Wydawca: Studio Emka Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 265 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bliskość - Ziyad Marar

Kultura popularna przekonuje nas, że małżonkowie, przyjaciele, krewni, a nawet obcy ludzie z biegiem czasu bez trudu nawiązują relacje i potrafią się wzajemnie zrozumieć. Jednak w czasach konsumpcjonizmu i nowych mediów, gdy mamy do czynienia z czasownikiem „friending” trudniej niż kiedykolwiek o prawdziwą Bliskość. W oparciu o filmy, powieści, psychologię, socjologię i filozofię Ziyad Marar przedstawia nowe spojrzenie na tę niejasną koncepcję.  Pokazuje również wiele przeszkód, które stoją na drodze do spełnienia naszych nadziei – między innymi iluzję poznawania samego siebie, brak wyobraźni i empatii oraz życzeniowe myślenie, które prowadzi do nadmiernej uprzejmości i unikania zdrowych konfliktów, a także do poczucia niepewności uniemożliwiającej prawdziwe zbliżenie. Bliskość często bywa mylona z miłością, a jest pod wieloma względami ważniejsza od niej. W swoich śmiałych i nowatorskich rozważaniach Marar pokazuje, dlaczego dążenie do nawiązywania takich emocjonalnych, niełatwych, lecz w gruncie rzeczy zdrowych (choć nie zawsze miłych) więzi z drugim człowiekiem stanowi istotę dobrze przeżytego życia.

Opinie o ebooku Bliskość - Ziyad Marar

Fragment ebooka Bliskość - Ziyad Marar

Bli­skość

Tytuł ory­gi­nal­ny:

In­ti­ma­cy

Przekład:

Anna i Olga Woj­tasz­czyk

Re­dak­cja:

Elżbie­ta So­bo­lew­ska

Pro­jekt okładki:

Mi­chał Duława

Zdjęcie na okładce:

iStock.com | mi­cah­go­ulart

Co­py­ri­ght © Ziy­ad Ma­rar 2012 Au­tho­ri­zed trans­la­tion from the Acu­men Pu­bli­shing Ltd. edi­tion. Po­lish edi­tion pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with the li­te­ra­ry agen­cy Eu­la­ma lnter­na­tio­nal.

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the po­lish edi­tion by Stu­dio EMKA,

War­sza­wa 2014

Wszel­kie pra­wa, włącznie z pra­wem do re­pro­duk­cji tekstów w całości lub w części, w ja­kiej­kol­wiek for­mie – za­strzeżone.

Wszel­kich in­for­ma­cji udzie­la:

Wy­daw­nic­two Stu­dio EMKA

ul. Królo­wej Al­do­ny 6,

03-928 War­sza­wa

tel./fax 22 628 08 38, 616 00 67

wy­daw­nic­two@stu­dio­em­ka.com.pl

www.stu­dio­em­ka.com.pl

ISBN 978-83-64437-16-8

Skład i łama­nie: Page Graph (www.pa­ge­graph.pl)

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Kate, Anny, El­lie i Char­lot­te

Wstęp

Je­stem wdzięczny wie­lu moim rozmówcom, których wy­po­wie­dzi przez lata in­spi­ro­wały mnie i po­bu­dzały moje roz­ważania nad bli­skością.

Geoff La­ti­mer był pełnym opty­mi­zmu en­tu­zjastą tego te­ma­tu, począwszy od mo­men­tu roz­poczęcia pra­cy nad książką i przez cały czas jej trwa­nia, obec­ny był też, kie­dy skończyłem pracę, by wni­kli­wie sko­men­to­wać osta­teczną wersję tek­stu. Bar­dzo po­mo­gli mi też Sa­rah Brier­ly, Kate Bu­cha­nan, Dave Clar­ke, Da­niel Cre­we, Will Fran­cis, Le­ith Ma­rar, Nael Ma­rar i Dave Ste­phen­son, którzy czy­ta­li i ko­men­to­wa­li mój tekst.

Od kie­dy zacząłem pisać tę książkę, Food Club (zna­ny też jako Fi­ght Club1) re­gu­lar­nie za­pew­niał za­ple­cze mo­jej działalności: fo­rum, na którym można było dys­ku­to­wać i sprze­czać się, a często też do kogoś się zbliżyć. Po­dzięko­wa­nia niech przyjmą Ja­mi­lah Ah­med, Mi­cha­el Car­mi­cha­el, Zoë El­liott-Faw­cett, Mi­ran­da Nun­ho­fer, Ca­ro­li­ne Por­ter oraz Lucy Ro­bin­son – za in­spi­rującą dys­kusję i de­batę. Szczególnie chciałbym po­dziękować tym klu­bo­wi­czom, którzy prze­czy­ta­li i sko­men­to­wa­li część lub całość tek­stu, a byli to Ro­bert Ro­jek, Dave Ross oraz Ki­ren Sho­man.

Wy­daw­nic­two Acu­men w na­tu­ral­ny sposób stało się dla mnie do­mem. Nad­zwy­czaj pro­fe­sjo­nal­ne opra­co­wa­nie tek­stu przez Kate Wil­liams god­ne jest naśla­do­wa­nia, a szczególne po­dzięko­wa­nia należą się Ste­ve­no­wi Ger­rar­do­wi, którego kry­tycz­ne spoj­rze­nie i głębo­kie za­in­te­re­so­wa­nie te­ma­tem spra­wiły, że cały pro­ces wy­daw­ni­czy był po­uczającą przy­jem­nością. Za sta­ran­ne i wni­kli­we prze­czy­ta­nie tek­stu, które pod wie­lo­ma względami ulep­szyło osta­teczną wersję, ser­decz­ne po­dzięko­wa­nia niech przyj­mie Ni­gel War­bur­ton.

Wdzięczny je­stem mo­jej żonie, Kate Bu­cha­nan, która zo­sta­wiła mi swo­bodę, dała czas i pełne miłości wspar­cie, dzięki cze­mu ta książka mogła po­wsta­wać, cho­ciaż pro­wa­dzi­my tak in­ten­syw­ne życie pry­wat­ne. Oraz na­szym córkom, An­nie, El­lie i Char­lot­te, za to, że po­zwo­liły, by ten pro­jekt wkra­dał się do dni wol­nych, week­endów i wie­lu rozmów.

Na ko­niec za­de­dy­ko­wałem tę książkę mo­jej ro­dzi­nie, której wszy­scy człon­ko­wie w końco­wych eta­pach pi­sa­nia wspie­ra­li sie­bie na­wza­jem w cza­sie, gdy zdia­gno­zo­wa­nie i – na szczęście – sku­tecz­ne wy­le­cze­nie raka pier­si u Kate na­uczyło nas więcej niż to ko­nieczne o tym, jak cen­ne są związki między ludźmi.

1Nawiąza­nie „wewnętrzne­go przy­mie­rza”

Współcze­sne społeczeństwo nie zachęca do bli­skości. Żyje­my w sa­mo­lub­nej kul­tu­rze, prze­siąknięci bez­duszną po­trzebą osiąga­nia na­tych­mia­sto­wej sa­tys­fak­cji. Na­szym ce­lem jest ra­czej bli­skie po­ro­zu­mie­nie z sa­mym sobą niż z in­ny­mi, roz­po­zna­nie i fol­go­wa­nie własnym pra­gnie­niom i fan­ta­zjom (gdzie masz ochotę pójść dzi­siaj?) i za­spo­ka­ja­nie ich przez kon­sumpcję od­po­wied­nich pro­duktów. Wy­chwa­la­ny jest suk­ces oraz dążenie do pre­stiżu kosz­tem związków między­ludz­kich.

Obok co­raz wyższe­go po­zio­mu kul­tu­ry kon­su­menc­kiej mamy do czy­nie­nia z re­wo­lucją tech­no­lo­giczną, która bli­skość zastępuje jej sy­mu­lacją. Era In­ter­ne­tu spra­wiła, że wszy­scy czu­je­my się ściślej ze sobą połącze­ni, a równo­cześnie, co pa­ra­dok­sal­ne, bar­dziej so­bie obcy. Książki na te­mat związków między­ludz­kich kładą na­cisk na sieć „słabych więzi”, w które wszy­scy je­steśmy uwikłani, oraz od­czu­waną przez nas po­trzebę, by włączyć się i brać udział w grze. A po­nie­waż przy tak wie­lu re­la­cjach pośred­ni­kiem jest ekran, oprócz za­let cy­fro­wych in­te­rak­cji, za­czy­na­my do­strze­gać również ich ogranicze­nia. Po­dob­nie jak dzie­je się w przy­pad­ku na­sta­wie­nia, z ja­kim pod­cho­dzi­my do tego co­raz rzadsze­go ar­ty­kułu, którym jest pa­pie­ro­wa książka, wy­so­ko ce­ni­my mo­men­ty in­te­rak­cji twarzą w twarz, z praw­dzi­wy­mi ludźmi, w rze­czy­wi­stych, a nie wir­tu­al­nych, śro­do­wi­skach.

Z dru­giej stro­ny w me­diach do­mi­nu­je re­to­ry­ka opar­ta na bli­skości. Yin kul­tu­ry kon­su­menc­kiej gra prze­ciw­ko yang kul­tu­ry te­ra­peu­tycz­nej. Pio­sen­ki, fil­my i li­te­ra­tu­ra nie­ustan­nie przy­po­mi­nają nam, byśmy prze­zwy­ciężali na­sze płyt­sze pra­gnie­nia i grzesz­ne przy­jem­ności, i po­wta­rzają (rze­komą?) „mądrość”, że miłość wszyst­ko po­ko­na. Te­raz, bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek w całej hi­sto­rii ludz­kości, na­dzie­ja na zna­le­zie­nie głębo­kie­go i wza­jem­ne­go zro­zu­mie­nia po­przez bli­ski związek z dru­gim człowie­kiem to do­mi­nujące pra­gnie­nie, które prze­ni­ka całą naszą kul­turę. E. M. For­ster streścił kwin­te­sencję tego zja­wi­ska w krótkim za­le­ce­niu, że wy­star­czy „wewnętrzne przy­mie­rze”.

Oczy­wiście nie jest to ta­kie pro­ste. Bli­skość, na­wet jeżeli da się ją zna­leźć, jest czymś ulot­nym, sub­tel­nym i często krótko­tr­wałym. Ale za­nim zaj­mie­my się na­szy­mi na­dzie­ja­mi na bli­skość i wie­lo­ma prze­szko­da­mi na dro­dze do niej, przyj­rzyj­my się uważnie po­uczającemu przykłado­wi. Film So­fii Cop­po­li Między słowa­mi, wy­ko­rzy­stując te­mat zna­ny od cza­su Spo­tka­nia, bar­dzo pięknie po­ka­zu­je znie­wa­lającą siłę bli­skie­go związku.

Bill Mur­ray gra Boba Har­ri­sa, fi­zycz­nie i du­cho­wo wy­czer­pa­ne­go ak­to­ra w schyłko­wym okre­sie ka­rie­ry. Bob przy­je­chał do To­kio, prze­zwy­ciężając nie­na­wiść do sa­me­go sie­bie, by za­grać w lu­kra­tyw­nej re­kla­mie japońskiej whi­sky. Sta­ra się do­sto­so­wać do na­pa­stli­wych po­le­ceń wy­da­wa­nych w źle tłuma­czo­nej japońszczyźnie, by wydąć przed ka­merą war­gi a la Ro­ger Mo­ore (nie a la Sean Con­ne­ry, ku swo­je­mu roz­go­ry­cze­niu) i wy­mru­czeć: „czas re­lak­su (…) to czas Sun­to­ry”. Scar­lett Jo­hans­son gra Char­lot­te, ab­sol­wentkę wy­działu fi­lo­zo­fii na Uni­wer­sy­te­cie Yale, która za­brała się ze swo­im nar­cy­stycz­nym mężem, fo­to­gra­fem Joh­nem, do To­kio, gdzie on ma zro­bić sesję ja­kiejś gru­py ro­ko­wej. John ciągle sie­dzi w pra­cy, zo­sta­wiając ją, by sa­mot­nie za­bi­jała czas w po­ko­ju ho­te­lo­wym. Bob jest po pięćdzie­siątce, Char­lot­te ma dwa­dzieścia kil­ka lat: obo­je zdez­o­rien­to­wa­ni, przygnębie­ni i bez­sen­ni w To­kio.

Char­lot­te i Bob, Między słowa­mi (reż. So­fia Cop­po­la, 2003).

Nie­skrępo­wa­ni obciążenia­mi, hi­sto­rią i wspólny­mi pla­na­mi, które ra­czej ogra­ni­czają niż umac­niają ich związki ze współmałżon­ka­mi, Bob i Char­lot­te znaj­dują w so­bie na­wza­jem po­ciechę, i nie tyl­ko. Obo­je mają po­wo­dy, by do sie­bie lgnąć; jed­no z nich jest za­le­d­wie dwa lata po ślu­bie, ale czu­je się za­nie­dby­wa­ne, dru­gie tkwi w małżeństwie, które po dwu­dzie­stu pięciu la­tach przez na­wy­ki stało się nud­ne, spra­wiając, że para ta ze znużeniem kłóci się ze sobą. Nie­ja­sna przeszłość Boba sta­no­wi kon­tra­punkt dla nie­ja­snej przyszłości Char­lot­te.

Tłem jest tu w szczególności ich ho­tel, a w ogólności mia­sto; krzy­kli­wość neonów i ciągły hałas, w połącze­niu z ich nie­umiejętnością po­ro­zu­mie­wa­nia się w lo­kal­nym języku, na­si­lają jesz­cze ich alie­nację. Po­czu­cia bra­ku więzi z in­ny­mi ludźmi nie da się również złago­dzić po­przez skon­tak­to­wa­nie się z uko­cha­ny­mi. Cho­ciaż ze współczesną podróżą nie­odłącznie związane jest prze­ko­na­nie, że „do domu” za­wsze mamy bli­sko, wy­star­czy je­den te­le­fon czy wia­do­mość wysłana fak­sem (a obec­nie e-ma­ilem), każdy związek na od­ległość nękany jest cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi dla sie­bie błędami prze­ka­zu. Bob przez te­le­fon opo­wia­da swo­jej żonie w Los An­ge­les o miej­scach, które od­wie­dzał, i lu­dziach, których spo­ty­kał. Żona ko­men­tu­je jego słowa: „Cieszę się, że się do­brze ba­wisz”, na co on szyb­ko od­po­wia­da: „To nie za­ba­wa. To coś całkiem, całkiem od­mien­ne­go”.

„Czy po­win­nam się o cie­bie mar­twić, Bob?”

„Tyl­ko jeśli tego chcesz”.

Żona wysyła Bo­bo­wi pil­ne fak­sy do­tyczące próbek ma­te­riałów, ja­kie mu przesłała, żeby od­no­wić jego ga­bi­net, a to ostat­nia rzecz, jaka mogłaby go obec­nie za­ab­sor­bo­wać. „Po­do­ba mi się ten bur­gun­do­wy”, rzu­ca Bob, pod­czas gdy ka­me­ra prze­su­wa się po pra­wie nie­odróżnial­nych próbkach zwa­lo­nych na podłogę.

Bob wy­zna­je w pew­nym mo­men­cie, że jest „zupełnie za­gu­bio­ny”, a po­tem roz­pro­mie­nia się na myśl, że będzie chciał za­dbać o swo­je zdro­wie i że już nie ma ocho­ty na „te wszyst­kie ma­ka­ro­ny”. Za­miast tego „chce zacząć jeść… japońskie je­dze­nie”, na co ona uszczy­pli­wie od­po­wia­da: „No to może po pro­stu tam zo­sta­niesz i będziesz to miał na co dzień?”.

Char­lot­te również sta­ra się o ta­kie połącze­nie na od­ległość, dzwo­niąc do swo­jej bli­skiej przy­ja­ciółki w Los An­ge­les. Na­rze­ka, że od­wie­dziła jakąś świątynię, ale „nic nie po­czułam”. Po­tem wy­pa­la: „Nie wiem, za kogo wyszłam”. Roz­mo­wa nie klei się, bo Char­lot­te nie po­tra­fi prze­ka­zać przy­ja­ciółce zamętu, jaki ma w głowie. Przy­ja­ciółka zakłada, że Char­lot­te po pro­stu ma szczęście, sko­ro jest na wa­ka­cjach da­le­ko od sza­re­go świa­ta nor­mal­ności. Tym­cza­sem jej mąż, choć niby ma go pod ręką, ciągle jest nie­obec­ny, po­nie­waż sku­pia się na pra­cy i na nie­po­kojąco sa­mo­lub­nej i płyt­kiej ce­le­bryt­ce Kel­ly (gra­nej przez Annę Fa­ris), która przy­pad­kiem za­trzy­mała się w tym sa­mym ho­te­lu i na wi­dok której on ślini się z za­chwy­tu.

W tej dez­orien­tującej i nie­przy­jem­nej sy­tu­acji two­rzy się pomiędzy Bo­bem i Char­lot­te de­li­kat­ne i sub­tel­ne po­ro­zu­mie­nie, tym bar­dziej przej­mujące, że pełne nie­do­po­wie­dzeń. Nawiązują po­ro­zu­mie­waw­czy kon­takt wzro­ko­wy w zatłoczo­nych ba­rach, wspólnie bawią się dow­ci­pa­mi kosz­tem gapiów, wy­bie­rają się ra­zem do mia­sta i po­wo­li skłaniają się ku so­bie. Na­wza­jem znaj­dują w so­bie chwi­lo­we schro­nie­nie, ci­che po­czu­cie do­mo­wej przy­tul­ności. Ważne jest to, że tyle samo dzie­je się pomiędzy nimi w spoj­rze­niach, co w słowach. To nie­mal te­le­pa­tycz­ne wza­jem­ne zro­zu­mie­nie potęguje je­dy­nie po­czu­cie ci­chej zmo­wy, spro­wa­dzając wszyst­kich in­nych do roli ab­sur­dal­ne­go tła. I cho­ciaż łączące ich emo­cje są wyraźnie głębsze, na­kreślone zo­stały de­li­kat­nie. Zbyt kwie­ci­ste oka­zy­wa­nie uczuć stwo­rzyłoby ba­rierę na dro­dze do bli­skie­go po­zna­nia, pro­wa­dziłoby w zbyt oczy­wi­sty sposób w ślepą uliczkę.

Ulot­ność kon­cep­cji bli­skości

Nasz sto­su­nek do in­nych ce­chu­je obec­nie głęboka am­bi­wa­len­cja: nie po­win­niśmy po­zwo­lić, by nas ogra­ni­cza­li, a prze­cież „miłość to je­dy­ne pra­wo”. Po­go­dze­nie tych dwóch po­staw nie jest pro­ste. W książce The Hap­pi­ness Pa­ra­dox2 opi­suję tę naszą współczesną świa­do­mość jako roz­dartą pomiędzy dwo­ma sprzecz­ny­mi na­ka­za­mi: na­ka­zem uciecz­ki od in­nych, którzy mogą mieć zbyt dużą władzę nad na­szym życiem, od na­szych dys­po­nujących dużą mocą wi­dow­ni (żebyśmy mo­gli być au­ten­tycz­ni i wol­ni), i na­ka­zem bra­nia tych in­nych w objęcia (po to, by przy­na­leżeć, czuć się uspra­wie­dli­wio­nym, być ce­nio­nym). Chce­my się łączyć z in­ny­mi, nie tracąc własnej au­to­no­mii, i dawać wy­raz na­szej wol­ności bez po­czu­cia wy­ob­co­wa­nia. Związek pomiędzy tymi pra­gnie­nia­mi jest pa­ra­dok­sal­ny, po­nie­waż za­spo­ko­je­nie jed­ne­go z nich wywołuje ko­niecz­ność po­ja­wie­nia się tego dru­gie­go. Gdy od­wra­ca­my się ple­ca­mi do tych, którzy chcie­li­by kształtować na­sze życie, gro­zi nam alie­na­cja i nar­cyzm, i mu­si­my zno­wu stanąć z nimi twarzą w twarz, a kie­dy to zro­bi­my, gro­zi nam „rozpłynięcie się” i po­czu­cie nie­do­bo­ru, tak więc mu­si­my być go­to­wi, by się od nich odwrócić; tam gdzie cho­dzi o in­nych lu­dzi, po­zo­sta­je­my w sta­nie per­ma­nent­nej oscy­la­cji. Chce­my być z nimi i pod­dać się ich wpływom, ale równo­cześnie po­trze­bu­je­my prze­strze­ni, by być sobą i podążać za własny­mi ce­la­mi, z na­dzieją, że nie będą prze­szka­dzały nam w tym ocze­ki­wa­nia oto­cze­nia i związane z nami aspi­ra­cje.

W tym kon­tekście współcze­sne re­la­cje, jak od­kry­li to i Bob, i Char­lot­te, są czymś nie­sa­mo­wi­cie trud­nym. Dzi­siaj od­nie­sie­nie suk­ce­su w związku to ciężka spra­wa, jako że ode­szliśmy bar­dzo da­le­ko od ja­sno usta­lo­ne­go po­działu pra­cy i prak­tycz­nych czyn­ników powiąza­nych z fi­nan­sa­mi i sta­tu­sem społecz­nym. Utrzy­mu­je­my te­raz kruchą równo­wagę pomiędzy za­cho­wa­niem nie­za­leżnego ja (nie stra­cić sza­cun­ku dla sa­me­go sie­bie, być w sta­nie uciec) i sto­pie­niem się w parę (uczu­cio­wa ak­cep­ta­cja, kom­pro­mis, uległość, utra­ta in­dy­wi­du­al­ności). Będąc parą, żądamy te­raz zarówno przy­jaźni, jak i ero­ty­ki, prak­tycz­ne­go part­ner­stwa oraz emo­cjo­nal­ne­go wspar­cia, po­ro­zu­mie­nia umysłów i prze­strze­ni oso­bi­stej: żebyśmy byli naj­lep­szy­mi part­ne­ra­mi i brat­ni­mi du­sza­mi. Jak ujął to Adam Phi­lips w swo­jej książce z afo­ry­zma­mi, Mo­no­ga­my3:

„Naj­trud­niej­szym za­da­niem stojącym przed każdą parą jest osiągnięcie w związku od­po­wied­niej ilości nie­zro­zu­mie­nia. Jeśli jest go zbyt mało, zakłada­cie, że się na­wza­jem zna­cie. Jeśli na­to­miast jest go zbyt wie­le, rośnie w was prze­ko­na­nie, że musi gdzieś być ktoś inny, kto was na­prawdę ro­zu­mie. W ro­man­se wikłamy się wte­dy, kie­dy nie uda nam się tego od­po­wied­nio wyważyć”.

Jed­nak przy całej swo­jej kru­chości te pełne miłości re­la­cje sta­no­wią, w oczy­wi­sty sposób, punkt wyjścia do osiągnięcia bli­skości. Sta­no­wią lo­giczną prze­strzeń dla tego nie­zwykłego eks­pe­ry­men­tu, ja­kim jest praw­dzi­we połącze­nie się z dru­gim człowie­kiem. Od czasów Pla­to­na je­steśmy zakład­ni­ka­mi po­go­ni za tą drugą połówką. Jego wi­zja, po­chodząca z Uczty, uka­zu­je człowie­ka jako okrągłą istotę o ośmiu kończy­nach, ro­ze­rwaną na dwo­je przez roz­gnie­wa­nych bogów i ska­zaną na wędrówkę po świe­cie w po­szu­ki­wa­niu swo­je­go nie­po­wta­rzal­ne­go od­po­wied­ni­ka. Szu­ka­my tego, kto będzie kończył roz­po­czy­na­ne przez nas zda­nia: w na­szym współcze­snym języku opi­sujące łącze­nie się w pary zwro­ty, ta­kie jak „dru­ga połówka”, „ten je­dy­ny” i „dopełniasz mnie”, po­twier­dzają trwałość tego ideału.

Jed­nak na­dzie­ja na bli­skość wca­le nie do­ty­czy je­dy­nie ro­man­tycz­nych par, nie­za­leżnie od tego, czy są to ofi­cjal­nie usank­cjo­no­wa­ni part­ne­rzy, czy se­kret­ni ko­chan­ko­wie z ich ukrad­ko­wy­mi, ta­jem­ny­mi pla­na­mi. Ko­lejną prze­strze­nią, dającą możliwość po­wsta­nia bli­skie­go związku, jest przy­jaźń. To do przy­jaciół zwra­ca­my się, kie­dy w na­szych ro­man­tycz­nych związkach ujaw­niają się ich nie­unik­nio­ne ogra­ni­cze­nia. Od But­cha Cas­si­dy­ego i Sun­dan­ce Kida do Thel­my i Lo­uisey fil­my o przy­jaźni wy­ko­rzy­stują kon­cepcję wyjątko­wej, bli­skiej więzi łączącej dwo­je lu­dzi prze­ciw świa­tu. I tak samo jak wśród przy­jaciół może też być w ro­dzi­nie: córka, która oma­wia z oj­cem swo­je życio­we wy­bo­ry i oba­wy, czy nie­rozłączne ro­dzeństwo, które angażuje się na­wza­jem w swo­je życie i nig­dy nie po­zwo­li, by minął im dzień bez kon­tak­tu. Oni pew­nie też doświad­czają tego szczególne­go związku.

To właśnie tego ro­dza­ju re­la­cje w po­wszech­nym od­czu­ciu dają na­dzieję na bli­skość, czy­li głębo­kie, długo­tr­wałe więzy z przy­ja­ciółmi i krew­ny­mi. Jed­nak z różnych po­wodów, ja­kie wyjaśnię później, dążenie do wewnętrzne­go przy­mie­rza w obrębie tych re­la­cji zbyt często po­zo­sta­je bez­owoc­ne. W rze­czy sa­mej, sko­ro pra­wie połowa za­chod­nich małżeństw kończy się roz­wo­dem, a wie­le z tych, które wciąż trwają, nie­chyb­nie utrzy­mu­je się z po­wodów prak­tycz­nych, rozsądny będzie pogląd, że większość re­la­cji nie spełnia wy­mogów określe­nia „bli­skie”. Nie ma to zna­czyć, że tym sa­mym jako re­la­cje są za­wsze nie­uda­ne. W Ho­wards Endpara głównych bo­ha­terów, Małgo­rza­ta i Hen­ryk (których będzie­my jesz­cze spo­ty­kać na różnych eta­pach), praw­do­po­dob­nie two­rzy cen­ny i ważny związek, ale jest to związek, w którym bra­ku­je bli­skości. Przeświad­cze­nie Małgo­rza­ty, że wy­star­czy „wewnętrzne przy­mie­rze” nie gwa­ran­tu­je, że w jej przy­pad­ku tak się kie­dy­kol­wiek sta­nie.

To samo ty­czy się przy­ja­ciół i ro­dzi­ny, nie­mogących wy­rwać się ze złych na­wyków, uczu­cia no­stal­gii czy po­zbyć brze­mie­nia in­ne­go ro­dza­ju. Re­la­cje przytłoczo­ne nad­mia­rem hi­sto­rii, ogra­ni­cza­ne przez wspólną przyszłość, nie za­wsze na­dają się do tego, by obnażać w nich duszę. A dzie­je się tak dla­te­go, że po dru­giej stro­nie wspa­nia­le zsyn­chro­ni­zo­wa­nych do­brych ma­nier może czaić się złość, obu­rze­nie, za­zdrość, strach, nie­pokój, obojętność lub znu­dze­nie: a w re­zul­ta­cie trwałe po­czu­cie osa­mot­nie­nia.

W prze­ci­wieństwie do związków, w których lu­dzie dążą, choć często bez­sku­tecz­nie, do udo­sko­na­le­nia „tech­no­lo­gii” bli­skości (czy to jako part­ne­rzy, ko­chan­ko­wie, przy­ja­cie­le czy ro­dzi­na), ist­nieją bar­dziej ano­ni­mo­we spo­tka­nia: nie­zli­czo­ne nici, które na krótko łączą ob­cych, zna­jo­mych, ko­legów, a na­wet wrogów. Doświad­cze­nie ta­kiej bar­dziej prze­lot­nej bli­skości może być mniej sta­bil­ne, jed­nak z tego właśnie po­wo­du sta­no­wi tym czystszą jej kwin­te­sencję. Błysk po­ro­zu­mie­nia pomiędzy nie­zna­jo­my­mi (spoj­rze­nia spo­ty­kające się w przysłowio­wym zatłoczo­nym po­ko­ju, zwie­rze­nia pod­czas lotu sa­mo­lo­tem) może zro­dzić się z tego właśnie fak­tu, że dwo­je mających swo­je se­kre­ty lu­dzi nie łączy ani wspólna przeszłość, ani, jak do tej pory, przyszłość; nie­ważkość tego kon­tak­tu, jego nie­fra­so­bli­wa lek­kość stwa­rzają wa­run­ki sprzy­jające podjęciu ry­zy­ka.

Bli­skość jest częścią dnia po­wsze­dnie­go. Nie należy do świa­ta le­gend czy bo­ha­terów; tkwi ra­czej w drob­nych in­cy­den­tach, które wy­da­rzają się na co dzień, do­dając barw życiu tych lu­dzi, którzy „wier­nie przeżyli swo­je życie w cie­niu i spo­czy­wają w nie­odwie­dza­nych gro­bach”4, jak ujęła to Geo­r­ge Eliot. Ale fakt, że bli­skość jest zja­wi­skiem po­wsze­dnim, nie ozna­cza, że mamy okazję doświad­czać jej każdego dnia. W rze­czy­wi­stości, choć mamy ją nie­mal pod ręką, oka­zu­je się iry­tująco nie­uchwyt­na.

Nie dość, że doświad­cza­nie bli­skości jest przeżyciem efe­me­rycz­nie sub­tel­nym, bru­tal­na praw­da jest taka, iż w rozkładzie bli­skości na polu ludz­kich przeżyć nie znaj­dzie­my żad­nej równo­mier­ności. Roz­bieżności w doświad­cza­niu jej przez lu­dzi są praw­do­po­dob­nie co naj­mniej tak duże jak roz­bieżności w ich so­cjo­eko­no­micz­nym położeniu. Ist­nie­je tak wie­le związa­nych z kon­tek­stem czyn­ników tworzących wa­run­ki, w których bli­skość jest cho­ciażby możliwa, że nie wy­star­czy so­bie tyl­ko zażyczyć, by od razu się po­ja­wiła. Co gor­sza, niektórzy lu­dzie mają większy ta­lent do two­rze­nia bli­skości niż inni: mają umiejętności i możliwości, nie­za­grożone po­czu­cie własne­go ja oraz pew­ne ce­chy, które po­zwa­lają im na dające głębsze za­do­wo­le­nie spo­tka­nia i spra­wiają, że le­piej po­tra­fią pod­trzy­my­wać re­la­cje. Prze­szko­dy na dro­dze do bli­skości to nie tyl­ko prze­szko­dy społecz­ne, ich źródłem nie są również je­dy­nie sto­sun­ki in­ter­per­so­nal­ne i usposo­bienie. W sa­mej tej kon­cep­cji jest coś z na­tu­ry po­dej­rza­ne­go i nie­trwałego.

Lęk przed bli­skością przy równo­cze­snym jej pra­gnie­niu

Po­szu­ki­wa­nie książek do­tyczących bli­skości jest zajęciem od­kryw­czym. Po pierw­sze, sama licz­ba tytułów świad­czy o tym, iż to za­gad­nie­nie nas ab­sor­bu­je. Po dru­gie, wie­le z tych książek sku­pia się na pro­ble­mach nie­odłącznie związa­nych z dążeniem do bli­skości. Tytuły ta­kie, jak Lęk przed bli­skością, The Fli­ght from In­ti­ma­cy i Fear of In­ti­ma­cy5, spra­wiają wrażenie, że trud­no na tym te­re­nie od­na­leźć drogę. Pociąga nas ideał bli­skości, ale też od­czu­wa­my przed nią lęk. Osiągnięcie jej będzie wy­ma­gało zaś ściśle określo­nych reguł postępo­wa­nia oraz wysiłku: nie po­ja­wi się ona sama.

Są przy­najm­niej dwa po­wo­dy, dla których oba­wia­my się na­szych na­dziei na bli­skość. Pierw­szy wy­wo­dzi się ze zro­zu­mie­nia, że bli­skość wy­ma­ga, byśmy się do pew­ne­go stop­nia odsłoni­li, wy­ma­ga pew­nej bez­bron­ności wo­bec kogoś, kto mógłby nas za­wieść. Strach przed bli­skością, a sfor­mułowa­nie to prze­wi­ja się w tytułach wie­lu książek na ten te­mat, będzie zwy­kle ozna­czał lęk przed od­rzu­ce­niem. Upo­ko­rze­nie i wstyd, które kryją się za odtrąconą bli­skością, to szczególnie ludz­kie ro­dza­je bólu, a my go­to­wi je­steśmy zro­bić wie­le, by ich uniknąć. Zni­we­czo­na na­dzie­ja na połącze­nie, odtrącona wyciągnięta dłoń mogą nieść ze sobą tak wie­le cier­pie­nia, że skłania to nas do wiel­kiej ostrożności w postępo­wa­niu.

Dru­gim po­wo­dem na­sze­go lęku, mniej oczy­wi­stym, ale jesz­cze bar­dziej dręczącym, jest to, że bli­skość nie jest możliwa. Posłuchaj­cie Sa­mu­ela Bec­ket­ta, który pi­sze do ciot­ki o swo­im roz­miłowa­niu w ob­ra­zach Jac­ka Yeat­sa:

„To, jak umiesz­cza głowę mężczy­zny i głowę ko­bie­ty jedną obok dru­giej lub twarzą w twarz, jest prze­rażające, dwie nie­re­du­ko­wal­ne po­je­dyn­czości, a pomiędzy nimi bez­miar nie do prze­by­cia. Przy­pusz­czam, że stąd ten bez­ruch na jego ob­ra­zach, jak­by kon­we­nan­se uległy na­gle za­wie­sze­niu… Coś w ro­dza­ju ska­mie­niałego wglądu w osta­teczną, twardą, nie­re­du­ko­walną, or­ga­niczną po­je­dyn­czość”6.

Zgod­nie z obo­wiązującymi „nor­ma­mi” możemy twier­dzić, że umysły i ser­ca po­tra­fią się spo­tkać – taki jest właśnie ste­reo­typ kul­tu­ry po­pu­lar­nej – ale bar­dziej bez­kom­pro­mi­so­wa sztu­ka ujaw­nia trud­ne do za­ak­cep­to­wa­nia od­czu­cie, „ska­mie­niały wgląd” w to, że nie tyl­ko umie­ra­my sa­mot­nie, ale też możemy w sa­mot­ności żyć.

Następstwem tych obaw jest obu­dzo­ne przez nie pra­gnie­nie: nikła na­dzie­ja, że będzie można się połączyć po­mi­mo bólu osa­mot­nie­nia. Bli­skie połącze­nie jest jak płonący węgiel, który przez jakiś czas może cię jesz­cze ogrze­wać. Ale wie­my, że nie będzie to trwało wiecz­nie. Niektóre bli­skie związki mogą gasnąć (nie­zau­ważal­nie), jeśli nie będzie się ich za­si­lać świeżymi bli­ski­mi kon­tak­ta­mi. Jedną z tra­ge­dii sta­rych przy­jaźni jest to, że mogą nad­mier­nie uza­leżnić się od bli­skich powiązań z przeszłości i prze­stają od­na­wiać i odświeżać wczu­wa­nie się w sie­bie na­wza­jem. Mówiąc ogólnie, związkom niełatwo jest prze­trwać w opar­ciu o więzi z przeszłości; jeśli nie za­si­la ich nowa bli­skość, ogni­wa łączące związek słabną.

Również w dosłownym sen­sie bli­skość jest czymś skończo­nym. Za na­szym prze­czu­ciem śmier­tel­ności kry­je się wia­ra, że ból nie będzie trwał wiecz­nie, że „czas le­czy”. Jed­nak ta po­cie­cha ma też dru­gie okrut­ne dno. Jeśli czas le­czy zbyt do­brze, do­ko­nu­je tego, za­bi­jając po­czu­cie bli­skości z uko­chaną osobą, a wraz z tym pra­gnie­nie i ocze­ki­wa­nie bli­skości na przyszłość. Tak więc, cho­ciaż leczący czas działa na ból jak kojący bal­sam, jest też przy­po­mnie­niem, że naj­czyst­sza bli­skość również zblak­nie i umrze.

Ale sko­ro to wszyst­ko jest ta­kie stre­sujące i trud­ne, cze­mu za­wra­ca­my so­bie tym głowę? Cze­mu księgar­nie pełne są ta­kich tytułów? Dla­cze­go pro­sta przy­po­wieść, Wtor­ki z Mor­riem7, o młodym mężczyźnie, który roz­ma­wia ze swo­im umie­rającym pro­fe­so­rem i do­wia­du­je się, że sens życia spro­wa­dza się do czułej więzi z in­ny­mi, utrzy­mu­je się na liście be­st­sel­lerów „New York Ti­me­sa” przez 250 ty­go­dni, sprze­da­je się w ilości je­de­na­stu mi­lionów eg­zem­pla­rzy i zo­sta­je przetłuma­czo­na na trzy­dzieści dwa języki? Choć na­dzie­ja na bli­skość jest tak złudna, tkwi głęboko w większości z nas. Cza­sem myślimy o so­bie jak o jed­nost­kach od­osob­nio­nych, ale każde ja sta­no­wi twór społecz­ny. Na­sze życie w izo­la­cji od oto­cze­nia jest po­zba­wio­ne sen­su, zwierzę społecz­ne po­trze­bu­je in­nych, by do­brze żyć. Nic nie jest bar­dziej zba­wien­ne dla istot ludz­kich, jak wspólne i wy­ba­czające po­czu­cie kru­chości czy też świa­do­mość, że ktoś nas zna. Jeżeli mamy do­brze przeżyć życie, wia­ra w to, że po­mi­mo ry­zy­ka bądź zni­ko­me­go praw­do­po­do­bieństwa suk­ce­su uda się nam wypełnić po­le­ce­nie E. M. For­ste­ra, wy­da­je się jed­nym z najbar­dziej war­tościo­wych celów, do ja­kich możemy dążyć w na­szym życiu. Tak więc wal­czy­my z wia­tra­ka­mi po­mi­mo na­szych obaw. I cho­ciaż Małgo­rza­ta mu­siała wal­czyć, by w związku z Hen­ry­kiem osiągnąć bli­skość, nie tra­ciła na­dziei:

„Mimo jego doj­rzałego wie­ku spróbuję mu pomóc w zbu­do­wa­niu tęczo­we­go mo­stu, którym każdy z nas po­wi­nien łączyć prozę z namiętnością. Człowiek po­zba­wio­ny tego mo­stu jest pęknięty, jest ni­czym, na pół mni­chem, na pół zwierzęciem, parą ode­rwa­nych przęseł nie­spla­tających się w pełną ludzką istotę. On ro­dzi miłość, która roz­pa­la nie­biańską cięciwę – świecącą w mro­ku, sza­rzejącą na tle ognia”8.

Czy to pod­czas po­je­dyn­czej roz­mo­wy, czy w związku bu­do­wa­nym przez pe­wien czas bli­skość może dawać po­czu­cie bez­pie­czeństwa, ufności i tego, że jest się w sposób nie­po­wta­rzal­ny zro­zu­mia­nym. Jest prze­ci­wieństwem sa­mot­ności. Szan­sa na bli­skość ist­nie­je za­wsze, na­wet jeśli jest nie­uchwyt­na. Nawiązane choćby na krótko połącze­nie się może po­cie­szać i koić przez jakiś czas, kie­dy się już skończy. Z tego sa­me­go po­wo­du na­dzie­ja na ko­lejną chwilę bli­skości i ci­chy mo­ment wza­jem­ne­go zro­zu­mie­nia i ak­cep­ta­cji w przyszłości może spra­wić, że war­to żyć w związku.

Pisząc moją książkę, po­sta­wiłem so­bie za cel rzu­cić światło na ów dręczący i wszech­obec­ny aspekt ludz­kie­go życia: wszech­obec­ny, po­nie­waż „żaden człowiek nie jest sa­motną wyspą”, a dręczący, bo tak nie­znośnie kru­chy.

Przyjrzę się bliżej różnym ty­pom bli­skich związków, czy to pomiędzy ko­chan­ka­mi, czy też pomiędzy przy­ja­ciółmi lub człon­ka­mi ro­dzi­ny, pomiędzy nie­zna­jo­my­mi, a na­wet wro­ga­mi. A przy spo­sob­ności zajmę się zawiłościa­mi i sub­tel­nościa­mi wiążącymi się ze znaj­do­wa­niem bli­skości, jak również ba­rie­ra­mi, które stoją na­szym na­dzie­jom na prze­szko­dzie.

2Co ro­zu­mie­my przez słowo bli­skość

Jak wi­dzie­liśmy w przy­pad­ku Boba i Char­lot­te, bli­skość jest ściśle powiązana z sub­tel­nością. John Ru­skin w kon­tekście sztu­ki mówi o nie­wiel­kich, ale bar­dzo znaczących szczegółach na ob­ra­zach: „że naj­mniej­sza cząstka wiel­kiej kom­po­zy­cji wspo­ma­ga całość”, i na­zy­wa to „za­da­niem naj­skrom­niej­sze­go”9. Od­czułem coś po­dob­ne­go pod­czas krótkiej wy­ciecz­ki do We­ne­cji. W ciągu dnia od­no­siłem wrażenie, że tkwię w środ­ku ob­ra­zu Ca­na­let­ta. Trud­no było ogarnąć ten olśnie­wający splen­dor. Byłem pełen po­dzi­wu, ale nie czułem wzru­sze­nia. Kie­dy zaś wra­całem taksówką wodną z ko­la­cji do domu, mia­sto prze­ma­wiało do mnie bar­dziej sub­tel­nym, nie­dosłownym języ­kiem: po­przez chlu­pot wiosła w wo­dzie czy światło świec w do­mach. Ten nie­dosłowny język po­ru­szał mnie znacz­nie głębiej.

I to jest, ogólnie rzecz biorąc, ważna ce­cha bli­skości. Kru­chość tej więzi często wy­ma­ga sub­tel­nej in­te­rak­cji, cze­goś, od cze­go wyraźnie by się odróżniała i przez to dawała doświad­czającym jej lu­dziom po­czu­cie, że łączy ich jakiś se­kret. Pew­ne­go wie­czo­ru Bob i Char­lot­te wy­chodzą wraz z jej przy­ja­ciółmi do cen­trum To­kio. Pod­czas ka­ra­oke Bob daje się namówić, by zaśpie­wał More ft>an Wis Bry­ana Fer­ry­ego, a my pod po­zo­ra­mi roz­ba­wie­nia do­strze­ga­my drob­ne zmia­ny w wy­ra­zie jego twa­rzy – przebłysk, napięcie, półuśmiech – wska­zujące na ist­nie­nie ukry­te­go tuż pod po­wierzch­nią pełnego me­lan­cho­lii i pra­gnień świa­ta.

Bli­skość ozna­cza również wie­lo­znacz­ność. Bob i Char­lot­te bar­dzo przy­wiązują się do sie­bie, cho­ciaż re­la­cje między nimi nie są wyraźnie na­ce­cho­wa­ne sek­su­al­nością. W swo­jej re­cen­zji fil­mu Pe­ter Brad­shaw (2004) do­brze uchwy­cił tę nie­jed­no­znacz­nie na­kreśloną, sub­telną re­lację.

„W wiel­kiej przy­go­dzie Boba i Char­lot­te do­cho­dzi do pełnej uro­ku sce­ny, kie­dy leżąc na łóżku, zwie­rzają się so­bie na­wza­jem ze swo­ich naj­bar­dziej oso­bi­stych obaw, ale ich dłonie nie spla­tają się, a ich usta nie spo­ty­kają. Trud­no byłoby twier­dzić, że nie ma między nimi sek­su­al­ne­go napięcia, ale ich bli­skość jest czymś więcej niż zwykłe pożąda­nie; a gdy Bob mówi jej, jak się czuł, gdy ro­dziły się jego dzie­ci, ich re­la­cja na chwilę wy­my­ka się wszel­kiej kla­sy­fi­ka­cji. Czy są ko­chan­ka­mi? Przy­ja­ciółmi? Men­to­rem i uczen­nicą w mi­ste­rium życia? Oj­cem i córką?”

Bli­skość jest nie tyl­ko czymś sub­tel­nym i wie­lo­znacz­nym, ale też krótko­tr­wałym. Przej­mujący w ich pełnej spo­ko­ju bli­skości wy­da­je się fakt, że uza­leżnio­na jest ona od bra­ku tego, co zwy­kliśmy cenić w na­szych co­dzien­nych re­la­cjach, a co po­zo­sta­je w związku ze snu­ty­mi przez nas pla­na­mi i pra­gnie­niem po­czu­cia trwałości. Wręcz prze­ciw­nie, ich związek umoc­nił się po­przez to, że nic go nie krępowało i że cały czas ist­niał w cie­niu nie­ustan­ne­go prze­czu­cia końca. Przesłanie fil­mu Między słowa­mi mówi nam, że bli­skość jest nam dostępna je­dy­nie w małych daw­kach.

Kie­dy, kończąc swoją podróż, Bob opusz­cza Char­lot­te i To­kio, robi nam się ciężko na ser­cu, że nie po­zna­li możliwości, ja­kie dawał ten związek, co było równie smut­ne, jak nie­unik­nio­ne. Później, żeby przy­najm­niej częścio­wo po­zo­stać w zgo­dzie z ki­nową kon­wencją, w dro­dze na lot­ni­sko Bob wbrew wszel­kie­mu praw­do­po­do­bieństwu do­strze­ga Char­lot­te na zatłoczo­nej uli­cy, za­trzy­mu­je taksówkę, wy­sia­da i pod­bie­ga do niej. Roz­ma­wiają, a po­tem on szep­ce jej do ucha coś, cze­go z założenia nie je­steśmy w sta­nie dosłyszeć, ale po czym jej twarz roz­pro­mie­nia się w uśmie­chu. Czy wy­zna­je jej miłość? Czy obie­cu­je po­now­ne spo­tka­nie? Cop­po­la nie wyjaśnia, ale cho­ciaż dzięki temu film ma nie­co szczęśliw­sze (a może na­wet całkiem szczęśliwe) zakończe­nie, wy­czu­wa­my, że jeśli bo­ha­te­ro­wie zno­wu się spo­tkają, oni również dołączą do świa­ta, w którym do­mi­nują sprzecz­ki i próbki dy­wanów. Ich bli­skość za­wsze miała być krótko­tr­wała. Jed­no­cześnie nie mamy po­wo­du sądzić, że to rodzące wewnętrzną prze­mianę przeżycie w ja­ki­kol­wiek sposób pomoże im w zbliżeniu się do własnych współmałżonków.

Ale czym jest to nie­uchwyt­ne i pa­ra­dok­sal­ne przeżycie zwa­ne bli­skością? Jeśli za­mie­rza­my jej szu­kać, a nie za­do­wa­lać się jej imi­tacją, jak te pary w lo­kal­nym fran­cu­skim bi­stro, które rok­rocz­nie w wa­len­tyn­ko­wy wieczór nie mogą wy­rwać się z ma­ka­brycz­nej kon­fron­ta­cji – skąd mamy wie­dzieć, cze­go szu­kać?

Co to jest bli­skość?

Pra­ce na­uko­we zaj­mujące się tym za­gad­nie­niem (a jest ich wie­le, możecie mi wie­rzyć) często za­czy­nają się od spo­strzeżenia, że choć wie­lu lu­dzi tęskni za bli­skością, bar­dzo nie­licz­ni po­tra­fią po­wie­dzieć, co przez to ro­zu­mieją. Jeżeli zagłębić się w lek­tu­rze wspo­mnia­nych prac, szyb­ko do­cho­dzi się do wnio­sku, że również na­ukow­com trud­no jest wyjaśnić tę mętną kon­cepcję. Piszą tak, jak św. Au­gu­styn, kie­dy próbował wyjaśnić pojęcie cza­su. Gdy nikt mnie o to nie pyta, wiem, co to jest. Ale jak tyl­ko ktoś mnie za­py­ta, uświa­da­miam so­bie, że nie wiem. Pod piórem na­ukow­ca bli­skość się ulat­nia.

„Jedną z kwe­stii mających klu­czo­we zna­cze­nie dla postępów w na­szym ro­zu­mie­niu zja­wi­ska bli­skości i jej doświad­cza­nia jest zde­fi­nio­wa­nie lub określe­nie gra­nic tego zja­wi­ska. Cho­ciaż zarówno au­to­rzy na­uko­wi, jak i «po­pu­lar­ni» wie­le i w roz­ma­itych kon­tek­stach pi­sa­li na te­mat bli­skości, pa­ra­dok­sal­nie mniej jest badań, a jesz­cze mniej zgod­ności, jeśli idzie o… jej de­fi­nicję”10.

Tak twierdzą Lisa Re­gi­ster i Tra­cy Hen­ley w swo­jej pra­cy na te­mat zja­wi­ska, ja­kim jest bli­skość. Zaj­mują się roz­ma­itością po­dejść do tej kwe­stii, wyróżniając „przy­najm­niej dwa­dzieścia znacząco od­bie­gających od sie­bie de­fi­ni­cji bli­skości”, i za­uważają, że kie­dy na­ukow­cy próbują ana­li­zo­wać bli­skość, „wca­le nie jest oczy­wi­ste, że mie­rzy­my albo mo­de­lu­je­my to samo zja­wi­sko, sko­ro jego de­fi­ni­cje tak się od sie­bie różnią”11.

W li­te­ra­tu­rze fa­cho­wej znaj­dzie­my nie­zli­czo­ne przykłady ta­kie­go zakłopo­ta­nia na­ukowców. Nie po­win­no nas to dzi­wić, po­nie­waż „bli­skość” jest trud­no uchwytną kon­cepcją prze­ma­wiającą wie­lo­ma głosa­mi. W zakończe­niu głośnej książki Hand­bo­ok of Clo­se­ness and In­ti­ma­cy jej re­dak­to­rzy za­uważają, że:

„Wy­da­je się, że zwy­kli lu­dzie (przy­najm­niej w kul­tu­rze za­chod­niej) wy­two­rzy­li so­bie wspólny ar­che­typ tego, co składa się na bli­skość, a w de­fi­ni­cjach na­ukowców do­strze­ga­my wspólne mo­ty­wy bli­skie temu, co pod tym pojęciem ro­zu­mieją la­icy. Jed­nak nadal nie mamy wspólnej de­fi­ni­cji”12.

Zo­staw­my te­raz dys­ku­sje uczo­nych mężów i przejdźmy do de­fi­ni­cji słowni­ko­wych13. W Oxford En­glish Dic­tio­na­ry znaj­du­je­my ich pięć dla słowa in­ti­ma­cy, dzie­sięć dla słowa in­ti­ma­te jako przy­miot­ni­ka (np. w zna­cze­niu „grun­tow­na wie­dza”), dwa dla in­ti­ma­te jako rze­czow­ni­ka (np. w zna­cze­niu „ser­decz­ny przy­ja­ciel”) i jesz­cze pięć dla for­my cza­sow­ni­ko­wej (w zna­cze­niu „dać do zro­zu­mie­nia, podać do wia­do­mości”). Te de­fi­ni­cje za­chodzą na sie­bie, ale tak na­prawdę nie pro­wadzą do żad­nej wspólnej czy­tel­nej i łatwej do wyrażenia kon­cep­cji. Za­wie­rają od­nie­sie­nia do pojęć ta­kich, jak zbliżenie się czy zażyłość (z ludźmi), dogłębna zna­jo­mość (rze­czy czy te­matów), do sa­mej isto­ty lub sed­na cze­goś, do określe­nia ścisłości „zle­pie­nia się” ele­mentów luźnych w sub­stancję zwięzłą (np. w pia­skow­cu będącym połącze­niem białego kwar­cu i różowe­go skale­nia). Słowo „bli­ski” może też opi­sy­wać rze­czy tak różne jak odbiór przed­sta­wie­nia te­atral­ne­go („bli­ski mo­je­mu poj­mo­wa­niu dzieła”) bądź być eu­fe­mi­stycz­nym określe­niem sek­su („życie in­tym­ne”). Większość ze spo­sobów użycia tego słowa, przy­to­czo­nych w Oxford En­glish Dic­tio­na­ry, wy­da­je się przy­sta­wać ra­czej do ich hi­sto­rycz­ne­go kon­tek­stu, niektóre z de­fi­ni­cji są prze­sta­rzałe, a gros przy­ta­cza­nych przy kładów za­czerp­nięto z sie­dem­na­sto­wiecz­nej an­gielsz­czy­zny, kie­dy słowo to zaczęto po­wszech­nie sto­so­wać.

De­fi­ni­cje o bar­dziej współcze­snym za­bar­wie­niu pro­po­nu­je namMer­riam-We­bsters Col­le­gia­te Dic­tio­na­ry:

in­ti­ma­cy (bli­skość)…

1: stan by­cia bli­skim; zażyłość;

2: coś oso­bi­stej lub pry­wat­nej na­tu­ry

in­ti­ma­te (bli­ski)…

1: a) wewnętrzny, za­sad­ni­czy;

b) należący do najgłębszej na­tu­ry kogoś lub cha­rak­te­ry­zujący ją;

2: ce­chujący się bar­dzo zażyłym związkiem, kon­tak­tem czy obe­zna­niem [dogłębna zna­jo­mość pra­wa];

3: a) ce­chujący się ser­deczną przy­jaźnią wy­rosłą z długo­tr­wałych sto­sunków [bli­scy przy­jaciele];

b) ko­jarzący się z nie­for­malną zażyłością lub pry­wat­nością [ka­me­ral­ne klu­by];

4: bar­dzo oso­bi­stej lub pry­wat­nej na­tu­ry [in­tym­ne se­kre­ty]

Na do­da­tek, chcąc prze­ka­zać istot­ny sens bli­skości, wie­le słowników przy­ta­cza następujące zda­nie: „brak ba­rier wy­two­rzył ta­jem­niczą bli­skość, w której pry­wat­ność była czymś nie­zna­nym”.

Czy­tel­nik z pew­nością od­no­si wrażenie, że to słuszny kie­ru­nek. „Zażyłość”, „in­tym­ność” i „przy­na­leżenie” wszyst­kie wy­dają się istot­ne. „Wie­dza oso­bi­sta, pry­wat­na” pa­su­je tu ra­zem z jej „rozpływa­niem się” pod nie­obec­ność ba­rier. Na dobrą sprawę określe­nia „pry­wat­ne, oso­bi­ste” wy­dają się zna­mien­ne dla spo­so­bu, w jaki używa­my ter­mi­nu bli­skość. A mimo to każda z powyższych de­fi­ni­cji, cho­ciaż zbliża się do któregoś z wie­lu spo­sobów, w jaki mówimy o „bli­skości”, wy­daje się to pojęcie z cze­goś odzie­rać. Bra­ku­je w nich ele­mentów, które na­si­lają na­sze za­ab­sor­bo­wa­nie „bli­skością”. Jej bar­dziej bla­de aspek­ty, „zażyłość” i „pry­wat­ność”, są wpraw­dzie istot­ne, ale nie od­dają w za­sa­dzie dy­na­micz­ne­go i re­la­cyj­ne­go cha­rak­te­ru bli­skości; i z tego sa­me­go po­wo­du nie od­dają również trud­ności nie­odłącznie związa­nych z dążeniem do niej. Można od­nieść wrażenie, że gubią gdzieś ry­zy­ko i radość, ja­kie nie­sie ze sobą ta­kie kru­che połącze­nie, nie wspo­mi­nając już o ci­chej, sub­tel­nej, nie­mal nie­opi­sy­wal­nej sile występującej na obrzeżach zna­cze­nia tego słowa.

Jeśli odwołamy się do ety­mo­lo­gii, łacińskie ter­mi­ny in­tus i in­ter14 („między, wśród” oraz „wewnątrz, w środ­ku”), su­ge­rujące ukrytą głębię, nie­co nas do isto­ty rze­czy przy­bliżają. Sto­pień wyższy in­te­rior („bar­dziej wewnętrzny, więcej w głębi się znaj­dujący”) oraz naj­wyższy in­ti­mus („naj­bar­dziej wewnętrzny, najgłębszy, naj­taj­niej­szy”) za­czy­nają tra­fiać w to po­czu­cie głębi, które współgra z naszą in­tu­icją. Łaciński cza­sow­nik in­ti­ma­re ozna­cza „wno­sić, kłaść” lub „pu­bli­ko­wać albo ogłaszać”. Naj­bar­dziej istot­ne jest to, że „bli­skość” sple­cio­na jest z ujaw­nia­niem. Wi­dzi­my to w na­szym współcze­snym cza­sow­ni­ku „dawać do zro­zu­mie­nia, po­da­wać do wia­do­mości”15, to zna­czy prze­ka­zy­wać, na­wet jeżeli w sposób do pew­ne­go stop­nia za­wo­alo­wa­ny.

Bli­skość od­zna­cza się tą nie­uchwytną głębią, po­nie­waż odwołuje się do esen­cja­li­zmu16 wbu­do­wa­ne­go w psy­chikę ludzką. Lu­bi­my son­do­wać ukry­te głębie z umysłem na­kie­ro­wa­nym na szu­ka­nie wy­ima­gi­no­wa­nej praw­dy, która kry­je się pod po­wierzch­nią. Mamy na­dzieję od­kryć rze­telną, praw­dziwą esencję w świe­cie pełnym nie­pew­ności i cha­osu. Świat przy­ro­dy tyl­ko utwier­dza nas w tej na­dziei. Wie­my na przykład, że złoto to złoto, po­nie­waż zna­my jego liczbę ato­mową 79 (licz­ba pro­tonów znaj­dujących się w jądrze ato­mu złota). Jeśli coś nie ma licz­by ato­mowej 79, to nie jest złotem, żeby nie wiem jak się błysz­czało. A nie ma ni­cze­go ważniej­sze­go, jeśli cho­dzi o to, jak po­strze­ga­my sie­bie na­wza­jem. Pra­gnie­nie bli­skości to pra­gnie­nie od­krycia „praw­dziwego cie­bie” i „praw­dziwego mnie”, żeby je ze sobą połączyć. Ogromną po­kusą jest dla nas na­dzieja, że od­kry­jemy równo­ważną na­szej esencję w czy­jejś jaźni lub oso­bo­wości, tak jak to można zro­bić w przy­pad­ku cze­goś, co fi­lo­zo­fo­wie na­zy­wają „ro­dza­jem na­tu­ral­nym”, jak na przykład pier­wia­stek che­micz­ny.

Ale w przy­pad­ku lu­dzi ta na­dzie­ja jest złudna: jest złotem głupców, jeśli wo­lisz. Na­sza jaźń tak samo nie skry­wa nie­zmien­nej tożsamości, którą możemy wy­ra­zić za po­mocą wzo­ru, jak 42 nie jest od­po­wie­dzią na py­ta­nie o zna­cze­nie życia (z całym sza­cun­kiem dla książki Au­to­sto­pem przez ga­lak­tykę). Na­sze najgłębsze je­ste­stwo jest sub­tel­nym, nie­ja­snym, skom­pli­ko­wa­nym two­rem zmie­niającym się w trak­cie na­sze­go życia, a równo­cześnie dającym nam iluzję sta­bil­ności właśnie wte­dy, kie­dy cze­pia­my się na­dziei na trwałość i pew­ność. Czy nie dla­te­go właśnie zwróce­nie się do kogoś słowa­mi „zmie­niłeś się” często brzmi jak oskarżenie? Oczy­wi­sty fakt zmia­ny jest za­grożeniem dla pla­nu nawiąza­nia wewnętrzne­go przy­mie­rza. Iluż związkom nie udało się przy­sto­so­wać do bru­tal­ne­go fak­tu, który umknął ich uwa­dze, że coś się zmie­niło, i gra­li wciąż w tę samą grę, cho­ciaż bram­ka daw­no była w in­nym miej­scu.

Jed­nak ta ilu­zja ma wielką moc. W ludz­ki umysł wbu­do­wa­na jest in­tu­icja, przez co od­ru­cho­wo sto­su­je­my to esen­cja­li­stycz­ne po­dejście do sie­bie na­wza­jem, a na­dzie­ja na bli­skość to na­dzie­ja, że będzie mi dane choć prze­lot­nie zaj­rzeć w twoją duszę, w za­mian ofe­rując własną. I to bez względu na fakt, że owa na­dzie­ja, wraz ze wszyst­ki­mi jej skut­ka­mi, jest ilu­zo­rycz­na.

Nie chcę przez to po­wie­dzieć, że bli­skość jest czymś nie­możli­wym, tyl­ko że jest la­bil­na i nie­uchwyt­na, tak samo jak my, i przez to trud­na do zde­fi­nio­wa­nia. Nie­mniej jed­nak głęboka na­dzie­ja na bli­skość nie jest na­dzieją da­remną. Uczu­cie wza­jem­ne­go zro­zu­mie­nia jest osiągal­ne, na­wet jeśli bywa rzad­kie i na­wet jeśli mu­si­my dopuścić taką możliwość, że na­sze od­kry­cia okażą się fałszy­we i że zbyt szyb­ko jed­na i dru­ga stro­na przyjęła taki „wa­riant” tej dru­giej, który więcej za­ciem­nia, niż ujaw­nia. Stwier­dze­nie, że wy­star­czy nawiąza­nie „wewnętrzne­go przy­mie­rza”, po­win­no się sfor­mułować na nowo w taki sposób, że mniej będzie zależało od pew­ników che­mii, a więcej od zróżni­co­wa­ne­go poglądu na bli­skość, na którą mo­gli­byśmy mieć na­dzieję. W mo­jej książce zaj­muję się po­zna­wa­niem tej na­dziei.

Różne głosy bli­skości

Łatwo jest