Opis

Czy kiedykolwiek starczy nam odwagi, by być sobą? Guido i Costantino mieszkają w jednej kamienicy w samym sercu Rzymu. Choć żyją blisko siebie, ich charaktery i losy są całkowicie odmienne. Guido jest nieśmiały i wrażliwy. Pochodzi z dobrze sytuowanej rodziny, z którą mieszka na czwartym piętrze. Chłopiec wychowuje się pod czujnym okiem mamki, trzymającej go w izolacji od świata. Rodzice Guida nie uczestniczą w jego wychowaniu, a na co dzień jego towarzyszami są jedynie książki. Costantino, syn dozorcy mieszkający w suterenie, jest krnąbrny i agresywny. Trenuje piłkę wodną, dużo się uczy, osiągając jednak kiepskie rezultaty. Ignorowany przez kolegów ze względu na swoje ubóstwo, czuje się wyrzutkiem. Pomimo tych różnic, chłopców ciągnie do siebie siła, której nie potrafią się oprzeć, od której nie da się uciec, tak jak nie da się uciec przed własną naturą, będącą jak stalowa lina przeciągnięta nad przepaścią całego istnienia. Z biegiem lat bohaterowie oddalają się od siebie, dojrzewają w miejscach geograficznie odległych, nawiązują nowe relacje, pragnienie tego drugiego jednak nigdy nie przemija. Nie mogą zapomnieć o miłości, kruchej i zarazem męskiej, tragicznej jak odrzucenie, ambitnej jak pożądanie, miłości, która przewija się przez różne etapy życia, od dzieciństwa przez młodość aż po wiek dorosły. Dla niej Guido i Costantino zaryzykują wszystko, co zdobyli: swoje związki, poczucie bezpieczeństwa, a nawet osobistą nietykalność… „Blask to powieść o zakazanej miłości, która jest źródłem radości i smutku głównych bohaterów. Czyta się ją świetnie, zmusza jednak do myślenia o inności, do skonfrontowania się z uniwersalnym problemem budzącym żal i ból: czemu nie możemy być tym, kim chcemy i żyć jak chcemy?” Corriere della Sera „Tak jak miłość zmienia formę, zmienia ją i ta powieść, która stanowi podróż przez liczne style literackie. A na końcu dowiadujemy się, że każdy z nas może być tylko tym, kim naprawdę jest. I że prawdziwy Blask kryje się w naszej wyjątkowej i wycierpianej odmienności”. La Nuova Sardegna

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 422

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: SPLENDORE

Copyright © 2013 by Margaret Mazzantini

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Zdjęcie na okładce: © CanStockPhoto/sabphoto

Wykonanie okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Maria Zając, Magdalena Bargłowska

ISBN: 978-83-7999-783-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Sergiowi, po raz kolejny

Taki się urodziłem, tak zrządził ślepy los

Na świat przyszedłem niosąc twój słynny złoty głos

Leonard Cohen, Wieża pieśni (przeł. M. Zembaty)

Był synem dozorcy. Jego ojciec miał klucze do naszego mieszkania, a kiedy wyjeżdżaliśmy, podlewał rośliny mojej matki. Przez pewien czas na bramie wejściowej wisiały dwie niebieskie kokardki, jego bardziej wyblakła od mojej, bo starsza o kilka miesięcy. Widywaliśmy się przez całe dzieciństwo, on schodził po schodach, ja wchodziłem. Dzieciom nie wolno było się bawić na podwórku, gdzie wysoka palma czuwała nad spokojem lokatorów. Mieszkaliśmy w kamienicy wzniesionej w czasach faszystowskich, nieopodal Tybru. Widywałem go z okna, jak z piłką pod pachą biegnie do zagajnika nad rzeką.

Jego matka wczesnym rankiem sprzątała biura. Był zorganizowany, nastawiał budzik, otwierał lodówkę i wlewał mleko do filiżanki. Potem wkładał czapkę i zapinał palto. Mijaliśmy się codziennie mniej więcej w tym samym miejscu. Ja byłem zaspany, on nie tak bardzo. Moja matka trzymała mnie za rękę, on szedł sam. Wymienialiśmy krótkie „cześć”. Czuć było od niego piwniczną wilgoć, zapach miejskich suteren. Co trzy kroki podskakiwał. Trzy kroki i podskok.

Nie miałem rodzeństwa, dni spędzałem w samotności. Bawiłem się lalką na dywanie, strzelałem, staczałem bitwy. W sobotnie popołudnia matka zabierała mnie do księgarni albo do teatru. Oboje rodziców widywałem tylko w niedzielę. Ojciec kupował gazety i czytał je potem na skórzanych sofach w klubie, do którego szliśmy na obiad. Czasami zabierał mnie na przejażdżkę rowerem, a wtedy zatrzymywał się nad rzeką i pokazywał mi ptaki sunące z nurtem w stronę morza.

Jadałem w kuchni potrawy pozbawione wyglądu i smaku, wpatrując się w plecy służącej. Kobiety przychodziły i odchodziły, a dla mnie była to zawsze ta sama cicha, choć wroga postać, dzięki której matka mogła mnie porzucać przez całe moje dzieciństwo. Georgette była architektem z wykształcenia, ale nie pracowała w zawodzie: działała jako aktywistka z ramienia pisma „Italia Nostra” i pałała konwulsyjną namiętnością do wszelakiej formy kulturalnego wolontariatu, dlatego nie miała ustalonych godzin pracy.

Kiedy wracała do domu, zrzucała buty i opowiadała mojemu ojcu o fantastycznych spotkaniach, o swojej walce z pustoszeniem zabytkowego centrum miasta. Z pochodzenia była Belgijką, urodziła się w biednej rodzinie włoskich emigrantów, dlatego gdy dorosła, nigdy nie była syta intelektualnej strawy, której ojciec dróżnik nie mógł jej zapewnić.

Mój ojciec, wręcz przeciwnie, był człowiekiem milczącym i monotonnym. W moich oczach prezentował się jako mało atrakcyjny rywal o wyszczerbionym mieczu. Darzył moją matkę gorącą miłością i, jak ja, patrzył na nią w zachwycie, jak na egzotycznego ptaka, który przez przypadek wleciał do domu, by zatrzepotać skrzydłami w jego czterech ścianach i odebrać nam dech w piersiach.

Parter miał kształt elipsy wyłożonej romboidalnymi płytami z zielonego i czarnego marmuru, z brązową balustradą i elegancką, przeszkloną kabiną windy z drewna czereśniowego sunącą w spirali schodów. Czarne naoliwione liny i koła zębate pracowały cicho. Goście podczas jazdy majestatyczną, przez woń wosku i wątłe światło przypominającą raczej konfesjonał kabiną, która wynosiła ich ponad świat i na kilka chwil skazywała na siebie samych, przeglądali się w lustrze, poprawiali kołnierz i wyraz twarzy. Kilka przecznic dalej znajdował się Pałac Sprawiedliwości, dlatego na naszym parterze funkcjonowała kancelaria notarialna, a na piętrze – kancelaria pewnego słynnego adwokata. Przez całe dzieciństwo wyobrażałem sobie ludzi, którzy tu wchodzili, ich twarze, stroje, emocje.

Opisuję tę windę dlatego, że stanowiła mechaniczny element łączący dół z górą, ulicę z naszym mieszkaniem, hałas z ciszą pustych pokoi. Rodzina dozorcy nie musiała z niej korzystać. Byli jedynymi lokatorami zamieszkującymi suterenę, a do ich drzwi, sąsiadujących z piwnicą, prowadziły ciemne schody. Nigdy nie widziałem, jak wchodzą czy wychodzą. Sporadycznie, w sobotę po południu, spotykałem ich, gdy wracali z hurtowni, gdzie robili zakupy na cały miesiąc: ojciec niósł na ramionach skrzynkę z przecierami pomidorowymi i z butelkami oleju. Dzieci były schludnie ubrane, w ciepłe kurtki, a najstarsza córka miała białe pluszowe nauszniki. W przeciwieństwie do brata podnosiła wzrok i patrzyła na mnie, jakby chciała zmierzyć się z innym światem. Jak królik, który węszy przyszłość istniejącą poza klatką. Costantino nigdy: nie pamiętam, abym kiedykolwiek widział jego twarz. Tylko zgarbiony, miękki i zarazem twardy grzbiet. Po czym znikał. Chciał zniknąć. Tak pewnie wyglądał ich odświętny dzień, ich radość.

Wyobrażałem sobie to wilgotne mieszkanie, marne jedzenie rozłożone na ceracie w błękitnej poświacie telewizora. Ojciec, palacz z łuszczycą na czole, matka niska jak karzeł, owiana zapachem środka dezynfekującego, którym myła schody, a który wsiąkł w jej skórę od zaczerwienionych dłoni aż po spękane łokcie. Co wieczór, kiedy zamykali stróżówkę, wszyscy zasiadali pod jedną jarzeniówką, by odrobić lekcje.

Uczyłem się zwykle na podłodze, tuż obok drzwi wejściowych, z plecami przyklejonymi do ściany – pozostał chyba na niej ślad, tak jak w stajni pozostaje ślad po końskim zadzie. W tym miejscu najbliżej było do świata, do jego odgłosów, do życia. Mieszkanie było puste, tylko w jednym pokoju się świeciło, w głębi korytarza, tam gdzie prasowała służąca. Zarys kobiety, która nie była moją matką. Jak strachy na wróble strzegące winnic. Zamiast tej namiastki opieki wolałbym być sam, wolałbym pogodzić się z okrutnym porzuceniem. W tamtych latach Włochy z kraju emigrantów zaczęły przekształcać się w kraj imigrantów. Kiedy stara gosposia z Sardynii wróciła do siebie, Georgette otworzyła podwoje dla Somalijek, Maghrebijek, Erytrejek. Oddała mnie we władzę afrykańskich zapachów, uśmiechów na ciemnych twarzach. Dla zamorskich służących byłem dzieckiem idealnym: cicha, niemalże niewidzialna istota. Zamykały się w pralni z głową trapioną ponurą nostalgią. Tak wyglądało moje pierwsze doświadczenie rodzaju ludzkiego: zatapiałem się w ich fartuchach w kratkę, przesiadywałem w ich towarzystwie, a mimo to zachowywałem dystans do tych istnień odległych o całe cywilizacje. Zrozumiałem, że deska do prasowania to ich czarodziejskie królestwo, że ciepło w powiązaniu z monotonnie wykonywanymi ruchami pozwala im na całkowite oderwanie się od rzeczywistości, scala ich przerwany los z domem na palach, z brudnym targiem, na którym handluje się nasionami i kozami. Czasami pokazywały mi zdjęcia swoich dzieci, a ja patrzyłem na te buzie, na sztuczne pozy, z których biło ubóstwo.

Przylepiony nieruchomo do podłogi obok drzwi, pozwalałem, aby cienie mnie przeszywały, a ciemność okrywała. Czekałem na powrót mojej matki, na jej szczupłe łydki, na skraj płaszcza, na głos jedynej kobiety, która miała prawo mieszkać w tym domu i która niepodzielnie panowała w moim sercu. I nawet gdy byłem zły, potrzeba, by ją zobaczyć, sama myśl o niej sprawiała, że zalewałem się łzami i zanurzałem w najtkliwszych i rozpaczliwych uczuciach miłości. Leżałem przy drzwiach jak pusta skorupka, dręczony przez makabryczne domysły, przez nieprzemijające podejrzenie, że coś jej się mogło przydarzyć. Każde drgnięcie windy wywoływało długą pauzę, bolesny zryw i następujący po nim bezdech. Modliłem się wtedy i zamieniałem w potulną myszkę, która czeka na serek. Nigdy nie zapomnę zgrzytu hamującego żelastwa, drewnianych drzwi, które miękko się domykają! Do ostatnich dni życia towarzyszyć mi będzie tęskne wyczekiwanie na znajomy dźwięk i uczucie rozczarowania. Kroki, które są tuż-tuż, by nagle oddalić się nieodwołalnie, wejść do innego mieszkania, do innej rodziny.

W tej skulonej pozycji znajdował mnie ojciec. Myślał, że siedzenie na ziemi, z książkami na podkurczonych nogach to mój sposób na naukę. Był dermatologiem, wracał do domu blady, szary jak kawałek wygotowanego mięsa, sunął na oślep po dobrze znanych mu miejscach, zapalał światło, wieszał palto.

– Guido, powiedz, co dziś robiłeś?

Nieważne, że nie odpowiadałem. Ruszałem za nim, pokrzepiony jego obecnością, ale to było tak, jakbyśmy razem szli w orszaku pogrzebowym, na którego czele sunęła jej nieobecna postać. Gdy obowiązki zatrzymywały Georgette aż do późnego wieczoru, sami jedliśmy kolację.

Walczyłem ze snem do ostatnich sił. Potem padałem jak nieżywy. Wiedziałem jednak, że nawet jeśli wróci w środku nocy, na pewno pochyli się nad moim łóżkiem, pocałuje mnie, zanurzy nos w moje włosy, policzy palce na mojej otwartej dłoni. Pogrzebany żywcem we śnie marzyłem o jej miłości, która nadchodziła zbyt późno, kiedy już nie potrafiłem się ocknąć, i płakałem z bólu na myśl, że nie mogę doświadczyć jej na jawie, w rzeczywistości.

Jej brat Zeno mieszkał dwa piętra nad nami, na ostatniej kondygnacji, która przypominała rozległe, pozłacane imperium.

Ten wysoki, potężnie zbudowany, wybuchowy i groźny mężczyzna, o oczach jak dwie stalowe kule i palącym spojrzeniu, był krytykiem sztuki. Jego mieszkanie z wiecznie zaciągniętymi zasłonami wyglądało jak świątynia starych katalogów i płócien, zamieszkiwana jedynie przez rzeźby i ich cienie. Bywali u niego marszandzi, artyści o szalonym wzroku, bladzi duchowni. Watykan znajdował się kilka metrów w linii prostej, a z balkonu przylegającego do jego gabinetu widać było kopułę Bazyliki Świętego Piotra, okna na jej jasnej czaszy i latające wkoło ptaki.

Ona była tematem jednej z pierwszych lekcji o historii sztuki, których mi udzielił. W lodowaty i wietrzny dzień trzymał mnie na balkonie, narażając na zapalenie płuc. Wycofanie się do ciepłego wnętrza było niemożliwe. Opowiadał mi z żywą gestykulacją o pierwotnym projekcie Bramantego, a potem o nędznym planie Sangalla i jego niedorzecznych pomysłach, które odrzucił Michał Anioł, by powrócić do układu budowli centralnej. Wuj był kawalerem i nie cierpiał dzieci, ale tamtego dnia, choć miałem około ośmiu lat, najwyraźniej uznał mnie za wystarczająco dojrzałego, by nawiązać ze mną intelektualny dialog. Zamierzał mnie ukształtować, czego zawsze pragnęła moja matka.

Miał przyjaciółkę, wysoką i chudą jak kościotrup, która krążyła wokół niego jak zraniona żyrafa. Wuj nigdy nie zabierał jej ze sobą na rodzinne obiady. Na co dzień zajmowała się nim Georgette. Nie znam dobrze historii tego rodzeństwa, w moim domu nigdy się o tym nie mówiło. Wiem, że zostali wcześnie osieroceni, że Zeno przeprowadził niezwykle intratną transakcję, sprzedając jakiś obraz pochodzący z probostwa w Walonii, po czym pochwalił się siostrze nowym porschem 550, kabrioletem, kropka w kropkę takim, jakim rozbił się James Dean. Opuścili Belgię i wrócili do Włoch. Moja matka wyszła za mąż, ale jej stosunki z bratem nadal pozostały bliskie: więź łącząca rodzeństwo należy do tych nierozerwalnych, które karmią się otchłanią wspomnień. Georgette zajmowała się jego korespondencją, umawiała spotkania, chodziła z nim na wykłady, które wygłaszał na uniwersytetach, towarzyszyła mu w domach aukcyjnych, w nadmorskich i górskich hotelach. Otwierała drzwi arystokratom w tarapatach, którzy przynosili pod pachą owinięte w gazetę eksponaty z rodzinnych kolekcji, i właścicielom galerii z centrum, którzy mieli dokonać ekspertyzy. Zeno zdejmował wtedy okulary, przybliżał nagie źrenice do dzieł, krążył wokół, obwąchiwał. Jego uwagę zawsze przyciągał jakiś marginalny detal, jakieś pociągnięcie pędzlem w głębi obrazu. Piękno go wzruszało, równie łatwo jednak wpadał w gniew. Nienawidził stylu Fontany i wszystkich spacjalistów. Bywało, że w powietrzu ciężkim od zapachu oleju roznosiły się jego krzyki, a ludzie uciekali w popłochu, potykając się na schodach.

Nie pamiętam, żeby okazywał mnie, swojemu jedynemu siostrzeńcowi, uczucie; raz tylko, na Boże Narodzenie, położył swoją twardą dłoń na mojej głowie. Fakt, że moja matka tak bardzo go kochała, budził we mnie bojaźliwą fascynację i niemą zazdrość. Mój ojciec też miał brata, ale ten umarł w młodym wieku. Pozostała mu tylko siostra Eugenia, kobieta o krótkich, siwiejących włosach, nosząca się jak mężczyzna, zamężna, ale bezdzietna. Nasza rodzina obfitowała w surowych i ekstrawaganckich dorosłych oraz licznych starców. Na mnie, jedyne dziecko, spoglądano ze strachem, jak na karalucha prosto od Kafki – wiadomo, że kiedyś urośnie i wszystkich pożre. Nigdy nie otrzymałem nic ładnego w prezencie, same domina i parasole.

Raz wuj Zeno podarował mi marmurową mozaikę do samodzielnego układania. Pod koniec smutnego popołudnia chwyciłem to ciężkie pudło i wyrzuciłem je przez okno. Przez szpary w okiennicach obserwowałem, jak leci, jak się otwiera, jak kawałki mozaiki rozsypują się po podwórku. Przy trawniku stał woźny i patrzył w górę, odsunąłem się więc od okna. W tamtych latach często myślałem o samobójstwie. Nigdy więcej tak bardzo nie pragnąłem się zabić jak właśnie w dzieciństwie. A rzut mozaiką był próbą śmiertelnego upadku. Wtedy rozległ się dzwonek.

W progu stał syn dozorcy, spoza złożonego pudełka z moją mozaiką wychylała się kanciasta i nieruchoma twarz.

– Mój ojciec mówi, że to wypadło z waszego okna.

Czarny żelazny szyb za jego plecami ział pustką, na piętrze nie było windy. Wszedł na piechotę. Miał przyspieszony oddech. Patrzył na mnie zadowolony z otrzymanego zadania, najwyraźniej był uczynnym i pilnym dzieciakiem. Miał opadające ramiona, muskularne uda, zakurzone buty. Dozorca w miniaturze. A przed nim ja, chudzielec: w tamtym czasie modliłem się nad jedzeniem, spędzałem posiłki na odcinaniu pasemek tłuszczu, na krojeniu coraz to mniejszych kawałków. Wyglądałem jak duch. Wszystko nas różniło, nie miał w sobie niczego, co mogło mnie zainteresować. Stworzony był z jakiejś ciężkiej materii, z oddechem jak u ropuchy, konwulsyjnym i gardłowym. Zerknął na ciemne mieszkanie za moimi plecami, poczerwieniał. Kusiło mnie, by zaciągnąć go do kuchni, wyjąć na stół kubki. To przecież też chłopiec, chociaż mało ciekawy i bez wyrazu. Mógł stać się odskocznią nadciągającego popołudnia. Mogłem wcisnąć mu w dłoń mojego żołnierzyka, pokonać go po tysiąc razy ciosami z bagnetu. Spojrzałem na mozaikę, którą dla mnie poskładał i którą teraz tulił jak skarb.

– Nie wypadło, wyrzuciłem.

Miał absurdalnie zaskoczoną minę.

– Dlaczego?

Zacząłem zamykać drzwi, żeby go przegonić.

– Nie potrzebuję tego, robię porządki. Jeśli chcesz, możesz zatrzymać.

Wyglądał tak, jakby się wahał, czy się rozpłakać z żalu, czy krzyczeć z radości. Patrzyłem, jak wkracza na otwierające się przed nim morze i jak nagle zamyka się w geście uległości. Podziękował, zapewnił, że jeśli się rozmyślę, odda mi mozaikę w każdej chwili. Potknął się na stopniu dokładnie wtedy, kiedy zamierzałem dać mu kopniaka: to było tak, jakby go otrzymał.

– Dlaczego nie zjedziesz windą?

Pokręcił głową i wycofał się w słabym świetle klatki schodowej. Najchętniej poprosiłbym go o pomoc.

Wracałem z lekcji fortepianu, szedłem kilka kroków przed służącą (jakże paliła mnie świadomość, że po piętach depcze mi ta biedna niewolnica!), bo nie chciałem, żeby trzymała mnie za rękę. Przystanąłem, chcąc zerknąć przez oblepioną ulicznym brudem i pyłem kratę okna nad chodnikiem, należącego do mieszkania dozorcy. Ta suterena, przylegająca do ciemnych piwnicznych otworów wentylacyjnych i do magazynu drukarni, wywoływała we mnie dreszcz obrzydzenia. Wiedziałem, że z tych czeluści wychodzą szczury i że pułapki zastawiane przez dozorcę ucinają im łby.

Przez kratę zobaczyłem, jak Costantino układa na drewnianym stole moją marmurową mozaikę. Ukląkłem, żeby lepiej mu się przyjrzeć. Posługiwał się pęsetą i tamponem, którym zbierał nadmiar kleju. Był precyzyjny, wielokrotnie mierzył kawałki, mył je w miseczce i osuszał, zanim w końcu przykleił. Zdenerwowało mnie, że ta bezużyteczna zabawka daje mu tyle radości, chciałem zejść do niego i wyrwać mu ją z rąk. Kopnąłem nogą w kratę.

On podniósł głowę, wstał szybko zza stołu i wspiął się na krzesło, żeby otworzyć okno. Między nami pozostała brudna żelazna krata, na którą szczały psy. Krzyknął, żeby przebić się przez uliczny harmider.

– Chcesz mozaikę z powrotem?

Pokręciłem głową i odsunąłem się.

– Możemy ułożyć ją razem. Chodź.

Nie był tak nieśmiały jak zazwyczaj, może fakt, iż znajdował się poniżej, na własnym terenie, dawał mu poczucie bezpieczeństwa. Zobaczyłem, że jego matka z tyłu macha do mnie, zaprasza do środka. Smażyła frytki i odsączała je na brązowym papierze do zawijania chleba.

– Zjesz z nami kolację?

Ze środka dochodził wspaniały zapach, który ściskał kiszki i serce tak, że prawie się rozpłakałem. Podniosłem się i zanim odszedłem, stałem przez chwilę nieruchomo naprzeciwko ich twarzy.

Wyniósł mozaikę na dziedziniec, żeby tam wyschła na odrapanym krześle. Postawił ją w rogu, gdzie zimą na kilka godzin wpada słońce. Może chciał, żebym ją zobaczył. Mozaika przedstawiała achajskiego wojownika. Brakowało fragmentu twarzy i tarczy, pewnie niektóre kawałki zgubiły się albo potłukły. Przyjrzałem się jednemu oku, przyjrzałem się pustemu miejscu po drugim. Wtedy z osi czasu oderwał się jakiś obraz i nagle uderzyło mnie przeczucie, które znikło, zanim je pochwyciłem i odczytałem. Pozostała tylko pustka, wrażenie skoku na główkę, wiatru, który mnie musnął i z furią odleciał daleko.

Dwa dni później wyrzuciłem przez okno namiot. To był jedyny prezent, który naprawdę mi się podobał. Kolejne oszustwo. Bo nikt nie zamierzał zabierać mnie na biwak. Postawiłem namiot w sypialni, gdzie stał przez kilka miesięcy. Mój dom w domu: służąca pochylała się, by zostawić mi przed wejściem obiad. W namiocie odrabiałem lekcje, grałem na pianoli, spałem. Budziłem się zlany potem w jego plastikowym brzuchu, rozbierałem się do naga pod pomarańczowym niebem. Pewnego wieczoru postanowiłem się go pozbyć, wyrzuciłem go więc na podwórko. Sam nie wiem dlaczego. Może dlatego, że był najbliżej.

Costantino podniósł go i spojrzał w górę. Spodziewałem się, że wejdzie, by mi go oddać, ale nie wszedł. Ja więc zszedłem, ale namiotu już nie było. O nic nie pytałem.

Prawdopodobnie zabrał go nad Tybr, na mulistą nadrzeczną plażę, gdzie spotykał się z kolegami, synami innych dozorców, mechaników, drobnych sklepikarzy z dzielnicy. Mój namiot stał się bazą dla ich zabaw, które latem trwały nawet po zachodzie słońca. Robili pistolety na papierowe kulki, łowili ryby. Raz widziałem, jak bawią się w kozła: Costantino miał ugięte nogi, ręce oparte na kolanach, a pozostali przeskakiwali przez jego plecy. Wieża ze spoconych ciał, która chwieje się pod ciężarem śmiechu.

Nastał okres dojrzewania, zaraza, która nikogo nie omija. Czułem się jak szczur w świecie dinozaurów. Dziewczyny pierwsze wyrosły z dzieciństwa. W trzeciej klasie gimnazjum wyglądały jak nauczycielki w klasie pełnej małych chłopców. Zaczęły rozmawiać o swoich sprawach, a ich spojrzenia stały się głębokie i płomienne, cudowne źrenice, za którymi kryło się piekło.

Nadeszło lato. Kamienica opustoszała. Zostali tylko starcy. Sklepy zamknięto. Syn dozorcy w koszulce koloru khaki zlewał wodą podwórko. Jego siostra Eleonora bawiła się klik-klakiem na schodach. Urosła, nosiła buty na obcasiku i ściskała się paskami, żeby uwypuklić młody biust.

Nad morzem miałem więcej swobody. Moja babcia też miała służącą, ale korzystała z niej w domu i w ogrodzie. Na plażę chodziłem sam. Ten stary, ogrodzony ośrodek odwiedzały rodziny, które znały się od wieków. A ratownik o skórze twardej jak u słonia ani na sekundę nie odrywał wzroku od wody.

Skakałem przez fale, czekając na podwodne uderzenie i na zachłanny wir. W kąpielówkach miałem pełno piasku i mikroskopijnego, skurczonego z zimna penisa. Tego lata po raz pierwszy nie bawiłem się dobrze. Chłopcy spotykali się zawsze pod tym samym parasolem, grali w siatkówkę z dziewczynami albo na automacie przy barze. Jeszcze rok temu tyłkiem jednego z nas wytyczaliśmy na plaży tor dla kulek, teraz nikt nawet nie chciał o tym słyszeć. Wszyscy mieli na nosie okulary przeciwsłoneczne, ręce trzymali założone na kąpielówkach marki Speedo i nie odstępowali na krok szafy grającej. Pojawiły się pierwsze frisbee. Rzucałem tym plastikowym dyskiem całymi dniami, od świtu do zachodu słońca, jakby to była moja praca.

Zdarzył się też pewien seksualny epizod. Któregoś dnia szedłem wzdłuż brzegu tak długo, że mogłem spokojnie powiedzieć, iż dotarłem do sąsiedniego morza. Znalazłem się pośród porzuconych łódek należących do szkoły żeglarskiej. Z piasku wyłaniały się kadłuby, wielkie jak pożółkłe kości mątw. Od jakiegoś czasu nie napotkałem na żywego ducha, minął mnie tylko jakiś gość z bernardynem, ale był już daleko. Za barakiem rozciągały się wydmy porośnięte krzakami wysokiego żarnowca. Popatrzyłem w dal, gdzie zachodziło słońce i gdzie zatoka łączyła się z ciemnymi skałami. Wszystko zostało zalane rajskim światłem zmierzchu, pale w wodzie wyglądały jak ze srebra. Zdjąłem koszulkę i wbiegłem do morza, dałem falom się ponieść i zatopić, umierałem i czułem, że żyję. To kładłem się na plecach, to jak wariat waliłem rękami w wodę. Gdy tak stałem zanurzony po pas, usłyszałem, że ktoś mnie woła. Zobaczyłem na brzegu człowieka, machał ręką jak ratownik, który każe wracać, wyglądał tak, jakby przestrzegał mnie przed niebezpieczeństwem. Odwróciłem się za siebie, nie wiem, czego się spodziewałem, może płetwy rekina. Zdezorientowany ruszyłem w stronę plaży, szedłem szybko, wysoko unosząc kolana. Mężczyzna stał pod światło, a bryzgająca woda zalewała mi oczy, dlatego zorientowałem się, co się dzieje, gdy byłem już zbyt blisko. Jeszcze jeden krok i zrozumiałem. Trudno opisać to uczucie, nawet poparzenie meduzy w twarz nie pali tak bardzo.

Początkowo nie wiedziałem, że jest nagi, nie patrzyłem w dół. Zobaczyłem ruch ręką i coś nabrzmiałego, fioletowego pośrodku. Masturbował się przede mną, z językiem wywalonym na usta, patrząc mi prosto w oczy. Poczułem się zgwałcony, wszystko wkoło uległo zmianie, raj przekształcił się w piekło. Całą tę potworność dostrzegłem podczas jednego mrugnięcia powiekami. Nie potrafię powiedzieć, jaką miał twarz, jak wyglądał. Ani na chwilę nie przestał się onanizować, sapać. Staliśmy jeden obok drugiego, miał mnie na wyciągnięcie ręki. Spojrzałem na plażę, na ciemną plamę za nią, ale nikogo tam nie było. Wtedy zrozumiałem, że znalazłem się na pustkowiu, że jest już późno, poczułem lodowaty chłód i pot. Nawet nie drgnąłem. Nieruchomy spojrzałem śmierci w oczy, kontrolując jednocześnie otoczenie.

Umięśniony i ogorzały, łysą głowę owinął kawałkiem materiału. Stał jak wryty, z dużym kutasem w erekcji. Było we mnie coś, czego u siebie nie podejrzewałem, a co odkryłem podczas tej brutalnej lekcji. Odwaga granicząca z szaleństwem. Odwaga masochistów. Odwaga biernych okrutników.

Może nie był gwałcicielem, a tylko ekshibicjonistą, w każdym razie nie dałem mu czasu na określenie się. Nie zadowoliłem go chaotyczną gestykulacją ofiary. Nie upadłem, nie krzyczałem, nie uciekłem do wody. Przeszedłem koło niego, jakbym go nie zauważył, jakby go tam w ogóle nie było. Spodziewałem się, że mnie złapie. Dałbym się zgwałcić i zabić, milcząc jak kamień. Ale kiedy go mijałem, zrobiło mi się go żal, tak jak ofierze oświeconej przez śmierć robi się żal zabójcy. Poczułem za plecami powiew pornograficznej samotności.

Po plaży znowu przeszedł człowiek z bernardynem. Być może to on mnie ocalił. Ekshibicjonista wskoczył do wody i odpłynął od brzegu, siedział w wodzie przez dłuższą chwilę.

Potem dowiedziałem się, że to było terytorium nudystów i homoseksualistów, że często spółkują ze sobą za wydmami.

Do domu wróciłem, ledwo trzymając się na nogach. Nic nikomu nie powiedziałem. Dopadł mnie strach, sunął po mnie jak kraby po piasku, gdy wyrzuci je fala. Powracało wspomnienie ogromnego, stłamszonego kutasa, jego fioletowego czubka. Zastanawiałem się, dlaczego to spotkało właśnie mnie. Może wyglądam dziwnie, może wyglądam na innego. Jak doskonała ofiara przemocy, czułem się, jakbym to ja ją sprowokował.

Pojawił się strach, że inni też dojdą do wniosku, że jestem dziwny i wyciągną przede mną swojego ptaka. Wróciłem do budowania zamków z piasku z małymi dziećmi, do kopania dołków.

Pewnego dnia wybrałem jednego z tych malców, którzy nad morzem zamieniają się w albinosów z żółtym meszkiem na ciemnych plecach. Zacząłem się w niego wpatrywać, nie spuszczałem z niego oczu, najpierw dla zabawy, potem dla eksperymentu. Patrzyłem wzrokiem bez wyrazu. W tym przejawie dominacji ukojenie znalazły wszystkie moje pogrzebane frustracje. Połączyła nas tajemna i brutalna więź. Chłopczykowi zbierało się na płacz, ale nie zapłakał. Dalej grzebał łopatką w piasku, czułem jednak jego rozpacz. Oddalił się od pozostałych dzieci i trafił w moje szpony. Wiedział, że jest pułapce. Gdybym wstał, poszedłby za mną bez słowa protestu. Przez pół godziny trzymałem go w niewoli. Gnębienie tej małej, bezwolnej istoty, bez konieczności zbliżania się, sprawiło mi przyjemność. Potem spuściłem oczy i pozwoliłem mu odejść. Szedł do tyłu, w stronę matki rozłożonej na leżaku, w milczeniu wdrapał się na jej lepkie od oliwki nogi. I tak nie wiedziałby, co powiedzieć. A przecież został zgwałcony, otrzymał potężny cios. Dobrze znałem to pełzające pod skórą uczucie przerażenia. Spojrzałem w morze, wyrastałem na dziwaka.

Latem syn dozorcy wyjeżdżał na zaledwie parę dni, wracał do rodzinnego miasteczka w Apulii. Tam miał rower i przyjaciół, z którymi bez przeszkód dogadywał się w dialekcie. Potem wracał jeszcze bardziej milczący, z tajemniczym spojrzeniem, jakby w tamtych gajach oliwnych nauczył się czegoś zakazanego.

Natknąłem się na niego w stróżówce, zastępował swojego ojca. Zobaczyłem, jak z ciemnego pomieszczenia wyłania się sylwetka chłopca i zalewa ją wrześniowe słońce. „Cześć”. Z trudem go rozpoznałem. Bardzo urósł podczas wakacji. Przyszła do niego matka, podała mu dwa talerze, jeden na drugim, związane sznurkiem. Była środa, pierwsza po południu. Pobliska restauracja w środy nie pracowała, więc obiad dla wuja Zena przygotowywała żona dozorcy. Wuj nienawidził upałów i ścisku, dlatego latem nigdy nie opuszczał miasta. Siedział w swoim apartamencie, przed wentylatorem, w adamaszkowej bonżurce z czerwoną lamówką, którą wkładał nawet na ubranie i która wyglądała jak toga starożytnego władcy Rzymu.

Przywołałem windę, żeby zjechała z góry. Chłopiec został ze mną z grzeczności. Zamieniliśmy kilka słów, inaczej niż kiedyś, bez wzajemnej pogardy, która towarzyszyła nam w minionych latach, przez nieśmiałość, może przez samotność. Nigdy nie byliśmy kolegami. Drażniła mnie myśl, że latem mógł spokojnie wejść razem z ojcem do mojego pokoju, dlatego gdy w ciągu roku nie mogłem czegoś znaleźć, w duchu winę zrzucałem na niego. Rzecz jasna matka nie przyjmowała moich skarg. „To najbardziej uczciwi ludzie pod słońcem”, uciszała mnie.

– Wjedziesz razem ze mną?

Pokręcił głową, ale wszedł do windy. Staliśmy zamknięci w środku, a na zewnątrz trzy liny przesuwały się obok siebie. Popatrzyłem na jego odbicie w lustrze: kolos z wybałuszonymi oczami, obok niego ja, pozbawiony niewinności chłopiec. A między nami przykryty talerz i smakowity zapach sosu.

– Co mu niesiesz?

– Gnocchi.

– Szczęściarz.

Na jego dziecinnej twarzy, niepasującej do reszty ciała, pojawił się smutny uśmiech, był tak samo zażenowany jak ja. Podniósł głowę, popatrzył w górę, między kraty, a jabłko Adama na jego szyi poruszało się tak, jakby coś przełykał.

W październiku niespodziewanie znaleźliśmy się w jednej klasie. Chodziliśmy do rejonowego liceum, dużego i demokratycznego, znajdującego się w budynku w kształcie ośmioboku, z mnóstwem korytarzy, tętniących życiem. Siedzieliśmy w rzędzie pod oknem, Costantino kilka ławek przede mną. Widziałem jego plecy, łokieć, który się poruszał w trakcie pisania, i stopy, które podsuwał pod krzesło. W tej pozycji spędził mniej więcej cały rok. Uparcie się ignorowaliśmy. Fakt, że się znamy, wprawiał nas w konsternację, sam nawet nie wiem dlaczego.

Wyrósł na dobrze zbudowanego, ale niezbyt wysokiego chłopaka, przeciętniaka. Źle się ubierał: spodnie niewiadomej marki i szorstkie swetry, które z czasem, w miarę dorastania, kurczyły się na nim. Dlatego miał zawsze odsłonięty kawałek zbyt białych pleców z rozstępami. Jakby kiedyś był gruby, a przecież nie był. Nawet głos mu się zmienił, teraz był mocny, metaliczny i załamywał się piskliwie jak u eunucha, co jednak po kilku miesiącach zanikło. Wtedy też głos mu się unormował i nabrał miękkiej, niskiej barwy. Wezwany do odpowiedzi, mówił ze spuszczonym wzrokiem, ze złożonymi nieruchomo rękoma i z rozstawionymi nogami. Nie był wybitnym uczniem, ale godnie kroczył po wytyczonej edukacyjnej ścieżce. Bez względu na uzyskaną ocenę dziękował profesorom i wracał na swoje miejsce nieco chwiejnym krokiem, z głową lekko przekrzywioną na bok. Tak minął rok, podczas którego należeliśmy do dwóch całkiem różnych światów. I właśnie tego roku makroskopijnych odmienności zaczęliśmy ostrożnie krążyć wokół siebie. Obaj próbowaliśmy zajrzeć do królestwa tego drugiego.

Pewnego dnia skóra na twarzy zaczęła ciągnąć mnie od środka. Zaatakował mnie trądzik, moje oblicze zamieniło się w różową, pokrytą naroślami planetę. Rzadka broda z trudem przebijała się przez wyniszczone podłoże. W domu uczyłem się z twarzą pokrytą śmierdzącym specyfikiem na bazie gliny. Zapuściłem włosy, żeby powiększyć pole widzenia u moich rozmówców, i ciągle je poprawiałem, dbałem o ich czystość. W ciągu kilku miesięcy zmieniłem sposób ubierania się, wybrałem styl londyński – obcisłe spodnie i błękitne okulary. Byłem niski i chudy, wyglądałem jak komar przebrany za Johna Lennona. Costantino nosił krótko obcięte włosy i drapał się po karku, jakby coś mu przeszkadzało. Grywał w piłkę wodną na hałaśliwym basenie, z którego ja uciekłem po trzeciej klasie. Często trzymał pod ławką worek z ręcznikiem i kąpielówkami. Idąc na trening, wcinał bułkę zawiniętą w folię aluminiową. Mówiono, że jest silny. Że takiego nie dasz rady sobie podporządkować.

Chodziliśmy tą samą drogą aż do skrzyżowania, na którym on skręcał w stronę pływalni miejskiej. Patrzyłem na niego od tyłu i ten obraz już zawsze mi towarzyszył: jego młode i krępe ciało, przekrzywiona głowa, wolna ręka zwisająca bezwładnie, jak grabie porzucone na stogu siana. Gdy się ogląda ludzi od tyłu, widać brzemię losu, jaki na sobie niosą, jakby w tej ich części, której sami nie mogą zobaczyć, skupiały się wszystkie cierpienia, myśli, nadzieje własne i poprzednich pokoleń, które sprzysięgają się przeciwko ostatniemu świadkowi, pchają go naprzód i jednocześnie szydzą z niego, z porażek, które nieuchronnie powieli.

W klasie często był wyśmiewany. Ja też, idąc za nim, miałem ochotę się śmiać. Szedł zdecydowanym krokiem, ale tak, jakby coś go od tyłu przytrzymywało. I gdybym miał określić, gdzie leży epicentrum tego pługa zarytego w glebie niedojrzałego ciała, zszedłbym wzdłuż bruzdy biegnącej od łopatek do kości ogonowej, tej ostrej wypustki, skąd kiedyś wychodził ogon, zanim ewolucja go ludziom odebrała. Syn dozorcy wyglądał w moich oczach jak Minotaur uwięziony w labiryncie w Knossos.

Nie podobało mi się, że znaleźliśmy się w jednej klasie. Ja ignorowałem jego, a on mnie. Zawsze stał z boku, utrzymywał kontakty tylko z kolegami spoza szkoły, ze starymi przyjaciółmi z gimnazjum, którzy uczęszczali do szkół zawodowych albo już pracowali. Jako uczeń był systematyczny, miał świadomość swoich ograniczeń, był jednym z tych upartych ludzi, którzy nie liczą na sukces, lecz chcą jedynie uniknąć upokorzeń. Potrafił wmieszać się w tłum, zatopić się w ciszy pośród klasowego harmideru. A nasza klasa była pełna życia, grono wychylających się na świat, dumnych i złośliwych istot. Niektórzy już się wybijali, ci, co mieli wspiąć się na szczyty społeczeństwa i dobrze o tym wiedzieli. Najbardziej zaskakujące było to, że parli naprzód gigantycznymi krokami, pozostawiając daleko w tyle każdą postać niewinności. I chociaż zachowywali się jak buntownicy i idealiści, większość tej młodzieży jedną nogą stała już w świecie dorosłych.

Gdy wpadałem na Costantina na korytarzu albo gdy wchodziliśmy do klasy, on zwalniał i puszczał mnie przodem. Zachowywał uniżoną postawę, respekt typowy dla dozorcy i milczącą kontrolę, dokładnie jak ktoś, kto jednym spojrzeniem omiata wiele okien w kamienicy. Był niespokojny, i gdy tak siedział zgarbiony w ławce, kątem oka wychwytywał najmniejszy ruch w klasie, łykał powietrze i wypuszczał je krótkimi wydechami, co prawdopodobnie pomagało mu w rozładowaniu napięcia.

Dlaczego wybrał liceum o profilu humanistycznym zamiast szkoły zawodowej, jak jego koledzy? Z daleka było widać, że nie idzie mu łatwo, że nie potrafi rozwinąć myśli, wyrazić jej w dobitny sposób. Jego słownictwo było ograniczone, posługiwał się wyuczonymi pojęciami. Paragrafami wykutymi na pamięć, a potem cisza albo bełkot. Nie powinien skończyć liceum.

Jednak na wiosnę, kiedy klasę dopadło hormonalne roztargnienie i spadek wydajności, on wytrwał w swoim miernym, miernym plus. A na koniec roku krępy Costantino zaskarbił sobie zaufanie profesorów i został nagrodzony średnią dostateczną. Któregoś dnia, na początku września, zobaczyłem go przy furgonetce z używanymi podręcznikami, jednej z wielu zatrzymujących się przy Lungotevere. Ja jeszcze nie wiedziałem nawet, w jakie książki musimy się zaopatrzyć. On miał już listę, przeglądał egzemplarze, sprawdzał ich stan, czy ćwiczenia zostały wypełnione. Był tym tak pochłonięty, że nawet mnie nie zauważył. Zabrał ze sobą dużą gumkę do mazania i pochylony nad stołem straganu, energicznie wymazywał stare podkreślenia. W jego zapobiegliwości było coś odrażającego. Nie chodziło o pieniądze, lecz o coś poważniejszego. Szedłem, wpatrując się w ziemię i błądząc między nurtującymi mnie myślami. Tamtego lata czytałem Dostojewskiego. Syn dozorcy należał do ubogiej części ludzkości, która obarcza ziemię swoim ciężarem i zamienia w miejsce smutne, przytułek dla nędzników. Był jak te mikroorganizmy, które radośnie reprodukują się w nieruchomych wodach stawów, nigdy nie oderwie swojego cienia od bagna.

Pewnego dnia Aldo go przewrócił. Aldo nie był zły, z natury był porządnym chłopcem, chociaż dało się już odgadnąć, że rozpłynie się jak wosk, i właśnie to niemrawe światło, ta bezpłodna materia sprawiała, że był lubiany. Ponieważ niczym szczególnym się nie wyróżniał, na wszelkie sposoby próbował mierzyć swoje siły, bez wyraźnych złych intencji prowokował sytuacje tylko po to, żeby sprawdzić, jak to jest w życiu, bo wiedział, że do niego nie pasuje.

Kiedy syn dozorcy przechodził między ławkami, podstawił mu swoją twardą jak kij nogę i powalił go na ziemię. Wszyscy się śmialiśmy. Było mi przykro, ale za nic w świecie nie wyrzekłbym się tych chwil czystej euforii, najlepszego antidotum na szkolną monotonię.

Biedny Costantino rozbił sobie wargę. Aldo podał mu swoją pachnącą chusteczkę, typową dla lalusia. Costantino posłał go do diabła, podniósł się i ruszył do swojej ławki. Spodziewaliśmy się, że na nas doniesie, że wszyscy zostaniemy zawieszeni za ten kolektywny akt złośliwości. Ale syn dozorcy dumnie usiadł na swoim miejscu i nie odezwał się słowem.

Zaczął wychodzić z nami, śmiać się z naszych żartów, ale nigdy tak naprawdę w nich nie uczestniczył. To nie status społeczny go powstrzymywał, lecz wrodzona niechęć do beztroski, jakby spoza młodości dostrzegał już dorosłe, pełne obowiązków życie. Teraz już wiem, że bał się męskiego towarzystwa.

Któregoś razu na przyjęciu urodzinowym spiliśmy go. Pił o wiele mniej niż my, ale i tak poszło mu do głowy. Jego nieruchoma twarz pękła, zaczął śmiać się pełną gębą. A my śmialiśmy się razem z nim, jak ludzie śmieją się w zimowy poranek przed najsmutniejszym zwierzęciem w zoo. Potem wymiotował. A przez całą drogę powrotną nie przestawał przepraszać. Pozbyliśmy się go jak zdechłego psa.

Stawałem przed lustrem z opuszczonymi spodniami, ale tylko na krótko. Przegrałbym z każdym. Wyglądałem jak parodia umarlaka, jak człowiek wykluczony przez ewolucję. Mój penis przypominał pozbawiony kości palec. Ale nie brakowało mi poczucia humoru, poruszałem łopatkami, które wychodziły mi z ramion jak dwa kościste skrzydła. Cechowała mnie wręcz genialna szpetota. Nie miałem jednak kompleksów, bo pocieszał mnie mój szczupły, londyński wygląd. Nie byłem ani narcyzem, ani złotoustym, ale miałem to gdzieś, celowałem w niepokojącej minie, w niedbałych ruchach, w ciętych i celnych ripostach. W szkole sam decydowałem, kiedy brylować, i tylko wtedy, gdy temat mógł mi przynieść chwałę. Byłem mistrzem lawirowania, zapuściłem nawet baczki, a skąpy zarost wspomagałem włosami.

Liceum dobiegło końca, wokół trwało trzęsienie ziemi. Kroki moich kolegów przypominały łomot kopyt podczas ucieczki zwierząt z zagrody. Wzbijali kurz, przerzucali ciężar ciała z jednego boku na drugi. Wielu teraz siadało w ławce z kaskiem w ręku i grubym łańcuchem gwarantującym bezpieczeństwo albo zadymę. Głosy i żarciki nabrały wulgarnego tonu. Przyjmowali pozycję faceta, który utwierdza dokonaną w nim przemianę, i kiwając się na boki, trzymali złożone ręce na pachwinie. Czasami rano smród był nie do zniesienia, cierpki, męski. Podczas przerwy dziewczyny ruszały w stronę ławek i zestawiały je, siadały jedna przy drugiej jak kaczki w stawie. Miały swój język i nieprzenikniony śmiech, wszystkie były umalowane. Przyglądałem się powolnemu przesuwaniu się chłopaków w stronę tego stawu. Podział genitalny dobiegł końca. Rozmawiałem z kolegami o seksie, byłem ciekawy, ale pozbawiony szans, jak niepełnosprawni przed biegiem na przełaj.

Bywają chwile, kiedy czujesz, że ból naciera na ciebie jak ściana. Dzieje się tak, gdy hamujesz z taką siłą, że aż unosi się swąd. Czasami szukałem pornograficznych zdjęć, budziły we mnie podniecenie zmieszane z niemiłym poczuciem odrazy i śmierci. Zapach mojego ciała przypominał mi zapach kwiatów na cmentarzu. Bez ustanku brałem prysznic. Kraj zalały prywatne stacje radiowe, całymi popołudniami wydzwaniałem do redakcji, prosiłem o nieznane kawałki, rozmawiałem z takim czy innym oszołomem przed mikrofonem, cytując myśli Marcusego, które zapisałem sobie w zeszycie. Nie było mi źle, trafiłem do całkiem niezłego czyśćca. Miałem dosyć elastyczne wyobrażenie o sobie, zapożyczałem cudze życia i bożki.

Inni mnie specjalnie nie interesowali, przyglądałem się tylko tym, których uważałem za najbardziej ujmujących, powielałem ich fryzury, tiki. Byłem dla wszystkich uprzejmy, chociaż żyłem zamknięty w rachitycznej pysze, która nie zostawiała miejsca ani na hojność, ani na beztroskę, ani na wszystkie te emocje, które są niezbędne do stworzenia szczerej młodzieńczej przyjaźni. Na skrzyżowaniu kierowałem kroki w stronę kamienicy, głód fizyczny łączył się z gmatwaniną ponurych myśli. Pustka panująca w domu teraz mi odpowiadała, lubiłem jeść samotnie w towarzystwie otwartej lodówki.

Wtedy zdarzył się koszmar, który na długo przystopował moje istnienie w świecie. Podczas marnego balu karnawałowego w ogromnym namiocie rozstawionym na Prima Porta jeden z głośników eksplodował w wyniku zwarcia. Już miałem odejść, nie tańczyłem, nie miałem nawet maski, bo bałem się, że będę wyglądał jak dzieciak. W ręku trzymałem tylko plastikową pałkę, a w kieszeni sztuczne zęby wampira. Na zewnątrz lało. Stałem przy głośniku, kiedy nagle rozległ się przeraźliwy huk. Myślałem, że to piorun we mnie trafił. Odskoczyłem, skuliłem się. Byłem jak ogłuszony i porażony, dłonie przyciskałem do rozpalonych uszu. Donna Summer darła się w niebogłosy, didżej miał słuchawki na głowie, wiedźmy i kowboje nie przestawali tańczyć pomimo spalonego głośnika.

Jakiś umarlak podtrzymał mnie za ramię, jego szara i pokryta ropniami twarz zbliżyła się do mojej, coś mówił, ale ja nic nie słyszałem. Z trudem przepchnęliśmy się pod kapiącym brezentem do wyjścia z namiotu. Umarlak podniósł maskę i teraz już nie on, a syn dozorcy, stał obok mnie, jego asymetryczną twarz zalewał deszcz.

– Guido, dobrze się czujesz? Guido…

Nie przestawałem zaciskać pięści na uszach. Potrząsałem głową, aby przegnać echo wybuchu, które przeszywało mi mózg. Zbierało mi się na płacz i może nawet płakałem, wzywałem matkę, jak dzieciak, „Mamo!”. Osunąłem się na asfalt, Costantino przykucnął koło mnie. Tak bardzo martwiłem się, że zostanę głuchy na całe życie, że w ogóle nie zwracałem na niego uwagi. Objął mnie ramieniem, ciągle coś mówił, ale ja dalej go nie słyszałem. Szok wyrzucił mnie w czarny wymiar przerażenia. Uwiesiłem się na jego ręce, jakby to był ktoś obcy, kto po wypadku nadbiega z pomocą.

Siedziałem na ziemi w objęciach kolegi, który mókł razem ze mną. Bez ustanku poruszał wargami, teraz już go słyszałem. Moje ucho znowu zaczęło rejestrować dźwięki z otoczenia, które przebijały się przez głuchy huk, dalej dudniący w mojej głowie. Mdłości nadchodziły falami, a w deszczu wszystko pulsowało razem z przyspieszonym, głośnym biciem serca. Byłem jak konająca ryba, która rzuca się po piasku, wtulony w ramiona umarlaka, któremu najwyraźniej nie przeszkadzała aura. W słabym świetle dostrzegłem twarz Costantina, jego usta, które otwierały się i zamykały, jego poruszające się wargi. Z odsuniętej na czoło maski niewiele pozostało. Deszcz skleił mu włosy, spływał po dużej twarzy, z ust dobywała się para, jego oddech miał przyjemny zapach świeżo skoszonej trawy. Lodowata dłoń dotykała mnie po twarzy, głaskała. Pochylał się nade mną, jakby próbował mnie wskrzesić swoim tchnieniem. Jego rysy to się zbliżały, to rozmazywały, zatracały kontury. Nagle wydało mi się, że ma tylko jedno oko, jak mozaika przedstawiająca achajskiego wojownika, chwilę później oczy się mnożyły, krążyły w orbitach.

Potem wszystko nabrało normalnych kształtów i zobaczyłem żywą postać, odcinającą się od płynnego tła, w którym chaotycznie biegały rozwrzeszczane cienie. Costantino kucał przy mnie, mocny, nieruchomy, jeszcze nigdy nie byliśmy tak blisko. Jego spojrzenie było zarazem uległe i szczere, matczyne i męskie. Teraz to już nie był jakiś obcy człowiek, który przyszedł mi z pomocą, to był on. Miałem ochotę go odepchnąć. Zrobiłem to później, kiedy znienacka wstałem. Ale te dwa momenty dzieliła pauza, podczas której nawet nie drgnąłem, i z pełną świadomością wpatrywałem się w tę zaskoczoną twarz, zalaną nieśmiałą radością, jakby całe życie czekał na chwilę takiej poufałości i dobroci. Z niedowierzaniem wsłuchiwałem się w przytłumiony głos, który mnie błagał, abym sobie poszedł, a jednocześnie zachęcał, żebym pozostał. Czy to był mój głos? A może jego przejął nade mną władzę za pomocą przenikliwego gwizdu, który przerwał ciszę w mojej głowie? Ta twarz była porażająco piękna i znajoma. Później nieskończenie wiele razy powracałem myślą do tej bolesnej epifanii zatopionej w ultradźwiękach.

W milczeniu wracaliśmy do kamienicy, po raz pierwszy ramię w ramię. Jedną rękę przyciskałem do ucha, byłem przekonany, że pękła mi błona bębenkowa. Deszcz zelżał, połyskliwa powłoka ożywiała czerń asfaltu, mijali nas przebrani ludzie w perukach, z gumowymi pałkami, faceci z warkoczami plecionymi z włóczki. Szturchali nas, pośród pisków rozwierali szeregi, po czym zamykali je jak ławice kolorowych rybek. Było jeszcze wcześnie, wszyscy zmierzali w tym samym kierunku, w stronę centrum, tylko my szliśmy pod prąd. To był żałosny spacer, chciałem jak najszybciej się od wszystkiego uwolnić. Costantino na powrót nasunął maskę umarlaka. Zostawiłem go w tym absurdalnym przebraniu pod schodami, w miejscu, gdzie mech wżerał się w tynk.

Strach przez głuchotą opanował wszystkie moje myśli, krępował mi ruchy. Znowu słyszałem każdą częstotliwość, ale gwizd pozostał. Moja zdolność słyszenia pogłębiła się, jakby wypadek wyważył jakieś drzwi, które zacięły się na zardzewiałych zawiasach. Poza tymi skrzypiącymi drzwiami rozpościerała się hiperboliczna przestrzeń, w której dźwięki były dziewiczo czyste, ostre, przerażające. Czułem się tak nieswojo, że zacząłem oddalać się od świata. Moja matka zaprowadziła mnie do jednego laryngologa, potem do drugiego, przyjaciela ojca. Nie miałem żadnych obrażeń, błona bębenkowa była cała. Wyciągnięto tylko czop z woskowiny: po szyi spłynął czarny, rozpuszczony skrzep. Na kilka godzin poczułem się lepiej. Potem gwizd tylko się nasilił w niezaczopowanym kanale, teraz rozlegał się jak sygnał karetki w tunelu.

Ograniczyłem wyjścia, omijałem hałaśliwe miejsca. Bałem się wewnętrznej eksplozji. Brat ojca umarł na tętniaka, w milczeniu czekałem na to samo. Miałem szesnaście lat, ale już zastanawiałem się nad sensem swojego życia. Patrzyłem w lustro i godziłem się z wyrokiem. Patrzyłem na siebie jak na żywego trupa, widziałem wielką rzekę tego, co mnie czeka i czego nigdy nie osiągnę. Nigdy nie będę miał własnej rodziny, własnego domu, nigdy niczego na świecie nie dokonam. W ciągu tych kilku miesięcy gwałtownie urosłem. Ucięta głowa mojego losu toczyła się za moimi plecami, po pustyni pełnej twarzy i miejsc. Podnosiłem złamaną lancę i ciskałem nią daleko, w wieczność, gdzie wszystko ulega powtórzeniu przy zachowaniu własnej wartości, własnego labiryntu bólu. Dni płynęły obok mnie, a ja stałem jak grecki posąg, jak młody Apollo wznoszący się ponad cierpienia śmiertelników, i obejmowałem zimną materię, która przypieczętowała moją hipotezę o życiu.

Zaczęły się lekcje filozofii. Początek wszystkiego, woda, powietrze, przyszłość. Istota i kres. Myślenie stało się terapią, ucieczką od siebie samego. Heraklita rozerwały na kawałki psy, a mnie – dogorywająca langusta. Ten niesłyszalny dla ludzi dźwięk stał się we mnie jak najbardziej prawdziwy i realny. Wiązałem książki gumką, ubierałem się, szedłem do klasy. Na moją ławkę opadał z góry ciemny stożek. Gwizd miękko przesypywał się w mojej głowie jak piasek w klepsydrze. A napięte nerwy strzelały jak gumki. Pojawiły się u mnie różne tiki: marszczyłem nos, wytrzeszczałem oczy. Mój wygląd też się zmienił, kładłem się spać na wpół ubrany, z domu wychodziłem w kurtce narzuconej na pomiętą koszulkę, zrobiłem się antypatyczny. Ale w tym przełomowym wieku każdy miał jakieś odchylenia, dlatego nikt w klasie nie zwracał uwagi na mój upadek. To były zjadliwe lata zamachów terrorystycznych i szczęśliwych Cyganów. Ja trzymałem się z tyłu, bałem się akustycznych ekscesów, syren, głośników.

W kwietniu nadal źle mi szło z greki, nauczyciel angielskiego mnie nie lubił, stoczyłem się też z fizyki. Takie trójstronne przymierze to poważne ryzyko. Matka na wywiadówkach mówiła profesorom o moich problemach rozwojowych. Drażniło mnie, że ze strapioną miną rozpowiada o mojej niższości. Zrobiłem się wulgarny. Pewnego późnego popołudnia wszedłem do kościoła i stanąłem przed ołtarzem tylko po to, żeby bluźnić. Z dłońmi na ptaku. Przez cały różaniec.

W tym czasie emocjonalnej huśtawki dokonała się przemiana hormonalna. Moje ciało wreszcie wystrzeliło w górę, nos urósł, zostawiając w tyle oczy. Włosy zamieniły się w matowy wiecheć. Po raz pierwszy ujrzałem własną spermę, niewiele różniła się od rozpuszczonego wosku. Zacząłem pić. Wino podkradzione ojcu, które szwajcarskim scyzorykiem otwierałem w łóżku. Wprawiałem się w zamroczenie, a alkoholowa kipiel pochłaniała wszystko, zarówno wewnętrzny harmider, jak i rubinowego towarzysza. Potem, w środku nocy, zrywałem się w przekonaniu, że spadam w otchłań, a langusta ze mną. Z trudem zmuszałem się do nauki, zalewała mnie apatia i bladość, które eksplodowały w moim coraz bardziej zniechęconym i anemicznym sercu. Nawet moje oczy pomatowiały. Poznałem, co to prawdziwy smutek. Poznałem, czym jest wrogie ciało, które kryje w sobie wrogie hordy wojowników, ostrzących broń wewnątrz mojego ucha. Po sześciu miesiącach takich katuszy, w wieku szesnastu lat przypominałem kloszarda.

Czy były jakieś podchody, wrażenia, przeczucia? Nie potrafię sobie niczego przypomnieć. Ten gwizd oddalił mnie od świata i sprawił, że błąkałem się po osobistym i pełnym boleści wymiarze. Teraz mogę jednak powiedzieć, że jeden objaw pogrzebał inny. Teraz mogę powiedzieć wiele rzeczy, które nigdy nie przyszłyby mi do głowy, kiedy zwyczajnie żyłem.

Tamtego dnia było zebranie, wracałem sam do domu. Costantino zwolnił kroku, poczekał na mnie. Od eksplozji nie spotykaliśmy się poza szkołą. Drażnił mnie, jego obecność nasilała dolegliwości, które towarzyszyły mi jak brzęk puszek trędowatemu. Jego głupia twarz wpatrywała się we mnie.

– Mam dzisiaj mecz.

Jadł bułkę z jajecznicą, oderwał kawałek i mi go podał.

– Nie dotknąłem nawet ustami.

Ręka mu drżała. Wgryzłem się w bułkę, w jajecznicę, połknąłem w całości, z nadzieją, że się zadławię. Uśmiechnął się.

– Co za głód…

Nie byłem głodny, w domu niczego bym nie tknął.

– Przyjdziesz?

– Gdzie?

– Potrzebujemy kibiców.

Nie wiedząc, jak i dlaczego, znalazłem się pod ciężką od oparów wilgoci i chloru plastikową bańką. Pociłem się w swetrze. Costantino zdjął szlafrok, miał na sobie tylko kąpielówki. Podskakiwał, rozluźniał mięśnie. Włożył czepek przykrywający mu uszy, okulary do pływania, wszedł do wody, nie rozprysnąwszy ani kropli, przepłynął basen delfinem i pomachał do mnie ręką. Zawodnicy ustawili się naprzeciw siebie w półkolu, zaczął się mecz. Costantino grał w centrum, był naprawdę silny, sunął przez wodę jak przecinak, jego ogromne ciało zdawało się samo utrzymywać na powierzchni, tak że nikt nie był w stanie go pokonać. Panował piekielny zgiełk. Dwie dziewczyny obok mnie darły się jak szalone, po każdym ataku klaskały i tupały. Na początku zatykałem uszy rękoma, potem je puściłem, zacząłem śledzić grę. Nie znałem reguł, odgadłem jednak, że nie wolno rzucać piłki obiema rękoma ani też wciągać jej pod wodę. Zdjąłem sweter, wyciągnąłem nogi. Zacząłem się dobrze bawić i denerwować.

Przeciwnicy należeli do jakiegoś peryferyjnego klubu, dobrze zbudowani młodzieńcy, prawdziwi wodni gladiatorzy z agresywnymi tatuażami na ramionach i na plecach. Sunęli po powierzchni jak aligatory, ich mokre ciała wyślizgiwały się, wyskakiwały znienacka, cięły wodę, rozbryzgiwały ją, żeby oślepić przeciwnika. Pod wodą dopuszczali się wszelkiego rodzaju fauli. Sędzia gwizdał, dziewczyna obok mnie domagała się usunięcia z gry środkowego rozgrywającego ze względu na jego brutalne zachowanie. Costantino zdobył dwa gole, ale jego drużyna przegrała, upokorzona wielką przewagą przeciwników. Kibicowanie mnie wciągnęło. Miałem ochotę napluć w twarz tym wytatuowanym kutasom, kipiałem ze złości. Razem z dziewczynami stałem z palcami w ustach i gwizdałem. Na dwie godziny zapomniałem o swoich problemach.

Costantino wyszedł z wody, usiadł na plastikowym krześle i oparł głowę na rękach. Nawet się nie wytarł. Pozostali wkładali szlafroki, klapki, szli w stronę szatni. On siedział nieruchomo. Podszedłem, żeby się pożegnać.

– Ja już idę.

Nie drgnął, nie podniósł głowy. Był jak ściana.

– Co ci jest?

Wyglądał jak ogromna żywa ropucha. Sekundę później podskoczył i chwycił dwie zarośnięte łydki, które podeszły zbyt blisko. Typ, który krył go w wodzie, poza basenem budził jeszcze większy strach: zdjął czepek, odsłaniając pokrytą żyłami czaszkę, prychał wodą i śluzem. Costantino powalił go na ziemię. Zaczęli walczyć z niesłychaną brutalnością, jak dwa aligatory na brzegu rzeki. Costantino był zwinniejszy, jakby miał tysiące macek. Krzyczał.

– Powtórz, co powiedziałeś!

– Nic nie powiedziałem.

– Tak lepiej.

Costantino zwolnił uścisk, wytatuowany kolos wyłowił klapek, który pływał w wodzie, zrobił dwa kroki i splunął. Powiedział coś, czego nie dosłyszałem, i zarechotał szyderczo. Costantino podszedł do niego z poddańczo podniesionymi rękoma, chwilę się przekomarzali. Potem ni z tego, ni z owego walnął go w szyję i wymierzył silny cios głową. Kryjący zachwiał się, potknął i wpadł do basenu. Wyłonił się z ręką na nosie, z którego spływała krew.

– Czyś ty oszalał? – Rozejrzał się niemrawo, z upokorzoną miną, jak powalony pionek. – To jakiś wariat normalnie…

Poczekałem na Costantina na zewnątrz, wyszedł pachnący prysznicem i chlorem, z mokrymi włosami, z których na koszulę kapała woda. Było zimno, powiedziałem, że się rozchoruje, wzruszył tylko ramionami.

– Ja nigdy nie choruję.

To prawda, nie widziałem, żeby jego krzesło w klasie stało kiedyś puste. Rozmawialiśmy o bijatyce, byłem podekscytowany, nie przypuszczałem, że potrafi być taki brutalny. W jego oczach błyszczało coś dzikiego, resztki po krwawej jatce.

– Mogłeś go zabić.

– Mogłem.

Szedłem obok niego. Na myśl o niedawnej przemocy zalała mnie fala rozkoszy.

– Co ci takiego powiedział?

– Odpuść sobie.

Wyobrażałem sobie, że coś potwornego.

– Nie daj się prosić.

– Powiedział, że mogę mu zrobić loda.

Wybuchliśmy śmiechem, zginając się wpół. Szliśmy jakiś czas, potem on nagle przystanął. Wyciągnął z kieszeni zapalniczkę, zapalił i zdmuchnął z siłą.

– Dzisiaj są moje urodziny.

Rozłożyłem ręce i zamaszyście poklepałem go po plecach. Pozwolił się przytulić, stał jak worek z ziemniakami.

– Sto lat.

Postanowiliśmy, że pójdziemy na film. Liczyliśmy na Szczęki, ale nie było nawet jednego miejsca w pierwszym rzędzie. Ruszyliśmy do następnego kina, obejrzeliśmy plakaty, weszliśmy tylko dlatego, że było zimno. Sala była nieładna, z drewnianymi, skrzypiącymi krzesłami i nielicznymi widzami, którzy palili papierosy. Nic nie wiedzieliśmy o filmie, początek wydał nam się powolny, a aktor nas wkurzał. Potem oparliśmy kolana o krzesła przed nami i daliśmy się wciągnąć fabule. Wyszliśmy w milczeniu, czuliśmy zamęt w głowie. Przez dłuższy czas tłukliśmy się z natłokiem nietypowych myśli, usiłując je uporządkować. Odmienność, potępienie ze strony społeczeństwa, bunt: o tym wszystkim mówiliśmy, a była to nasza pierwsza kulturalna rozmowa. W tym kukułczym gnieździe dostrzegaliśmy siebie, życie, którego nie doświadczyliśmy, a które w jakimś stopniu do nas należało. To był prawdziwy elektrowstrząs. Usta mi się nie zamykały, byłem przecież intelektualistą. Ale żadne z moich słów nie zdołało dotknąć sedna tego, co naprawdę czułem. Myślałem o tym mężczyźnie, którego poddano lobotomii, o moim mózgu, o ciosie zadanym przez Costantina. Czułem się emocjonalnie wskrzeszony. Costantino milczał jak zaklęty, zalany liryzmem i bólem. Ja byłem jak Randle, on jak Wódz. Miał siłę kogoś, kto jest w stanie wyrwać umywalkę ze ściany i rozbić szybę, by uwolnić się z sieci kłamstwa.

Nadeszła kolejna zima, a my wyrośliśmy na młodzieńców poszukujących odrobiny chwały, jaką oferowało miasto. Zamiast świadectwa, otrzymaliśmy naszą pierwszą kartę ocen. W tamtym czasie w różnych częściach świata ludzie donosili, że widzieli UFO. Nawet Johna Lennona odwiedzili humanoidalni obcy. Chodziłem z głową w chmurach, czekając, aż jakiś latający spodek zatrzyma się u moich stóp i zabierze mnie do lepszego, meduzowatego świata pozbawionego uczuć, niepotrzebnego zgiełku emocji. Costantino natomiast zaczął palić. Wciągał nikotynę swoimi obszernymi płucami pływaka.

Miałem wtedy już skuter, czasami odwoziłem do domu jakąś dziewczynę i zostawiałem ją pod właściwym adresem, jak paczkę priorytetową.

Odkryłem, że cieszę się pewnym powodzeniem, że za pogardą panny sznurem. W genach miałem emocjonalny autyzm, który cechuje wszystkich mężczyzn w mojej rodzinie. Nieprzystępność uczyniła ze mnie lokalną legendę, a ja ją umocniłem efekciarskimi cytatami i napoleońskim płaszczem wuja. W moim entym kalendarzu Vitt1 przedstawiałem siebie jako jakobitę, z włosami przyklejonymi do twarzy i ponurą miną. Śmierdziałem. Przestałem się troszczyć o higienę osobistą. Dziąsła mi krwawiły, a gwizd nieustannie atakował mnie za plecami.

I tak dorastałem. Pchany zbitką bodźców i odrazy. Patrząc na siebie z perspektywy czasu, starszy o kilka lat, widzę żałosnego chłopaka, fantomatycznego mężczyznę.

Kiedy porwano Aldo Mora, z kibli zadymionych marihuaną podniósł się okrzyk radości. Potem puszczono zarejestrowaną rozmowę telefoniczną, którą mój ojciec wysłuchał sam nie wiem ile razy, coraz to bardziej przygarbiony, jakby uginał się pod niejasnym wyrażeniem „wykonując wyrok”. Profesorka od włoskiego rozdała nam formularze do wypełnienia. Kilka dni później wyruszyliśmy na wycieczkę z okazji końca roku szkolnego.

Byliśmy zgraną paczką, mającą swoich