Błękitny Karbunkuł - Arthur Conan Doyle - ebook + audiobook

Błękitny Karbunkuł ebook i audiobook

Arthur Conan Doyle

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Błękitny karbunkuł to jedno z najbardziej lubianych opowiadań Arthura Conana Doyle'a z cyklu Przygody Sherlocka Holmesa — świąteczna zagadka kryminalna, która zaczyna się od zgubionego kapelusza i bożonarodzeniowej gęsi.

 

Drugiego dnia po świętach doktor Watson zastaje Holmesa przy Baker Street nad dziwnym trofeum: sfatygowanym melonikiem porzuconym na ulicy przez niejakiego Henry'ego Bakera. Gdy w wolu gęsi znajduje się bezcenny błękitny karbunkuł — klejnot skradziony hrabinie Morcar w hotelu Cosmopolitan — Sherlock Holmes rusza tropem, który wiedzie przez targ w Covent Garden i londyńskie zaułki. Za kratami czeka niewinny John Horner, a prawdziwy złodziej wciąż jest na wolności.

 

Klasyka literatury detektywistycznej w mistrzowskim wydaniu: dedukcja, humor i zaskakujące, głęboko ludzkie zakończenie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 37

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 0 godz. 47 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Jarosław Wrona

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Przygody Sherlocka Holmesa

Błękitny Karbunkuł

Arthur Conan Doyle

Nazajutrz po Bożym Narodzeniu udałem się do mego przyjaciela Sherlocka Holmesa, by powinszować mu wesołych świąt iprzeprosić za opóźnienie życzeń, wynikłe zprzyczyn rodzinnych.

Zastałem go leżącego na sofie, otulonego wciepły szlafrok koloru purpurowego, pośród całego stosu gazet. Obok sofy stało drewniane krzesło, ana jego poręczy wisiał jakiś stary, bardzo zniszczony, obrzydliwy kapelusz ze sztywnego filcu, załamany już wparu miejscach iniezdatny do użytku. Lupa ipinceta, leżące na siedzeniu krzesła, wskazywały jasno, że Holmes prowadził nad tym kapeluszem jakieś szczegółowe badania.

– Jesteś zajęty? – spytałem. – Może ci przeszkadzam?

– Wcale nie. Będzie mi nawet bardzo przyjemnie móc pomówić ze znajomym człowiekiem owynikach badania, które, jak widzisz, prowadzę. Przedmiot bardzo zwyczajny – rzekł, wskazując kapelusz palcem – ale drobne okoliczności, które się znim wiążą, nie są pozbawione interesu, anawet są pouczające.

Usiadłem przed kominkiem wwygodnym fotelu izacząłem grzać ręce, mróz bowiem był siarczysty, ana szybach osiadła od zewnątrz gruba powłoka szronu.

– Zapewne kryje się za tym tak zwykłym przedmiotem, wyglądającym na pozór spokojnie, jakaś historia niezwykłej zbrodni czy przestępstwa – zauważyłem – aty swoim zwyczajem szukasz drogi do jej wykrycia iukarania.

– Nie, nie! Nie ma tu żadnej zbrodni! – roześmiał się Holmes. – To jeden ztych drobnych, ajednak oryginalnych wypadków, które trafiają się itrafiać się muszą codziennie tam, gdzie na ciasnej przestrzeni paru mil kwadratowych roi się kilka milionów ludzi. Wtakich stosunkach, wikłających się iplączących ustawicznie, zawsze jest miejsce na niejedną zagadkę, ajej rozwiązanie, choć nie ma nic wspólnego ze zbrodnią, bywa jednak często dość interesujące. Nie pierwszy raz zresztą spotykam się zczymś takim imyślę, że ito zdarzenie zaliczyć można do kategorii wypadków niewinnych inieszkodliwych. Wszak znasz posłańca Petersona.

– Znam, istotnie.

– Do niego właśnie należą te trofea.

– Ten kapelusz?

– To znaczy: on go znalazł. Właściciel jest tymczasem nieznany. Otóż zechciej uważać to nakrycie głowy nie za kawałek brudnego izniszczonego filcu, ale po prostu za probierz naszej bystrości wodgadywaniu rzeczy nieznanych. Przede wszystkim jednak wysłuchaj, jak się cała ta sprawa miała. Kapelusz ten, widzisz, złożył nam uszanowanie rankiem wBoże Narodzenie wtowarzystwie wybornej, tłuściutkiej gąski, która prawdopodobnie piecze się wtej chwili wkuchni uPetersona. Było to tak: około czwartej nad ranem wdzień Bożego Narodzenia szedł sobie Peterson – jak ci wiadomo, bardzo przyzwoity to chłopiec – do domu po niewielkiej zabawie zkolegami. Na Tottenham Court Road zauważył wniepewnym świetle latarni gazowych jakiegoś człowieka, idącego przed nim nieco chwiejnym krokiem iniosącego na ramieniu białą, zabitą gęś. Człowiek ten na rogu Goodge Street wdał się wsprzeczkę zgromadką uliczników. Jeden znich strącił mu kapelusz zgłowy. Nieznajomy podniósł na to laskę i, chcąc uderzyć napastnika, trafił wszybę bogatego sklepu obok, którą naturalnie wybił. Peterson przyspieszył właśnie kroku, aby mu przyjść zpomocą. Nieznajomy jednak widocznie bardzo przeraził się skutków swojej niezręczności iwziął go za konstabla, gdyż czym prędzej zemknął, zostawiając na polu bitwy ów kapelusz itłustą gąskę, która wzapale walki spadła mu zramienia. Zniknął wlabiryncie przyległych ciasnych uliczek, podobnie jak iulicznicy. Peterson został panem placu boju iuznał trofea, jakie tam pozostały, to jest kapelusz igęś, za swój prawowity łup.

– No inaturalnie oddał tę gęś właścicielowi?

– W tym właśnie, mój drogi, tkwi cała zagadka! Wprawdzie do lewej nogi ptaka przywiązana była kartka znapisem „dla p. Henry’ego Bakera”, ana podszewce kapelusza widnieją także zupełnie wyraźne inicjały H.B., ale widzisz – Bakerów jest wLondynie parę tysięcy, atakich, którzy noszą do tego imię Henry, zpewnością paruset, nie jest więc rzeczą tak łatwą wyszukać wśród nich prawowitego właściciela owej gęsi!

– Cóż więc Peterson uczynił?

– Oddał mi swoją zdobycz – gęś ikapelusz – wiedząc, że interesuję się takimi sprawami, wktórych jest do rozwiązania jakaś zagadka. Gęś zachowałem aż do dzisiejszego ranka, aspostrzegłszy, że mimo mrozu, jaki mamy, jest już wsam raz pora, by ją zjeść, poradziłem Petersonowi uczynić to bezzwłocznie. Wten sposób znalazca zabrał ptaka, by spełniło się nad nim ostateczne przeznaczenie wszystkich gęsi, mnie zaś został przynajmniej kapelusz owego nieznajomego, który postradał świąteczne pieczyste.

– A nie ogłosił oswojej zgubie wgazetach?

– Nie.

– Jakże więc znajdziesz punkt zaczepienia, by ustalić jego tożsamość?

– Wyłącznie na drodze dedukcji, przez zestawienie wniosków.

– Wysnutych ztego kapelusza?

– Oczywiście.

– Żartujesz, mój drogi. Cóż można wywnioskować ztego starego kawałka zniszczonego filcu?

– Oto moja lupa. Wiesz przecież, jak biorę się do rzeczy wtakich wypadkach. Zobacz więc sam, co ztego kapelusza można wywnioskować ojego właścicielu.

Wziąłem kapelusz do ręki iobracałem go na wszystkie strony, nie wiedząc, od czego właściwie zacząć badanie. Kapelusz był jak kapelusz! Zwykły, czarny, sztywny melonik, który dawno już stracił salonowy fason.

Podszewka była zczerwonego jedwabiu, ale iona od dawna straciła pierwotny kolor. Nazwisko fabrykanta i