Wydawca: Wydawnictwo JK (Aha, Feeria) Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 279 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Blisko ciebie - Kasie West

Autumn planowała fantastyczną zimową wyprawę z przyjaciółmi poza miasto. Przypadek sprawia, że jadą bez niej, bo… zamknięto ją w budynku miejscowej biblioteki. Na cały weekend. Bez ogrzewania. Dziewczyna liczy, że znajomi odgadną, co się stało, ale nawet Jeff, jej prawie-chłopak, po nią nie wraca. Nikt jej nie szuka. Gorzej już być nie może? Niestety to jeszcze nie wszystko. Okazuje się, że Autumn ma towarzysza. Dax to gość, o którym niewiele wiadomo poza tym, że nie cieszy się dobrą opinią: ciągnie się za nim wspomnienie bójki i poprawczaka. Wygląda więc na to, że Autumn spędzi następne dni z obcym, groźnym gościem, który ewidentnie nie ma na to ochoty. Na początku rozmowa się nie klei, ale gdy Autumn i Dax stopniowo otwierają się przed sobą, dziewczyna widzi, że coś między nimi iskrzy... i zaskakuje. Ale czy poza szkolną biblioteką ich uczucia mają szansę na przetrwanie, skoro wszystko coraz bardziej się komplikuje?

Opinie o ebooku Blisko ciebie - Kasie West

Fragment ebooka Blisko ciebie - Kasie West

Tytuł oryginału: By Your Side Przekład: Jarosław Irzykowski Opieka redakcyjna: Maria Zalasa Redakcja: Grzegorz Krzymianowski Korekta: Karolina Pawlik

Projekt okładki: Michelle Taormina Zdjęcie na okładce: Christine Blackburne

Copyright © 2017 by Kasie West Copyright for Polish edition and translation © Wydawnictwo JK, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-7229-682-5

Wydawnictwo JK Wydawnictwo JK, ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Mojej Autumn, która jest niezależna, bystra i nader sarkastyczna – to jedna z moich ulubionych kombinacji. Kocham cię!

Rozdział 1

Siedziałam zamknięta w bibliotece, starając się nie panikować. Zamknięta na klucz. Żadnego wyjścia. Ani przez drzwi, ani przez okna, ani przez szyby wentylacyjne. No dobra, szybów jeszcze nie badałam, ale poważnie brałam to pod uwagę. Nie byłam po prostu na tyle zdesperowana… Jak dotąd. Przekonywałam siebie, że znajomi przecież zrozumieją, co mi się przytrafiło, i wrócą mnie uwolnić. Wystarczy, że zaczekam.

Wszystko zaczęło się od tego, że musiałam pójść do łazienki. Okej, przedtem było jeszcze mnóstwo doktora peppera – dwulitrowa butla, którą Morgan przemyciła do biblioteki. Już wypiłam z niej więcej, niż mi się należało, gdy obok usiadł Jeff i za każdym razem, gdy się do mnie odwracał, żeby o coś spytać, pachniał drzewami, niebem i słońcem.

Dopiero gdy za oknami zrobiło się ciemno, a my wszyscy, poproszeni przez bibliotekarki o opuszczenie placówki, zeszliśmy całą piętnastką na podziemny parking, gdzie rozdzieliliśmy się na cztery samochody, uświadomiłam sobie, że nie dotrzymam nawet do wylotu ulicy, nie mówiąc już o dotrwaniu, aż dojedziemy na ognisko w kanionie.

– Muszę siku – oznajmiłam, gdy już walnęłam torbę Jeffowi do bagażnika. Lisa opuściła szybę. Jej zaparkowana obok auta Jeffa bryka już grzała silnik.

– Myślałam, że pojedziesz ze mną, Autumn. – Uśmiechnęła się do mnie porozumiewawczo. Wiedziała, że chcę jechać z Jeffem.

Odpowiedziałam jej uśmiechem.

– Zaraz wracam. Przy ognisku nie będzie kibelka.

– Za to pełno drzew – stwierdził Jeff, obchodząc samochód i zatrzaskując bagażnik. Odgłos poniósł się echem po prawie pustym parkingu. Nad oparciem tylnego siedzenia jego samochodu zobaczyłam trzy głowy, a nad miejscem pasażera czwartą. O nie. Wyprzedzili mnie. Trzeba będzie pojechać z Lisą. Nie ma sprawy. Jeszcze zdążę się nagadać z Jeffem przy ognisku. Wprawdzie śmiałe deklarowanie niegasnących uczuć nie leżało w mojej naturze, ale nabuzowana niemal dwoma litrami kofeiny i ostrzeżeniem Lisy, że Avi może mi sprzątnąć Jeffa sprzed nosa, czułam w sobie moc.

Pędem pokonałam cały parking, schody i oszklony korytarzyk z widokiem na dziedziniec. Kiedy wpadłam na piętro zajmowane przez bibliotekę, połowa świateł już pogasła.

Kiedy tam dotarłam, doszłam do wniosku, że biblioteka jest za duża, za to za mało w niej toalet. Pchnęłam ciężkie drewniane drzwi i pospiesznie znalazłam sobie kabinę. Pojemnik na papierowe osłony desek okazał się pusty. Wyglądało na to, że będę musiała lewitować.

Kiedy już zapinałam spodnie, zgasło światło. Wrzasnęłam, a potem parsknęłam śmiechem.

– Bardzo śmieszne, chłopaki.

Dallin, najlepszy kumpel Jeffa, niewątpliwie dorwał się do bezpieczników. To było w jego stylu.

Ciemność jednak się przedłużała, a po moim wrzasku nie nastąpił żaden rechot. Pewnie mają tutaj detektory ruchu. Zamachałam rękami. Bez efektu. Przesunęłam się w przód, żeby obmacać drzwi, usiłując nie myśleć o tych wszystkich bakteriach, które je obsiadły, aż wreszcie znalazłam zasuwkę i ją odsunęłam. Przez umieszczone w górze okno wpadało dość światła lampy ulicznej, żebym mogła porządnie umyć ręce. Toaleta była z tych ekologicznych, co oznaczało, że do suszenia są tylko dmuchawy. Wytarłam dłonie w dżinsy, przedkładając szybkość tego zabiegu nad jego skuteczność. Moje odbicie w lustrze wydawało się jedynie cieniem, ale i tak się nachyliłam, żeby zobaczyć, czy makijaż mi się nie rozmazał. O ile mogłam stwierdzić, wydawał się w porządku.

Drogę przez korytarz oświetlało tylko kilka przypadkowych lamp na suficie. Wszystko było zamknięte na głucho. Przyspieszyłam kroku. Biblioteka po ciemku okazała się bardziej upiorna, niż mogłam to sobie wyobrazić. Trzyipółmetrowy oszklony łącznik iskrzył się od śniegu, który właśnie zaczął padać na zewnątrz. Nie zatrzymałam się tu na dłużej, choć mnie kusiło. Oby śnieżyca nie zepsuła ogniska. Jeśli będzie lekko padać, atmosfera stanie się magiczna. Idealna na nocne zwierzenia. Jeff chyba się nie wystraszy, gdy mu powiem, co czuję? Skąd, flirtował ze mną cały wieczór. Nawet pracę z historii pisze o tej samej epoce co ja. Nie sądziłam, żeby to był przypadek.

I po ognisku, gdy już znajdę się z dziewczynami w chatce, śnieg też będzie jak znalazł. Może nas zasypie. Już się tak zdarzyło. Początkowo złapałam doła, ale wyszedł z tego weekend wszech czasów – z gorącą czekoladą, zjeżdżaniem na oponach i opowieściami o duchach.

Dotarłam do drzwi na parking i pchnęłam metalowy uchwyt. Ani drgnął. Nacisnęłam jeszcze raz. Nic.

– Jeff! Dallin! To nie jest śmieszne. – Rozpłaszczyłam nos na szybie, ale dokąd sięgałam wzrokiem w jedną i drugą stronę, nie było tam absolutnie żadnych samochodów ani ludzi. – Lisa?

Odruchowo sięgnęłam po komórkę. Dłoń natrafiła tylko na pustą kiszeń dżinsów. Czarną torbę podróżną ze wszystkimi moimi rzeczami – komórką, ciuchami, kurtką, torebką, prowiantem, aparatem fotograficznym i lekami – wpakowałam do bagażnika Jeffa.

Nie.

Obiegłam całą bibliotekę w poszukiwaniu innego wyjścia. Takie jednak najwyraźniej nie istniało. Na zewnątrz prowadziło sześcioro drzwi i wszystkie były zamknięte na głucho. To samo więc dotyczyło i mnie – opartej teraz o drzwi do podziemnego parkingu, których chłód wnikał mi pod skórę, uwięzionej w wielkiej pustej bibliotece – gdy kofeina i niepokój brały się we mnie za łby.

Paniczny lęk rozbujał mi serce, podchodził do gardła i odbierał oddech. Spokojnie. Zawrócą, zapewniłam siebie. Po prostu zbyt duża grupa zapakowała się w za wiele samochodów. Każdy myśli, że jadę z kimś innym. Jak tylko te cztery samochody dojadą na biwak, ktoś się zorientuje, że mnie nie ma, i wtedy wrócą.

Obliczyłam, ile czasu im to zajmie. Pół godziny do kanionu, pół godziny z powrotem. Przesiedzę więc tu jakąś godzinę. No, będą musieli jeszcze znaleźć kogoś z kluczem, żeby otworzył te drzwi. To jednak niewiele przedłuży sprawę. Wszyscy mają telefony. Jeśli będzie trzeba, mogą zadzwonić po straż pożarną. Okej, zaczęłam dramatyzować. Obejdzie się bez telefonów alarmowych.

Udało mi się podnieść samą siebie na duchu. Nic więcej nie mogłam zrobić.

Wolałam nie opuszczać posterunku, w obawie, że znajomi po powrocie mnie nie znajdą. Albo że ich nie zobaczę lub nie usłyszę. Ale niestety, bez telefonu lub aparatu nie miałam pomysłu, czym wypełnić czas. Zaczęłam nucić jakąś piosenkę, strasznie fałszując, potem wyśmiałam swoje wysiłki. Można by zacząć liczyć otworki w płytach na suficie lub… Rozejrzałam się wokoło i nic mi z tego nie przyszło. Jak ludzie bez komórek zabijają czas?

* * *

– …Gdzieś tam, gdzieś tam za tęczą, piękny ptak fruwa sobie. – Mój śpiew nie zapewniłby mi kontraktu z wytwórnią płytową, nie powstrzymało mnie to jednak przed wyryczeniem pełną piersią kilku piosenek. Gdy przerwałam, gardło miałam zdarte do żywego. Upłynęła co najmniej godzina.

Tyłek mi zdrętwiał, a ziąb od podłogi przeniknął mnie całą i przyprawiał o dreszcze. Pewnie na weekend wyłączają ogrzewanie. Podniosłam się i przeciągnęłam. Może gdzieś tutaj jest telefon. Nie wpadło mi do głowy, żeby się za nim rozejrzeć. Nigdy przecież nie musiałam szukać telefonu. Zawsze miałam go przy sobie. Po raz siódmy tamtego wieczoru przeszłam przez oszklony łącznik. Wszędzie było już biało. Ziemię pokrył śnieg, drzewa stały oszronione. Żałowałam, że nie mam aparatu, żeby uchwycić kontrasty tej scenerii – ciemne zarysy budynku i pni na tle jaskrawej bieli śniegu. Nie miałam go, więc poszłam dalej. Zaczęłam od głównego wejścia, ale nigdzie nie znalazłam telefonu. Możliwe, że jakiś był w zamkniętej teraz portierni, ale wysokie biurko nie pozwalało go dojrzeć. A nawet gdybym go tam wypatrzyła, przecież i tak nie miałam klucza. Dalej więc, za podwójne szklane drzwi, tam, gdzie zamieszkała połowa tutejszych książek. Reszta kryła się za mną, w dziale dziecięcym. Było tam ciemniej, więc zatrzymałam się na trochę przy tych drzwiach, penetrując wzrokiem przestrzeń przed sobą. Środek wypełniały wielkie, solidne regały, otaczały je stoły i miejsca do siedzenia.

Komputery.

Wzdłuż bocznej ściany ciągnęły się stanowiska komputerowe. Mogłabym wysłać e-mail lub inną wiadomość.

Gdy tam weszłam, od razu zrobiło się jeszcze ciemniej. Na stołach tu i ówdzie stały lampki i sięgnęłam pod klosz jednej z nich, by się przekonać, czy są tylko dla ozdoby, czy rzeczywiście działają. Po kliknięciu zalała blat ciepłą poświatą. Zanim dotarłam do komputerów, włączyłam jeszcze trzy lampki. Nie rozproszyły specjalnie mroku w tak wielkim wnętrzu, ale tworzyły miły nastrój. Zaśmiałam się sama z siebie. Jaki znowu nastrój? Dobry na tańce? Na kolację przy świecach?

Usiadłam przed jednym z komputerów i go odpaliłam. Najpierw wyświetliło mi się na monitorze wezwanie do podania loginu pracownika biblioteki i hasła. Jęknęłam. Szczęście wciąż mi nie sprzyjało.

Z góry dobiegło mnie trzeszczenie, podniosłam więc wzrok. Nie wiem, co spodziewałam się ujrzeć, ale zobaczyłam jedynie ciemność. Budynek był stary i zapewne nocą dało się usłyszeć, jak osiada. A może to śnieg i wiatr waliły w okna na górze.

Kolejny hałas na górze sprawił, że szybko wyszłam na korytarz. Wbiegłam po schodach i dopadłam do drzwi wejściowych. Najmocniej, jak potrafiłam, pociągnęłam uchwyty. Drzwi pozostały niewzruszone. Wyjrzałam przez wąskie boczne okienko. Ulicą przejeżdżały samochody, ale chodniki były puste. Gdybym zaczęła walić w szybę, nikt by mnie nie usłyszał. Wiedziałam o tym. Już próbowałam.

No i pięknie. W bibliotece nie było nikogo poza mną. Kto jeszcze okazałby się tak durny, żeby dać się w niej zamknąć? I to na własne życzenie. Bez wyjścia. Odskocznia. Potrzebowałam jakiejś odskoczni. Tyle że niczego takiego nie miałam.

Książki! Tu wszędzie było pełno książek. Wystarczyłoby chwycić jedną z nich. Zaszyć się w jakimś kącie i czytać, dopóki ktoś mnie nie znajdzie. Ktoś mógłby uznać nawet taki scenariusz za spełnienie marzeń. Sama bym tak uważała. Myśli mają jednak moc. Oto spełniło się moje marzenie.

Rozdział 2

Ocknęłam się nagle i dopiero po dłuższej chwili przypomniałam sobie, gdzie jestem – tkwiłam uwięziona w bibliotece. Książka, którą wzięłam sobie do czytania, leżała otwarta na moich kolanach, a głowa opadła mi na poręcz fotela. Gdy się prostowałam, kark zawył z bólu. Rozmasowałam go. Zegar ścienny nad stanowiskiem bibliotekarki wskazywał drugą piętnaście.

Dlaczego nikt się o mnie nie niepokoił? Nie zaczął mnie szukać? Może zresztą zaczęli. Nie tam, gdzie trzeba. Czyżby wszyscy pomyśleli, że wybrałam się na biwak? Albo że postanowiłam wrócić do domu?

Rodzice mnie zabiją. Nigdy nie było łatwo przekonać ich, żeby puścili mnie na weekendowy biwak z dziewczynami. Wymagało to trudnych negocjacji. Mama jest adwokatem, i to za dobrym – fantastycznie potrafi przekonać mnie do przyjęcia jej punktu widzenia – najpierw więc poszłam do taty. Także dlatego, że on pracował w domu („Stworzymy slogan lub dżingiel, na jaki Twoja firma zasługuje” – to jego słowa, nie moje), a więc, był pod ręką, gdy potrzebowałam o coś poprosić. Kiedy już miałam go po swojej stronie, zwykle udawało się nam przekonać mamę. Negocjacje przebiegały wtedy mniej więcej tak…

– Tato, mogę pojechać na ten weekend do chatki Lisy?

Obrócił się z krzesłem twarzą do mnie.

– Co brzmi lepiej? „Cukiernia Tommy’ego, bo każdy dzień to dzień pączka”.

– Rany. Każdy dzień to dzień pączka. A ja dziś jeszcze żadnego nie zjadłam.

Uniósł palec.

– Czy może „Cukiernia Tommy’ego, bo są gorące i świeże”.

– Kto jest gorący i świeży? Zupełnie jakbyś miał na myśli, że u niego nie zabraknie fajnych lasek czy kogoś takiego.

– Masz rację. Zabrakło tu słowa „pączki”, prawda? – Ponownie obrócił się z krzesłem i zaczął wklepywać coś do komputera.

– To jak? Mogę pojechać tam na weekend?

– Dokąd pojechać?

– Do chatki Lisy.

– Nie.

Przytuliłam się do niego i położyłam mu głowę na ramieniu.

– Proszę. Jej rodzice też będą, i przecież już tam jeździłam.

– Cały weekend to chyba trochę za długo.

Posłałam mu uśmiech okraszony moją najlepszą miną proszalną.

– Spiszę się na medal, obiecuję. I przez cały następny weekend nigdzie się nie ruszę. Zostanę i będę pomagać w domu.

Czułam, że mięknie, ale trochę jeszcze brakowało.

– I kiedy następnym razem Owen będzie w domu, poświęcę mu cały swój czas.

– Autumn, przecież lubisz poświęcać czas bratu.

– Naprawdę? – Śmieję się.

– Kancelaria twojej mamy za kilka tygodni urządza firmową kolację. Jeśli dasz sobie radę z weekendem w chatce, to poradzisz sobie i z tym przyjęciem.

Nie mogłam usłyszeć niczego gorszego. Ale na tym właśnie polega kompromis – na ustępstwach w imię tego, czego się bardziej pragnie.

– Okej.

– Okej – powtórzył.

– To mogę jechać?

– Będę to musiał jeszcze uzgodnić z twoją mamą, ale jestem pewien, że się zgodzi. Uważaj na siebie. Weź telefon. Zasady na ten weekend: żadnego alkoholu, żadnych narkotyków i co wieczór dzwonisz.

Pocałowałam go w policzek.

– Z dwoma pierwszymi warunkami może być ciężko, ale z trzecim zdecydowanie sobie poradzę.

– Bardzo śmieszne – stwierdził.

Miałam dzwonić co wieczór. Tej nocy nie zadzwoniłam. I wciąż nie miałabym jak. To powinno postawić tatę w stan gotowości. Zatelefonowałby do moich znajomych. Jeśli dotąd nie zrozumieli, czemu mnie z nim nie ma, to teraz pojęliby, że zgubiłam się gdzieś po drodze. Ktoś skojarzyłby fakty. Pewnie, że po czymś takim miałabym szlaban na wyjazdy, ale przynajmniej ktoś by mnie odnalazł.

Rozbolała mnie głowa, wybrałam się więc do źródełka z wodą pitną przy wejściu do toalety. Przynajmniej miałam co pić. I nic poza tym. Dosłownie nic. Pokręciłam głową. Błędny tok myślenia. Wkrótce ktoś mnie odnajdzie. Jeśli nie tej nocy, to rano, po otwarciu biblioteki. Nie mogłam sobie przypomnieć, o której otwierają ją w soboty. O dziesiątej? Jeszcze osiem godzin. Luz.

W budynku robiło się coraz zimniej. Odkryłam na ścianie skrzynkę z termostatem, ale była zamknięta. W tej placówce zdecydowanie przeginano z zabezpieczeniami.

Z daleka dotarły do mnie słabo słyszalne rytmiczne tony. Ktoś gdzieś puszczał muzykę. Pobiegłam do drzwi frontowych i zobaczyłam przechodzącą chodnikiem grupkę roześmianych ludzi. Jeden z nich trzymał w górze telefon, iPoda czy coś podobnego, co świeciło w ciemności i odtwarzało muzykę na tyle głośno, że ją słyszałam. Łomotałam w szybę, wrzeszcząc. Nikt się nie zatrzymał ani nie odwrócił. Nikt się nie obejrzał, żeby sprawdzić, czy czegoś jednak nie usłyszał. Znów więc załomotałam w drzwi i podniosłam jeszcze większy wrzask. Bezskutecznie.

– Zbyt głośna muzyka uszkadza słuch – powiedziałam, opierając czoło o szybę. I właśnie wtedy zobaczyłam przyklejoną niżej białą kartkę. Oderwałam ją i przeczytałam, co na niej napisano. „W związku z Dniem Martina Luthera Kinga biblioteka będzie nieczynna od soboty 14 stycznia do poniedziałku 16 stycznia”.

Zamknięta na cały weekend? Na całe trzy doby? Mam tu tkwić jeszcze przez trzy dni? Nie. Tego bym nie zniosła. Nie wytrzymam sama w tym wielkim budynku jeszcze trzech dni. To byłoby jak najgorszy koszmar.

Serce waliło mi tak szybko, jakby coś zgniatało mi pierś. Płuca nie pracowały tak, jak powinny. Uczepiłam się łańcucha owiniętego wokół uchwytów drzwi frontowych. Szarpnęłam go z całej siły.

– Wypuście mnie!

Głos z tyłu głowy upomniał mnie, żebym się uspokoiła, zanim wszystko pogorszę. Bo przecież nie było źle. Siedziałam wprawdzie sama w bibliotece, ale byłam tu bezpieczna. Mogłabym czytać, biegać po schodach i znaleźć sobie coś do roboty. Istniało tu mnóstwo możliwości, by zabić czas.

Gdy tylko odkryłam w sobie spokój, usłyszałam coś za plecami. Odgłos kroków na drewnie.

Odwróciłam się gwałtownie, przywierając plecami do drzwi. I wtedy zobaczyłam na schodach niewyraźną sylwetkę z czymś metalowym i lśniącym w prawej ręce. Z nożem. A jednak nie byłam tu sama. I zdecydowanie nie mogłam czuć się bezpieczna.

Rozdział 3

Rozpłaszczyłam się najbardziej, jak się dało. Może ten ktoś mnie nie zauważy. Nie, na to nie było co liczyć, bo jeszcze przed chwilą waliłam w ścianę i szarpałam za łańcuchy. Równie dobrze mogłabym krzyczeć: „Jestem zamknięta w tej bibliotece całkiem sama i rozpaczliwie pragnę się wydostać!”.

Co więc mogłam zrobić? Jak to teraz rozegrać? Mogłam gdzieś uciec. Zamknąć się w jakiejś sali. Tyle tylko, że – jak zdołałam się zorientować – wszystkie pomieszczenia, które miały zamki, już teraz były przede mną zamknięte. I kiedy miałam już gdzieś pobiec, dokądkolwiek, może po to, by znaleźć sobie jakąś broń lub kryjówkę, tamten się odezwał.

– Nie zrobię ci krzywdy. Nie wiedziałem, że jest tu ktoś jeszcze. – Podniósł ręce, a potem, jakby sobie dopiero uświadomił, że w jednej z nich trzyma nóż, schylił się i wetknął go sobie do buta.

Nie bardzo podniosło mnie to na duchu.

– Co ty tu robisz?

– Musiałem się gdzieś zadekować.

Rewelacja. Utknęłam w bibliotece z bezdomnym? Z bezdomnym uzbrojonym w nóż. Serce podeszło mi do gardła.

Słyszałam, że stara się mówić spokojnym tonem, ale wyszło to ochryple.

– Usiądźmy gdzieś i porozmawiajmy. Idę po torbę. Zostawiłem ją u góry schodów. A potem zejdę. Okej? – Ręce wciąż wyciągał przed siebie, jakby ten gest miał mnie całkowicie uspokoić. Nie dzwoń do nikogo, zanim nie porozmawiamy.

Pomyślał, że do kogoś zadzwonię? Gdybym miała dostęp do telefonu, już by mnie tu nie było. Gdybym mogła użyć jakiegokolwiek urządzenia umożliwiającego nawiązanie kontaktu – syreny alarmowej, aparatu do nadawania alfabetem Morse’a… jakoś się chyba taki sprzęt nazywa? – dawno bym stąd zniknęła. Ale nie zamierzałam odkrywać kart.

– Okej – zgodziłam się.

Gdy tylko zostawił mnie samą, pobiegałam schodami na dół i za tamte szklane drzwi. Skoro był uzbrojony, wolałam się też przygotować.

Wsunęłam się za regał na tyłach. Dyszałam ciężko i nierówno, do tego nic nie widziałam. Wyciągnęłam ręce przed siebie i chwyciłam największą książkę, jaką udało mi się znaleźć. W najgorszym razie zdzielę go nią przez łeb.

– Halo? – zawołał z drugiego końca sali.

– Nie podchodź.

– Gdzie jesteś?

– To nieważne. Chcesz porozmawiać? Rozmawiaj. – Jeśli zachowam się jak twardzielka, może mnie za taką uzna.

Jego głos stawał się coraz głośniejszy i wyraźniejszy, widocznie więc szedł w moją stronę.

– Nie musisz się mnie bać.

Czemu nie został po tamtej stronie sali? Żeby rozmawiać, nie trzeba stać z kimś twarzą w twarz.

Kiedy cofnęłam się o krok, trzasnęłam kolanem w regał i jakaś książka spadła z hukiem na podłogę, a zaraz za nią kolejna. Zacisnęłam ręce na tej, którą trzymałam i rzuciłam się do drzwi. On jednak okazał się szybszy i odciął mi drogę. Uniosłam książkę nad głowę.

– Stój – zażądałam.

Zrobił jeszcze krok. Cisnęłam w niego tą książką. Uchylił się. Złapałam z pobliskiej półki następną i nią też rzuciłam. Trafiła go w ramię.

Podniósł ręce nad głowę.

– Serio?

– Już wezwałam policję – oświadczyłam.

Zaklął.

Rzuciłam kolejną książką.

– Zostaw mnie więc w spokoju. Lada moment tu będą.

Staliśmy teraz bliżej siebie, a na prawo od nas świeciła jedna z włączonych przez mnie wcześniej lamp. I właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że go znam.

Zamurowało mnie.

– Dax?

– My się znamy?

Widocznie wciąż jeszcze stałam w cieniu.

Z ulgą opuściłam trzymaną książkę. Gdybym mogła wybrać, z którym chłopakiem chciałabym być zamknięta w bibliotece, Dax Miller nie był moim pierwszym typem. Spośród wszystkich z naszego liceum załapałby się pewnie na ostatnie miejsce. Na pewno nie uchodził za anioła. Krążyły o nim różne opowieści. Całe mnóstwo. Ale przynajmniej nie był kimś obcym. I ponieważ się go nie bałam, momentalnie się odprężyłam.

– Jesteśmy z tej samej szkoły.

Nie byłam pewna, czy kojarzy mnie tak jak większość ludzi z liceum. Działałam w kronice szkolnej i nieustannie pstrykałam fotki, wszędzie więc było mnie pełno. Trudno nie być rozpoznawalną, gdy trzeba się włączać w taką masę wydarzeń. Jemu jednak nigdy nie zrobiłam zdjęcia. On w nic się nie angażował. A przynajmniej nie w działania sponsorowane przez szkołę.

Zrobiłam kroczek do przodu, w łagodne światło lampy, żeby zobaczył mnie wyraźniej.

Kiedy mierzył mnie wzrokiem, od długich do ramion włosów koloru ciemny blond po czarne buty na koturnach, a potem znów skupił się na moich oczach, widać było, że mnie kojarzy i że nie spodobało mu się to, co zobaczył.

– Naprawdę zadzwoniłaś po gliny?

– Nie. – Przesunęłam dłońmi po kieszeniach. – Nie mam telefonu.

Przyjrzał się moim kieszeniom, jakby mi nie wierzył. Potem kiwnął głową i ruszył w stronę torby, którą rzucił koło krzesła.

Poszłam za nim.

– A ty?

– A ja co? – Rozpinał zamek.

– Masz telefon?

– Nie, nie mam.

Przyglądałam się jego torbie, nie mając pewności, czy mówi prawdę.

– Muszę tylko zadzwonić do rodziców. Prawdopodobnie umierają z niepokoju. Nikt nie wie, gdzie jestem. – Tak przynajmniej zakładałam, skoro nikt po mnie nie przyjechał. – Chcę tylko powiedzieć im, gdzie jestem.

Wyciągnął z tego swojego bagażu śpiwór i rozłożył go na podłodze.

– Ja nie mam telefonu.

Przyszedł do biblioteki ze śpiworem? A więc nie utknął tu tak jak ja. Zaplanował, że tu zostanie?

– Ale przecież nie jesteś bezdomny – powiedziałam.

– Nigdy tak nie twierdziłem.

– To czemu tu jesteś? – spytałam.

Wczołgał się do śpiwora, a potem wyciągnął rękę i zgasił lampkę.

– Dlaczego w ogóle się zaniepokoiłeś, że wezwałam policję? Masz jakieś kłopoty?

– Możesz się przyciszyć? Próbuję zasnąć.

Gdyby moje ciało nie zmieniło się w galaretę, może wykopałabym go z tego śpiwora, ale zamiast tego dowlekłam się do krzesła, usiadłam i oparłam głowę na kolanach. Nie powinno mnie to dziwić. Dax w szkole wydawał się tajemniczy, był typem samotnika – czemu miałabym oczekiwać, że podzieli się ze mną historią swojego życia?

Nieważne. Było nieźle. I dalej tak będzie. Przekonałam się przynajmniej, że Dax nie zmierza mnie zabić czy choć skrzywdzić. I chociaż był… no, po prostu był Daxem, i tak lepiej, że nie siedziałam tu całkiem sama. Poza tym na pewno miał w tej swojej wielkiej torbie telefon. O śpiwór przecież zadbał. Zamierzałam przejrzeć jego rzeczy i znaleźć komórkę, gdy tylko zaśnie. Z wymyślonym planem poczułam się o wiele lepiej.

Napięcie w mojej piersi stopniowo ustępowało, co ulżyło obolałym płucom. Nie przeżyłam jeszcze czegoś dziwniejszego. Może w przyszłości będę wspominać to ze śmiechem. W przyszłości, gdy już będę w domu z rodzicami i we własnym łóżku pod miłą, ciepłą kołdrą.

Bo tutaj było zimno.

Przeciągnęłam się, a potem złożyłam głowę na poręczy fotela, udając, że zasypiam. Nie byłam pewna, czy Dax mnie obserwuje ani czy w ogóle widzi, mimo to chciałam, żeby myślał, że śpię. A kiedy już się upewnię, że zasnął, znajdę jego telefon, zadzwonię do domu i to zakończy całą sprawę.

Zegar na ścianie pokazywał trzecią dwadzieścia. Po tylu godzinach bez snu bolały mnie oczy. Zastanawiałam się, co robią teraz moi znajomi. Co robi Jeff. Znałam go od pierwszej klasy, w trzeciej wpadł mi w oko, a teraz, w ostatniej, uznałam, że nie ma na co dłużej czekać. W przyszłym roku rozjedziemy się na studia, toteż zanim to nastąpi, chciałam się przekonać, czy podskórne napięcie, które dawało mi o sobie znać w jego obecności, przełoży się na fajny związek.

Czy dotyczyło to tylko tamtego ranka, gdy zagadnął mnie na szkolnym korytarzu? Przypomniałam sobie tamtą wymianę zdań.

– Autumn!

Odwróciłam się z aparatem w ręku i pstryknęłam mu zdjęcie. Łatwo się go fotografowało. Twarz miał miłą, otwartą, przyjazną. Uśmiech całą ją rozpromieniał, sprawiając, że w zielonych oczach migotały iskierki, a oliwkowa cera aż lśniła.

Zrównał się ze mną.

– Chyba zrobiłaś mi więcej zdjęć niż moi starzy.

Pewnie tak było.

– Nic nie poradzę na to, że aparat cię lubi.

– A czy aparat się ze mną umówi?

– Beze mnie nigdzie się nie rusza.

Uniósł brwi, jakby chciał, żebym pociągnęła wątek, który zasugerowałam. Miałam ochotę się z nim umówić. I to bardzo. Ale gdybym to ja miała wyjść z propozycją, na pewno nie doszłoby do tego na środku zatłoczonego szkolnego korytarza.

Mówił dalej:

– Pomyślałem sobie, żeby wybrać się dziś po południu całą grupą do biblioteki i popracować nad zadanym przez pana Garcię tematem z historii. Wchodzisz w to?

Prawdopodobnie należało odmówić, ale ilekroć nadarzała się okazja spędzenia czasu z Jeffem, starałam się jej nie przepuścić.

– Tak. Chciałabym. Będę musiała pogadać z Lisą, bo wybieramy się do jej chatki, z Morgan i Avi.

– Załatwmy to więc przedtem, a potem wszyscy wpadniemy do was na biwak i urządzimy ognisko z okazji zakończenia pisania prac.

Parsknęłam śmiechem i lekko szturchnęłam go w ramię.

– Miałeś już wszystko obmyślone.

– Pewnie. To jak, przekonasz dziewczyny?

– Tak. Zrobię, co trzeba.

– Wiedziałem. Ja pogadam z Dallinem i resztą chłopaków. Widzimy się po południu.

No i widzieliśmy się, zanim zostawił mnie zamkniętą w bibliotece. Gdybym tkwiła tutaj z Jeffem zamiast z Daxem… ależ byłoby fajnie. Na pewno by już wykombinował sposób na zjeżdżanie po tych drewnianych schodach lub ścigalibyśmy się po korytarzu wózkami na książki. Jeff stanowił przeciwieństwo Daxa. Często się uśmiechał i sypał żartami, a tam, gdzie się pojawiał, wszyscy pękali ze śmiechu. Dax był ponury i poważny, wydawało się też, że jego obecność zawsze wszystkim ciąży.

Jeff. Gdzie się teraz podziewał? Czyżby stało się coś niedobrego? Może sobie pomyślał, że skoro nie ma mnie na biwaku, dałam mu kosza? Czemu do nikogo nie dotarło, że mnie nie ma? Nieważne. Niedługo nadarzy się okazja, by wszystkich powiadomić, gdzie jestem. Zaraz będę miała telefon.

Rozdział 4

Wszystko wokół było niewyraźne, rozmyte. Znałam to odczucie, ale rozum nie podpowiadał mi, co się dzieje. Znajdowałam się w zimnym pomieszczeniu bez okien i drzwi. Jakby w ogromnej lodówce. Ledwie przyszło mi to do głowy, ściany, podobnie jak podłoga, zrobiły się śliskie od lodu. Lód pokrywał wszystko. Zęby szczękały mi tak mocno, że aż bolało. A potem owionął mnie zapach piżma. Jakby Jeff brał mnie w ramiona. I oto był przy mnie Jeff, tulił mnie. Lodowa komora zniknęła, ustępując miejsca bezkresowi zielonego pola. Staliśmy na jego środku, przywierając do siebie.

– Podobałaś mi się od zawsze – szepnął. – Nie wiem, czemu tak długo odwlekaliśmy to wyznanie.

– Bo się bałam – odparłam.

– Czego?

Czego się bałam? Że kogoś do siebie dopuszczę? Że oddam mu władzę nad sobą? Stracę kontrolę? Możliwości nigdy nie ranią aż tak jak rzeczywistość. Możliwości są ekscytujące i niezliczone. Rzeczywistość to ostateczność. To właśnie spinało mnie w relacjach z Jeffem – myśl, że jeśli powiem mu, co czuję, a on nie będzie czuł tego samego do mnie, będzie pozamiatane. Skończy się „a jeśli”, prysną wszystkie „może”, nie będzie już pięknych snów.

Sny. Tak właśnie należało to nazwać. Sennymi mrzonkami. Wszystko to tylko sen. Z którego należało się natychmiast obudzić.

Otworzyłam oczy. Przez okna w murze przeświecało słońce, rozjaśniając salę. Boleśnie odczułam rozczarowanie. Rzeczywiście śniłam, ale uwięzienie w bibliotece nie było tylko częścią snu. Nadal w niej siedziałam. Nadal bez wyjścia.

Z Daxem. Ale na podłodze już go nie było. Gdzie się podział?

Usiadłam tak szybko, że przed oczyma zobaczyłam mroczki, a gdy łapałam równowagę, śpiwór zsunął mi się z ramion. Jego śpiwór. Przykrył mnie nim. Śpiwór zsunął się na podłogę, patrzyłam, jak leży tam bezużyteczny. Momentalnie zatęskniłam za jego ciepłem.

Była ósma rano i w brzuchu burczało mi z głodu. Nikt po mnie nie przyszedł.

– Brzydzi cię mój śpiwór?

Aż krzyknęłam. Dax siedział na krześle po drugiej stronie sali. Wyciągnął przed siebie nogi, założone jedna na drugą. Miał na sobie dżinsy i czarną bluzę z długimi rękawami. Jego ciemne włosy były nieco wilgotne i teraz schły, luźno sczesane w tył. Na brodzie malował mu się cień zarostu. Do piersi przyciskał otwartą książkę. Siedział w takiej pozycji – z jednym ramieniem niżej niż drugie, z cieniami tak igrającymi na jego twarzy, jakby wyłaniała się z mroku, z czerwienią książki kontrastującą z jego czarną bluzą – że pożałowałam, iż nie mam aparatu.

– Nie podkrada się tak do dziewczyny.

– Nawet się nie ruszyłem.

– Wiem. To był żart. W pierwszej chwili cię nie zauważyłam. Dzięki… Za śpiwór. – Dreszcz, który mnie przeszedł, zdradził, że nadal by mi się przydał. – Muszę… Muszę iść do łazienki.

– Nie musisz mi się tłumaczyć.

– Powiedziałam tylko… Fakt.

Wstałam, obciągnęłam lewą nogawkę, która jakoś mi się przez sen podwinęła, i poszłam do toalety. Deska była zimna, a lustro pokazało, że prezentuję się gorzej, niż myślałam. Przez rozmazany po obu stronach twarzy tusz moje piwne oczy wyglądały na ciemniejsze niż zwykle. Włosy, dzień wcześniej ułożone w idealne fale, były teraz skołtunione, a trzy dni bez żelu do mycia twarzy groziły istnym kataklizmem. Puściłam wodę i zrobiłam, co mogłam, żeby zmyć smugi tuszu i wypłukać usta.

Palcami doprowadziłam włosy do znośnego stanu. Jeszcze czułam w karku, że podczas snu trzymałam głowę pod jakimś dziwnym kątem, a żołądek wyraźnie dawał mi do zrozumienia, że nie będzie zachwycony, jeśli nie znajdę dziś czegoś do jedzenia. Byłam na siebie zła, że zasnęłam, zamiast wprowadzić w życie plan wiodący do znalezienia telefonu Daxa. Czemu ten chłopak tak to utrudniał? Czemu się przejął, że ktoś może się dowiedzieć, że tu jesteśmy? Czyżby wszedł w jakiś konflikt z prawem…? Znowu? Co tym razem przeskrobał? Właściwie to nawet nie wiedziałam, co takiego zrobił za pierwszym razem. Mówiło się, że kogoś pobił. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby te pogłoski nie wzięły się znikąd.

Znów zadygotałam. Taka byłam podjarana tym, co wczoraj na siebie włożyłam – luźnym T-shirtem w kolorze morskim, zgrabnie skrojoną kurteczką i dżinsami. Rzecz w tym, że kiedy ślęczeliśmy nad pracą, w bibliotece było ciepło. Nawet gorąco. Po raz setny żałowałam, że zdjęłam kurtkę i wepchnęłam ją do torby. I że zostawiłam rzeczy w bagażniku Jeffa. Swoją torbę. Gdybym miała ją tutaj, sprawa wyglądałaby inaczej. Nawet gdyby nie liczyć telefonu, miałabym wszystko, czego bym potrzebowała, żeby przetrwać weekend.

Gdzieś tu musiało się kryć coś do jedzenia. Bibliotekarki przecież jedzą. Jakiś pokój socjalny? Na drugim piętrze coś znalazłam – kuchnię. Była tam nie tylko lodówka, ale i dwa automaty – jeden z napojami, drugi z przekąskami. To wręcz zakrawało na okrucieństwo: mieć przed sobą jedzenie i nie móc się do niego dobrać. Przechodząc, kopnęłam automat z napojami, pomyślałam też, czy by nie sięgnąć w głąb tej szerokiej szczeliny u dołu, żeby spróbować jakiś wydobyć, ale zaraz wybiłam to sobie z głowy. Czytałam kiedyś w internecie o gościu, któremu musiała pomóc straż pożarna, bo ręka zaklinowała mu się w takim urządzeniu.

Lodówka, w odróżnieniu od wszystkiego innego w tej bibliotece, nie była zamknięta na zamek. I był to ogromny sprzęt, taki do przechowywania cateringu. Prawie wyleciało mi z głowy, że w bibliotece urządzano też wesela i inne imprezy. Budynek, który stał się moim więzieniem, był naprawdę wielki i reprezentacyjny. Trzymając kciuki, otworzyłam drzwi lodówki. Na środkowej półce leżał trójkątny kawałek ciasta. Nie bardzo wiedziałam, czemu ktoś miałby zachować go na później, bo był taki mały. Uznałam jednak, że z wdzięcznością zjem go potem.

Za drugimi srebrnymi drzwiami znajdował się przezroczysty plastikowy pojemnik wypełniony nie wiadomo czym, na jego ściankach wyraźnie było za to widać ciemne plamy pleśni. Poza nim były jeszcze dwie tajemnicze papierowe torby. Wyciągnęłam pierwszą, oznaczoną wypisaną markerem uwagą „Tylko nie zjedzcie!”, i sprawdziłam jej zawartość – jabłko i jogurt tydzień po terminie ważności. Biorąc pod uwagę wypisane na torbie ostrzeżenie, spodziewałam się czegoś godniejszego zrabowania. Zabrałam jabłko, a jogurt zostawiłam na później. W drugiej torbie był kolejny pojemnik i puszka coli. Delikatnie wyjęłam tę plastikową michę i powoli uchyliłam wieko. Zero pleśni, ale nie potrafiłam określić, co to właściwie jest. Makaron? Warzywa? Sam węch nic mi nie podpowiadał. To mogłoby zaczekać. Wzięłam napój, resztę zostawiłam.

W szafce znalazłam jakieś kubki do kawy i dwa z nich napełniłam napojem. W szufladach nie było prawdziwych sztućców, znalazłam za to plastikowy nożyk. Natychmiast się zresztą złamał, kiedy spróbowałam przeciąć nim jabłko. Połowę zamierzałam zjeść, mając nadzieję, że Dax nie boi się zarazków.

Myłam to jabłko pod ciepłą wodą przez pół minuty, a potem ugryzłam kęs. Nigdy jeszcze nic mi tak nie smakowało. Znalazłam upchnięte w jakiejś szufladzie serwetki i kiedy już zjadłam swoją część jabłka, drugą połówkę zawinęłam, podniosłam kubki i ruszyłam na schody na ponowne spotkanie z Daxem. Gdyby udało mi się wzbudzić jego zaufanie, oszczędziłabym sobie myszkowania w jego torbie. Sam chętnie wręczyłby mi telefon. I tak zrobi. Bo jestem miła. Ludzie mnie lubią. Dax też mnie polubi.

Rozdział 5

W głównej części biblioteki w ciągu dnia było jasno: mnóstwo okien wpuszczało skośne promienie słońca. Niosłam za uszka dwa kubki i podsunęłam mu jeden z nich.

– Znalazłaś kawę?

– Może być cola?

Uwolnił mnie od jednego z tych kubków, wyciągnęłam więc w jego stronę zawinięte w serwetkę jabłko.

– Co to jest? – zapytał, zamiast je wziąć.

– Pół jabłka.

– Znalazłaś pół jabłka?

– Znalazłam całe. Połówkę zjadłam. Mogę zjeść resztę, jeśli…

Zgarnął je z mojej wciąż jeszcze wyciągniętej dłoni.

– Smacznego.

Podniósł kubek jak przy toaście i wypił duszkiem.

Żadnego dziękuję.

– Prawdopodobnie jedna z bibliotekarek kradnie jabłka. Torebka, w której je znalazłam, należała do kogoś przyzwyczajonego do tego, że tu kradną jedzenie. Trochę się przyczyniliśmy do spotęgowania tej nieufności.

– Jestem pewien, że je odkupisz.

– Może tak zrobię.

Wróciłam na krzesło, na którym spałam. Jego śpiwór wciąż jeszcze leżał na podłodze. Przypatrywałam mu się dłuższą chwilę, niechętnie myśląc o skorzystaniu z niego, ale że z każdą sekundą moje ręce coraz bardziej pokrywały się gęsią skórką, schowałam dumę do kieszeni i podniosłam śpiwór. Zarzuciłam go sobie na ramiona i usiadłam, trzymając oburącz kubek i żałując, że nie ma w nim niczego gorącego. Po wypiciu coli moglibyśmy podzielić się jeszcze jogurtem i tym ciastem, a może nawet tamtym tajemniczym daniem. Niemal czułam, jak żołądek mi się kurczy. Chyba że…

Spojrzałam na wielką torbę u jego stóp.

Kiedy podniosłam wzrok, zobaczyłam, że mi się przygląda.

– Co tam masz? – zapytałam.

Musiał widzieć, na co patrzyłam, bo odpowiedział:

– Niewiele.

– Prowiant? Jeśli planowałeś zostać tu na cały weekend, musiałeś zabrać coś do jedzenia.

– Nie planowałem zostać tu na cały weekend.

– To gdzie zamierzałeś go spędzić? I czemu tu wylądowałeś?

– Planowałem zatrzymać się gdzieś indziej.

Czekałam na wyjaśnienia, ale najwyraźniej to była cała odpowiedź.

– Nie jesteś za bardzo rozmowny.

– Mówię, kiedy mam coś do powiedzenia.

– To miała być jakaś aluzja?

– To miała być tylko odpowiedź.

Zapowiadał się długi weekend.

Dax zamknął książkę i położył ją na stole obok siebie, a potem się nachylił, opierając łokcie o kolana.

– Czemu ty tu jesteś?

Miałam ochotę palnąć coś zgryźliwego, co mogłoby konkurować z jego odpowiedziami. Na przykład: „Bo chciałam się opychać kradzionymi jabłkami i przez cały weekend czytać książki”. Pohamowałam się jednak. Może jeśli dowie się o mnie czegoś więcej, zrozumie, że chcę się stąd tylko wydostać. Że nie zostałam tu po to, by psuć mu plany.

– Musiałam do toalety.

Siadł prosto i podniósł książkę, jakbym chciała go zbyć tą odpowiedzią.

– Siedzieliśmy tu nad wypracowaniami z historii, które zadał nam pan Garcia. Ty już swoje napisałeś?

Chyba dotarło do niego, że odpowiadam na jego pytanie, bo zamiast otworzyć książkę, położył ją sobie na kolanach i pokręcił głową przecząco.

– W każdym razie przyszliśmy tu całą paczką i siedzieliśmy do końca, żeby napisać te prace. Gdy już wyszliśmy i wsiadaliśmy do samochodów, mnie zachciało się siku.

– Znajomi cię zostawili? – Wyraz jego twarzy wreszcie się zmienił. Był zaskoczony.

– Samochody były cztery. Lisa myślała, że jadę z Jeffem.

– Z twoim chłopakiem?

– Nie jest moim chłopakiem… jak na razie. Tak się złożyło, że samochód Jeffa był już pełen, i pewnie pomyślał, że pojechałam z Lisą lub z Dallinem, lub z kimś tam jeszcze. A ja nie zabrałam się z nikim… jak widać.

– Jak widać.

– Żartujesz sobie?

– Nie. Jestem zbity z tropu.

– Niby czym? – Odstawiłam pusty już kubek na pobliski stół.

– Tym, że po ciebie nie wrócili.

– Akurat to mnie również zdziwiło. – W pewnym sensie.

– Jakieś szykany?

– Uważasz, że moi znajomi mnie szykanują?

Wzruszył ramionami.

– A więc to przypadek. Wszyscy przypadkowo o tobie zapomnieli?

– Na pewno nie. Pewnie uznali, że pojechałam do domu, albo może nie uświadomili sobie jeszcze, że to tutaj mnie zgubili, i szukają gdzie indziej. – Przerobiłam w głowie już milion teorii, które by wyjaśniły, czemu po mnie nie wrócili – co jedną, to gorszą. Musiałam dać sobie z tym spokój, zanim zwariuję z niepokoju.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki