaga, pożądanie trwa jednak o kwadrans za długo, zwłaszcza po coca-coli), prawdopodobnie dlatego, że analizuje moc i znaczenie literatury. Poza tym analizuje też straszność dorastających dziewczynek. W czytanych przeze mnie recenzjach znajdowałam taką oto rekonstrukcję źródeł dramatu: nastoletnia bohaterka oskarża o gwałt dokonany na innej nastolatce syna gosposi, ponieważ wydaje jej się, że ten wcześniej nastawał na cnotę jej siostry. Krótko mówiąc, fałszywa interpretacja pożądania każe oskarżyć niewinnego mężczyznę. Jestem pewna, że chodzi o coś innego: dziewczynka oskarża z zazdrości, nawet jeśli motywacja jej samej wydaje się niejasna. Ponieważ nie może skupić na sobie uwagi młodego mężczyzny, ponieważ to innym (siostrze) zdarzają się ekscytujące chwile, niszczy obiekt niedawnej miłości. Moje czytanie motywacji bierze się z przeświadczenia, iż dziewczynki nie są niewinne. Potwierdza to zresztą motyw związku pomiędzy nastolatką a gwałcicielem, który od pierwszej sceny wygląda na seksualnego agresora i znajduje porozumienie (od pierwszego wejrzenia, może tak wygląda miłość) z wybranym obiektem. W drugiej części filmu następuje ślub tych dwojga, ale nie możemy być pewni, czy zdarza się on „naprawdę”, czy też tylko w powieści pisanej przez oskarżycielkę w charakterze odkupienia. Bez względu na to, czy mamy do czynienia z faktem, czy fikcją, prawdą czy fantazją, dziewczynki wychodzą za mąż za dorosłych facetów, z którymi miewają niedozwolone stosunki; nawet za gwałcicieli. Ten wątek, pogłos Lolity, wydaje mi się bardzo interesujący, także dzięki swej nierozwiniętej formie, dzięki mgławicowemu istnieniu w filmie.

Ale najważniejsza jest oczywiście literatura i pytanie o jej moc. O to, czy potrafi coś odkupić, wynagrodzić, znieść. Trudno, żeby było inaczej w adaptacji dzieła literackiego, ale miło brzmi na tle strategii uprawianych przez samych literaturoznawców od lat, a mających na celu udowodnienie, iż literatura to przeżytek. Zwłaszcza zaś tak stawiany jej problem: pocieszenie, odkupienie, kłamstwo służące ocaleniu piszących itd.

Tego samego dnia, kiedy byłam na Pokucie, Canal+ pokazał Życie na podsłuchu (obejrzałam sobie drugi raz), a poza tym skończyłam w nocy czytać Nowe życie Orhana Pamuka. Jednym słowem zrobiłam sobie dzień literatury. Bo w (nieco, przyznaję, naiwnym) finale Życia... międzyludzkie porozumienie dokonuje się za pośrednictwem książki. W ogóle reaktywacji podlega mit czasów niewoli, także komunistycznej, mówiący, iż wszystko można zrobić, by ocalić literaturę. Tak więc nawet jeśli bohaterowie wiele stracili, zyskaliśmy powieść na ten temat. Albo inaczej: jedyne, co możemy robić, to opowiadać. Brzmi banalnie i znajomo? Jasne, a jednak mówienie tych oczywistości, jeśli nie podrzuci się do przypisów jakiegoś Rorty’ego czy Attridge’a, jest objęte zakazem. Nie wypada mówić takich rzeczy, jak: kocham literaturę, żyję dzięki literaturze, nie odrywam ciała ani na moment od papieru, bo przestałabym istnieć. Z drugiej strony za pisanie takich rzeczy, oczywiście w sposób skomplikowany i wyszukany, można dostać nawet Nobla, vide Pamuk, który zawsze o tym pisze. Nowe życie jest także powieścią o opętaniu pewną powieścią, prowadzącym do zaskakujących zdarzeń w „rzeczywistości”. Bohater, nieco dla mnie jednak za typowo męski w wersji „ja się umartwiam, piję i rozpamiętuję, a żona sobie poradzi”, żyje ideą literatury, nawet gdy się przekona, że książka będąca impulsem „opętania” nie jest dziełem wybitnym. Właśnie, rzecz w gotowości, w czytelniczce, w miłości, niekoniecznie w dziele.

Oczywiście bez przesady, mamy na myśli prawdziwą literaturę, żadnych kompromisów, żadnych odmieniających życie produktów czekoladopodobnych.

No więc związek „książki” z „życiem”, „pokuty” z „pisaniem” a wszystkiego tego z czytaniem pojawił się w moim życiu w tygodniu, gdy Akademia przyznaje Oscary i zaświecił tak mocno, że hej, porzuciłam tak zwane życie, tak zwaną teorię literatury i postanowiłam czytać do upadłego, aż stracę przytomność. Wtedy zacznę pisać. A potem jeszcze obejrzę parę filmów o strasznych, najchętniej o strasznych dziewczynkach i zakazanych formach zbliżeń.

Czytanie w celach badawczych

To będzie o polskich kryminałach, ale nie wprost, bo postanowiłam nie atakować autorów. Zbyt niebezpieczne.

Nie lubię kryminałów. Ściślej mówiąc: nie jestem fanką, nie czytam nałogowo, nie zabieram na wakacje. Jednak trudno nie czytać wcale, nie znać, nie oglądać filmowych wersji, nie brać udziału w dyskusji o wyższości szwedzkich nad rosyjskimi itd. Ponieważ kryminały są częścią kultury masowej, ich dzisiejsze odświeżenia przypominają mi pierwsze jaskółki swobody z czasów mojego studiowania. W DKF-ie zdarzało nam się oglądać Emanuelle, a niektórzy prowadzili „badania” nad prozą zamieszczaną na łamach „Playboya”. Sama miałam epizod popkulturowy: zbierałam niemiecką kolorową prasę kobiecą w celu „badania” zamieszczanych w niej reklam. Cudzysłów nie jest pożądanym środkiem wyrazu, a używam go tym razem dwukrotnie obok siebie: takie to i były nasze badania. Chodziło w nich o dotknięcie kultury masowej, docierającej jeszcze po odpakowaniu z szeleszczącej folii, w ramach recyklingu pomiędzy wolnym światem a naszą wypełnioną poważnymi pytaniami doniosłością. Strasznie się chciało tego świata nagości, nihilizmu, braku cenzury, rozrywkowej literatury, buntowniczej muzyki, coca-coli i narracji dla kobiet. Piło się wódkę, powiedzmy „Żytnią”, czytało Agathę Christie, Joe Alexa i Joannę Chmielewską. Potem miało być tak, że gatunki niskie miały podnosić wysokie, dostarczać dobrej pożywki po latach ciężkostrawnej diety, wyrównywać potencjały i szanse. Otwarty świat oznaczał także prawo do rozrywki, zapełnienie hipermarketów książkami, zaspokojenie wielu gustów i potrzeb. Niczego nie trzeba było badać ukradkiem, wszystko było legalne – pornografia i harlequin.

Dziś sprawy mają się tak: im mniej jest czegokolwiek poza kulturą masową, tym więcej osób bada jej mechanizmy. Tylko po co? Żeby zobaczyć, oczywiście, jak opisuje/kreuje społeczeństwo, jakie schematy przetwarza/wytwarza. No więc szczerze mówiąc – mnie to nudzi. Nie daję rady, nie jestem w stanie przetrawić tego kolorowego potopu, choć nawet nie próbuję przed nim uciec.

Zachwyt nad tym, co dość, przyznajmy, łatwo opisać, miał różne fazy. Na przykład twórczość kobieca. Potem, na przykład, fantasy. Dziś mamy etap rewolucyjnego kryminału. Za sprawą skandynawskiego wysypu opasłych narracji kryminalnych, dyskutujemy o emancypacyjnym, krytycznym, odnowicielskim, feministycznym potencjale historii o policjantach i mordercach.

Ja to wszystko nawet rozumiem i nawet chętnie czasem czytam, a jeszcze chętniej oglądam w kinie. Jednak oczywiście bez przesady. Taki na przykład Larsson, owszem, udatnie zmiksował dyskusje społeczne, feministyczne podejście, refleksje na temat oporu patriarchatu i tradycje szwedzkiej buntowniczej dziewczynki Pippi, ale stanowczo zbyt szczegółowo opisywał wygląd każdego pokoju, twarzy, przedmiotu. Tak, przysypiałam przy tych opisach scenerii zbrodni i śledztwa, z tomu na tom zapominając za dużo, by mi się układało w całość. Ale dobrze, przyjmuję: na przykładzie zbrodni można opowiedzieć społeczeństwo, w końcu wielcy pisarze tak robili i korzystali ze schematów popularnych w swoich epokach, ewentualnie je wytwarzali. Niech będzie, że dziś to autorzy kryminałów tworzą kontury opowieści najlepiej oddającej rzeczywistość. Może lepsze to niż romans, czy jakieś historie o kobietach szukających szczęścia? No ale ile można o handlu ludźmi, mafii ze wschodu, przemocy w rodzinie, pedofilii? Można dużo. Więc Szwecja, gdyby sądzić po kryminałach, strasznie jest naszpikowana zbrodniczymi zamiarami. A emancypacyjne fabuły zużywają się jak wszystko, wytracając po drodze impet.

Oczywiście, warto pytać, czemu w Polsce nie ma takich opowieści. Polskie kryminały – te książkowe i te serialowe – zawsze jakby przyczajone, zawstydzone, na pół gwizdka, przestylizowane, krótkie (no tak, jak nie za długie, to za krótkie). U nas to trzeba o morderstwie w afekcie podczas alkoholowej libacji, na przykład w wyniku wystąpienia manii Otella? Ciekawe zresztą, że ta dewiacja, częsta w przebiegu choroby alkoholowej, ma tylko męską postać, wbrew dość szeroko ostatnio propagowanej przez media narracji o przemocowych żonach i matkach. Taki Otello, jak już skrzywdzi, tropiony bywa przez kandydata na Hamleta, tylko że w wieku średnim, zmęczonego życiem, pijącego lub na odwyku, uwielbiam w tej roli Jerzego Radziwiłowicza, nie pamiętam tytułu serialu.

Bywa, że detektywkami są kobiety. Niestety, zwykle dość infantylne i na pewno młode. Żadna panna Murple, żadna rówieśnica komisarza Wallandera. Pod tym względem rewolucję niosą rosyjskie powieści Aleksandry Marininy. Jej bohaterka jest nieco zaniedbana, nieco niemłoda, nieco zmęczona – przejmuje pod tym względem cechy postaci męskich. Co prawda cała reszta układa się w dziedzictwo specyficznej, radzieckiej wersji feminizmu, ale i tak kobiety w Polsce lubią czytać o tej bardziej ludzkiej od dostępnych w rodzimej produkcji komisarce.

Jako osoba, która nie przepada, lecz czytuje i ogląda, interesuję się bardziej tym, czego nie ma, niż tym, co dostępne. No więc na pewno w polskim kryminale brakuje wielu wątków przerobionych na setki sposobów przez pisarzy skandynawskich, amerykańskich, rosyjskich. Jesteśmy istotnie kryminalnie zapóźnieni. Jednak nawet w szwedzkim kryminale śledztwa nie mogłabym prowadzić ja, kobieta w średnim wieku, średnio wysportowana, średnio spostrzegawcza, lubiąca czytać. Zaraz, chwileczkę, zdaje się, że polscy autorzy często obsadzają w rolach głównych podmioty autobiograficzne. No właśnie, tu zaczynają pracować na klęskę. Napisałoby się taki kryminał o sobie samej, ale nie byłoby z tego chleba. No nie, właśnie, jak ktoś nie lubi kryminału, a chciałby zbadać możliwości kultury masowej, to niech sobie lepiej poogląda w domu filmy. Żyjemy w czasach, gdy można badać tę kulturę masową, spracowując się do imentu. Czasem lepiej badać niż produkować.

Rozwiązanie zagadki tego tekstu? Uwielbiam Jerzego Radziwiłowicza.

Co zrobić z popularną?

Pytanie to nurtuje mnie od dawna i nie idzie o herbatę pod tą nazwą, znaną osobom powyżej czterdziestego roku życia z dawnych czasów. Gdzieś ostatnio czytałam (może przed końcem tekstu przypomnę sobie gdzie) sentymentalne wspomnienia herbaciane, autorka twierdziła, że najlepsza była „Madras”, ale szczerze mówiąc, nazwę „Popularna”, chętnie używaną w PRL-u, uznać należy za wiodącą. Była majstersztykiem marketingu, choć nikt tak nie nazywał nazywania, polecania, projektowania produktów i opakowań. Popularne papierosy, herbata, kiełbasa, kino. Inaczej „zwyczajne”, „codzienne”, takie miano dodawało obrzydlistwom powabu i ciężaru gatunkowego, czyniło je niezbędnymi jak „chleb powszedni”. Nie ma dziś hasła równie nośnego i przewrotnego, chociaż pracują nad zwodzeniem nas całe sztaby zwodzonych przez teorie rynkowe ludzi.

Ale nie o herbatę, chleb, wino mi idzie, lecz o sztukę, zwłaszcza zaś literaturę popularną. Mój z nią problem polega na tym, że pomimo swej wszechobecności, nie jest w stanie przyciągnąć mojej uwagi, kazać traktować się poważnie. Paradoksalne założenie: poważne traktowanie tego, co przecież służy rozrywce? Wcale nie. W tym rzecz. Gdyby chodziło tylko o wyśmianie/wypłakanie się w kinie, mile spędzoną w towarzystwie książki podróż, przechadzkę wśród znaków atakujących nas z miejskich billboardów – nie warto by było jeszcze raz o tym pisać, bo w końcu niejeden teoretyk współczesności i ponowoczesności wypowiedział się na ten temat. Podobne debaty odbyto także wewnątrz feminizmu czy na styku feminizmu i – mniej lub bardziej uniwersalistycznych – teorii kulturowych. Nie zniwelowało to wątpliwości, które sformułuję następująco: czy kultura popularna naprawdę służy emancypacji jednostki, zwłaszcza kobiety? Czy jest inaczej: kultura popularna zagarnia cały obszar komunikacji, niegdyś zróżnicowanej, sprowadza wszystko do kilku schematów, a przy okazji indoktrynuje do patriarchalizmu?

Oczywiście, są subtelności, zdarzają się ożywcze teksty/wystąpienia/programy telewizyjne mierzące w ideał masowości przekazu, czyli z definicji popularne, a mające walory takie jak otwarcie, wyzwolenie, zdemistyfikowanie. Jednak większość produkcji, o którą mi idzie, to po prostu niewyszukany bełkot, dostosowany do wyobrażeń o „przeciętnym odbiorcy”, a właściwie odbiorczyni. Mój kłopot z tym przekazem jest belferski, coraz częściej bowiem rozmawiam podczas zajęć ze studentkami, które nic już właściwe nie czytają, nie poszukują nigdzie odpowiedzi na trudne pytania, wystarcza im horyzont romansowo-komediowy.

I oto moja pułapka, sytuacja dotąd bez wyjścia: nie mogę działać pochopnie, powiedzieć im, że nie mamy o czym rozmawiać, bo ja chcę o sztuce/kulturze/społeczeństwie itp., a one mi o tanich iluzjach sprzedawanych za grosz masom. Ponieważ chcę nawiązać dialog, roztrząsam z nimi dylematy Judyty (obce mi kompletnie jako osobie, feministce i literaturoznawczyni), oczywiście nie tej starotestamentowej, lecz odgrywanej przez Danutę Stenkę, co jednak nie prowadzi nas zbyt daleko.

Wiem, że nie poradzę sobie sama z tym powszechnym przyzwoleniem na judyizację i grocholizację dyskursu dla kobiet, ale chcę jakoś z nim walczyć, ponosząc spodziewaną klęskę. Skoro w szkołach omawiane są produkty kultury masowej, w edukacji humanistycznej dopuszcza się zniesienie wyraźnego podziału na sztukę i rozrywkę, bezustannie zaciera granice – czynność pożyteczna jako teoretyzowanie, w praktyce oznacza, że nikt nie czuje się zobowiązany do czytania nudnych lektur, wystarczy Coelho – jakie mam szanse, gdy mówię, że życie kobiety nie jest zaprogramowane na happy end z przystojnym architektem? Ponieważ jestem uparta, lekceważę brak szans.

Uważam jednak, że feminizm dziś ma przez romanse z popularną wiele do stracenia, mniej do zyskania. Indoktrynacja ideologiczna, prowadzona czasem niemal niezauważalnie, bo silne, samodzielne bohaterki nie wygłaszają apologii wielodzietnej rodziny, choć bywa, że zmierzają do jej praktykowania, jest tożsama z indoktrynacją estetyczną. Wiem, brzmi to jak jakaś mieszanka arystokratyzmu intelektualnego z marksizmem, dość banalna, jednak muszę czegoś się trzymać. Powiedzenie – macie prawo bawić się w to, co lubicie – nie może zastąpić twierdzenia, iż prawdziwy wysiłek, intelektualny i emocjonalny, do jakiego nakłania nas sztuka, stanowi zawsze aktualną wartość. Spopularyzowanie takiego sądu może przynieść niezłe rezultaty także dzisiaj.

Jeśli nie powiemy sobie otwarcie, że sztuka popularna to jednak coś mniej niż sztuka, strawimy mnóstwo czasu na interpretowaniu tekstów niemających żadnego znaczenia. Utwardzimy grunt, na którym kobiety bezpiecznie i bez większego pożytku będą oddawać się temu zajęciu. Piszę o tym jako nauczycielka akademicka, bez poczucia wyższości, o które mogłabym być posądzona. Nie uważam, że dziewczyny zaczytujące się w chłamowatych powieściach nie mają głowy na karku – widzę, jak tą głową kręci kultura masowa. I wystarczy, feministki nie muszą pomagać w tym procesie. Przeciwnie: powinny go dekonstruować.

A, tekstu o gatunkach herbat jednak nie zidentyfikowałam w zasobach swojej czytelniczej pamięci. Szkoda.

Aż wióry lecą

Czytam sobie równolegle dwie powieści: Drwala Michała Witkowskiego i Czy to się nagrywa? Tomasza Pindela. I teraz uwaga: ma to związek z czymś, co przeszło, minęło, nie ma sensu wracać, zawracać, ale jednak. Myśl czytelnicza bywa meandryczna, a narracja felietonowa zaczynająca się od: piszę, a nie wiem o czym pisać – to standard, by nie rzec „topos”, by zostawić z boku słowo „konwencja”. Otóż jakiś już czas temu Janusz Rudnicki na łamach „Gazety Wyborczej” ocenił felietonistykę polską na jedynkę, na zero bez mała, rozprawił się z kanonem lektur szkolnych a następnie przeszedł do propozycji kanonu alternatywnego. Gdyby miała być z tego dyskusja, trzeba by od razu – na razy i kanony – się postrzelać, co nie jest możliwe ze względu na odległości czasoprzestrzenne rubryk w czasopismach. Ja zresztą nie mam tak, żeby mi się chciało udowadniać kto głupi, kto nie umie, kto nudzi. Zwłaszcza nie mam tak w sprawie kanonu lektur, bo to jest akurat stary jak niepodległa Polska temat, obrobiony wte i wewte i każdy felietonista kiedyś pisał, pisze lub napisze o szkodliwości kanonu obowiązującego, przedstawi wizję rewolucji, zachwyci prostotą własnej koncepcji i jej jednoczesną genialnością, po czym zdziwi się, że czytelnictwo spada.

Podczas lektury powieści, o których wspomniałam, zachciało mi się wrócić do sprawy. To znaczy jeszcze inaczej: najpierw na portalach społecznościowych pojawił się wątek oczywistej jednostronności autorskiego kanonu Janusza Rudnickiego, wymieniającego lektury okresu dojrzewania napisane wyłącznie przez mężczyzn. No więc na rzeczonych portalach odezwały się czytelniczki, czyli znakomita większość czytających w populacji, wskazujące okoliczność, iż za nic, za skarby świata tego, za karę, pod groźbą niezdania matury nie chciałyby dojrzewać pod dyktando machoistowskich opowieści o wojnie, przygodzie, piciu i – zwłaszcza – swobodno-romantycznym podejściu do kobiet i seksu. Chciałam wówczas coś tam o tym napisać, ale terminy mi się w okienku felietonowym nie zgrały, poza tym o kanonie lektur już tyle razy pisałam, że dałam spokój.

Teraz jednak czytam Witkowskiego i Pindela... Jeszcze nie. Teraz tak, ale po drodze był Zjazd Polonistów i tam przez trzy dni od rana do nocy i w nocy rozmawialiśmy o edukacji literackiej, co oczywiście nie jest atrakcyjną robotą, gdy patrzeć na nią w kategoriach „fun”. No jak dla kogo, ja akurat lubię poględzić językiem wysokiej polonistyki. Sprawa kanonu lektur, zwłaszcza relacji między nauczaniem literatury i języka polskiego a światowego (co znaczy: angielskiego) wracała tam wielokrotnie. W pewnym momencie zeszło na kwestię ilościowej przewagi męskich tekstów nad kobiecymi w spisach lektur, ale już dość marginalnie, bo siedem lat wcześniej sprawa była omawiana bardziej szczegółowo. Tym razem ktoś mi powiedział, że myśl, by zbudować dwie listy – dla chłopców i dziewczynek – nawet gdyby miała być tylko eksperymentem, ma sens. Ja jestem generalnie za koedukacją, choć z drugiej strony czasem miałabym ochotę wycofać się z różnych miejsc w naturalny sposób czyniących ze mnie mniejszość, lecz pomysł list płciowo zróżnicowanych ma pewien powab.

Teraz już wspomniane powieści. Narrator Witkowskiego mówi o sobie „ja tak mam, nie dociera do mnie od razu”. Właśnie. Do mnie też. Może dlatego, że jestem „wrażliwą polonistką”, która to figura w hierarchii powieściowych bytów stanowi ideał niemożliwy, wcielenie żarliwej naiwności i zarazem czytelniczkę zasilającą każde spotkanie autorskie. Więc ja tak mam, że każdy tekst zrozumiem, nawet jak mnie nudzi, a z repliką czekam nie wiadomo na co, swoich lektur nie narzucam, nawet jak akurat mam przez piętnaście minut odpowiednią władzę, bo z wykładu mi nie wyjdą przez pierwszy kwadrans. Przesadziłam, na wykładzie narzucam nawet przez godzinę, ale czuję jakieś parcie niezrozumiałe, żeby o napisanych przez facetów powieściach mówić, chociaż nigdy nie byłam mężczyzną.

Powieść Pindela opowiada o pewnym eksperymencie wymyślonym przypadkiem przez akademickiego socjologa, przeobrażającego się dzięki temu w celebrytę. Eksperyment jest logiczny i bezsensowny zarazem, a działa. Chodzi w nim, w skrócie, o wielką akcję „Konopielka”, czyli skojarzenie trzydziestolatek z wyższym wykształceniem z miast z czterdziestolatkami bez wykształcenia ze wsi. W tej fajnej historii jedno założenie wydaje się konieczne: że dziewczynki zawsze schowają do kieszeni swoje intelektualne potrzeby. Dlaczego? Ponieważ są do tego dobrze przygotowane. Najwrażliwsza polonistka pokocha drwala. Tak, co zaskakujące, obie czytane przeze mnie w listopadowy weekend powieści opowiadają o drwalach.

Teraz znów wracam do kwestii kanonu. Większość tekstów omawianych w szkole nastawionych jest na chłopięcą, męską wrażliwość, a omawiają je w koedukacyjnych klasach wrażliwe polonistki. Jak to jest możliwe? O poświęceniu, ranach, wojnie, miłości do armii, ojczyzny, kobiety – uczą najlepiej kobiety. To jest możliwe tylko dlatego, że wrażliwe polonistki już tak mają: zamilkną, nawet gdy czują jakąś niewygodę, przełkną nudę, wycofają własną perspektywę. Wolałyby może jakieś inne teksty, jakiś swój kanon, ale po pierwsze – nauczono je empatii i pasożytowania na tekstach wyraźnie nie dla nich pisanych, po drugie – zwykle coś u nich z ripostą jest za grzecznie.

Rozmawiałam z innymi wrażliwymi polonistkami o tym, jaki kanon mogłyby zaproponować, jaką listę, powiedzmy, minimum – dziesięć tekstów kobiecych zamiast nudy, nudy, nudy od staropola do wojny i okupacji. Dziesięć, nie wymagajmy więcej, niech młodzi przeżyją dobrze dziesięć zamiast udawać naukę na jakichś fragmentach. I tu klops. Bo z kobiecym czytaniem jest inaczej niż z męskim, kobiety jako czytelniczki przechodzą metamorfozy. Męskie kanony osobiste są jakoś tak stabilne. W okresie czytelniczego dojrzewania chłopak zachwyci się Steinbeckiem, Hemingwayem, Kafką, Hłaską, wrażliwy polonista może doda Gombrowicza i zwykle tak już mu zostanie. Czy ma lat 14, 24 czy 44 – lubi mniej więcej to samo. Kobiety zmieniają preferencje lekturowe, na inny wiek jest Sylvia Plath, na inny Erica Jong, na inny Doris Lessing. W innym momencie życia pomogą dzienniki Nałkowskiej, a kiedy indziej powieści Gretkowskiej. Dlatego łatwiej dorosłemu proponować listę dla niedorosłego, wystarczy sięgnąć na własną półkę. Dorosła dla niedorosłej musi wykonać pracę koncepcyjną, bo gdyby tak zaproponowała Strach przed lataniem, czytany, gdy miała lat trzydzieści... Hmmm. Polonistki musiałyby przesterować swą słynną wrażliwość na cele niechętnie realizowane w szkole.

Tak, kobiece lektury zrobiłyby w szkole bałagan, na pewno większy od tego, jaki wnoszą pożegnania z bronią i powitania jesieni. Ponieważ jednak ani żadna wrażliwa polonistka, ani środowisko polonistyczne jako całość nie zaproponują listy składającej się z samych dzieł pisarek (no tak mamy, tak jakoś mamy, że nie umiemy wykluczyć dzieł męskich), można tylko wyobrazić sobie tak skrojony eksperyment lekturowy, a najlepiej splagiatować powieść Tomasza Pindela. Niech chłopcy czytają kobiety, a gdyby chcieli czegoś bliższego ich doświadczeniu życiowemu – niech sobie w domu, pod kołdrą, żeby rodzice nie widzieli, oświetlając pole czytelnicze latarką, brną stąd do wieczności.

Tytuł tego felietonu dotyczy: a) pragnienia riposty; b) czytania, którego wszystkim życzę. Czytajmy, aż wióry polecą! Nie przymierzając – czytajmy, jak drwale na wyrębie las rąbią. Nawet jeśli jesteśmy wrażliwymi polonistkami.

Rada na grypę

Nie czytam gazet dla kobiet, chociaż powinnam. Powinnam, ponieważ od czasu do czasu prowadzę jakąś pracę magisterską, w której przewija się ten wątek, a poza tym warto wiedzieć, jaka jest średnia wyobrażona kobiety polskiej. Jednak nawet „Wysokie Obcasy” śmiertelnie mnie nudzą tymi historyjkami z życia, które tak lubią, a zwłaszcza całym tym udawaniem kulturalnego dodatku z sesjami zdjęciowymi absurdalnych ciuchów w środku. Oczywiście, sporym zaskoczeniem bywają w tej sytuacji dla mnie niecodzienne spotkania z rzeczonymi periodykami, do jakich dochodzi w poczekalni u dentysty lub salonie fryzjerskim. Zdumienie, w jakie wprawiają mnie sztuczne światy sztucznych ludzi, bez końca powielane i kompletnie nieinteresujące, pozwala osłodzić smak zabiegów stomatologicznych i lepiej znieść rachunek za strzyżenie. Pewien przedsmak tych seansów odmóżdżenia dają mi portale internetowe, donoszące o słynnych i sławnych. Cóż, wzrok czasem leniwie spocznie na doniesieniach z ostatniej chwili przynoszących dramatyczną informację o rozwodzie kogoś, kogo nie znam.

W każdym razie nie czytam gazet dla kobiet, chyba że w jakichś szczególnych okolicznościach. Do takich zaliczam przebytą właśnie grypę, najcięższą od lat, trzymającą mnie w łóżku bez dostępu do inteligencji (mojej własnej i cudzej). Syn przyniósł mi „Twój Styl” z prezentem. Śmieć dołączony do „luksusowej edycji” nazywał się etui lub najmodniejsza torebka sezonu. Na cokolwiek, bowiem czytelniczki w swej kreatywności potrafią z czegoś takiego zrobić dodatek do sukienki balowej lub portfel na kasę zarobioną dzięki pozytywnemu spojrzeniu na swoje życie.

Jedno jest pewne. Pismo ma swoją wagę, na leżąco ogląda się kiepsko. Wszystko przez ciężki papier, niepotrzebnie zresztą błyszczący, trudno coś (może i dobrze) przeczytać. Z artykułu wstępnego dowiedziałam się, że misja przyświeca czy coś tam, nie zwykłe bliki. Następnie przeszłam do poradnictwa. Bo w sumie jak dla kobiet, to najważniejsze są porady. O włosie – trzeba stoczyć walkę i wygrać, żeby nie wypadał. Dowiadujemy się zatem, że trzeba dbać, bo wszystko ze złej pielęgnacji. Następują światłe uwagi, iż ciężkie odżywki szkodzą. Nie, nie! Nie do wiary! A piszą bez przerwy, żeby się tym całym g... okładać od rana do nocy od stóp po czubek głowy. I nagle to szkodzi? Ale w ogóle nic takiego, bo głupie baby nie są w stanie pojąć, iż trzeba dbać o siebie. Jak zadbają, nastąpi „wygrana walka o włos”. No więc nie nastąpi, wie o tym każda kobieta, która miała taki problem. Dość dramatyczny i na pewno nie spowodowany jedną trwałą za dużo. Inny artykuł informuje, że nie należy lekceważyć kataru. Dziękuję redakcji za tę poradę. Wysmarkam się następnym razem prawidłowo.

Dalej czytam, że osteoporoza jest poważna, ale nie poświęca się jej uwagi w pismach. Niezłe posunięcie. Chociaż o osteoporozie piszą wszyscy i wszędzie, zapowiedzieć ten temat jako wyjątkowy i poradzić, byśmy piły mleko (na które ja, na przykład, mam uczulenie). Wygląda na to, że ktoś w redakcji uczył się retoryki, bo konstrukcja pod względem perswazyjnym dobra, chociaż nie wiem, czy czytelniczki są w stanie zapomnieć, ile razy w minionym roku czytały o osteoporozie.

Nie wiem, czy to z okazji nadciągających walentynek, strasznie dużo w numerze o facetach. Porady seksuologiczne w formie opowieści o pani, która nie boi się gbura i lubi być uległa. Coś o miłości z zaskoczenia (po partyzancku?) oraz o drugim razie z pierwszym mężem. Bardzo ładne historyjki. Potem coś poważniejszego, pracoholiczki. No, no, drogie panie, gazetka dla kobiet sukcesu, jednakowoż dla męża i dziatek czas musi się znaleźć. Trochę dziwna opowieść Jana Peszka o Japonii, bo niby co i po co poza tym, że ktoś się tam przejechał i jest fajnie? Kuriozalna rekonstrukcja pracy nad scenariuszem do filmu Lejdis, podobno z życia i strasznie już fajnie (żeby nie użyć mocniejszego słowa), bo na przykład jedna właśnie miała spotkać się z dawną klasą, czyli normalnie: kosmetyczka, dieta, wybieranie sukienki. No to ja podziękuję za ten film. Nawiasem mówiąc, dopiero niedawno obejrzałam Testosteron i nie mam nic dobrego o tym filmie do powiedzenia, może trzy gagi i jedna wymiana ripost kwalifikują się na uśmiech. Ale ja się nie znam, może w damskim wydaniu te diety i „normalne sprawy normalnych kobiet” są odjazdowe, w każdym razie ja, normalnie, jak się mam spotkać z ludźmi też coś tam na siebie wkładam, myśląc raczej o tym, co im powiem. To nazywam „normalnie”, nie zaś operację powiększenia piersi.

Jest jeszcze dużo, dużo więcej. Między innymi wspomnienie żony o Marku Grechucie. Nie czepiałabym się, przynajmniej kulturalne, bez jakichś tam niby-intymnych dodatków, gdyby naczelny nie zadeklarował, że ten wywiad nim wstrząsnął, odsłaniając inną twarz barda. Hmm... Większość ludzi zna tych innych twarzy jeszcze kilka, Grechuta był wielki i rozpoznawalny w czasach, gdy nie mieliśmy tak świetnej kolorowej prasy. Szanuję prawo do dyskrecji, przysługujące wdowie, jednak wywiad jest wyjątkowo powściągliwy i nie pada w nim żadne ważne pytanie.

Jest jeszcze wywiad kulturalny nr 2, z Emily Griffin, z którego wynika, że najważniejsza jest rodzina i wychowywanie dzieci. Powiało konserwatyzmem dla klasy uciśnionych kobiet, w każdym razie powieści pani Griffin (że dowcipne, śmiałe i lekkie wierzę) także z pewnością nie przeczytam, chyba że zmuszona przez jakąś studentkę.

Chcę jeszcze dodać, że podpisy pod zdjęciami są bez sensu, a język wielu artykułów prymitywny, bo pewnie ma być komunikatywny. A przecież mówimy o gazecie „z wyższej półki”.

Gdyby zadać pytanie, co to wszystko znaczy – odpowiedź będzie prosta. Niby nic, nieszkodliwy dodatek do kultury rynku i konsumpcji, rozrywka za parę złotych. Jednak ten sposób opowiadania świata i niesione przezeń przesłanie dla kobiet są częścią procesu niepowstrzymanej socjalizacji kobiet, socjalizacji ku głupocie. Trzeba o tym czasem przypominać, albowiem najgorsza jest bezwarunkowa kapitulacja w tej sprawie. Kultura masowa nie prowadzi do niczego dobrego i nie daje się spacyfikować, jednak nie ustępujmy, bardzo Was proszę, nie twierdźmy, że ma swoje zalety. Pośmiejmy się razem z tematów, przesłań, modeli życia, z tego sztucznego blichtru, niedziałających rad i przepisów na życie, wykpijmy ciuchy dla wieszaków i przeczytajmy normalną gazetę. Też może nieidealną, ale o prawdziwym świecie i autentycznych ludziach. No, chyba że ktoś akurat ma grypę.

Poza fanzone

Warszawa 7.00, drugi weekend Euro 2012. Przemykam między czytaniem a społeczeństwem. Po Na krótko, planuję napisanie powieści „Poza fanzone”. Zaczynam lepiej rozumieć męską prozę. Postanawiam wobec tego pójść na długi urlop. Żeby pisać męską prozę. Żeby czytać męską prozę? Trzeci numer Szczecińskiego Dwumiesięcznika Kulturalnego „Pogranicza” zamierzaliśmy poświęcić piłce nożnej. Numeru nie będzie, świat i futbol nie zginą. Zniknięcia pisma nie zauważy nikt. Klęskę na boisku wchłonie wielki lej z klęskami, działający na symbolicznym terenie Polska. Co z tego wynika dla literatury?

Przyjechałam do Warszawy rano w dniu meczu Polska–Czechy. Nie, nie jestem tak wyalienowana, żeby nie wiedzieć, że ten akurat mecz rozgrywamy poza stolicą. Nie zmienia to dekoracji, jakże innej od piłkarskich pejzaży mijanych pociągiem relacji Wrocław–Katowice; dekoracji przygotowanych na „piłkarskie święto”, jak fantazyjnie nazywano mecze, aż to określenie weszło na stałe do języka. Więc w Warszawie nowoczesne dekoracje do nowoczesnego mundialu – puste, rozległe, wizualnie spójne, imponujące. W autobusie zapowiadają po polsku i angielsku transfer na stadion i do strefy kibica. Jeszcze jest cicho, dzień wstaje leniwie, ogródki przed knajpami w pobliżu strefy wysprzątane nad ranem, nawet upał nie opanował ulic, entuzjazm wycofany do sypialni, piwo nabiera bąbelków w beczkach, szaliki wiszą na oparciach krzeseł.

Tak mógłby zaczynać się horror, bo zaraz, za dwanaście godzin wszystko to pęknie, poleje się bursztynowy płyn, Marcin Zimoch popłynie, ustanawiając nowe wikicytaty, wrzasną, zaryczą, potem wyjdą na ulice, brzęknie szkło, zajęczy powietrze, do rana będą się cieszyć, nie dając mi spać, bo mam nieszczęście mieszkać w pobliżu ich miasta. Lub: za dwanaście godzin będą lizać rany, robić okłady na zdarte jękami rozpaczy gardła. Trzecia możliwość? Inne dwanaście godzin. Honorowa klęska, rozpacz i duma.

Tymczasem mogę jechać spokojnie, potrzebują snu, ciężko oddychają, wietrząc uszkodzone gardła. Piłkarze w najlepszych hotelach, pozostali gdziekolwiek. Bo piłkarze niczym księżniczka swoimi doskonałymi ciałami wyczują ziarnko grochu, więc potrzebują najmiększej pościeli i największych honorariów, żeby dać, żeby dać, żeby dać nam... Co?

O Euro napisano już stanowczo za dużo, więc to nie jest felieton o tym. Ani o tym, jak się mieszka w pobliżu prowincjonalnego stadionu, który także musi zostać koniecznie rozbudowany, żeby wzmocnić dobre samopoczucie tym wszystkim przewalającym się pod moimi oknami w dni meczowe, będącym w prawie do rozrywania przestrzeni napisami na murach, do przekleństw rzucanych między przydomowe klomby, do rytualnych gróźb pod adresem „obcych”. Więc to nie jest felieton o Euro 2012, o zyskach i stratach, pięknie nowych odcinków autostrad, wzniosłości stadionowej wspólnoty, przebiegłości polityków strojących się w szatki sportowe, romantyzmie gola strzelonego przez nowoczesnego herosa imponującego stanem konta. A jednak jedną rzecz napiszę, zanim przejdę do sedna, czyli do tematu łączącego pisanie, czytanie i futbol, do konspektu mojej nowej powieści, do drabinki scenariuszowej filmu, którego nikt nie chce. Otóż między wypowiedziami celebrytów-kibiców i kibiców-ekspertów znajdzie się miejsce na wszystko, także na analizę atrakcyjności piłkarzy oraz ich małżonek. Skoro tyle o tym gadali (choć starałam się nie słuchać), popatrzyłam i przyznam, że prawie nie ma piłkarzy, by tak rzec, podłej aparycji. Niegdyś, owszem, bywali, prawdę mówiąc, sławom polskiej piłki nożnej często brakowało urody, teraz zaś – właściwie wszyscy przystojni. Myślę, że tu działa selekcja. Nie wystarczy kopać, trzeba wyglądać, bo „nasze panie” też muszą czuć piłkę. Druga sprawa – rodziny. Informacje o tym, że przybywają do mężów i że żony (tu portrety) spędzą z zawodnikami dobę, w nagrodę lub ewentualnie dla podbudowania morale. W tym miejscu następuje znaczące zawieszenie głosu? Nie, bez zawieszenia, prosta informacja o strategii seksualnej sztabu trenerskiego. Dawniej zabraniali seksu, a teraz zalecają po wygranej? Czy przeciwnie? Na przegraną? Wszystko jedno, ale jakoś mnie zniesmacza fakt, że mam to wiedzieć. Wiedzieć, iż pan X ze swoją narzeczoną panią Y tego określonego dnia w tym a tym luksusowym Spa mają pozwolenie (może zalecenie) na godzinę seksu. Cały naród wyobraża sobie tę godzinę, zwłaszcza jeśli kandydatka na małżonkę, czy też małżonka są gwiazdami lub kimś takim. A piłkarz, jako się rzekło, powala. No więc ja nie jestem pruderyjna, ale mam dwie uwagi.

Po pierwsze: cieszę się, że w moim fachu nie ma takiej kontroli łóżka. Po drugie: jak jadę do tej mojej roboty, powiedzmy na konferencję, festiwal literacki, spotkanie autorskie, to jestem w robocie. Życie intymne nie stanowi części obowiązków zawodowych, więc ten motyw – dowożenia żon do strefy Euro 2012 – dopisuję jako część projektu powieści antyutopijnej: przyjdzie taki czas, że wszystkim będą dowozić żony na weekend, specjalnie oznaczonymi autobusami. Powstanie stały kanał relacjonujący część tych spotkań.

Już to widzę, już w myślach piszę. Pusta, piękna fanzone o świcie. Cięcie. Bohater gasi światło. Jest pusty, pusty w środku. Czytał do świtu, bał się usnąć. Usypia. Ma męczący sen erotyczny. Autobusy pięknych kobiet, on ze złotą kartą kredytową. Wszystkie z tabliczkami identyfikacyjnymi na szyjach, na tabliczkach jego adres IP. Wszystkie do niego, dla niego. Próbuje wyjaśnić zaistniałe na granicy majaczeń nieporozumienie. Nic z tego. Wysiadają z autobusu i kierują się prosto do jego małego mieszkanka po babci. Idą, uśmiechnięte i pachnące, pytając tylko „a gdzie tu jest łazienka”. Tymczasem, wiadomo, łazienka nieremontowana od czterech dekad, od meczu Polska–Rosja w Warszawie. Więc próbuje je powstrzymać, ale nic z tego. Wchodzą do tej łazienki z zasłonką w słoniki nieco wyblakle – babci się podobały, babcia miała sentyment. Włażą tam mimo próśb i gróźb, więc w końcu nasz bohater nie wytrzymuje, budzi się, a tymczasem fanzone ożyła. Jest dzień, przypomina sobie, że ten dzień. Tak, dziś dowiozą mu narzeczoną, ma niewykorzystany e-karnet, więc mu do domu dowiozą, sczytując numer jego złotej karty kibica.

Fantazja mało fantastyczna, bo rano po nocy na terytorium kibica słyszę, że któryś z naszej cudownej drużyny już zdążył powiedzieć, że to wszystko z powodu niedostatecznego serwisu wobec rodzin. Grać nie mogli, bo się o swoje kobiety martwili, inaczej niż dajmy na to Grecy, którym te żony płynnie gdzie trzeba dostarczali.

Najlepszą futbolową prozę piszą melancholicy. Wśród pisarzy coraz więcej znajdziemy melancholików. O ile ten stan, czy też ten styl w XX wieku oznaczał wchodzenie w wiek średni, dziś coraz młodsi zaczynają od spleenu. W pewnym sensie działają wbrew biologii, jednak czy pisarz musi trzymać się jakichś zasad? Coraz młodsi więc pragną odejść, tęsknią do samotniczych wyczynów w jakiejś dżungli (może być miejska), rozpamiętują stan wyłączenia, przeszłość, niemożność. Uratować może ich sport, zwłaszcza zaś piłka nożna.

Czyż tacy piewcy futbolu, jak Jerzy Pilch, Wojciech Kuczok, Marek Bieńczyk (który nie stawia piłki na pierwszym miejscu, chyba że patrzy na nią okiem melancholicznym) nie wyznaczają jedynego możliwego zwrotu akcji? Z dusznych, samotnych, zakleszczonych światów można wybiec na murawę lub do biblioteki. Nie ma innych kierunków – murawa lub biblioteka.

Dodam, że znam takich mężczyzn. Murawa lub biblioteka. Trawa, po której biegną do bramki, leczy ich delikatne dusze. Książki utrzymują stan lekkiego załamania, bez którego nie byliby sobą.

Młodsi wezmą może te autobusy z modelkami, pogodzą się z faktem, że piłka przestała być przedłużeniem chłopięctwa, grą we wspólnotę, lecz jest i tym – obietnicą spełnienia. Może w ich prozach, skazujących bohaterów na tułactwo, rodzinne porachunki, zdystansowane obserwacje innych ludzi, pojawi się ten nowy obraz sportu: ucieczki od realnego świata w utopię fanzone. Prawdę mówiąc, mnie fanzone przeraża, ale obiecałam sobie empatię wobec męskiej prozy, więc prognoza jest taka: młodzi melancholicy napiszą w najbliższych czasie nowe prozy futbolowe. Bohater S.T. obudzi się rano w metrze pełnym wampirzyc-fanek. T.Z. wysiądzie na stacji PoKraWi, gdzie będzie czekać P.P., M.Ł. i kolejka górska do pensjonatu dla kontuzjowanych, wypełnionego pamiętnikami rodzin. Po drodze umyją zasprejowane plugawo ściany, wykorzystując sprzęt wspinaczkowy. T.M. odważy się pójść na mecz, a J.D. kupi akcesoria kibica na ulicznym straganie. Dalej wymyślą sami. Może inni dołączą. Melancholicy do fanzone! Nic tak nie leczy. Poza tym między biblioteką a fanzone rozciąga się bezgraniczna pustynia. Uciec można tu lub tu. Do pisania albo do utopii. Do pisania o utopii.

Nie ma się z czego śmiać

Ciąg dalszy w wersji pełnej

CZĘŚĆ DRUGAPrzełamując fale (feminizmu i wszystkie inne)
Gdzie boli różnica?

Dostępne w wersji pełnej

Taki numer

Dostępne w wersji pełnej

Pisarka jako człowiek

Dostępne w wersji pełnej

Drzemka i wybaczenie

Dostępne w wersji pełnej

Bliżej ideologii

Dostępne w wersji pełnej

Odpowiedzialność za patrzenie

Dostępne w wersji pełnej

Co jest czytane

Dostępne w wersji pełnej

Jedyna uratowanka

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ TRZECIATryb podróżny i osiadły
Podglądanie

Dostępne w wersji pełnej

Kryzys pamiątkarstwa

Dostępne w wersji pełnej

Mężczyźni, którzy chodzą w klapkach

Dostępne w wersji pełnej

Cienki płaszczyk a fikcja

Dostępne w wersji pełnej

Żadnych kompromisów!

Dostępne w wersji pełnej

Spotkania polsko-niemieckie

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ CZWARTAMyślenie jest polityczne
Naukowcy i żony z marginesu

Dostępne w wersji pełnej

Stawka autorska

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ PIĄTAMijanie
Wiek właściwy

Dostępne w wersji pełnej

W moim wieku

Dostępne w wersji pełnej

Dzień Babci

Dostępne w wersji pełnej

Wierność

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ SZÓSTABlogw życiu (raczej nieprywatnym)
4 kwietnia 2010 Początek

Dostępne w wersji pełnej

10 kwietnia 2010 Katastrofa

Dostępne w wersji pełnej

12 kwietnia 2010 Branie

Dostępne w wersji pełnej

13 kwietnia 2010 Lot do Warszawy

Dostępne w wersji pełnej

15 kwietnia 2010 Medialna żałoba

Dostępne w wersji pełnej

17 kwietnia 2010 Zobowiązania żałobne

Dostępne w wersji pełnej

19 kwietnia 2010 Po żałobie

Dostępne w wersji pełnej

21 kwietnia 2010 Poetyckie niebezpieczeństwo

Dostępne w wersji pełnej

23 kwietnia 2010 Odcinek narcystyczny

Dostępne w wersji pełnej

25 kwietnia 2010 Czy głosowałabym na kandydatkę PIS?

Dostępne w wersji pełnej

30 kwietnia 2010 Kryzys reprezentacji

Dostępne w wersji pełnej

4 maja 2010 Konferencja genderowa?

Dostępne w wersji pełnej

9 maja 2010 Doba w Sosnowcu

Dostępne w wersji pełnej

12 maja 2010 Spotkania

Dostępne w wersji pełnej

19 maja 2010 Targi

Dostępne w wersji pełnej

23 maja 2010 Kalendarzyk mieszczański

Dostępne w wersji pełnej

26 maja 2010 Druga doba w kinie

Dostępne w wersji pełnej

30 maja 2010 Werdykt

Dostępne w wersji pełnej

7 czerwca 2010 Urodziny pisarki

Dostępne w wersji pełnej

13 czerwca 2010 Nienawistnicy polscy

Dostępne w wersji pełnej

28 czerwca 2010 Neoliberalizm?

Dostępne w wersji pełnej

5 lipca 2010 Wasza ambasadorka

Dostępne w wersji pełnej

13 lipca 2010 Chłodnik litewski

Dostępne w wersji pełnej

19 lipca 2010 Chłodnik litewski – cela Konrada

Dostępne w wersji pełnej

24 lipca 2010 Chłodnik 3

Dostępne w wersji pełnej

2 sierpnia 2010 Średniowiecze w budowie

Dostępne w wersji pełnej

4 sierpnia 2010 Krzyże

Dostępne w wersji pełnej

16 sierpnia 2010 Chłodnik w Nidzie

Dostępne w wersji pełnej

25 sierpnia 2010 Exodus

Dostępne w wersji pełnej

26 sierpnia 2010 Ostatni chłodnik

Dostępne w wersji pełnej

2 września 2010 Śladami Magdy

Dostępne w wersji pełnej

15 września 2010 Na granicy

Dostępne w wersji pełnej

20 września 2010 Nike 2010

Dostępne w wersji pełnej

26 września 2010 Idiotyzm w kinie

Dostępne w wersji pełnej

1 października 2010 Nike po roku

Dostępne w wersji pełnej

5 października 2010 Budyniowy paraliż

Dostępne w wersji pełnej

5 listopada 2010 Cztery siostry

Dostępne w wersji pełnej

13 listopada 2010 Szalony listopad

Dostępne w wersji pełnej

8 grudnia 2010 Nagrody zimy

Dostępne w wersji pełnej

16 grudnia 2010 Święta

Dostępne w wersji pełnej

26 grudnia 2010 Święta

Dostępne w wersji pełnej

6 stycznia 2011 Jestem wprost fenomenalna

Dostępne w wersji pełnej

22 stycznia 2011 Żałoba

Dostępne w wersji pełnej

25 stycznia 2011 Malutki jubileusz

Dostępne w wersji pełnej

31 stycznia 2011 Egipt

Dostępne w wersji pełnej

7 lutego 2011 Osobozespół

Dostępne w wersji pełnej

4 marca 2011 Test kompetencji

Dostępne w wersji pełnej

6 marca 2011 Na ósmego marca

Dostępne w wersji pełnej

15 marca 2011 Polityka i reszta

Dostępne w wersji pełnej

26 marca 2011 Pop-chłopcy

Dostępne w wersji pełnej

4 kwietnia 2011 Znieść piłkę

Dostępne w wersji pełnej

10 kwietnia 2011 Rocznica

Dostępne w wersji pełnej

15 kwietnia 2011 Czytanie

Dostępne w wersji pełnej

24 kwietnia 2011 Wielkanoc

Dostępne w wersji pełnej

28 kwietnia 2011 Obrazek wiedeński

Dostępne w wersji pełnej

7 maja 2011 Wojna kibolowa

Dostępne w wersji pełnej

14 maja 2011 Spotkania

Dostępne w wersji pełnej

15 maja 2011 Wstrząs

Dostępne w wersji pełnej

5 czerwca 2011 Urodziny

Dostępne w wersji pełnej

7 czerwca 2011 Zasada decorum

Dostępne w wersji pełnej

15 czerwca 2011 Znów o uczelniach

Dostępne w wersji pełnej

28 czerwca 2011 Chór i mój autosuplement

Dostępne w wersji pełnej

14 lipca 2011 Przypadkowy respondent na Litwie

Dostępne w wersji pełnej

18 lipca 2011 Berlin, nie Aleksanderplatz

Dostępne w wersji pełnej

4 sierpnia 2011 Autobiografia

Dostępne w wersji pełnej

11 sierpnia 2011 Za tych, co już nie na morzu

Dostępne w wersji pełnej

18 sierpnia 2011 Nida po roku

Dostępne w wersji pełnej

19 sierpnia 2011 Kibicka

Dostępne w wersji pełnej

23 sierpnia 2011 Piękne obyczaje

Dostępne w wersji pełnej

6 września 2011 Nałkowska

Dostępne w wersji pełnej

17 września 2011 Mięso

Dostępne w wersji pełnej

20 września 2011 Skóra

Dostępne w wersji pełnej

25 września 2011 Dwa kongresy

Dostępne w wersji pełnej

29 września 2011 Nauka za kasę

Dostępne w wersji pełnej

2 października 2011 Nike

Dostępne w wersji pełnej

7 października 2011 Kaskada

Dostępne w wersji pełnej

19 października 2011 Komunikacja interkulturowa

Dostępne w wersji pełnej

6 listopada 2011 Zawód Polska

Dostępne w wersji pełnej

22 listopada 2011 Zlikwidowanie „Pograniczy”

Dostępne w wersji pełnej

18 grudnia 2011 Anna Augustynowicz

Dostępne w wersji pełnej

15 stycznia 2012 KRK, koty, miłość do Palestyny

Dostępne w wersji pełnej

14 lutego 2012 Mała Madzia i eksperci

Dostępne w wersji pełnej

17 lutego 2012 Syndrom postaborcyjny

Dostępne w wersji pełnej

19 lutego 2012 Aneks do kobiecej biografii

Dostępne w wersji pełnej

17 marca 2012 Życie w życiu

Dostępne w wersji pełnej

2 kwietnia 2012 Na sprzedaż

Dostępne w wersji pełnej

21 kwietnia 2012 Na krótko – odc. 1

Dostępne w wersji pełnej

23 kwietnia 2012 Na krótko – odc. 2

Dostępne w wersji pełnej

28 kwietnia 2012 Na krótko – odc. 3

Dostępne w wersji pełnej

8 maja 2012 Na krótko – odc. 4

Dostępne w wersji pełnej

11 maja 2012 Na krótko – odc. 5

Dostępne w wersji pełnej

12 maja 2012 Na krótko – odc. 6

Dostępne w wersji pełnej

25 maja 2012 Na krótko – odc. 7

Dostępne w wersji pełnej

3 czerwca 2012 Na krótko – odc. 8, z Łodzi

Dostępne w wersji pełnej

9 czerwca 2012 Na krótko – odc. 9, Poznań–Łódź–Warszawa–Szczecin

Dostępne w wersji pełnej

10 czerwca 2012 Na krótko – odc. 10, Koszalin–Sala Senatu–Szczecin

Dostępne w wersji pełnej

17 czerwca 2012 Na krótko – odc. 11, ze strefy kibica

Dostępne w wersji pełnej

7 lipca 2012 Mówienie

Dostępne w wersji pełnej

11 lipca 2012 Tydzień na krótko

Dostępne w wersji pełnej

29 lipca 2012 FLAK powieści erotycznych

Dostępne w wersji pełnej

2 sierpnia 2012 Lęk przed zmianą

Dostępne w wersji pełnej

3 sierpnia 2012 Topografia

Dostępne w wersji pełnej

4 sierpnia 2012 Czytanie

Dostępne w wersji pełnej

6 sierpnia 2012 Język

Dostępne w wersji pełnej

7 sierpnia 2012 Ustrój

Dostępne w wersji pełnej

16 sierpnia 2012 Curiosity

Dostępne w wersji pełnej

21 sierpnia 2012 Jechać do Rygi

Dostępne w wersji pełnej

28 sierpnia 2012 Triumf myśli radzieckiej

Dostępne w wersji pełnej

11 września 2012 Greifswald (krótko)

Dostępne w wersji pełnej

21 września 2012 Artykół

Dostępne w wersji pełnej

Redakcja

Urszula Hollanek

Korekta

Jadwiga Piller

Jadwiga Przeczek

Copyright © Inga Iwasiów, 2013

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2013

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

ISBN 978-83-64142-20-8

wielkalitera.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl