Bliskość. Zaufaj sobie i innym - Osho - ebook
Opis

W czasach, gdy wszystko jest powierzchowne i tymczasowe, coraz częściej towarzyszy nam podskórne przekonanie, że zatraciliśmy poczucie bliskości.

Bliskość nie musi być fizyczna, chociaż seks jest jedną z jej form. O wiele istotniejsza jest gotowość do odsłonięcia najgłębszych uczuć i potrzeb. Kiedy obawiamy się otworzyć, gdy boimy się zaufać, intymność staje się ryzykiem. Odwaga bliskości musi być zakorzeniona w wewnętrznym przekonaniu, że nawet jeśli partner nie zechce się otworzyć lub nadużyje naszego zaufania, nie poniesiemy żadnej trwałej krzywdy.

Osho w wyważonej i pełnej wyczucia książce krok po kroku oswaja czytelnika z ryzykiem bliskości. Pokazuje, w jaki sposób zmierzyć się z lękiem przed intymnością i jak go przekroczyć. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 211

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PRZEDMOWA

Wejście w kontakt intymny zbliża cię do nieznajomego. Zmusza cię do odrzucenia linii obrony, gdyż jedynie wtedy możliwa jest bliskość. Wychowaliśmy się w chorym społeczeństwie, pełnym represji, zakazów i tabu, dlatego wszyscy ukrywamy tysiące rzeczy, nie tylko przed innymi, ale także przed samymi sobą.

Każdy boi się bliskości – to, czy jesteś tego świadomy, czy nie, to oczywiście inna sprawa. Bliskość to odsłonięcie się przed kimś nieznajomym – a przecież wszyscy jesteśmy dla siebie obcy; nikt nikogo nie zna. Jesteśmy obcy nawet dla samych siebie, ponieważ nie wiemy, kim naprawdę jesteśmy.

Wejście w kontakt intymny zbliża cię do nieznajomego. Zmusza cię do odrzucenia linii obrony, gdyż jedynie wtedy możliwa jest bliskość. Strach wynika z tego, że nie wiesz, co ten obcy człowiek ci zrobi, gdy przestaniesz się bronić, gdy odrzucisz swoje maski. Wychowaliśmy się w chorym społeczeństwie, pełnym represji, zakazów i tabu, dlatego wszyscy ukrywamy tysiące rzeczy, nie tylko przed innymi, ale także przed samymi sobą. Strach podszeptuje, że wobec obcej osoby – i nie ma znaczenia, czy żyjecie ze sobą trzydzieści, czy czterdzieści lat, bo obcość nigdy nie znika – bezpieczniej jest zachować ostrożność, dystans, ponieważ ta osoba mogłaby wykorzystać twoje słabości i wrażliwość.

Wszyscy boją się bliskości

Problem jest skomplikowany, ponieważ wszyscy pragną bliskości. Wszyscy jej łakną, bez niej jest się we wszechświecie osamotnionym – bez przyjaciół, bez kochanka, bez osoby, której można zaufać, bez kogoś, komu można pokazać wszystkie swoje rany. A rany nie wygoją się, dopóki nie zostaną otwarte. Im bardziej je ukrywasz, tym bardziej groźne się stają. Mogą zamienić się w raka.

Z jednej strony bliskość jest podstawową potrzebą, każdy jej pragnie. Chcesz, aby druga osoba była ci bliska, żeby przestała się bronić, stała się wrażliwa, pokazała swoje rany, odrzuciła maski i fałszywą osobowość, żeby pokazała ci się taką, jaką jest. A z drugiej strony, boisz się zażyłości – chcesz być blisko drugiej osoby, ale bez konieczności odrzucenia swojego systemu obronnego. Taki konflikt panuje między przyjaciółmi i kochankami: nikt nie chce się rozbroić, nikt nie chce się obnażyć, nikt nie chce się otworzyć, a jednocześnie wszyscy chcą bliskości.

Dopóki nie pozbędziesz się narzuconych na ciebie represji i zakazów – które są „darami” od religii, kultury, społeczeństwa, od twoich rodziców, od nauczycieli – nigdy nie wytworzysz bliskości z drugą osobą. To ty musisz przejąć inicjatywę.

Jeśli nie ma w tobie poczucia osaczenia czy ograniczeń, to nie ma również ran. Jeśli prowadziłeś proste, naturalne życie, nie będziesz bał się bliskości, będziesz za to przepełniony radością z tego, że dwa zbliżające się do siebie płomienie, prawie idealnie łączą się w jeden. Takie spotkanie niesie niezwykłe zadowolenie, satysfakcję i spełnienie. Ale zanim będziesz w stanie osiągnąć bliskość, musisz całkowicie oczyścić swój dom.

Tylko osoba medytująca może odważyć się na bliskość. Ona nie ma niczego do ukrycia. Odrzuciła wszystko, co mogłaby chcieć ukryć przed drugą osobą. Jej serce jest ciche i pełne miłości.

Musisz całkowicie zaakceptować siebie. Dopóki tego nie zrobisz, nikt inny cię nie zaakceptuje. Ale zawsze wszyscy cię potępiali i nauczyłeś się tylko jednej rzeczy: samopotępienia. Starasz się to ukryć; nie jest to coś pięknego, co chciałbyś pokazać innym. Wiesz, że przepełniają cię rzeczy brzydkie, że ukrywają się w tobie rzeczy złe, że chowa się w tobie zwierzęcość. Dopóki nie zmienisz swojego podejścia i nie zaakceptujesz siebie jako jednego ze zwierząt w egzystencji…

Prawda jest taka, że egzystencja nie zna przewagi i niższości. Egzystencja akceptuje wszystko takim, jakie jest; niczego nie potępia.

Słowo zwierzę (po angielsku „animal”– przyp. tłum.) nie jest złe. Oznacza po prostu bycie żywym; pochodzi od słowa anima (łac.: wiatr, dusza, istota żywa – przyp. tłum.). Ten, kto jest żywy, jest zwierzęciem. Ale ludzi nauczono: „Nie jesteście zwierzętami; zwierzęta są od was dużo gorsze. Wy jesteście ludźmi”. Wykreowano sztuczne poczucie wyższości. Prawda jest taka, że egzystencja nie zna przewagi i niższości. Dla niej wszystko jest równe: drzewa, ptaki, zwierzęta, ludzie. Egzystencja akceptuje wszystko takim, jakie jest; niczego nie potępia.

Żyjemy w kłamstwie i hipokryzji – dlatego bliskość wywołuje w nas strach. Nie jesteś taki, jaki wydajesz się być. Twój wygląd jest sztuczny. Możesz wyglądać jak święty, ale w głębi duszy nadal jesteś słabą ludzką istotą, ze wszystkimi ludzkimi pragnieniami i tęsknotami.

Jeżeli bezwarunkowo zaakceptujesz swoją seksualność, jeżeli zaakceptujesz to, że człowiek jest kruchy tak samo jak każda inna żyjąca istota, że życie jest cienką nicią, którą łatwo przerwać… Kiedy to zaakceptujesz i odrzucisz fałszywe ego – bycia Aleksandrem Wielkim, po trzykroć wspaniałym Mohamedem Ali – zrozumiesz, że człowiek jest piękny dzięki swojej zwyczajności i każdy ma jakieś słabości; są one częścią ludzkiej natury, ponieważ nie zrobiono nas ze stali. Nasze ciała są delikatne. Ich temperatura waha się między 98 a 110 stopni (w skali Fahrenheita, co odpowiada temperaturze między 36 a 42 stopni w skali Celsjusza – przyp. tłum), różnica to zaledwie dwanaście stopni. Jeśli spadnie poniżej normy, będziesz martwy; przekroczysz górną granicę i również będziesz martwy. Dotyczy to również tysiąca innych rzeczy w tobie. Jedna z największych potrzeb człowieka to czuć się potrzebnym, kochanym, akceptowanym. Ale nikt nie chce się do tego przyznać.

Żyjemy w kłamstwie i hipokryzji – dlatego bliskość wywołuje w nas strach. Nie jesteś taki, jaki wydajesz się być. Twój wygląd jest sztuczny. Możesz wyglądać jak święty, ale w głębi duszy nadal jesteś słabą ludzką istotą, ze wszystkimi ludzkimi pragnieniami i tęsknotami.

Pierwszy krok to całkowite zaakceptowanie siebie – wbrew narzuconym opiniom, które doprowadziły ludzkość na skraj obłędu. Gdy zaakceptujesz siebie takim, jaki naprawdę jesteś, strach przed bliskością zniknie. Nie będziesz mógł stracić czyjegoś szacunku ani własnej wspaniałości, ani ego. Nie będziesz mógł stracić pobożności czy świętości – sam bowiem już to wszystko odrzuciłeś. Staniesz się całkowicie niewinny, jak małe dziecko. Będziesz mógł otworzyć się na innych, nie będą wypełniać cię perwersje, gdyż ich przyczynę stanowi wyparcie. Będziesz mógł mówić to, co czujesz autentycznie i szczerze. I jeśli będziesz gotów na bliskość, pomożesz drugiej osobie odważyć się na nią. Twoja otwartość pomoże twojemu partnerowi otworzyć się w stosunku do ciebie. Twoja niezakłamana prostolinijność pozwoli drugiej osobie doświadczyć prostoty, niewinności, zaufania, miłości, otwartości.

Jesteś zniewolony przez fałszywe opinie, a to wytwarza strach, że jeśli bardzo się do kogoś zbliżysz, ta osoba dowie się o tym. Jesteśmy kruchymi istotami – najdelikatniejszymi pośród całej egzystencji. Ludzkie dziecko jest najbardziej niezaradnym dzieckiem spośród wszystkich zwierząt. Potomstwo zwierząt może przetrwać bez matki, bez ojca, bez rodziny, ale ludzkie dziecko umarłoby od razu. Kruchość nie jest czymś, co należy potępiać – to najwyższy wyraz świadomości. Kwiat róży będzie kruchy; nie jest kamieniem. I nie ma powodu, aby czuć się źle, że przypominasz kwiat róży, a nie kamień.

I jeśli będziesz gotów na bliskość, pomożesz drugiej osobie odważyć się na nią. Twoja niezakłamana prostolinijność pozwoli drugiej osobie doświadczyć prostoty, niewinności, zaufania, miłości, otwartości.

Dwie osoby przestają być dla siebie obce tylko wtedy, gdy wytworzą między sobą bliskość. Odkrycie, że nie tylko ciebie przepełniają słabości, ale drugą osobę również – być może nawet każdy człowiek ma wiele słabości – to wspaniałe odkrycie. Im wyższy jest poziom, na którym czegoś doświadczamy, tym nasze doświadczenie staje się delikatniejsze. Korzenie są bardzo silne, ale kwiat – wręcz przeciwnie. Na tym polega jego piękno. Rankiem rozchyla swoje płatki, aby powitać słońce, cały dzień tańczy na wietrze, w deszczu, w słońcu, a wieczorem jego płatki odpadają; kwiat znika.

Wszystko, co piękne i cenne, trwa tylko chwilę. Ty chcesz, żeby trwało wiecznie. Kochasz kogoś i składasz mu obietnicę: „Będę cię kochał do końca życia”. Doskonale wiesz, że nie możesz być pewien nawet tego, co wydarzy się jutro – obietnica jest fałszywa. Mógłbyś powiedzieć: „W tej chwili jestem w tobie zakochany i oddam ci całego siebie. Nie wiem nic o kolejnej chwili. Jak mógłbym coś obiecywać? Wybacz mi”.

Ale kochankowie obiecują sobie dużo rzeczy, których następnie nie mogą spełnić. W konsekwencji pojawia się frustracja; narasta dystans; dochodzi do walki, konfliktów, przepychanek i życie, które miało być piękne, zamienia się w tęsknotę i nieszczęście.

Gdy uświadomisz sobie, że obawiasz się bliskości, może okazać się to dla ciebie wielkim odkryciem. Jeśli tylko wejrzysz w głąb siebie, odrzucisz wszystko, co cię krępuje i zaakceptujesz swoją naturę taką, jaka ona jest, a nie taką, jaka być powinna – może dokonać się w tobie prawdziwa rewolucja. Nie nauczam żadnych „powinności”. „Powinieneś” sprawia, że ludzki umysł zaczyna chorować. Ludzie muszą nauczyć się piękna tego, co jest, niezwykłego splendoru natury. Drzewa nie znają Dziesięciu Przykazań, ptaki nie znają Pisma Świętego. Jedynie człowiek obarczył się takimi pro blemami. Potępiając swoją naturę, rozpadasz się, stajeszsię schizofrenikiem.

Dotyczy to nie tylko zwyczajnych ludzi, ale także ludzi pokroju Zygmunta Freuda, który przyczynił się do lepszego zrozumienia umysłu. Opracowaną przez niego metodą była psychoanaliza, uświadomienie sobie tego, co w tobie nieświadome. A oto cały sekret: kiedy to, co nieświadome, sprowadzone zostanie do świadomości, wyparuje. Staniesz się czysty i lekki. Im więcej tego, co nieświadome uwalniasz, tym większa staje się twoja świadomość. Gdy obszar nieświadomości się zmniejsza, powiększa się świadomość.

Oto wspaniała prawda. Na Wschodzie znają ją od tysięcy lat, Zachodowi przedstawił ją Zygmunt Freud – nie wiedząc nic o Wschodzie i jego psychologii. Była to metoda wymyślona przez niego. Zdziwi cię jednak fakt, że sam Freud nigdy nie zgodził się, aby poddano go psychoanalizie. Twórca psychoanalizy nigdy nie został poddany psychoanalizie. Jego współpracownicy nieustannie nalegali: „Podałeś nam metodę i wszyscy przeszliśmy psychoanalizę. Dlaczego sam uparcie odmawiasz poddaniu się jej?”.

Odpowiedział: „Zapomnijcie o tym”. Bał się odsłonić. Stał się geniuszem i pokazanie prawdziwego siebie, ponownie sprowadziłoby go do pozycji zwykłego człowieka. Miał te same lęki co inni, te same pragnienia, te same ograniczenia. Nigdy nie mówił o swoich snach, słuchał tylko o snach innych. Jego współpracownicy byli ogromnie zaskoczeni: „Znajomość twoich snów bardzo dużo by wniosła”. Ale on nigdy nie zgodził się położyć na kozetce i opowiadać o swoich snach, ponieważ były one zwyczajne, jak sny każdego innego człowieka – tego właśnie dotyczyła jego największa obawa.

Gautama Budda nie obawiałby się zagłębić w medytacji – specjalny rodzaj medytacji był tym, co podarował światu. Nie bałby się psychoanalizy, ponieważ u osoby, która medytuje, stopniowo zanikają sny. W czasie dnia jej umysł pozostaje cichy, a nie, jak to zwykle bywa, przepełniony natłokiem myśli. W nocy śpi głęboko, ponieważ sny to nic więcej jak nieprzeżyte myśli, nieprzeżyte pragnienia, nieprzeżyte tęsknoty z całego dnia. Próbują spełnić się przynajmniej we śnie.

Trudno będzie ci znaleźć mężczyznę, który śni o własnej żonie, czy kobietę, która śni o swoim mężu. Ale bardzo powszechne jest to, że śnią oni o żonach czy mężach sąsiadów. Żona jest dostępna; mąż nie ma niedozwolonych pragnień, które dotyczyłyby jego żony. Ale żona sąsiada zawsze jest piękniejsza, trawa po drugiej stronie ogrodzenia zawsze wydaje się być bardziej zielona. Nieosiągalne powoduje pragnienie osiąg nięcia go, zdobycia. W dzień jest to niemożliwe, ale przynajmniej w nocy jesteś wolny. Wolność śnienia nie została jeszcze odebrana przez rząd.

Ale to nie potrwa długo – niedługo i ona zostanie ci odebrana, ponieważ dostępne są już metody pozwalające stwierdzić, kiedy śnisz, a kiedy nie. Jest szansa, że któregoś dnia odkryty zostanie sposób na projekcję snów na ekranie. Trzeba będzie tylko wszczepić do twojej głowy jakieś elektrody. Będziesz mocno spał, radośnie śnił, we śnie kochał się z żoną sąsiada, a cała sala będzie to oglądać. A wszystkim się wydawało, że ten człowiek jest święty!

Momenty, kiedy pojawiają się sny, można już teraz z łatwością rozpoznać: gdy ktoś śpi, pod jego powiekami po ruszają się gałki oczne; jeśli się nie poruszają, to ta osoba nie śni.

Można wyświetlać twoje sny na ekranie. Można również narzucić ci określone sny. Żadna konstytucja w naszych czasach nie gwarantuje tego, że: „Ludzie mają wolność śnienia; to ich prawo nadane przy narodzinach”.

Gautama Budda nie śnił. Medytacja to sposób na wyjście poza rozum. Żył w całkowitej ciszy przez dwadzieścia cztery godziny na dobę – bez zmarszczek na jeziorze świadomości, bez myśli, bez marzeń.

Ale Zygmunta Freuda przepełniał strach, ponieważ znał swoje sny.

Słyszałem pewną historię. Trzech wspaniałych rosyjskich pisarzy – Czechow, Gorki i Tołstoj – siedzieli na ławce w parku i plotkowali; byli bliskimi przyjaciółmi. Wszyscy byli geniuszami, wszyscy napisali tak wspaniałe powieści, że nawet dzisiaj, gdyby wybierano dziesięć najlepszych powieści wszech czasów, co najmniej pięć byłoby napisanych przez pisarzy rosyjskich sprzed okresu rewolucji.

Czechow opowiadał o kobietach swojego życia, Gorki przyłączył się i również dodał parę szczegółów. Ale Tołstoj nie mówił nic. Był on bardzo ortodoksyjnym, religijnym chrześcijaninem. Zaskoczy was zapewne, gdy dowiecie się, że Mahatma Gandhi zaakceptował jako swoich mistrzów trzy osoby, a jedną z nich był właśnie Tołstoj.

Tołstoj praktykował pełną samokontrolę. Był jednym z najbogatszych ludzi w Rosji – należał do arystokracji – ale żył jak biedny żebrak, ponieważ przeczytał w Biblii: „Błogosławieni biedni, bo do nich należy Królestwo Niebieskie”, a on nie chciał z niego zrezygnować. To nie prostota i wyzbycie się pragnień – ale ogromna żądza. Wielka chciwość. Dążenie do zdobycia władzy. Poświęcił swoje życie doczesne i jego radości, ponieważ jest to coś mało znaczącego. Dzięki temu poświęceniu całą wieczność cieszyć się będzie rajem i Królestwem Bożym. To dobry interes – trochę jak loteria, z tym że wygrana jest pewna.

Tołstoj prowadził życie w ścisłym celibacie, przestrzegał diety wegetariańskiej. Był niemal świętym! Oczywiście jego sny i myśli musiały być paskudne. Kiedy Czechow i Gorki zapytali go: „Tołstoj, dlaczego milczysz? Powiedz coś!”, odpowiedział: „Nie mogę powiedzieć niczego o kobiecie. Powiem dopiero wtedy, gdy jedną nogą będę w grobie. Powiem i wskoczę do grobu”.

Łatwo możesz zrozumieć dlaczego tak bardzo bał się cokolwiek powiedzieć; gotowało się to w nim. Nie można być blisko z człowiekiem takim jak Tołstoj…

Bliskość oznacza po prostu otwarte drzwi serca; możesz wejść do środka i rozgościć się. Ale jest to możliwe tylko wtedy, gdy twoje serce nie śmierdzi stłumioną seksualnością, gdy nie wrą w nim perwersje, gdy jest naturalne. Naturalne jak drzewo, niewinne jak dziecko – wtedy nie ma strachu przed bliskością.

Oto co próbuję zrobić: pomóc ci uwolnić twoją podświado mość, uwolnić twój umysł, pomóc ci stać się kimś zwyczajnym.Nie ma nic piękniejszego niż bycie prostym i zwyczajnym. Wte dy możesz mieć wielu bliskich przyjaciół, naprawdę wiele bliskich relacji z innymi ludźmi, ponieważ nie boisz się niczego. Stajesz się otwartą księgą, którą każdy może przeczytać. Nie masz nic do ukrycia.

Każdego roku klub łowiecki udawał się na wzgórza Montany. Członkowie ciągnęli słomki, aby zadecydować, kto będzie zajmował się gotowaniem, i ustalali, że osoba niezadowolona z jedzenia automatycznie zastąpi pechowego kucharza.

Po kilku dniach, zdając sobie sprawę, że nikt nie zaryzykuje wyrażenia opinii na głos, Sanderson, któremu znudziło się gotowanie, zdecydował się na desperacki plan. Znalazł kupę łosia i dodał dwie garści do wieczornego posiłku. Po kilku kęsach u myśliwych zgromadzonych wokół ogniska pojawiły się na twarzach grymasy, ale nikt nic nie powiedział. W końcu jednak jeden z myśliwych przerwał ciszę. „Hej! – wykrzyknął – to smakuje jak gówno łosia, ale jest całkiem niezłe!”.

Masz tak wiele twarzy. Wewnątrz myślisz jedno; na zewnątrz wyrażasz coś innego. Nie jesteś organiczną jednością.

Mów tylko to, co myślisz. To krótkie życie i nie powinieneś go tracić na rozmyślania o konsekwencjach.

Zrelaksuj się i zlikwiduj rozłam, który wytworzyło w tobie społeczeństwo. Mów tylko to, co myślisz. Zachowuj się w zgodzie ze swoją spontanicznością, nie przejmuj się konsekwencjami. To krótkie życie i nie powinieneś go tracić na rozmyślania o konsekwencjach.

Człowiek powinien żyć pełnią, intensywnie, radośnie. Być jak otwarta księga – dostępny do przeczytania dla każdego. Oczywiście nie zapiszesz się w księgach historycznych, ale jaki miałoby to sens?

Na Ziemi żyły już miliony ludzi, a nie znamy nawet ich imion. Zaakceptuj to – jesteś tu tylko na kilka dni, a potem odejdziesz. Tych kilku dni nie wolno zmarnować na hipokryzję i strach.

Raczej żyj, a nie myśl o tym, żeby zostać zapamiętanym. I tak będziesz martwy.

Na Ziemi żyły już miliony ludzi, a nie znamy nawet ich imion. Zaakceptuj to – jesteś tu tylko na kilka dni, a potem odejdziesz. Tych kilku dni nie wolno zmarnować na hipokryzję i strach. Te dni trzeba przeżywać z radością.

Nikt nie zna przyszłości. Niebo, piekło, Bóg to najprawdopodobniej hipotezy, coś, czego nie da się udowodnić. Jedyną rzeczą, która zależy od ciebie, jest twoje życie – spraw, by było jak najbogatsze.

Dzięki bliskości, miłości, otwieraniu siebie dla innych ludzi, stajesz się bogatszy. A jeśli potrafisz żyć w głębokiej miłości, głębokiej przyjaźni, głębokiej bliskości w stosunku do wielu ludzi, to żyłeś dobrze. Gdziekolwiek się znajdziesz, będziesz tam szczęśliwy, ponieważ nauczyłeś się pewnej sztuki.

Jeśli jesteś prosty, kochający, otwarty, dostępny wytwarzasz wokół siebie raj. Gdy jesteś zamknięty, wiecznie się bronisz, ciągle boisz się, że ktoś pozna twoje myśli, twoje marzenia, twoje perwersje – to jakbyś żył w piekle. Piekło jest w tobie – niebo również. Nie są one miejscami geograficznymi, lecz przestrzenią duchową.

Oczyść się. A medytacja to nic więcej jak pozbywanie się wszystkich śmieci, które nagromadziły się w twoim umyśle. Gdy umysł jest cicho, a serce śpiewa, stajesz się gotowy, aby bez cienia lęku, lecz z wielką radością, zbliżyć się do kogoś. Bez bliskości jesteś sam wśród obcych. Z bliskością otoczony jesteś przyjaciółmi, ludźmi, którzy cię kochają. Bliskość to wspaniałe doświadczenie. Człowiek nie powinien go przegapiać.

1. PODSTAWY: ABC bliskości

Ludzie potrzebują medytacji, modlitwy, poszukują nowych stylów bycia. Ale jeszcze głębsze i ważniejsze jest poszukiwanie sposobu na to, by ponownie zakorzenić się w egzystencji. Możesz to nazwać medytacją, modlitwą; nazwij to, jak chcesz, ale podstawą jest to, że poszukujesz sposobu na ponowne zapuszczenie korzeni w egzystencję. Staliśmy się drzewami pozbawionymi korzeni – winę za to ponosimy my sami, nikt inny tylko my i nasza głupia chęć podboju natury.

Stanowimy część natury – w jaki sposób część mogłaby pokonać całość? Zaprzyjaźnij się z nią, pokochaj, zaufaj jej, a powoli, w atmosferze przyjaźni, miłości i zaufaniu pojawi się bliskość; zbliżycie się do siebie i natura zacznie odkrywać swoje sekrety. Jej najwyższym sekretem jest boskość. Natura ujawnia go jedynie tym, którzy są jej prawdziwymi przyjaciółmi.

Zacznij tu, gdzie jesteś

Życie jest poszukiwaniem – nieustającym, desperackim, beznadziejnym poszukiwaniem nie wiadomo czego. Istnieje w nas głęboka potrzeba poszukiwania, ale nikt nie wie, czego tak naprawdę szuka. W naszych umysłach istnieje też pewne nastawienie, z powodu którego nie jesteśmy zadowoleni z tego, co dostajemy. Ludzie skazani są na frustrację, ponieważ cokolwiek zdobędą, natychmiast traci to dla nich wartość. A wtedy znowu zaczynają poszukiwać.

Poszukiwanie trwa niezależnie od tego, czy coś znajdujesz, czy nie. Wydaje się to być bez sensu – kontynuujesz poszukiwania bez względu na to, czy coś znajdujesz, czy nie. Poszukiwania bywają ubogie, bogate, chore, zdrowe, pełne energii, bezsilne, głupie i mądre – ale nikt dokładnie nie wie, czego szuka.

Trzeba zrozumieć tę dążność do poszukiwania – czym ona jest i dlaczego istnieje. Wydaje się, że w człowieku, że w ludzkim umyśle jest jakaś czarna dziura. Wrzucasz w nią różne rzeczy, a one… znikają. Nic jej nie wypełnia, nic nie może pomóc w wypełnieniu jej. To bardzo gorączkowe poszukiwanie. Szukasz zarówno w tym, jak i w innym świecie. Czasami poszukujesz tego w pieniądzach, we władzy, w prestiżu, czasem w Bogu, w błogosławieństwie, miłości, medytacji, modlitwie – poszukiwanie trwa. Wydaje się, że człowiek jest chory na poszukiwanie.

Poszukiwanie uniemożliwia ci bycie tu i teraz, zawsze dokądś cię prowadzi. Poszukiwanie to projekcja, poszukiwanie to pożądanie, poczucie, że potrzeba ci czegoś innego – poczucie, że to coś istnieje, ale – gdzieś indziej, nie tam, gdzie jesteś ty. Oczywiście istnieje, ale nie w tym momencie – nie teraz i gdzieś indziej. Istnieje wtedy, tam, ale nigdy tu i teraz. To cię męczy, prześladuje, każe dokądś gnać, wciąga cię w coraz większe szaleństwo, doprowadza do szału. I nigdy nie zostaje spełnione.

Słyszałem o wspaniałej mistyczce sufi; nazywała się Rabia al-Adawiya.

Pewnego wieczoru, o zachodzie słońca, usiadła, szukając czegoś na drodze. Była starą kobietą, miała słaby wzrok i z trudem mogła cokolwiek zobaczyć. Sąsiedzi przyszli więc, aby jej pomóc. Zapytali:

– Czego szukasz?

Rabia odpowiedziała:

– To pytanie nie ma sensu. Po prostu szukam – możecie mi pomóc, jeśli chcecie.

Roześmiali się i powiedzieli:

– Rabia, zwariowałaś? Mówisz, że nasze pytanie nie ma sensu, ale jeśli nie wiemy, czego szukasz, jak moglibyśmy ci pomóc?

– W porządku, powiem, żeby was zadowolić – szukam swojej igły. Zgubiłam ją.

Zaczęli jej pomagać, ale nagle zdali sobie sprawę, że igła jest bardzo mała, a droga bardzo duża. Zapytali więc Rabię:

– Powiedz nam, gdzie ją zgubiłaś, określ dokładnie, precyzyjnie miejsce, bo bez tego będzie bardzo trudno ją znaleźć. Droga jest bardzo szeroka, możemy tak szukać w nieskończoność. Gdzie zgubiłaś igłę?

Rabia odpowiedziała:

– Znów zadajecie bezsensowne pytanie. W jaki sposób jest ono związane z moim poszukiwaniem?

Zatrzymali się i powiedzieli:

– Z pewnością zwariowałaś!

– Dobrze, odpowiem, żeby was zadowolić – zgubiłam ją w domu.

– To dlaczego szukasz jej tutaj? – zapytali.

– Ponieważ tutaj jest jeszcze światło, a w domu już go nie ma.

To niezwykła przypowieść. Czy kiedykolwiek zadałeś sobie pytanie, czego tak naprawdę szukasz? Czy celem twojej medytacji było kiedyś dowiedzenie się, za czym w ogóle się rozglądasz? Nie. Nawet jeśli w mglistych wspomnieniach, w marzeniach miałeś przeczucie, że wiesz, czego szukasz, to niebyło ono nigdy precyzyjne, nie było dokładne. Jeszcze tego nie zdefiniowałeś.

Jeśli spróbujesz to określić, to im dokładniej uda ci się to zrobić, tym mniejszą będziesz miał potrzebę, aby tego szukać. Poszukiwanie może trwać tylko we mgle, w stanie uśpienia; nic nie jest jasne, po prostu szukasz popychany wewnętrzną potrzebą. Wiesz jedno: musisz poszukiwać. To wewnętrzna potrzeba. Ale nie wiesz, czego szukasz. A jeśli nie wiesz, to jak możesz to znaleźć?

Czy kiedykolwiek zadałeś sobie pytanie, czego tak naprawdę szukasz? Czy celem twojej medytacji było kiedyś dowiedzenie się, za czym w ogóle się rozglądasz?

Twoje poszukiwania są zamglone – myślisz, że klucz stanowią pieniądze, władza, prestiż, szacunek. Ale kiedy spotykasz ludzi cieszących się szacunkiem, ludzi, którzy mają władzę, to okazuje się, że oni także czegoś szukają. Spotykasz niezwykle bogatych ludzi i oni też poszukują; szukają do końca swoich dni. Więc bogactwo nie pomaga, nie pomaga władza. Poszukiwanie trwa niezależnie od tego, co posiadasz.

Poszukiwanie musi więc dotyczyć czegoś innego. Te nazwy, te etykietki: pieniądze, władza, prestiż – są tylko po to, żeby zadowolić twój umysł, aby pomóc ci uwierzyć, że czegoś szukasz. To „coś” pozostaje jednak niezdefiniowane i mgliste.

Podstawą dla prawdziwego poszukiwacza – takiego, który jest uważny i świadomy – jest zdefiniowanie, sformułowanie jasnej idei tego, czym poszukiwany obiekt jest, wyrwanie go ze sfery marzeń, przerzucenie go do głębokiej świadomości, tak aby móc się mu przyjrzeć, zmierzyć się z nim. Wtedy natychmiast zacznie się przemiana. Jeśli zaczniesz precyzować przedmiot poszukiwań, stracisz nim zainteresowanie. Im dokładniej go określisz, tym mniej będzie obecny. Gdy dowiesz się, co to jest, nagle zniknie. Istnieje tylko wtedy, gdy jesteś nieświadomy.

Pozwól, że powtórzę: poszukiwanie trwa tylko wtedy, gdy pozostajesz w stanie uśpienia, gdy nie jesteś świadomy; istnieje tylko w twojej nieświadomości. Poszukiwanie jest wytworem twojej nieświadomości.

Tak, Rabia ma rację. Wewnątrz nie ma światła – a jeśli wewnątrz nie ma światła i świadomości, to oczywiście zaczynasz szukać na zewnątrz, bo myślisz, że tam łatwiej znajdziesz.

Nasze zmysły skierowane są na zewnątrz. Oczy otwierają się na zewnątrz, ręce poruszają się i rozkładają na zewnątrz, nogi poruszają się na zewnątrz, uszy słuchają zewnętrznych dźwięków, głosów. To, co jest ci dostępne, otwiera się na zewnątrz; wszystkie pięć zmysłów tak działa. Poszukiwania zaczynasz tam, gdzie dociera twój wzrok, gdzie możesz coś poczuć, dotknąć. Światło zmysłów pada na zewnątrz, a poszukiwacz jest przecież wewnątrz.

Trzeba zrozumieć tę dwoistość. Poszukiwacz jest wew nątrz, ale ponieważ światło jest na zewnątrz, to tam zaczyna on szukać czegoś, co przyniosłoby mu spełnienie. Tak się nie stanie. Nigdy tak się nie stało. Nie może się tak stać, ponieważ dopóki nie znajdziesz poszukiwacza, poszukiwanie nie ma sensu. Dopóki nie dowiesz się, kim jesteś, całe poszukiwanie jest daremne; nie znasz poszukiwacza. Jak mógłbyś poruszać się w odpowiednim wymiarze, w odpowiednim kierunku, nie wiedząc, kim on jest? To niemożliwe. To, co jest najważniejsze, trzeba wziąć pod uwagę w pierwszej kolejności.

Po pierwsze, uświadom sobie, czego poszukujesz. Nie błądź w ciemności. Skup swoją uwagę na obiekcie. Czego tak naprawdę szukasz? Czasami bowiem pragniesz czegoś, ale szukasz czegoś zupełnie innego, więc nawet jeśli to znajdziesz, nie poczujesz spełnienia. Czy widziałeś ludzi, którym się powiodło? Czy w jakiejkolwiek innej dziedzinie ponosi się większe porażki? Słyszałeś powiedzenie, że nie ma większego sukcesu niż sam sukces. To nieprawda. Powiem ci, że nic nie jest tak złe jak sukces. Powtarzam: nie ma nic gorszego niż sukces.

Mówi się o Aleksandrze Wielkim, że gdy podbił świat, zamknął drzwi od swojego pokoju i zaczął płakać. Nie wiem, czy tak się stało, czy nie, ale jeśli był on choć trochę inteligentny, to musi to być prawdą. Jego generałowie byli bardzo zaniepokojeni:

Co się stało? Nigdy nie widzieli, żeby Aleksander Wielki płakał. Nie był tego typu człowiekiem; był wspaniałym wojownikiem. Widzieli go w ogromnych kłopotach, w sytuacjach zagrożenia, gdy śmierć deptała mu po piętach, i nigdy nie widzieli nawet najmniejszej łzy w jego oczach. Nie widzieli, aby wcześniej miewał chwile desperacji i poczucia beznadziei. Co się z nim stało… i to właśnie teraz, gdy odniósł sukces, gdy podbił świat?

Zapukali do drzwi, weszli i zapytali: „Co się stało? Dlaczego płaczesz jak dziecko?”.

Odpowiedział: „Teraz, gdy odniosłem sukces, wiem, że poniosłem klęskę. Wiem, że stoję teraz w tym samym miejscu, w którym byłem, zanim zaczął się cały ten nonsens związany z podbijaniem świata. Zdałem sobie z tego sprawę, ponieważ nie ma już innego świata do podbicia; inaczej mógłbym kontynuować podróż, mógłbym podbijać kolejny świat. Teraz nie ma drugiego świata do zdobycia, teraz nie ma nic do zrobienia – i nagle zostałem sam ze sobą”.

Człowiek, który odniósł sukces, zawsze na końcu zostaje sam ze sobą i cierpi piekielne tortury, ponieważ stracił całe swoje życie. Szukał i szukał, ryzykował wszystko, co miał. Teraz odniósł sukces, a jego serce jest puste, dusza pozbawiona wartości, brak mu aromatu, brak poczucia błogości.

Najważniejsze jest to, by dokładnie określić, czego się szuka. Nalegam – ponieważ im bardziej skupisz wzrok na obiekcie poszukiwań, tym bardziej ten obiekt będzie zanikał. Gdy twoje oczy będą całkowicie skupione, nie będzie już czego szukać; nagle zwrócą się one w twoim kierunku, do wewnątrz. Gdy nie ma ani jednego obiektu poszukiwań, gdy wszystkie zniknęły, pojawia się pustka. W tej pustce zawarta jest przemiana, zwrot ku sobie samemu. Nagle zaczynasz patrzeć w siebie. Teraz nie ma czego szukać i pojawia się nowe prag nienie, aby poznać poszukiwacza.

Człowiek, który odniósł sukces, zawsze na końcu zostaje sam ze sobą i cierpi piekielne tortury, ponieważ stracił całe swoje życie. Szukał i szukał, ryzykował wszystko, co miał. Teraz odniósł sukces, a jego serce jest puste, dusza pozbawiona wartości.

Jeśli masz czego szukać, jesteś człowiekiem materialnym. Jeśli nie masz czego szukać i najważniejsze stało się dla ciebie pytanie: „Kim jest poszukiwacz?”, to jesteś osobą religijną. W ten sposób definiuję materialność i religijność. Jeśli nadal czegoś szukasz – może w następnym życiu, może na innym brzegu, może w niebie, w raju, nie ma znaczenia – jesteś człowiekiem o nastawieniu materialnym. Przemiana następuje wtedy, gdy ustają poszukiwania i nagle zdajesz sobie sprawę, że musisz dowiedzieć się tylko jednego: „Kim jest poszukiwacz we mnie? Czym jest ta energia, która pragnie poszukiwać? Kim jestem?”. Następuje przewartościowanie. Zaczynasz poruszać się do wewnątrz. Wtedy Rabia już nie szuka na ulicy igły, którą zgubiła w mrocznym wnętrzu własnej duszy.

Gdy zaczniesz poruszać się do wewnątrz… Na początku będzie bardzo ciemno – Rabia ma rację, jest tam bardzo, bardzo ciemno. Ponieważ nigdy nie byłeś wewnątrz, twoje oczy skupiły się na świecie zewnętrznym. Czy to zauważyłeś? Czasami, gdy wejdziesz do pomieszczenia z zewnątrz, gdzie jest słonecznie, słońce jest gorące i świeci jasne światło, gdy wejdziesz do pokoju lub do domu – robi się ciemno, ponieważ oczy skupiły się na świetle z zewnątrz. Gdy jest dużo światła, źrenice kurczą się. W ciemności muszą się rozszerzyć; w ciemności potrzebna jest szerzej otwarta przesłona. W jas nym świetle potrzeba przymkniętej. Na tej zasadzie działa aparat fotograficzny i w ten sposób funkcjonuje oko; aparat wymyślono, wzorując go na ludzkim oku.

Przemiana następuje wtedy, gdy ustają poszukiwania i nagle zdajesz sobie sprawę, że musisz dowiedzieć się tylko jednego: „Kim jest poszukiwacz we mnie? Czym jest ta energia, która pragnie poszukiwać? Kim jestem?”.

Kiedy nagle wejdziesz z zewnątrz do domu, twój własny dom wydaje się być ciemny. Ale jeśli chwilę w nim posiedzisz, stopniowo ciemność zniknie. Pojawi się więcej światła; twoje oczy przyzwyczają się. Przez kolejne wcielenia byłeś na zewnątrz, wystawiony na działanie gorącego słońca, skupiony na świecie, więc gdy wejdziesz do środka, zapominasz, jak się wchodzi i przystosowuje oczy. Medytacja to nic innego jak przystosowanie wzroku, przystosowanie umiejętności widzenia.

W Indiach nazywamy to trzecim okiem. Nie jest to rzeczywiste oko, ale przystosowanie, całkowite przystosowanie wzroku. Stopniowo ciemność przestaje być ciemnością. Zaczynasz dostrzegać delikatne, rozlane światło. I jeśli będziesz zaglądał do wewnątrz – to trochę potrwa – stopniowo, powoli zaczniesz odczuwać w sobie to piękne światło. Nie jest ono agresywne jak światło słońca; bardziej przypomina światło księżyca. Nie jest jaskrawe, oślepiające, lecz chłodne. Nie jest gorące, jest współczujące, łagodzące, jak balsam.

Powoli, gdy przyzwyczaisz się do wewnętrznego światła, zauważysz, że to ty jesteś jego źródłem. Poszukiwacz został odnaleziony. Wtedy zauważysz, że skarb znajduje się w tobie, a cały problem polegał na tym, że szukałeś go na zewnątrz. Szukałeś go gdzieś na zewnątrz, a on zawsze był w środku. Zawsze był w tobie. Szukałeś w złym kierunku, to wszystko.

Wszystko jest dla ciebie dostępne w takim samym stopniu, w jakim dostępne jest dla innych, dla Buddy, dla Mojżesza, dla Baal-Szema (stworzył w Polsce w XVIII wieku żydowski ruch religijny o charakterze mistycznym – chasydyzm), dla Mahometa. Wszystko jest dla ciebie dostępne, ale ty patrzysz w złym kierunku. Jeśli chodzi o skarby, to nie jesteś wcale uboższy niż Budda czy Mahomet – nie, Bóg nigdy nie stworzył człowieka biednego. Tak się nie dzieje, ponieważ Bóg tworzy cię ze swojego bogactwa. Jak Bóg mógłby wykreować biednego człowieka? Wypłynąłeś z niego; jesteś częścią egzystencji. Jak mógłbyś być biedny? Jesteś bogaty, nieskończenie bogaty – tak bogaty jak sama natura.

Ale patrzysz w złym kierunku. A ponieważ kierunek jest zły – nie widzisz tego. I nie chodzi o to, że nigdy nie odniesiesz w życiu sukcesu – możesz go odnieść. Ale i tak stanie się on twoją porażką. Nic cię nie zadowoli, ponieważ w świecie zewnętrznym nie da się osiągnąć niczego, co można by porównać z wewnętrznymi skarbami, wewnętrznym światłem, wewnętrznym błogosławieństwem.

POZNANIE SIEBIE MOŻLIWE JEST TYLKO W GŁĘBOKIEJ SAMOTNOŚCI. Zwykle to, co wiemy o sobie, pochodzi od innych. Mówią: „Jesteś dobry”, a my myślimy, że jesteśmy dobrzy. Mówią: „Jesteś piękny”, a my myślimy, że jesteśmy piękni. Mówią: „Jesteś zły” albo: „Jesteś brzydki”… cokolwiek mówią, gromadzimy to. Staje się to naszą osobowością. Jest to fałszywe, ponieważ nikt nie może cię poznać – nikt poza tobą nie może wiedzieć, kim jesteś. Ludzie znają tylko pewne aspekty, bardzo powierzchowne aspekty. Znają tylko chwilowe nastroje; nie mogą zagłębić się w twoje wnętrze. Nawet twój kochanek nie może poznać twojego rdzenia. Jesteś tam całkowicie sam i tylko tam dowiesz się, kim naprawdę jesteś.

Ludzie przez całe życie wierzą w to, co mówią im inni, polegają na nich. Dlatego obawiają się cudzych opinii. Jeśli ludzie myślą, że jesteś zły, stajesz się zły. Jeśli cię potępiają, sam zaczynasz siebie potępiać. Jeśli mówią, że jesteś grzesznikiem, zaczynasz odczuwać poczucie winy. Polegasz na ich opiniach, nieustannie się do nich dostosowujesz; chcesz być zawsze postrzegany pozytywnie. To powoduje niewolę, bardzo dyskretną niewolę. Jeśli chcesz być postrzegany jako ktoś dobry, wartościowy, piękny, inteligentny musisz ustępować, nieustannie iść na kompromis z ludźmi, od których jesteś zależny.

Ludzie przez całe życie wierzą w to, co mówią im inni, polegają na nich. Dlatego obawiają się cudzych opinii. Jeśli ludzie myślą, że jesteś zły, stajesz się zły. Jeśli cię potępiają, sam zaczynasz siebie potępiać.

Tu pojawia się kolejny problem. Ponieważ jest tak wielu ludzi, to karmią oni twój umysł różnymi opiniami, również sprzecznymi. Jedna opinia zaprzecza drugiej; stąd twój brak pewności. Jedna osoba mówi, że jesteś bardzo inteligentny, druga, że głupi. Jaka jest prawda? Jesteś rozdarty. Zaczynasz być podejrzliwy w stosunku do siebie, w stosunku do tego, kim jesteś… wahasz się. To skomplikowana sprawa, ponieważ wokół ciebie są tysiące ludzi.

Kontaktujesz się z wieloma ludźmi. Każdy karmi twój umysł swoimi opiniami. A nikt cię nie zna – nawet ty siebie nie znasz – więc cały ten zbiór zaczyna się mieszać. Powstaje jakiś dziwny misz-masz. Słyszysz wewnątrz siebie wiele głosów. Gdy pytasz o to, kim jesteś, słyszysz wiele odpowiedzi. Niektóre należą do twojej matki, niektóre do ojca, jeszcze inne do nauczyciela i tak dalej. I nie da się zadecydować, która odpowiedź jest prawdziwa. Jak zdecydować? Jakie jest kryterium? I tak – człowiek się gubi. Oto nieznajomość siebie.

Ale ponieważ jesteś zależny od innych, boisz się zagłębić w samotność, bo boisz się, że kiedy to zrobisz, zatracisz siebie. Tyle że ciebie nie ma, będziesz musiał odrzucić swój obraz wytworzony na podstawie opinii innych ludzi. Dlatego jest to przerażające. Im głębiej wejdziesz, tym mniej będziesz wiedział, kim jesteś. Więc jeśli przemieszczasz się w stronę samopoznania, będziesz musiał odrzucić wszystko, co wiesz na swój temat. Powstanie luka; powstanie nicość. Staniesz się niebytem. Będziesz całkowicie zagubiony, ponieważ to, co już wiesz, jest nieistotne, a tego, co jest istotne, jeszcze nie poznałeś.

Chrześcijańscy mistycy nazywają to „ciemną nocą duszy”. Trzeba przez to przejść, a gdy to zrobisz, nadejdzie świt. Wstaje słońce i człowiek po raz pierwszy poznaje siebie. Pierwszy pro mień i wszystko zostaje wypełnione światłem. Pierwsza pieśń ptaków o poranku i wszystko staje się możliwe.

Bądź prawdziwy

Prawdziwość oznacza autentyczność – bycie szczerym, nie fałszywym, odrzucenie masek. Niezależnie od tego, jaka jest twoja prawdziwa twarz, pokaż ją; nieważne, jaką cenę będziesz musiał za to zapłacić.

Nie bądź reformatorem, nie próbuj uczyć innych, nie próbuj ich zmieniać. Jeśli ty się zmienisz, będzie to wystarczające przesłanie.

Pamiętaj, nie oznacza to, że musisz demaskować innych; jeśli są szczęśliwi ze swoimi kłamstwami, to jest to ich decyzja. Nie chodź i nie demaskuj nikogo. Ludzie myślą, że należy to robić – mówią, że trzeba być prawdziwym, autentycznym. Wydaje im się, że muszą namawiać, by wszyscy zrzucali ubrania, bo „po co ukrywać swoje ciało? Nie potrzebujesz ubrań”. Nie. Proszę, pamiętaj: bądź szczery wobec siebie. Nie musisz reformować innych ludzi na świecie. Jeśli sam możesz wyros nąć, to wystarczy. Nie bądź reformatorem, nie próbuj uczyć innych, nie próbuj ich zmieniać. Jeśli ty się zmienisz, będzie to wystarczające przesłanie.

Bycie autentycznym oznacza pozostanie prawdziwym wobec siebie. Jak to zrobić? Trzeba pamiętać o trzech rzeczach. Po pierwsze, nigdy nie słuchaj nikogo, kto mówi ci, jaki masz być. Zawsze słuchaj swojego wewnętrznego głosu, inaczej zmarnujesz całe życie. Twoja matka chce, żebyś był inżynierem, ojciec chce, żebyś był lekarzem, a ty chcesz być poetą. Co robić? Oczywiście matka ma rację, ponieważ bycie inżynierem jest korzystne, bardziej opłacalne. Ojciec także ma rację; bycie lekarzem to dobry towar na rynku, ma dobrą cenę. A poeta? Zwariowałeś? Odbiło ci? Poeci są wyklęci. Nikt ich nie chce. Nie ma na nich zapotrzebowania; świat może istnieć bez poezji – jej brak nie spowoduje żadnych problemów. Świat nie może istnieć bez inżynierów; świat ich potrzebuje. Jeśli jesteś potrzebny, to jesteś wartościowy. Jeśli nie jesteś potrzebny, nie masz żadnej wartości.

Bycie autentycznym oznacza bycie prawdziwym w stosunku do samego siebie. To bardzo, bardzo niebezpieczne; ludzie rzadko potrafią to zrobić. Ale kiedy to robią – udaje im się. Osiągają takie piękno, taką łaskę, takie spełnienie, jakich nie potrafisz sobie wyobrazić.

Jeśli chcesz być poetą, bądź nim. Możesz być żebrakiem – świetnie. Zapewne się nie wzbogacisz, ale nie martw się. Mógłbyś przecież zostać świetnym inżynierem, zarabiać dużo pieniędzy, ale wtedy nigdy nie poczułbyś spełnienia. Nieustannie byś pragnął, twoje wewnętrzne ja marzyłoby o tym, byś został poetą.

Słyszałem taką historię: zapytano jednego z wielkich naukowców, chirurga, który dostał Nagrodę Nobla, dlaczego, odbierając tę prestiżową nagrodę, wcale nie wyglądał na szczęśliwego. Odpowiedział: „Zawsze chciałem być tancerzem. Nigdy nie chciałem być chirurgiem, a teraz nie tylko zostałem chirurgiem, zostałem świetnym chirurgiem, to moje jarzmo. Chciałem być tancerzem, a dziś jestem kiepskim tancerzem – to mnie boli, martwi. Gdy widzę, jak ktoś tańczy, jestem smutny, czuję się jak w piekle. Co mam zrobić z tą Nagrodą Nobla? Nie stanie się ona dla mnie tańcem; nie zastąpi mi tańca”.

Zawsze bądź szczery wobec swojego wewnętrznego głosu. Może okazać się to niebezpieczne; zapuść się w to niebezpieczeństwo, ale pozostań w zgodzie z wewnętrznym głosem. Wtedy istnieje możliwość, że któregoś dnia osiągniesz stan, w którym będziesz mógł tańczyć z poczuciem spełnienia.

Pamiętaj – jesteś na pierwszym miejscu. Nie pozwól innym sobą manipulować i kontrolować cię – chętnych jest wielu; każdy gotowy jest tobą zawładnąć, każdy jest gotowy cię zmieniać, wskazywać ci kierunek, o który nie prosiłeś. Wszys cy dają ci wskazówki odnośnie do twojego życia. A wszystkie niezbędne wskazówki są w tobie, to ty masz w ręku mapę.

Być autentycznym oznacza być prawdziwym w stosunku do samego siebie. To bardzo, bardzo niebezpieczne; ludzie rzadko potrafią to zrobić. Ale kiedy to robią – udaje im się. Osiągają takie piękno, taką łaskę, takie spełnienie, jakich nie potrafisz sobie wyobrazić.

Ludzie wyglądają na sfrustrowanych dlatego, że nikt nie słucha swojego wewnętrznego głosu. Chciałeś poślubić dziewczynę, ale była ona Muzułmanką, a ty jesteś hinduskim braminem; twoi rodzice nigdy by się na to nie zgodzili. Społeczeństwo by tego nie zaakceptowało; to niebezpieczne. Dziewczyna była biedna, a ty bogaty. Więc poślubiłeś bogatą kobietę, Hinduskę z kasty braminów, zaakceptowaną przez wszystkich poza twoim sercem. Teraz twoje życie jest ohydne. Chodzisz do prostytutek – ale nawet one ci nie pomogą; prostytuowałeś się przez całe swoje życie. Zmarnowałeś je.

Zawsze słuchaj wewnętrznego głosu i niczego poza nim. Są wokół ciebie tysiące pokus, ponieważ wielu ludzi zachwala swój towar. Świat to supermarket, każdy jest zainteresowany tym, żeby ci coś sprzedać. Każdy jest handlarzem. Jeśli będziesz słuchał zbyt wielu z nich, oszalejesz. Nie słuchaj nikogo. Po prostu zamknij oczy i wsłuchaj się w swój wewnętrzny głos. Na tym polega medytacja – aby wsłuchać się w swój wewnętrzny głos. To po pierwsze.

Cały twój mechanizm jest wywrócony do góry nogami, bo kiedy chciałeś być zły – nie byłeś; gdy przepełniała cię nienawiść, nie okazałeś tego. Teraz chciałbyś kochać, ale nagle zdajesz sobie sprawę z tego, że mechanizm nie funkcjonuje sprawnie.

Po drugie – a drugie stanie się możliwe dopiero, gdy masz już za sobą pierwsze – nigdy nie noś maski. Kiedy jesteś zły, bądź zły. To ryzykowne, ale nie uśmiechaj się wtedy, bo to nieprawdziwe. Nauczono cię, że gdy jesteś zły, masz się uśmiechać, ale wtedy uśmiech staje się fałszywy jak maska – po prostu wykrzywienie ust, nic więcej. Serce wypełnione gniewem, trucizną, a na ustach uśmiech; stajesz się przepełniony fałszem.

A potem dzieje się jeszcze i to: chcesz się śmiać lecz nie potrafisz. Cały twój mechanizm jest wywrócony do góry nogami, bo kiedy chciałeś być zły – nie byłeś; gdy przepełniała cię nienawiść, nie okazałeś tego. Teraz chciałbyś kochać, ale nagle zdajesz sobie sprawę z tego, że mechanizm nie funkcjonuje sprawnie. Chcesz się uśmiechnąć, a robisz to z przymusem. Twoje serce przepełnia uśmiech i chcesz się głośno śmiać, ale nie możesz. Coś ściska w sercu, coś dusi w gardle. Uśmiech się nie pojawia, a nawet jeśli się pojawi, to jest blady, jakby martwy. Nie czyni cię szczęśliwym. Nie wzbiera w tobie. Nie promienieje wokół ciebie.

Kiedy jesteś zły – bądź zły. Nie ma powodu, żebyś nie był. Kiedy chcesz się śmiać, śmiej się. Nie ma powodu, byś się nie śmiał. Stopniowo okaże się, że twój cały system ponownie zaczyna funkcjonować.

A kiedy dobrze działa, naprawdę, wydaje z siebie cichy szumek, jak samochód, w którym wszystko jest sprawne. Kierowca, który kocha samochód, wie, kiedy wszystko jest w porządku, kiedy stanowi organiczną jedność – mechanizm funkcjonuje dobrze. Zobaczysz: kiedy organizm człowieka funkcjonuje prawidłowo, można słyszeć dokoła niego jakby delikatny szumek. Idziesz, a każdy krok ma w sobie coś z tańca. Mówisz, a słowa niosą w sobie delikatną poezję. Patrzysz i robisz to naprawdę; organizm nie jest letni, jest naprawdę gorący. Kiedy cię dotyka, dotyka naprawdę; możesz czuć, jak jego energia wnika w ciebie, prąd życia jest przenoszony… bo mechanizm dobrze działa.

Nie nakładaj masek; one powodują nieprawidłowe funkcjonowanie twojego mechanizmu, tworzą blokady. W twoim ciele jest wiele blokad. U człowieka maskującego złość blokuje się szczęka. Cała złość wchodzi tam i pozostaje. Jego dłonie stają się brzydkie; nie poruszają się z wdziękiem tancerza, ponieważ złość wchodzi w palce i blokuje je.

Pamiętaj, że złość ma dwa źródła, z których wypływa. Jedno to zęby, drugie to palce: wszystkie zwierzęta, kiedy są złe, gryzą zębami lub drapią pazurami. Z tych dwóch punktów wydobywa się złość.

Mam także podejrzenia, że kiedy ludzie kumulują w sobie zbyt wiele frustracji, zaczynają mieć problemy z zębami. Zęby się psują, gdyż jest w nich zbyt wiele energii, która nie może znaleźć ujścia. Każdy, kto dusi w sobie złość, więcej je, bo jego zęby potrzebują coś gryźć. Ludzie w złości więcej palą. Ludzie w złości więcej mówią, stają się obsesyjnymi gadułami, bo ich szczęki potrzebują być w ruchu, aby pozbyć się choć trochę napięcia. Dłonie złych ludzi mają zgrubiałe stawy, są brzydkie. Gdyby ta energia znalazła ujście, mogłyby stać się pięknymi dłońmi. Jeśli cokolwiek w sobie dusisz, jakaś część ciała jest odpowiedzialna za te emocje. Jeśli nie chcesz płakać, twoje oczy tracą blask, bo łzy są potrzebne; są zjawiskiem towarzyszącym życiu. Jeśli co jakiś czas łkasz i krzyczysz, wchodzisz w to – stajesz się tym zjawiskiem – łzy zaczynają spływać ci z oczu, oczy stają się czyste, oczy są odświeżone, młode i delikatne. To dlatego kobiety mają takie piękne oczy – nie przestały płakać. Mężczyźni zatracili piękno oczu, gdyż wydaje im się, że nie wypada ronić łez. Jeśli mały chłopiec płacze, każdy, nawet rodzice, będą się naśmiewać. Co ty robisz? Jesteś mięczakiem? Jakiż to nonsens, przecież Bóg dał mężczyznom i kobietom takie same gruczoły łzowe. Gdyby mężczyzna nie powinien płakać – nie miałby tych gruczołów. Zwykła kalkulacja. Dlaczego takie same gruczoły łzowe istnieją u mężczyzn i u kobiet? Oczy potrzebują łkania i szlochania – i wspaniale jeżeli możesz to robić z głębi swego serca.

Pamiętaj, jeśli nie umiesz serdecznie płakać, nie potrafisz także się śmiać, bo to dwa przeciwne bieguny. Ludzie umiejący się śmiać, umieją także płakać, ludzie, którzy nie umieją płakać, nie potrafią się śmiać.

Może zaobserwowałeś to kiedyś u dzieci: kiedy śmieją się długo i głośno, naturalnie przechodzą w płacz, bo obie te rzeczy są połączone. Słyszałem matki mówiące: „Nie śmiej się tak mocno, bo zaczniesz płakać”. Prawda, bo zjawisko jest to samo – po prostu ta sama energia przemieszcza się w przeciwną stronę.

Toteż, po drugie, nie nakładaj masek. Bądź sobą za wszel ką cenę.

Po trzecie, aby zachować swoją autentyczność, zawsze żyj w teraźniejszości – każde zakłamanie nadchodzi z przeszłości albo z przyszłości. To co przeszło, minęło, nie przejmuj siętym. I nie dźwigaj tego jak piętna; inaczej nigdy ci to nie poz woli być prawdziwym w teraźniejszości. A co jeszcze nie nadeszło, to się nie zdarzyło; nie przejmuj się niepotrzebnie przyszłością, bo wejdzie ona do twojej teraźniejszości i zniszczy ją. Bądź prawdziwym w teraźniejszości, a wtedy będziesz autentyczny. Być tu i teraz znaczy być autentycznym. Nie w przeszłości, nie w przyszłości – w tej chwili. W tej chwili przez całą wieczność.

Zapamiętaj te trzy wskazówki, a staniesz się prawdziwy. Wtedy cokolwiek powiesz, będzie szczere. Zwykle sądzisz, że musisz uważać, mówiąc prawdę; ja tak nie sądzę. Rozwiń swoją autentyczność, a wtedy cokolwiek powiesz, będzie prawdziwe.

PRAWDA NIE JEST CZYMŚ LOGICZNYM. Pod pojęciem prawdy nie kryją się wnioski wysnute na podstawie logiki, metod racjonalnych. Przez prawdę rozumiem autentyczność istnienia, nienarzucanie sobie niczego, czym się nie jest, bycie tym, kim się jest, niezależnie od ryzyka, brak hipokryzji. Jeśli jest ci smutno, jesteś smutny. W tym momencie jest to prawdą; nie ukrywaj jej. Nie zakładaj na twarz sztucznego uśmiechu; ten uśmiech cię podzieli. Staniesz się dwiema częściami – jedna z nich będzie się uśmiechać i oczywiście to będzie ta mniejsza część, większa natomiast pozostanie smutna. Pojawił się podział, jeśli będzie się to powtarzać…

Gdy jesteś zły, starasz się tego nie okazywać – boisz się, że mógłbyś tym zepsuć swój wizerunek, ponieważ ludzie myślą, że jesteś pełen współczucia i że nigdy się nie złościsz. Doceniają to, twoje ego rośnie. Bycie złym zepsułoby twój piękny wizerunek, więc go nie niszczysz, lecz hamujesz swój gniew. Gotujesz się w środku, ale na zewnątrz pozostajesz pełen współczucia, uprzejmy, miły, słodki. Wciąż doprowadzasz do podziałów w sobie. Ludzie robią to przez całe życie; ta praktyka zakorzenia się. Nawet gdy siedzisz sam, nikogo nie ma i nie ma potrzeby udawać, ty udajesz; stało się to twoją drugą naturą. Ludzie nie są prawdziwi nawet we własnej łazience; są nieprawdziwi nawet wtedy, gdy są całkiem sami. Nie jest to problem bycia prawdziwym czy nieprawdziwym; to zamienia się w nawyk. Stosujesz go przez całe życie, a przez to odległość między dwiema częściami ciebie stale się powiększa.

Nawet gdy siedzisz sam, nikogo nie ma i nie ma potrzeby udawać, ty udajesz; stało się to twoją drugą naturą. Ludzie nie są prawdziwi nawet we własnej łazience; są nieprawdziwi nawet wtedy, gdy są całkiem sami.

Przestrzeń tak wielką, że nie można jej połączyć, nazywamy schizofrenią. Gdy nie możesz kontaktować się z drugą częścią siebie, stajesz się niemal dwiema osobami zamiast jednej; wtedy staje się to poważną chorobą umysłową. Ale każdy człowiek jest podzielony, więc różnica między schizofrenikiem a człowiekiem zdrowym zależy tylko od stopnia zaawansowania tego podziału. Fakt istnienia tej granicy nie jest tak ważny jak odległość między dwiema częściami.

Przez prawdę rozumiem odrzucenie udawania. Po prostu bądź sobą, kimkolwiek jesteś. Jeśli w jakimś momencie ogarnia cię smutek, bądź smutny. A jeśli za chwilę staniesz się wesoły, nie ma potrzeby byś nadal trwał w smutku. Zostaliśmy przyuczeni do bycia konsekwentnymi, pozostawania konsekwentnymi. Tak się dzieje, możesz to zaobserwować – byłeś smutny i nagle smutek zniknął, ale nie umiesz od razu się roześmiać, bo co pomyśleliby ludzie? Zwariowałeś? Chwilę wcześniej byłeś smutny; a teraz nagle zaczynasz się śmiać? Jedynie szaleńcy i małe dzieci tak robią; nikt nie spodziewa się tego po tobie. Będziesz musiał poczekać na odpowiednią sytuację, w której powoli będziesz mógł się zrelaksować, uśmiechnąć, ponownie zacząć się śmiać.

Gdy jesteś smutny, usiłujesz się uśmiechać; gdy chcesz się uśmiechnąć, udajesz smutek ze względu na głupi nawyk bycia konsekwentnym. Każdy moment toczy się po swojemu i żaden nie musi być konsekwencją innego. Życie nieustannie się zmienia, jest jak rzeka. Zmienia swoje nastroje. Więc człowiek nie musi przejmować się byciem konsekwentnym. Każdy, kto się tym przejmuje, pozostanie nieprawdziwy, bo tylko kłamstwa są i muszą być niezmienne. Prawda zawsze się zmienia. W prawdzie zawarte są jej własne sprzeczności – i na tym polega jej bogactwo, wspaniałość, piękno.

Więc jeśli czujesz się smutny, bądź smutny – bez bycia konsekwentnym, bez oceniania, czy jest to dobre, czy złe. To nie kwestia tego, czy jest to dobre, czy złe; tak po prostu jest. I cokolwiek się dzieje, pozwól na to. Gdy znów zaczniesz się uśmiechać, nie czuj się winny. Nie przejmuj się tym, że skoro byłeś smutny, to teraz nie wypada się śmiać. Czekanie, żeby ktoś opowiedział kawał, przełamał lody, byś znów mógł się śmiać, czekanie na właściwy moment to czysta hipokryzja. Gdy jesteś szczęśliwy, bądź szczęśliwy; nie ma potrzeby niczego udawać.

I pamiętaj: każdy moment jest jak oddzielny atom. Nie jest kontynuacją chwili, która już przeminęła, i nie jest powiązany z tą, która nastąpi w przyszłości. Każdy moment to atom. Nie płyną one jeden za drugim, nie poruszają się w linii prostej. Każda chwila trwa po swojemu i musisz się nią stać; nią i niczym innym. Oto co rozumiem jako prawdę.

Jeśli dążysz do jakiegoś ideału, nie możesz być prawdziwy wobec chwili, ponieważ twój ideał będzie zawsze obecny i będziesz musiał udawać, że postępujesz w zgodzie z nim. Człowiek prawdziwy nie ma ideałów.

Prawda oznacza autentyczność, szczerość. Prawda nie jest logiczna. Jest ona psychicznym stanem bycia prawdziwym sobą – nienaśladowania jakiegoś ideału. Jeśli masz ideał, to staniesz się fałszywy. Jeśli sądzisz, że bycie takim jak Budda polega na byciu prawdziwym, to nigdy nie będziesz prawdziwy, ponieważ nie jesteś Buddą, narzucisz sobie bycie nim. Możesz siedzieć jak Budda, możesz stać się niemal marmurową figurką, ale w głębi siebie nadal będziesz tą samą osobą. Budda będzie tylko postawą. Jeśli dążysz do jakiegoś ideału, nie możesz być prawdziwy wobec chwili, ponieważ twój ideał będzie zawsze obecny i będziesz musiał udawać, że postępujesz w zgodzie z nim.

Człowiek prawdziwy nie ma ideałów. Żyje z chwili na chwilę; żyje daną chwilą. Całkowicie szanuje swoje uczucia, swoje emocje, swoje nastroje i chciałbym, żeby właśnie tacy byli ludzie: autentyczni, szczerzy, prawdziwi, pełni szacunku wobec własnej duszy.

Wysłuchaj siebie

Zawsze słuchaj własnych uczuć, nie ma potrzeby rozglądać się dookoła. Patrząc na ludzi, nie zobaczysz, co się naprawdę z nimi dzieje, ponieważ ich twarze nie są prawdziwe, tak samo jak i twoja twarz. Ich wygląd zewnętrzny nie odpowiada temu, co dzieje się wewnątrz, tak jak i twój wygląd nie odpowiada temu, co dzieje się w tobie.

Oto hipokryzja społeczeństwa – niepokazywanie wnętrza, własnego centrum, niepokazywanie prawdziwej twarzy. Ukryj ją. Pokaż tylko komuś bliskiemu, komuś, kto zrozumie. Ale kto jest bliski? Nawet kochankowie nie pokazują sobie swoich twarzy. Przecież nie ma pewności – w tej chwili ktoś jest twoim kochankiem, a w następnej może nim nie być. Więc każdy zamienia się w zamkniętą wyspę.

Nie patrz na innych, patrz na siebie. I pozwól temu, co kryjesz wewnątrz, wypłynąć, niezależnie od ryzyka. Nie ma większego ryzyka niż hamowanie uczuć. Jeśli coś w sobie tłumisz, tracisz cały zapał do życia, cały entuzjazm. Jeśli będziesz coś powstrzymywał, stracisz całe życie. Taka postawa jest toksyczna; zatruwasz się.

Nie patrz na innych, patrz na siebie. I pozwól temu, co kryjesz wewnątrz, wypłynąć, niezależnie od ryzyka. Nie ma większego ryzyka niż hamowanie uczuć.

Słuchaj serca i uzewnętrzniaj to, co się w nim znajduje. W końcu zaczniesz być w tym skuteczny i będziesz czerpał z tego przyjemność. I kiedy poznasz, jak to jest być autentycznym, odkryjesz, że jest to tak piękne, że nigdy już nie wrócisz do bycia nieprawdziwym. Decydujemy się na bycie nieprawdziwymi, ponieważ nigdy nie zakosztowaliśmy bycia prawdziwymi. Od pierwszych chwil dzieciństwa, autentyzm był w nas tłumiony. Zanim dziecko zdąży nauczyć się, co jest prawdą, zostaje nauczone, jak ją powstrzymywać. Powstrzymuje ją nieświadomie, mechanicznie, nie wiedząc, co robi.

I kiedy poznasz, jak to jest być autentycznym, odkryjesz, że jest to tak piękne, że nigdy już nie wrócisz do bycia nieprawdziwym. Decydujemy się na bycie nieprawdziwymi, ponieważ nigdy nie zakosztowaliśmy bycia prawdziwymi.

Bądź prawdziwy wobec siebie – to twoje jedyne zobowiązanie. Człowiek jest za siebie odpowiedzialny. Odpowiadasz tylko za siebie. Bóg nie zapyta cię, dlaczego nie byłeś kimś innym; zapyta, czemu nie byłeś sobą.

Jest pewna historia o chasydzkim mistyku Josiahu. Gdy ten umierał, ktoś zapytał go, dlaczego nie modli się do Boga i czy pewien jest, że Mojżesz jest dla niego wzorem. Odpowiedział: „Pozwólcie, że coś wam powiem. Bóg nie zapyta mnie, dlaczego nie byłem drugim Mojżeszem. Zapyta mnie, dlaczego nie byłem Josiahem”.

Cały problem polega na tym, jak być sobą. I jeśli potrafisz go rozwiązać, wtedy żaden inny problem nie sprawi ci kłopotu. Wtedy życie będzie piękną tajemnicą; nie problemem do rozwiązania, ale tajemnicą, którą trzeba przeżyć i cieszyć się nią.

Zaufaj sobie

Zaufanie innym jest możliwe tylko wtedy, gdy wierzysz sobie. Przemiana musi najpierw zajść w tobie. Jeśli wierzysz w siebie, możesz mi zaufać, możesz wierzyć w ludzi, możesz wierzyć Istnieniu. Ale jeśli nie ufasz sobie, zaufanie innym nie jest możliwe.

Społeczeństwo niszczy ufność u samych jej korzeni. Nie pozwala ci ufać samemu sobie. Uczy różnych rodzajów zaufania – do rodziców, kościoła, rządu, Boga, niekończących się reklam – ale niszczy podstawę. A wtedy zaufanie staje się fałszywe; musi takie być. Wtedy każda wiara jest jak plastikowy kwiat. Nie masz prawdziwych korzeni, z których mógłby wyrosnąć prawdziwy kwiat.

Społeczeństwo robi to świadomie i celowo, ponieważ człowiek, który wierzy w siebie, jest dla społeczeństwa niebezpieczny; dla społeczeństwa, którego podstawą jest niewolnictwo, które tak wiele zainwestowało w niewolnictwo. Człowiek, który wierzy w siebie, jest niezależny, nieprzewidywalny; będzie poruszał się swoją własną drogą. Jego życie wypełnia wolność. Kochając, żywiąc uczucia do ludzi, będzie im ufał, a wtedy jego ufność stanie się niezwykle intensywna i prawdziwa, żywa i autentyczna. Będzie on w stanie ryzykować, bo mocno wierzy – ale tylko wtedy, gdy poczuje, że tego naprawdę chce, tylko gdy będzie to prawdziwe, tylko gdy ktoś poruszy jego serce, gdy poruszy jego inteligencję i miłość. W innym wypadku nie. Nie zmusisz go, żeby w coś uwierzył.

Społeczeństwo bazuje na wierze. Działa na zasadzie autohipnozy. Tworzy roboty i maszyny, nie istoty ludzkie. Potrze buje ludzi zależnych – tak zależnych, żeby chętnie godzili sięna tyranię, aby sami szukali sobie tyranów, swoich AdolfówHitlerów, swoich Mussolinich, swoich Józefów Stalinów i MaoTse Tungów. Ziemię, tę piękną ziemię zamieniliśmy w wię zienie. Kilku żądnych władzy ludzi zamieniło ludzkość w motłoch. Człowiek może istnieć tylko wtedy, gdy pójdzie na kompromis z nonsensami.

Powiedzieć dziecku, żeby wierzyło w Boga, to nonsens, kompletna bzdura – nie dlatego, że Bóg nie istnieje, ale dlatego, że dziecko nie poczuło pragnienia, głodu, tęsknoty. Nie jest jeszcze gotowe udać się na poszukiwanie prawdy, ostatecznej prawdy życia. Nie jest jeszcze na tyle dojrzałe, aby zagłębić się w prawdę o egzystencji. Taka miłość może się kiedyś przydarzyć, ale tylko wtedy, gdy nie narzuci mu się żadnych przekonań. Jeśli się go „nawróci”, zanim pojawi się pragnienie poszukiwania i wiedzy, całe jego życie będzie fałszywe; dziecko nie będzie żyło naprawdę.

Ziemię, tę piękną ziemię zamieniliśmy w więzienie. Kilku żądnych władzy ludzi zamieniło ludzkość w motłoch. Człowiek może istnieć tylko wtedy, gdy pójdzie na kompromis z nonsensami.

Owszem, będzie mówiło o Bogu, ponieważ powiedziano mu, że Bóg istnieje. Dowiedziało się tego od „autorytetów”, od osób, które w jego dzieciństwie miały ogromną władzę – od rodziców, księży, nauczycieli. Dowiedziało się tego od ludzi i zaakceptowało to; od tego zależało jego przetrwanie. Nie mogło odmówić rodzicom, ponieważ bez nich nie byłoby w stanie żyć. Powiedzenie „nie” było zbyt ryzykowne; musiało powiedzieć „tak”. Ale jego zgoda nie jest szczera, gdyż nie może taka być.

Mówi tak tylko w celach politycznych, żeby przetrwać. Nie zamieniłeś dziecka w osobę religijną, ale w dyplomatę; stworzyłeś polityka. Zniszczyłeś jego predyspozycje do wzrastania jako prawdziwa istota. Zatrułeś dziecko, zniszczyłeś możliwości rozwoju jego inteligencji, blokując w nim pragnienie zdobywania wiedzy. To pragnienie nigdy już się nie pojawi, ponieważ zanim zaczęło go nurtować pytanie, dostarczono mu odpowiedź, zanim stało się głodne, wmuszono w nie pożywienie. Bez uczucia głodu to wmuszone jedzenie nie może zostać strawione; nie ma uczucia niedosytu, aby móc je strawić. Właśnie dlatego ludzie żyją, jakby byli przewodami, przez które życie przepływa jak niestrawione jedzenie.

Człowiek musi być przy dzieciach bardzo cierpliwy, uważny, świadomy, aby nie powiedzieć niczego, co powstrzymałoby w nich wytworzenie ich własnej inteligencji, aby nie zmienić ich w chrześcijan, hindusów, muzułmanów. Trzeba mieć niewyczerpaną cierpliwość. Pewnego dnia stanie się cud i dziecko samo zacznie dociekać prawdy. Również wtedy nie dawaj mu gotowych odpowiedzi. Gotowe odpowiedzi nikomu nie pomagają; są głupie i puste. Pomóż dziecku stać się inteligentnym. Zamiast dawać mu odpowiedzi, twórz sytuacje i wyzwania, które wyostrzą jego inteligencję i pogłębią pytania tak, by mogły sięgnąć sedna spraw, by były pytaniami o życie i śmierć.

Człowiek musi być przy dzieciach bardzo cierpliwy, uważny, świadomy, aby nie powiedzieć niczego, co powstrzymałoby w nich wytworzenie ich własnej inteligencji

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki