Blask w mroku - Wojciech Konieczny - ebook

Blask w mroku ebook

Wojciech Konieczny

0,0
1,41 zł

lub
Opis

Mała, medenglarska wioska jest wciąż nękana przez górskich bandytów, a jej mieszkańcy nie mogą zbyt długo cieszyć się spokojem. Młody Hrabia Protektor, Karon, będzie musiał temu zaradzić. Wydarzenia pewnej nocy sprawią jednak, że szlachic stanie w obliczu znacznie większych kłopotów, w które wplątani zostaną jego wierni żołnierze, a także — przybysze z nieba. „Blask w mroku” stanowi pierwszy rozdział „Zmierzchu nad Medenglarem”, powstającej obecnie powieści fantasy Wojciecha Koniecznego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 38




Wojciech Konieczny

Blask w mroku

Pierwszy rozdział „Zmierzchu nad Medenglarem”

© Wojciech Konieczny, 2016

Obraz na okładceCC0 Public Domain

Mała, medenglarska wioska jest wciąż nękana przez górskich bandytów, a jej mieszkańcy nie mogą zbyt długo cieszyć się spokojem. Młody Hrabia Protektor, Karon, będzie musiał temu zaradzić. Wydarzenia pewnej nocy sprawią jednak, że szlachic stanie w obliczu znacznie większych kłopotów, w które wplątani zostaną jego wierni żołnierze, a także — przybysze z nieba.

„Blask w mroku” stanowi pierwszy rozdział „Zmierzchu nad Medenglarem”, powstającej obecnie powieści fantasy Wojciecha Koniecznego.

ISBN 978-83-8104-128-7

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Przedmowa

Dziękuję.

To jest pierwsze słowo, które pragnę skierować do każdego Czytelnika. Dziękuję za zaufanie, za wsparcie, jakim jest dla mnie zakup każdego egzemlarza Blasku w mroku.

Z wielką radością prezentuję Państwu owoc wielu godzin pracy twórczej, sprawdzania i czytania po wielokroć na nowo całego tekstu, aby powstały tekst był jak najbardziej spójny, dopracowany, przygotowany do, mam nadzieję, fascynującej kontynuacji w kolejnych rozdziałach.

Blask w mroku to zaledwie pierwszy rozdział, zalążek powieści, która już teraz, w mojej głowie, rozciąga się na całą trylogię, pod roboczym tytułem Wedrówka słońca nad Medenglarem. Wyobrażenie o tym, jak daleko mogą potoczyć się losy bohaterów, których poznacie Państwo na kolejnych stronach, wciąż mnie przerasta i nie wiem, czy podołam doprowadzeniu tej historii do końca. Częściowo właśnie dlatego zdecydowałem się wydać tylko ten jeden, gotowy rozdział. Może dzięki tej publikacji, znajdzie się ktoś, kto w taki czy inny sposób zechce mnie wspomóc. Jeśli tak by się stało, a wymagałoby to osobistego kontaktu, pozostawię tutaj swój adres e-mail: [email protected]

Poniższa publikacja nie ukazałaby się jednak, gdyby nie serwis Ridero, dlatego w tym miejscu pragnę podziękować właśnie jego założycielom. Jest to, jak sądzę, wielki krok na drodze rozwoju nowych, nieznanych jeszcze twórców.

Zapraszam Państwa w niecodzienną podróż do krainy Medenglaru i życzę miłej lektury!

I

Następny! — krzyknął Karon zniecierpliwiony, gdy kolejny chłop skierował się do wyjścia z sali. Hrabia siedział tam od południa i zrezygnował nawet z obiadu, żeby szybciej zakończyć audiencję. Swoją drogą, później bardzo żałował tej decyzji. Chciał już wrócić do komnaty, położyć się na miękkim łóżku, zatopić w aksamitnej pościeli, wsłuchać się w trzask ognia na kominku i powoli odpłynąć do krainy snu. Ale obowiązek to obowiązek. Wiedział, że musi wysłuchiwać tych ludzi, bo oni potrzebują jego pomocy, a jako poddani na nią zasługują.

W podobnych chwilach, posiadanie własnego lenna bywa bardzo uciążliwe i wydawać by się mogło, że lepiej było nie przyjmować tego zaszczytu tak młodo. Każdy mężczyzna w jego wieku pragnie przygód i zabaw, a nie siedzenia w wielkiej sali, pośród wieśniaków cuchnących krowami, kozami i Bóg wie, czym jeszcze. Jednakże nie mógł odmówić, bo ściągnąłby na siebie nieprzychylne spojrzenia wielu baronów, hrabiów i markizów, a nade wszystko gniew króla. Kilka miesięcy temu wszedł w dorosłość i nie było już odwrotu — musiał robić to, co konieczne, zanim zabrał się za przyjemności.

Jednak lenno to przecież głównie korzyści — można nim władać wedle własnego pomysłu, rozkazywać wszystkim dookoła, a ludzie darzą swojego pana wielkim szacunkiem. Szczególnie, jeśli jest sprawiedliwy, łagodny, nie każe wieszać nikogo za drobne wykroczenia i ściąga niskie podatki. A Karon taki właśnie był i wiedział, że nie powinien narzekać na swój los, gdyż wielu szlachcicom, dużo poważniejsze problemy niż dzień audiencyjny spędzały sen z powiek. On zaś żył spokojnie, z dala od wielkomiejskich intryg, a jego jedynym zmartwieniem pozostawali górscy bandyci, którzy co jakiś czas nawiedzali wioskę.

Hrabia ukończył niedawno dwadzieścia jeden lat, był silnym mężczyzną z charakterem przywódcy, a po śmierci ojca miał odziedziczyć tytuł markiza Medenglaru — północnej, granicznej marchii Królestwa Tevangardu. Była ona bogata w złoża metali i przecinały ją ważne szlaki handlowe. Nic dziwnego, że przyczyniała się do znacznego wzrostu zamożności rodu Białogierów. Urodę Karona można by określić jako zupełnie przeciętną. Miał krótkie, ciemne włosy, zawsze powykręcane we wszystkie strony. Nie odznaczał się dużym wzrostem, ale zadbany zarost i wyrzeźbiona sylwetka dodawały mu powagi, a nawet atrakcyjności. Na co dzień nosił drogie, aksamitne ubrania, którym prosty krój oraz stonowane barwy nadawały wyjątkowo eleganckiego wyglądu, lecz nie raziły prostych ludzi, jakimi się otaczał.

— Jaśnie panie — skłonił się wysoki, czarnowłosy mężczyzna. Był przystojny, odziany w solidny i schludny strój, na który raczej nie mógłby sobie pozwolić żaden z mieszkańców wsi. Jest tu obcy, pomyślał hrabia. — Czy zechcesz poświęcić chwilę, by mnie wysłuchać?

Mężczyzna właściwie wydyszał to zdanie, jakby niedawno przebiegł spory kawał drogi i jeszcze nie zdążył porządnie odpocząć.

— Zbliż się — zachęcił szlachcic. Uniósłszy brew, spojrzał na swojego rozmówcę. — Nie mieszkasz tutaj, prawda? Co cię sprowadza? — spytał Karon uprzejmie. Z wielką ulgą zauważył, że w sali zostały zaledwie trzy osoby, nie licząc mężczyzny, z którym właśnie rozmawiał oraz strażnika. W końcu będzie mógł iść na zasłużony odpoczynek po czwartej, comiesięcznej audiencji.

Zaskakujące, ile