Blisko mnie - Amanda Reynolds - ebook
lub
Opis

Nie może sobie przypomnieć, dlaczego boi się własnego męża

Po nieszczęśliwym upadku ze schodów Jo Hardings budzi się w szpitalu. Okazuje się, że cierpi na częściową amnezję i nie pamięta wydarzeń z ostatniego roku.

Chociaż mąż i dzieci zapewniają Jo, że wszystko jest w porządku, kobieta zaczyna wątpić w oficjalną wersję zdarzeń. Wydaje się, że wszyscy skrywają przed nią mroczne tajemnice.

Kiedy Jo łączy ze sobą wydarzenia z ostatnich dwunastu miesięcy, jest już pewna, że rodzina chce, aby nigdy nie odzyskała pamięci. Czy to możliwe, że zrobiła coś złego? Czy nie była tak dobrą żoną i matką, jak chciałaby wierzyć?

__

"Blisko mnie to porywający dramat psychologiczny pod wieloma względami: o rodzicu starającym sobie poradzić z opuszczonym gniazdem, poszukiwaniu własnej wartości, zmieniającej się więzi między rodzicami i dorastającymi dziećmi, a także między mężem i żoną. Dla fanów suspensu, zwłaszcza z kobiecej perspektywy."

– „Take A Break Magazine”

__

O autorce

Amanda Reynolds – na rynku wydawniczym zadebiutowała mocną powieścią "Blisko mnie". Na pytanie dlaczego tak późno zajęła się pisarstwem odpowiada, że musiała poczekać na odpowiedni moment aby poczuć, że wreszcie ma do opowiedzenia odpowiednią historię. Obecnie zajmuje się tylko pisaniem książek. Jest również mentorką debiutujących autorów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 472

Popularność


Trzy tygodnie po upadku

Odsuwam się od męża, zmieniając pozycję i maksymalnie zwiększając dystans między nami. Robię to odruchowo, na granicy snu i jawy, nie do końca świadoma własnego działania. Wzdrygam się, zaciskam mocniej powieki. Na okna napiera z zewnątrz mrok nocy, wiatr hula między drzewami, którymi wysadzony jest podjazd. Słyszę deszcz tłukący o dachówki i kamienne ściany zaadaptowanej na dom mieszkalny starej stodoły, jedynego szańca na tym wzniesieniu. Oczyma wyobraźni widzę, jak woda ścieka po ogromnych taflach szyb, zalewa ogród, wsiąka w ziemię.

W końcu w uszach mam tylko miarowy oddech męża i znajome nocne odgłosy. Otulam się szczelniej kołdrą i pozwalając podświadomości wziąć nade mną górę, odrywam się od teraźniejszości, a przy tym niemalże od własnego ciała. Kiedy poddaję się snowi, napływają wspomnienia, nie ufam im jednak, są zbyt wyrywkowe, zbyt nieprzewidywalne. Im bardziej staram się je pochwycić, tym szybciej przede mną umykają, lecz nagle coś przebija się na powierzchnię – coś zarazem nieproszonego, jak i pożądanego. Bo choć zależy mi na przywołaniu przeszłości, też się tego boję.

Unosi ramię i bierze zamach, przyciska mnie mocno do ściany, nacierając całym ciałem, tak że jestem uwięziona. W jego spojrzeniu dostrzegam afekt, jednakże o jakim podłożu, nie umiem stwierdzić. Dotykam jego twarzy, odwracam go ku sobie, żeby wyczytać więcej z jego rysów, błagać, by przestał. Odtrąca moją dłoń, łapie za przegub i wbija palce głęboko w bladą skórę, w mięśnie i żyły pod spodem, dysząc mi przy tym w szyję. Przyszpila mnie do ściany, natarczywy i namolny. Zaczynam z nim walczyć, wpijam się paznokciami w jego przedramię, aż krzyczy z bólu…

Gdy otwieram oczy, pokój jest spowity blaskiem porannego słońca, które kreśli wzory na suficie. Przyglądam się, jak pierś męża unosi się i opada rytmicznie, nasłuchuję szmeru jego oddechu. Po chwili i on się budzi, odwraca do mnie i uśmiecha. Szczerze, bez cienia fałszu, zupełnie jakby miniony rok w ogóle się nie zdarzył.

Rozdział 1

W dniu upadku

Zimne i gładkie płyty kamienne w głównym holu stanowią solidną podstawę dla mojego ciała; każda wydaje się lekkim wzniesieniem okolonym przez fugę, która z kolei ma fakturę papieru ściernego. Zauważam, że wzór na posadzce się powtarza. Chociaż mogę poruszyć tylko lewą ręką, mam takie wrażenie, jakbym się unosiła.

– Joanno, słyszysz mnie? – szepcze Robert, muskając mój policzek wilgotnymi wargami. – Joanno, odpowiedz – prosi. – Na miłość boską, Joanno, nic ci się nie stało? Powiedz coś wreszcie!

W holu rozlega się donośny dźwięk, raz, drugi, trzeci, łomot tak naglący, że przeszywa ciemności, wydobywa mnie na powierzchnię. Ktoś jest za drzwiami, krzykiem domaga się, aby go wpuścić, jednakże Robert nie zwraca na to uwagi, pyta tylko bez końca, co mi się stało. Milczę; słowa w myślach formułują się, lecz znikają, zanim je wypowiem. Drzwi się otwierają, dolatuje mnie powiew lodowatego powietrza i bliski, coraz bliższy kobiecy głos, spokojny i opanowany. Wkrótce pogrążam się w błogosławionym śnie, całkiem jakby ktoś opatulił mnie mięciutkim kocem. Wszelkie doznania, w tym ból, znikają.

Świadomość wraca zrywami, fragmentarycznie, mimo że się jej opieram. Najpierw wyczuwam światło za zamkniętymi powiekami, później dźwięki i ruch. Leżę tu od dłuższego czasu albo tylko chwilę. Usiłuję sobie przypomnieć, co się wydarzyło; błądzę palcami po kamiennych płytach pod sobą, czerpiąc otuchę z ich zimnego dotyku. Stałam na podeście schodów, tyle wiem na pewno, Robert był za mną, tuż za mną, wyprzedzał mnie długimi krokami…

– Nie!

– Joanno, już wszystko w porządku, straciłaś znowu przytomność, ale jestem przy tobie. – Mówiąca do mnie kobieta pachnie czymś ostrym, jakby środkiem do dezynfekcji, ale oddech ma ciepły. – Proszę, nie ruszaj się, dzięki temu będę mogła ci pomóc.

Wzdrygam się, przez otwarte drzwi wlatuje zimne powietrze, przeciągi hulają w całym domu jak zawsze. Kiedyś sądziłam, że okiełznamy żywioły, że zapuścimy korzenie, lecz piętnaście lat później ciągłe świszczenie wiatru nadal wprawia mnie w zdenerwowanie. Tu, na tym wzniesieniu, mało co przeżywa; delikatne pędy giną wyrwane z korzeniami, młode drzewka gną się i łamią; furtki trzaskają, przygniatając palce, drzwi samochodowe otwierają się i zamykają z hukiem, siniacząc łydki. „Chciałaś mieszkać na odludziu, to co się dziwisz?” No jakoś się dziwię. Nie spodziewałam się, że tak będzie codziennie.

– Joanno, pamiętasz, co się stało? – pyta Robert. – Przewróciłaś się… Spadłaś ze schodów. Źle stanęłaś i straciłaś równowagę. Szłaś przede mną. Próbowałem cię złapać, Joanno. Naprawdę próbowałem – powtarza, jak gdybym od tego miała sobie wszystko przypomnieć.

Czuję ukłucie w opuszkę palca, ucisk opaski do mierzenia ciśnienia na ramieniu, elektrody przyczepione do skóry na piersi. Chcę usiąść, ale Robert zabrania mi się ruszać, wsuwa mi dłonie pod pachy i podciąga mnie sobie na kolana; czuję jego kościste rzepki pod pośladkami. Wiotczeję w objęciach męża, nie mając siły opierać się jego długim kończynom, jednakże zaczyna brakować mi tchu. Uścisk jest zbyt mocny.

– Joanno, odpowiesz mi na kilka pytań? – słyszę czyjś spokojny głos.

– Ledwie odzyskała przytomność! – krzyczy Robert, kalecząc mi uszy. – Czy to nie może zaczekać?

Odpowiedź jest zdecydowana:

– Pozwól Joannie mówić, Robercie. Nie przeszkadzaj jej.

Otwieram oczy na rażące światło i pnące się nade mną w górę schody. W głowie wciąż mi się lekko kręci.

– Nie chcę go tutaj – mówię. Czuję jego dłonie na rozgrzanej skórze, palcami gładzi mi szyję, bark, z każdym ruchem mniej delikatnie. – Każcie mu mnie puścić!

Wykonuję gwałtowny ruch, próbując się oswobodzić, i krzyczę z bólu. Nieznajoma nalega, żebym się nie wyrywała.

– Robercie, mógłbyś się odsunąć? Pozwól nam wykonywać naszą pracę – prosi, po czym nachyla się nade mną, nad moją twarzą, i zaczyna zadawać pytania, a ja staram się na nie odpowiedzieć: gdzie mnie boli, jak się czuję. – Joanno, czy pamiętasz, co robiłaś przed upadkiem?

Zerkam w górę, na drzwi do pokoju Finleya.

– Byłam smutna – wyjaśniam kobiecie. – Z powodu Finleya.

– Kto to jest Finley? – pyta nieznajoma o łagodnym spojrzeniu.

– To nasz syn – odpowiada Robert, ściskając mnie za rękę.

W nadgarstku czuję przeszywający ból; Robert puszcza moją dłoń, szepcze, że jest mu przykro. Powtarza to bez przerwy, a ja nie mogę przestać myśleć: nie chcę go tutaj, nie chcę go przy sobie.

– Robercie, odsuń się trochę, daj nam działać – prosi nieznajoma, po czym ujmuje mnie za przegub drugiej ręki. – Joanno, teraz dam ci środek przeciwbólowy…

– Nie chcę go tutaj – mówię. – Niech on da mi spokój!

Moment później czuję tylko pulsowanie w głowie i mam wrażenie rozlewającego mi się pod czaszką ciepła. Słysząc odpływające głosy, zamykam oczy.

Kiedy je znowu otwieram, widzę blask – jeszcze bardziej rażący niż przedtem – i dostrzegam ruch. Pędzimy w dół wzniesienia, na którym stoi nasz dom; kierowca nie włączył syreny, za to ratownicy medyczni podłączyli mnie do mnóstwa urządzeń, tak że niknę w plątaninie kabli. Ponad moją głową padają pytania, a Robert siedzi znowu przy mnie. Nie mogę się od niego odsunąć, ponieważ jestem przytroczona do noszy, przywiązana pasami. Chciałabym pamiętać, skąd wzięła się u mnie ta nagła potrzeba ucieczki przez mężem, ale mam pustkę w głowie, wiem tylko, że uczucie jest niezwykle silne; gdy Robert mnie dotyka, wzdrygam się cała.

– Ile lat ma Joanna? – pyta nieznajoma. Teraz, kiedy widzę jej twarz wyraźnie, wydaje mi się młodsza, niż sobie wyobrażałam.

– Pięćdziesiąt pięć – odpowiada Robert głosem zduszonym przez emocje. Przecież nigdy nie płacze, dlaczego więc…?

– Nie – szepczę ledwie słyszalnie. – Jeszcze nie…

– Co mówisz, Joanno? – Mąż nachyla się nade mną.

Odwracam się, opuszczam powieki, usiłuję zasnąć, jednakże nagła myśl każe mi otworzyć gwałtownie oczy.

– Czy dzieci już wiedzą?

– Zadzwonię do nich, jak tylko dojedziemy do szpitala – obiecuje Robert.

Wyrażam słaby protest. Nie należy ich niepokoić, zwłaszcza Finleya, który ma dość na głowie w pierwszy dzień.

– W pierwszy dzień? – powtarza Robert. – Co ty wygadujesz?

Ponownie zamykam oczy, zbyt zmęczona, aby się odezwać. Odnoszę wrażenie, że czaszka mi się poluzowała pod skórą głowy, na każdym zakręcie i wyboju wszystko wiruje, jakbym miała mózg zamontowany na żyroskopie. Albo – jeszcze lepiej – jakby obie półkule unosiły się swobodnie w jakimś płynie, niczym płód w wodach płodowych, rozpierając się od środka, robiąc wymachy rąk i nóg. Strasznie chce mi się spać, lecz ból sprawia, że jestem przytomna – w myśli, jeśli nie w mowie. Czemu Robert powiedział, że mam pięćdziesiąt pięć lat, skoro przywiązuje zawsze taką wagę do szczegółów? Do moich urodzin pozostały jeszcze dwa miesiące.

Bierzemy kolejny ostry zakręt, Robert powtarza, że upadłam, po czym nachyla się nade mną i niemal dotykając wargami moich ust, szepcze:

– Wyjdziesz z tego, obiecuję.

Również szeptem odpowiadam:

– Nie obiecuj mi niczego więcej, ty draniu.

Rozdział 2

Nazajutrz po upadku

Gdybyś miał mnie zabić, jak byś się do tego zabrał? – pytam Roberta, odwracając się do niego, aby wymacać go po ciemku w łóżku. – Ja wiem, jak bym zabiła ciebie – dodaję. – Nożem kuchennym.

Wybucham śmiechem i przysuwam się bliżej, obejmując jego nagą pierś ramieniem.

– Nigdy się nad czymś takim nie zastanawiałem – odpowiada Robert, unosząc moją rękę do ust i obsypując dłoń pocałunkami.

Piszczę roześmiana, kiedy mąż przyciąga mnie do siebie, tak że czuję jego rozgrzaną skórę, taką znajomą, taką bezpieczną…

– Założę się, że się pani przestraszyła! – Ze snu wyrywa mnie dziarski głos pielęgniarki, która odsuwa zasłony, wpuszczając do pomieszczenia słaby blask.

Pod wpływem światła unoszę powieki. I zaraz ocieniam oczy lewą ręką, ponieważ prawa zbytnio mnie boli. Gdy wzrok już przyzwyczai mi się do jasności, dostrzegam pielęgniarkę o płowych włosach upiętych w koczek na czubku głowy. Kobieta porusza się równie dziarsko, jak mówi.

– Obchód już się zaczął, lepiej zatem podnieśmy panią do pozycji siedzącej – oznajmia. Wyjmuje mi z zaciśniętej dłoni pilota, rozplątuje skręcony kabel i wdusza przycisk, dzięki któremu górna część łóżka się unosi. – Tak lepiej? – pyta, obrzuciwszy mnie uważnym spojrzeniem.

– Tak, dziękuję. – Próbuję się uśmiechnąć, lecz kończy się na grymasie, ponieważ moją głowę przeszywa nagły ból. – Wie siostra może, czy mąż przyniósł moją komórkę? Bez niej czuję się zagubiona.

Pielęgniarka wybucha śmiechem.

– Ech, komórki… Nie, na razie niczego nie przyniósł. – Wygładza pościel. – Pani mąż bardzo się martwił wczoraj wieczorem. Ciągle tylko powtarzał, że pani upadła, jakby sam nie potrafił w to uwierzyć. Pewnie jest w szoku. – Pielęgniarka stoi teraz w nogach łóżka, z nosem w beżowej teczce, którą ze sobą przyniosła. – Oboje wydajecie się wstrząśnięci jak butelka coli. – Śmieje się ponownie, a ja chyba się krzywię, bo natychmiast poważnieje i pyta: – Czy ból jest bardzo silny? Gdzie dokładnie panią boli?

– Głowa mi pęka – odpowiadam i aż mrużę oczy z cierpienia. Ból fizyczny to jedno, ale jest też strach, niepewność. Unoszę lekko powieki i mówię: – Nie pamiętam, co się stało. Wszyscy powtarzają, że upadłam, ale ja mam dziurę w pamięci. Wie siostra może, co mi się przytrafiło?

Pielęgniarka znów jest przy mnie, ponownie wsadza nos w beżową teczkę.

– Hm, spójrzmy…

Podczas gdy ona zapoznaje się z informacjami w mojej karcie, ja przyglądam się sobie. Jestem ubrana w szpitalną koszulę i przykryta od stóp do szyi, tak że tylko przedramiona mam na wierzchu. Widzę dwa siniaki, jeden na dłoni, drugi na najszerszej części przedramienia; od kłykci do łokcia mam założony opatrunek z bandaża, dwa paznokcie złamane, jak gdybym coś rozpaczliwie drapała, pragnąc się ratować.

– Ratownik medyczny zjawił się o osiemnastej zero dwie – informuje mnie rzeczowo pielęgniarka – i udzielił pani pierwszej pomocy. Potknęła się pani na schodach. Nic a nic pani nie pamięta?

Potrząsam głową, co oczywiście potęguje ból.

– Pamiętam, że byłam na dole przy schodach. Później musiałam stracić przytomność. Wie siostra może, o której mój mąż wrócił wczoraj do domu? – Od nowa ogarnia mnie płacz, wywołuje go współczucie pielęgniarki. – Nie pamiętam nawet nic z tego, co miało miejsce tutaj, po przyjeździe karetką.

– Niech się pani niczym nie kłopocze, słodziutka. Poproszę lekarza, żeby dał pani silniejszy środek przeciwbólowy. A teraz niech pani leży spokojnie. – Objeżdża łóżko aparatem do mierzenia ciśnienia, po czym zaczyna mi mocować gumową opaskę na ramieniu. – Ma pani dzieci? – pyta.

– Dwoje. Aleksandrę i Finleya. Finley zaczął właśnie studia.

Pielęgniarka się uśmiecha.

– Musi być pani bardzo dumna. A córka? Czy też wybiera się na wyższą uczelnię?

– Aleksandra jest już po studiach, mieszka oddzielnie i pracuje.

Pielęgniarka śmieje się głośno i komentuje:

– Niemożliwe! Przecież pani jest wciąż taka młoda!

W tym momencie rozlega się pukanie do drzwi. Pielęgniarka zrywa się, aby je otworzyć, a ja czuję, że opaska zaciska się coraz mocniej, aż zaczep zaraz puści. Ale nie, gumowy mankiet flaczeje.

W pokoju zjawia się młody ciemnooki mężczyzna.

– No, Joanno, dziś wygląda pani dużo lepiej. – W jego głosie słychać silny obcy akcent.

Odwraca się do pielęgniarki i pyta o moje ciśnienie, które najwyraźniej go martwiło wczorajszego wieczoru.

– Ciśnienie w normie, miło mi to powiedzieć – odpowiada pielęgniarka i obdarza mnie uśmiechem, jakby w nagrodę za nareszcie dobre sprawowanie.

Także się do niej uśmiecham i pytam, czy ze mną posiedzi. Kobieta parska śmiechem i nazywa mnie żartownisią, mimo że ja jestem zupełnie poważna – naprawdę bym chciała, aby tu była, gdy pojawi się Robert. Ilekroć o nim myślę, widzę go u szczytu schodów, jak stoi tam z gniewną miną, chociaż z ostatnich wydarzeń pamiętam bardzo mało.

Czy się kłóciliśmy? Czy to dlatego się potknęłam? Czy próbowałam uciec przed mężem?

– Świetnie. – Lekarz kiwa głową, zapoznając się z zawartością beżowej teczki. – Doskonale. Jak samopoczucie, Joanno? – zwraca się znienacka do mnie, wciąż stojąc w nogach łóżka, lekko obojętny.

Pielęgniarka wyręcza mnie w odpowiedzi:

– Pani Harding nadal skarży się na silny ból głowy. Popłakała też trochę.

– W porządku, zaordynuję środek przeciwbólowy. W każdym razie brak nudności, zawrotów głowy…?

– Raczej tak – bąkam.

Lekarz mierzy mnie takim wzrokiem, jakby przeprowadzał badanie rentgenowskie.

– Wygląda na to, że wyniki wszystkich badań wypadły bardzo dobrze. Na pewno chce pani jak najszybciej wrócić do domu, mam rację? – Waham się, jak zareagować, lecz on już mówi dalej: – Oczywiście, oczywiście. Przepiszę pani środki przeciwbólowe i dam te ulotki, o których rozmawialiśmy, pamięta pani?

– Ja nie… – Przerywa mi gwałtowne otwarcie drzwi, w których staje Robert.

– Wyglądasz o niebo lepiej, kochanie! – Odsuwa się, aby zrobić miejsce wychodzącej pielęgniarce, po czym upuszcza na ziemię trzymaną w ręku torbę z moimi rzeczami i pochyla się nad łóżkiem, aby pocałować mnie na powitanie.

Odwracam głowę, co wywołuje jego zdziwienie, zaraz jednak pyta, jak się miewam.

– Pan Harding? – Lekarz wyciąga drobną dłoń do znacznie potężniej od niego zbudowanego Roberta. – Jestem doktor Agrawal, mieliśmy okazję porozmawiać wczoraj w przelocie, tuż przed pańskim wyjściem. Pańska żona szybko wraca do siebie. Ma paskudnie zwichnięty nadgarstek, jest trochę posiniaczona, ale naturalnie najbardziej nas martwi uraz głowy. Jeśli dobrze zrozumiałem, mocno się uderzyła i straciła przytomność na kilka minut?

Naprawdę?... Dziwię się w duchu, mając w pamięci gniewną minę Roberta i to, jak później leżałam na podłodze w holu, lecz nic pomiędzy jednym i drugim. Potem jechałam karetką, wyczekałam się na prześwietlenia i tomografię, siedziałam w poczekalni, dopóki nie znalazło się łóżko dla mnie (ponieważ Robert nalegał, abym zajęła separatkę, cały proces wydłużył się tylko niepotrzebnie). Tak chciało mi się spać, że dzieci wyleciały mi z głowy, aż do tej pory. W nagłej panice pytam:

– Co u Aleksandry i Finleya?

Robert rozmawia w najlepsze z lekarzem.

– …była nieprzytomna minutę, góra dwie. – Mój mąż siada na krześle obok łóżka i kładzie zwiniętą w pięść prawą dłoń na pościeli. – Oboje mają się doskonale. Martwią się o ciebie, rzecz jasna, ale wszystko u nich w porządku.

Doktor Agrawal uspokaja mnie, mówiąc, że niebawem je zobaczę; najwyraźniej zakłada, że są małe i mieszkają z nami.

– Zostałaś wypisana? – Robert wydaje się zdumiony. – Już? Tak szybko?

Lekarz wyjaśnia, że przez dwie doby powinnam być pod czyjąś obserwacją, ale tak, mogę wrócić od razu do domu. Robert protestuje na to, że na pewno potrzebuję więcej czasu w szpitalu, co doktor Agrawal komentuje krótko:

– O ile tylko poświęci pan dość uwagi żonie, nie ma przeciwskazań do jej powrotu.

Robert zaczyna się rozwodzić, że będzie musiał ustalić jakiś plan, bo w końcu ma pracę, zobowiązania, ale prędko przypomina sobie o mnie, rzuca mi spojrzenie i zapewnia, że ze wszystkim sobie poradzi, musi tylko zadzwonić w parę miejsc.

Unikam wzrokiem jego fałszywie uśmiechniętej twarzy, myśląc sobie, że od tego powinien był zacząć.

– Świetnie, świetnie… – Wypisując receptę, lekarz mówi: – Ta utrata pamięci jest niepokojąca. Oczywiście to częsty skutek urazu głowy, rzadko jednak się zdarza, aby luka była tak obszerna.

– Nie rozumiem – wpadam mu w słowo. Wiodę wzrokiem od niego do męża. Muszę mieć skonfundowaną minę, ponieważ Robert nachyla się do mnie ze słowami:

– Wczoraj ratownik medyczny zapytał cię, co ostatnie pamiętasz. Wiesz, co odpowiedziałaś?

Wracam w myślach do minionego dnia. Karetka, badania, długi sen po podanych mi środkach nasennych. Mówię niepewnie:

– Pamiętam najpierw jazdę karetką i…

– Nie o to chodzi – przerywa mi Robert, zerka na lekarza i znowu spogląda na mnie. – Wcześniej napomknęłaś coś o Finleyu, o tym, że jesteś smutna z jego powodu, a następnie w karetce…

Tym razem to doktor Agrawal wpada w słowo mojemu mężowi.

– Joanno, proszę nam po prostu przedstawić swoje ostatnie wspomnienia.

Pamiętam, że ocknęłam się na zimnej kamiennej podłodze, po której hulał przeciąg od otwartych drzwi wejściowych. Chcę przypomnieć sobie coś więcej, lecz nie jest to łatwe.

– Chyba pamiętam, jak oboje staliśmy na podeście schodów – zwracam się do Roberta. – Co tam robiliśmy?

– Właśnie schodziliśmy na dół, gdy omsknęła ci się noga. Nie pamiętasz?

– Niech pan nie podpowiada żonie – wtrąca lekarz. – Proszę pozwolić jej mówić.

– Przepraszam. – Robert podnosi się z krzesła i idzie do okna, gdzie staje odwrócony do nas plecami.

– Nie pamiętam upadku. Tylko to, że leżałam w dole schodów.

– A co było przedtem, Joanno? – pyta mnie lekarz. – Pamiętasz cokolwiek?

Milczę przez chwilę i koncentruję się mocniej, choć nie jest to łatwe przy tak silnym bólu głowy. Nie mam pewności, czy pokłóciłam się z Robertem, lecz zaczynam sobie przypominać poszczególne wydarzenia.

– Odwieźliśmy naszego syna na uczelnię… – Widząc, że Robert odwraca się do mnie z ustami zakrytymi dłonią, dodaję natychmiast: – Nie chcę mu psuć początku studiów. Każ mu się nie martwić i zabroń przyjeżdżać do domu z mojego powodu.

– Och, Joanno… Naprawdę to ostatnie, co pamiętasz? – Robert siada ciężko na krześle przy łóżku. – Wczoraj wieczorem byłaś zdezorientowana, ale myślałem, że do tej pory…

– Co? – wpadam mu w słowo, próbując się poprawić i usiąść prościej, niestety skręcony nadgarstek protestuje, gdy chcę się na nim oprzeć.

– Wiem, że nie pamiętasz upadku, ale… – Odwraca ode mnie wzrok i spogląda na lekarza.

– Coś jest nie tak? Z naszymi dziećmi? Robercie, musisz mi powiedzieć!

– Przecież powiedziałem, że mają się doskonale. – Wzdycha i ujmuje mnie za zdrową rękę; długo przygląda się naszym splecionym palcom, a ja nagle się orientuję, że mierzi mnie jego dotyk. – Po prostu to, o czym mówisz, nie wydarzyło się wczoraj, tylko rok temu.

– Chyba coś ci się pomyliło. – Wyrywam rękę z uścisku męża.

Robert kręci głową.

– Finley zaczął studia we wrześniu ubiegłego roku.

Doktor Agrawal zaczyna wyjaśniać różnice między pamięcią epizodyczną i semantyczną, zapewnia, że stopniowo przypomnę sobie wszystko, chociaż na razie nie pamiętam nic z ostatnich dwunastu miesięcy. Słyszę go, lecz nie do końca rozumiem. To musi być jakaś pomyłka! To naprawdę wydarzyło się wczoraj: odwieźliśmy Finleya na uczelnię, wróciliśmy do pustego domu, poszłam do pokoju syna, przytknęłam tam sobie poduszkę do twarzy i długo wdychałam jego zapach. Przynajmniej mam takie wrażenie, że było to wczoraj, jakże więc może być inaczej? Niemożliwe, bym utraciła pamięć z całego roku przez głupi upadek ze schodów! Jestem tu, zdrowa jak koń, nie licząc paru otarć i siniaków. Tak, to na pewno pomyłka. Jednakże wynajdowanie wyjaśnień w niczym nie pomaga; podskórnie wyczuwam prawdę. Choć zdaje mi się, że Finley wyjechał na studia zaledwie wczoraj, w głębi ducha wiem, że między sceną w pustej sypialni syna a upadkiem ze schodów zieje dziura, gigantyczna dziura w pamięci.

– Robercie? – szepczę i spoglądam w górę na twarz męża. Znowu jest na nogach, chodzi nerwowo tam i z powrotem, wypełnia swoją postawną sylwetką cały pokój. – Ja nic nie rozumiem. I boję się… Czego nie pamiętam? Powiedz mi, czego nie pamiętam!

Ale mąż mnie nie słucha, już rozmawia podniesionym głosem z niższym od niego o dwie głowy lekarzem, prosząc go, by powiedział dokładnie, co sobie przypomnę, a czego nie.

– Jak już próbowałem wytłumaczyć pańskiej żonie wczoraj wieczorem, wydarzenia bezpośrednio poprzedzające jej upadek mogą nigdy do niej nie wrócić – odpowiada doktor Agrawal. – Szczególnie jeżeli mózg nie miał czasu ich należycie utrwalić przed wypadkiem. Co do reszty, Joanna powinna ją sobie stopniowo przypominać. Może skorzystać z pomocy psychologa, zresztą ja sam chciałbym zobaczyć się znów z Joanną za kilka dni, aby sprawdzić, jak sobie radzi. Dobra wiadomość jest taka, że nie doszło do żadnych nieodwracalnych uszkodzeń; pod tym względem badania nie wykazały niczego niepokojącego.

– I to wszystko?! – wydziera się Robert. – To za to płacę niebotycznie wysokie składki, licząc na najlepszą możliwą opiekę, żeby teraz jakby nigdy nic zabrać żonę ze szpitala i trzymać kciuki, by odzyskała pamięć?!

– Zechce pan może zachować spokój?

– Robercie, proszę – wtrącam. – Musisz mi wyjaśnić, o co w tym wszystkim chodzi.

Mój mąż raz jeszcze siada na krześle obok łóżka i opiera obie dłonie o pościel, uważając przy tym, aby mnie nie dotknąć, zupełnie jakby się bał, że gdy tylko muśnie moje ciało, rozpadnę się na kawałki. Zapewnia mnie, że wszystko będzie dobrze. Właściwie obiecuje mi to. Zaczynam płakać, a kiedy stara się mnie pocieszyć, odpycham go.

– Najbliższa rodzina to nieoceniona pomoc w takich sytuacjach – odzywa się lekarz. – Przeprowadzi pan żonę przez ten trudny dla niej czas. Z tym że będzie to wymagało cierpliwości od was obojga. – Urywa na moment. – Oczywiście w razie potrzeby służymy fachową pomocą, jednakże na tę chwilę najlepsze dla Joanny jest przebywanie w domu, w znajomym środowisku.

– Podtrzymuje pan swoją tezę, że utrata pamięci jest tylko przejściowa? – dopytuje Robert.

Milczę, zbytnio zapłakana, aby się odezwać. Nic z tego, co słyszę, nie ma dla mnie sensu. Wydaje mi się, że Robert i doktor Agrawal rozmawiają o kimś innym, nie o mnie. Lekarz ostrzega, że proces odzyskiwania pamięci będzie długotrwały – na podobieństwo mozolnego układania puzzli od czasu do czasu coś mi się przypomni, trafi na swoje miejsce to tu, to tam. W końcu lekarz zerka na zegarek i żegna się z nami, obiecując, że pielęgniarka przyniesie ulotki z informacjami o gabinetach terapeutycznych i tak dalej.

– Gdyby czegoś pani potrzebowała, proszę skontaktować się z moją asystentką.

Robert czeka, aż drzwi zamkną się za lekarzem, po czym zrywa się z miejsca i daje upust furii.

– I to ma być wszystko? Doznałaś urazu mózgu, a oni każą nam się uporać z problemem samodzielnie?

– Nie krzycz, proszę – mówię, ocierając łzy wnętrzem dłoni. – Głowa okropnie mnie boli.

Najbardziej ze wszystkiego pragnę, aby czas się cofnął: niech znów będzie wczoraj, niech Robert będzie takim człowiekiem, jakim go pamiętam. Teraz – patrząc na niego – czuję wyłącznie niepokój. Sięgam ręką do bolącego miejsca na ciemieniu, zarazem twardego i miękkawego guza, którego dotknięcie sprawia mi cierpienie takie, że natychmiast zaprzestaję dalszej eksploracji szkód.

Robert podchodzi do okna i zaczyna przez nie wyglądać na mało ciekawy szpitalny parking. Rzuciłam na niego okiem minionego wieczoru, kiedy szłam pierwszy raz do łazienki, wkrótce po tym, jak Robert zostawił mnie samą. Czułam dyskomfort i byłam zdezorientowana, ale nic poza tym. W ogóle sobie nie przypominam, aby doktor Agrawal wspominał o utracie pamięci. Jak to w ogóle możliwe: wymazać cały rok? I co się wydarzyło przez te dwanaście miesięcy? Strach i panika więżą mnie w żelaznym uścisku, wywołując ponownie płacz. Robert nie opuszcza mnie ani na krok, powtarza, że z dziećmi wszystko dobrze, że z nami wszystko dobrze, że nic ważnego mnie nie ominęło, muszę tylko wypocząć, wyzdrowieć. Mam męża. Mąż się mną zaopiekuje. Mamy siebie nawzajem. Wszystko będzie dobrze, obiecuje raz po raz.

W tym milczeniu, kiedy Robert wpatruje się w widok za oknem, a kolejne minuty mijają, usiłuję przypomnieć sobie fakty, które doprowadziły mnie do tej separatki. Wiem, że pokój dla mnie znalazł się dopiero nad ranem, aczkolwiek pojęcie czasu jakby się w nocy rozmyło. W pewnym momencie byłam przekonana, że rano nigdy nie nadejdzie. Koniec końców jednak usadzono mnie w wózku inwalidzkim, a młody salowy zażartował, że czeka mnie przejażdżka do Ritza.

– Tak tutaj nazywamy prywatne skrzydło – wyjaśnił, a ja poczułam się w obowiązku przeprosić za swoje uprzywilejowanie, choć nie miałam pojęcia dlaczego.

Dopiero teraz, przypominając sobie urywki rozmowy z Robertem – będące zapewne jednym z utraconych wspomnień z minionego roku – zaczynam widzieć związek. Moja reakcja musiała trącić jakąś strunę, ale zaraz straciłam wątek, tak przeraźliwie chciało mi się spać. Zaczynam drążyć w myślach, wspominam jakieś wakacje tylko we dwoje i ogarnia mnie ten sam niepokój, który ostatnio towarzyszy większości okruchów pamięci. Robert mówi wyraźnie:

– Joanno, oni potrzebują naszych pieniędzy. Tylko dzięki nam kręci się gospodarka.

Przenoszę wzrok na męża, który wyprostowany jakby kij połknął, z rękami w kieszeniach, wciąż nie odrywa spojrzenia od parkingu.

– Planowaliśmy urlop – oświadczam triumfalnie, ucieszona takim szybkim powrotem wspomnień, pewna, że reszta podąży ich śladem niczym lawina wskutek jednego okrzyku we wszechobecnej bieli. To jest teraz dla mnie najważniejsze.

Robert odwraca się, wyraźnie zaniepokojony.

– Przypomniałaś coś sobie?

– Może – odpowiadam. – Pojechaliśmy na ten urlop?

– Tak – potwierdza. – Na Karaiby, w październiku.

– Co jeszcze? – pytam. – Co jeszcze mnie ominęło?

– Niewiele. Opowiem ci wszystko, jak znajdziemy się w domu, przysięgam jednak, że nie masz się czym martwić. Postaraj się wypoczywać.

Osuwam się na poduszce i zamykam oczy, odcinając się od stałego bólu. Jestem zbyt zmęczona, aby sprzeczać się z Robertem.

***

– Cześć – wita mnie Robert, ledwie otworzyłam oczy. – Przespałaś prawie godzinę. Jak się czujesz?

Ponieważ siedzi znów blisko mnie, czuję jego wodę kolońską i zapach proszku do prania emanujący z czystej koszuli.

– Dobrze – odpowiadam, zerkając w stronę drzwi. – Myślisz, że to jeszcze długo potrwa? Może powinnam się ubrać?

– Chcę, żebyś wróciła do domu, bardzo tego chcę. – Robert zawisa nade mną. Zastanawiam się, czy całą godzinę przesiedział obok, obserwując mnie. Teraz uśmiecha się, a potem wzdycha. Jego oddech owiewa mi policzek. – Ale ta utrata pamięci… Nie wiemy, o co w tym chodzi. Może gdybyś została w szpitalu jeszcze dzień czy dwa...

Drzwi się uchylają, do środka wchodzi pielęgniarka, tak samo energiczna jak przedtem, wyjaśnia, jak zażywać leki, wręcza ulotki i zanim wyjdzie na korytarz, rzuca, że powinniśmy się powoli zbierać. Robert otwiera torbę, którą ze sobą przyniósł, pomaga mi usiąść na brzegu łóżka, a potem wstać – każdy najdrobniejszy ruch wywołuje zawroty głowy, proces wstawania trwa więc dłużej, niżbym sobie życzyła. Wspieram się na ramieniu męża, co jest konieczne, ale niemiłe, zupełnie jakbym za wszelką cenę wolała unikać jakiegokolwiek kontaktu z nim. Uczucie jest bardzo silne, nie mam jednak pojęcia, skąd się bierze, z czego wynika. Patrzę na Roberta, a on uśmiecha się ponownie i pomaga mi się ubrać w rzeczy, które dla mnie wybrał. Włożenie dżinsów to nie lada sztuka; w głowie mi łupie, gdy schylam się, aby włożyć nogę najpierw do jednej nogawki, a następnie do drugiej. Rzucam uwagę, że dokonał złego wyboru, a on – zamiast się obruszyć – przyznaje mi rację i przeprasza. Przesadnie się nade mną trzęsie, męczy mnie swą troskliwością i nieustającymi pytaniami, mówię mu to więc. Znowu spodziewam się ostrej reakcji, gdyż rzadko odzywam się do niego w ten sposób, ale on jakby nabrał wody w usta, pakuje tylko do torby niepotrzebną koszulę nocną, po czym otwiera drzwi pielęgniarce, która przyprowadziła salowego z wózkiem inwalidzkim.

– Gotowa do drogi? – pyta młodzieniec.

Nie mam pojęcia, czy to ten sam młody człowiek, który przywiózł mnie tutaj minionego wieczoru, czy tylko ktoś do niego bardzo podobny, w każdym razie jego śmiałe zachowanie jest jak najbardziej mile widziane.

– Nie sądzę, abym potrzebowała wózka – protestuję, mimo że ledwie trzymam się na nogach.

– Taka jest szpitalna polityka – wyjaśnia pielęgniarka, pomagając mi się umościć. – Odprowadzę panią do drzwi, podczas gdy pani mąż podjedzie samochodem pod główne wejście. – Zwraca się do Roberta: – Proszę tylko nie zastawić miejsca dla karetek.

Czekam razem z pielęgniarką przy głównym wejściu, obserwując przyjazdy i odjazdy karetek, pacjentów na noszach i tych poruszających się o własnych siłach, u niektórych widać wyraźnie obrażenia, jeden leży całkowicie nieruchomo. Zastanawiam się, czy człowiek ten, pozbawiony tożsamości w ogólnym zamieszaniu, żyje jeszcze czy już umarł. Odprowadzam wzrokiem nosze na kółkach, które znikają za rozsuwanymi automatycznie drzwiami po lewej stronie, gdy pielęgniarka nagle rzuca, jakiego miłego mam męża, jakiego przystojnego.

– Długo są państwo małżeństwem? – pyta.

– Dwadzieścia trzy lata – odpowiadam i poniewczasie uzmysławiam sobie, że to już dwadzieścia cztery lata. Nie poprawiam się jednak. Jakie ma to znaczenie?

Na widok podjeżdżającego autem Roberta ogarnia mnie wahanie. A może ja wcale nie chcę wracać do domu? Pobladłam chyba, bo pielęgniarka pyta mnie, czy dobrze się czuję. Zanim wezmę się w garść, Robert usadza mnie na fotelu pasażera i pomaga mi zapiąć pas bezpieczeństwa.

Pielęgniarka macha nam na pożegnanie, po czym odwraca się, zarzucając płowymi lokami. Chcę ją zawołać, poprosić, żeby ze mną została. Przykładam jedną dłoń do szyby i pozwalam łzom płynąć, a kiedy Robert wyciąga do mnie rękę, pokazuję mu plecy.

***

Wrzesień ubiegłego roku

– Nie mówił poważnie – zapewnia mnie Robert. – Bez wątpienia przyjedzie z wizytą wcześniej.

– Wiem, że nie mówił poważnie, oczywiście, że nie – odpowiadam, przyśpieszając kroku, aby wysforować się nieco naprzód, choć przy długich nogach męża nie mam szans go wyprzedzić na dobre.

Rzucając na zakończenie rozmowy: „Do zobaczenia w Boże Narodzenie”, Finley chciał poprawić mi humor, ale ja muszę teraz walczyć ze łzami i z gulą w gardle. Chcę jak najprędzej znaleźć się w samochodzie, który zostawiliśmy na parkingu po przeciwnej stronie kampusu. Kiedy zaraz po przyjeździe Robert zdał sobie sprawę z odległości, jaką będziemy musieli pokonać pieszo do akademika, zaczął się wykłócać z parkingowym, ten jednak – prawdziwy służbista – zignorował fakt, że auto jest po sam dach wypakowane rzeczami Finleya, które jakoś trzeba dostarczyć do pokoju. Mimo że mieliśmy za sobą długą i męczącą podróż, Robert zareagował na ciche „Daj spokój, tato” Finleya i nie mówiąc nic więcej, wjechał na zatłoczony parking.

– Joanno, nie płacz – prosi teraz mąż, łapiąc mnie za rękę. – Myślałem, że dobrze to zniesiesz, no wiesz, powtórka z rozrywki i w ogóle.

Robert ma rację, powinnam znieść rozstanie z Finleyem lepiej niż kilka lat temu rozstanie z Aleksandrą, jednakże w rzeczywistości jest mi trudniej, ponieważ wrócimy do pustego domu. Zerkam na męża, a on odpowiada szerokim uśmiechem i dla dodania mi otuchy ściska moją dłoń. Dla niego wszystko jest zawsze proste; rozprawia się z uczuciami za pomocą rozumu i logiki. Pragnie mi pomóc, jak zwykle, lecz ja nie jestem w nastroju. Wolę lizać swoje rany, niż dać się pocieszać.

– Poza tym masz wciąż mnie – zauważa Robert. – Boże, zmiłuj się nad nami. – Wybucha śmiechem i zaczyna wymachiwać naszymi złączonymi rękami. Uśmiecham się w odpowiedzi, ale nie przestaję płakać. – No, Joanno. Tylko ty i ja, pomyśl. Będzie fajnie!

Zsuwam okulary przeciwsłoneczne z czoła na oczy i maszeruję dalej, mijając pamiętające lata sześćdziesiąte akademiki, identyczne jak ten, w którym zostawiliśmy Finleya. Są to prostopadłościany o kwadratowych oknach, za którymi widać przejawy studenckiego życia: puste butelki po piwie i pudełka po pizzy, sterty podręczników, plakaty reklamujące filmy i zespoły muzyczne, o jakich w życiu nie słyszałam. Wysuwam dłoń z uścisku Roberta, żeby ruszyć za nim gęsiego wzdłuż muru, między ścianą budynku i ciasno zaparkowanymi autami, przy których rozgrywa się jedna i ta sama scena: nastolatkowie przecinają pępowinę łączącą ich z rodzicami, zarazem kładąc kres swemu dzieciństwu. Obdarzam uśmiechem kobietę, która podobnie jak ja przegrywa batalię ze łzami; ignorując mokre policzki, tuli do siebie karton z jakimiś rzeczami, jakby od tego zależało jej życie. Dostrzegłszy mój uśmiech, odpowiada tym samym – przez moment współodczuwamy ze sobą.

Jazda powrotna upływa nam powoli, każdy pokonany kilometr zwiększa dystans pomiędzy mną i moim synem. Finley jest wciąż tylko dzieckiem, widziałam to w jego oczach przy pożegnaniu. Dowcipkował do samego końca, skrywając prawdziwe uczucia, których domyśliłam się, gdy pozwolił mi się uściskać. Z ojcem wymienił tylko uścisk dłoni. Znowu zerkam na komórkę, powstrzymując chęć, by napisać do Finleya następną wiadomość, po tym jak nie odpowiedział na pierwszą.

– Wszystko gra? – Robert klepie mnie w kolano przy zmianie biegów.

Wyglądam przez szybę na wyprzedzającą nas ciężarówkę, której przytłaczająca masa wreszcie ustępuje niekończącemu się zielonemu poboczu.

– Tak – odpowiadam. – Po prostu jestem zmęczona.

– Możesz się przespać, jeśli chcesz – proponuje Robert, ściszając transmisję z meczu tenisowego nadawaną w radiu.

– Myślisz, że sobie poradzi? – pytam, patrząc na niknący w cieniu profil męża. – To znaczy po tym, co spotkało go w szkole. Nigdy się nie zaaklimatyzował, a…

– To stare dzieje – przerywa mi Robert i tym razem klepie mnie w kolano mocniej. – Dzięki studiom nareszcie się usamodzielni, zmężnieje. Będzie zachwycony, zobaczysz.

Opuszczam powieki, lecz choć jestem wykończona, mój umysł pracuje na pełnych obrotach. Oczami wyobraźni widzę Finleya w akademiku, w pokoju niezwykle spartańskim w porównaniu z domem, i to pomimo plakatów, które przykleiliśmy na ścianach, oraz wybranej przeze mnie, utrzymanej w wesołej tonacji pościeli.

– Na pewno będzie ci tu dobrze? – zapytałam, ściskając go po raz ostatni. Chociaż Finley jest wyższy ode mnie, to nadal tylko dziecko.

– Na pewno – potwierdził. – Nie musisz się o mnie martwić, mamo.

To powiedziawszy, spuścił głowę i odrzucił grzywkę do tyłu. Nie uczynił tego ostentacyjnie, to by było do niego niepodobne, raczej odruchowo, gdyż ten gest pomaga mu uporać się z sytuacjami, które go przerastają. Wydawał się taki samotny, kiedy machał nam na pożegnanie w progu; zuchowatość opuściła go natychmiast po tym, jak się oddaliliśmy, co wiem stąd, że obejrzałam się i przyłapałam go z opuszczoną gardą. Zrobił na mnie wrażenie bezbronnego.

– Śpisz? – pyta mnie Robert, na co kręcę głową, ale zaraz zaciskam powieki mocniej, pozwalając, aby monotonny szum silnika pogrążył mnie w niespokojnym śnie.

***

Zaadaptowana na dom stodoła wydaje się większa, cisza w niej aż dźwięczy, rezonuje między nami, odbija się bezgłośnym echem. Pozostawiam Robertowi rozpakowanie samochodu i odstawienie na miejsce pustych kartonów i walizek, sama zaś udaję się na piętro, żeby się przebrać. Po drodze do sypialni zatrzymuję się przy drzwiach pokoju Finleya. Zadziwiający porządek wprawia mnie w niepokój.

– On nie umarł – powiedziała mi Aleksandra, gdy zatelefonowałam do niej z samochodu. – Zaczął tylko studia.

Zabieram się do ściągania brudnej pościeli, zdejmuję kolejno powłoczkę z kołdry i poduszek, szarpnięciem odrywam prześcieradło od materaca i choć miałam zamiar wrzucić wszystko do kosza na pranie, przysiadam na brzeżku łóżka, unoszę do twarzy kłąb nieświeżej pościeli i wdycham zapach syna.

– On nie umarł, Joanno. – Z zamyślenia wyrywa mnie głos Roberta. Mój mąż trzyma w obu rękach walizki, teraz puste, a jeszcze niedawno pełne odprasowanych przeze mnie dżinsów i koszul.

– To odzywka Aleksandry – ripostuję. – Jesteście do siebie tacy podobni…

Robert kładzie mi dłoń na ramieniu, palcami sięga do obojczyka i lekko go uciska. Wstaję i obejmuję męża za szyję, on zaś otacza mnie w pasie długimi rękami i składa brodę na czubku mojej głowy.

– Chodź – mówi w pewnej chwili. – Oboje potrzebujemy odpoczynku.

Kiedy uprawiamy seks, niosąc sobie nawzajem pociechę, dzień powoli przechodzi w noc. Po wszystkim Robert stacza się ze mnie, a ja – wiedząc, że od razu zaśnie – szturcham go w bok. Odwraca się w moją stronę, lecz nie widzę wyraźnie jego rysów; w sypialni zrobiło się niemal zupełnie ciemno. Jaskrawozielone cyfry na tarczy budzika mówią mi, że dochodzi północ.

– Co tam? – pyta mąż.

– Pamiętasz tę niemądrą zabawę słowną, w którą graliśmy, zanim urodziły się dzieci?

– Jaką zabawę? – mamrocze sennie.

– Gdybyś mógł mieć jakąś supermoc, co by to było? – rzucam w ciemnościach. – Albo gdybyś miał mnie zabić, jak byś się do tego zabrał?

Zakradający się zza zasłon blask księżyca pozwala mi dojrzeć kąciki oczu Roberta zmrużone w uśmiechu.

– Oczywiście ty masz już przygotowane odpowiedzi?

Potakuję.

– Gdybym mogła mieć jakąś supermoc, wybrałabym zdolność podróżowania w czasie.

Słyszę na to, że on nie wie, co by wybrał. Sądząc z tonu jego głosu, zaczyna się dobrze bawić. Wyraźnie zainteresowany, pyta:

– A jak byś mnie zabiła?

– Przy użyciu noża kuchennego. – Ze śmiechem wyciągam rękę i przykładam dłoń na płask do jego nagiej piersi. – O, tu bym go wbiła.

– I bardzo dobrze. – Także się śmieje, ściskając mi palce dłoni. – Śmierć nastąpiłaby momentalnie, a zabójstwo nie wymagałoby od ciebie żadnych przygotowań, skoro mamy w kuchni dostatek noży.

– A ty? Jak ty byś mnie zabił? – dopytuję i czekając na odpowiedź, podpieram się na jednym łokciu.

Robert się waha, po czym mówi:

– Chybabym cię udusił własnymi rękami.

Chwyta mnie mocno i przyciąga do siebie. Oboje głośno się śmiejemy.

Rozdział 3

Nazajutrz po upadku

Pierwsze, co zwraca moją uwagę po przyjeździe do domu ze szpitala, to dziura wielkości głowy wybita w ścianie u dołu schodów. Płyta kartonowo-gipsowa uległa w tym miejscu misowatemu wgnieceniu, zapewne przyjmując na siebie impet uderzenia.

Robert także to dostrzega i wyciąga do mnie rękę w pokrzepiającym geście, ja jednak odruchowo się kulę i zasłaniam dłońmi czaszkę. Wiodę spojrzeniem w górę schodów i wyobrażam sobie upadek – musiałam zlecieć co najmniej osiem albo dziewięć stopni, po tym jak się potknęłam.

O ile się potknęłam, mówi cichy głosik w mojej głowie. Ta myśl jest dla mnie niczym wiadro zimnej wody. Przenoszę znów wzrok na męża, który właśnie czubkiem mokasyna kruszy gips okalający wgniecenie.

– Trzeba będzie odmalować całą klatkę schodową. A wcześniej położyć nową płytę.

Protestuję, że jeszcze nie teraz; nie zniosę bałaganu i hałasu, jakie wiążą się z remontem.

– Tak, oczywiście, że nie od razu – zgadza się ze mną Robert.

Zdejmuje mi z ramion marynarkę, którą narzucił na moje plecy, kiedy wysiedliśmy z samochodu, odwiesza ją na słupek balustrady i zachęca mnie, żeby poszła na górę, podczas gdy on nastawi wodę na herbatę.

Wspinam się po schodach ostrożnie, co rusz spoglądając na wiszące wzdłuż stopni obrazki – część z nich to rysunki dzieci jeszcze z czasów szkolnych, część zaś stanowią zdjęcia z rodzinnych wakacji. Wszystkie są znajome, jednakże patrzę na nie świeżym spojrzeniem, obserwując uważnie, jakbym spodziewała się ujrzeć takie, którego nie rozpoznam. Gdy tak się nie dzieje, ogarnia mnie ulga. Aleksandra jest naturalną blondynką od samych urodzin, grzywa jej niemal białych włosów wyraźnie się odcina od oliwkowej cery. Pod tym względem przypomina Roberta, którego włosy obecnie są raczej siwe niż blond; poza tym oboje błyskawicznie się opalają, wystarczy dosłownie, że liźnie ich słońce. Z kolei jedwabistość loków Aleksandra odziedziczyła po mnie. Finley dla odmiany to skóra zdjęta z dziadka, po którym otrzymał imię i którego ledwie pamięta. Tak jak mój ojciec ma szopę ciemnych włosów, jasną cerę i delikatne rysy. Przystaję, żeby dotknąć twarzy dzieci choćby przez szkło, lecz powstrzymuje mnie przeszywający ból głowy, któremu staram się zaradzić, przykładając zranioną dłoń do ciemienia. Gdy to nie pomaga, osuwam się na stopień, obejmuję głowę obiema rękami i zamykam oczy. Wraz z bólem przychodzi wspomnienie, jest mgliste, lecz uporczywe, skupiam się więc w nadziei, że zobaczę je wyraźniej.

Widzę sylwetki dwu osób, Roberta i siebie. Dochodzi między nami do przepychanki na szczycie schodów. Nie tylko się kłócimy, Robert łapie mnie też za ramiona…

Otwieram oczy i widzę, jak mój mąż wbiega po stopniach z wyciągniętą ku mnie ręką.

– Joanno, co ci jest?

Ponieważ ból przybiera na sile, kłując mnie za oczami jak sztyletem, zaciskam mocno powieki.

I znowu widzę, jak Robert łapie mnie za ramiona.

Chcę zapytać męża, co właściwie między nami zaszło wtedy na schodach, ale otwarłszy oczy, zmieniam zamiar. Robert jest na wyciągnięcie ręki, zaledwie dwa stopnie niżej, tak że wyraźnie widzę w jego spojrzeniu dystans.

– Pomogę ci – mówi.

– Dam sobie radę sama – odpowiadam, po czym podnoszę się i wchodzę na piętro, by minąwszy troje kolejnych drzwi, dostać się do naszej sypialni.

Łóżko jest niezasłane, mokry ręcznik leży na podłodze łazienki. Idący za mną Robert przeprasza za nieporządek, wymija mnie biegiem, żeby podnieść ręcznik. Następnie wygładza prześcieradło i strzepuje kołdrę, po czym gestem zaprasza mnie, abym się położyła. Gdy opuszczam głowę na poduszkę, obejmuje dłonią moją potylicę, jakby chciał mnie nakierować.

– No i jak? – pyta. Rzuca na mnie cień, tak że nie widzę nic poza nim.

– Lepiej – odpowiadam, podciągając się do pozycji siedzącej z poduszką za plecami.

– To dobrze. – Wychodzi na chwilę i wraca, niosąc moją torbę z rzeczami; stawia ją obok łóżka i dodaje: – Zaraz podam herbatę.

Słysząc, że zbiega po schodach do kuchni, sięgam po torbę i zaczynam szukać środków przeciwbólowych, wołam też w stronę otwartych drzwi, że będę potrzebować szklanki wody. Nie znajduję jednak tabletek. Dla pewności przetrząsam wczorajsze ubranie jeszcze raz, zaglądam również do bocznej kieszeni, gdzie znajduję swój paszport. Rzucam go na wierzch kołdry i kiedy wstaję, patrzę, jak ześlizguje się na ziemię. Idę do łazienki, niepewnie stawiając kroki. Zimną wodą przemywam twarz, oglądam zdobiące ją siniaki, a potem zdejmuję ubranie, żeby dokonać dokładniejszej inspekcji. Unoszę najpierw prawą rękę i patrząc na opatrunek, spostrzegam, jak bardzo mam opuchnięty nadgarstek. Najbardziej jednak dziwi mnie krwiak wydostający się spod bandaża oraz coś, czego nie zauważyłam wcześniej w szpitalu. Na wewnętrznej stronie przegubu pośród świeżych siniaków widzę intrygujące ranki w kształcie półkoli, w dużej mierze już zagojone, jakby do zranienia doszło dawniej. Pocieram jedno czy dwa takie półkola, później przenoszę znów wzrok na swoją twarz i przebiegam palcami po nabrzmiałej skórze, która staje się bolesna w miejscu podbitych oczu. Prawe wygląda znacznie gorzej niż lewe. W końcu obrzucam spojrzeniem resztę nagiego teraz ciała. Niespecjalnie poznać po nim zużycie ostatnich dwunastu miesięcy, choć myślę, że jestem trochę szczuplejsza, niż się pamiętam, a do tego mam różnobarwne sińce na kolanach i udach.

Robert puka we framugę łazienki.

– Wszystko w porządku? Podałem herbatę.

Zdejmuję szlafrok z wieszaka i otwieram drzwi.

– Robiłam oględziny – wyjaśniam. Mąż nie patrzy na mnie, kiedy wkładam i wiążę szlafrok. – Nieźle się potłukłam – dodaję, wracając do łóżka.

Robert pochyla się nade mną i okrywa mnie troskliwie kołdrą. Obróciwszy lekko głowę, widzę, że herbata stoi na szafce nocnej, obok filiżanki zaś leżą środki przeciwbólowe, które – jak twierdzi Robert – zostawiliśmy w samochodzie.

– Zapomniałeś o wodzie. I o mojej torebce – dorzucam, usiłując przybrać wygodną pozycję.

Robert schyla się po leżący na podłodze paszport.

– Co on tu robi? – pyta. Ze wzruszeniem ramion odpowiadam, że był w torbie. Mój mąż zaczyna ją rozpakowywać, ma przy tym niepewną minę, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał. – Musiał się przeleżeć od zeszłego października. Pamiętasz tamten nasz wyjazd? – Kręcę głową i natychmiast tego żałuję. Żałuję też, że mąż bez przerwy dopytuje, czy pamiętam to albo tamto, a ja muszę odpowiadać przecząco. – Potrzebujesz czegoś jeszcze?

Proszę go o torebkę, w której – jak sądzę – będzie moja komórka. Robert znów zbiega po schodach, szybko jednak wraca, przeskakując stopnie po dwa naraz. W sypialni podaje mi torebkę, której nie rozpoznaję, z mięciutkiej skórki i od mojego ulubionego projektanta; prezent urodzinowy, jak zaraz słyszę. Ujmuję ją lewą ręką i przeszukuję dyskretnie, licząc, że wyczuję niosący otuchę kanciasty kształt komórki. Nie odniósłszy sukcesu, wysypuję całą zawartość na kołdrę i natychmiast widzę, że wśród różnych małych przedmiotów na pewno nie ma mojego telefonu. Robert obserwuje moje poczynania, w końcu pyta, czego szukam. Stwierdza, że nie muszę wysyłać wiadomości do dzieci, ponieważ już z nimi rozmawiał. Pojawią się wkrótce.

– Finley przyjedzie z uczelni? – pytam.

– Jak mówiłem, oboje wkrótce tu będą – powtarza Robert, odwracając się ode mnie. – Postaraj się odpocząć. Nie musisz…

– Nie w tym rzecz! – krzyczę i zaraz łapię się za głowę, jakby to mogło powstrzymać ból. – Chcę mieć swój telefon, Robercie. Potrzebuję go.

Płaczę, mimo że jestem zła, nie smutna.

Mój mąż siada na brzegu łóżka, prosi mnie, żebym się uspokoiła, umieszcza przedmioty z powrotem w torebce. Wpatruję się w niego, jakby rzucając mu wyzwanie: spróbuj mnie tylko zignorować, kiedy jestem taka słaba, zbita na kwaśne jabłko.

– Gdzie mój telefon? – pytam. – Jest mi potrzebny.

Robert wzdycha.

– Przecież już ci powiedziałem.

– Powiedziałeś mi? Ale co?

– Jezusie… Telefon się roztrzaskał, kiedy spadałaś ze schodów. Upuściłaś go, a on uderzył o kafelki i rozbił się w drobny mak. Załatwię ci dzisiaj nowy.

Nie pamiętam, abyśmy rozmawiali o mojej komórce, jednakże wszystko mi się miesza i do tego głowa tak bardzo mnie boli. Ponownie pytam o telefon, mój upór zadziwia nas oboje, ale prawda jest taka, że potrzebuję komórki nie tylko po to, by skontaktować się z dziećmi, lecz także by przypomnieć sobie, kim byłam przed upadkiem.

– Jeśli złożę zamówienie jeszcze dziś, powinnaś go mieć jutro, najpóźniej w poniedziałek – kontynuuje Robert, odkładając czyste rzeczy do szuflady komody na bieliznę. – Przypuszczam, że będziesz chciała ten sam model?

– Nie mówię o nowym telefonie! – wrzeszczę, przyprawiając się o nieludzki ból pod czaszką z każdą wypowiadaną sylabą. – Tylko o starym! Gdzie on jest?!

Robert oddycha głęboko, jakbym to ja tutaj zachowywała się nieracjonalnie, po czym informuje mnie, że stara komórka wylądowała w kuble na śmieci, własnoręcznie wyrzucił ją dzisiaj rano. I momentalnie się poprawia, że nie, nie ma jej tam już, ponieważ kubły zostały opróżnione, kiedy byliśmy w szpitalu. Przysiada tuż obok ponownie i próbuje mnie położyć, ja jednak się opieram. Argumentuję, że gdyby pomyślał o wyjęciu karty SIM, mogłabym skorzystać z któregoś ze starych aparatów. Oczywiście nie zrobił tego, bo – jak podkreśla zjadliwie – głowę miał zaprzątniętą mną, a nie zepsutym telefonem.

– Mimo to pamiętałeś o wyrzuceniu komórki i wystawieniu kubłów? – naskakuję na niego.

– Sprzątałem. Co cię ugryzło, Joanno? Jesteś do siebie niepodobna. Może powinienem zadzwonić do doktora Agrawala?

– Chcę swoją komórkę – powtarzam, opadając na poduszkę. – Dlaczego mi jej nie dasz?

Mój mąż wzdycha i wychodzi. Słyszę, że na dole uruchamia laptopa, po czym rozlegają się kolejne powiadomienia o przychodzących wiadomościach. Robert stuka monotonnie w klawiaturę. Dźwięki te są tak dobrze znajome, że aż usypiające; mogłoby się zdawać, że wszystko jest jak zawsze – mąż siedzi w kuchni i załatwia sprawy służbowe przez maila, ja krzątam się po domu, Finley siedzi w Internecie albo gra na gitarze. Tymczasem mój syn od roku mieszka w akademiku, jego życie zmieniło się całkowicie. Nie tylko myśl o Finleyu mnie niepokoi; naprawdę potrzebna mi moja komórka. To, że nie mogę jej mieć, czyni potrzebę silniejszą. Życie kręci się wokół komunikacji – z dziećmi, ze światem zewnętrznym, z tym, co poza kamiennymi ścianami naszego przerobionego ze stodoły domu na szczycie wzniesienia, gdzie jesteśmy wystawieni na działanie żywiołów, kilometry od najbliższych sąsiadów.

Próbuję się uspokoić myślą, że później włączę laptopa, posprawdzam wiadomości. Może dzięki temu odświeży mi się pamięć, zmniejszy się przepaść uczyniona przez brakujące miesiące. Poddaję się zmęczeniu, przymykam oczy i zasypiam, jednakże wraz ze snem odnajduję inne połączenie z przeszłością, luźne i nieokreślone, choć zarazem też natarczywe, naglące. Pod zamkniętymi powiekami przelatują mi liczne obrazy, tam i z powrotem, szybciej i wolniej, jedne przechodzą w drugie, ciągle się zmieniają, większość z nich jest słabo czytelna. Rzucam się w łóżku, strącam z siebie kołdrę najpierw rozgrzana, po chwili oblana zimnym potem.

Twarz ma odwróconą ode mnie, pogrążoną w cieniu. Wyciągam do niego rękę, chcę go przywołać, taki daleki się wydaje. Rozpaczliwie pragnę go odnaleźć, lecz wtedy pojawia się Robert, a ja krzyczę, żeby mnie puścił.

Gdy się budzę, wokół panują ciemności, a ja jestem otulona kołdrą – zapewne przez Roberta. Roleta nie jest opuszczona, lecz za oknem i tak nic nie widać. Przypomina mi się pierwsza noc spędzona przez nas w tym domu. Finley poprosił o latarkę, a Aleksandra udawała, że zasypia nad książką, byle móc zostawić włączoną lampkę nocną. Kiedy dzieci w końcu posnęły, Robert i ja wyszliśmy na zewnątrz z kieliszkami wina w dłoniach.

– Tu jest idealnie – powiedział mój mąż, podziwiając bryłę dawnej stodoły, granatową kopułę nieba nad nami i blask rozmigotanych gwiazd. – Można prowadzić obserwacje astronomiczne bez obawy o zanieczyszczenie świetlne – dodał. – No i tu, na górze, mieszkamy tylko my.

Przyzwyczajenie się do tego miejsca zajęło mi nieco czasu, dzieciom tak samo. Finley dał się ostatecznie przekupić obietnicą kupna teleskopu, lecz Aleksandra – jak mi się wydaje – nigdy nie przywykła do końca.

Podchodzę do okna i wyglądam przez nie na majaczące w oddali wzgórza, a później spuszczam wzrok na żwirowy podjazd naszego domu i prowadzącą od niego drogę. Natychmiast spostrzegam, że jakiś samochód zbliża się w naszą stronę, wydobywając reflektorami z mroku żywopłoty. Znajomy bańkowaty kształt skręca ostro na nasz podjazd i zatrzymuje się obok mojego mini morrisa. Pierwsze otwierają się drzwi pasażera, z których wysiada Finley, czemu towarzyszą dźwięki głośnej muzyki. Po chwili po stronie kierowcy pojawia się Aleksandra. Oboje spoglądają na dom, ale ponieważ nie zapaliłam światła w sypialni, nie widzą, że im macham na powitanie; w każdym razie nie odpowiadają żadnym gestem, tylko zgarbieni w obronie przed wiatrem i deszczem zmierzają szybko ku drzwiom wejściowym.

Narzucam na siebie rozpinany sweter, dzięki czemu zyskuję dodatkową – obok cienkiego jedwabiu szlafroka – ochronę przed zimnem, które dopiero teraz zauważam. Opuszczam sypialnię i ostrożnie zaczynam schodzić na dół, trzymając się zdrową ręką poręczy. Kierując się głosami, wchodzę do kuchni, gdzie toczy się gorączkowa rozmowa. Na mój widok Robert syknięciem ucisza dzieci.

– Mówicie o mnie?

– Oczywiście – potwierdza mój mąż. – Jak się czujesz?

– Dalej boli mnie głowa, ale chyba ciut mniej.

– Ale napędziłaś nam strachu, mamo!

Aleksandra zbliża się do mnie z rozłożonymi szeroko ramionami, jednakże wstrząs, który przeżywam, widząc jej wygląd, sprawia, że kurczę się niczym przed obcą osobą, całkiem nie jak przed rodzonym dzieckiem. Długie włosy, z których była taka dumna, zniknęły, zastąpione przez krótką fryzurkę sięgającą co najwyżej brody, do tego ma nałożony ostry makijaż – oczy wyglądają jak podkrążone, a usta jak posiniaczone. Na domiar złego jest ubrana w coś workowatego i bardzo niekobiecego. Dopytuje, czy wszystko ze mną w porządku, jak się czuję. Nie odpowiadam, a tylko odwzajemniam uścisk najszczerzej, jak się da w tych okolicznościach, zauważając przy tym, że i ona jest jakaś powściągliwa.

– Nie wierzyłam, kiedy tato zadzwonił i powiedział, że upadłaś – mówi, cofając się, aby ogarnąć wzrokiem moje obrażenia. – Wyglądasz, jakby sprawił ci manto!

– A ty bardzo się zmieniłaś – rewanżuję się. – Chwilę mi zajmie, zanim się z tym pogodzę.

– Zdaje się, że będziesz musiała się pogodzić z wieloma rzeczami – odpowiada Aleksandra, popatrując na ojca.

– Powiedziałeś im o utracie pamięci? – pytam Roberta, który potakuje skinieniem.

Robiłam dobrą minę do złej gry na użytek dzieci, ale teraz wszystkie tamy puszczają. Aleksandra rozgląda się za chusteczkami, Finley czai się przy drzwiach kuchni, jakby chciał dać stąd nogę. Mąż okazuje mi troskę, obejmuje mnie ramieniem. Zwalczam chęć, aby się oswobodzić, ponieważ nie chcę urządzać sceny na oczach dzieci; w duchu tłumaczę swe odruchy obronne reakcją ciała na doznany szok – jest to swego rodzaju zbroja, która ma mnie uchronić przed dalszymi obrażeniami. Wprawdzie intuicja podpowiada mi co innego, zupełnie jakby…

– Joanno! – Podskakuję na rozkazujący ton Roberta. – Powiedziałem, żebyśmy przeszli do salonu.

Prowadzi mnie holem i usadza na sofie. Aleksandra zajmuje miejsce obok i sięga po moją rękę. Palce ma całe w pierścieniach, wszystkie noszą motyw czaszki i węża. Szerokie obrączki wrzynają się w wałeczkowate ciało między kostkami, uważam więc, aby nie ściskać dłoni córki zbyt mocno. Mam wrażenie, że patrzę na ręce kogoś obcego. Podnoszę wzrok ku jej twarzy i próbuję się doszukać czegoś znajomego w podkreślonych mocno czarną kredką oczach.

– Ładnie wyglądasz – stwierdzam. – Kiedy zmieniłaś fryzurę?

– Och, dobre kilka miesięcy temu. – Cofa rękę i przykłada ją sobie do karku, gdzie sięgają najdłuższe pasemka, po czym przechyla głowę i ujmuje gruby kosmyk włosów w palce. – Wtedy chyba ci się to nie spodobało. To naprawdę dziwne, że tyle zapomniałaś. Jesteś pewna, że masz lukę w pamięci, odkąd Finley wyjechał na studia? – Zerka kolejno na ojca i brata. – Nie pamiętasz moich urodzin ani urlopu? Bożego Narodzenia? – Urywa i ponownie biegnie wzrokiem do Roberta.

– Dla mnie jest to nawet dziwniejsze – zapewniam ją. – Całkiem jakbym się obudziła po roku spania. – Spoglądam na Finleya i Roberta, którzy siedzą na drugiej sofie, wyciągając przed siebie nogi tak, by stopami dotknąć dywanika. Spojrzenia mają wbite przed siebie. – Mieliśmy udane święta? – pytam syna.

Finley uśmiecha się do mnie.

– Były trzy choinki.

– No tak, to do mnie podobne. – Odpowiadam uśmiechem. – Założę się, że byłam przeszczęśliwa, kiedy przyjechałeś, ale teraz naprawdę nie musiałeś porzucać dla mnie uczelni. Nic mi nie jest.

Finley nie przestaje się uśmiechać. Przynajmniej on wydaje się niezmieniony, chociaż stracił nieco na wadze i tak jakby nosi brzemię ostatnich dwunastu miesięcy na barkach – garbi się i co rusz ucieka spojrzeniem, jak gdyby nie był w stanie na mnie patrzeć, zarazem zaś nie potrafił odwrócić wzroku.

– Chciałem cię zobaczyć, przekonać się, że nic ci się nie stało. To musi być bardzo dziwne, stracić pamięć…

– Nie wszystko zapomniałam – mówię. – Pamiętam to i owo, głównie uczucia.

– Jakie uczucia? – wtrąca Robert, nachylając się ku mnie.

– Przede wszystkim mam wrażenie zmiany – odpowiadam. – Jakbym coś zgubiła, co chyba w gruncie rzeczy jest prawdą. Jakbym zgubiła wiele rzeczy… – Wpatruję się w twarz męża, dopóki nie spuści oczu, po czym raz jeszcze obdarzam Finleya uśmiechem. – Nie musisz się o mnie martwić, kochanie. Jestem pewna, że wszystko mi się przypomni. Możesz wracać na uczelnię, a gdy przyjedziesz do domu ponownie, będzie znowu jak dawniej.

Robert się podnosi.

– Aleksandro, zdaje się, że przywiozłaś coś na obiad?

– Ojej, faktycznie wiele się zmieniło! – komentuję tonem na tyle radosnym, na ile mnie stać.

***

Aleksandra rozpakowuje torbę izotermiczną, wykładając produkty na blat kuchenny. Wbrew obiekcjom Roberta uparłam się, że mogę obserwować jej poczynania z jednego z wysokich stołków barowych.

– Nie miałam pojęcia, że potrafisz gotować – mówię. – Do tego posiadasz torbę izotermiczną, co czyni z ciebie osobę dorosłą.

Córka uśmiecha się do mnie.

– Miło mi będzie zrobić dla odmiany coś dla ciebie.

Nasi obaj panowie są na górze, zajęci sprzątaniem, które zleciła im Aleksandra. Najwyraźniej przejęła dowodzenie. Od czasu do czasu woła coś w stronę schodów.

– I znieście pranie, jak będziecie gotowi!

Wracając do kuchni, zakasuje rękawy swetra, który musiała chyba pożyczyć od chłopaka. Nie odrywam od niej wzroku, w nadziei że przywyknę do jej nowego wyglądu, w głębi ducha jednak opłakuję wcześniejszą wersję córki, bardziej dziewczęcą i delikatniejszą. Sieka fachowo cebulę, nie zwracając uwagi na cieknące jej po twarzy łzy, które żłobią małe ciemne kaniony w makijażu.

– Co gotujesz? – pytam.

– Makaron z papryką i grzybami – odpowiada, ocierając oczy grzbietem dłoni, która teraz także nosi ciemne ślady. – Do tego będzie sałatka i pieczywo.

– Mmm, już mi ślinka cieknie, kochanie. Mogę jakoś pomóc? – Chcę ześlizgnąć się ze stołka barowego, lecz Aleksandra natychmiast mnie powstrzymuje.

– Nie ruszaj się z miejsca – prosi. – Nie kiwniesz palcem, dopóki nie wydobrzejesz. Jak tato wróci do pracy, pałeczkę przejmie Finley, najwyższa pora, żeby się na coś przydał. – Rzuca mi przestraszone spojrzenie.

– Jak to? – pytam, na powrót sadowiąc się na stołku z pomocą zdrowej ręki. – Przecież Finley musi wrócić na uczelnię… Prawda?

W tym momencie w kuchni pojawia się mój syn z naręczem pościeli i ręczników do prania. Robert zmierza jego śladem.

– Gdzie mam to położyć? – pyta Finley.

– Dlaczego rzuciłeś studia? – wyrywa mi się równocześnie.

Aleksandra patrzy na ojca rozszerzonymi oczami.

– Nic jej nie powiedziałam, tato. Słowo.

– Na litość boską! – oburza się Robert. – Zostawiłem cię z nią na dziesięć minut, a ty…

– Robercie, uspokój się – przerywam mu ze zmarszczonym czołem. – Nie ma potrzeby krzyczeć. Aleksandra naprawdę nic mi nie powiedziała. Domyśliłam się.

Obdarowuję córkę uśmiechem, jednakże ona nadal wpatruje się w Roberta takim wzrokiem, jakby rzucała mu wyzwanie.

– Przecież mówię, że nic jej nie powiedziałam – powtarza.

– Cóż, ktoś puścił parę z gęby, a że byłyście tu tylko we dwie…

Ignoruję ich sprzeczkę.

– Finley! Dlaczego rzuciłeś studia?

On także spogląda na ojca, jakby reakcja Roberta była ważniejsza od mojej. Zwiesza chude ramiona, upuszczając ręczniki i pościel.

– Okazało się, że to nie dla mnie, mamo – mówi, zarzuca grzywką i wbija spojrzenie we własne stopy otoczone przez brudy.

– Zrezygnowałeś ze studiów?

– Przepraszam.

Zapewniam go, że nie ma za co przepraszać, lecz nie jestem w stanie ukryć zdumienia. Może kryje się za tym coś więcej? Jakiś lepszy plan? Nie rozumiem tylko, dlaczego nikt mi nic nie powiedział. Gdy pytam o to Roberta, mamrocze w odpowiedzi, że nie chciał mnie martwić, po czym przepycha się obok dzieci, aby podnieść pranie.

– Cóż, teraz jestem zmartwiona. – Wstaję i patrzę na Finleya, który nadal ma spuszczoną głowę i nie odrywa wzroku od własnych stóp. – Gdzie w takim razie byłeś minionej nocy?

Mój syn zerka znowu na ojca, potem na mnie.

– Poza domem.

– U kogo?

– U Ryana. Nie znasz go.

– Ale dzisiaj będziesz nocował w swoim pokoju? – upewniam się, wiedząc, że myśl o Finleyu śpiącym kilkoro drzwi dalej w dole korytarza podziała na mnie uspokajająco.

– Ja już tu nie mieszkam, mamo – oświadcza Finley, ponownie spoglądając na ojca.

Głowa ciąży mi jak ołów. Finley nie tylko rzucił studia, ale też wyprowadził się z domu? To dla mnie za wiele do przełknięcia naraz. Robert chyba ma rację, twierdząc, że nie jestem jeszcze gotowa na całą prawdę. Z drugiej strony chcę ją poznać jak najszybciej. Naciskam na syna, on jednak tylko wzrusza ramionami i milczy.

– Pomęcz tatę – radzi mi Aleksandra, wyręczając brata. – To on tutaj pociąga za sznurki, mówi nam, co możemy powiedzieć, a czego nie.

– Robercie? – zwracam się do męża. – Czy jest jeszcze coś, o czym powinnam wiedzieć?

– Nie. – Robert miażdży Aleksandrę spojrzeniem. – Jak już wspomniałem, nie chciałem cię martwić. – Uśmiecha się do mnie, zanosi pranie do pomieszczenia gospodarczego i wraca, aby mnie objąć, na co pozwalam ze względu na dzieci. W końcu prowadzi mnie do stołu. – Po prostu się odpręż, dobrze? Wszystko w porządku, jesteśmy razem.

Nic nie jest w porządku. Nie mam pojęcia, co się dzieje. Nie rozumiem, co kryje się za tymi tajemniczymi spojrzeniami ani jakie jeszcze sekrety bliscy przede mną ukrywają.

Jemy we względnej ciszy, ponieważ każdy temat jest niebezpieczny. Odkrywam, że nie mam apetytu, czuję tylko głód informacji. Zadaję pytania, lecz odpowiedzi, które otrzymuję, są ostrożne, przepuszczone przez filtr akceptacji Roberta. Zarówno Aleksandra, jak i Finley szukają aprobaty w oczach ojca, zanim zdradzą mi cokolwiek ze swojego życia na przestrzeni ostatniego roku. Udaje mi się wydobyć z nich garść faktów. Aleksandra wyprowadziła się z obskurnej kawalerki, którą najmowała po powrocie ze studiów, zamieszkała w przyjemniejszym miejscu i zaczęła spotykać się z mężczyzną imieniem Thomas, które to imię wywołuje głuchą ciszę przy stole. Z tego, co mówi Finley, wynika, że dobrze mu u Ryana i że większość czasu spędza na grze w zespole muzycznym.