Blisko domu - Peter Robinson - ebook + audiobook
Opis

Przebywający na urlopie w Grecji Alan Banks, inspektor policji z Yorkshire, zostaje pilnie ściągnięty do Anglii, gdy znalezione zostają zwłoki Grahama Marshalla. To jego przyjaciel z dzieciństwa, który zaginął ponad 30 lat temu. Przerażające odkrycie zmusza policjanta do powrotu w przeszłość, której pomimo rozpaczliwych starań, nigdy tak naprawdę nie zdołał wymazać z pamięci. Wspomnienie potwornej zbrodni sprzed lat ciągle go prześladuje i prowadzi tam, gdzie nadal czai się zło. Mroczne tajemnice, które w 1965 roku doprowadziły młodziutkiego Grahama Marshalla do zguby, nie przestają być groźne, a ich naruszenie może kosztować Banksa więcej, niż kiedykolwiek sobie wyobrażał.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 618

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 17 godz. 40 min

Lektor: Adam Bauman

Popularność


Tytuł oryginału:

CLOSE TO HOME

Copyright © 2003 by Peter Robinson

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Kula

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Iwona Wyrwisz, Małgorzata Kryszkowska

ISBN: 978-83-7999-364-2

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Sheili

Młodzieńczej miłości przeminęła chwała

I wtedy spostrzegli oboje, że we śnie

Wciąż trwają i sennym się karmią rojeniem,

Lecz któż chciałby prawdy szukać w sennych zwidach?

ROBERT BROWNING, The Statue and the Bust

Rozdział 1

Trevor Dickinson miał kaca i był podminowany, kiedy w poniedziałek rano przyszedł do pracy. W ustach czuł smak znoszonego trampka, żołądek podjeżdżał mu do gardła, a w jego głowie pracował młot pneumatyczny. Wypił już pół butelki mleka magnezjowego i połknął cztery tabletki paracetamolu o wzmocnionym działaniu, ale nie przyniosło to żadnego efektu.

Po przybyciu na miejsce Trevor musiał zaczekać, aż policja usunie ostatnich demonstrantów, aby mógł przystąpić do pracy. Zostało ich jeszcze pięcioro i wszyscy siedzieli na ziemi ze skrzyżowanymi nogami. Obrońcy środowiska. Była wśród nich drobna leciwa pani o siwych włosach. Powinna się wstydzić, pomyślał Trevor, żeby w tym wieku koczować w trawie razem z bandą tych marksistowskich spedalonych oszołomów.

Rozejrzał się dokoła, próbując zrozumieć, dlaczego komuś miałoby zależeć na ratowaniu akurat tego skrawka ziemi. Pole do niedawna należało do rolnika, którego choroba wściekłych krów i pryszczyca doprowadziły do bankructwa. O ile Trevorowi było wiadomo, nie rozchodziło się o żadne cudaczne skrzydlate wypierdki, które nigdzie indziej nie mogły uwić swoich gniazd, ani o jakieś rzadkie zielsko pod ochroną, które pleni się wśród chaszczy. Nie było tam nawet żadnych drzew, jeśli nie liczyć rzędu nędznych topoli, które rosły między polem a autostradą, dusząc się od spalin.

Kiedy policjanci uporali się w końcu z demonstrantami, których podnieśli z ziemi i zawlekli, nie wyłączając starszej pani, do zaparkowanej nieopodal furgonetki, Trevor i jego koledzy mogli zabrać się do roboty. W weekend padało i deszcz rozmiękczył ziemię, ale Trevor był wprawnym operatorem, toteż wkrótce łyżka koparki wgryzła się w grząską warstwę błota. Mężczyzna poruszał dźwigniami z wrodzoną zręcznością, kierując skomplikowanym systemem sprzęgieł, zębatek, wałków i bębnów niczym dyrygent. Wyciskał z maszyny tyle mocy, ile zdołało wytrzymać ramię koparki, a potem prostował je ostrożnie, by nie uronić ani kamyczka, i wysypywał zawartość łyżki nad czekającą obok wywrotką.

Pracował tak już od ponad dwóch godzin, kiedy zauważył, że z ziemi coś wystaje. Nachylił się do przodu, przetarł zaparowaną szybę kabiny i wytężył wzrok, żeby zobaczyć, co to jest. Z wrażenia zaparło mu dech, kiedy uświadomił sobie, że patrzy na ludzką czaszkę, a co gorsza miał wrażenie, jakby ona też patrzyła na niego.

Alan Banks nie czuł się ani trochę skacowany, ale wiedział, że wypił za dużo ouzo poprzedniego wieczoru, kiedy zorientował się, że nie wyłączył telewizora. Telewizor odbierał tylko greckie kanały, a on nie potrafił oglądać ich na trzeźwo.

Jęknął, przeciągnął się i postanowił sobie zaparzyć mocnej greckiej kawy, do której tak się przywiązał w pierwszym tygodniu pobytu na wyspie. Kiedy kawa się parzyła, nastawił płytę z ariami Mozarta, wziął jedną z zeszłotygodniowych gazet, której nie zdążył jeszcze przeczytać, i wyszedł na balkon. Chociaż przywiózł ze sobą discmana, dopisało mu szczęście, bo jego kwatera była wyposażona w małą wieżę stereo z odtwarzaczem CD. Zabrał z domu kolekcję swoich ulubionych płyt, między innymi Billie Holiday, Johna Coltrane’a, Schuberta, Waltona, Grateful Dead i Led Zeppelin.

Stojąc przy żelaznej balustradzie, słuchał Parto ma tu ben mio i spoglądał w stronę morza ponad chaotycznie rozrzuconymi dachami domów, których płaszczyzny tworzyły kubistyczną kompozycję utrzymaną w tonacji bieli i błękitu. W powietrzu unosił się zapach lawendy i rozmarynu, a na bezchmurnym niebie świeciło słońce, podobnie zresztą jak od pierwszego dnia urlopu. Od statku wycieczkowego, który właśnie zakotwiczył w zatoce, odbiły pierwsze tego ranka szalupy i otoczone przez chmary rozwrzeszczanych mew płynęły w stronę przystani, unosząc żądnych wrażeń turystów z aparatami.

Banks wszedł do środka, żeby nalać sobie kawy, po czym wrócił na balkon i usiadł. Białe drewniane krzesło zachrobotało na terakotowej posadzce, płosząc małą jaszczurkę, która wygrzewała się w promieniach porannego słońca.

Postanowił przejrzeć starą gazetę i poświęcić trochę czasu na lekturę OdyseiHomera, a potem wybrać się do miasteczka na lunch, być może ze szklaneczką wina albo dwiema. Zamierzał też kupić chleb, oliwki i kozi ser, po powrocie uciąć sobie drzemkę i posłuchać muzyki, a wieczorem wybrać się do tawerny przy nabrzeżu, gdzie od drugiego dnia urlopu zwykł grywać w szachy z Alexandrosem.

Poza wiadomościami sportowymi i kulturalnymi niewiele więcej interesowało go w gazetach. Opady deszczu przerwały rozgrywki krykieta na stadionie Old Trafford, w czym nie było nic zaskakującego, reprezentacja Anglii wygrała ważny mecz eliminacyjny do Pucharu Świata, a w numerze z tego dnia nie było żadnych recenzji książek ani płyt. Uwagę Banksa przyciągnęła jednak pobieżna wzmianka o szkielecie znalezionym podczas budowy nowego centrum handlowego przy autostradzie A1 niedaleko Peterborough. Zainteresował się nią tylko dlatego, że spędził w tym miasteczku prawie całe dzieciństwo, a jego rodzice wciąż tam mieszkali.

Odłożył gazetę i zaczął wodzić wzrokiem za mewami, które zataczały kręgi na tle nieba, jak gdyby szybowały unoszone falami muzyki Mozarta. Zupełnie jak on sam. Banks powrócił myślami do swojej ostatniej rozmowy z Alexandrosem, który zeszłego wieczoru przerwał w pewnym momencie grę w szachy, spojrzał na niego z powagą i powiedział:

– Wyglądasz mi na człowieka, który ma wiele tajemnic, Alanie. Na bardzo smutnego człowieka. Przed czym tak uciekasz?

Banks sporo nad tym rozmyślał. Czy przed czymś uciekał? W pewnym sensie tak. Uciekał od zakończonego rozwodem małżeństwa, od nieudanego romansu, a także od pracy, która po raz drugi w życiu nieomal doprowadziła go do kresu wytrzymałości swoimi sprzecznymi wymaganiami, ryzykiem gwałtownej śmierci i tym, co w ludziach najgorsze. Szukał przynajmniej chwilowej odskoczni od tego wszystkiego.

A może problem tkwił głębiej? Może próbował uciec od samego siebie; od tego, kim był albo kim się stał?

– Sam chciałbym to wiedzieć – odpowiedział wtedy po chwili zastanowienia i wykonał nierozważny ruch, którym naraził swoją królową na zbicie.

Podczas tego krótkiego urlopu starał się wystrzegać miłostek. Andrea, kelnerka z tawerny Philippe’a, flirtowała z nim, ale nic poza tym. Zdarzało się, że jakaś kobieta na statku wycieczkowym posyłała mu to melancholijne spojrzenie, które prowadzi tylko do jednego, jeżeli się na to pozwoli, ale on nie pozwalał. Znalazł sobie miejsce, w którym nie musiał codziennie obcować ze zbrodnią, w którym nie zapuszczał się do piwnic wypełnionych zwłokami pomordowanych nastolatek, choć nawet na tej spokojnej wyspie ciągle nawiedzały go w koszmarnych snach takie właśnie wizje z ostatniego śledztwa.

Tak więc osiągnął swój cel – uciekł przed ohydą świata i odnalazł swoisty raj. Czemu więc nadal czuł się tak cholernie niespokojny?

Inspektor Michelle Hart z komendy policji Cambridgeshire w okręgu północnym weszła do mieszczącego się w szpitalu okręgowym zakładu antropologii sądowej. Z niecierpliwością czekała na ten poranek. Zazwyczaj podczas autopsji dokuczało jej nie tyle samo krojenie i badanie zwłok, ile kontrast między jasnymi lśniącymi kafelkami i stalą stołów sekcyjnych a obrzydliwą breją treści żołądka i strugami poczerniałej krwi ściekającej do wypolerowanych odpływów; między zapachem środków dezynfekujących a fetorem wydobywającym się z otwartego brzucha. Ale tego ranka nic z tych rzeczy jej nie groziło. Tego ranka antropolog sądowy, doktor Wendy Cooper, miała badać jedynie kości.

Michelle współpracowała z nią ostatnio zaledwie przed miesiącem przy swojej pierwszej sprawie w nowym miejscu, której przedmiotem były szczątki, jak się okazało, jakiegoś Anglosasa – znalezisko nienależące do rzadkości w tych okolicach. Jedyną rzeczą, którą znosiła z trudem, było upodobanie doktor Cooper do słuchania muzyki country podczas pracy. Lekarka twierdziła, że to pomaga jej się skupić, ale na Michelle Loretta Lynn działała wręcz odwrotnie.

Doktor Cooper oraz jej asystent, David Roberts, pochylali się nad niepełnym ludzkim szkieletem, układając drobne kości dłoni i stóp w należytym porządku. Michelle, która poznała tylko podstawy anatomii, zdawała sobie sprawę, jakie to trudne zadanie, i nie wyobrażała sobie, jak można odróżnić jakieś żebro albo knykieć od pozostałych. Doktor Cooper radziła sobie jednak całkiem nieźle. Była kobietą tuż po pięćdziesiątce, miała krępą sylwetkę i krótko obcięte siwe włosy, nosiła okulary w srebrnych oprawkach i cechowało ją rzeczowe podejście do życia.

– Wiesz, ile kości ma ludzka dłoń? – zapytała, nie odrywając wzroku od szkieletu.

– Dużo?

– Dwadzieścia sześć – wyjaśniła doktor Cooper. – A część z nich to takie małe cholerstwo, które trudno rozpoznać.

– Czy masz już coś dla mnie? – Michelle wyjęła notatnik.

– Chyba tak. Jak widzisz, ciągle jeszcze się staramy poskładać go z powrotem do kupy.

– Jego?

– Och, tak. Możesz mi wierzyć na słowo. Świadczy o tym kształt czaszki i miednicy. Jak również o tym, że pochodził z północy Europy – oznajmiła doktor Cooper i obróciła czaszkę bokiem. – Widzisz ten prosty profil i wąski otwór nosowy? Wszystko to o czymś mówi. Są też oczywiście inne oznaki, jak rozstaw oczodołów albo kształt ciemienia, ale chyba nie masz ochoty na wykład z antropologii, co?

– Raczej nie – odparła Michelle, choć uważała ten temat za całkiem interesujący. Czasami myślała, że minęła się z powołaniem i powinna była wybrać studia antropologiczne. A może medycynę. – Ale nie był zbyt wysoki, prawda?

Doktor Cooper przyjrzała się kościom rozłożonym na metalowym blacie.

– Powiedziałabym, że dostatecznie wysoki, jak na swój wiek.

– Nie mów, że wiesz, ile miał lat.

– Oczywiście, chociaż tylko w przybliżeniu. Na podstawie pomiaru kości długich i po zastosowaniu odpowiedniego wzoru obliczyliśmy, że mógł mieć niecały metr siedemdziesiąt wzrostu.

– W takim razie to dzieciak?

Doktor Cooper skinęła głową i dotknęła długopisem ramienia szkieletu.

– W ludzkim ciele nasada przymostkowa obojczyka zrasta się z trzonem kości ostatnia, zazwyczaj w wieku dwudziestu kilku lat, aczkolwiek może to nastąpić między piętnastym a trzydziestym drugim rokiem życia. U niego nie doszło jeszcze do połączenia. Zbadaliśmy również końcówki żeber i kręgi. U osoby starszej można by się spodziewać nie tylko oznak zużycia, ale również ostrzejszych końcówek i bardziej chropowatej powierzchni. Jego żebra są prawie całkowicie gładkie, a ich końcówki płaskie i delikatnie zaokrąglone, a na kręgach nie widać pierścieni nasadowych. Również zrastanie kości biodrowej, kulszowej i łonowej jest dopiero w początkowej fazie. Ten proces zazwyczaj następuje między dwunastym a siedemnastym rokiem życia.

– Zatem na ile określasz jego wiek?

– W mojej branży nie popłaca strzelać na oślep, ale powiedziałabym, że od dwunastu do piętnastu lat. Dodajmy po dwa lata w każdą stronę jako margines błędu. Bazy danych, z których bierzemy te liczby, nie zawsze są kompletne, a czasami bywają przestarzałe.

– Coś jeszcze?

– Zęby. Oczywiście będziesz musiała się zwrócić do ortodonty, aby zbadał korzenie i poziom zawartości fluoru, jeśli w ogóle w nich jest, bo jako składnik pasty do zębów wprowadzono go u nas dopiero w pięćdziesiątym dziewiątym roku. Ale w tej chwili mogę ci powiedzieć trzy rzeczy. Po pierwsze, nie ma już żadnych zębów mlecznych, a po drugie, wyrżnęły mu się trzonowce. To pozwala określić jego wiek na dwanaście lat, również z dwuletnim marginesem błędu, ale zważywszy na pozostałe wskazówki, zaryzykowałabym twierdzenie, że był raczej starszy niż młodszy.

– A po trzecie?

– Obawiam się, że to trochę mniej naukowa hipoteza, ale sądząc po ogólnym stanie jego uzębienia i wyglądzie wszystkich tych metalowych plomb w tylnych zębach, przypuszczam, że leczył go dentysta starej daty.

– Od jak dawna tam leżał?

– Nie sposób tego określić. Nie zachowały się żadne tkanki miękkie ani ścięgna, kości są odbarwione i miejscami złuszczone, więc powiedziałabym, że dłużej niż dziesięć lub dwadzieścia lat, ale wszystko pozostaje w sferze domysłów, dopóki nie przeprowadzę dokładniejszych testów.

– Czy coś wskazuje na przyczynę śmierci?

– Na razie niczego takiego nie znalazłam. Najpierw muszę oczyścić kości. Czasami warstwa brudu zasłania ślady, na przykład po nożu.

– A ta dziura w czaszce?

Doktor Cooper przejechała palcem po nierównej krawędzi otworu.

– Musiała powstać w trakcie odkopywania. To zdecydowanie pośmiertny ślad.

– Skąd to wiadomo?

– Gdyby do urazu doszło przed śmiercią, byłoby widać oznaki gojenia. Tutaj brzegi są czyste.

– A gdyby to właśnie była przyczyna śmierci?

Doktor Cooper westchnęła, jakby miała do czynienia z niezbyt pojętną studentką. Michelle zauważyła uśmiech rozbawienia na twarzy Davida Roberta, który zarumienił się, spostrzegłszy, że policjantka na niego patrzy.

– Gdyby to była przyczyna śmierci, otwór miałby zupełnie inny kształt – odparła lekarka. – Świeże kości pękają inaczej niż stare. Zresztą popatrz na to. Co widzisz?

Michelle przyjrzała się dokładniej.

– Brzegi różnią się kolorem od kości dookoła.

– Bardzo dobrze. A to znaczy, że pęknięcie jest nowe. Gdyby powstało w momencie zgonu, krawędzie otworu pokryłyby się nalotem w takim samym kolorze jak reszta czaszki, nieprawdaż?

– Rzeczywiście – powiedziała Michelle. – To logiczne.

– Jeżeli wiesz, czego szukać. Mamy tu również pęknięcie kości lewego ramienia, ale jest zrośnięte, więc uraz nastąpił za życia. A widzisz to? – Doktor Cooper wskazała na lewą rękę szkieletu. – Jest dłuższa od prawej, co może świadczyć o tym, że był leworęczny. Oczywiście może się to wiązać z tamtym złamaniem, ale raczej w to wątpię. Zauważyłam też różnice między łopatkami, które potwierdzają moje przypuszczenia.

Michelle zapisała kilka uwag w notesie, a potem znów zwróciła się do lekarki:

– Wiadomo, że najprawdopodobniej został pogrzebany tam, gdzie go znaleziono, bo leżał około metra pod ziemią. Ale można w jakiś sposób ustalić, czy zginął w tym samym miejscu, czy został tam przeniesiony po śmierci?

Doktor Cooper pokręciła głową.

– Wszelkie ślady zostały zniszczone w taki sam sposób, w jaki doszło do uszkodzenia czaszki i paru innych kości. Przez koparkę.

– Gdzie są rzeczy, które przy nim znaleziono?

Doktor Cooper machnęła ręką w stronę blatu, który ciągnął się przez całą długość ściany, i z powrotem pochyliła się nad kość­mi. David Roberts odezwał się po raz pierwszy. Miał opuszczoną głowę i trochę bełkotał, więc Michelle nie rozumiała części jego słów. Wydawał się onieśmielony jej obecnością, jakby mu się spodobała. Michelle zdawała sobie sprawę, że jej jasne włosy i zielone oczy działają zniewalająco na niektórych mężczyzn, ale uznała to za niedorzeczne. Niedawno skończyła czterdziestkę, a David nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia dwa lata.

Podeszła wraz z nim do blatu, na którym leżało kilka ledwie rozpoznawalnych przedmiotów.

– Nie możemy stwierdzić, że na pewno należały do niego, ale wszystko to znajdowało się w pobliżu ciała – rzekł asystent.

Przyjrzawszy się dokładniej, Michelle dostrzegła kawałki tkaniny, prawdopodobnie szczątki ubrania, sprzączkę od paska, kilka monet, scyzoryk, trójkątny kawałek plastiku o zaokrąglonych wierzchołkach, kawałek skórzanego buta z metalowymi przelotkami sznurówek i kilka kulistych przedmiotów.

– Co to jest? – zapytała, wskazując na te ostatnie.

– Marmurki – wyjaśnił David, po czym przetarł szmatką jedną z kulek i podał jej.

Kulka była ciężka i gładka w dotyku, a w zielonym szkle widniały zatopione dwie niebieskie spirale.

– W takim razie to się stało latem – powiedziała Michelle prawie jakby do siebie.

– Co proszę?

Policjantka uniosła wzrok i spojrzała na Davida.

– Och, przepraszam. Powiedziałam, że to musiało się stać latem. Bo wtedy chłopcy grają w marmurki. Na dworze, kiedy dopisuje pogoda. A te monety?

– Kilka jednopensówek, jedna półkoronówka, sześciopensówka i trzypensówka.

– Same stare nominały?

– W każdym razie sprzed decymalizacji.

– Zatem sprzed siedemdziesiątego pierwszego roku – stwierdziła Michelle i wskazała na plastikowy trójkąt o zaokrąglonych wierzchołkach. – A to co?

David oczyścił tworzywo ściereczką i spod brudu wyłonił się szylkretowy deseń.

– Myślę, że to kostka – rzekł. – No, wie pani, do gitary.

– A więc to muzyk? – Michelle podniosła z blatu pokryty skorupą brudu i rdzy krótki łańcuszek z płaską owalną płytką, pośrodku której widniał jakiś napis.

Doktor Cooper zostawiła szkielet i podeszła do blatu.

– Pomyślałam, że to może być interesujące – powiedziała. – Wiesz, co to jest?

– Jakaś bransoletka?

– Owszem. Takie bransoletki z imieniem były bardzo popularne wśród nastolatków w połowie lat sześćdziesiątych. Pamiętam, że mój brat taką nosił. Davidowi udało się ją trochę oczyścić. Oczywiście po srebrnej powłoce nie zostało ani śladu, ale grawerunek wrył się głębiej w stop metalu pod spodem. Jeśli dobrze się przyjrzysz, uda ci się odczytać część napisu. Użyj tego. – Doktor Cooper podała Michelle szkło powiększające i patrząc przez nie, policjantka rozpoznała kilka wyrytych w metalowej płytce liter: G i R oraz oddzielone niewielkim odstępem H i A.

– Domyślam się, że to Graham – oznajmiła doktor Cooper.

Michelle obróciła się w stronę rozłożonego na metalowym blacie szkieletu, próbując sobie wyobrazić żywą istotę ludzką, która kiedyś składała się z tych kości. Jakiegoś chłopca.

– Graham – wyszeptała. – Szkoda, że nie kazał też wygrawerować nazwiska. To by nam znacznie ułatwiło zadanie.

Doktor Cooper oparła dłonie na szerokich biodrach i roześmiała się.

– Szczerze mówiąc, moja droga, nie sądzę, żeby mogło być jeszcze łatwiej – powiedziała. – Z tego, co dotychczas ustaliliśmy, szukasz leworęcznego chłopca imieniem Graham, który mógł mieć od dwunastu do piętnastu lat, kiedyś złamał sobie prawe ramię i zaginął co najmniej przed dwudziestu albo trzydziestu laty, prawdopodobnie w lecie. Poza tym grywał w kulki i brzdąkał na gitarze. O czymś zapomniałam? Założę się, że w waszych aktach nie będzie zbyt wielu osób pasujących do takiego opisu.

Co wieczór około siódmej Banks schodził ze wzgórza i przechadzał się krętymi ulicami miasteczka. Uwielbiał subtelne oświetlenie o tej porze dnia, kiedy małe domki o białych ścianach i kolorowych drewnianych schodach lśniły w promieniach słońca, a kwiaty zdawały się żarzyć w swoim przepychu purpury, różu i czerwieni. Czuł zapach gardenii zmieszany z aromatem bazylii i oregano. W dole widział ciemne niczym wino morze, które rozpościerało się w dal, sięgając aż do brzegów półwyspu, tak samo jak w czasach Homera. Chociaż, jak zauważył, morze nie do końca miało kolor wina. Nie wszędzie w każdym razie. W pobliżu lądu woda mieniła się odcieniami zieleni albo błękitu i dopiero nieco dalej ciemniała, przybierając purpurową barwę młodego greckiego wina.

Paru sklepikarzy pozdrowiło go, kiedy przechodził. Przebywał na wyspie od ponad dwóch tygodni, czyli dłużej niż większość turystów, i chociaż miejscowi nie uznawali go za swojego, przynajmniej zauważali jego obecność. Podobnie było w wioskach Yorkshire, gdzie człowiek uchodził za obcego, dopóki nie spędził tam kilku lat. Banks pomyślał, że mógłby zostać na wyspie tak długo, nauczyć się języka, stać się tajemniczym pustelnikiem i wtopić się w rytm lokalnego życia. Nawet trochę przypominał Greka ze swoją wysmukłą sylwetką, krótko przyciętymi czarnymi włosami i opaloną skórą.

Kupił dwie angielskie gazety sprzed dwóch dni, które przypłynęły ostatnim tego dnia statkiem, i skierował kroki w stronę nadbrzeżnej tawerny Philippe’a, przed którą przesiadywał prawie co wieczór, zajmując stolik z widokiem na zatokę. Zamierzał na początek napić się ouzo, traktując je jako aperitif, zastanowić się nad tym, co chciałby zjeść, i zamówić do kolacji butelkę retsiny. Zauważył, że osobliwy żywiczny posmak lokalnego wina przypadł mu do gustu.

Banks zapalił papierosa i obserwował turystów wsiadających do motorówki, którą mieli wrócić na swój statek, by w ramach wieczornej rozrywki obejrzeć jakiś występ, być może taniec brzucha w wykonaniu niejakiej Cheryl z Cheadle Hulme, albo koncert zespołu z Heckmondwike grającego przeboje Beatlesów. Następnego dnia dobiją do brzegu kolejnej wyspy, gdzie będą trwonić pieniądze na nieprzyzwoicie drogie błyskotki i robić zdjęcia, na które potem nie spojrzą więcej niż raz. Kilku niemieckich turystów, którzy zatrzymali się w jednym z nielicznych hotelików na wyspie, zajęło stolik na przeciwległym krańcu patia i zamówiło piwo. Oprócz Banksa byli jedynymi gośćmi, którzy siedzieli na zewnątrz.

Banks pociągnął łyk ouzo i wolno przeżuwając dolmades, zdecydował się na pieczoną rybę z sałatką. Sięgnął po jedną z gazet i jego uwagę przyciągnął artykuł na dole pierwszej strony zatytułowany „Badanie DNA potwierdziło tożsamość dawno pogrzebanych zwłok”. Zaintrygowany zaczął czytać.

Tydzień temu podczas kopania fundamentów pod nowe centrum handlowe przy autostradzie A1 na północ od Peterborough w Cambridgeshire robotnicy znaleźli szkielet chłopca. Znalezione na miejscu przedmioty oraz informacje dostarczone przez antropologa sądowego, doktor Wendy Cooper, bardzo zawęziły obszar poszukiwań. „Mieliśmy dużo szczęścia – powiedziała doktor Cooper naszemu reporterowi. – Zazwyczaj niewiele można wyczytać ze starych kości, ale w tym wypadku dowiedzieliśmy się od razu, że jest to szkielet chłopca, który kiedyś doznał złamania prawego ramienia i najprawdopodobniej był leworęczny”. Na znalezionej przy zwłokach bransoletce, popularnej wśród młodzieży w połowie lat sześćdziesiątych, częściowo zachowało się wygrawerowane imię. Jak oświadczyła inspektor Michelle Hart z komendy policji w Cambridge: „Doktor Cooper dała nam wiele wskazówek. Pozostało tylko przeszukać akta pod kątem tych precyzyjnych informacji”. Kiedy policja wytypowała jednego kandydata, Grahama Marshalla, poproszono rodziców chłopca o materiał do testu DNA, który przyniósł pozytywny wynik. „Chociaż nie traciliśmy nadziei, z ulgą przyjęliśmy wiadomość, że w końcu znaleziono naszego Grahama po tych wszystkich latach” – wyznała nam pani Marshall. Czternastoletni Graham Marshall zaginął w niedzielę 22 sierpnia 1968 roku, gdy jak co dzień roznosił gazety w pobliżu swojego domu w Peterborough. Aż dotąd nigdy nie znaleziono po nim śladu. „Policja zbadała wówczas każdy potencjalny trop, ale zawsze istnieje możliwość, że obecne odkrycie przyniesie nowe wskazówki” – powiedziała inspektor Hart naszemu reporterowi. Na pytanie, czy w tej sprawie zostanie wszczęte nowe śledztwo, inspektor Hart odpowiedziała tylko: „Nigdy nie spisujemy na straty osób zaginionych aż do momentu ich odnalezienia, a jeżeli zachodzi podejrzenie przestępstwa, sprawiedliwości musi stać się zadość”. Jak dotąd nie ma żadnych konkretnych informacji co do przyczyny śmierci, aczkolwiek doktor Cooper zaznaczyła, że chłopiec nie mógł sam się pogrzebać pod metrową warstwą ziemi.

Banks poczuł ucisk w żołądku. Odłożył gazetę i spojrzał w stronę morza, gdzie zachodzące słońce rozlewało nad horyzontem różową poświatę. Wszystko dookoła zaczęło lśnić i cały świat wydawał się nierzeczywisty. Jakby na komendę z wnętrza lokalu dobiegły dźwięki greckiej muzyki. Tawerna, zatoka i urywane śmiechy gości, wszystko to zdawało się odpływać gdzieś w dal i Banks pozostał sam na sam ze swoimi wspomnieniami i bezdusznymi słowami artykułu w gazecie.

– Jak wy to mówicie? Grosik za twoje myśli?

Banks uniósł wzrok i zobaczył ciemną sylwetkę Alexa, który pochylał się nad nim.

– Och, Alex, miło cię widzieć – odezwał się. – Siadaj.

Alex usiadł.

– Wyglądasz, jakbyś właśnie dostał jakąś tragiczną wiadomość – powiedział zatroskanym tonem.

– Można tak to ująć.

Banks zapalił papierosa i zapatrzył się w morze. Wiatr niósł znad zatoki woń soli i martwych ryb. Alex skinął na Andreę, która po chwili postawiła przed nimi butelkę ouzo i kolejny talerzyk z oliwkami i dolmades. Philippe zawiesił na patiu kilka zapalonych latarni, które kołysały się poruszane wieczorną bryzą i rzucały na stoliki chybotliwe cienie. Alex wyjął szachownicę ze skórzanego futerału i zaczął rozstawiać bierki.

Banks wiedział, że Alex nie będzie go naciskał. Była to jedna z cech, która podobała mu się w jego nowym przyjacielu. Alex urodził się na tej wyspie i po ukończeniu studiów w Atenach podróżował po świecie jako przedstawiciel greckiego przedsiębiorstwa żeglugowego, ale gdy przed dziesięciu laty skończył czterdziestkę, postanowił rzucić to wszystko. Teraz utrzymywał się z wyrobu ozdobnych skórzanych pasów, które sprzedawał turystom na nabrzeżu. Banks szybko zdążył się przekonać, że Alex jest niebywale kulturalnym człowiekiem, ma zamiłowanie do greckiej sztuki i architektury, a jego angielszczyzna jest niemal idealna. Cechowało go również głęboko zakorzenione poczucie jaźni i potrafił czerpać radość z prostego życia, czego Banks bardzo mu zazdrościł. Banks nie powiedział mu, czym się zajmuje, a jedynie wspomniał, że jest urzędnikiem państwowym. Jak zdążył się przekonać, zazwyczaj ludzie, z którymi zawierał znajomości na wakacjach, zaczynali od niego stronić, kiedy im mówił, że jest policjantem. Zdarzało się też, że niektórzy znajomi chcieli, aby rozwiązywał dla nich jakieś tajemnicze sprawy, podobnie jak osoby, które zawsze opowiadają o dziwnych przypadłościach, kiedy poznają lekarzy.

– To chyba nie jest dobry pomysł na dzisiejszy wieczór – stwierdził Alex i zaczął zbierać figury i piony z szachownicy. Szachy nie były najlepszym tłem dla rozmowy, zwłaszcza że żaden z nich nie grał zbyt dobrze.

– Przepraszam, raczej nie jestem w nastroju – rzekł Banks. – Pewnie bym przegrał.

– I tak zwykle przegrywasz. Ale nie ma problemu, przyjacielu. Widać wyraźnie, że coś cię dręczy.

Alex wstał od stolika, zbierając się do odejścia, gdy Banks wyciągnął rękę i dotknął jego ramienia. Było to dosyć dziwne, ale miał ochotę komuś się zwierzyć.

– Nie, zostań – powiedział i nalał obficie ouzo do obu kieliszków.

Alex przyglądał mu się przez chwilę poważnym wzrokiem, a potem znów usiadł.

– Kiedy miałem czternaście lat, zaginął jeden z moich szkolnych przyjaciół – zaczął Banks i popatrzył w stronę zatoki, na której migotały światła łodzi rybackich. – Od tamtej pory nikt go nie widział i nie udało się ustalić, co się z nim stało. Przepadł bez śladu. – Banks uśmiechnął się i spojrzał znów na Alexa. – To zabawne, bo w tamtych czasach słyszało się waszą muzykę na każdym kroku. Taniec Zorby był wtedy w Anglii wielkim przebojem. Zabawne, jak takie drobiazgi zapadają w pamięć, prawda?

Alex pokiwał głową.

– Pamięć rzeczywiście jest tajemniczym procesem.

– I często nie można na niej polegać.

– To prawda. Wydaje się, jakby pewne rzeczy zachowane w pamięci przechodziły jakąś swoistą metamorfozę.

– Piękne greckie słowo, metamorfoza.

– Owszem. I oczywiście przywodzi na myśl Owidiusza.

– Ale to się dzieje z przeszłością, prawda? Z naszymi wspomnieniami.

– Tak.

– W każdym razie – ciągnął dalej Banks – wtedy wszyscy nabrali przekonania, że Graham, bo tak miał na imię mój przyjaciel, został porwany przez jakiegoś pedofila, kolejne greckie słowo, ale już nie tak piękne.

– Całkiem uzasadnione przypuszczenie, zważywszy na warunki panujące w dużych miastach. A nie mógł po prostu uciec z domu?

– Pojawiła się też taka teoria, ale było powszechnie wiadomo, że nie miał powodu, aby uciekać. Był zadowolony z życia i nigdy nie wspominał o ucieczce. W każdym razie wszelkie próby odnalezienia go spełzły na niczym i nikt już nigdy go nie zobaczył. Rzecz w tym, że mniej więcej dwa miesiące wcześniej, kiedy bawiłem się nad rzeką, nagle zjawił się jakiś mężczyzna, który mnie złapał i próbował wepchnąć do wody.

– I co?

– Byłem na tyle zwinny, że zdołałem mu się wyrwać i uciekłem.

– Ale nie zawiadomiłeś policji?

– Nie powiedziałem o tym nawet rodzicom.

– Dlaczego?

– Wiesz, jakie są dzieciaki. Przede wszystkim nie powinienem był tam się zapuszczać. To miejsce znajdowało się dosyć daleko od domu. Poza tym urwałem się wtedy ze szkoły. Chyba stwierdziłem, że sam sobie jestem winien. Chciałem uniknąć kłopotów.

Alex ponownie napełnił kieliszki.

– Więc kiedy zaginął twój przyjaciel, doszedłeś do wniosku, że to sprawka tego mężczyzny?

– Tak.

– I przez te wszystkie lata dręczą cię wyrzuty sumienia?

– Tak sądzę. Właściwie nigdy nie patrzyłem na to pod tym kątem, ale od czasu do czasu, kiedy się nad tym zastanawiam, czuję… Jakby to była jakaś stara rana, która nigdy do końca się nie zagoiła. Myślę, że jest to jeden z powodów… – Banks umilkł w pół zdania.

– Czego?

– Nieważne.

– Tego, że zostałeś policjantem?

Banks spojrzał na przyjaciela ze zdumieniem.

– Skąd wiesz?

Na twarzy Alexa pojawił się uśmiech.

– Swego czasu poznałem kilku policjantów. Można zauważyć kilka oznak.

– Na przykład jakich?

– Czujność, dociekliwość, ten charakterystyczny sposób, w jaki chodzisz i siedzisz. Takie drobiazgi.

Banks się roześmiał.

– Z tego, co mówisz, sam byłbyś całkiem niezłym policjantem.

– Och nie, nie sądzę.

– Dlaczego?

– Nigdy nie miałbym całkowitej pewności, czy stoję po właściwej stronie.

– A teraz masz?

– Staram się.

– Podobnie jak ja – odparł Banks.

– Myślę, że jesteś dobrym policjantem. Chociaż musisz pamiętać, że w Grecji… cóż, rządy tyranów mają bogatą tradycję. Ale proszę, opowiadaj dalej.

Banks postukał palcem w złożoną gazetę.

– Znaleźli go – powiedział. – Był pochowany przy drodze kilkanaście kilometrów od miejsca, w którym zaginął.

Alex ze świstem wypuścił powietrze przez zęby.

– Jeszcze nie wiadomo, jaka była przyczyna śmierci, ale na pewno nie zakopał się tam sam.

– Więc może przypuszczenia były słuszne?

– Tak.

– I dlatego znów cię gnębią stare wyrzuty, tak?

– Czuję się okropnie. A jeżeli to przeze mnie? Jeżeli to zrobił ten sam mężczyzna? Gdybym wtedy powiedział…

– Nawet gdybyś zawiadomił policję, to wcale nie oznacza, że ten człowiek zostałby schwytany. Na pewno wiesz z doświadczenia, że tacy ludzie są bardzo sprytni. – Alex pokręcił głową. – Ale nie jestem do tego stopnia naiwny, by wierzyć, że można perswazją uwolnić kogoś od poczucia winy. Wierzysz w przeznaczenie?

– Nie wiem.

– My, Grecy, bardzo dużą wagę przywiązujemy do przeznaczenia, do zrządzeń losu.

– Zresztą jakie to ma znaczenie?

– Bo to cię oczyszcza? Nie widzisz? To jak odpuszczenie grzechów w Kościele katolickim. Jeżeli takie było przeznaczenie, to ty miałeś przeżyć i nikomu o niczym nie powiedzieć, a twój przyjaciel miał zostać porwany i zamordowany, by po wielu latach ktoś odnalazł jego ciało.

– W takim razie nie wierzę w przeznaczenie.

– Cóż, ale zawsze warto spróbować – odparł Alex. – Co teraz zamierzasz zrobić?

– Nie wiem. Tak naprawdę niewiele mam do zrobienia. Miejscowa policja przeprowadzi śledztwo i albo odkryje, co się stało, albo nie. Minęło tyle lat, że obstawiam to drugie.

Alex milczał przez chwilę, bawiąc się szklaneczką, a potem pociągnął większy łyk ouzo i westchnął ciężko.

– O co chodzi? – spytał Banks.

– Mam przeczucie, że cię stracę, mój przyjacielu.

– Dlaczego? Nigdzie się nie wybieram.

– Wiesz, że podczas wojny Niemcy okupowali tę wyspę?

– Oczywiście – odparł Banks zaskoczony nagłą zmianą tematu. – Przecież zwiedzałem stare fortyfikacje. Rozmawialiśmy o tym. Wprawdzie nie umywają się do tych z Dział Navarony, ale byłem pod wrażeniem.

Alex lekceważąco machnął ręką.

– Ty i ja możemy sobie tylko wyobrażać, jak było podczas okupacji, ale mój ojciec to przeżył – rzekł. – Pewnego razu opowiedział mi o tym, co się wydarzyło, kiedy był chłopcem. Miał tylko trochę więcej lat niż ty, gdy zaginął twój przyjaciel. Niemiecki oficer dowodzący garnizonem na wyspie nazywał się von Braun i wszyscy uważali, że musiał być nieudolnym durniem, skoro wysłano go w takie miejsce. Nie jest to jeden z najbardziej strategicznych punktów na Morzu Śródziemnym, nie to, co ten pokazany w Działach Navarony, jak sam zauważyłeś, ale ktoś musiał mieć na oku miejscową ludność i tym człowiekiem był von Braun. Takie zadanie nie należało do szczególnie ekscytujących i jestem pewien, że stacjonujący na wyspie żołnierze strasznie gnuśnieli.

Pewnego dnia mój ojciec wraz z trójką kolegów ukradł niemiecki samochód terenowy. Drogi były kiepskie, o czym mogłeś się przekonać nawet teraz, a żaden z nich nie umiał dobrze prowadzić, więc nie zdołali ujechać daleko, rozbili się o głaz. Na szczęście wyszli z tego bez szwanku i zdążyli uciec, zanim żołnierze zorientowali się, co zaszło. Ale jeden z żołnierzy musiał ich zauważyć, bo zameldował von Braunowi, że widział czterech chłopców.

Alex przerwał i zapalił tureckiego papierosa. Banks zapytał go kiedyś, czy to nie jest niepoprawne politycznie, by Grek palił turecki tytoń, lecz Alex odparł tylko, że taki bardziej mu smakuje.

– Tak czy inaczej – wrócił do opowieści Alex, wypuszczając kłąb dymu – bez względu na przyczynę von Braun postanowił wymierzyć karę, tak dla przykładu, jak to czynili naziści w wielu okupowanych wioskach. Prawdopodobnie chciał pokazać, że nie jest ostatnim durniem, którego zesłano na koniec świata, żeby nikomu nie przeszkadzał. Kazał złapać czterech nastoletnich chłopców, czyli tylu, ilu naliczył tamten żołnierz, i wszyscy zostali rozstrzelani tam. – Alex wskazał ręką w stronę miejsca, gdzie główna ulica dochodziła do nabrzeża. – Dwaj z nich faktycznie brali w tym udział, ale pozostali dwaj byli niewinni. Mojemu ojcu się upiekło.

Niemieccy turyści zaśmiali się z czegoś, co powiedział jeden z nich, i zawołali Andreę, by zamówić jeszcze jedną kolejkę piwa. Byli już mocno podpici zdaniem Banksa, który uważał, że gorszy od pijanego Niemca może być tylko pijany angielski kibic.

Nie zwracając uwagi na rozbawionych gości, Alex opowiadał dalej.

– Mojego ojca gnębiło sumienie, że się nie przyznał, podobnie jak jego kolegę, ale cóż mogli zrobić? Naziści prawdopodobnie rozstrzelaliby ich prócz tamtych czterech, których już wybrali. To była sytuacja bez wyjścia. Przez resztę życia zmagał się ze wstydem i poczuciem winy.

– Twój ojciec żyje?

– Zmarł wiele lat temu. Po wojnie von Braun stanął przed sądem jako jeden z pomniejszych zbrodniarzy wojennych i wiesz, co się stało? Mój ojciec wybrał się na proces. Wcześniej nie ruszał się z wyspy i tylko raz był w Atenach, gdzie w szpitalu wycinali mu ślepą kiszkę, ale wtedy musiał tam pojechać. Żeby dać świadectwo.

Banks czuł się przytłoczony opowieścią Alexa i powagą historii. Miał wrażenie, że cokolwiek powie, może zabrzmieć lekceważąco i niestosownie.

– Próbujesz mi powiedzieć, że twoim zdaniem powinienem wrócić? – odezwał się w końcu.

Alex spojrzał na niego i uśmiechnął się ze smutkiem.

– To nie ja jestem zdania, że powinieneś wrócić.

– Cholera jasna. – Banks zapalił papierosa i znów sięgnął po butelkę ouzo, która była już prawie pusta.

– Mam rację? – zapytał Alex.

Banks odwrócił wzrok w stronę morza, na którego ciemnej powierzchni migotały odbite światła, i pokiwał głową. Oczywiście tego wieczoru nie mógł nic zrobić, lecz Alex miał rację. Powinien wrócić. Tak długo nosił w sobie ten wstydliwy sekret, aż stał się on częścią jego udręczonego sumienia. Nie potrafił odciąć się od wiadomości o znalezieniu szczątków Grahama Marshalla, tak samo jak nie potrafił odgonić od siebie myśli o tym wszystkim, przed czym próbował się tu schronić – o Sandrze i jej ciąży, o Annie Cabbot i o pracy.

Patrząc na dwoje zakochanych, którzy obejmując się, spacerowali wzdłuż nabrzeża, poczuł straszliwy smutek, ponieważ zdał sobie sprawę, że jego krótki pobyt w raju dobiega właśnie końca. Wiedział, że to będzie jego ostatni wieczór w towarzystwie Alexa, że po raz ostatni będzie się rozkoszował ciepłą bryzą, słuchał plusku fal rozbijających się o kamienne nabrzeże i wdychał woń tureckiego tytoniu, soli morskiej i rozmarynu. Wiedział, że następnego dnia musi wcześnie wstać, żeby zdążyć na poranny prom do Pireusu, a potem złapać pierwszy samolot do Anglii. I nie miał na to najmniejszej ochoty.

Rozdział 2

Niebo w Yorkshire zasnuwały gęste chmury, a słońce nie pokazywało się ani na chwilę. Właściwie odkąd Banks wyjechał na wakacje, nie było ani jednego pogodnego dnia, pomyślała inspektor Annie Cabbot i odsunęła na bok stertę dokumentów, by oprzeć nogi na blacie biurka. Jak gdyby drań zabrał ze sobą całą słoneczną pogodę, pozostawiając tylko zimny deszcz i szare niebo. I to miał być sierpień? Co się stało z latem?

Annie musiała przyznać, że tęskniła za Banksem. Owszem, sama zerwała intymne relacje, które kiedyś ich łączyły, lecz w jej życiu nie pojawił się nikt inny i nadal dobrze się czuła w jego obecności. Czasem w chwilach słabości żałowała, że ich związek nie przetrwał, ale nie byłoby to rozsądne ze względu na jego sytuację rodzinną i jej karierę zawodową. Sypiając z szefem, narażała się na zbyt wiele komplikacji. Dobra strona była taka, że Annie mogła teraz poświęcić więcej czasu na malowanie i znów zaczęła medytować oraz uprawiać jogę.

Potrafiła zrozumieć, dlaczego Banks wyjechał. Biedaczysko miał już po prostu wszystkiego dość. Musiał doładować baterie, pozbierać siły, zanim rzuci się znów w wir pracy. Uznał, że miesiąc powinien wystarczyć, zresztą zostało mu sporo zaległego urlopu do wykorzystania, a zastępca komendanta Ron McLaughlin nie miał nic przeciwko temu. Tak więc Banks czmychnął do Grecji, zabierając ładną pogodę. Kawał szczęściarza.

Chwilowa nieobecność Banksa oznaczała dla Annie szybkie przeniesienie z wydziału dyscyplinarnego z powrotem do dochodzeniówki, o co sama zabiegała. Wprawdzie musiała pożegnać się z własnym biurem i zamienić je na stanowisko w zbiorowym pomieszczeniu służbowym, które dzieliła z sierżantem Hatchleyem i sześciorgiem posterunkowych, między innymi Winsome Jackman, Kevinem Templetonem i Gavinem Rickerdem, ale warto było się tak poświęcić, byle uwolnić się od tego tłustego lubieżnika, nadinspektora Chambersa, jak również od całej tej czarnej roboty, którą musiała wykonywać jako jego podwładna.

Ostatnimi czasy wskaźnik przestępczości był w okręgu zachodnim tak samo niski jak poziom nasłonecznienia, jeśli nie liczyć Harrogate, gdzie rozpętała się tajemnicza plaga. Jacyś młodzi sprawcy zaczęli obrzucać jajkami przejeżdżające samochody i okna budynków, nie oszczędzając nawet posterunku policji. Ale to było Harrogate, nie Eastvale. Dlatego Annie, znudzona przeglądaniem raportów, notatek służbowych, okólników i kosztorysów, ożywiła się, słysząc dobiegający z korytarza stukot laski i kroki nadinspektora Gristhorpe’a. Zdjęła nogi z biurka, żeby szef nie zauważył jej czerwonych zamszowych trzewików, założyła włosy za uszy i pochyliła się nad dokumentami, udając zapracowaną.

Gristhorpe, utykając, podszedł do niej. Stracił trochę na wadze, odkąd złamał sobie nogę w kostce, ale wciąż wyglądał całkiem krzepko. Mimo to krążyły plotki, że zaczął przebąkiwać o emeryturze.

– Dzieje się coś? – zapytał.

– Niewiele. – Annie wskazała na leżące przed nią papiery.

– Zaginął jeden dzieciak. Piętnastoletni chłopiec.

– Dawno temu?

– Nie wrócił na noc do domu. – Gristhorpe położył na biurku Annie formularz zgłoszenia zaginięcia. – Jego rodzice wydzwaniają do nas od wczoraj.

Annie uniosła brwi.

– Nie jest trochę za wcześnie, żeby nas alarmować? Młodzież cały czas gdzieś się urywa. Zwłaszcza chłopcy w tym wieku.

Gristhorpe podrapał się po brodzie.

– Ale nie tacy jak Luke Armitage.

– Luke Armitage? To chyba nie…

– Właśnie on. Syn Martina Armitage’a. Pasierb, jeśli chodzi o ścisłość.

– No to przesrane.

Martin Armitage, były piłkarz, należał kiedyś do najlepszych napastników grających w pierwszej lidze. Kiedy zakończył karierę sportową, stał się kimś w rodzaju bogatego ziemianina. Mieszkał z żoną i jej synem, Lukiem, w Swainsdale Hall, wspaniałej rezydencji na zboczu doliny, w której leży Fortford. Armitage był nazywany „szampańskim socjalistą”, ponieważ przejawiał lewicowe skłonności i wspierał organizacje dobroczynne, zwłaszcza te zajmujące się promowaniem sportu wśród dzieci, a swojego pasierba posłał do zwykłej publicznej szkoły w Eastvale.

Jego żona, Robin Fetherling, była kiedyś cenioną modelką, tak samo sławną w świecie mody, jak Armitage w świecie sportu, a jej wybryki, słabość do narkotyków, szalone libacje i burzliwe romanse z muzykami rockowymi wzbudzały sporo sensacji przed dwudziestu laty, gdy Annie była nastolatką. Związek Robin Fetherling i Neila Byrda, dwojga atrakcyjnych gwiazd, był gorącym tematem, kiedy Annie studiowała w Exeter. Wtedy miała nawet w akademiku kilka płyt Neila Byrda, ale już dawno zapomniała o nim i jego muzyce, co raczej nie było zaskakujące, ponieważ ostatnio nie miała czasu ani ochoty na słuchanie popu. Pamiętała jednak, że przed piętnastu laty było głośno o nieślubnym dziecku Robin i Neila. Wkrótce potem para się rozstała, a Neil Byrd popełnił samobójstwo, kiedy chłopiec był jeszcze mały.

– Naprawdę przesrane – potwierdził Gristhorpe. – Nie uważam, że sławnym i bogatym należy się lepsze traktowanie, ale pojechałabyś do nich i spróbowała ich trochę uspokoić. Dzieciak prawdopodobnie szwenda się gdzieś z kumplami, może nawet zrobił sobie wypad do Londynu, ale wiesz, jakie wizje może podsuwać wyobraźnia.

– W jakim miejscu zaginął?

– Tego nie wiadomo. Wczoraj po południu wybrał się do miasta, a kiedy nie wrócił wieczorem, zaczęli się niepokoić. Z początku myśleli, że może spotkał jakichś kolegów, ale kiedy nie zjawił się w domu po zmroku, ogarnął ich strach. Oczywiście rano odchodzili już od zmysłów. Okazuje się, że chłopak miał przy sobie komórkę i rodzice są pewni, że zadzwoniłby do nich, gdyby coś się stało.

Annie zmarszczyła czoło.

– To trochę dziwne. A czy oni próbowali do niego dzwonić?

– Nie ma sygnału. Jego aparat musi być wyłączony.

Annie wstała i sięgnęła po parasol.

– Wstąpię tam i porozmawiam z nimi.

– Jeszcze jedno, Annie.

– Tak?

– Chyba nie muszę ci tego mówić, ale postaraj się unikać rozgłosu. Nie chcemy, żeby lokalne media rozdmuchały tę sprawę.

– Cicho i dyskretnie, szefie.

– Otóż to. – Gristhorpe pokiwał głową i patrząc za Annie idącą w stronę drzwi, dodał: – Ładne masz buty.

Banks przypominał sobie teraz tamte dni o wiele dokładniej, niż czynił to przez większość czasu, jaki upłynął od zaginięcia Grahama Marshalla. Zdawał sobie jednak sprawę, że wspomnienia, które przywołał, opierają się raczej na beztroskiej wizji przeszłości; wydarzenia w jego pamięci przestawiały się, mieszały i zlewały ze sobą. Jego wspomnienia uległy metamorfozie, jak ujął to Alex zeszłego wieczoru.

Kiedy siedząc w fotelu na pokładzie samolotu, zamknął oczy, tygodnie, miesiące i lata przesuwały się w jego głowie, choć nie zawsze w porządku chronologicznym. Bez trudu przypominał sobie różne wypadki i towarzyszące im odczucia, ale czasami, podobnie jak w trakcie śledztwa, potrzebował konkretnych dowodów, aby odtworzyć właściwą kolejność. Na przykład nie umiał sobie przypomnieć, czy na kradzieży w Woolworcie złapano go w 1963 czy w 1965 roku, chociaż pamiętał bardzo dokładnie towarzyszące mu poczucie lęku i bezradności, gdy znalazł się w tym trójkątnym pomieszczeniu pod ruchomymi schodami, mdły zapach wody po goleniu Old Spice i dwóch ubranych na czarno ochroniarzy sklepowych, którzy śmiejąc się, poszturchiwali go i kazali mu opróżnić kieszenie. Kiedy jednak dokładniej się zastanowił, przypomniał sobie, że tego samego dnia kupił nowiutką płytę With the Beatles, która ukazała się pod koniec listopada 1963 roku.

I właśnie tak najczęściej się to odbywało. Odtwarzał w pamięci jakiś drobiazg – zapach, melodię, urywek rozmowy – potem analizował go dokładnie, przyglądał mu się pod każdym kątem, i zanim się obejrzał, z otchłani zapomnienia wyłaniał się kolejny fragment przeszłości. I kolejny. Sposób nie zawsze okazywał się skuteczny, ale czasami Banks oglądał niczym w kinie sceny ze swojego życia, będąc jednocześnie widzem i odtwórcą głównej roli. Widział dokładnie, w co był wtedy ubrany, na nowo przeżywał emocje sprzed lat, słyszał głosy ludzi i przypominał sobie, jaka była pogoda. Czasami wspomnienia były tak realistyczne, że napawały go przerażeniem i otrząsał się z nich zlany zimnym potem.

Graham Marshall przepadł bez śladu zaledwie tydzień po powrocie z Blackpool, gdzie spędził wakacje z rodziną Banksów. Zaginął w niedzielę rano, gdy jak co dzień roznosił po okolicy gazety zamówione w lokalnym kiosku należącym do Donalda Bradforda, który zatrudniał go od pół roku. Banks również przemierzał tę trasę rok wcześniej, kiedy właścicielem kiosku był pan Thackeray. Oczywiście z początku nikt poza rodzicami Grahama i policją nie wiedział, co się stało.

Siedząc w fotelu z zamkniętymi oczami, Banks próbował odtworzyć tamtą niedzielę. Dzień zaczął się normalnie. Zwykle w weekendy spędzał całe przedpołudnie w łóżku i wstawał dopiero wtedy, kiedy matka wołała go na lunch. Jedząc pieczeń, słuchali audycji kabaretowych w radiu, a potem Banks wychodził na podwórko, żeby spotkać się z kolegami.

W pięciu – Banks, Graham Marshall, Steve Hill, Paul Major i Dave Grenfell – wybierali się do parku, gdzie przechadzali się, słuchając listy przebojów Alana Freemana w radyjku tranzystorowym Paula i oglądając się za przechodzącymi dziewczętami. Czasami Steve zdobywał się na odwagę i proponował którejś, żeby zrobiła mu dobrze ręką w zamian za dwa papierosy, ale przeważnie tylko gapili się na nie z daleka i wzdychali pożądliwie.

Zdarzało się też, że spotykali się u Paula, żeby posłuchać płyt, i tak było właśnie w tę niedzielę, kiedy zaginął Graham. Paul miał nowy gramofon Dansette, który ustawiał na schodach przed wejściem do domu, kiedy była ładna pogoda. Nie puszczali muzyki zbyt głośno, żeby nikt się na nich nie skarżył. Kiedy nie było rodziców Paula, wypalali ukradkiem papierosa albo dwa. Tamtej niedzieli zebrali się wszyscy oprócz Grahama i nikt nie wiedział, czemu go nie ma. Możliwe, że jego rodzice, którzy bywali surowi, zwłaszcza ojciec, z jakiegoś powodu nie wypuścili go z domu. Z jakiegoś powodu Graham nie przyszedł, lecz żaden z nich nie zastanawiał się nad tym zbyt długo.

Siedzieli więc na schodach, mieli na sobie obcisłe dżinsy, podkoszulki i trzewiki ze spiczastymi noskami. Włosy nosili dosyć długie, na ile udawało im się zapuścić, dopóki nie zaczynały przeszkadzać rodzicom, którzy wyganiali ich do fryzjera. Na pewno słuchali wtedy różnej muzyki, ale Banks zapamiętał, że tego dnia gwoździem programu była przyniesiona przez Steve’a dziewicza płyta Boba Dylana, Bringing It All Back Home, i Help! Beatlesów z kolekcji Banksa.

Prócz zamiłowania do masturbacji Steve Hill przejawiał raczej nietypowy gust muzyczny. Większość dzieciaków wolała Sandie Shaw, Cliffa Richarda i Cillę Black, a Steve słuchał The Animals, The Who i Boba Dylana. Banks i Graham przeważnie podzielali jego upodobania, chociaż Banks nie stronił również od tradycyjnych wykonawców muzyki pop, jak Dusty Springfield czy Gene Piney, podczas gdy Dave i Paul byli bardziej konserwatywni, poprzestając na Royu Orbisonie i Elvisie. Oczywiście wszyscy zgodnie nienawidzili Vala Doonicana, Jima Reevesa i The Bachelors.

Tamtej niedzieli, słuchając Subterranean Homesick Blues i Maggie’s Farm, Banks przeniósł się w świat, z którego istnienia nie zdawał sobie sprawy, a Love Minus Zero/ No Limit i She Belongs to Me, zagadkowe piosenki o miłości, rozbrzmiewały w jego głowie jeszcze przez wiele dni. Chociaż musiał przyznać, że nie dociera do niego, o czym śpiewa Dylan, jego utwory miały w sobie coś magicznego, a nawet wzbudzały bliżej nieokreślony lęk, niczym jakiś piękny sen, w którym nagle rozlega się niezrozumiały bełkot. Ale takie wrażenie mógł odnieść z perspektywy czasu. To były zaledwie początki. Prawdziwym fanem Dylana stał się dopiero miesiąc albo dwa później, kiedy Like a Rolling Stone kompletnie zwaliło go z nóg, ale nawet teraz nie mógł powiedzieć, że rozumie więcej niż połowę tekstu.

W pewnym momencie minęło ich kilka dziewcząt, które zawsze przechadzały się tam o tej porze. Szły, zadzierając nosa, wystrojone w minispódniczki i modnie ostrzyżone na pazia z równo przyciętymi grzywkami i przepaskami we włosach, z grubym jak gładź szpachlowa makijażem i różową szminką na ustach. Byli dla nich za smarkaci, bo miały już po szesnaście lat i umawiały się z osiemnastoletnimi chłopakami, którzy jeździli vespami i lambrettami.

Pierwszy poszedł Dave, który powiedział, że musi jeszcze wstąpić do dziadków na popołudniową herbatę, chociaż Banks uważał, że to przez Dylana, który działał mu na nerwy. Steve opuścił ich chwilę później, zabierając ze sobą płytę. Banks nie umiał sobie przypomnieć, o której dokładnie to było, ale zapamiętał, że słuchał z Paulem Everyone’s Gone to the Moon, kiedy zobaczyli przejeżdżającego ulicą policyjnego forda zephyra. Musiał krążyć po okolicy już od dawna, bo Graham zaginął z samego rana, ale wtedy zobaczyli go po raz pierwszy. Paul wskazał na niego palcem i zaczął gwizdać melodię z serialu Z Cars. Widok radiowozów nie był niczym nowym w ich dzielnicy, ale zapuszczały się tam jeszcze na tyle rzadko, że przyciągały uwagę. Samochód zatrzymał się przed domem Grahama, pod numerem 58, i wysiedli z niego dwaj mundurowi.

Banks zapamiętał, jak pani Marshall otworzyła im drzwi ubrana w lekki wełniany sweter, chociaż było ciepło, a policjanci zdjęli czapki i weszli do środka. Od tamtego czasu już nic nie było takie samo.

Banks wrócił do dwudziestego pierwszego wieku. Uniósł powieki i potarł oczy. Podróż do świata wspomnień sprawiła, że czuł się jeszcze bardziej zmęczony. Dzień wcześniej tłukł się kawał drogi do Aten, a gdy dotarł na miejsce, okazało się, że najbliższy samolot do Anglii odlatuje dopiero rankiem następnego dnia. Musiał spędzić noc w nędznym hotelu i nie spał zbyt dobrze otoczony zgiełkiem wielkiego miasta, do którego nie mógł przywyknąć po powrocie z cichej i spokojnej wyspy.

Samolot leciał nad Adriatykiem, między Włochami a byłą Jugosławią. Banks siedział przy oknie po lewej stronie, a ponieważ na niebie nie było ani jednej chmurki, wydawało mu się, że mógłby ogarnąć spojrzeniem całe Włochy. Widział w dole błękit morza i zieleń lądu, pasma gór i krater wulkanu, winnicę, dachy wioskowych domów i rozległą zabudowę miasta. Wkrótce miał wylądować na lotnisku w Manchesterze i rozpocząć poważne poszukiwania. Znaleziono kości Grahama Marshalla, a on koniecznie musiał się dowiedzieć, jaki los spotkał jego przyjaciela.

Z lokalnej drogi łączącej Fortford i Relton Annie skręciła w wysypany żwirem trakt, który prowadził do Swainsdale Hall. Rosnące po obu stronach wiązy, klony i jesiony zasłaniały rezydencję, która dopiero za ostatnim zakrętem ukazywała się w całej swej świetności. Wzniesiony w siedemnastym wieku podłużny jednopiętrowy budynek o ścianach z piaskowcowych bloków miał komin na samym środku dachu i okna podzielone na kwatery kamiennymi słupkami. Należał kiedyś do najznamienitszej w okolicy rodziny Blackwoodów, która jednak wymarła, dzieląc los większości arystokratycznych rodów – brak pieniędzy i żadnych prawowitych spadkobierców. Chociaż Martin Armitage kupił posiadłość za czapkę gruszek, jak głosiły plotki, koszty utrzymania były ogromne i podjeżdżając bliżej, Annie zauważyła, że w niektórych miejscach dach domu jest w fatalnym stanie.

Zaparkowała na wprost wejścia i poprzez strugi deszczu spojrzała w dół zbocza. Widok był imponujący. Za niewysokim wałem stanowiącym pozostałość starożytnego grodziska zbudowanego przez Celtów dla obrony przed najazdem Rzymian, rozpościerała się zielona dolina, która sięgała od meandrów rzeki Swain aż po szarzejące na przeciwległym krańcu wapienne skały podobne do wyszczerzonych zębów kościotrupa. W połowie zbocza widniały sczerniałe przysadziste ruiny opactwa Devraulx i wioska Lyndgarth z kanciastą wieżą kościoła i pociemniałymi od deszczu dachami domów, nad którymi unosił się dym z kominów.

Kiedy podeszła do drzwi, wewnątrz domu rozległo się szczekanie psa. Osobiście wolała koty i nie znosiła psów, które pędziły z głośnym ujadaniem, żeby przywitać gości, opierały się na nich przednimi łapami, śliniły ich i obwąchiwały, w całym przedpokoju wprowadzając chaos, podczas gdy zakłopotani właściciele próbowali zapanować nad entuzjazmem czworonogów i zapewniali, że to po prostu jest przejaw ich serdeczności.

I tym razem nie spodziewała się niczego innego. Jednak młoda kobieta, która otworzyła drzwi, chwyciła mocno psa za obrożę, nim ten zdążył doskoczyć do Annie. Z głębi domu dobiegł głos drugiej kobiety:

– Miata, zachowuj się! Josie, czy mogłabyś zamknąć Miatę w komórce?

– Tak, proszę pani.

Josie oddaliła się, niemal wlokąc za sobą przygnębionego dobermana.

– Proszę wybaczyć – odezwała się kobieta. – Ona robi się taka podekscytowana, kiedy przychodzą goście. Tak naprawdę jest bardzo przyjazna.

– Miata. Ładne imię – powiedziała Annie i przedstawiła się.

– Dziękuję, że pani przyjechała. – Kobieta podała jej rękę. – Jestem Robin Armitage. Zapraszam do środka.

Podążając śladem gospodyni, Annie przeszła przez hol i skręciła w drzwi po prawej. Przestronne pomieszczenie wypełnione zabytkowymi meblami przypominało staroświecką salę bankietową. Podłogę okrywał piękny perski dywan, na środku stał fortepian, a kominek był większy od całego domu Annie. Na ścianie nad kominkiem zauważyła obraz, który na jej wprawne oko wyglądał na oryginalnego Matisse’a.

Kiedy weszła do salonu, stojący przy oknie mężczyzna, który wpatrywał się w trawnik wielkości pola golfowego, odwrócił się w jej stronę. Widać było po nim, podobnie jak po jego żonie, że ma za sobą nieprzespaną noc. Przedstawił się i podał jej rękę na powitanie.

Martin Armitage był przystojnym mężczyzną o powierzchowności zdradzającej tężyznę fizyczną i jak wielu piłkarzy nosił krótkie, ostrzyżone prawie przy samej skórze włosy. Miał ponad metr osiemdziesiąt, długie nogi i był szczupły, jak na byłego sportowca przystało, a Annie odniosła wrażenie, że nawet jego domowy strój, dżinsy i luźny sweter, kosztował więcej, niż wynosiła jej pensja. Spojrzał na jej buty i pożałowała, że tego dnia nie włożyła czegoś bardziej stonowanego. Ale skąd mogła wiedzieć?

– Nadinspektor Gristhorpe powiedział mi o Luke’u – zaczęła Annie.

– Tak. – Robin Armitage próbowała się uśmiechnąć, ale wyglądało to, jakby po raz dwudziesty pozowała do zdjęć. – Może powiem Josie, żeby podała nam herbaty? Albo kawy, jeśli pani woli.

– Może być herbata – odparła Annie, przysiadając ostrożnie na brzegu zabytkowego fotela.

Jednym z wielkich plusów w zawodzie policjantki, pomyślała, zwłaszcza występującej w cywilu, jest to, że ludzie, których odwiedza – świadkowie i ofiary, a nawet podejrzani – zawsze proponują jej jakiś poczęstunek. Zazwyczaj herbatę. Herbata była typowo angielska, jak ryba z frytkami. Nie wyobrażała sobie, aby podobnie traktowano gliniarzy w jakimkolwiek innym kraju. Choć z tego, co czytała i widziała w telewizji, być może Francuzi podawali wino, kiedy przychodził żandarm.

– Wiem, jak niepokojąca może być taka sytuacja, ale w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach przypadków nie ma powodów do zmartwień – zaczęła.

Robin uniosła starannie wymodelowane brwi.

– Poważnie? Czy tak tylko pani mówi, żeby nas uspokoić?

– Naprawdę. Zdziwiłaby się pani, ile zaginionych osób odnajdujemy, a większość wraca do domu cała i zdrowa.

– Większość? – odezwał się Martin Armitage.

– Chciałam tylko powiedzieć, że z punktu widzenia statystyki państwa syn…

– Statystyki? Cóż to za…

– Martinie! Uspokój się. Pani chce nam pomóc. – Robin zwróciła się do Annie. – Proszę wybaczyć, ale oboje prawie nie zmrużyliśmy oka tej nocy. Luke nigdy nie robił takich rzeczy i naprawdę odchodzimy od zmysłów. Tylko jego powrót może to zmienić. Proszę nam powiedzieć, gdzie według pani on teraz może być.

– Niestety nie umiem odpowiedzieć na to pytanie – odparła Annie i wyjęła notes. – Czy mogą państwo udzielić mi kilku informacji?

Martin Armitage przejechał dłonią po głowie i z ciężkim westchnieniem opadł na sofę.

– Tak, oczywiście – powiedział. – I proszę mi wybaczyć. Trochę puszczają mi nerwy.

Kiedy patrzył na nią, dostrzegła troskę w jego oczach, ale również nieustępliwe spojrzenie człowieka, który zwykle dostaje wszystko, czego chce. Do salonu weszła Josie, niosąc herbatę na srebrnej tacy, i Annie poczuła się trochę zakłopotana, jak zawsze w obecności służby.

Martin Armitage wykrzywił wargi w uśmiechu, jak gdyby zauważył jej skrępowanie.

– Nieco pretensjonalne, prawda? Jak sądzę, zastanawia się pani, czemu taki zatwardziały socjalista jak ja zatrudnia służącą. Nie chodzi o to, że nie umiem parzyć herbaty. Dorastałem z szóstką braci w górniczym miasteczku w West Yorkshire, które było tak małe, że nikt się nawet nie zorientował, kiedy Maggie Thatcher starła je z powierzchni ziemi. To było święto, kiedy na śniadanie dostawaliśmy coś do chleba. A Robin wychowała się na małej farmie w Devon.

Ale miliony funtów zmieniły to wszystko, pomyślała Annie, lecz przypomniała sobie, że nie przyszła tu dyskutować o ich stylu życia.

– To nie moja sprawa – odparła. – Domyślam się, że obydwoje jesteście bardzo zajęci, więc potrzebujecie pomocy. Proszę tylko nie oczekiwać, że trzymając filiżankę, będę prostowała mały palec.

Martin zdobył się na słaby śmiech.

– Za to ja lubię maczać ciastka w herbacie – oświadczył i jego twarz przybrała znów poważny wyraz. – Ale nie poprawi mi pani samopoczucia, odwracając uwagę od problemu. Co możemy zrobić? Gdzie mamy szukać? Od czego zacząć?

– My zajmiemy się poszukiwaniami. Od tego jesteśmy. Kiedy zaczęliście państwo podejrzewać, że coś jest nie tak?

Martin Armitage spojrzał na żonę.

– Kiedy to było, kochanie? Po herbacie, gdy już zapadał wieczór?

Robin pokiwała głową.

– Luke zawsze wraca na herbatę. Kiedy minęła siódma, a jego wciąż nie było, zaczęliśmy się martwić.

– Co wtedy zrobiliście?

– Zadzwoniliśmy do niego? – odparł Martin.

– I co?

– Miał wyłączoną komórkę?

– Co było dalej?

– Cóż, około ósmej Martin pojechał go szukać – powiedziała Robin.

– Gdzie pan go szukał?

– Krążyłem po Eastvale. Tak naprawdę trochę bezładnie, ale musiałem czymś się zająć. Robin została w domu, na wypadek gdyby zadzwonił albo wrócił.

– Długo pana nie było?

– Niedługo. Wróciłem około dziesiątej.

Żona potwierdziła skinieniem głowy.

– Czy macie państwo jakąś aktualną fotografię Luke’a? – zapytała Annie. – Coś, co moglibyśmy puścić w obieg?

Robin podeszła do jednego z niskich stolików i wzięła z lśniącego blatu plik odbitek. Przewertowała je i podała policjantce jedną z nich.

– To z Wielkanocy. Zabraliśmy Luke’a na ferie do Paryża. Może być?

Annie spojrzała na zdjęcie. Przedstawiało wysokiego i szczupłego młodzieńca o czarnych kręconych włosach, które zasłaniały mu uszy i opadały na czoło. Wyglądał bardzo poważnie jak na swój wiek, a na jego brodzie dał się nawet zauważyć ciemny meszek. Stał obok jakiegoś grobu na starym cmentarzu z posępną i zamyśloną miną, ale jego twarz była dobrze oświetlona, a rysy na tyle wyraźne, że zdjęcie nadawało się do celów identyfikacyjnych.

– Luke koniecznie chciał odwiedzić Père Lachaise – wyjaśniła Robin. – Tam są pochowani wszyscy ci sławni ludzie, Chopin, Balzak, Edith Piaf, Colette. Tutaj Luke stoi obok grobu Jima Morrisona. Słyszała pani o Morrisonie?

– Słyszałam – odparła Annie, która pamiętała, jak przyjaciele jej ojca puszczali głośno płyty The Doors, nawet wiele lat po śmierci Morrisona. W jej wspomnieniach z tamtych czasów zachowały się zwłaszcza Light My Fire i The End.

– To zabawne, ale większości ludzi, którzy pielgrzymują do tego grobu, nie było jeszcze na świecie, kiedy on cieszył się największą sławą – ciągnęła Robin. – Sama byłam mała, kiedy Doorsi robili karierę.

Czyli jest po czterdziestce, domyśliła się Annie, ale wciąż ma oszałamiająco zgrabną figurę. Złote loki opadały na jej drobne ramiona i w rzeczywistości lśniły tak samo jak na zdjęciach reklamujących szampon, które pojawiały się w kolorowych czasopismach. Pomimo troski i zmęczenia na jej gładkiej bladej cerze nie było widać ani jednej zmarszczki. Chociaż była niższa, niż Annie sobie wyobrażała, jej wysmukła sylwetka w niczym nie odbiegała od tej, którą wszyscy znali z plakatów. A jej wargi, które tak uwodzicielsko oblizywały łyżeczkę w słynnej reklamie lodów sprzed kilku lat, nadal były tak samo jędrne i różowe. Nawet pieprzyk w kąciku ust, który Annie zawsze wydawał się doklejany, był na swoim miejscu i wyglądał na prawdziwy.

Tak, Robin Armitage prezentowała się tak samo pięknie jak przed dwudziestu laty. Annie pomyślała, że od razu powinna ją za to znienawidzić, ale nie mogła. I nie chodziło tylko o tego zaginionego chłopca. Czuła, że pod idealną fasadą modelki kryje się zwykła ludzka wrażliwość.

– To będzie dobre – powiedziała, chowając zdjęcie do aktówki. – Puszczę je w obieg, gdy tylko wrócę na posterunek. Jak był ubrany?

– Tak jak zwykle – odparła Robin. – W czarny podkoszulek i czarne dżinsy.

– Powiedziała pani, że jak zwykle. To znaczy, że zawsze ubiera się na czarno?

– Przechodzi taki okres – wtrącił Martin Armitage. – A przynajmniej jego matka tak twierdzi.

– Bo tak jest, Martinie. Przekonasz się, że z tego wyrośnie. O ile jeszcze kiedykolwiek go zobaczymy.

– Proszę się nie martwić, pani Armitage. Luke się znajdzie. Tymczasem potrzebuję więcej informacji na jego temat, które pomogłyby nam ustalić, gdzie przebywa. Wszystko, co państwu wiadomo o jego przyjaciołach, zainteresowaniach i towarzystwie, w jakim się obraca. A przede wszystkim, czy między wami wszystko układało się dobrze? Czy dochodziło ostatnio do jakichś konfliktów?

– Nic takiego nie przychodzi mi na myśl – rzekła Robin. – W każdym razie nic poważnego. Mieliśmy dobre stosunki. Luke dostawał wszystko, czego chciał.

– Z doświadczenia wiem, że nikt nigdy nie ma wszystkiego, czego chce, nawet jeżeli tak się wydaje komuś, kto bardzo go kocha. Ludzie mają zróżnicowane potrzeby i czasem wyjątkowo trudno je określić.

– Nie chodziło mi wyłącznie o stronę materialną. W zasadzie Luke’owi nie zależy zbytnio na rzeczach, które można kupić, z wyjątkiem gadżetów elektronicznych i książek – tłumaczyła Robin, a w jej oczach zaczęły wzbierać łzy. – Miałam na myśli to, że nie brakuje mu miłości z naszej strony.

– Nie wątpię. Pomyślałam jednak, że mogło zależeć mu na czymś, na co państwo mu nie pozwoliliście.

– Na czym na przykład?

– Na czymś, czego nie pochwalacie. Koncercie, na który chciał iść. Przyjaciołach, których uważacie za nieodpowiednich dla niego. Coś w tym rodzaju.

– Och, rozumiem, o co pani chodzi – powiedziała Robin. – Ale nic takiego nie przychodzi mi do głowy. A tobie, kochanie?

Martin Armitage pokręcił głową.

– Myślę, że na tle innych rodziców jesteśmy dosyć liberalni – rzekł. – Zdajemy sobie sprawę, że teraz dzieciaki szybko dorastają. Sam byłem tego przykładem. A Luke to bystry chłopak. Nie ma takich filmów, których nie pozwoliłbym mu oglądać, z wyjątkiem pornografii rzecz jasna. Poza tym jest cichy i nieśmiały. Niezbyt dobrze czuje się w towarzystwie, ma naturę samotnika.

– Jest bardzo twórczy – dodała Robin. – Uwielbia książki, pisze opowiadania i wiersze. Kiedy byliśmy we Francji, cały czas czytał Rimbauda, Verlaine’a i Baudelaire’a.

Annie słyszała nieco o tych poetach od swojego ojca, a nawet czytała niektóre ich wiersze. Pomyślała, że to trochę za trudna lektura dla nastolatka, ale potem przypomniała sobie, że Rimbaud zaczął pisać w wieku piętnastu lat, a skończył, mając dziewiętnaście.

– Ma jakąś dziewczynę? – zapytała Annie.

– Nigdy o żadnej nie wspominał – odparła Robin.

– Może się krępował rozmawiać o tym z panią?

– Jestem pewna, że by nam powiedział.

Annie zmieniła taktykę i postanowiła, że później zbada życie uczuciowe chłopca, jeżeli okaże się to konieczne. Zwróciła się do Martina Armitage’a:

– Nie wiem, jak to ująć najdelikatniej, lecz o ile mi wiadomo, nie jest pan biologicznym ojcem Luke’a.

– Prawda, jest moim pasierbem, ale zawsze uważałem go za swojego syna. Robin i ja jesteśmy małżeństwem od dziesięciu lat, a Luke nosi nasze nazwisko.

– Proszę mi opowiedzieć o jego ojcu, pani Armitage.

Kobieta spojrzała niepewnie na męża.

– W porządku, kochanie – rzekł Martin. – Nie przeszkadza mi, kiedy o nim mówisz, chociaż nie pojmuję, jaki to ma sens.

– Tak naprawdę jestem zaskoczona, że pani jeszcze tego nie wie, zważywszy na przesadne zainteresowanie, jakim prasa brukowa darzyła tę sprawę w swoim czasie – zaczęła Robin. – Jego ojciec to Neil Byrd. Myślałam, że większość ludzi słyszała o naszym związku.

– Och, wiem, kim był i co się stało, tylko nie pamiętam szczegółów. Był piosenkarzem, zgadza się?

– Piosenkarzem? Byłby oburzony, słysząc, że ktoś go tak nazywa. Uważał się raczej za kogoś w rodzaju współczesnego trubadura, bardziej za poetę niż kogokolwiek innego.

Od pieśniarza do piłkarza, pomyślała Annie, nie mogąc się oprzeć skojarzeniu z Marilyn Monroe, która mistrza baseballu zamieniła na dramaturga. Najwyraźniej Robin Armitage miała w sobie coś, czego nie dało się zauważyć na pierwszy rzut oka.

– Proszę mi wybaczyć niewiedzę i odświeżyć moją pamięć – powiedziała.

Robin wyjrzała przez okno na trawnik, gdzie właśnie spory drozd upolował robaka, a potem usiadła obok męża. Kiedy mówiła, Martin trzymał ją za rękę.

– Takie połączenie może się pani wydać dziwne, ale Neil był pierwszym mężczyzną, który nie traktował mnie jak kompletnej idiotki ze względu na mój wygląd. Nie jest łatwo być… cóż, wie pani, wyglądać tak jak ja. Mężczyźni albo czują się zbyt onieśmieleni, żeby do mnie podejść, albo myślą, że jestem łatwą panienką. Neil nie należał do żadnej z tych grup.

– Jak długo byliście razem?

– Około pięciu lat. Luke miał zaledwie dwa lata, kiedy Neil od nas odszedł. Tak znienacka, bez ostrzeżenia. Powiedział, że potrzebuje samotności i już nie ma sił, by dalej dźwigać balast w postaci rodziny. Dokładnie tak to ujął: balast.

– To przykre. I co się stało? Co z pani karierą?

– Kiedy się poznaliśmy, miałam dwadzieścia pięć lat, a jestem modelką od czternastego roku życia. Oczywiście trudno mi było odzyskać dawną figurę po urodzeniu Luke’a i już nigdy nie wróciłam do tej samej formy, ale wciąż miałam zlecenia. Głównie reklamy telewizyjne, jakaś mała i niegodna uwagi rólka w horrorze albo epizod w jakimś serialu. Ale po co pani chce wiedzieć to wszystko? To nie ma nic wspólnego ze zniknięciem Luke’a. Neil nie żyje od dwunastu lat.

– Moja żona ma rację – wtrącił Martin Armitage. – Jak już powiedziałem, nie widzę żadnego związku.

– Ja tylko staram się uzyskać możliwie najszerszy obraz sytua­cji – wyjaśniła Annie. – Nigdy nie wiadomo, co może wpłynąć na postępowanie zaginionych osób. Czy Luke wie, kim był jego ojciec?

– Tak. Oczywiście go nie pamięta, ale mu o nim powiedziałam. To dla mnie ważne, żeby nie mieć przed nim żadnych tajemnic.

– Od jak dawna wie?

– Powiedziałam mu, kiedy skończył dwanaście lat.

– A wcześniej?

– Martin jest jedynym ojcem, jakiego poznał.

Zatem przez siedem lat, jak obliczyła Annie, Luke uważał Martina Armitage’a za swojego prawdziwego ojca, a potem matka zafundowała mu sensację, mówiąc o Neilu Byrdzie.

– Jak przyjął tę wiadomość?

– Naturalnie był zaskoczony i zadawał mnóstwo pytań. Ale poza tym… sama nie wiem. Potem już niewiele o tym mówił.

W trakcie rozmowy Annie poczyniła parę spostrzeżeń. Pomyślała, że Robin chyba nie mówi jej wszystkiego, ale wcale nie musiało tak być. Dzieci potrafią być niesłychanie elastyczne. I zaskakująco wrażliwe.

– Czy nadal utrzymuje pani kontakt z jakimiś przyjaciółmi lub krewnymi Neila Byrda? – zapytała.

– Ależ nie, na Boga. Jego rodzice umarli młodo, zresztą była to jedna z rzeczy, które go prześladowały, a ja już dawno nie obracam się w tych kręgach.

– Czy mogę obejrzeć pokój Luke’a?

– Oczywiście.

Robin poprowadziła Annie przez hol i starymi kamiennymi schodami na piętro, gdzie skręciła w lewo i otworzyła ciężkie dębowe drzwi.

Annie zapaliła stojącą obok łóżka lampkę. Minęło kilka chwil, zanim się zorientowała, że oprócz dywanu wszystko w pokoju jest czarne. Okno wychodziło na północ, więc do środka wpadało niewiele światła słonecznego, ale nawet kiedy paliła się lampka nocna – pod sufitem nie było żadnego oświetlenia – wnętrze wydawało się mroczne. Panował w nim zaskakujący jak na pokój nastolatka porządek, a wyposażenie było niemal spartańskie.