Wydawca: Papierowy motyl Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 334 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Błękit paryski - Beata Konopka

Lena ma trzydzieści osiem lat, bogate życie osobiste i mnóstwo zawodowych sukcesów. I wszystko byłoby doskonale, gdyby nie fakt, że została zdradzona i porzucona. Aby wyleczyć się z nieszczęśliwej miłości postanawia wyjechać i szukać pocieszenia w podróży. Paryż okazuje się wspaniałym antydepresantem i upaja Lenę artystycznym pięknem i nowym romansem.

Lecz tutaj również rozpoczyna się niepokojący watek sensacyjny. Ktoś z ukrycia śledzi każdy krok czterech zwariowanych podróżniczek. W powietrzu wisi już zapowiedź nadchodzącego niebezpieczeństwa.


Czy niesamowity splot wydarzeń , spryt Leny i pomoc pewnej tajemniczej osoby wystarczy jednak, aby również z tej opresji Lena wyszła zwycięsko?
Pełna humoru opowieść o perypetiach nietuzinkowej projektantki wnętrz i jej zabawnych przyjaciółek z wplecionym wątkiem kryminalnym, trzyma w napięciu do ostatnich stron.

Opinie o ebooku Błękit paryski - Beata Konopka

Fragment ebooka Błękit paryski - Beata Konopka

Beata Konopka

Błękit paryski

Redakcja i korekta: Ilona Turowska

Projekt okładki: Print Group Sp. z o.o.

© Copyright by Wydawnictwo Papierowy Motyl 2011

© Copyright by Beata Konopka 2011

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Papierowy Motyl.

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-62222-48-3

www.papierowymotyl.pl

Konwersja:

Dla mojego męża za wsparcie,

jakim mnie zawsze obdarza.

Rozdział 1

Nie cierpię gotować. Bo, bądźmy szczerzy, nie potrafię. Należę do mniejszości, do jakiegoś dziwnego podgatunku kobiet antykulinarnych. W kuchni jestem ostatnią łamagą. Zawsze coś przypalę i przesolę. I tak jak nie ma dymu bez ognia, to u mnie nie ma sosu bez jakichś dziwnych, podejrzanych grudek. Taka karma.

Tego dnia musiałam się jednak postarać. Mogłam, co prawda, kupić coś gotowego i smacznego. Ale niestety umowa z przyjaciółmi była taka, że na nasze comiesięczne kolacyjki gotujemy sami, a ambicja nie pozwalała mi oszukiwać. No dobra, może i nie ambicja. W tym zakresie jestem kobietą bez ambicji. Ale po co uciekać się do oszustwa, skoro i tak dopadnie cię smutna prawda? Przecież wszyscy moi znajomi doskonale wiedzą, na co mnie stać. Znalazłam więc jakiś przepis w necie i zabrałam się za kucharzenie. Czasu było niewiele, bo za dwie godzinki miały zlecieć się kochane głodomory. Praca tego dnia trochę mi się przeciągnęła, bo klient ciągle zmieniał zdanie i teraz musiałam galopować w kuchni. Może raczej kuśtykać, biorąc pod uwagę moje talenty kulinarne.

„No nic, nie łam się, Lena – myślałam – coś ci chyba tym razem wyjdzie”. Co prawda, główne danie na mojej poprzedniej kolacji przypominało rozpaćkaną breję w kolorze zgniłozielonym i raczej nie zachęcało do jedzenia. I gdyby nie sztuczki Julki, która potrafi zamienić niejadalne w jadalne, to pewnie nikt by tego nie tknął. – Tym razem chociaż kolor podrasuję – mruczałam do siebie, zawzięcie miksując mrożone jagody. – Może coś w fiolecie? Albo błękicie paryskim? Błękit paryski. „O tak, kolacja pod paryskim niebem na pewno byłaby rewelacyjna” – rozmarzyłam się nad parującym garnkiem z makaronem.

„Taki wypad do Paryża dobrze by mi zrobił. Chociaż na kilka dni. Muszę dziś poruszyć ten wątek – rozmyślałam. Może namówię którąś z dziewczyn. Może zlitują się nad zdruzgotaną przyjaciółką”. Jeszcze nie tak dawno nie wyobrażałabym sobie wyjazdu bez niego. Łzy napłynęły mi do oczu, a w sercu poczułam szpilę. „Lena, opanuj się – strofowałam sama siebie. Dla ciebie on już nie istnieje. Nie ma go w twoim wymiarze. Może Julka albo Marta wyrwałyby się z domowych pieleszy i pojechały ze mną? Pogadamy dziś przy kolacji. Na Weronikę nie mam co liczyć. Superzazdrosny mąż jej raczej nie puści. On też był superzazdrosny i co z tego wyszło? Po dziesięciu latach spędzonych razem rzucił mnie jak w jakiejś kiepskiej telenoweli, dla… asystentki. Jakie to kiczowate i banalne”. Stałam przy kuchence z gigantyczną kopyścią w ręce, myślami szybując zupełnie gdzie indziej. Nagle jakiś podejrzany syk ściągnął mnie jednak z powrotem na ziemię.

– O matko, garnki mi kipią! – wykrzyknęłam sama do siebie. Ale czy ja miałam teraz głowę do pichcenia? Poszłam jednak za radą Julki („Żeby szybko dojść do siebie, musisz się stale czymś zajmować, żeby nie było czasu na rozdrapywanie ran, które się wtedy szybko zabliźnią") i gotowałam, co zupełnie nie uchroniło mnie przed gorzkim rozpamiętywaniem. „Przecież to nie ja od siebie odeszłam. To on odszedł”. I jak zwykle, wszystkie myśli, jak nitki do kłębka, prowadziły do niego. „Dosyć, dzisiaj zamierzam się dobrze bawić z przyjaciółmi przy winku i dobrym jedzonku” – próbowałam wprawić się w lepszy nastrój, chociaż jedzonko właśnie usiłowało wymknąć się spod pokrywki.

– Co te pokrywki tak dzwonią? Zupełnie na melodię mojego dzwonka u drzwi.

No tak, bo faktycznie ktoś dobijał się do mnie. „Zapewne Julka – pomyślałam. Ona jest zawsze przed czasem”. – Witaj, dobrze, że już jesteś, będziesz moim królikiem doświadczalnym i spróbujesz, co mi dziś wyszło. Może coś doprawisz – zagadałam od niechcenia. Chociaż jak zawsze mocno liczyłam na pomoc Julki, która swoimi potrawami naprawdę dobrze trafia w kubki smakowe.

– Cześć, cześć! Zostaw to gotowanie, dzisiaj lecimy na miasto, trzeba się rozerwać, zmiana planów, kochanie – Julka obezwładniła mnie swoim nonszalanckim podejściem do ciężkiej pracy, jaką wykonałam, starając się sklecić coś jadalnego i oryginalnego zarazem. – Ubieraj się, reszta ekipy czeka już w knajpie – popędzała Julka, patrząc z politowaniem na moją kuchnię, którą wyglądała jak po przejściu małego tornada.

Posłusznie wykonałam polecenie, kierując się w stronę garderoby. Kątem oka dostrzegłam jednak, jak Julka oniemiała, spoglądając na jedną z moich potraw – w cudownym niebieskim kolorze.

– O matko – jęknęła – kolejna Bridget Jones.

***

– Słuchajcie, kochani… Kochane – poprawiłam się.

Tym razem dziewczyny przyszły bez swoich drugich połówek. Stwierdziły, że musimy pogadać tak od serca, a z facetami wiadomo, nie byłoby tak luźnej atmosfery. Poza tym nie chciały chyba mi robić przykrości obecnością osobników płci męskiej, których od jakiegoś czasu szczerze nie znosiłam. Wiem, niesprawiedliwie, ale czy życie jest sprawiedliwe? Byłyśmy już po smacznej kolacji, słodkim deserze i kilku lampkach wina. Przyćmione światło, blask świec, ciepłe kolory wnętrza, stylowe meble – wszystko składało się na romantyczny nastrój tej knajpki, który tym razem nie pomagał. Popatrzyłam na nie. Na przyjazne, uśmiechnięte buzie moich przyjaciółek od serca. Blond piękność Weronika, czasami rozkapryszona i zwariowana, ale zawsze mogę na nią liczyć. Marta z burzą rudych kręconych włosów, dowcipna i zawsze skora do pomocy. Julka niezwykle wrażliwa i ciepła, przyciągająca wzrok twarzą anioła i długimi ciemnymi włosami. – Wiecie – ciągnęłam dalej – że ostatnio miałam dość ciężki okres. Więc przyszedł mi do głowy pewien pomysł, który być może, może, eee… – zaczęłam się zacinać.

– Wal śmiało, kochanie – rzuciła wesoło Weronika. – Dla ciebie wszystko.

„No zobaczymy” – westchnęłam w duchu. – No więc myślę, że mój nastrój poprawiłby znacznie wyjazd do Paryża. Nigdy tam nie byłam. To, co prawda, miasto zakochanych. Więc może to wydać się wam dziwne, ale, ale… – znowu się zacięłam – czuję po prostu, że muszę tam pojechać – wyrzuciłam w końcu z siebie na jednym oddechu. – Ale chciałabym was prosić, żebyście pojechały za mną – na taki kilkudniowy babski wypad – skończyłam z czarującym uśmiechem.

– Superpomysł – rzuciła zachwycona Julka.

– To kiedy jedziemy? – wołała Marta.

– Ja już zaczynam się pakować – przekrzykiwała Weronika.

– Cieszę się, że chcecie mi towarzyszyć. Ja wszystko zorganizuję, sprawdzę loty, wyszukam jakiś hotelik i dam wam znać – starałam się przekrzyczeć ten radosny harmider, jaki zrobiły dziewczyny, ściągając na siebie karcące spojrzenie wyfiokowanej starszej pani siedzącej przy sąsiednim stoliku. „Może już nie takie dziewczyny – myślałam. W końcu jak ma się pod czterdziestkę, to chyba raczej kobiety, powiedzmy sobie szczerze – stare baby. No, może ciut przesadzam, ale ja w tej chwili czuję się jak stary kapeć, w dodatku wyrzucony na śmietnik. Może w lustrze nie wyglądam tak źle, mały lekko zadarty nos, duże brązowe oczy, długie lekko falowane kasztanowe włosy. No, trochę podfarbowane, wiadomo. Figura też ujdzie. Chociaż pewne niedoskonałości są. Mogłabym być szczuplejsza i wyższa. No i trochę zmarszczek tu i ówdzie się pojawiło”. Zaczęłam obsesyjnie badać palcami twarz.

– Hej, a ty co się tak zamyśliłaś? – z odrętwienia wyrwała mnie Julka. – Co się tak obmacujesz? Wszystko jest na swoim miejscu. Znowu naszły cię czarne myśli? Dziewczyno, nie pozwolę ci zwątpić w siebie. Jesteś mądra, urocza, zabawna.

– A wygląąądasz… jak milion dolarów – wypaliła rozweselona Marta.

– To opinia kobiety, w dodatku przyjaciółki. Nie liczy się – pokręciłam głową.

– Uwierz mi, moja droga, że baby są dużo bardziej krytyczne od facetów – dodała Weronika. – Na przykład taki cellulit to potrafią wypatrzyć z odległości kilkuset metrów.

– Nie chcemy cię pocieszać, to znaczy chcemy – znowu zaczęła Julka. – Ale nie przez kadzenie ci. Co to, to nie. Jesteś superatrakcyjną babką i masz mnóstwo zalet. No może z gotowaniem trochę u ciebie krucho. Ale wiesz co, muszę ci to powiedzieć… Ten twój były to ostatni frajer. Nie mówiąc o tym, że bydlak. Nie wie, co stracił. Ale się dowie i gorzko pożałuje, że zamienił cię na jakąś infantylną, chudą blond tykę. To kobieta bluszcz owinie go tak, że się udusi. I dobrze mu tak. Dziewczyny, wypijmy lepiej za Paryż i nowe życie naszej cudownej Lenki – skończyła przemowę i uniosła w górę swoją lampkę czerwonego wina.

Z entuzjazmem wypiłyśmy po kolejnym sporym łyku.

– Wiecie co, babki, chodźmy do mnie – zaproponowałam. – Jeść tego, co ugotowałam, już nie musicie. A wino czerwone dobrego gatunku posiadam w dostatecznej ilości. Wygodnie się rozłożymy na sofie, włączymy jakiś filmik – roztoczyłam przed nimi kuszącą wizję spędzenia reszty wieczoru.

Wszystkie ochoczo przystały na moją propozycję i szeroką nawą ruszyłyśmy na piechotę do mojego mieszkania. Normalnie droga pomiędzy tą uroczą restauracyjką a moim mieszkaniem była krótka i prosta, ale tego wieczoru dziwnie kręta i wyboista. Starałyśmy się za wszelką cenę trzymać pion, ale wino zamiast do głowy poszło nam jakoś w nogi, które trochę się pod nami uginały. Dotarłyśmy jednak całe i w komplecie. I desperacko rzuciłyśmy się na sofę.

– Wiecie co? – zaczęła Weronika. Spojrzałyśmy na nią z zainteresowaniem. – Pasek od spódnicy wpija mi się w skórę. Chyba przeholowałam z tym jedzeniem.

– Nie z jedzeniem, tylko z rozmiarem spódnicy – zachichotała Marta. – Ty to musisz się opiąć tymi ciuchami. Wpędzasz nas tylko w kompleksy – dodała z wyrzutem, lustrując własne, już nie tak szczupłe ciało.

– Gadajcie, co chcecie, ja ściągam tę ciasną kieckę. W końcu sami swoi – stwierdziła Weronika i zamaszystym ruchem rzuciła dolną częścią garderoby, która poszybowała przez cały pokój, aż w końcu zawisła na abażurze lampy stojącej w najdalszym rogu salonu. Zadowolona, w samej bluzce i czarnych rajstopach, z powrotem usiadła na sofie. I zaraz zapytała: – Ale, ale, Lenka, gdzie to winko? Teraz mogę się jeszcze napić.

– Już napełniam kieliszki – odpowiedziałam wesoło. – Dziewczyny, pijemy za Paryż.

– Tak, Paryż to wyjątkowe miejsce, miasto zakochanych, stolica mody – powiedziała Marta z rozmarzonymi, nieobecnymi oczami, jakby już tam była.

– Trzeba będzie zabrać jakieś kreacje. Żebyśmy nie wyglądały jak jakieś oskubane gęsi – dodała Weronika.

– Raczej kwoki, w naszym wieku – parsknęła Julka. – Chociaż nie wiem jak wy, ale ja cały czas czuję się młodo. Lata lecą, za chwilę czterdziestka na karku, a mi wydaje się, że mam wciąż dwadzieścia pięć lat.

– Ten świat jest jednak źle urządzony – zaczęła lekko już wstawiona Marta. – Spójrzcie, mamy już swoje lata i wiadomo, że nasze figury i twarze lekko nadgryzł już ząb czasu. No, może poza Weroniką. Ona chyba jest w posiadaniu eliksiru młodości.

– Ale jak patrzę na siebie – mówiła dalej Marta – to widzę, że tu i ówdzie przydałoby się coś poprawić. Oo, spójrzcie – przyłożyła dłonie do policzków i naciągnęła na boki skórę, aż jej oczy zrobiły się skośne. – To przecież trzeba wszystko naciągnąć.

– A co, zamierzasz zostać Chinką? – parsknęła Weronika.

– To wszystko przez tę grawitację – ciągnęła niezrażona Marta. – Kto ją wymyślił? – tu z wyrzutem omiotła spojrzeniem nasze twarze.

– Co tak na nas złowrogo patrzysz? To nie my – odpowiedziała niepewnie Weronika.

– To Newton. Wróg kobiet numer jeden – zachichotała Julia.

– Ale przecież jak nasze ciała były jędrne i gładziutkie – kontynuowała Marta – co trwa niestety tyle, co kot napłakał, to czy my to doceniałyśmy? – zapytała retorycznie. – No nie wiem jak wy, ale ja na pewno nie. Jako młoda dziewczyna wiecznie przejmowałam się, a to pryszczem na nosie, a to za małym wcięciem w talii, a to za dużymi stopami. A wiecie co? Jak patrzę na swoje zdjęcia z młodości, to wyglądałam naprawdę nieźle.

– Nadal wyglądasz super – stwierdziła Julka, mierząc wzrokiem Martę. – Nie masz co narzekać.

– Pewnie jak będę miała sześćdziesiątkę na karku, to przyznam ci rację. Ale znowu będzie za późno. Widzisz? Świat jest źle urządzooony – skończyła chwiejnym głosem.

– Masz zupełną rację, kochana – przytaknęła Weronika. – Człowiek za młodu zupełnie nie doceniał tego, co mu los podsuwa – zaczęła z innej beczki, ale tym samym rozżalonym tonem. – Mogłam być aktorką przez duże A. Wszyscy zachwycali się moimi zdolnościami, no i, nie będę skromna w tym momencie, tak zwanymi warunkami. Ale co ja zrobiłam? Dałam się uwieść facetowi, który nie życzył sobie, żebym grała. Zaraz potem na świecie pojawiło się dziecko i zupełnie wypadłam z obiegu. Próbowałam potem tego i owego. Ale nie odnalazłam się z żadnym innym zawodzie. Teraz siedzę sama w wielkiej chacie, córka, znacie przecież Ewkę, już nastolatka, ma swoje życie, mąż ciągle zabiegany, też nie ma dla mnie czasu. Ale kto mnie dziś obsadzi w jakiejś roli? Chyba gosposi.

Wszystkie ze współczuciem pokiwałyśmy głowami, słysząc ten tekst już chyba po raz setny.

– No, warunków to ci raczej nie ubyło – zauważyła Julka. – A ile masz czasu dla siebie! Ja mam taki młyn, że czasami nie wiem, jaki jest dzień tygodnia. Dzieciaki wymagają jeszcze ciągłej opieki. A wzięłam sobie jeszcze na barki prowadzenie księgarni, no i pokaźny kredyt – żaliła się.

Tak, humor przygasł, a jego miejsce zajęła często goszcząca u mnie melancholia.

– Wy zupełnie nie macie na co narzekać – w końcu nie wytrzymałam. – Weronika – superbabka, na koncie – córka, mąż i wszelkie luksusy. Marta – wiem, nie masz dzieci, nie udało się, ale tak kochającego i oddanego męża mogłaby ci niejedna pozazdrościć. Nie mówiąc już o pracy weterynarza, którą uwielbiasz, i życiu na sielskiej wsi. Julka – następna szczęściara, na koncie – ciepły dom z dwójką dzieci i facetem, który cię ubóstwia. A teraz przeanalizujmy moje konto – zaczęłam chwiejnym głosem. – I co na nim widzimy? Gówno. Nie mam nic. Apartament, w którym siedzimy i w którego urządzanie włożyłam całe swoje serce, w końcu to mój zawód – projektantka wnętrz, za chwilę trzeba będzie sprzedać, bo muszę spłacić mojego pieprzonego eks – nie żałowałam sobie. – To nasza wspólna własność, i on żąda teraz swojej połowy w pieniążkach. Ja niestety nie mam takiej kwoty. Gdybyśmy byli mężem i żoną, może mogłabym coś więcej wywalczyć. W końcu to z jego winy rozpada się nasz związek. Ale ślubu nie braliśmy – zamilkłam na moment, żeby uderzyć w płaczliwy ton. – Chociaż ja marzyłam o białej sukni, welonie, różanych płatkach sypanych pod moje stopy przez małe druhenki, wypowiadanym słowie TAK i szczęściu w oczach mojej mamy, kiedy wracamy od ołtarza z obrączkami na palcach, a potem tańcach do białego rana – ciągnęłam, odkrywając w sobie nieznane dotąd pokłady romantyzmu. – Ale niestety on nie chciał. Nie mieściło się to w jego światopoglądzie. Dzieci nie mamy. „Najpierw musimy się dorobić", przemawiał – tu zmieniłam tembr głosu na dużo niższy. – „Mieszkanie, wygodny rodzinny samochód i stabilna, dobrze płatna praca, żeby na tę rodzinę zarobić” – grzmiałam dalej. – A ja potulnie odkładałam ten moment, kiedy pod moim sercem zabije małe serduszko – chlipałam, sama zdziwiona swoim rozczuleniem. Widocznie za długo to w sobie tłumiłam. – A potem, kiedy byłam już tak zdesperowana, że pragnęłam dziecka jak niczego na świecie, nawet wbrew niemu, okazało się, że jest ździebko za późno. A dzisiaj co? Dowiaduję się, że on bierze ślub z tą, tą… zdzirą asystentką, bo ona jest w ciąży. A najgorsze jest to, że ja go chyba wciąż koooochaaaam – ostatnie słowa były już całkiem rozmyte rzęsistymi łzami, które obficie spływały mi po policzkach.

– Lenka, nie rozpaczaj, bo nam się serce kraje – zachlipała Julka. I zaraz dołączył do niej chórek złożony z chlipań Marty i Weroniki. Wszystkie rzuciły się na mnie w geście pocieszenia. Teraz szlochałyśmy we cztery, nabierając rozpędu i przechodząc ze szlochu w płacz, a nawet coś, co przypominało już zbiorową histerię. Z otchłani rozpaczy wyciągnął nas nagle jakiś niski, zachrypnięty głos.

– Przepraszam, drogie panie, ale drzwi były uchylone i musiałem sprawdzić, co tu się dzieje. Bo strasznie zaniepokoiły mnie te dzikie wrzaski, jakie się stąd wydobywają. Czy tu kogoś mordują?

Zamurowało nas. W jednej chwili cały alkohol z nas wyparował, a my zastygłyśmy w dziwnych pozach, z rozmazanym makijażem i rozwichrzonym włosem. Weronika bez spódnicy. Ja z głupim wyrazem twarzy. On też nieco zdębiał na nasz widok.

– Ale skoro widzę, że wszystkie panie mają się dobrze… – wyraźnie widziałam, że z trudem powstrzymywał się od wybuchu śmiechu. – …to nie będę dłużej zakłócał tej wyśmienitej imprezy i pozwolę sobie zamknąć drzwi, z drugiej strony – odwrócił się i zniknął tak szybko, jak się pojawił. Ale jak tylko wyszedł z mieszkania, usłyszałyśmy przytłumiony, ale jednak słyszalny dziki rechot w jego wydaniu.

– Dziewczyny, uszczypnijcie mnie – zawołałam. – Czy ja już mam omamy? Czy wy też widziałyście tu przed chwilą mojego sąsiada?

– Może mamy zbiorową halucynację – odpowiedziała Julka. – Bo ja też widziałam tu przed chwilą jakiegoś przystojniaczka.

– Fiu, fiu, fajnego masz sąsiada – z uznaniem zagwizdała Weronika. – Może nieco starszy od nas, ale ma w oczach to coś. Ma kogoś? Żonaty?

– No nie, chyba nie zamierzacie mnie swatać? – wkurzyłam się. – Nie wiem, czy ma kogoś czy nie. I w ogóle mnie to nie interesuje. A poza tym nie słyszałyście, jak z się z nas śmiał? Kolejny chwast płci męskiej. Wkracza do prywatnego mieszkania, podgląda nas w intymnej sytuacji, a potem kiedy myśli, że już go nie słyszymy, nabija się z nas. Może nawet nie sam. Może z asystentką – znowu popłynęłam na swój ocean goryczy.

– Lenka, Lenka, przystopuj trochę i spójrz obiektywnie na nas. Przecież wyglądamy komicznie – śmiała się Marta. – Wszedł, bo się zaniepokoił. Drzwi były otwarte. Czujnego masz sąsiada. Jak się nazywa?

– Marek Leszczyński ponoć – odrzekłam z przekąsem. – Kto go tam wie? To facet. Na pewno kłamie. Jestem wykończona, gadam już od rzeczy – przyznałam w końcu. Dziewczyny zaczęły zbierać się do wyjścia. Zamówiły taksówkę i stanowczo nakazały zamknąć mi drzwi na klucz po ich wyjściu, co posłusznie wykonałam i padłam jak nieżywa na łóżko.

***

Kolejne dni, w lepszym już humorze, spędziłam głównie na buszowaniu po internecie. Znalazłam mały uroczy hotelik w przyzwoitej cenie niedaleko Pól Elizejskich i niezłe połączenie lotnicze. Już miałam złapać za komórkę i podzielić się tą radosną informacją z moimi towarzyszkami podróży, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Na progu stała wściekła Weronika.

– Nie uwierzysz… – mówiła wzburzona. – Mój mężulek powiedział stanowcze NIE na informację o moich planach wyjazdu do Paryża z wami. Mówi, że nigdzie bez niego nie pojadę. Ale nie martw się. Pojadę, czy mu się to podoba czy nie.

– Dlaczego mnie to nie dziwi? – zamruczałam pod nosem.

– Już sobie sprawiłam kilka kreacji. Za nic nie odpuszczę – ciągnęła podekscytowana.

– To super. Bo właśnie namierzyłam fajny hotel. I powoli rysuje się plan naszej wyprawy. Wszystko ci opowiem. Siadaj, zaparzę kawę – zaproponowałam.

– O dzięki, chętnie wypiję – odpowiedziała Weronika i zajęła już strategiczne miejsce przy ławie.

– A wiesz, że wpadł do mnie wczoraj mój słynny, rechoczący na widok zrozpaczonych lasek, sąsiad? Gorąco mnie przepraszał za to najście i ten jego niepohamowany wybuch śmiechu – zagadnęłam z sąsiadującej z pokojem kuchni. – Pogadaliśmy chwilkę. Też wypił kawę.

– Co ty nie powiesz? – Weronika nagle znalazła się tuż obok. – I co, ma kogoś czy nie? – zapytała rozemocjonowana.

– W sumie to nie wiem. Rozmawialiśmy raczej na tematy neutralne. Praca, mieszkanie tutaj. Jest architektem. Przeniósł się tu niedawno, mieszka sam. Bardzo sobie chwali ten apartamentowiec. Spokój, cisza. No, może poza naszym ekscesem – uśmiechnęłam się porozumiewawczo do Weroniki.

– Fajny facet. I jak na ciebie patrzył. Tak się zagapił, że nie zauważył nawet jednej babki bez spódnicy – wybuchnęła śmiechem. Zawtórowałam jej.

– Więc mówisz, że Adam nie zaakceptował twojego wyjazdu z nami? Wiesz, jeśli nie możesz. Ja nie chcę na was niczego wymuszać i psuć waszych relacji – wróciłam do tematu.

– Nie, nie, kochanie, to zupełnie nie twój problem. Ja mam szaloną ochotę jechać z wami i zrobię to z jego aprobatą lub bez – filuternie mrugnęła okiem.

Pogadałyśmy jeszcze przez chwilę, pokazałam jej hotel w internecie. Pokręciła trochę nosem na małe pokoje, ale podobała jej się lokalizacja, więc zaakceptowała. Znała te okolice. Była tam, oczywiście ze swoim wszędobylskim mężem. Omówiłyśmy termin wyjazdu. Też klepnęła. Jeszcze trochę ponarzekała i wyszła. Zostałam sama.

Wiedziałam, że Weronika zawsze dopina swego. Ale jej mąż też nie dawał sobie w kaszę dmuchać. „Kiedy te dwa żywioły zmierzą się ze sobą, może być różnie” – pomyślałam. Ale w końcu to ich sprawa, ja mam swoje problemy i muszę się z nimi jakoś uporać. Najpilniejsza kwestia to mieszkanie. Nie, najpilniejsza kwestia to obdzwonić pozostałe dziewczyny i umówić się na wyjazd, który miał nastąpić za dwa tygodnie. Tak też zrobiłam. Klamka zapadła, gdy po akceptacji wszystkich warunków przez przyjaciółki, zabukowałam bilety lotnicze i zarezerwowałam hotel. Teraz mogłam zastanowić się, co z mieszkaniem. „Muszę jednak umówić się z tą kreaturą” – pomyślałam nie o kim innym, ale o moim byłym ukochanym o jakże nieadekwatnym imieniu Piotr. Czyż Piotr to nie skała? Opoka? Mężczyzna dający kobiecie oparcie i bezpieczeństwo? W dzień czułam do niego odrazę, w nocy go opłakiwałam. Jakby umarł. Tak, on dla mnie umarł. Pogrążyłam się w myślach. Najgorsze były wieczory. Wtedy tęsknota doskwierała najmocniej. Za spojrzeniem ukochanej pary oczu. Za dotykiem męskiej, ciepłej dłoni. Za seksem. W moim odczuciu całkiem udanym, namiętnym. Czy można żywić do jednej osoby dwa zupełnie skrajne uczucia? Kochałam Piotrka z przeszłości. Nienawidziłam tego, jakim się stał.

Dlaczego nam się nie udało? Nie wiem. Nie powinnam była tak mu ulegać. Może to nas zgubiło. A może się mną po prostu znudził. Pojawił się lepszy towar na horyzoncie, młody i chętny, żeby go brać. To wziął.

Jak zwykle i ten wieczór musiał się kończyć roztrząsaniem przyczyn. Po karczemnej awanturze, jaką urządziłam mu, gdy odchodził, mieliśmy jeszcze kilka w miarę spokojnych rozmów. Ale niczego mi one nie wyjaśniły.

„Tak, musi mi pomóc ze sprzedażą apartamentu – pomyślałam. Skoro chce swoich pieniędzy, niech też się zaangażuje. Będę jednak musiała wykonać ten telefon do niego. To jakby wykonać ostatni krok dzielący od przepaści. Brrr”. Telefon odebrała ona. Jedyne, co zdołałam wykrztusić, to: – Proszę Piotrka.

Przekazała mu komórkę i usłyszałam jego głos. Dobrze znany, a jednak obcy. Rozmowa była krótka. Umówiliśmy się w kawiarni, na neutralnym gruncie. Tam jedynie mogłam powstrzymać się od awantur. „Muszę przez to przebrnąć. Zakończyć ten rozdział. Potem będzie już tylko lepiej” – pocieszałam się.

***

Przyszedł elegancko ubrany, wypachniony, wyluzowany. Ale ja też się postarałam: mini, szpilki, makijaż, włosy świeżo od fryzjera i… lekkie środki uspokajające.

– Witaj, Lena! – zaczął. – Miło cię widzieć. Pięknie wyglądasz.

– Daruj sobie te komplementy. Sama wiem, że super wyglądam. Przejdźmy od razu do rzeczy – zripostowałam. Zajęliśmy miejsce przy stoliku i zamówiliśmy kawę. Zapadło lodowate milczenie. „Pamiętaj, Lena, to ma być rozmowa o interesach, nie uczuciach. Mów bez emocji, kalkuluj na chłodno i nie daj się tym razem wykiwać” – zagrzewałam w myślach samą siebie.

– Musimy sprzedać nasze mieszkanie – zaczęłam w końcu. – Spodziewam się, że pomożesz w poszukiwaniu kupca i weźmiesz udział w negocjacjach ceny. Dopóki nie sfinalizujemy sprzedaży, będę tam mieszkać.

– Wiesz, Lena… – zaczął, cedząc słowa, jakby go zęby bolały – …sytuacja trochę uległa zmianie. Po twoim telefonie rozmawiałem z Anetką i okazuje się, że jej bardzo podoba się nasze mieszkanie. Zwłaszcza sypialnia. Jest pięknie urządzona. Wiesz, bardzo chwaliła twój gust. No i duża. Będzie można swobodnie wstawić łóżeczko dla dziecka. I dlatego chcielibyśmy tam zamieszkać i spłacić twoją część.

Bezwiednie zamrugałam oczami. Chyba cała krew napłynęła mi do twarzy, a ciśnienie wzrosło jak u sprintera na setkę. „Te prochy na wyluzowanie w ogóle nie działają – myślałam gorączkowo. On chyba zapomniał, do kogo mówi” – patrzyłam na niego z niedowierzaniem jak na egzotyczny okaz gada w terrarium.

– Ty cholerny gnojku – zaczęłam cicho, ale czułam już, że nie dam rady opanować własnego głosu. – Czyli oprowadzałeś ją po naszym mieszkaniu?! Pewnie wypróbowaliście też nasze łóżko?!! I co, dobrze się w nim rżnęło?!!! – krzyczałam. Nie było chyba osoby na sali, która nie spojrzałaby w moją stronę. Mężczyzna z sąsiedniego stolika wydobył nawet z siebie współczujące „ajajaj”.

A miało obyć się bez awantur. Czy to jest w ogóle możliwe w takich sytuacjach? Nie zważając na nic, kontynuowałam: – Chcecie mieszkać w tym mieszkaniu, akurat w tym!! To już forma okrucieństwa z twojej strony. Ale skoro tak, to OK. Może w końcu to pozwoli mi jednoznacznie określić, co do ciebie teraz czuję. Litość, że jesteś takim skończonym dupkiem!! – zakończyłam i zaczęłam zbierać się do wyjścia.

– Ale, Lena… Nie rozumiem twojego wybuchu – mówił przyciszonym głosem, z przerażeniem rozglądając się po twarzach siedzących wkoło ludzi. – Dobrze ci zapłacę. I tak miałaś opuścić to mieszkanie – udawał, że nie słyszał dużej części mojego wybuchowego monologu.

– O tak, licz się z tym, że cena nie będzie rynkowa. Jak tylko przelejesz mi tę kwotę na konto, wyprowadzę się – szybko nagryzmoliłam mu na kawałku serwetki okrągłą sumkę.

Spojrzał na kwotę. Skrzywił się, jakby go szerszeń ukąsił w zadek. Ale mając chyba jednak resztki honoru, pokiwał głową:

– OK, zgadzam się. Zaczynam organizować kasę. Myślę, że w ciągu miesiąca otrzymasz przelew.

– A więc czekam teraz na informację od ciebie – odpowiedziałam chłodno i wyszłam, nie oglądając się za siebie. Chociaż kątem oka zdążyłam jeszcze dostrzec znajomą postać siedzącą w rogu kawiarni. To był Marek Leszczyński. A obok niego siedziała jakaś urocza blondynka w czerwonej, wydekoltowanej bluzeczce. „Czy on jest na etacie obserwatora moich upadków? Niedługo otworzę puderniczkę i kto tam będzie zamiast pudru? Marek Leszczyński. Co za wstyd! Znów będzie mógł się ze mnie ponabijać” – pomyślałam zła na siebie samą.

***

Rzuciłam się w wir pracy, żeby zatrzeć niesmak po spotkaniu z Piotrem. Co dziwne, bardziej go czułam ze swojego powodu. Znowu nie pokazałam klasy.

Musiałam przed wyjazdem do Paryża dokończyć projekt wnętrza pięknego, dość dużego domu. Praca nad nim była już zaawansowana, ale klient ciągle domagał się poprawek, i nie mogłam sfinalizować całości. Kolejne spotkanie znowu przyniosło zmiany, więc usiadłam przy komputerze i zaczęłam działać. Klient nazywał się Stanisław Chojnicki. Ale na swój użytek nazywałam go Grubciem. Był takim sympatycznym (tak mi się wówczas wydawało), niewysokim, korpulentnym panem po sześćdziesiątce. Co mnie dziwiło, to to, że był wdowcem, mieszkał sam, a budował dla siebie sporą willę z ośmioma pokojami. Ale w końcu jak ma się tyle kasy co on… „Może ma dużą rodzinę, która będzie go odwiedzać?” – myślałam. Był wymagający, ale dobrze płacił, więc nie narzekałam na ciągłe zmiany w projektach. Traktował mnie po królewsku i tylko tak jakoś dziwnie patrzył głęboko w oczy. Jakby chciał coś w nich znaleźć. Może to bielmo, przez które tyle czasu straciłam z tym palantem.

Usiadłam przy komputerze. Otworzyłam stronę hotelu w Paryżu, żeby poprawić sobie nastrój, no i żeby wiedzieć, po co tak tyram całymi dniami, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. „Czyżby któraś z dziewczyn wpadła w odwiedziny? No chyba że rodzice z kolejną pocieszającą wizytą". Te wizyty, prawdę mówiąc, tylko mnie przygnębiały. Słuchanie ciągłych wzdychań mamy typu: „I co ty, dziewczyno, teraz sama zrobisz?" albo „W twoim wieku już nie tak łatwo o przyzwoitego, wolnego mężczyznę". „Więc wezmę sobie teraz dużo młodszego. Na pewno znajdzie się wielu chętnych na dobrze utrzymaną babkę pod czterdziestkę z dużą kasą ze sprzedaży apartamentu swojemu byłemu facetowi”. Na progu stał nie kto inny, tylko Adam. – Witaj, fajnie, że wpadłeś.

Starałam się ukryć zdziwienie. „Ciekawe, czy Weronika zna kręte ścieżki swego męża?” – pomyślałam.

– Wiem, że cię zaskoczyłem, ale muszę z tobą porozmawiać, Lena.

– Jasne, wejdź. Rozgość się. Zrobię kawy.

Pogalopowałam do kuchni. Nie żebym tak cieszyła się tą wizytą. Bo Adama średnio lubię. Lekko gburowaty i zadufany w sobie. Chociaż na pewno ma swoje zalety. Ale musiałam pobyć chwilę sama i pozbierać myśli.

– Co on kombinuje? Bo skoro przyszedł tu sam, to na pewno coś kombinuje. Pewnie chce, żebym okłamała Weronikę, że nie jadę. Albo może jeszcze lepiej: chce mnie odwieść od tej podróży, żeby zatrzymać Weronikę w domu – mruczałam do siebie, parząc kawę. – Co słychać w wielkim świecie? – zagadnęłam, niosąc filiżanki w stronę ławy, przy której właśnie zasiadł Adam – prezes jednego z największych banków.

– Praca, praca, praca – podsumował ostatnie wydarzenia ze swojego życia i zaraz zadzwoniła jego komórka. Pogrążył się w rozmowie biznesowej, zupełnie nie przejmując się, że jest u mnie w gościach i że niecierpliwie czekam na to, co ma mi do zakomunikowania, zamiast sama zabrać się do swojej projektu. W czasie jego burzliwej konwersacji zdążyłam wypić kawę, przejrzeć gazetę i podrapać się w głowę.

– Wiesz, Lenka – odezwał się w końcu, tym razem do mnie. – To ja już będę lecieć.

Lekko osłupiałam. I nim zdążyłam ochłonąć i coś powiedzieć, już go nie było.

– I zrozum tych facetów – mruczałam do siebie, człapiąc do pokoju z komputerem, który szumnie nazywałam gabinetem. „Dzwonić do Weroniki czy nie? Aa, po co napędzać aferę – machnęłam ręką. W końcu niczego odkrywczego się od niego nie dowiedziałam. Dziwak jakiś albo tak zapracowany, że zapomniał, po co tu przyszedł – myślałam. Muszę zabrać się do roboty, bo czas goni. A jeszcze wieczorem mam w planach cotygodniową lekcję tańca. Jakaś przyjemność też mi się od życia należy”.

***

Do wyjazdu zostało kilka dni. Czas dzieliłam między pracę, planowanie pięciodniowego pobytu w Paryżu, robienie zakupów na wyjazd i rozmowy przez telefon na zmianę z Weroniką, Martą, Julką i moją mamą. Projektu dla Grubcia niestety jeszcze nie skończyłam. Ale nie martwiłam się tym, ponieważ to on ciągle generował nowe zmiany i to jemu jakoś nie spieszyło się do finału. „Kiedyś przecież będzie musiał zacząć etap wykańczania wnętrz, a to będzie oznaczało koniec etapu projektowania – czyli mojej pracy dla niego – i będę mogła w końcu zacząć coś nowego”.

Raz próbował nawet zaprosić mnie na kolację. Ale się wymówiłam brakiem czasu. Na razie miałam dość facetów. Nawet tak sympatycznych, jak Grubcio.

Efektem buszowania po sklepach była przepiękna szmaragdowozielona suknia, kolejne szpilki, wiosenny płaszczyk i praktyczny neseser. Właśnie przemierzając centra handlowe, uświadomiłam sobie, że nadchodzi wiosna. A skoro nadchodziła do nas, to w Paryżu już na pewno rozgościła się na dobre, w całej swej zielonej pełni. To jeszcze bardziej poprawiło mi humor.

W jednym z centrów handlowych, gdy przymierzałam sukienkę i stałam przed dużym lustrem na zewnątrz przymierzalni, bo wewnątrz było jakieś kiepskie oświetlenie, zauważyłam Marka Leszczyńskiego. Też paradował w jakimś eleganckim ubraniu z metką i oglądał się w lustrze. „Czy to nie dziwne, że ciągle się na niego natykam? – pomyślałam. Czy ten świat jest taki mały?” Też mnie zauważył. Uśmiechnął się. Wystawił kciuk do góry na znak uznania i pomaszerował do męskiej przymierzalni.

Raz wybrałam się na zakupy z Julką. Też musiała uzupełnić garderobę. Pożyczyłam jej nawet trochę pieniędzy, bo właśnie rozkręcała księgarnię, więc dochody były dopiero w planach. A i tak wykosztowała się na hotel i przelot. Wzbraniała się, ale widząc, że tylko psuje mi tym nastrój, uległa. I też wylądowała w domu z identyczną szmaragdowozieloną sukienką. Większość kobiet nie znosi, gdy ktoś w ich otoczeniu ma na sobie ten sam ciuch. Ja uważam to za zabawne, gdy z przyjaciółką jesteśmy tak samo ubrane. Jak bliźniaczki w dzieciństwie. Może to efekt braku rodzeństwa? Tęsknota za siostrzaną unifikacją? No cóż, rodzice w młodości nie postarali się o towarzystwo dla mnie. I teraz w jesieni życia to ja skupiałam całą ich uwagę. Zwłaszcza że ze swojej strony nie zadbałam o potomka. Więc tym bardziej nie powinnam była mieć im tego za złe. Cierpliwie znosiłam ich telefony, odpowiadając po sto razy na pytania: gdzie dokładnie zatrzymamy się w Paryżu, kiedy wylot, kiedy przylot, co tam planujemy robić, czy mam dość pieniędzy i czy na pewno zadzwonię zaraz po wylądowaniu samolotu?

Dziewczyny dzwoniły z całkiem podobnymi pytaniami. Nie mogły zapamiętać godziny wylotu ani nazwy hotelu. Konsultowały jeszcze, co ze sobą zabrać i w ilości ilu kilogramów mogą to nadać na bagaż. Oczyma wyobraźni już widziałam Weronikę z tysiącem wypchanych walizek. Ona na pewno nie zmieści się w limicie. Ale ona może sobie pozwolić na nadbagaż. Dla niej to żaden wydatek.

O mało nie zakrztusiłam się właśnie przeżuwanym jabłkiem, kiedy usłyszałam od Marty, że zapisała się na lekcje aerobiku, bo musi zrzucić parę kilo, żeby pięknie wyglądać w Paryżu.

Telefon od Weroniki był jak zwykle tragikomiczny.

– Lenka, mój mąż chyba całkiem oszalał. Mówi z jakimś takim dziwnym uśmieszkiem, że bez niego na pewno nie pojadę. On chyba coś knuje. Trochę się boję, żeby nam nie popsuł szyków – przeszła teraz w konspiracyjny szept. – O, idzie, muszę kończyć. Pa!

„Ten Adam ma totalnego bzika na punkcie swojej żony” – pomyślałam.

Nieco załamał mnie telefon od Julki, kiedy prawie płacząc do słuchawki, opowiadała mi o chorobie dzieci.

– Właśnie rozchorowały się na ospę. Więc mój wyjazd wisi na włosku – relacjonowała. – Mąż nie da rady połączyć opieki nad nimi z zastępowaniem mnie w księgarni, a jeszcze sam prowadzi własny interes. Zresztą wiesz, jak jest.

– Julka, daj mi godzinę, coś wymyślę – odpowiedziałam. Wiedziałam, jak jest. Znałyśmy się przecież od czasów liceum. Wiedziałam, że jeśli nie na pomoc przyjaciół, Julka nie ma na kogo liczyć.

Wykonałam więc telefon do rodziców. Na początku mama była trochę zdziwiona moją prośbą. Ale po kilku minutach rozmowy spodobał jej się pomysł opieki nad pożyczonymi wnukami: Zosią i Pawełkiem, w wieku 5 i 10 lat. Dzieci Julki zdążyła już poznać wcześniej. Wiedziała, że żadne rozkapryszone bachorki jej nie grożą.

Oddzwoniłam do Julki z uspokajającą informacją. Nie posiadała się z radości i już planowała zaprosić świeżo przysposobionych dziadków, żeby wdrożyć ich w nowe obowiązki.

„No, chyba już nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy spokojnie wyjechały” – pomyślałam. Myliłam się jednak.

***

Dwa dni później, pod wieczór zadzwonił Piotr i zażądał, żebym w ciągu sześciu dni opuściła mieszkanie, ponieważ on właśnie przelał pieniądze na moje konto. Nie pomogły tłumaczenia, że to za krótki termin. Uważał, że skoro zapłacił mi tak horendalną sumę, ma prawo żądać mojej natychmiastowej eksmisji. Nie chciałam mu mówić o wyjeździe, więc nie wiedział, jak bardzo krótki jest ten termin. Tak naprawdę został mi zaledwie jeden dzień na przeprowadzkę. – W ciągu pięciu dni spokojnie znajdziesz coś do wynajęcia. A spakowanie i przewiezienie twoich rzeczy osobistych zajmie góra jeden dzień – perorował. Tak to sobie zgrabnie obliczył.

– Jak to rzeczy osobistych? A meble, telewizor, mikser? Przecież kupowaliśmy wspólnie.

Okazało się jednak, że cena, którą mu podałam, obejmowała wszystko.

– Aha, i odbierz maila. Wysłałem ci umowę kupna–sprzedaży. Wydrukuj, podpisz i zostaw na stole, jak się będziesz wyprowadzać. Pomógłbym ci, ale Anetce to się nie spodoba. A wiesz, nie chcę jej denerwować. Biedna źle znosi ciążę. Jak chcesz, dam ci namiar na dobrą firmę przeprowadzkową. Też będziemy z niej korzystać. Nie wzięłam.

„Co się dzieje u licha?!” Po rozwiązaniu jednego problemu pojawiał się zaraz kolejny i każdy stał na przeszkodzie mojej wymarzonej podróży. Mogłam stanąć okoniem i nie wyprowadzić się. Ale miałam już dość i Piotra, i tej jego Anetki. Chciałam jeszcze przed wyjazdem wyczyścić całą sytuację, żeby z wolną głową poszaleć w mieście moich marzeń. Żeby już nic mnie z tym typem nie łączyło.

W pierwszym odruchu sprawdziłam saldo na moim koncie. Słowa tego faceta nie są dla mnie w ogóle wiarygodne. Ostatnio mocno nadszarpnęłam swoje finanse. Po wszystkich wydatkach i zakupie waluty na wyjazd, na koncie zostało mi 55 groszy na plus. „Ale w końcu mogę skorzystać jeszcze z kart kredytowych, no i niedługo wpłynie kolejna rata od Grubcia” – pocieszałam się, gdy poprzedniego dnia sprawdzałam stan konta w internecie.

Faktycznie okrągła kwota miliona złotych dołączyła do moich 55 groszy. Jeszcze raz przeliczyłam zera. Tyle zer naraz jeszcze nie widziałam. „O kurczę, jestem milionerką! Co prawda bezdomną, ale jednak”.

„Skąd on wytrzasnął tyle kasy? Zarabiał nieźle jako prawnik, ale wydawał jeszcze lepiej. Co mi tam! W końcu pochodzenie tych pieniędzy to już nie moja sprawa. Im mniej o nim będę myśleć, tym lepiej” – postanowiłam.

Zamówiłam więc na następny dzień transport i zorganizowałam pokaźną stertę pudeł do pakowania. Nie miałam jeszcze planu, gdzie ulokować moje rzeczy, ale pocieszałam się, że coś się później wymyśli.

Nazajutrz zadzwoniłam do Marty, prosząc o pomoc przy przeprowadzce. Pokrótce wyjaśniłam jej mój układ z Piotrem. Sklęła go oczywiście na czym świat stoi i po pół godzinie stawiła się gotowa do upychania moich gratów w kartonach. Nie chciałam odrywać Julki od chorych dzieci ani Weroniki… od jej męża. We dwie dałyśmy sobie doskonale radę.

Trochę tego było. Wyszło w sumie kilkanaście pudeł. Oprócz osobistych rzeczy wzięłam jeszcze porcelanowy serwis. Byłam pewna, że Piotr i tak nie zauważy, że go brakuje. A ja go uwielbiałam.

Po południu Marta wyszła. Przyszło za to dwóch rosłych panów w pomarańczowych kombinezonach i zaczęło znosić mój dobytek do ciężarówki. Robili już któryś z kolei kurs między samochodem a moim mieszkaniem, gdy w otwartych drzwiach tuż za nimi pojawił się nie kto inny, a mój ulubiony sąsiad.

– Witam, pozwoliłem sobie zajrzeć, żeby dowiedzieć się, co słychać u pani, pani Leno? I widzę, że opuszcza pani to piękne miejsce. Ku mojej rozpaczy.

Musiał zrobić krok w przód, bo kolejna paczka w towarzystwie dwóch pomarańczowych osiłków opuszczała mieszkanie.

– A dzień dobry! Tak wyszło, że muszę się wyprowadzić – odpowiedziałam.

– Taaak, rozumiem – pokiwał głową.

Oczywiście, że rozumiał. W końcu tam w kawiarni był mimowolnym, a przynajmniej tak wtedy myślałam, świadkiem mego upodlenia.

– Gdzie pani w takim razie zamieszka? – zagadnął z uśmiechem.

– W sumie to jeszcze nie wiem – wyrwało mi się niepotrzebnie. – Jutro z przyjaciółkami wyjeżdżam do Paryża i na razie mnie to nie ob-cho-dzi – skandowałam radośnie, bardziej w przestrzeń niż do niego.

– Ale musi pani podać jakiś adres tym sympatycznym panom od przeprowadzek.

„No właśnie, przecież ja jeszcze nie wymyśliłam, co zrobić z tym całym dobytkiem” – pomyślałam nerwowo w nagłym ataku paniki. Jakoś w tym całym zamęcie pominęłam ten mały, ale jakże istotny szczegół. Nie chciałam już angażować rodziców. W końcu będą za chwilę mieli dwójkę pryszczatych dzieci na głowie. Pewnie u Weroniki, w jej ogromnej willi, byłoby miejsce na kupkę moich gratów, ale tam było wystarczająco dużo zamieszania z powodu naszego wyjazdu. Nie chciałam siać kolejnego zamętu w jej domu.

On, widząc chyba moją konsternację, zaproponował:

– Wiem, że mało się znamy, ale chętnie użyczę pani swojego garażu. Jest całkiem niedaleko stąd. Jak samochód postoi trochę na dworze, to przecież lakier z karoserii mu nie spadnie. Po powrocie z tego Paryża wymyśli pani, co dalej, i odbierze sobie swoją własność.

Nie wyglądał na złodzieja. W ogóle fajnie wyglądał. Wysoki, dobrze zbudowany, brunet. Zielone oczy i zmysłowe usta. Zagapiłam się przez chwilę. „Lena, przecież masz dość facetów – strofowałam się w myślach. Na dodatek nie gap się na zajętych facetów. Pamiętasz tę blondynkę w czerwieni”.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Przez głowę przegalopowało mi tysiąc różnych myśli. Po co proponował mi pomoc? Dzięki Piotrowi wyhodowałam w sobie żyłkę do tropienia podstępów. „Może chce upłynnić moje ciuchy? No, większość w sumie starych. Te nowe biorę i tak ze sobą”. Chociaż był wśród nich rarytas, którego nie miałam zamiaru pakować do walizki. Przepiękna czarna suknia z jedwabiu, naszywana prawdziwymi czarnymi perłami, z dużym dekoltem na plecach. Prawdę mówiąc, to dostałam ją od Piotra na którąś rocznicę naszego pożycia, konkubinatu czy jak to się nazywa (i tak brzmi mizernie w porównaniu ze słowem „małżeństwo”). Więc i tak wolałam jej więcej nie oglądać. „A może zaczaił się na moją porcelanę? Chociaż Rosenthal to to nie jest. Za dużo by za nią nie dostał”.

– Dobrze – wypaliłam. – Ale dowód osobisty poproszę! I znowu udało mi się go rozbawić. Ale posłusznie wyjął dowód z portfela. Obejrzałam go na wszystkie strony, szybko kalkulując, że mój dobroczyńca liczy sobie czterdzieści pięć wiosen.

– Ale pan nie jest tu zameldowany – powiedziałam tonem policjanta, który właśnie zwietrzył w rozmówcy przestępcę.

– Jeszcze nie zdążyłem wymienić dowodu, pani porucznik.

– Przepraszam. Zrobiłam się ostatnio strasznie nieufna. Dziękuję za ofertę, skorzystam – odpowiedziałam krótko, jak na funkcjonariusza przystało.

Po zakończeniu pakowania przejechaliśmy więc z tym całym majdanem pod jego garaż i tym razem panowie w pomarańczowych wdziankach wykonali pracę odwrotną. Czyli wypakowali wszystkie toboły z ciężarówki do jego garażu.

– Nie wiem, jak panu dziękować – zaczęłam.

– Zaprosić mnie na kawę – natychmiast odpowiedział.

Nie miałam wyjścia. Wróciliśmy do mieszkania, które za chwilę miałam na zawsze opuścić. Po raz ostatni parzyłam kawę w urządzonej przeze mnie kuchni.

– No, chyba nie będziesz teraz buczeć – mamrotałam pod nosem. – Urządzisz sobie kolejną.

Sąsiad na chwilę udał się do swojego apartamentu i wrócił z butelką wina. Podałam kieliszki i korkociąg. Nalał wino i podniósł swój kieliszek:

– Pani Leno, czy możemy przejść na ty? Proszę do mnie mówić po imieniu: Marku.

– Jasne. Nie ma problemu – odpowiedziałam apatycznie, po raz kolejny omiatając wnętrze melancholijnym wzrokiem i również wypijając solidny łyk wina.

– Wiesz, byłem kiedyś w Paryżu – zaczął tajemniczo. Widać było, że chce rozproszyć mój zły nastrój i skierować moje myśli na inne, przyjemniejsze tory. – Chętnie powtórzyłbym tę przygodę. Leno, mogę jutro podwieźć was na lotnisko – zaproponował uradowany.

– O, dzięki po raz drugi. Ale mogę przecież wziąć taksówkę. Nie chcę cię więcej fatygować.

– W takim razie nalegam. To będzie dla mnie prawdziwa przyjemność. Wiesz – jakoś dziwnie zmienił mu się głos – w twoim towarzystwie czuję się naprawdę dobrze. „Hola, hola – pomyślałam. Ja nie wystąpię w roli asystentki. O nie. Masz babkę, to się jej trzymaj, tak jak trzymałeś ją czule za rączkę w tej przeklętej kawiarni”.

– Muszę się już zbierać – podniosłam się gwałtownie. – Przenocuję u rodziców, którzy jeszcze nie wiedzą o tej całej hecy z wyprowadzką. Więc pewnie dzisiejszy wieczór też będzie ciekawy. Jeszcze raz dziękuję. Mam twój numer telefonu, więc będziemy w kontakcie. Jak wrócę, to zadzwonię – obiecywałam.

Spytał jeszcze o nazwę hotelu w Paryżu. Ale nic mu ona nie mówiła. Zrewanżował się nazwą swojego, która też mi nic nie powiedziała, i wyszedł, życząc mi udanej podróży.

Po raz ostatni spojrzałam na to cudze już mieszkanie. Kawałek życia w nim zostawiłam. Podpisałam dokumenty dotyczące jego sprzedaży. „Dziwne uczucie – myślałam – jakbym podpisywała papiery rozwodowe, chociaż nigdy dotąd nie byłam mężatką”. Zamknęłam drzwi na klucz i z podróżnym neseserem oraz nieodłącznym laptopem pojechałam do rodziców.

***

Już od progu witała mnie załamująca ręce mama. – Co?! Wyrzucił cię?! Z jedną walizką cię zostawił? – Nie, mam jeszcze komputer – wesoło zamachałam laptopem. – Mamo, wszystko wam zaraz wyjaśnię. To naprawdę nie wygląda tak źle.

I pokrótce zrelacjonowałam im ostatnie wydarzenia.

– No, ten milion to ci się należał jak nic – podsumowała moją przemowę nieco podniesiona na duchu mama. – Jak nie dwa – tata nie wydawał się całkowicie usatysfakcjonowany.

Zjedliśmy kolację. Pogadaliśmy jeszcze trochę o pułapkach czyhających na pozbawione męskiego towarzystwa podróżniczki. I zaczęłam obdzwaniać po kolei wszystkie uczestniczki paryskiej eskapady. Umówiłyśmy się na lotnisku. Zbiórka – godzina dziewiąta rano.

Położyłam się spać. Ale długo nie mogłam zasnąć. Nadmiar wrażeń. Około pierwszej w nocy z przerażeniem uświadomiłam sobie, że Piotr nie ma kluczy do mieszkania. Kiedy go z niego z hukiem wyrzucałam, odebrałam mu jego komplet. Termin jego wprowadzki… (jeśli jest wyprowadzka, to powinna istnieć też wprowadzka) wypadnie w czasie mojego pobytu w Paryżu. „Muszę jakoś przekazać mu ten klucz przed wyjazdem. To jest klucz zamykający rozdział życia, o którym chcę już zapomnieć. Póki go nie dostanie, ten rozdział ciągle będzie otwarty”. Tak czułam.

„Teraz to już na pewno nie zasnę” – pomyślałam. Nie zastanawiając się dłużej i nie zważając na chłód kwietniowej nocy, w piżamie i bamboszach wskoczyłam do swojego samochodu, zabierając ze sobą dwa komplety kluczy do apartamentu.

Nie byłam na tyle zdesperowana, żeby dzwonić do Piotra, pytać o adres i jechać wprost w paszczę Anetki, ale byłam na tyle, żeby jechać do mieszkania obcego w sumie faceta, o pierwszej trzydzieści w nocy, w stroju raczej mało wizytowym. No, chyba że wybierasz się na piżamaparty. Po kilku dzwonkach do drzwi otworzył zaspany Marek. Zmierzył mnie półprzytomnym wzrokiem i przetarł ze zdziwienia oczy.

– Czy mi się to śni? – zapytał z rozmarzonym uśmiechem na twarzy.

Nie wiedziałam, czy wolałby, żeby to był sen czy wręcz przeciwnie.

– Marek – zaczęłam – mam do ciebie ogromną prośbę. – Proszę, zawieź jutro te klucze mojemu byłemu facetowi. Tu masz telefon do niego – wręczyłam mu karteczkę z nabazgranym naprędce numerem. – Najpierw zadzwoń i spytaj o jego adres, bo nie znam. Wiem, że jest bardzo późno, przepraszam. Jak odwieziesz te klucze, to zadzwoń potem do mnie. Wylatuję o jedenastej, więc, proszę, zrób to do tego czasu. Chciałabym zacząć podróż z czystym kontem – zarzuciłam go potokiem słów. – Zrobisz to dla mnie? – zapytałam błagalnie.

– Dla ciebie, Lena, wszystko – odpowiedział już przy tomnie. – Proszę, wejdź.

– Nie, nie, muszę wracać do łóżka.

I co sił w nogach pognałam do samochodu.

***

Na lotnisku byłam punktualnie. Marta i Julka zjawiły się parę minut po mnie. Brakowało tylko Weroniki. Wiadomo, ona zawsze się spóźnia – uspokajałyśmy się nawzajem. Chociaż ja w duchu trochę martwiłam się, czy ten jej zazdrośnik nie zatrzymał jej jednak siłą w domu. Co prawda, poprzedniego dnia brzmiała przez telefon zupełnie spokojnie i nie wspominała już o nikczemnych zamiarach męża udaremnienia jej wyjazdu. Ale kto ich tam wie.

– Zadzwonimy do niej? – zaproponowała Marta.

Wyciągnęłam komórkę. Jej numer nie odpowiadał.

„Może jeszcze ten tyran zarekwirował jej telefon” – pomyślałam.

Dodatkowo niepokoił mnie brak wiadomości od Marka. „Czy on w ogóle pamięta o mojej nocnej prośbie? Czy może myśli dzisiaj, że to był jakiś dziwaczny sen ze mną w roli głównej. Muszę do niego zadzwonić” – rozważałam po cichu. Jego numer również nie odpowiadał.

Czas leciał nieubłaganie i była już najwyższa pora udać się do odprawy bagażu.

– Może Weronika jeszcze dojedzie. Ale nie będziemy dłużej tu tkwić. Idziemy odprawić bagaż – zadecydowałam. – Bo w końcu żadna z nas nie pojedzie.

– Masz rację – przytaknęły dziewczyny i zaczęły kierować się do odpowiedniego stanowiska.

Ja