Bliźnięta z Piolenc - Sandrine Destombes - ebook

Bliźnięta z Piolenc ebook

Sandrine Destombes

4,0

Opis

„Powieść, która porywa i uzależnia do tego stopnia, że nie można się od niej oderwać ani na chwilę. Wyjątkowa atmosfera i styl”. Michel Bussi Sierpień 1989 roku. Solène i Raphaël, jedenastoletnie bliźnięta z niewielkiego miasteczka Piolenc w departamencie Vaucluse, znikają podczas lokalnego Święta Czosnku. Trzy miesiące później jedno z nich zostaje odnalezione. Martwe. Czerwiec 2018 roku. W Piolenc znikają kolejne dzieci. Wszystko powraca niczym upiorne echo wydarzeń sprzed blisko trzydziestu lat. W miasteczku wybucha panika. Jedyną nadzieją na odnalezienie dzieci jest rozwikłanie tajemnicy z przeszłości i ustalenie, co przydarzyło się Solène i Raphaëlowi. Nawet, jeśli miałoby to oznaczać rozdrapywanie już zabliźnionych ran.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 316

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Les jumeaux de Piolenc

© 2018, Hugo Thriller, département de Hugo Publishing

This edition is published by arrangement with Hugo Publishing in conjunction with its duly appointed agents L’Autre agence, Paris, France and Renata de La Chapelle Agency, Poland. All rights reserved

Copyright © 2020 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2020 for the Polish translation by Maria Zawadzka-Strączek (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Magdalena Stec

Korekta: Maria Zając

ISBN: 978-83-66512-77-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E - wydanie 2020

Mojemu mężowi, który jest bohaterem

Prolog

1 września 1989 roku

(…) Rządowe centrum informacji drogowej Bison Futé doradza wszystkim kierowcom unikanie głównych tras między dziesiątką a osiemnastką. Na najbliższą niedzielę natężenie ruchu zostało oznaczone kolorem pomarańczowym.

Aktualności dnia: wciąż nie ma śladu po bliźniętach z Piolenc, dwójce jedenastoletnich dzieci, które zaginęły w zeszłą sobotę podczas lokalnego Święta Czosnku, obchodzonego jak co roku w ostatni weekend sierpnia. Kolejna akcja poszukiwawcza żandarmerii z Orange wyruszy jutro o dziesiątej. Nasz korespondent specjalny Matthieu Boteau rozmawiał z licznymi mieszkańcami, którzy zamierzają wziąć udział w poszukiwaniach…

11 listopada 1989 roku

(…) Dziękujemy za zdjęcia Olivierowi Yannowi i Bertrandowi Cortemu. Z tej okazji Antenne 2 wyemituje dziś wieczorem archiwalny dokument poświęcony budowie muru berlińskiego. Następnie, w programie specjalnym, postaramy się przedstawić państwu wyzwania polityczne i gospodarcze, przed którymi stoją Niemcy.

Przejdźmy do wiadomości: dziś rano sprawa bliźniąt z Piolenc znalazła swój tragiczny finał. Ciało małej Solène odnaleziono na cmentarzu przy kaplicy Saint-Michel du Castellas w Uchaux, niespełna dziesięć kilometrów od miejsca, w którym widziano dziewczynkę po raz ostatni. Ze wstępnych szacunków żandarmerii wynika, że do zgonu dziecka doszło niecałą dobę przed odnalezieniem ciała. Udało nam się porozmawiać z ogrodnikiem parafii, który dokonał tego potwornego odkrycia. Głęboko poruszony mężczyzna porównał małą Solène do anioła: miała na sobie białą sukienkę, a we włosach wianek upleciony z kwiatów. Wyglądała tak spokojnie, że mimo panującego chłodu mężczyzna pomyślał w pierwszej chwili, że dziewczynka po prostu śpi – dopiero później rozpoznał twarz zaginionej, której zdjęcia wciąż są rozwieszane w całej okolicy. Nadal nie znaleziono jej brata bliźniaka, ale nie ulega wątpliwości, że ze względu na to potworne odkrycie śledztwo zostanie wznowione…

1 stycznia 1990 roku

(…) doliczono się stu dziewięćdziesięciu siedmiu samochodów podpalonych tylko w tym departamencie. Prefektura chciałaby jednak podkreślić, że liczba ta jest nieco niższa od zeszłorocznej.

Warto wspomnieć o jeszcze jednym akcie wandalizmu, do którego doszło w noc sylwestrową, ale z powodu innego niż zabawa czy spożycie alkoholu: mieszkańcy Piolenc, miasteczka położonego w Vaucluse, mieli wątpliwą przyjemność oglądać nienawistne napisy na fasadzie swojego merostwa. Te słowa, wymalowane krwistą czerwienią, oskarżały władze o to, że w niedostatecznym stopniu zaangażowały się w poszukiwania Raphaëla, jednego z bliźniąt z Piolenc. Losy chłopca pozostają nieznane. Śledztwo dotyczące zabójstwa jego siostry jest nadal w toku, ale żandarmeria z Orange pośrednio przyznaje, że nie wierzy w pozytywne rozstrzygnięcie tej sprawy. Chodzi tu, przypomnijmy, o chłopca mającego zaledwie jedenaście lat.

14 lutego 1996 roku

(…) To święto, bardzo popularne po drugiej stronie Atlantyku, jest u nas, we Francji, przedmiotem wielu dyskusji. O ile wydaje się, że idea romantycznej kolacji albo drobnego prezentu nie przeszkadza Francuzkom, sonda uliczna, którą zaraz państwu przedstawimy, dowodzi, że mężczyźni nie do końca podzielają ten punkt widzenia i uważają walentynki za przedsięwzięcie czysto komercyjne…

Dziękujemy Alainowi Fauremu. A teraz wróćmy do tematu, którym zajmowaliśmy się na początku tygodnia. W poniedziałek Victor Lessage złoży wniosek o wznowienie śledztwa w sprawie zabójstwa jego córki Solène i zaginięcia syna Raphaëla. Po siedmiu latach od tamtych tragicznych wydarzeń ojciec bliźniąt zdecydował się na ekshumację ciała córki i pobranie próbki DNA. Warto przypomnieć, że ta metoda, od roku coraz częściej stosowana przez policję, pozwoliła rozwiązać wiele spraw. Jest z nami w studio Michel Chevalet, który opowie o technice mitochondrialnego DNA – mam nadzieję, że dobrze wymawiam tę nazwę – i wyjaśni, w jaki sposób to odkrycie stanowi prawdziwą rewolucję w dziedzinie kryminalistyki.

31 sierpnia 2009 roku

(…) Minister edukacji narodowej, który objął stanowisko zaledwie dwa miesiące temu, spodziewa się burzliwego rozpoczęcia nowego roku szkolnego. Pan Luc Chatel będzie jutro rano gościł na naszej antenie i wytłumaczy, co zmieni się w życiu naszych dzieci, odpowie również na pytania słuchaczy.

Dziś o piętnastej odbędzie się pogrzeb Luce Lessage, matki bliźniąt z Piolenc, która odebrała sobie życie w zeszłą środę, we własnym domu, dokładnie dwadzieścia lat po uprowadzeniu dzieci. Przypomnijmy, że ciało małej Solène znaleziono dwa i pół miesiąca po zniknięciu dziewczynki, a okoliczności jej śmierci nigdy nie wyjaśniono. Jej brata Raphaëla do dziś uznaje się za zaginionego. Bezpośrednio po uroczystościach w Piolenc rozpocznie się biały marsz. Organizatorzy spodziewają się ponad dziesięciu tysięcy uczestników, czyli dwa razy więcej niż liczba mieszkańców tej miejscowości. Mają nadzieję, że w ten sposób na nowo przypomną opinii publicznej o tej ponurej sprawie, o której nikt w okolicy nie zapomniał. Victor Lessage, ojciec bliźniąt, prawdopodobnie stanie na czele marszu.

21 czerwca 2018 roku

(…) Mimo trwającej od dwóch dni mobilizacji sił porządkowych wciąż nie ma śladu po małej Nadii Vernois. Jedenastoletnią dziewczynkę widziano po raz ostatni pod La Ròca, szkołą w Piolenc. Nadia, która zwykle wraca do domu w towarzystwie dwóch przyjaciółek, powiedziała im, że idzie do lekarza, i ruszyła w przeciwnym kierunku. Warto zwrócić uwagę, że to zaginięcie rozbudza w mieszkańcach miasteczka bolesne wspomnienia. Równo dwadzieścia dziewięć lat temu uprowadzono bliźnięta z Piolenc, Solène i Raphaëla. Miejmy nadzieję, że mała Nadia nie podzieli losu Solène. Tamtej zbrodni nie wyjaśniono do dzisiaj, a do przedawnienia sprawy dojdzie w przyszłym miesiącu.

Na koniec powróćmy do bardziej radosnych tematów – choć może nie do końca, bo musimy poinformować, że trzydzieste szóste Święto Muzyki większość Francuzów będzie obchodziła w deszczu. Wydaje się jednak, że zła pogoda nie zniechęca młodych, świetnie zapowiadających się muzyków, z którymi rozmowę przeprowadził dla nas Florent Thomas. Florent, oddajemy ci głos…

Rozdział 1

Jean nie odrywał wzroku od Victora Lessage’a. Czekał na wyjaśnienie, które nie nadchodziło. Dawni koledzy z żandarmerii w Orange wyświadczyli mu przysługę i pozwolili porozmawiać z tym człowiekiem, którego znał od blisko trzydziestu lat i który przebywał teraz w areszcie. Victor sam poprosił o widzenie. Po tych wszystkich latach ojciec bliźniąt wciąż mu ufał, choć Jean nie wiedział, czy na to zasługuje.

– Powiedz mi, że nie masz nic wspólnego z zaginięciem małej Nadii.

– Jak śmiesz sugerować coś takiego? – rzucił Victor. Wydawał się przygnębiony.

Jean nigdy nie widział go w takim nastroju. Zaskoczyła go ta zmiana. Victor Lessage był od dziesięcioleci człowiekiem kipiącym z wściekłości. Człowiekiem zbuntowanym, prowokatorem, czasem nawet oskarżycielem – ale nigdy człowiekiem przybitym i pokonanym. Jean żałował, że musiał to powiedzieć, ale okoliczności świadczyły przeciwko Victorowi, a ignorowanie tego faktu w żaden sposób by mu nie pomogło.

– Dlaczego mnie tu wezwałeś?

– Wiesz doskonale, że mnie nie posłuchają. Idealnie nadaję się na podejrzanego. Od miesięcy walczę o to, żeby sprawa zabójstwa Solène się nie przedawniła, i oto nagle kolejna mała dziewczynka zostaje porwana tuż przed tą feralną datą. Śledczy na pewno wrócą do moich akt. Co prawda twoi koledzy nigdy nie byli szczególnie lotni, ale w tym przypadku nie trzeba szukać daleko. To mnie najbardziej opłaca się ta zbrodnia. Na ich miejscu sam bym siebie zatrzymał.

Jean się uśmiechnął. Odkąd się poznali, Victor otwarcie dawał upust pogardzie, jaką darzył mundurowych – i trudno było mu się dziwić. Zaginęła dwójka jego dzieci: córkę stracił na zawsze, syna mógł spotkać podobny los. Mimo to nigdy nie wyjaśniono tej sprawy. Jean Wimez nie potrafił zrozumieć, dlaczego on sam, choć prowadził przecież śledztwo, które miało na celu ustalenie przebiegu wydarzeń, zawsze cieszył się sympatią Victora.

– Mają też inne obciążające cię dowody – dodał wbrew sobie. – Znaleźli w twoim salonie spinkę dziewczynki.

– Nadia od czasu do czasu mnie odwiedzała.

– Jak to? Od kiedy? Wspominałeś o tym moim kolegom?

– Żeby wzięli mnie za starego zboka? Nie, daruję sobie.

– Powiedz mi, dlaczego Nadia cię odwiedzała! – nalegał Jean, który nagle poczuł się nieswojo.

– Rozluźnij się, Jeannot, to nie to, co myślisz. Nie stało się nic zdrożnego. Każdy psycholog by ci powiedział, że dokonałem klasycznego przeniesienia uczuć na tę małą, ale przysięgam, że to nieprawda. Nadia znała historię naszej rodziny, całkiem dobrze się z niej obkuła. Chciała napisać wypracowanie o Solène. Wiesz, to miał być taki dłuższy referat, który na koniec roku wygłaszasz przed całą klasą. Ta mała z jakiegoś powodu uznała, że jej rówieśnicy powinni się dowiedzieć, co przydarzyło się mojej rodzinie. Uważała to za swój obowiązek. Miała dobre serce.

– Czemu mówisz o niej w czasie przeszłym? – przerwał mu Jean tonem ostrzejszym, niż zamierzał.

– Masz rację – szepnął Victor. – Widocznie jednak przeniosłem na nią uczucia. Słuchaj, Jean, nie wiem, co przytrafiło się tej małej, ale przysięgam, że pierwszy zacznę jej szukać, jeśli tylko mnie stąd wypuszczą. Chyba nie wierzysz, że czułbym się mniej samotny, gdyby spotkało ją coś złego? Bólu się nie dzieli. Ostatecznie to zrozumiałem.

Jean uważnie przyglądał się temu człowiekowi, którego zawsze po cichu podziwiał. Przez te wszystkie lata Victor Lessage walczył z całych sił. Walczył o to, by wymierzono sprawiedliwość i by nie zapomniano o nim i jego dzieciach. Nawet samobójstwo żony nie zdołało ugasić jego pragnienia prawdy. Cały wolny czas poświęcał na szukanie najdrobniejszego choćby uskoku, szczeliny, która pozwoliłaby mu wywołać trzęsienie ziemi. Czytał wszystkie czasopis­ma naukowe, szukając nowych technologii, które śledczy mogliby zastosować w jego sprawie. Właśnie w ten sposób wpadł na pomysł z testem DNA, choć żandarmeria dopiero oswajała się z tą metodą. Niestety Victor na próżno zdecydował się na ekshumację córki. Badania niczego nie wykazały, a on musiał po raz kolejny pogodzić się z porażką. Założył nawet stowarzyszenie poświęcone pamięci Solène. W pierwszych latach zrzeszało sporo osób, ale z biegiem czasu te kontakty się rozluźniły. Kiedy pojawił się Facebook, Victor czym prędzej kupił komputer i założył sobie profil. Już dawno zrozumiał, jaka siła drzemie w mediach. Jego wybuch w merostwie, transmitowany w telewizji prawie trzydzieści lat wcześniej, zapewnił mu wsparcie wielu ludzi z całej Francji. Postanowił zatem wykorzystać nowe narzędzia, którymi dysponował: media społecznościowe. Miał ponad pięć tysięcy „znajomych”. Żadnej z tych osób nie znał osobiście, ale nie przeszkadzało mu to apelować do nich o pomoc, ilekroć chciał przypomnieć władzom, że sprawa bliźniąt wciąż nie została umorzona. Jak dotąd jego wysiłki nie przyniosły jednak żadnych efektów – i właśnie to budziło największy podziw Jeana. Ten człowiek, choć stracił żonę i dzieci, nie zamierzał się poddać.

– Moi koledzy mówili, że nie masz alibi na dzień zaginięcia Nadii. To prawda? – zapytał Jean po dłuższej chwili.

– Kiedy wreszcie przestaniesz nazywać ich „kolegami”? – odpowiedział Victor. – Przeszedłeś na emeryturę prawie dziesięć lat temu.

– Wiesz, co się mówi: żandarmem jest się na zawsze…

– Nigdy czegoś takiego nie słyszałem!

– Może to wymyśliłem – przyznał Jean. – Ale wróćmy do twojego alibi, dobrze?

– Wszystko już im powiedziałem, czego jeszcze oczekujesz? Byłem w domu. Sam. Tak jak każdego innego dnia, odkąd Luce postanowiła się powiesić.

– Nikt cię nie widział?

– Nie rozumiesz słowa „sam”?

– Rozmawiajmy poważnie, proszę cię. Nie dzwoniłeś do nikogo? Nie kupowałeś jakiegoś filmu na VOD?

– Po południu?

– Postaraj się, Victorze! Może nie zauważyłeś, ale próbuję ci pomóc.

Lessage rozważał przez chwilę jego pytanie, tym razem z nieco większym skupieniem, lecz ostatecznie pokręcił głową.

– Samotny i bezczynny. Idealny winowajca!

– Chyba nie do końca zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji – zirytował się Jean.

– Wręcz przeciwnie – odpowiedział chłodno Victor. – Jeśli ktoś zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji, to właśnie ja! My tu sobie ucinamy pogawędki, twoi „koledzy” zbierają na oślep pseudodowody, a małej Nadii nikt nie szuka.

– To nieprawda! Nie powinieneś tak mówić. Dają z siebie wszystko. Twój dom i ogród zostały już przewrócone do góry nogami, a w czasie naszej rozmowy śledczy na pewno przeczesują twoje winnice.

– W takim razie niech Bóg ma w opiece to dziecko, Jean. Na nikogo innego nie można, jak widać, liczyć.

Rozdział 2

Jean od dwóch godzin usiłował wydobyć jakieś informacje od Victora Lessage’a. Bez rezultatu. Człowiek, który siedział naprzeciw niego, wydawał się rozbity i zrezygnowany. „Potępieniec z Piolenc”, jak nazywali go niektórzy mieszkańcy miasteczka, nie reagował już na prowokacje byłego żandarma. Jean Wimez nie oczekiwał jednak, że Lessage przyzna się do zbrodni. Ani przez chwilę nie wierzył w jego winę. Nie, liczył raczej na reakcję, na cokolwiek, co pozwoliłoby mu wyciągnąć Victora z aresztu.

On sam wolałby teraz przebywać jak najdalej stąd. Sprawa bliźniąt z Piolenc była kiedyś „jego” sprawą, a raczej jego klęską, wielkim nieszczęściem. Tuż po awansie, w wieku trzydziestu pięciu lat, stanął nagle na czele centrum kryzysowego, które bardzo szybko przestało panować nad sytuacją. Mówi się, że pierwszych czterdzieści osiem godzin po zaginięciu dziecka ma kluczowe znaczenie. Jean boleśnie szybko zrozumiał trafność tych statystyk.

Doskonale pamiętał poranek 11 listopada 1989 roku. Niewiele spał tamtej nocy, choć tym razem snu z powiek nie spędzało mu śledztwo: zahipnotyzowały go relacje z upadku muru berlińskiego, transmitowane na żywo od dwudziestu czterech godzin. Rostropowicz i jego wiolonczela wzruszyli go do łez. Nie dało się tego jednak w żaden sposób porównać do uczuć, które towarzyszyły mu zaledwie kilka godzin później.

Solène w sukience komunijnej. Wianek z białych kwiatów we włosach. Drobne ciałko ułożone delikatnie na mokrej trawie i dłonie spoczywające na klatce piersiowej. Jean podzielał zdanie ogrodnika, który znalazł dziewczynkę: wyglądała jak anioł.

Autopsja wykazała, że Solène nie padła ofiarą molestowania, nie została też wykorzystana seksualnie. Była to niewielka pociecha, ale właśnie na tym skupiło się całe miasteczko. Dziewczynka została uduszona. Ponieważ nie znaleziono w tchawicy żadnych włókien, przyjęto, że morderca udusił ofiarę, blokując jej drogi oddechowe dłońmi. Nawet niezbyt silna osoba bez trudu zdołałaby tego dokonać.

Ubranie, w którym znaleziono Solène, nie należało do niej. Ponieważ pasowało idealnie, wydedukowano, że zabójca kupił je specjalnie dla dziewczynki. Był to pierwszy trop, na który trafili w ciągu trzech miesięcy. Śledczy sprawdzili każdy sklep z ubraniami dla dzieci w regionie, odwiedzili też wszystkie okoliczne krawcowe – ale nic to nie dało.

Po wielu tygodniach poszukiwań musieli spojrzeć prawdzie w oczy. Odnalezienie ciała Solène w żadnym stopniu nie posunęło dochodzenia naprzód. Ta śmierć pozostawała zagadką i nikt już nie liczył na to, że Raphaël zostanie znaleziony cały i zdrowy. Tylko Jean Wimez nie tracił nadziei. On i Victor Lessage, rzecz jasna. Z tej wspólnej wiary zrodziła się przyjaźń, a przynajmniej znajomość oparta na obopólnym szacunku.

– Sprawdziliście cmentarz?

Słowa Victora zaskoczyły Jeana. To on zadawał pytania od momentu, w którym wkroczył do pokoju przesłuchań.

– Cmentarz Saint-Michel?

– Oczywiście! A jaki inny?

– Victorze, na razie nic nie wskazuje, żeby porwanie Nadii w jakikolwiek sposób wiązało się z uprowadzeniem Solène.

– I Raphaëla.

– Słucham?

– Powiedziałem: „I Raphaëla”! – powtórzył Victor, wyraźnie zirytowany. – Cały świat wydaje się zapominać, że mój mały synek wciąż gdzieś tam jest.

Jean milczał. Co mógł powiedzieć oprócz tego, że tamten mały chłopiec, o ile w ogóle przeżył, musiał mieć teraz czterdzieści lat i z całą pewnością nic go już nie łączyło z dzieckiem, które znał i kochał Victor?

– Nie wiem, czy przeszukali cmentarz – przyznał wreszcie Wimez – ale im to zasugeruję.

– Dziękuję.

– Nie dziękuj, Victorze. Nie mam pojęcia, czy mnie posłuchają. Mogą nie być skłonni do współpracy, dopóki nie wykluczą twojego udziału.

– Ale chyba wznowią teraz śledztwo dotyczące moich dzieci?

– Na twoim miejscu nie liczyłbym na to. Znów jesteś głównym podejrzanym, a większość tych żandarmów była jeszcze w powijakach, kiedy zaginęły bliźnięta. Wiem, że nie to chciałeś usłyszeć, ale Solène i Raphaël z całą pewnością nie są teraz dla nich priorytetem.

– Ten sam wiek, ta sama szkoła, prawie ta sama data… Nie mów, że twoja wiara w przypadki jest tak silna!

– Zgadzam się co do wieku. Jeśli chodzi o szkołę, to pamiętaj, że w Piolenc połowa dzieci uczy się w La Ròca. Pozostaje kwestia daty: to ty układasz tę historię tak, jak ci wygodnie. Jest czerwiec, a twoje dzieci zaginęły pod koniec sierpnia.

– A to, że mała Nadia interesowała się Solène?

– Sam mówiłeś, że nie wspomniałeś o tym żandarmom. Uważam zresztą, że popełniłeś błąd.

Jean wychwycił zmianę w zachowaniu Victora. Iskra w oczach, nieco mniej usztywniona sylwetka – tak jakby Lessage przygotowywał się do dalszej walki.

– Sprowadź tu kretyna, który uważa się za szefa całego tego kramu! – Pewny głos Victora potwierdził przypuszczenia Wimeza.

– Nazywa się Fabregas i z całą pewnością nie jest kretynem.

– Skoro tak twierdzisz.

Zadowolony, że przemówił Victorowi do rozumu, Jean ruszył w stronę drzwi, które w tej samej chwili gwałtownie się otworzyły. Niewiele brakowało, a złamałyby mu nos.

W progu pojawił się młody porucznik. Jean nie pamiętał jego nazwiska, ale widział go u boku Fabregasa podczas pierwszej konferencji prasowej.

– Zjawił się pan w idealnym momencie, poruczniku! Proszę przekazać kapitanowi Fabregasowi, że pan Lessage zdecydował się zeznawać.

Porucznik milczał przez chwilę, zanim odpowiedział.

– Wysłał mnie tu właśnie kapitan Fabregas, panie kapitanie.

– Nie jestem już kapitanem, poruczniku.

Młody człowiek szybko kiwnął głową na znak, że przyjął to sprostowanie do wiadomości, po czym oznajmił:

– Znaleźliśmy ją, proszę pana.

Jean i Victor spojrzeli po sobie, zbici z tropu. Ponieważ porucznik zamilkł, Wimez machnął dłonią, zachęcając go, żeby zdradził nieco więcej szczegółów.

– Nie wiem, czy powinienem podawać kolejne informacje w obecności zatrzymanego.

– Ręczę za niego, poruczniku. Proszę przynajmniej powiedzieć, czy ona żyje.

– Żyje, proszę pana. Dzwonili jej rodzice. Nadia wróciła do domu.

– Czyli to była zwykła ucieczka? – zapytał Victor. W jego głosie słychać było zarówno ulgę, jak i przygnębienie.

– Jeszcze tego nie ustaliliśmy – zastrzegł młodszy mężczyzna. – Ale rodzice twierdzą, że dziewczynka wydaje się… odmieniona.

– Odmieniona? W jaki sposób? – zapytał Jean.

– Od powrotu nie odezwała się ani słowem.

– Coś jeszcze? – naciskał, domyślając się, że porucznik nie wszystko zdradził.

– Chodzi o jej ubiór.

– Co z nim?

– Miała na sobie coś innego niż w dniu zaginięcia. – Porucznik przez chwilę obserwował Victora, po czym dodał, wyraźnie zakłopotany: – Białą sukienkę i wianek we włosach.

Rozdział 3

Victor był niespokojny jak lew uwięziony w klatce. Ponieważ Nadia wróciła do domu cała i zdrowa, liczył na to, że zostanie natychmiast wypuszczony z aresztu. Rozkazy były jednak jasne: dopóki dziewczynka milczała, miał pozostać na posterunku, przynajmniej przez ustawowo przewidziany okres, czyli kolejne trzydzieści dwie godziny.

Jean Wimez usiłował wstawić się za przyjacielem u Fabregasa, ale biała sukienka, w której pojawiła się dziewczynka, wzmocniła podejrzenia, które już wcześniej towarzyszyły Victorowi Lessage’owi. Ten element, zamiast dowodzić jego niewinności, siłą rzeczy łączył sprawę Nadii ze sprawą bliźniąt z Piolenc. Chcąc nie chcąc, ojciec Solène i Raphaëla pozostawał w samym centrum intrygi.

Z Awinionu wezwano psycholożkę dziecięcą, która stale współpracowała z policją. Z informacji, jakie zdołał zgromadzić Jean, wynikało, że w trakcie półgodzinnej sesji Nadia nadal nie odezwała się ani słowem.

Victor aż się gotował. Uważał, że to właśnie on powinien teraz rozmawiać z dziewczynką. Zrobiłby wszystko, żeby spotkać się z nią twarzą w twarz. Z jego perspektywy Nadia stanowiła cenne źródło informacji i bardzo zależało mu na wydobyciu z niej jakichkolwiek odpowiedzi.

– Nie rozumiesz, Jean? Ona widziała porywacza moich dzieci!

– Tego nie wiemy, Victorze. Możliwe, że to tylko inscenizacja.

– Jak możesz tak mówić?

– W ciągu ostatnich trzydziestu lat wielu szaleńców opowiadało mi, jak porwało twoje dzieci, albo oskarżało o to sąsiadów. Sprawdzałem te tropy, jeden po drugim. I wiesz, co je łączyło? Wycinki z gazet. Wszyscy świadkowie, którzy zjawili się w moim gabinecie, zbierali pieprzone wycinki. A każdy wie, że nie brakowało ich w tamtym okresie! Pamiętasz? Te artykuły, w których drobiazgowo opisywano przebieg śledztwa… Ciało małej Solène, okoliczności, w jakich ją znaleziono, ubranie, które miała na sobie, a nawet informacje o tym, co jadła dzień wcześniej. Nie brakowało żadnego szczegółu. Można by pomyśleć, że dziennikarze spali w moim łóżku. Nie wspominając o koronerze, który jakby nigdy nic postanowił omawiać tę sprawę podczas wykładów niespełna rok później, choć śledztwo pozostawało w toku. Od tamtego czasu całkowicie wygasiliśmy kontakty z mediami. Wyciągnęliśmy wnioski z naszych błędów… ale za jaką cenę?

– Chcesz powiedzieć, że jakiś wariat porwał Nadię wyłącznie po to, żeby zagrać nam na nosie? Nie żartuj.

– Mówię jedynie, że na razie nic nie wiemy. Nie chciałbym, żebyś sobie zbyt wiele obiecywał.

– Zależy mi tylko na tym, żeby pozwolili mi z nią porozmawiać.

– To nie wchodzi w grę.

– W takim razie ty to zrób. Na pewno pozwolą ci się z nią spotkać.

Wimez wcale nie był tego pewien, ale jego też frustrowała sytuacja, w której się znaleźli. Dziewczynka mogła okazać się kluczem do tej zagadki. Przechodząc na emeryturę, Jean liczył, że uwolni się od demonów przeszłości, wyglądało jednak na to, że sprawa bliźniąt z Piolenc nadal będzie prześladować go po tych wszystkich latach.

Musiał długo negocjować z Fabregasem, zanim ten zgodził się spełnić jego prośbę. Sięgnął po wszelkie dostępne argumenty. Powołał się na zasadę starszeństwa, zgodność takiej decyzji z interesem śledztwa oraz ich wieloletnią znajomość. Fabregas trafił pod jego skrzydła tuż po ukończeniu akademii i to właśnie Jean pomagał mu wspinać się po szczeblach kariery. Fabregas był dobrym, wręcz bardzo dobrym żandarmem, lecz zdawał sobie sprawę, że bez wsparcia Wimeza jego droga zawodowa potoczyłaby się zupełnie inaczej. Kapitan był też człowiekiem honoru, o czym dawny przełożony nie omieszkał mu przypomnieć.

Ostatecznie Jean uzyskał zgodę na obecność podczas rozmowy psycholożki z małą Nadią – pod warunkiem że nie odezwie się ani słowem. Liczył oczywiście na więcej, ale wiedział, że musi przystać na takie warunki, jeśli chce kontrolować przebieg śledztwa.

Siedząc na jednym z foteli w salonie rodziców Nadii, Jean z uwagą obserwował dziewczynkę. Widział ją dotąd tylko na klasowym zdjęciu, które w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin obiegło kraj. Jej figlarny uśmiech poruszył całą Francję. Dziś jednak siedziało przed nim zupełnie inne dziecko. Ponure spojrzenie, zaciśnięte wargi… Wydawało się, że Nadia postarzała się o kilka lat. Nadal miała rysy jedenastolatki, ale coś się w niej zmieniło. Oczy. Jean usiłował w nie zajrzeć i odpowiedzieć na pytanie, co teraz wyrażały. Smutek albo surowość. Nie potrafił stwierdzić. Wiedział natomiast, że dwa ostatnie dni pozbawiły Nadię wszelkich przejawów charakterystycznej dla dzieci beztroski.

Uważnie przysłuchiwał się pytaniom zadawanym przez psycholożkę. Wolałby skoncentrować się na odpowiedziach Nadii, ale dziewczynka nadal milczała. Matka, która siedziała nieco z tyłu, ledwo powstrzymywała łzy, Jean zaś doskonale rozumiał jej smutek. A nawet więcej – współodczuwał go.

Po takim godzinnym monologu doktor Florent zaproponowała wszystkim przerwę. Na Jeanie ogromne wrażenie zrobiła cierpliwość, jaką wykazała się lekarka. Przez całą sesję mówiła łagodnym głosem i choć milczenie Nadii wyprowadziłoby z równowagi wiele osób, doktor Florent zachowała spokój. „Widocznie to częsty przypadek” – pomyślał Jean, jednocześnie usatysfakcjonowany i sfrustrowany faktem, że nie otrzymuje odpowiedzi, na które liczył.

Czy psycholożka zaproponowała przerwę celowo, czy był to zwykły zbieg okoliczności? W momencie, w którym dorośli podnieśli się i ruszyli do drzwi, rozległ się nagle głos Nadii:

– Jest pan przyjacielem pana Lessage’a, prawda?

Jean odwrócił się i spojrzał na dziewczynkę. Nie potrafił z siebie wydusić słowa. To chłodne, rzeczowe pytanie zmroziło mu krew w żyłach. Teraz, kiedy Nadia była gotowa mówić, zaczął instynktownie obawiać się tego, co miała do powiedzenia.

– Jest pan jego przyjacielem czy nie?

Tym razem w jej głosie pobrzmiewało zniecierpliwienie.

– W pewnym sensie – odparł z zakłopotaniem.

– Mam dla niego wiadomość.

– Wiadomość? Od kogo?

– Proszę tylko przekazać, że Solène mu wybacza.

Rozdział 4

„Proszę tylko przekazać, że Solène mu wybacza”.

Jedno zdanie. To jedno proste zdanie wywołało tsunami, które z całą siłą uderzyło w Victora Lessage’a. Tak bardzo zależało mu na tym, żeby policja na nowo zainteresowała się jego sprawą… I oto jego życzenie się spełniło.

Fabregas zmienił podstawę zatrzymania Victora. Odtąd miał być on przesłuchiwany jako główny podejrzany w sprawie zabójstwa Solène i porwania jej brata, Raphaëla. Po raz kolejny.

Trzydzieści lat wcześniej żandarmi oczywiście też skupili się na nim. Poddawano go wielodniowym przesłuchaniom, które ocierały się o nękanie. Statystyki dowodziły, że w tego typu sprawy zamieszane są zwykle osoby z najbliższego kręgu ofiar, a Victor wydawał się w tej sytuacji idealnym podejrzanym. Tym bardziej że brakowało kontrkandydatów. Miał jednak alibi. W dniu zaginięcia dzieci, podczas Święta Czosnku, prowadził z żoną stoisko. Luce Lessage potwierdziła, że jej mąż nie opuszczał tego miejsca przez całe popołudnie. Przesłuchano też innych świadków. Wszyscy zeznawali, że tamtego dnia widzieli Victora przy stoisku. Nie dało się ostatecznie rozstrzygnąć, czy na pewno nie opuścił go nawet na chwilę.

Jean Wimez, który w tamtym okresie prowadził przesłuchania, wypuścił Victora z braku dowodów, ale uwierzył w jego niewinność dopiero po tym, gdy odnaleziono ciało małej Solène. Lessage rzucił mu się wtedy w ramiona i nikt nie wątpił, że ta rozpacz była szczera.

Od dwóch godzin Jean nie wiedział jednak, co myśleć.

Czy to możliwe, że człowiek, którego znał od tylu lat, był zamieszany w porwanie dzieci, nie wspominając o zabójstwie własnej córki? Jean nie mógł w to uwierzyć. Nie chciał. Dlaczego w takim razie czuł tak wielką wściekłość?

Fabregas pozwolił mu obserwować przesłuchanie zza lustra weneckiego. Jean zdawał sobie sprawę, że kapitan po raz kolejny wyświadczył mu przysługę. Jednocześnie uważał, że jego miejsce jest po drugiej stronie szyby. Przecież to on prowadził śledztwo po zniknięciu bliźniąt. Jako jedyny w tym budynku znał każdy szczegół tej sprawy. I tylko on mógł skłonić Victora do zeznań.

Oczywiście doktor Florent starała się nieco złagodzić deklarację małej Nadii. Podsunęła dziewczynce wiele sugestii, które, nie podważając jej słów, mogły pomóc zrozumieć, co się rzeczywiście wydarzyło.

Po pierwsze, istniała możliwość, że porywacz groźbą zmusił Nadię do przekazania tej wiadomości. Jean nie bardzo w to wierzył. Zwracając się do niego, dziewczynka nawet nie zadrżała. W jej oczach nie dostrzegł strachu. Groźba, niezależnie od jej charakteru, z pewnością wpłynęłaby na zachowanie dziecka. Tymczasem ono nawet nie mrugnęło.

Druga teoria przedstawiona przez lekarkę zakładała, że doszło w tym przypadku do autosugestii. Trauma związana z porwaniem mogła odbić się na psychice dziecka.

„Nadia interesowała się Solène od wielu tygodni” – wyjaśniła doktor Florent. „Odizolowana, przestraszona dziewczynka mogła znaleźć ukojenie w rozmowach z wyimaginowaną przyjaciółką”.

Jean Wimez był kartezjaninem i przemawiało do niego wszystko, czego można dowieść na gruncie logiki. Dlatego nie próbował podważać tego wytłumaczenia. Nie potrafił przyjąć, że dziewczynka, która nie żyła od trzydziestu lat, chciała przekazać ojcu wiadomość – a teoria psycholożki przynajmniej pozwalała to zracjonalizować.

Victora wyraźnie przytłoczyły ostatnie wydarzenia. Jak można było przypuszczać, z początku nie mógł w to wszystko uwierzyć. Potem, kiedy zrozumiał, że żandarmi znów podejrzewają go o porwanie dzieci, dezorientacja ustąpiła miejsca wściekłości. I wreszcie, na przekór wszystkiemu, w jego oczach pojawiły się łzy. Bez ostrzeżenia. Victor nie próbował nawet ich ukrywać czy ocierać. Utkwił wzrok w jakimś punkcie w oddali i od tego czasu pogrążył się we własnych myślach.

Fabregas zasypywał go pytaniami, ale nie przynosiło to żadnego rezultatu. Lessage przestał reagować. Jego umysł błądził gdzieś daleko. Jean, który obserwował go przez szybę, źle się z tym czuł. Człowiek, który siedział w tym pomieszczeniu, nie był zwykłym podejrzanym. Wimez uważał go za przypadkowego towarzysza podróży. Wspierali się z Victorem przez tyle lat. Kiedy jeden z nich tracił wiarę albo zamierzał się poddać, drugi odnajdywał odpowiednie słowa, by dodać otuchy i pomóc odbudować dawną motywację. Ale to, co powiedziała Nadia, wywróciło wszystko do góry nogami. Jean nie wiedział już, co myśleć i co czuć na widok Victora.

Skorzystał z przerwy, by zamienić parę słów z Fabregasem.

– Pozwól mi z nim porozmawiać, Julien.

Łączyły ich przyjacielskie stosunki i dawno już porzucili oficjalny ton.

– Nie mogę, Jean, doskonale o tym wiesz.

– Sam widzisz, że nic z niego nie wyciągniesz!

– Niewykluczone, ale nie chcę, żeby nam się wymknął tylko dlatego, że nie zastosowaliśmy się do odpowiednich procedur.

– Nie proszę, żebyś zostawił mnie z nim sam na sam. Chcę ci tylko towarzyszyć podczas przesłuchania.

– Ale chcesz z nim również porozmawiać.

– W twojej obecności. Nie rozumiem, dlaczego miałby to być problem. Zwracasz się o pomoc do eksperta, człowieka, który doskonale zna sprawę bliźniąt. Kto mógłby ci postawić z tego powodu jakikolwiek zarzut?

Fabregas zastanawiał się przez chwilę. Doświadczenie podpowiadało mu, że nie zdoła zmusić Victora do mówienia. Popełniłby błąd, gdyby nie przyjął pomocy od dawnego przełożonego.

– Dobrze – oznajmił w końcu. – Ale pamiętaj, Jean: wyświadczam przysługę tobie, a nie jemu. Jeśli wyczuję, że próbujesz w jakikolwiek sposób wpłynąć na jego odpowiedzi, natychmiast przerwę przesłuchanie i odsunę cię od śledztwa. Ostatecznie. Zgoda?

– Daję ci swoje słowo.

Oswojenie się z obecnością Jeana w pokoju przesłuchań zajęło Victorowi kilka sekund. Wciąż miał wilgotne oczy. Wyprostował się i zaczął bombardować przyjaciela pytaniami, tak jakby się obawiał, że lada chwila skończy mu się czas.

– Powiedz mi, co ona dokładnie mówiła, Jeannot. Czy wydawała się rozgniewana? Smutna? Czy Solène coś jeszcze jej przekazała? Czy cierpiała?

Jean uniósł ręce, starając się go uspokoić, ale Victor nadal zasypywał go pytaniami. W końcu Wimez wszedł mu w słowo:

– To wszystko, co powiedziała. Wierz mi, próbowałem dowiedzieć się czegoś więcej.

– Ale to nie ma żadnego sensu! – jęknął Victor.

– To ty tak twierdzisz.

– Jak to?

– Wytłumacz mi, dlaczego Nadia zaczęła nagle mówić. Dlaczego tylko ze mną chciała rozmawiać?

– Skąd mogę wiedzieć?

Jeszcze jedno pytanie nie dawało Jeanowi spokoju.

– Co takiego zrobiłeś Solène? Co miałaby ci wybaczyć?

Victor spojrzał przyjacielowi prosto w oczy.

– To nie to, co myślisz, Jean. Przysięgam.

Rozdział 5

Po tych słowach w pomieszczeniu zapadła cisza. Fabregas zamierzał odzyskać kontrolę nad przesłuchaniem, ale nie zdążył zareagować – Jean mu na to nie pozwolił. Ku powszechnemu zaskoczeniu były żandarm rzucił się znienacka na przyjaciela, chwycił go za kołnierz i z całej siły nim potrząsnął.

– Co jej zrobiłeś, draniu?!

Victor nie próbował się wyrywać. Wydawało się nawet, że liczy na to, że Jean go uderzy. I z pewnością do tego by doszło, gdyby Fabregas nie zdecydował się na interwencję.

Jean zgodził się usiąść, ale nadal nie odzyskał nad sobą panowania. Mocno zacisnął zęby i pięści, utkwił wzrok w Lessage’u i w napięciu czekał na wyjaśnienia.

Victor, który siedział przy stole naprzeciw niego, kompletnie się załamał. Z rozpaczą rozglądał się po pomieszczeniu, szukając jakiegokolwiek wsparcia, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że zdołałaby mu pomóc tylko boska interwencja.

Kapitan Fabregas wykorzystał to, że choć na chwile opadły emocje.

– Panie Lessage, proszę odpowiedzieć na pytanie. Co zrobił pan córce?

Victor powtórzył drżącym głosem:

– To nie to, co myślicie. Przysięgam.

– Nic nie myślimy. – Ton Fabregasa był stanowczy, ale pozbawiony jakiejkolwiek agresji. – Proszę nam po prostu zrelacjonować, co się wydarzyło.

Victor oparł łokcie na stole i chwycił się za głowę, a następnie, jak odnotował Fabregas ze zdumieniem, zaczął sobie wyrywać włosy. Kiedy podniósł wzrok, miał twarz zalaną łzami.

– Chodzi o coś, co stało się tydzień przed tym, jak moje dzieci… – Mężczyzna nie zdołał nawet dokończyć zdania. Jego ciałem wstrząsnął rozpaczliwy szloch. Wypił łyk wody, odchrząknął, po czym mówił dalej: – Tamtego wieczoru Luce poprosiła, żebym się nimi zajął. Zamierzała wyjść na kolację, miała jakieś spotkanie klubu czytelniczego czy coś w tym rodzaju, prawdę mówiąc, nie słuchałem zbyt uważnie. W każdym razie pomyślałem, że chętnie spędzę z dziećmi wieczór, zwłaszcza że od dawna tego nie robiliśmy.

Victor rozpoczął swoją opowieść.

W czasie kolacji bliźnięta pękały ze śmiechu: rozgotował makaron, który zamienił się w kleistą breję, a potem walił w butelkę z keczupem tak mocno, że wylał na talerz prawie całą jej zawartość. Po jedzeniu grali w karty. Bliźnięta jak zwykle oszukiwały, Raphaël pomagał siostrze, podając jej karty pod stołem, a Victor udawał, że nic nie widzi. Sprawy skomplikowały się dopiero później. Dzieci chciały wziąć wspólną kąpiel, tak jak każdego wieczoru, ale ich ojciec, korzystając z faktu, że to on miał decydujący głos, postanowił nieco zmienić obowiązujące zasady. Uznał, że nadeszła pora, by Raphaël i Solène zaczęli korzystać z łazienki osobno. Bliźnięta protestowały dobre pół godziny, w końcu jednak niechętnie przystały na tę propozycję. Kiedy kazał im się kłaść, wciąż były obrażone.

– Zamierzałem tylko dać im całusa. Żebyśmy pogodzili się przed snem. Spędziliśmy miły wieczór i nie chciałem tego zepsuć.

– I? – ponaglił Jean, który przeczuwał, że długo wyczekiwana odpowiedź wreszcie nadchodzi.

– Doszło do strasznego nieporozumienia – wyszeptał Victor. – To było jedno wielkie nieporozumienie…

– Wyjaśnij nam, co się wydarzyło!

– Bliźnięta spały na piętrowym łóżku. Raphaël zajmował górne posłanie. Wspiąłem się po szczebelkach drabiny, żeby pocałować syna na dobranoc. Odwrócił się do mnie plecami, więc nie nalegałem. Później pochyliłem się nad Solène, ale ona zrobiła to samo co jej brat. Ta dwójka nawet nie musiała się widzieć, żeby zachowywać się identycznie. Nagle stało się coś nieprzewidzianego: straciłem równowagę. Próbowałem się czegoś złapać i pech chciał, że moja dłoń dotknęła klatki piersiowej Solène dokładnie w chwili, w której córka się odwracała. Muszę przyznać, Jean, że nie rozumiem, co się wtedy wydarzyło. Solène zaczęła krzyczeć i mnie uderzać.

– Pan też ją uderzył? – wtrącił się Fabregas.

– W żadnym wypadku! – zaprotestował Victor. – Nigdy nie tknąłbym mojej córeczki. Ale Solène zaczęła mnie obrażać i mówić okropne rzeczy, oskarżała mnie, że zrobiłem to specjalnie i że chciałem dotknąć jej piersi.

– A było tak? – zapytał Fabregas niewzruszony.

– Chyba pan oszalał! Za kogo mnie pan uważa? Ona ledwo skończyła jedenaście lat! Jedenaście, słyszy pan? Moja mała Solène nawet nie miała jeszcze piersi!

– W takim razie dlaczego tak pomyślała?

– Skąd mogę wiedzieć? Zadaję sobie to pytanie od trzydziestu lat! Brat natychmiast stanął w jej obronie, wyskoczył z łóżka i zaczął okładać mnie pięściami.

– Bronił się pan?

– Nie – odpowiedział Victor, po czym dodał cicho: – Niespecjalnie.

– Co to znaczy: „niespecjalnie”?

– Odepchnąłem go. Może trochę za mocno. Przewrócił się i zaczął płakać. Solène krzyknęła na mnie, a potem szybko wyszedłem z ich pokoju. To wszystko.

– Na pewno? – nalegał Fabregas.

– Tak. Nazajutrz dzieci zachowywały się jakby nigdy nic. Nawet nie wspomniały matce o tym incydencie, a ja, jak idiota, poszedłem w ich ślady. Powinienem był je przeprosić, a przynajmniej z nimi porozmawiać, ale tego nie zrobiłem. Liczyłem chyba na to, że sprawa rozejdzie się po kościach i wszystko się z czasem ułoży. Skąd mogłem wiedzieć, że tydzień później znikną?

Fabregas i Wimez spojrzeli na Victora, nie kryjąc sceptycyzmu, a następnie bez słowa wyszli z pomieszczenia. Kiedy dotarli do gabinetu kapitana, Jean opadł na krzesło. Wydawał się wyczerpany.

– Kupujesz tę historię?

– Znasz go lepiej ode mnie – odpowiedział Fabregas neutralnym tonem. – Na razie mamy tylko jego wersję i nikt nie może jej podważyć.

– Na tym właśnie polega problem.

Fabregas też usiadł. Milczał przez kilka sekund, po czym zapytał, wyraźnie zakłopotany:

– Jean, czy w trakcie dochodzenia brałeś pod uwagę, że bliźnięta mogły po prostu uciec z domu?

– Oczywiście! – zapewnił Wimez. – Ale czy znasz wiele jedenastoletnich dzieci, które przepadają jak kamień w wodę, nie pozostawiając po sobie żadnych śladów? A potem znaleźliśmy ciało Solène, co ostatecznie nas przekonało, że nie mamy do czynienia z ucieczką.

– Rozumiem. Musiałem zadać ci to pytanie.

– Ja natomiast zadaję sobie inne pytanie: skąd Nadia wiedziała, że Victor wyrzuca sobie coś takiego?

– Racja. Albo ta mała ma szósty zmysł, albo osoba, która ją porwała, wie o całej tej sprawie więcej niż my. Tak czy inaczej, nadszedł chyba czas, żebyśmy sprowadzili tu tę dziewczynkę. Przekonamy się, czy nie chce przekazać twojemu przyjacielowi kolejnych wiadomości.

Rozdział 6

Matka Nadii niechętnie zareagowała na propozycję przyjazdu z córką na posterunek. Dziewczynka niespodziewanie pojawiła się w domu niespełna dwadzieścia cztery godziny temu i dopiero zaczynała dochodzić do siebie. Nadal nie chciała opowiadać o tym, co działo się z nią przez te dwa dni, zadeklarowała jednak, że chce jak najszybciej wrócić do szkoły na ostatni tydzień lekcji. Doktor Florent uznała to za dobry znak. Ponieważ psycholożka uważała, że zmiana przyzwyczajeń nie skłoniłaby dziewczynki do mówienia, poprosiła, żeby przesłuchanie Nadii odbyło się w porze obiadu, w jednej z klas w La Ròca.

Kapitan Fabregas liczył na nieco inne warunki, ale nie wypadało mu ponaglać ofiary i narzucać jej swojej woli. Poprosił jednak o zgodę na udział Jeana w rozmowie. Nadia zwróciła się do niego podczas pierwszego spotkania i nie dało się wykluczyć, że zrobi to ponownie.

Nauczycielka Nadii, panna Gauthier, powitała ich wyraźnie zdenerwowana. Jej klasy nigdy dotąd nie odwiedzali żandarmi. Fabregas, który przesłuchiwał ją bezpośrednio po zaginięciu dziewczynki, skorzystał z okazji, by zadać kobiecie kilka dodatkowych pytań.

– Czy wiedziała pani o pracy domowej Nadii? To znaczy o temacie, który wybrała?

– Chodzi panu o ten referat poświęcony rodzinie Lessage’ów? Tak, wiedziałam.

– Zasugerowała jej pani ten temat?

Nauczycielka zarumieniła się i spuściła wzrok. W innych okolicznościach Julien Fabregas uznałby to zachowanie za urocze. Młoda kobieta, choć nie była piękna w klasycznym znaczeniu tego słowa, miała delikatne rysy, a jej jasna karnacja, dość nietypowa u kobiet z tego regionu, z pewnością nie ujmowała jej wdzięku, wręcz przeciwnie.

– Nie zasugerowałam – odpowiedziała panna Gauthier – ale przyznałam, że to bardzo interesujące zagadnienie i że Nadia powinna się nim zająć.

– I nie wie pani, co ją do tego skłoniło?

– Nie, przykro mi. Gdybym uznała, że jest to w jakikolwiek sposób niebezpieczne…

– Zapewniam, że nie ma pani sobie nic do zarzucenia! – przerwał jej Fabregas.

Panna Gauthier przyjęła te podnoszące na duchu słowa kapitana z nieśmiałym uśmiechem, a następnie wyszła z klasy.

Nadia cierpliwie czekała na swoją kolej. Siedziała między matką a doktor Florent. Fabregas zajął miejsce naprzeciw nich, a Jean trzymał się nieco z tyłu. Psycholożka dała kapitanowi znak, sygnalizując, że chciałaby zabrać głos.

– Muszę o czymś z góry uprzedzić. Wyjaśniłam Nadii, że w żadnym wypadku nie ma obowiązku odpowiadać na pytania, które mog­łyby narazić ją na dyskomfort. Dzieci pana Lessage’a spotkało oczywiście coś strasznego, ale przypominam, że Nadia pozostaje przede wszystkim ofiarą i powinno się ją traktować w pierwszej kolejności jako ofiarę.