Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 342

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Błękitna książeczka - Waleria Marrene-Morzkowska

Romans z elementami sensacyjnymi z 1895 roku. Waleria Marrené-Morzkowska (1832–1903) to polska pisarka, publicystka, krytyczka literacka i feministka okresu pozytywizmu. Nauki pobierała w domu, a następnie w szkołach w Puławach oraz w Krakowie. Wiele podróżowała. Zawarła długoletnią przyjaźń z Elizą Orzeszkową. Po przeprowadzce w 1877 roku do Warszawy zajęła się pisarstwem, publicystyką i filantropią. W swoim domu prowadziła popularny salon literacki. Debiutowała powieścią „Nowy gladiator” w 1857 roku. Opublikowała ponad dwadzieścia utworów prozatorskich, głównie w typie romansu. Wiele z nich można zaliczyć do nurtu powieści tendencyjnej. Często poruszały one problematykę emancypacji kobiet. W jej dorobku znalazły się także publikowane na łamach „Przeglądu Tygodniowego” artykuły krytyczne, szkice literackie, recenzje i sprawozdania. Przełożyła „Kobietę trzydziestoletnią” Balzaka oraz wybrane dramaty Henryka Ibsena. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Błękitna książeczka - Waleria Marrene-Morzkowska

Fragment ebooka Błękitna książeczka - Waleria Marrene-Morzkowska

Waleria Marrené-Morzkowska

Błękitna książeczka

Warszawa 2012

[BŁĘKITNA KSIĄŻECZKA]

W piękny dzień letni, wśród cienistej alei parku, na brzozowej ławce, rzuconej niedbale pod pniem odwiecznego dębu, siedziały dwie kobiety. Przed nimi była gładka tafla jeziora, w którym tak jak w kryształowej szybie, przeglądały się nadbrzeżne drzewa, i niebo rozognione, i słup słonecznych promieni. Białe łabędzie szybowały po nim niedbale, dalej ciągnęła się aksamitna murawa, gdzieniegdzie emaliowana klombem rzadkich kwiatów, a dalej wznosiła się imponująca masa pałacowych murów, z szeroką wystawą, ubraną pomarańczowymi drzewami, na których lśniącej zieloności odbijały pięknie różowe laury i pąsowe granaty.

Pałac był widać stary, świadczyła o tym struktura, zdradzająca wyraźnie początek osiemnastego wieku, i wszystkie łamane ozdoby, jakie cechowały zwykle zepsuty styl odrodzenia, przechodzący w barok, zastosowany do potrzeb naszego klimatu.

Estetyk byłby miał zapewne wiele do zarzucenia tym szarym murom, wznoszącym się z ciężkim majestatem, których ani gzymsy, ani fryzy i półkolumny, nie mogły lżejszymi uczynić, ale pomimo to, ten zabytek przeszłości, utrzymywany ze starannością, świadczącą o dobrej woli i bycie właścicieli, nosił pański charakter. Pałac harmoniował ze starymi drzewami, które go tłumnie otaczały i widocznie były z nim współczesne. Wszędzie znać było ład i harmonię, jaką tylko otrzymać można za pomocą materialnych środków, połączonych z dobrym smakiem. Pałacowym murom nie brakło jednej cegiełki; zza lustrzanych szyb przebijały kosztowne draperie i koronki firanek, a aleje parku starannie wygracowane i wysypane żwirem, wiły się wśród pięknie utrzymywanych gajów. Widocznie miejsce to było ulubioną rezydencją bogatej rodziny, nieszczędzącej kosztu, aby ją ozdobić.

Dwie kobiety, siedzące na ławce pod dębem, nie zwracały żadnej uwagi na to, co ich otaczało; snać przywykły do tych wszystkich wykwintów. Jedna patrzała w ziemię, druga w niebo; nie miały sobie widać wiele do powiedzenia, bo długo milczały. I nie dziw: nigdy może twarze i postacie ludzkie nie tworzyły tak wielkich kontrastów.

Jedna z nich, ta, której oczy były spuszczone, mogła mieć lat sześćdziesiąt lub więcej, figura jej jednak wyprostowana skutkiem nawyknienia zapewne, zachowała sztywność, właściwą przeszłowiecznemu wychowaniu. Sucha, blada, pomarszczona, miała ten rodzaj twarzy, na której życie nie wypisało nic, nic zgoła, prócz nieuniknionych bruzd wieku. Twarz ta bez wyrazistych konturów, przedstawiała obraz startego hieroglifu, którego najbystrzejszy badacz wyczytać nie zdoła. Była to jedna z tych postaci, co przesuwają się wśród ludzi, jak mało zajmująca zagadka, niezrozumiała dla drugich, a często i dla samych siebie, których młodość pozbawiona była uroku, wiek dojrzały siły, a starość powagi. Nad jej płaskim czołem widać było spod czepka włosy jasne, a teraz skutkiem siwizny przechodzące w jakieś zielonawe odcienie. W jednej ręce trzymała parasolkę, a drugą przebierała machinalnie ziarnka różańca. Przecież nie zdawała się modlić, bo obwisłe jej usta były nieruchome, a nic w twarzy nie zdradzało namaszczenia lub skupienia myśli. Towarzyszka tworzyła z nią tak głęboki kontrast, iż każdy widząc przy sobie te dwie postacie, musiał na nią zwrócić uwagę. Była ona młoda i świeża, jak ranek wiosenny. Młodość promieniała z jej czoła, świeciła w oczach, tryskała z lica i z uśmiechu ust. Jakieś siły nieświadome siebie, pragnienia i sny wiosenne zdawały się obwiewać ją urokiem dziewiczym. Wielkie jej jasne oczy miały spojrzenie ufne i śmiałe, jak by widziały otwarte przed sobą karty przyszłości i wczytywały się w nie z wiarą, że one ziścić muszą wszystkie marzenia. Znać w niej było też niewiadomość życia, co o niczym nie wątpi i niczego się nie lęka, bo nie ma pojęcia niebezpieczeństw. Znać było palącą ciekawość, niecierpliwość nawet, jak gdyby ta młoda piękna istota była pewna, iż zbierać będzie róże bez cierni i radości bez przymieszki bólu. Ale to wszystko paliło się tylko w jej spojrzeniu, na tle jakiegoś zamyślenia, powagi, wyrobionej okolicznościami lub wolą; były to siły utajone, drzemiące, czekające chwili stosownej, a widne tylko czasem w blasku źrenicy lub w tajemniczym uśmiechu ust różowych.

Długi czas spoglądała ona na przemian w błękit nieba, zaledwie przysłoniony gdzieniegdzie białą chmurą, lub w taflę jeziora, aż wreszcie zwróciła się do swojej towarzyszki i zniecierpliwiona może jej milczeniem, zawołała:

– Drylsiu, czy ty nigdy nie skończysz tego różańca?

Głos jej miał srebrne, przejmujące brzmienie, harmonizujące z wyrazem oczu; znać było, iż mógł on zniżyć się do aksamitnych tonów uczucia i podnieść do dźwięków pełnych siły.

Stara kobieta zainterpelowana w ten sposób, zatrzymała ruch ręki, przesuwającej ziarnka, i spokojnie podniosła głowę. – A czegóż księżniczka sobie życzy? – odparła, jak gdyby jej modlitwa powinna była ustąpić pierwszeństwa kaprysowi młodej dziewczyny.

– Drylsiu, wszak ja kończę lat siedemnaście?

– Tak jest, lat siedemnaście – powtórzyła jak echo. I znowu spuściła oczy, dotykając ręką różańca. Ale myśli księżniczki, obudzone tymi prostymi słowami, pobiegły szlakiem wspomnień aż w lata dziecinne.

– Ty znałaś moją matkę, Drylsiu, nieprawdaż? – spytała nagle.

Drylska znowu oderwała się od różańca.

– Znałam – odparła tym samym tonem, jakim by odpowiedziała na każde inne zapytanie względem wczorajszej pogody lub obiadu.

Księżniczka jednak przywykła widać do monotonii jej głosu, nie zwróciła na to uwagi, bo wsparłszy głowę na ręku, mówiła z wolna:

– Chciałabym chociaż wyobrazić sobie matkę.

– Cóż znowu? przecież portret nieboszczki księżny wisi w pokoju hrabiny Aurelii, a księżniczka także ma jej miniaturę, a biust marmurowy stoi w wielkiej galerii.

Ale pomimo tego wyliczenia wizerunków matczynych, dziewczyna wstrząsnęła głową.

– Wiem, jak moja matka wyglądała – rzekła – ale mnie nie o to idzie; chciałabym sobie wyobrazić co innego, jak ona mówiła, co czuła, co myślała.

Pani Drylska nie sądząc zapewne, aby te słowa wymagały odpowiedzi, a rozstawszy się stanowczo z różańcem, kreśliła końcem parasolki po piasku jakieś arabeski niewyraźne.

– Drylsiu – zawołała znowu dziewczyna – powiedz mi przynajmniej, czy moja matka była smutna czy wesoła?

– Jak czasem, księżniczko.

– To tak jak ja.

Drylska ruszyła ramionami. – To wcale co innego; księżniczka jesteś dziecko, a nieboszczka księżna...

– Przecież już dzieckiem nie jestem – przerwała prawie nadąsana.

Niewyraźny uśmiech zarysował się na twarzy starej kobiety, ale wierna widać przyjętej taktyce, zamiast zaprzeczać swojej burzliwej wychowance, zamilkła.

– Bo widzisz Drylsiu, ja nie wiem, ale sądzę, zdaje mi się, że moja matka nie była szczęśliwą.

– Jezus, Maria! któż to mógł księżniczce powiedzieć?

– Nie powiedział mi nikt, zaręczam ci, moja Drylsiu, tylko słyszałam zawsze, że mój ojciec odbywał dalekie podróże, jak to i teraz robi.

– To i cóż z tego?

– Moja matka była samą.

– Księżna Maria nie lubiła podróżować.

– Ależ to smutno być samej, Drylsiu; ja bym się na to nie zgodziła nigdy. Moja matka nie musiała być szczęśliwa.

– Co też to księżniczce do głowy przychodzi? Księżna Maria posiadała wszystko, czego tylko zapragnąć można majątek, piękność, znaczenie...

– Alboż to wszystko daje szczęście? – zawołała dziewczyna ze szlachetną nieoględnością, cechującą jej lata.

Pani Drylska popatrzała na nią przez chwilę z nieokreślonym wyrazem; może litowała się nad jej zaślepieniem, może nie dowierzała słowom, bo jak wszystkie pospolite natury, zamykała swój ideał w doraźnym użyciu.

– Ja – mówiła dalej księżniczka, puszczając wodze marzeniom – ja gdybym kogo kochała, to musiałabym z nim być zawsze nieodstępną, nie chciałabym słuchać o żadnych rozstaniach, bo wszak ten, co kocha, nie może dobrowolnie porzucać.

– Boże mój! co księżniczka dzisiaj wygaduje! Przecie pan hrabia kocha hrabinę Aurelię, a nie zawsze są razem. Dziewczyna zrobiła nieokreślony grymas, jak gdyby familijny przykład, cytowany przez panią Drylską, niezupełnie trafiał do jej przekonania.

– Ach! – zawołała – Aurelka, to co innego, ona taka poważna, rozsądna... a potem rozumiem łatwo, że nie płacze do Emiliana, bo widzisz Drylsiu, on wcale niepowabny.

Roześmiała się głośno. Ale nauczycielka nie podzielała wcale tej wesołości, którą uważała zapewne za bardzo niewczesną, bo ściągnęła brwi z wyrazem niezadowolenia. Dziewczyna nie zważając na to, mówiła dalej:

– Marszcz się jak chcesz, moja Drylsiu, to nie przeszkadza, że Emilian jest łysy, nosi okulary i wygląda najmniej na lat pięćdziesiąt.

– Pan hrabia ma dopiero lat czterdzieści, a chociaż ma rzadkie włosy...

– O, Drylsiu, jest łysy, zupełnie łysy.

– A chociaż ma rzadkie włosy – ciągnęła dalej niezrażona przerwą kobieta – jest bardzo piękny i dystyngowany, a przy tym jaki majątek!

– Wiem, wiem; zresztą się Aurelce podobał, to najważniejsza. Tylko ja nie chciałabym podobnego męża, nigdy, nigdy!

– Alboż księżniczka wie, za kogo pójdzie?

– Mój mąż – mówiła dziewczyna – musi być młody, piękny i nade wszystko musi mnie kochać, ale to kochać całą duszą. Zresztą mógłby nie być tak bardzo piękny, byle mi się podobał i miał czarne oczy, czarne oczy koniecznie.

– I musi być bogaty – podchwyciła praktyczna Drylska. Księżniczka wzruszyła lekko ramionami; snać nie uważała za stosowne robić uwag w tym względzie, widocznie jednak stan majątkowy przyszłego małżonka był u niej na ostatnim planie. W tej chwili głos dzwonka dał się słyszeć od strony pałacu, oznajmiając zbliżenie obiadowej godziny.

– Ach Boże I – zawołała Drylska – otóż i czas się ubierać, księżniczka nie wie dziś, co wygaduje, a ja nie zmówiłam różańca.

– Mamy jeszcze dość czasu – wyrzekła dziewczyna, której widocznie nie chciało się stąd odchodzić.

– Tak, tak, dość czasu, a potem hrabina Aurelia gniewać się będzie, jak księżniczka nie przyjdzie na dzwonek, lub z pośpiechu nie da sobie porządnie włosów ułożyć.

– Chwilkę jeszcze, Drylsiu, bo widzisz, tutaj tak ślicznie, tak swobodnie... a tam, tam strasznie nudno przy tym obiedzie.

– Prawda, od kilku dni nie mamy gości.

– Ach, to nie to; chociaż i są goście, to mnie tam tak duszno, tak pusto.

– Jak to? a hrabina Aurelia?

– Aurelka jest dobra, nie sprawia mi przykrości bez powodu, tylko jak usiądziemy rzędem przy tym stole, to wszyscy są tak poważni, iż zdaje mi się, że to portrety familijne zeszły z płótna i zasiadły do milczącej uczty. I pytam się po cichu, co ja robię pomiędzy nimi? ja, niepodobna do nich i która zapewne tyle ich obchodzę, co zeszłoroczne śniegi?

– Przecież to siostra i szwagier, czyż ich księżniczka nie kocha?

– Ja – zawołała – ja chciałabym ich kochać, ale oni mnie...?

Wstrząsnęła głową z wyrazem zwątpienia.

Drylska otworzyła wielkie oczy; pierwszy to raz może wychowanka zeszła nieznacznie od marzeń do uczuć i wypowiadała je przed nią.

– A jednak – zawołała, chcąc po swojemu pocieszyć niespodziany jej smutek – gdyby księżniczka wiedziała, co dostanie na urodziny, nie mówiłaby w ten sposób. – Wiem, wiem, Aurelka jak zwykle zrobi mi kosztowny prezent, i Emilian także, to jest w zwyczaju, ale ja nie tego bym chciała.

– A czegóż? – pytała ochmistrzyni, składając ręce. Księżniczka zamilkła, nie chciała mówić więcej i zwierzać się z uczuć, które nie mogły być zrozumiane. Stłumiła westchnienie, cisnące się jej na usta, przesunęła ręką po czole, jakby odgarniając z niego fale myśli, i wyrzekła powstając, z rodzajem dziecinnej determinacji:

– Chodźmy się ubierać, późno już.

Skierowała się prosto ku pałacowi, nie bacząc na gorące słońce, którego promienie igrały w zwojach jej złocistych włosów, nie zadając sobie nawet pracy włożyć kapelusza lub rozłożyć parasolki.

Drylska podążała za nią, trzymając się cienia drzew i gderając na nieuwagę wychowanki, chociaż ta jej usłyszeć nie mogła.

Scena taka z małymi odmianami powtarzała się co dzień, pani Drylska bowiem była osobą sumienną i musiała koniecznie wypowiedzieć to, co jej nakazywał obowiązek, chociażby nawet z góry była przekonana o bezskuteczności napomnień swoich. Od zwyczaju tego nie odstępowała nigdy na jedną linię, a przecież będąc od dziecka przy księżniczce Natalii, powinna była znać lepiej ten samowolny charakter i postępować stosownie. Ale widać studia pedagogiczne nie były wcale jej zadaniem, przyjęła chleb nauczycielski bez żadnego zamiłowania lub głębszej myśli, bo on jeden jej się nastręczał i mógł zapewnić materialny dobrobyt, który sama ochmistrzyni kładła na pierwszym planie, niezdolna będąc zupełnie pojąć rozkoszy myśli i serca.

Sprawiedliwie jednak sądząc tę pospolitą indywidualność, nie mogła ona być odpowiedzialną za rzeczy, leżące zupełnie poza granicami jej pojęcia. W wychowaniu, nauce i życiu nawet nie dostrzegła nigdy nic więcej nad pewną liczbę formułek, których posiadała zapas nieprzebrany. Historia dla niej zamykała się w szeregu dat, botanika w klasach i familiach, geografia w wyliczeniu krajów, miast, departamentów, religia w pewnej liczbie praktyk i dogmatów. Poza to umysł jej nie przeszedł nigdy.

Była to encyklopedia chodząca, wyborna machinka do wyuczenia pewnej liczby faktów, ale wiedza nie wzbogaciła niczym jej inteligencji, nie rozszerzyła horyzontów wzroku, nie oświeciła uczucia. Posiadała skarb zaklęty swego ducha, ale skarb zamknięty na rygle i pieczęcie, do którego sama nie posiadała klucz. Nauka była dla niej abstrakcją, niemającą nic wspólnego z praktycznym życiem, niemieszającą się do niego wcale, i gdyby jej kto był zapytał, na co zdały się te wszystkie wiadomości, które nabyła kosztem tylu lat ciężkiego mozołu? jedyną odpowiedzią, jaką by dać umiała, byłoby to, iż wiadomości te zapewniły jej miejsce nauczycielki w znakomitym domu książąt Staromirskich; więcej nie pragnęła i nie osiągnęła, i nic dziw, fakty bowiem nie miały dla niej żadnej syntezy, władze pamięci rozwinięte pozwoliły je spamiętać, władze umysłu nie były z nimi na równi i nie odniosły stąd żadnej korzyści.

Zresztą nie przyszło jej nigdy na myśl, dlaczego ci, co nie potrzebują nauczycielskiego chleba, tracą lata młodości na wyuczeniu się tych niepożytecznych przedmiotów? To było rzeczą zwyczaju, rzeczą przyjętą, a praw obyczaju naturalnie pani Drylska nic podawała nigdy w wątpliwość. Dlatego też wszelką tradycję uważała za świętą. Wyraz „dlaczego” był dla niej antypatycznym; karciła też surowo swoją wychowankę, gdy ta wiedziona instynktem dziecinnym, zadawała jej tysiące kwestii, świadczących o budzącej się myśli. Nawet pytania z dziedziny faktów uważała za zupełnie niestosowne poza obrębem urzędowych lekcji.

Natalia więc przywykła zamykać się w sobie. A choć później przybrano do pomocy pani Drylskiej Francuzkę, Angielkę i nauczycielkę muzyki, umysł dziecka zrażony zachował na całe życie pewną skrytość. Bo też nie wiedzieć skąd roiły się w jej główce tysiące myśli i marzeń, wybiegających daleko poza granicę otaczającego ją świata. Pytania niesformułowane nigdy wyraźnie, rozwiązywały się w jej inteligencji w sposób, który by niezawodnie stokroć gorzej jeszcze przeraził ochmistrzynię. Poza martwymi przedmiotami, jakimi usiłowano jedynie zająć jej umysł, dostrzegała jakieś tajemnicze horyzonty, w które zapuszczała wzrok chciwy, ciekawy. Wyobraźnia niekierowana logicznie, wybujała w fantazję i tworzyła wymarzone światy. Tam chroniło się serce dziewczyny, mrożone konwencjonalną atmosferą, w jakiej żyć musiało, na próżno szukając wkoło siebie gorętszego uderzenia.

Chodziła po świecie półsenna, spełniając machinalnie obowiązki dobrze wychowanej panny, w które wdrażano ją od dzieciństwa, bo obowiązki te nie wymagały zbytniej uwagi i pozwalały myślom uciekać w krainę marzeń. Natalia przykładnie milczała w towarzystwie, spełniała odebrane polecenia, odpowiadała nawet monosylabami na wyraźne interpelacje, ale w gruncie rzeczy najczęściej myślała o czym innym.

Była to żywa tajemnica dla otaczających, tajemnica jednak, której nikt nie zadał sobie pracy zgłębić, a nawet nie domyślał się istnienia.

Dotąd Natalia zadowalała się marzeniem i było jej swobodnie w tych światach, w jakich była władczynią samowolną. W głębi ducha jednak czuła, że marzenia te były tymczasowością tylko, iż życie powinno je w czyn wprowadzić. Zaczynała więc coraz bardziej niecierpliwić się monotonnym bytem, jaki prowadziła, i rwać do urzeczywistnienia czarnoksięskich bajek, które niezmordowanie opowiadała samej sobie w godzinach pozornej ciszy. Coraz też częściej rzucała niebaczne słowo, zdanie, myśl wobec Drylskiej, co powinno było zwrócić uwagę nauczycielki i zdradzało tajemnicze burze, kipiące pod plastyczną powłoką spokoju.

Drylska nie była w stanie zrozumieć tych groźnych symptomatów. Teraz zaś zdążała za księżniczką, trzymając w ręku jej porzucony kapelusz, w czasie gdy Natalia, nie zważając na palące promienie słoneczne, biegła wprost przez trawnik na wystawę. Tutaj zatrzymała się znienacka zarumieniona.

Na wystawie stał szwagier jej, hrabia Emilian Romiński, i rozmawiał z jakimś nieznajomym mężczyzną. Teraz jednak dziewczyna spostrzegła tylko hrabiego.

– Cóż to panna Natalia tak się spieszy? – wyrzekł z lekkim szyderstwem, spoglądając na jej włosy rozrzucone i kropelki perlące się na czole.

Hrabia, jakeśmy to widzieli, nie miał wcale łask u księżniczki, i nie dziw, nie posiadał bowiem nic zgoła, coby się mogło podobać rozmarzonej dziewczynie. Rysy jego regularne, ale noszące ślady widocznego znużenia lub przesytu, uderzały jakimś szyderczym składem, szare oczy patrzały przez szkła okularów na świat i ludzi z nieokreśloną pogardą, ironiczny uśmiech zdawał się przyrosły do bladych warg, zawsze gotowych wybuchnąć sarkazmem. Czy byłe to winą położenia, otaczających, lub wrodzonej przenikliwości? Pytanie to zostać musiało bez odpowiedzi, bo hrabia zwykle skąpy w słowa, chętniej daleko mówił o drugich, niż o sobie, i posiadał też pańską stanowczość, niedopuszczającą najoględniejszego badania.

Pomimo zapewnień Natalii, nie był on zupełnie łysy, ale czarne włosy, gdzieniegdzie na skroniach świecące srebrną nicią, zbyt może odkrywały czoło. Nadawało mu to pewną powagę, co połączone z postawą i ruchami, usprawiedliwiało pochwały Drylskiej. Hrabia był rzeczywiście imponującym i dystyngowanym, blada jego twarz wyróżniała się od tłumu, a jeśli nie można było nazwać jej piękną w pospolitym tego słowa znaczeniu, posiadała wybitny charakter. Widocznie był to jeden z tych łudzi, których niełatwo oszukać, co chłodnym, beznamiętnym wzrokiem przebijają maskę pozorów i oceniają właściwą wartość rzeczy. Wrażenia jednak odebrane tonęły w wyrazie znudzonej pogardy, zaledwie pokrywanej światowym obejściem, jaka cechowała jego fizjognomię i była niejako niezmiennym tłem, wyrobionym przez życie. Musiał wysączyć do dnia kielich rozkoszy, zaglądać do niejednych brudnych kryjówek i nie cofać się przed żadną dostrzeżoną prawdą, skoro doświadczenie wyryło się w jego duchu niestartym stygmatem niewiary. Czy jednak doświadczenie to było mu bolesne? czy nie studiował wkoło siebie wzburzonych żywiołów społecznych, z tajemną chęcią dostrzeżenia samych stron ujemnych? Za to trudno było zaręczyć. Są wrodzone popędy niedające się przeinaczyć. Są duchowe źrenice, co skupiają w sobie lub rozpraszają światło. Wzrok hrabiego musiał posiadać tę ostatnią właściwość, bo ze szkoły świata wyniósł tylko zwątpienie i szyderstwo. Dlatego też zapewne wzbudzał daleko więcej obawy niż sympatii, i zazwyczaj nie starał się o nią. Był on konsekwentny sam z sobą i pogardzając ludźmi, nie ukrywał się z tym wcale.

– Cóż to pannie Natalii? czy kto goni? – powtórzył, nie odbierając odpowiedzi. Czemuż sama wracasz z ogrodu? gdzie pani Drylska?

Dziewczyna stała w miejscu zawstydzona, jak ptak spłoszony, czuła bowiem dobrze, iż popełniła znowu jedna z tych nieokreślonych win, na które nic ma właściwego nazwiska, ale dla których właśnie hrabia Emilian miał nieprzebrany zapas szyderczych docinków.

– Idę się ubierać – szepnęła wreszcie. W tej chwili ukazała się ochmistrzyni. – Pani Drylska – mówił dalej hrabia – razem z panną Natalią zapomniała o ubiegającej godzinie, zapewne obie byłyście zatopione w poetycznych marzeniach; widziałem was nad brzegiem jeziora.

Drylska przygryzła wargi, ale nic nie odrzekła. Natalia zarumieniła się jak wiśnia.

– Proszę nie łajać pani Drylskiej! – zawołała – to ja zapatrzyłam się w niebo i nie chciałam odejść.

– Poznaję w tym szlachetny zwyczaj szesnastoletnich panien.

Słowa te wyrzekł Emilian z tak wyraźnym lekceważeniem, iż łzy oburzenia zaświeciły w oczach Natalii.

– Będę jeszcze gotowa do obiadu! – zawołała.

– Śmiem o tym wątpić, bo włosy potrzebują bardzo grzebienia i umiejętnej ręki.

Natalia podniosła głowę na przeciwległe zwierciadło i pognała całą prawdę słów szwagra. Toaleta jej była w smutnym stanie. Chodząc po ogrodzie i nachylając się ku łabędziom, pomaczała lekką suknię; włosy od dawna uwolnione z więzów kapelusza, zaczepiały się o gałęzie i wisiały na ramionach, a wśród nich przebijały mimowolne ozdoby, przyniesione przez wiatr listki i kielichy kwiatów, nadając im większy jeszcze pozór nieładu. Rzeczywiście, wyglądała ona teraz więcej na rozswawoloną pensjonarkę, niż na dorosłą pannę, marzącą o przyszłym małżonku.

Ale najbardziej zawstydziła Natalię obecność nieznajomego, którego profil ujrzała znienacka, podnosząc oczy. Stał on niedaleko drzwi wchodowych, wsparty lekko o żelazny stolik i patrzał na nią wzrokiem pełnym podziwu, jakby olśniony nagłym zjawiskiem, a kiedy przechodziła koło niego, chcąc czym prędzej schronić się do swego pokoju, złożył jej ukłon pełny uszanowania.

Nie miała czasu mu się przyjrzeć; dostrzegła tylko, że był młody i że postać jego kształtna i szlachetna uderzała wyrazem smutnego zamyślenia; dostrzegła jeszcze (oczy dziewcząt są czasami tak bystre), jak cień czarnych rzęs padał na policzki, mające matową bladość słoniowej kości, i ciemne włosy, co bujnymi zwojami otaczały czoło. Uciekła do swego pokoju i tam zamiast się szybko ubierać, jak tego wymagała spóźniona godzina, rzuciła się na kanapkę i zakryła twarz rękami.

– Księżniczko, księżniczko, trzeba się spieszyć! – wolała Drylska, przyzywając na pomoc garderobianą.

Ale Natalia nie zdawała się jej słyszeć; w myśli jej był jakiś chaos dziwny, niepojęty dla niej samej. Gniew, wstyd, oburzenie, mieszały się z miększymi uczuciami i cisnęły jej łzy do oczu. A przecież gdyby kto postrzegł ją i zapytał, czego płacze? nie potrafiłaby na to odpowiedzieć. Pragnęła, aby ją zostawiono w spokoju, aby mogła myśleć, marzyć, płakać do woli. Czy ubodły ją tak dotkliwie żarty hrabiego, czy też w głębi jej wzruszenia tkwiła owa postać nieznajomego, spostrzeżonego w przelotnej chwili? Natalia sama tego nie wiedziała.

– Drylsiu – wyrzekła wreszcie – że też ten Emilian musiał nas zobaczyć!

– Bo też księżniczka na nic nie uważa: a ja mówiłam, prosiłam...

I zabierała się wypowiedzieć długą litanię żalów, kiedy dziewczyna przerwała jej znienacka:

– Kto to stał z hrabią na wystawie?

– Nie wiem, ale jeśli kto z gości, to się dowiemy przy obiedzie; trzeba się prędko ubierać.

Tym razem Natalia nie stawiała oporu naleganiom ochmistrzyni. Podniosła się szybko z kanapki i garderobiana zaczęła wprawną ręką układać jej włosy. Nim jednak zdołała ukończyć toaletę, dzwon obiadowy dał się słyszeć.

– Boże! – zawołała Natalia – znowu nie będę gotowa, znowu ten nieznośny Emilian będzie się ze mnie wyśmiewał! I gorączkową ręką przypinała kokardy do sukni, wyrywając się z rąk służącej, kończącej swoje arcydzieło, aż wreszcie wyprzedzając Drylską, zbiegła po schodach i weszła do jadalnego pokoju z bijącym sercem.

Była to ogromna sala, mogąca pomieścić licznie zebranych gości, teraz jednak przy wielkim stole siedziały dwie osoby, hrabina i hrabia Romińscy, a obok były tylko dwa puste nakrycia. Księżniczka objęła to pierwszym wejrzeniem.

Aurelia była dużo starsza od Natalii, ale powierzchowność jej powiększała jeszcze rzeczywistą różnicę lat, istniejącą pomiędzy nimi. Była to kobieta szczupła, wysoka, jedna z tych powiewnych postaci, co zdają się prawie nie należeć do ziemi. Piękność jej była tak olśniewająca, iż mogła wyzywać zwycięsko rękę czasu, i dlatego piękność ta nie miała właściwego wieku; można było podziwiać delikatny owal twarzy, rysy cudnie wymodelowane, czoło pełne majestatu i doskonałość kształtów, nie zapytawszy wcale o lata tej kobiety. Bo pomimo nieskażonej świeżości lica i białej płci, pod którą przebijała drobna siatka niebieskawych żyłek, było coś nieokreślonego w jej uśmiechu i spojrzeniu, co zdradzało, iż daleko zostawiła poza sobą marzenia, żywość i wiarę młodości. Oczy jej miały blask przygaszony, jakby nie płonęła w nich już żadna nadzieja, jak gdyby jakaś tajemnicza walka lub boleść zniszczyła niepowrotnie wszystkie kwiaty ducha i pozostawiła obumarłą piękność, nieożywioną niczym. Chociaż usta jej uśmiechały się, wiał od tej kobiety chłód grobowy, wyglądała więcej na marmurowy posąg, ożywiony tajemniczym zaklęciem, niż na istotę z krwi i ciała; a przecież pomimo to była tak piękną, tak cudnie piękną, z tą cichą zadumą na czole, z okiem zgubionym w przestrzeni, albo raczej zwróconym w głąb własnego ducha, iż poeta mógłby marzyć o niej, jak o zaczarowanej w bajce królewnie, a psycholog rozbiorąc problemat, czemu ta kobieta w pełni sił i zdrowia, podobna była do nagrobowego pomnika? Problematu tego jednak ani poeta, ani psycholog, nie zdołałby rozwiązać; ani przeszłość, ani obecne życie hrabiny Aurelii nie zdawały się ukrywać żadnej tajemnicy. Córka wielkiej rodziny książąt Staromirskich, oddała dobrowolnie rękę hrabiemu Romińskiemu, a chociaż świetność jego rodu niezupełnie odpowiadała stanowisku żony i trąciła świeżym zbogaceniem, za to ogromny majątek równoważył tę różnicę. Zresztą hrabia był w najwyższym stopniu dobrze wychowanym, wykwintnym i dystyngowanym, a żadna chmura nie powstała nigdy widocznie na horyzoncie pożycia tej dostojnej pary. On słynął jako wzorowy małżonek, ona jako najlepsza żona, a syn jedynak, sześcioletni Henryś, dopełniał miary ich szczęśliwości. Ale ani widok syna, ani męża, niezdolne były wywołać silniejszego wzruszenia w hrabinie, ani zmienić marmurowej nieruchomości jej twarzy. Uśmiechała się do nich spokojnie, z tym stereotypowy ni uśmiechem, który wiecznie gościł na jej pięknych ustach, a przecież nie rozjaśnił spojrzenia i nic opromienił twarzy. Uśmiech ten widocznie nie pochodził z głębi serca: wdziewała go jak maskę i rzucała światu z jakąś straszną obojętnością, nie pozwalając domyślać się jaka była treść jej ducha, rozpacz, obojętność, znudzenie lub nicość zupełna.

Zazwyczaj Aurelia była milcząca, nie tak jednak, aby to mogło zwrócić uwagę lub pobudzić złośliwe spostrzeżenia. W towarzystwie szczególniej mogła służyć za wzór dystynkcji i dobrego smaku, mówiła zawsze tyle i to właśnie, co powiedzieć należało, ganiła to, co świat potępiał, chwaliła, co on chwalił, przejęta była szlachetnym oburzeniem na to wszystko, co wychodziło poza normę przyjętych zasad. Jednym słowem, była ona najzupełniej na swoim miejscu, odpowiednio do stanowiska, jakie zajmowała. Ma się rozumieć jednak, iż obiad w starożytnej sali pałacu głogowskiego, w gronie ściśle rodzinnym, usprawiedliwiał skargę Natalii, która bez ceremonii nazywała go nudnym. Hrabina i hrabia milczeli uparcie, Drylskiej nie wypadało wszczynać rozmowy, patrzyła więc w talerz, jak w tęczę. Zresztą była tak zajęta sprzątaniem nieznacznie największej ilości dobrych kąsków, iż zapewne nie była w tej chwili zdolna do jakiego bądź innego zajęcia. Natalia jedna reprezentowała tutaj element życiowy, ale zmrożona obojętnością otoczenia, musiała przystosować się do ogólnego tonu, a jeśli kiedy próbowała rzucić jakie słówko lub zapytanie, odbierała lakoniczną odpowiedź, która od razu przecinała wszelką możność rozmowy.

Lokaje w wielkiej liberii, pod przywództwem kamerdynera, krzątali się uroczyście około stołu, uważni na każde skinienie państwa, tak, iż odgadywali ich żądania, nim wymówione zostały. Jedyną więc rozrywką biednej Natalii był portret, umieszczony naprzeciw niej, wyobrażający piękną damę, w wyszukanym stroju przeszłowiecznym. Cala jadalnia obwieszona była portretami familijnymi, nikt jednak nie wiedział dokładnie, czyje to były wizerunki.

Świeżo kreowany hrabia Romiński, ojciec Emiliana, nabył Głogów, razem ze wszystkimi zabytkami przeszłości, od zrujnowanej rodziny, co zmuszona była sprzedać go, i od razu stał się właścicielem długiego szeregu przodków, których malowane twarze bynajmniej nie zmieniły wyrazu, patrząc na splendory, jakimi nowonabywca otoczył ich rodzinne gniazdo. Przy odrobince więc dobrej woli, można było uważać portrety głogowskie za protoplastów dzisiejszych dziedziców, zresztą, o ten drażliwy przedmiot nikt się nie pytał i nikt nie myślał ruszać wizerunków dam i rycerzy z ich miejsc odwiecznych. Nadawały one bowiem jeszcze większą uroczystość wielkiej sali i sczerniałym dębowym lamperiom, wyrzynanym w bogate arabeski, które służyły im za ramy.

Natalia znała je na pamięć, tak samo jak twarz upudrowanej blondynki, z niebieską różą we włosach i z papugą na ręce, która służyła jej za vis a vis w czasie wszystkich milczących obiadów, jakie spożywała tutaj. Znała doskonale różnokolorowe kwiaty, haftowane na jej sukni, a nawet deseń koronki mogła była odrysować z zamkniętymi oczyma.

Ileż razy z nudów Natalia zwracała myślą ku tej damie swoje pytania, uwagi i żale! ileż razy spowiadała się z marzeń, a ona zalotnie przymrużonymi oczyma zdawała się jej czynić znaki porozumienia! Teraz jednak, ujrzawszy siostrę i szwagra, siedzących poważnie przy stole, i dwa tylko puste miejsca, swoje i Drylskiej, Natalia doznała jakiegoś dziwnego uczucia, jakby zawiedzionej nadziei, i razem odetchnęła swobodniej. Jeżeli za opóźnienie miała ją spotkać wymówka lub sarkazmy, nikt przynajmniej nie miał być tego świadkiem.

Jakoż wymówka się nie spóźniła i nastąpiła z matematyczną akuratnością w chwili właściwej. Hrabina Aurelia widząc wchodzącą siostrę, kiedy już druga potrawa była na stole, przywołała ją do siebie i w krótkich, ale dobitnych słowach wykazała niestosowność postępku, zgubne skutki nieuwagi, nieobliczania się z czasem, które mogą wpłynąć na całe życie kobiety i spaczyć jej przyszłość. Słowem, wypowiedziała jej to wszystko, co Natalia słyszała przynajmniej trzy razy na tydzień.

Jednak hrabina czyniła to z niezachwianą powagą, powtarzała to, co mówiła wczoraj, bez niecierpliwości i żywszego akcentu, spokojnym, jednostajnym głosem, nie zmieniając uśmiechu ani wyrazu twarzy.

Natalia wysłuchała jej przykładnie jak zwykle, po czym usiadła na swoim miejscu, zwracając się machinalnie ku upudrowanej damie, której nieruchoma twarz zdawała się wyrażać szyderskie współczucie.

Emilian, przeciw zwyczajowi, nie dodał nic do słów żony; może myślał o czym innym.

Obiad upływał w milczeniu, jak zawsze, młoda dziewczyna jednak nie mogła spokojnie usiedzieć na miejscu dnia tego. Myśl jej była zajęta ważnym problematem. Kto był ten nieznajomy, stojący na wystawie? skąd przybył? gdzie się podział? Z powierzchowności wyglądał na kogoś należącego do towarzystwa szwagra, cóż znaczyła jednak w takim razie nieobecność jego przy obiedzie? Wprawdzie mogła zapytać Emiliana, ale nie pomyślała o tym nawet; byłaby wolała umrzeć, niż zwrócić jego uwagę na tę okoliczność, lub narazić się na jaki bądź żarcik z jego strony.

Po obiedzie podano kawę na wystawie, a gdy nie było nikogo obcego, hrabia wypijał od razu swoją filiżankę i odchodził do swego apartamentu; siostry wówczas zostawały same. Aurelia wzięła zwykłą robotę, jakiś dywan, przeznaczony do kościoła, zaczęty przed laty i daleki bardzo od ukończenia, i machinalnie zaczęła przesuwać igłą kolorowe włóczki z takim samym spokojem i powagą, jak gdyby spełniała najważniejszy obowiązek.

Natalia usiadła naprzeciwko niej, zwrócona ku drzwiom wchodowym, a przed jej niezmordowaną wyobraźnią zarysowała się postać, widziana w tym miejscu przed kilku godzinami. I znowu skroń jej spoczęła na ręku, a tajemnicze sylfy marzenia otoczyły ją zaczarowanym kołem.

Pięknie jej było w tej zaniedbanej postawie, z uśmiechem nadziei na w pół przymkniętych ustach, z tą wiarą w przyszłość, co zdawała się opromieniać jej czoło cichym majestatem niewinności i wdzięku. Nie wiedziała sama, jak długo była tak nieruchoma, gdy uczuła ów rodzaj niewytłumaczonego niepokoju, jaki sprawia wzrok ludzki silnie utkwiony. Podniosła oczy. Rzeczywiście od niejakiego czasu ręka Aurelii była nieruchoma, a spojrzenie jej przymglone zatrzymało się na siostrze.

– Czemu ty nic nie robisz? Natalko – wyrzekła. – Dziewczyna milczała.

– O czym myślałaś? – pytała dalej hrabina.

– Ja... ja...? – powtórzyła zmieszana – doprawdy nie wiem sama; nie myślałam o niczym.

– Kłamiesz Natalko, uśmiechałaś się; nie można uśmiechać się do niczego.

Tym razem szkarłatny rumieniec był całą odpowiedzią. Ale po chwili nabierając odwagi, odrzekła:

– Myślałam... myślałam, że kończę lat siedemnaście.

– I dlatego zarumieniłaś się tak gwałtownie? Nie mówisz mi całej myśli twojej; to źle, Natalio.

Pytanie było siostrzane, ukrywało może prawdziwą miłość, a przynajmniej współczucie, ale twarz Aurelii nie zdradzała żywszego wzruszenia, głos miał monotonne brzmienie, odejmujące wartość słowom. Przecież dziewczyna zachęcona nimi, wyrzekła:

– Kto wie? gdybym ci to powiedziała, złajałabyś mnie pewno.

– Więc myślałaś coś złego?

– Może; myślałam, że nie jestem już dzieckiem, a wy tak obchodzicie się ze mną, jak gdybym nim wiecznie być miała.

– Czy to cię martwi, Natalio?

– Nie, to mnie niecierpliwi. Aurelia popatrzała przez chwilę na jej twarz, pełną dziecinnej energii, i spuściła głowę. Nie znajdowała odpowiedzi dla siostry, lub nie chciała jej wypowiadać.

– Więc czegóż byś chciała? – spytała po chwili milczenia.

Praktyczność kwestii postawionej w ten sposób, znalazła Natalię zupełnie nieprzygotowaną do odpowiedzi. – Ja nie wiem – odparła zmieszana.

– Widzisz więc, że na prawdę jesteś dzieckiem, a co gorsza, dzieckiem swawolnym i rozmarzonym. Strzeż się, to może doprowadzić cię tylko do nieszczęścia.

– Czemu?

– Bo życie nie sprawdza marzeń nigdy, nigdy, pamiętaj o tym.

– A jakże to wiesz? albo żeś marzyła kiedy, ty Aurelio? Wargi starszej siostry zadrgały lekko, nieznacznie pod uśmiechem, który z nich nigdy nie schodził; pochyliła głowę nad robotą i milczała przez chwilę.

– Nie chodzi tu o mnie, ale o ciebie, Natalio – wyrzekła po namyśle.

– A cóż chcesz, żebym robiła sama jedna w tym zaklętym pałacu, kiedy mi nawet myśleć zabraniasz? – odezwała się dziewczyna, w której wybuchały długo tłumione bunty.

– Owszem Natalio, chciałabym, abyś myślała rozsądnie.

– Alboż ty pytasz się o myśli moje? Kto ci powiada, że właśnie nie są takie, jak być powinny?

– Ażeby myśleć, trzeba znać życie koniecznie, a pomimo, iż masz lat siedemnaście, nie widzę, abyś miała sposobność mu się przyjrzeć.

– To już nie moja wina.

– Życie jest smutne i brzydkie, wierz mi; nie spiesz się do niego, poznasz je aż nadto wcześnie.

– Wszyscy mi to powtarzają – zawołała dziewczyna, wstrząsając niecierpliwie głową  – ale takim rzeczom nikt nie wierzy na słowo. Więc miałabym zawsze żyć tutaj, zamknięta, ażeby uniknąć jakiegoś tajemniczego nieszczęścia? A któż ci powiada, że mi tu nic nie brakuje, że mi nie duszno, nie tęskno? Są chwile, kiedy czuję, iż mnie krępują niewidzialne więzy, i chciałabym je rozerwać jakim bądź kosztem; są chwile, kiedy wolałabym zobaczyć grom jakiś, niż tę wiecznie jednostajną spokojność. Nigdy może w życiu Natalia nie wypowiedziała tak dobitnie głębi swojej myśli; starsza siostra słuchała jej nie przerywając i przesuwając niezmordowanie igłę po kanwie. Gdy skończyła, popatrzała na nią przez chwilę i wyrzekła:

– Uspokój się Natalio, nikt nie myśli tu na uwięzi zamykać twojego życia, chciałabym tylko, abyś poznała szczęście bez burzy i uniknęła rozbicia.

– Wy wszyscy jesteście tak pełni tajemnic.

– Ja – zawołała hrabina ze szczególnym wyrazem – nie rozumiem cię.

– Tak jest, pełno pytań tłoczy mi się na usta, a nikt na nie nie chce odpowiadać.

– To źle Natalio; próżna ciekawość do niczego nie prowadzi; nie potrzebujesz o nic pytać, ani się o nic troszczyć; niepokój twój jest grzechem, z którego powinnaś spowiadać się.

– Drylska mi to samo powtarza.

– Drylska ma słuszność; panna dobrze wychowana powinna milczeć, słuchać i czekać.

– Czekać? na co? – podchwyciła gwałtownie.

– Na to, co starsi postanowią.

– A jakbym ja się na to postanowienie nie zgadzała?

– Żartujesz zapewne, Natalio; wiesz dobrze, iż to być nie może.

Głos hrabiny dźwięczał takim chłodem i stanowczością, że dziewczyna umilkła zawstydzona. Rzeczywiście, uniesiona ogniem dyskusji, a może zachwycona niezwykłą cierpliwością siostry, zapędziła się zbyt daleko, wypowiadając to, o czym nie myślała wcale. Tkwi! w niej dzisiaj jakiś pierwiastek burzliwy, z którego sobie sama sprawy zdać nie umiała.

– Próbowałam mówić z tobą, jak z istotą rozsądną – ciągnęła dalej Aurelia tym samym tonem – a ty mi odpowiadasz, jak kapryśne dziecko, bez zastanowienia. Starsi znają życie lepiej stokroć od ciebie, więc z pewnością to, co postanowią, uczyni cię szczęśliwą.

Słowa podobne Natalia słyszała aż nadto często. Wprawdzie w zasadach tych, które wpajano jej od dzieciństwa, łatwo było dostrzec niejedną wadę rozumowania, niejeden uderzający brak logiki; jednak młoda dziewczyna sama zbyt mało była biegłą w dialektyce, aby je zauważyć. Zresztą doktryny te tworzyły pewną całość i otaczały ją od lat pierwszych jakąś sztuczną atmosferą. Czasem, jak się sama wyrażała, atmosfera ta ją dusiła; czyniła rozpaczne usiłowania, szukając dla siebie zdrowszego pokarmu. Ale daremnie: poza nią nie znalazła nigdy nic innego, nie mogła mieć wyobrażenia o innym świecie, o innych myślach i pojęciach, niż te, które na wszystkie tony słowem i czynem powtarzano wkoło niej. Aurelia, Emilian, Drylska, towarzystwo, jakie się zbierało w Głogowie, wszystko to stanowiło tylko rozmaite tony jednej gammy. Żaden dźwięk dzisiejszych walk nie doszedł nigdy do uszu dziewczyny, chowanej w sztucznej cieplarni konwencjonalizmu. Jeśli więc podawała kiedykolwiek w wątpliwość wszechwiedzę starszych i dobijała się własnej indywidualności, oraz udziału we własnym losie, czyniła to na swoją odpowiedzialność, wiedziona nieujętym instynktem słuszności, nie zaś jakąś zewnętrzną pobudką.

– Gdybyś przynajmniej – szepnęła nieśmiało skarcona Natalia – pozwoli ta mi przeczytać choć jedną z tych książek, których jest tyle u ciebie.

– A to na co? – przerwała surowo hrabina. Masz przecież „Bibliothèque de la jeunesse”, masz „Abrégé de Voyages”.

– Ależ to same książki dziecinne, albo naukowe, a ja bym chciała...

– Czegoż? – Chciałabym przeczytać jaką powieść – rzekła coraz niepewniejszym głosem, czuła bowiem, iż prośba jej odrzuconą będzie.

– Panny dobrze wychowane nie powinny czytać powieści.

– Dlaczego? moja Aurelko. – Hrabina wzruszyła ramionami.

– Uważam to pytanie za zbyteczne; wiedz jednak, że powieści rozbudzają wyobraźnię i rozmarzają umysł, a ty jak widzę, aż nadto do tego jesteś skłonna. Są to złe książki.

– A czemuż ty je czytasz i kupujesz? – zapytała naiwnie Natalia.

– To zupełnie co innego – odparła sucho starsza siostra.

– Ja tego nie mogę zrozumieć.

– Bo też nie potrzeba, ażebyś rozumiała; jest to fatalny zwyczaj, Natalio, chcieć wszystko pojąć, ze wszystkiego sobie zdać sprawę, to do niczego nie prowadzi.

– Ja myślałam przeciwnie, że to prowadzi do rozsądku, który mi zawsze zalecacie.

Odpowiedź to była wcale dowcipna, jak na niedoświadczoną dziewczynę, i mogła była zbić z tropu osobę mniej pewną siebie od hrabiny Aurelii, ale ta odpowiedziała bez namysłu.

– Mylisz się; rozsądek polega na tym, aby słuchać starszych, nie wtrącać się w to, co do nas nie należy, nie myśleć o tym, co nie potrzebne i nie mieć próżnych ciekawości.

Natalia mogła zapytać, gdzie granice rzeczy potrzebnych i niepotrzebnych i tym podobnie? Ale nie uczyniła tego; czuła instynktownie, iż najgorętsze jej pytania i prośby będą daremne i rozbić się muszą o puklerz chłodnej obojętności, którym siostra była uzbrojona. Po każdej podobnej rozmowie opadało ją zniechęcenie, poczucie samotności, sieroctwa i paląca tęsknota do jakiej bądź ludzkiej piersi, coby odpowiedziała jej echem zrozumienia lub współczucia.

W takich chwilach Natalia zwracała się myślą do umarłej matki, widziała ją przed oczyma wyobraźni taką, jakiej pragnęło jej serce, tuliła się rozżalona do jej łona, szukając odpowiedzi na pytania bytu, co drgały jej nieustannie na ustach.

W rzeczywistości zdarza się nieraz, iż pomiędzy rodzicami a dziećmi istnieje rozdźwięk równy temu, jaki młoda księżniczka Staromirska spotykała wkoło siebie. Nieraz dzieci żyjących matek są stokroć więcej osierocone, niż te, które przynajmniej mogą swobodnie sercem przyrość do grobu i ukochać to, czego nie zaznały, czego smutna prawda nie odarła z żadnej ułudy. Ale matki umarłe, matki, których rysy jawią się tylko w mglistych wspomnieniach dziecinnych, z uśmiechem i pocałunkiem na ustach, pozostają na zawsze ideałem dla sieroty, aniołem opiekuńczym. Do niego zwracają się w dniach bólu i szczęścia, w zwątpieniach i rozkoszach.

Tak czyniła Natalia, szukając prawdy i światła. Te dwa pragnienia zrodziły się w niej dlatego może, iż nie spotkała wkoło siebie czułej, troskliwej miłości, co jedna mogła uczynić jej znośną tymczasowość i uspokoić natrętną żądzę przyszłości.

Dziewczyna myślą uciekała w przyszłość w braku właściwego pokarmu dla umysłu i serca. Siostra zabraniając jej czytać powieści, nie zniweczyła wcale tym zakazem skłonności do marzeń, przeciwnie, Natalia pozbawiona książek, których pragnęła, z żądzą budzoną zawsze owocem zakazanym, tym polotniej bujała w krainie fantazji, nieobciążonej rzeczywistością żadną, a romanse, jakie w braku gotowych, snuła z własnej wyobraźni, były stokroć szkodliwsze od tych, jakie przeczytać mogła.

Dotąd żyła w domu siostry jak w klasztorze, według tradycji rodziny Staromirskich, która wówczas dopiero córkom swoim otwierała podwoje świata, gdy miała dla nich upatrzonego małżonka i zawarte pod tym względem układy familijne. Dziewczyna powinna była przechodzić z ciszy dziewiczych komnat, do których z daleka tylko dochodził odgłos zabaw, w ręce męża. Tym bowiem sposobem rodzina zapewniała sobie z jej strony bezwarunkowe poddanie w razie nawet, gdyby serce gotowe było zaprotestować przeciw układowi, uczynionemu bez jej współudziału.

Księżniczki Staromirskie nie mogły czynić wyboru, musiały los swój przyjąć gotowy; ku temu było skierowane całe ich wychowanie, ku temu zmierzała surowa samotność, w jakiej je trzymano, pokazując tylko świat z daleka, jako przynętę, obietnicę i nagrodę posłuszeństwa. Taktyce tej nie można było odmówić logiki; cel był zazwyczaj osiągany. Księżniczki Staromirskie nie stawiały oporu woli rodziny i czyniły świetne partie. Jakie zaś miało być ich dalsze życie, o to nie troszczono się zbytecznie, w przekonaniu, że stary ród obowiązuje, że bogactwo i znaczenie dla wysoko położonych istot powinno być szczęściem, a przynajmniej szczęście zastąpić. A potem spuszczano się na los, na okoliczności, na zasób religijnej rezygnacji.

Los więc Natalii nie był wcale różny od losu innych dziewic jej domu, a jeśli znosiła go ze szczególną niecierpliwością, było to winą nieszczęśliwego charakteru, a może winą owych niewidzialnych prądów, co jak tchnienie boże przebiegają świat od końca do końca, wciskają się przez drzwi najszczelniej zamknięte, drgają w najbardziej przeciwnej atmosferze i przebijają na wskroś chińskie mury odosobnienia.

Zresztą inne może cierpiały tak, jak ona, buntowały się jak ona, a cierpienia ich i bunty pokryła mgła niepamięci. Może i z nią tak być miało. Któż przejrzał kiedy głębie serc zranionych? kto się domyślał konania ducha pod spokojnym pozorem, jakim świat powleka oblicza swoich wybrańców?

Natalia była zbyt młoda, aby o tym mieć pojęcie. Dla niej jeszcze pozór łączył się z istotą rzeczy, a ludzie byli tym, czym pokazać się chcieli.

W kilka dni później, w skrzydle głogowskiego pałacu, w którym znajdował się apartament hrabiego Emiliana, w poobiedniej godzinie, siedział gospodarz domu, a obok niego młody człowiek w podróżnym ubraniu, krewny jego, Leopold Romiński.

Hrabia Emilian czytał listy, wręczone mu przez nowoprzybyłego, który tymczasem rozparty na kozetce, palił cygaro, spoglądając obojętnie na otaczające przedmioty.

Był to człowiek lat może trzydziestu, o jasnych włosach, białej twarzy i niebieskich oczach. Ruchy jego i podróżne ubranie miały też piętno wykwintnej niedbałości, jakie odznacza zwykle ludzi dobrego towarzystwa, którym stanowisko społeczne nadaje pewność siebie. Innego charakteru zgoła brakło tej postaci, noszącej tylko powierzchowne światowe cechy, jak brakło wybitnych rysów jego twarzy, trudnej do spamiętania, gdyż przypominała tysiące innych, spotykanych co chwila. Nie można było nazwać go ani pięknym, ani brzydkim, bo czoło, oczy, nos, usta i broda odpowiadały zupełnie temu, co w pasportach i rysopisach oznacza się wyrazem „mierne”. Wszystko w nim było zwyczajne, począwszy od wzrostu, a skończywszy na najdrobniejszym szczególe postaci, na kolorze włosów, lub też kształcie ręki. Człowiek ten zarówno mógł przejść niepostrzeżony na ulicach, jak i w salonach, jeśli tylko jaka wybitna zewnętrzna okoliczność nie nadawała mu indywidualnego znaczenia. Leopold Romiński albowiem pod względem umysłowym odpowiadał zupełnie fizycznej stronie i posiadał właśnie tę dozę rozumu, dowcipu, wiedzy i uczucia, jakiej wymaga średnia miara ludzka; trzeba więc było gdzieindziej szukać jego wybitnej strony, i można ją było znaleźć bez trudności, posiadał bowiem kilkunastomilionową fortunę.

Ma się rozumieć, przy tym magicznym blasku i osobistość młodego człowieka wyglądała zupełnie inaczej, niż z pozoru. Nie dziw więc, iż ci, co znali z tej strony Leopolda, uwielbiali w nim szczyt rozumu, kwintesencję dystynkcji, wielkie serce i wszystkie zgoła przymioty, jakie człowiek posiadać może. Kobiety zachwycały się jego pięknością, przyrównywały go do Apolla i Antinousa, znajdowały w jego oczach magnetyczne blaski, witały go i żegnały chórem westchnień. Był on lwem salonów, ulubieńcem świata i celem tysiącznych zabiegów.

Stąd zapewne pochodziła pewna arogancja postawy, przebijająca nieustannie przez pozór skromności, jakiego wymaga światowe obejście, skoro tylko żywsze wzruszenie lub chwila zapomnienia pozwalały dostrzec człowieka zza konwenansowej maski, nałożonej obyczajem.

Od pewnej chwili oczy hrabiego Emiliana tkwiły w nowo przybyłym ze zwykłym sobie wyrazem; list przeczytany trzymał w ręku.

– Jadę prosto z Paryża – wyrzekł Leopold, tłumacząc sobie spojrzenie krewnego jako zapytanie w tym względzie.

– Mówi o tym list księcia Staromirskiego, jak równie i o zamiarach twoich względem Natalii, które on zupełnie aprobuje.

Leopold skinął niedbale głową.

– Więc chcesz się żenić? – spytał po chwili Emilian, nie zdejmując z niego przenikliwego wzroku.

I znów Leopold puścił z ust kłąb błękitnawego dymu, z nowym potakującym skinieniem.

Emilian powstał, zapalił także cygaro i powoli począł przechadzać się po pokoju. – Czy masz co przeciwko moim projektom? – spytał Leopold.

– Ja? – zawołał gospodarz domu z akcentem najczystszej prawdy – ja? a toż dlaczego?

– Bo nie odpowiedziałeś mi nic. Hrabia wzruszył lekko ramionami.

– Daruj mi – wyrzekł z niejakim wahaniem – podziwiam zawsze ludzi, którzy nie będąc do tego zmuszeni siłą namiętności, lub jaką inną koniecznością, rzucają się tak na lekko w burzliwe morze małżeństwa. A co do ciebie...

Leopold patrzał na swego krewnego ze wzrastającym zdziwieniem; wreszcie roześmiał się głośno.

– Daruj mi z kolei – rzekł – ale używasz tak tragicznych wyrazów, namiętność, burzliwe morze, iż na honor przestaję cię rozumieć. Ja nie biorę życia z tej strony.

– Może masz słuszność – odparł hrabia z niedostrzeżoną ironią.

– Nie żartuj – mówił dalej Leopold lekkim tonem – zdaje mi się, iż w gruncie rzeczy rozumiemy się doskonale i mamy jednakie zasady.

– Być może.

– Dla ludzi dobrze wychowanych, dla ludzi naszego świata i położenia, małżeństwo jest interesem, jak każdy inny.

– Interesem, czasami hazardownym.

– Bynajmniej; to zależy od punktu widzenia. Domyślasz się przecież, iż nie ofiaruję, jak arkadyjski pasterz, serca mojej przyszłej.

– Więc w końcu powiedz mi, dlaczego Się żenisz?

– Dlaczego? wyborne pytanie! Naprzód dlatego, żeby mieć żonę jest to konieczność społeczna.

– Bez której tylu ludzi się obchodzi. – A potem... a potem, między nami mówiąc, naszym milionom nie zawadzi skoligacenie się z tak starożytną rodziną; a potem jeszcze, jeśli mam być zupełnie szczerym...

Zatrzymał się, spoglądając z pewnym zakłopotaniem na Emiliana, jakby oczekując zachęcenia z jego strony.

Hrabia uśmiechnął się ze skrytym politowaniem; jednak Leopold niezbyt przenikliwy, wziął ten uśmiech za dobrą monetę i mówił dalej.

– Zaczynam być ambitnym, cóż chcesz? Wszyscy powtarzają mi, iż mam zdolności, których szkoda zakopywać; nęci mnie kariera dyplomatyczna. Książę Staromirski ma wielkie stosunki, obiecuje mi swoją protekcję, więc rozumiesz...

– Tak, teraz rozumiem – odparł Emilian, który dotąd daremnie dobadywał się ukrytej przyczyny postanowienia swego krewnego. Teraz rozumiem cię w zupełności – powtórzył.

– I pochwalasz moje zamiary?

– Każdy jest najlepszym sędzią swoich czynów i wie najlepiej, czego mu żądać potrzeba. Co do mnie, pochwalę je, jeśli tylko ci się powiodą.

– Jakżeby mi się powieść nie miały?!

Był to wykrzyknik człowieka zepsutego łatwym powodzeniem, który o niczym nie wątpi. Emilian znowu popatrzał na niego, a potem zawołał zupełnie odmiennym tonem.

– Masz słuszność, wszystko ci się powieść powinno! Leopold nie poznał się bynajmniej na szyderskim tonie krewnego, nie dlatego, żeby mu zupełnie brakło przenikliwości, ale wprost dlatego, iż przypuszczać nie mógł, aby ktoś nit; brał na serio tak znakomitej osobistości, jaką był on, Leopold Romiński. Mówił więc dalej, przysuwając się z coraz większym zaufaniem do hrabiego: – Przyznam ci się, iż nie rozumiem dobrze twojego życia, z twoją fortuną, stanowiskiem, przepędzać większą część roku bezczynnie w Głogowie...

– Ja bo nie mam twoich wielkich zdolności – odparł Emilian. A zresztą, każdy pojmuje życie po swojemu.

– Zapewne, zapewne sądzę więc, iż powinieneś z tego stanowiska być wyrozumiałym dla mnie. Nie pojmuję zamiłowania w wilegiaturze i chciałbym załatwić jak najprędzej interes małżeński. Poświęcę na niego tyle tylko czasu, ile tego konieczność wymaga.

– O to łatwo nam będzie się porozumieć; ale nie widziałeś jeszcze twojej przyszłej.

– I cóż stąd? Nie jestem ciekawy z natury. Książę pokazywał mi jej portret, wygląda wcale nieźle. Zresztą, cóż to znaczy? Nie przywiązuję wielkiej wagi do powierzchowności mojej żony.

– Czy chodzi ci o jej wewnętrzne przymioty?

– I o to nie. Naturalnie wiem, iż jako księżniczka Staromirska, odebrała jak najstaranniejsze wychowanie, będzie umiała znaleźć się w świecie i szanować swoje stanowisko, więcej nie żądam. Sądzę, iż przyznasz mi słuszność.

Leopold był tak przekonany o racjonalności swoich zasad, iż pytał jedynie dla formy. I nie dziw postępował on podług pewnej normy, aż nadto przyjętej w świecie, negował sercowy pierwiastek lub wykluczał go z małżeństwa; w każdym razie wypowiadał głośno to, co tylu innych po cichu wprowadza w praktykę.

Emilian nie próbował go nawrócić, bo może w głębi ducha należał do tej samej wiary, albo też nie uważał za stosowne wypowiadać swoich myśli. Nie ganił i nie potakiwał, a uznając zapewne przedmiot za wyczerpany, zwrócił się do materialnych warunków małżeństwa.

Zapewne – zapytał – ułożyliście się z księciem co do kwestii posagowej. Leopold skrzywił się trochę.

– Tak jest – rzekł. Książę daje córce niewiele, prawie nic, ale cóż chcesz? protekcję, wielkie imię. Zresztą, nie dziwię mu się; syn utrzymuje jeden świetność rodu, jest więc poniekąd słusznie, aby majątek zostawał przy nazwisku; tym tylko sposobem dawne rodziny mogą utrzymać swoje stanowisko. Książę przekonał mnie w tym względzie, a przy tym myśli on dla syna o świetnym małżeństwie, coś z krwi panującej. Korzyści tego połączenia i na nas spłyną, potrzeba więc zrobić ofiarę. W końcu niech świat pozna, iż hrabiowie Romińscy są w możności utrzymać księżniczki Staromirskie stosownie do ich położenia. Słowem, rzecz skończona, przyjąłem wszystkie warunki, zamieniliśmy słowo.

– Idzie więc tylko o dopełnienie formalności.

– Tak jest i powtarzam ci jeszcze, chciałbym załatwić je jak najprędzej.

– Dziś przedstawię cię twojej przyszłej; w parę dni Aurelia napomknie siostrze o twoich zamiarach i oznajmi jej wolę ojca; oświadczysz się urzędownie, a zaraz potem wyjedziemy za granicę. Ślub może się odbyć w Paryżu lub w jakim innym miejscu, gdzie książę zechce.

– Tak będzie najlepiej.

– Idź więc się ubrać i przygotować do prezentacji.

Leopold uśmiechnął się z wyrazem człowieka, który nie wątpi, iż dość mu będzie ukazać się, aby podbić niepowrotnie serce młodej dziewczyny; powstał niedbale z kanapy i skierował się ku drzwiom.

– Ale muszę cię ostrzec – zawołał Emilian – iż posądzam Natalię o trochę sentymentalizmu; postępuj stosownie.