18 osób interesuje się tą książką

Opis

"Zawalił mi się świat. Tak po prostu, jednego dnia. Odkryłam wtedy, że całe moje siedemnastoletnie życie było wielkim kłamstwem. Co mogłam zrobić? Zanegowałam wszystkie zasady, wartości i inne shity, które mi przez całe życie wpajano. I postanowiłam zemścić się na ojcu, który zamiast leżeć w grobie, żył sobie szczęśliwie w jakiejś pieprzonej Warszawie.
Pożegnałam Nowy Jork, powitałam wolność, szaleństwo i brak ograniczeń. Miałam czerpać z życia i nie liczyć się z nikim. Wydawało mi się, że tego właśnie chcę..."

"Błądząca we mgle" to porywająca, emocjonalna opowieść o nastoletniej Kate próbującej odnaleźć miłość, szczęście i poznać sens wybaczenia. Jaką cenę zapłaciła za poszukiwania nowej siebie? Gdzie ją to doprowadziło? I przede wszystkim - czy było warto?

Magda Mila po raz kolejny udowadnia, że jak mało kto potrafi pisać o ludzkich pragnieniach, tęsknotach, nadziejach i oczekiwaniach. Z właściwym sobie wdziękiem i finezją lawiruje między nienawiścią a miłością, radością a cierpieniem, zdradą a kłamstwami, które trudno wybaczyć. Krótko mówiąc: Jedyna w swoim rodzaju historia, której długo nie zapomnę. Polecam po stokroć! - Krystyna Meszka, Literacki Świat Cyrysi

Pełna emocji — bólu i cierpienia powieść o poszukiwaniu własnej drogi w życiu. „Błądząca we mgle” to najgrzeczniejsza książka spod pióra Magdy, jednak nie brak w niej romantyzmu i erotyzmu. Ta historia złamie wasze serca, a Kate na długo pozostanie w waszej pamięci. Gorąco polecam. - Ewelina Nawara, My fairy book world

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 268

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


18+

Książka przeznaczona jest wyłącznie dla dorosłych czytelników, zawiera treści erotyczne oraz pornograficzne

1

Koniec sierpnia – Warszawa

Siedzę wciśnięta w fotel i ciężko oddycham. Mam chwilowy kryzys – za mało snu oraz jedzenia, za dużo alkoholu i papierosów. Kręci mi się w głowie, a żołądek jest zaciśnięty w supeł. Zerkam na trzymaną w dłoni szklankę z kolejnym drinkiem, potem patrzę na towarzystwo w pokoju.

Julka – moja przyjaciółka – obściskuje się na kanapie z Marcelem, chłopakiem, który jest całkiem sympatyczny, pod warunkiem, że ma pod ręką jointy. Haribo i Adek – obaj trochę starsi, podobno coś studiują, ale póki co mają wakacje, więc całymi dniami piją, grają na konsoli i bawią się z kolejnymi dziewczynami. No i Zimny, który z nieodgadnioną miną przegląda coś w telefonie.

Julka mi kiedyś tłumaczyła pochodzenie każdej ksywki, ale zapamiętałam tylko to – Zimny, bo Zimnicki. Proste i idealnie pasujące do wyrazu jego oczu. Boję się go. Oczywiście udaję twardzielkę, jednak tak naprawdę zawsze czuję się nieswojo, gdy patrzy na mnie.

Jest szefem całego towarzystwa, wszyscy liczą się z jego zdaniem i robią, co im każe. Nawet jeśli to nielegalne lub po prostu złe. Ukraść coś dla zabawy ze sklepu – lecą w podskokach. Poderwać i przelecieć panienkę, a potem wyśmiać ją przy wszystkich – proszę bardzo.

Czasem zastanawiam się, dlaczego Zimny mnie traktuje inaczej – nie zmusza do uczestniczenia w takich idiotyzmach, ba, zwykle wręcz ignoruje. Julka twierdzi, że zostawia mnie sobie na deser i kiedy już o coś poprosi, to będzie naprawdę poważna sprawa. Wolę się nie zastanawiać, co to miałoby być. Wkurzające jednak, że z tego powodu inni trzymają się na dystans. A ja chciałabym być jedną z nich. Jak Julka – bez oporów i granic szaleć do upadłego i mieć poczucie, że jestem w tej paczce lubiana i akceptowana.

Znowu patrzę na moją przyjaciółkę – rozchichotana leży z Marcelem pod kocem, a ich ruchy są jednoznaczne. Nadal mnie to szokuje, choć już nie powinno. Tu nikt się nie powstrzymuje, seks uprawiają praktycznie wszyscy i wszędzie. Mam nadzieję, że wkrótce wreszcie też będę taka wyluzowana.

Nie, nie jestem całkiem święta – sporo już wiem o przyjemności, jaką może poczuć ciało. Wciąż jednak to moje samotne doświadczenia i nie mogę się już doczekać doznań, które w końcu da mi jakiś seksowny facet.

Podnoszę szklankę do ust, ale fala mdłości każe mi ją odstawić na stolik. Wstaję i przez moment się chwieję. Opieram rękę o oparcie fotela, a gdy odzyskuję równowagę, ruszam w kierunku korytarza. Szarpię za klamkę z nadzieją, że w łazience nikogo nie ma. Wchodzę i zamykam drzwi na klucz. Opieram o nie głowę. Czuję się naprawdę źle.

Staję przy umywalce, przemywam twarz zimną wodą. Mój wzrok pada na zużyte prezerwatywy leżące na blacie. Z obrzydzeniem zrzucam je na podłogę. Potem zerkam w lustro. Wyglądam okropnie – zaczerwienione i podkrążone oczy, blada skóra, matowe, splątane włosy. Muszę coś ze sobą zrobić. Za kilka godzin ma być kolejna impreza, a ja zamierzam się na niej dobrze bawić.

Biorę długi prysznic, który mnie orzeźwia. Krew płynie szybciej, skóra nabiera zdrowszego koloru. Owijam się szlafrokiem i idę do sypialni, którą przedwczoraj zajęłam z Julką.

Na początku miałam opory – w końcu to nie mój dom oraz nie moje rzeczy. Ale przyjaciółka wytłumaczyła mi, jak to funkcjonuje. Jeśli starzy zostawiają komuś wolną chatę – a tak właśnie zrobili rodzice jednego z chłopaków – to wiedzą, co to oznacza. Dlatego nie mam już skrupułów: korzystam z kosmetyków matki Adka, noszę należący do niej szlafrok i śpię w jej pościeli.

Wyciągam telefon z torebki. Chwilę się waham patrząc na ekran. Może jednak powinnam zadzwonić? Mój ojciec – to znaczy człowiek, który jest nim tylko pod względem biologicznym – pewnie już osiwiał z nerwów. Ale w sumie – czy jest mi go żal? Nie, dobrze mu tak.

Odkładam aparat i uśmiecham się pod nosem. Musiał się zdziwić, kiedy zauważył, że telefon zostawiłam w domu. Nie ma pojęcia, że kupiłam drugi. Naprawdę myślał, że się nie zorientuję, że próbuje namierzać ten, który dostałam od niego? Teraz pewnie mnie szuka, z tą swoją świętoszkowatą babą, która zgrywa miłą, a tak naprawdę marzy o tym, żebym wróciła do Stanów.

Jasne, gdzieś tam w środku wiem, że powinnam dać mu znać, co się ze mną dzieje. Ale jeszcze nie dziś. Może jutro. Albo pojutrze. Niech się pomartwi. Niech ma kilka problemów w tym swoim idealnym życiu.

Zakładam spodenki i koszulkę, a potem schodzę do kuchni. Muszę w końcu coś zjeść.

– Tu jesteś – rozlega się za moimi plecami. Czuję czyjeś ręce na biodrach. Odwracam głowę. – Jak się czuje nasza amerykańska dziewczyna? – Marcel przyciąga mnie do siebie.

Odpycham go. Pachnie jeszcze perfumami Julki. Poza tym wiem, że chce się tylko podroczyć. Gdybym próbowała go pocałować i zasugerowała, że mam ochotę na coś więcej, od razu wycofałby się zerkając nerwowo na Zimnego. Wiem, bo już próbowałam, z nim i z Adkiem. Zachowują się tak, jakbym była dla nich owocem zakazanym. Mam nadzieję, że na imprezie będzie inaczej – w końcu pojawią się tam też inni ludzie, spoza tej paczki.

– Jestem głodna.

– Tost? – Zagląda mi przez ramię. – Daj spokój, zaraz coś zamówimy. – Odsuwa się. – Hej, trzeba skombinować jakieś żarcie! – krzyczy w stronę salonu.

– To skombinuj! – ktoś odpowiada.

Wzrusza ramionami, mruga do mnie i sięga po telefon.

– Trzy mega. Sery, pepperoni i hawajska. – Chichocze, kiedy się rozłącza. – Ananaski damy Zimnemu, wścieknie się.

Potem łapie mnie za rękę i ciągnie do pokoju. Jest tu już więcej osób i niektórych nie znam. Wszyscy się na mnie gapią.

– To Kate. – Julka wstaje z kanapy. – Moja przyjaciółka, Amerykanka. – Obejmuje mnie. – A wy możecie się tylko poślinić. – Kiwa palcem w stronę kilku chłopaków.

– Mówi po polsku? – pyta jeden z nich.

– Nie – odpowiada Julka w tym ich dziwnym języku. – Dlatego dzisiejsza impreza jest tylko dla wykształconej elitki. – Mruży złośliwie oczy, kiedy dodaje to po angielsku.

– Nie przeginaj – mówi Zimny podnosząc głowę znad telefonu. – Niech dziunia się uczy polskiego. Ja nie mam ochoty rezygnować z towarzystwa. – Kiwa ręką na jedną z dziewczyn, a ona ochoczo siada mu na kolanach. Jego ręka natychmiast sunie po jej nagim udzie, jednocześnie Zimny wyzywająco na mnie patrzy.

– W porządku. – Poklepuję Julkę po ramieniu. Jestem w Polsce prawie miesiąc, więc przyzwyczaiłam się, że nic nie rozumiem. No, prawie nic – sporo słów już wyłapuję, szczególnie tych wulgarnych i opisujących, co ktoś chętnie by ze mną zrobił. – Pieprz się – mówię po polsku do Zimnego. Nie zamierzam okazywać lęku czy onieśmielenia. A pieprz się mam wyćwiczone perfekcyjnie – dzięki Julce.

Po kilkudziesięciu minutach przyjeżdża dostawca z pizzą. Sięgam po kawałek z pepperoni, zanim wszystkie znikną, i obserwuję minę Zimnego, gdy na jego kolanach ląduje pudełko z hawajską.

– Ananasy poprawiają smak spermy – rechocze Marcel.

Zimny patrzy na niego. Mruży oczy, potem wstaje.

– Moja smakuje idealnie. – Popycha w stronę korytarza dziewczynę, która siedziała mu na kolanach. – Ona to zaraz potwierdzi. – Wychodząc rozpina spodnie.

Zaskoczona wytrzeszczam oczy, ale szybko się opanowuję. Naprawdę nie powinno mnie to już dziwić. Jednocześnie próbuję zignorować ukłucie podniecenia między nogami. Nie rozumiem tego. Przecież nie chciałabym być na jej miejscu – nie w takiej sytuacji i nie z tym człowiekiem. A może właśnie wręcz przeciwnie – tego powinnam pragnąć?

Moje rozważania przerywa Julka.

– Chodź! – Przyjaciółka łapie mnie za rękę i ciągnie do sypialni. – Musimy się przygotować.

Na środku pokoju wysypuje z torby stertę ciuchów i butów.

– Jak myślisz? – Sięga po krótką cekinową sukienkę i pręży się przed lustrem przykładając ją do tułowia. – Mówi jasno: jestem zdzirą, przeleć mnie?

– Absolutnie tak.

– A może spódnica i bluzka? – Podnosi kolejne rzeczy. Chwilę obserwuje swoje odbicie, potem rozbiera się i zakłada je na siebie. Spódniczka jest bardzo krótka, a top kończy się tuż pod biustonoszem odkrywając płaski brzuch. – I jak? – Julka kręci się przed lustrem.

– To zdecydowanie zdzirowate. – Chichoczę.

– Czyli idealnie. Chłopcy wymyślili zawody i musimy być lepsze od tych dwóch panienek.

– Zawody?

– Jedziemy do zajebistego klubu. Wygrywa ta, która pierwsza wyrwie faceta. – Julka rozgląda się marszcząc czoło. – Ty założysz to… i to. – Wygrzebuje podobny zestaw: obcisła koszulka i króciutka spódniczka. – Koniecznie je załóż! Będziemy się dzisiaj pieprzyć z jakimiś zajebistymi gostkami – podśpiewuje pod nosem.

Niezbyt przekonana sięgam po ubrania. Będziemy się pieprzyć… No cóż, ktoś pewnie będzie. Czy wreszcie ja? Zagryzam wargę i ubieram się tak, jak mi każe. Patrzę na swoje odbicie. Przełykam ślinę. Jestem nową Kate. Twardą, zdecydowaną i wolną. Taką, która może zrobić laskę Zimnemu, jeśli zechce. I tą, która będzie się pieprzyć w klubie. Nie zostało już nic z dawnej mnie.

2

Połowa czerwca – Nowy Jork

(jedenaście tygodni wcześniej)

James, nasz szofer, jak co dzień odbiera mnie ze szkoły. Zauważam, że jest poważniejszy niż zwykle. Rzucam jakiś żarcik, ale zamiast wybuchu śmiechu widzę w lusterku lekko skrzywione usta.

– Wszystko w porządku? – pytam zaniepokojona.

– Tak – odpowiada.

Czuję jednak, że coś ukrywa. Zerkam przez szybę na zatłoczoną ulicę. Uderzam palcami w udo, potem nerwowo poprawiam spódniczkę – klasyk, którego nie lubię, ale oczywiście poddaję się trendom. Spodnie to obciach, zresztą nie tylko w szkole. Babcia zawsze powtarza, że są dobre do fabryki, a nie dla kobiety z naszej sfery. Podobnie sweterki – najbardziej lubię oversizowe bluzy, ale mogę je nosić tylko na zajęciach sportowych. Więc co rano zakładam grzeczną koszulę i jeszcze grzeczniejszy pastelowy kardigan, a potem męczę się w tych niewygodnych dla mnie ciuchach. Czy narzekam? Nie. To cena życia, jakie mogę wieść.

Odruchowo dotykam łańcuszka z wisiorkiem, który noszę od kiedy pamiętam. Potem znowu zerkam na Jamesa.

– Coś z Olivią? Z Johnem? – pytam o ludzi, którzy mnie wychowują. Zwracam się do nich po imieniu, bo nigdy nie chcieli, żebym ich nazywała babcią i dziadkiem – twierdzą, że zawsze czuli się bardziej jak moi rodzice.

James wpatruje się w szybę i zaciska ręce na kierownicy, jakby toczył wewnętrzną walkę.

– Mają gości i atmosfera jest dość napięta – mówi w końcu.

– Gości? – dziwię się. Nie przypominam sobie, by wspominali, że ktoś ma przyjechać. – Kto to? – Nachylam się, bo jestem coraz bardziej zaciekawiona.

– Nie wiem, Kate.

Kłamie. Nie dość, że wie, to jeszcze mocno go ta wiedza stresuje. Znam Jamesa bardzo dobrze, pracował dla mojego dziadka jeszcze zanim się urodziłam. I dlatego odpuszczam, już nie drążę. Widzę po jego minie, że i tak powiedział mi więcej niż powinien.

– Może ich już nie będzie – jeszcze cicho dodaje.

– Dziękuję. – Kiwam głową.

Nie chcę się denerwować czymś, co prawdopodobnie w ogóle mnie nie dotyczy – bo wtedy pewnie bym wiedziała o tych gościach, prawda? Sięgam po telefon i przeglądam wiadomości.

Amy – moja przyjaciółka – oczywiście musiała mi już podesłać kilka szkolnych plotek. Ktoś po zajęciach kogoś pocałował na korytarzu, a koleś z ostatniej klasy rozbił swój motocykl. Zaraz dostanie nowy, więc w sumie nie wiem, czym się podniecać.

Parskam śmiechem, gdy czytam o podchodach jednej z dziewczyn do szkolnego mistrza tenisa. Żałosne. Jak można się tak poniżać? I to z powodu chłopaka? My z Amy nie musimy być zdesperowane. Obie mamy swoich narzeczonych… no, dobrze, prawie narzeczonych, ale to oznacza, że w szkolnym wyścigu o najlepsze ciacha nie bierzemy już udziału. Uśmiecham się na myśl o Kellanie. Jest taki słodki!

Zresztą tematy damsko-męskie nie są dla nas najistotniejsze, jesteśmy ponad to. Dość grzeczne – nauka i pasje na pierwszym miejscu, a potem długo, długo nic. Z naszymi chłopakami chodzimy do kina i wymieniamy nieśmiałe pocałunki, ale seks jest wykluczony – dopóki się z nami nie zaręczą. Nie imprezujemy, nie znamy smaku wódki, o innych używkach nawet nie wspominam.

Przez to oczywiście nie należymy do tych najpopularniejszych ekip w szkole, ale jesteśmy dość lubiane i szanowane. Dzięki sukcesom – ja wygrywam prawie wszystkie konkursy fotograficzne, a Amy wystawia swoje obrazy w coraz lepszych galeriach, no i naszym rodzinom – obie pochodzimy ze starych nowojorskich rodów od lat osadzonych w tutejszym towarzystwie.

W końcu Jamesowi udaje się przepchnąć przez korki i po kilkunastu minutach przekraczam próg apartamentu, w którym mieszkam. Odruchowo poprawiam jeden nieposłuszny kwiatek wystający z perfekcyjnego bukietu stojącego na stoliku w holu.

Chcę krzyknąć: cześć!, ale zanim to robię, docierają do mnie jakieś głosy. Goście, o których w limuzynie mówił James. Nieruchomieję zaskoczona, bo nagle słyszę, że mój dziadek krzyczy. A on nigdy nie podnosi głosu. Nie zrobił tego, gdy dowiedział się, że jeden ze wspólników zdefraudował pieniądze. Ani gdy zniszczyłam jego ukochany gramofon. Nic nigdy nie było w stanie wyprowadzić go z równowagi.

Teraz jednak jest inaczej, więc zamiast iść do swojego pokoju, robię coś niedopuszczalnego. Zsuwam ostrożnie czółenka ze stóp i na palcach skradam się w stronę gabinetu. Drzwi są zamknięte, ale słyszę wszystko całkiem dobrze.

– Nie możecie, nie macie prawa! Zniszczę was! – To mój dziadek.

Potem słyszę płaczliwy kobiecy głos, którego nie rozpoznaję:

– Nie odejdę, tak tego nie zostawię!

Mrugam próbując zrozumieć, o czym rozmawiają. Kątem oka widzę ruch na końcu korytarza. Zerkam w bok. To Greta, nasza gospodyni i moja dawna niania. Patrzy na mnie, chce coś powiedzieć, ale ja kręcę głową. Kładę palec na wargach. Przerażona zakrywa dłonią usta i cofa się do kuchni. Moje płuca ściska lodowata obręcz, przez chwilę brakuje mi tchu. Czuję, że dzieje się coś strasznego, ale nie mam pojęcia, o co może chodzić.

– Nigdy nie może się dowiedzieć! – znowu podniesiony głos Johna.

– Zgadzam się. Zniszczycie jej życie – to babcia. Jak zwykle zimna i opanowana.

Słyszę szloch, a potem nieznany męski głos:

– Zgodziliśmy się na to, ale dość. Nie może żyć nie znając prawdy.

I znowu ta kobieta:

– Zostało mi tylko kilka miesięcy. Chcę odejść ze świadomością, że ona wie. Ma ojca i sama powinna zdecydować, co z tym zrobić.

Tracę oddech, zataczam się. O kim oni rozmawiają? Na pewno nie o mnie, mój ojciec nie żyje. Zginął w wypadku, razem z mamą, kiedy miałam niecały rok. Przebłyski w głowie. Jej grób. Kwiaty, które co miesiąc tam zanoszę. I miejsce pochówku taty w Anglii, które tylko sobie wyobrażałam, bo nigdy jeszcze nie byłam za oceanem…

Głosy cichną, słyszę szuranie krzesła. Na drżących nogach uciekam do swojej sypialni. Wkopuję się pod kołdrę i zakrywam głowę poduszką. Nie lubię wspomnień o moich rodzicach, bo tak naprawdę ich nie mam. Wszystko, co wiem, usłyszałam od innych. Ale moje myśli i tak podążają własnymi ścieżkami. Thomas i Emily. Bardzo się kochali i byli szczęśliwi, że mnie mają.

Wiele razy fantazjowałam o tym, jak mogłoby wyglądać moje życie. Może miałabym siostrę podobną do Amy? Mieszkalibyśmy w pięknym domu z dużym ogrodem, z kilkoma kotami i psami. Mama przytulałaby mnie przed snem, a tata zabierał na mecze baseballa, który bardzo lubię…

Jasne, z Johnem i Oliwią też tak jest. Prawie. Babcia mnie nie przytula, ale czasem głaszcze po głowie, a z dziadkiem regularnie chodzę na pole golfowe. No i nie mam siostry, choć to wynagradza mi moja cudowna przyjaciółka. Uśmiecham się. Na moment zapominam o awanturze w gabinecie.

Potem jednak słyszę kroki pod drzwiami. Odsuwam kołdrę i siadam na łóżku. Ktoś puka.

– Kate, podobno już wróciłaś?

– Tak – odpowiadam walcząc z drżeniem w głosie. Znowu czuję niepokój, choć nie mam pojęcia, jakie jest jego źródło.

Olivia, jak zwykle wyprostowana, z nienagannym makijażem i idealnie ułożonymi włosami, wchodzi do mojego pokoju. Stara się uśmiechać, ale jej oczy są skupione i poważne.

– Dawno wróciłaś?

– Jakiś czas temu – próbuję przybrać obojętny ton. – Musiałam się położyć, od rana boli mnie głowa. – To słowo-klucz, sugerujące, że mam te dni i należy dać mi spokój.

– Poproszę Gretę, żeby przyniosła ci tabletkę.

– Nie, dziękuję, w końcu mi przejdzie.

– Idziemy z Johnem na spotkanie w kancelarii. Masz jakieś plany na dziś?

– Pouczę się. – Macham ręką w stronę idealnie uporządkowanego biurka.

– Dobrze, kochanie. – Podchodzi do mnie i poprawia mi włosy. Zamyślona głaszcze po policzku. – Bardzo cię kochamy – mówi. Potem odwraca się i wychodzi.

Zszokowana opadam na łóżko. Ostatnio słyszałam te słowa, gdy miałam dwanaście lat i wyłam z powodu złamanej ręki. Jesteś dzielna, kochamy cię…

Mój niepokój narasta, gdy chwilę później idę do kuchni i po drodze zerkam przez otwarte drzwi do gabinetu Johna. Siedzi przy biurku, opiera twarz o dłonie, a jego ramiona drżą, jakby płakał. Spanikowana cofam się i wracam do swojego pokoju. Teraz już jestem pewna, że dzieje się coś bardzo złego.

3

Koniec sierpnia – Warszawa

Wysiadam z Julką z taksówki i chwilę czekamy, aż podjadą kolejne. Odrobinę się chwieję na bardzo wysokich obcasach, do których wciąż nie mogę się przyzwyczaić. Moja przyjaciółka jednak twierdzi, że to must-have, jeśli chce się złapać fajnego gościa. A ja chcę. Dlatego poprawiam obcisłe ubrania i prostuję się.

– Właśnie tak! – Julka poklepuje mnie po ramieniu. – Pamiętaj, jedna z nas musi wygrać. – Chichocze. – Ale nie zapomnij o zasadach: omijasz naszych, chyba, że później. Choć Zimny i tak wolałby mnie, a reszta to amatorzy. – Śmieje się.

Biorę głęboki oddech. Amatorka jest tu jedna, ale mam nadzieję, że już niedługo.

Wreszcie wchodzimy do środka. Z zainteresowaniem rozglądam się po klubie. Widziałam wielki napis przy wejściu, że wstęp jest dozwolony od dwudziestu jeden lat, ale nikt nas nie poprosił o dokumenty. Towarzystwo jest różne, wszystkich łączy luz. Duży luz.

Przełykam ślinę obserwując jedną z obściskujących się par. Czy w Nowym Jorku też tak wygląda zabawa? Czy Kellan, mój były już chłopak, na imprezach szalał jak faceci tutaj? Krzywię się z obrzydzeniem. Jasne, że tak. Oszukiwał mnie i zdradzał, a ja naiwnie wierzyłam, że byłam jego ukochaną, jedyną dziewczyną.

Wspomnienia dają mi motywację do działania. Mam tu kogoś wyrwać, żeby wygrać zakład, więc to po prostu zrobię. I potem będę się głośno chwaliła swoim podbojem podczas skacowanego poimprezowego śniadania.

Siadamy w loży, którą mieliśmy zarezerwowaną. Po chwili na stole lądują szklanki z drinkami. Ktoś wciska mi jedną w rękę, wypijam szybko ponad połowę. Potrzebuję rozluźnienia i odwagi.

– To jak? Wygrasz dzisiaj? – Zimny patrzy na mnie.

W pierwszym odruchu mam ochotę grzecznie odpowiedzieć: postaram się. Żałosna, dawna Kate.

– A jak myślisz? – Oblizuję usta i patrzę na niego prowokująco.

– Że nie. Jesteś za słodka.

Jego słowa brzmią jak obelga. Moja przeklęta twarz. Tak, wiem, że jestem słodka. Mam wielkie niebieskie oczy i wydatne usta, a kształt podbródka oraz policzków sprawia, że wyglądam jak uosobienie niewinności. Próbuję sobie dodawać lat i powagi makijażem, ale brakuje mi jeszcze pewności w zachowaniu.

– To się okaże – odpowiadam. Rozglądam się po sali. Nasze rywalki już wyruszyły na łowy. Tańczą wyginając swoje szczupłe ciała; uśmiechają się zalotnie do mężczyzn, którzy je otaczają.

– Chodź! – Julka ciągnie mnie w ich stronę. Zaczyna się poruszać i jest naprawdę niezła. Próbuję naśladować jej gesty, choć wiem, że nie najlepiej mi to wychodzi. Szybko jednak czuję czyjeś ciało przyciskające się do moich pleców, a ręka obejmująca talię pomaga mi utrzymywać właściwy rytm. Nie mam pojęcia, kto mnie przytula, ale pełen akceptacji uśmiech Julki mówi, że jest okej. Tańczę więc, pozwalam na dotyk i bliskość. Wokół jest coraz więcej ludzi – podrygujemy, bawimy się, czasem w większej grupie, czasem solo.

Po kilkudziesięciu minutach czuję już duże zmęczenie i rozglądam się. Julka siedzi na kolanach jakiegoś faceta w naszej loży. Idę w tamtą stronę.

– Wskakuj tutaj. – Przystojny brunet zajmujący miejsce obok nich wyciąga rękę. Mówi po angielsku.

– Uprzedziłam. – Julia się śmieje i całuje w policzek mężczyznę, który ją przytula. – To Grzegorz, a to Kacper. Korposzczury. – Chichocze.

Wyglądają na trochę starszych od nas, ale to chyba nawet lepiej. Siadam Kacprowi na kolanach. Przytrzymuje mnie za biodra.

– Pięknie pachniesz. – Wciąga głośno powietrze.

– Dzięki.

– Czego się napijecie?

Julia odpowiada za mnie, a ja szukam wzrokiem reszty ekipy. Widzę kilku chłopaków oraz Zimnego, który rozmawia z jakąś dziewczyną przy barze. Potem bierze ją za rękę i idzie w stronę toalet. Na moment nieruchomieję. Niedługo ja też to zrobię. Złapię dłoń mężczyzny, albo on moją, i tam pójdziemy. Paraliżuje mnie strach. Naprawdę tego chcę? Dam radę? Zaciskam oczy. Chcę i poradzę sobie. Nie wierzę, że to aż tak trudne.

– Spięta jesteś – słyszę szept za plecami. – Masz. – Facet bierze moją dłoń i otwiera, a potem kładzie na niej dwie tabletki. Zerkam na niego z wahaniem. – Wyluzuj – słyszę.

Obok natychmiast pojawia się druga ręka.

– A ja? – Julka też dostaje pastylki. Od razu pakuje je do ust i popija drinkiem.

Nie mam wyjścia. Robię to samo. Trochę się krzywię, ale skoro dzięki nim zabawa ma być lepsza?

Kacper mnie odwraca. Siedzę teraz bokiem, a on przytrzymuje mi brodę. Patrzy na moje usta i przybliża się. Pierwsze zetkniecie naszych warg jest dla mnie wstrząsem. Może dlatego, że następuje tak szybko i niespodziewanie? A może, bo tak się tego bałam? Nigdy nie całowałam się z kimś, kogo w ogóle nie znam.

Poruszam językiem, próbuję znaleźć w takiej bliskości przyjemność i podniecenie. Nie jest źle. A gdy przestaję myśleć i analizować – nawet całkiem okej. Kacper smakuje whisky, którą pił, czuję też papierosy. Nie lubię ich, ale sama czasem palę – bo wszyscy to robią. Coraz odważniej przesuwam językiem po wnętrzu jego ust, gdy nagle zastygam. Ręka mężczyzny wsuwa się pod moją spódnicę i śmiało zmierza między nogi.

– Spokojnie, będzie jeszcze przyjemniej – Kacper szepcze z półprzymkniętymi oczami. Znowu mnie całuje. Mocno dociska do siebie i jednocześnie wkłada rękę pod majtki.

W pierwszym odruchu chcę się wyrwać, ale przecież nie mogę. Nie ja, nowa Kate. Walcząc ze wstydem rozchylam odrobinę uda i pozwalam się dotknąć. Mężczyzna porusza dłonią. Przesuwa palec, wciska go na moment we mnie. Zastygam zszokowana.

Nikt mnie w taki sposób nie dotykał. Nawet Kellan. A teraz pozwalam na to zupełnie obcemu kolesiowi. Ale w końcu o to właśnie mi chodzi. I nawet czuję lekkie podniecenie, kiedy jego kciuk dotyka łechtaczki. Wzdycham. Mężczyzna cofa rękę i wkłada palce do ust.

– Zaraz będziesz gotowa. – Tym razem już mniej subtelnie wraca między moje nogi. Od razu próbuje włożyć we mnie dwa palce. Jednak panikuję. Zaciskam uda.

– Przepraszam na moment! – Wyrywam się i staję na trzęsących się nogach. Patrzę na Julkę, a raczej na jej głowę, która unosi się rytmicznie nad biodrami tego drugiego faceta.

– Muszę do toalety – mówię. Chwiejnie sunę w stronę bocznego korytarza. Jestem podniecona, ale jednocześnie przerażona. Próbuję się uspokoić, niestety to, co dzieje się wokół, wcale mi nie pomaga.

Mijam całujące się pod ścianami pary. W niedużej wnęce migają mi nagie pośladki jakiegoś faceta, a w kącie toalety, do której w końcu docieram, widzę Zimnego. Stoi oparty plecami o kafelki, patrzy na mnie i jednocześnie dociska głowę dziewczyny do swojego podbrzusza.

– Wygrałaś? – pyta przez zaciśnięte zęby.

– Nie, jeszcze nie – odpowiadam jak automat. Nie mogę oderwać oczu od jej ust przesuwających się po jego penisie.

– Chciałabyś? Nie będzie się liczyć… – mówi między kolejnymi sapnięciami – ale możesz mi possać, niezależnie od tego.

Spanikowana kręcę głową.

– Ja tylko… – Szarpię za drzwi kabiny. Jedne są zamknięte, na szczęście drugie się otwierają. Siadam na ubikacji i głęboko oddycham. Coraz bardziej kręci mi się w głowie. Jednak z uporem powtarzam w myślach: dasz radę!

Kiedy wychodzę, w toalecie są już tylko jakieś dwie dziewczyny. Myję ręce, potem wracam do stolika. Mój znajomy leży na siedzeniu loży i cicho pochrapuje. Czyli jednak jeszcze nie dziś. Odczuwam ulgę. Julka śmieje się głośno na mój widok.

– Kolega odpadł, ale ten tutaj chce nas obie. – Wstaje i razem z nim ciągną mnie w kierunku tańczących ludzi. To jestem w stanie robić. Mogę kołysać się, podrygiwać i pić kolejne drinki, które wkładają mi w ręce. Nie kontroluję już ilości alkoholu, który w siebie wlewam. Jest mi też obojętne, kto mnie dotyka, albo co wykrzykuje Julka, gdy robi nam co chwilę selfie. Na moment przytomnieję, kiedy ktoś mnie obejmuje i popycha w stronę korytarza.

– Chodźcie, śliczne – słyszę ochrypły głos.

Grzegorz prowadzi nas do toalety. Julka wisi na jego ramieniu i chichocze jak oszalała. Ja chciałabym się wyrwać, ale nie mam na to siły. Mój umysł jeszcze pracuje, niestety ciało już nie słucha.

W łazience mężczyzna wpycha nas do kabiny.

– Która pierwsza? – Patrzy na nas rozpinając spodnie.

Przerażenie, które mnie ogarnia, jest tak potężne, że tracę równowagę. Podpieram się o Julkę i o ścianę, a potem opadam na kolana. Pochylam głowę nad sedesem. Słyszę jeszcze tylko:

– Skoro ona nie, to ty się odwracaj, już!

Naprawdę o to mi chodziło? Wyrzucam z siebie zawartość żołądka, słysząc jednocześnie jęk faceta. Przekręcam się. Widzę zgiętą nade mną Julkę opierającą się rękami o ścianę, i nogi stojącego za nią mężczyzny, który raz za razem uderza biodrami o jej pośladki. Znowu fala mdłości, kolejny skurcz wnętrzności. Próbuję zapanować nad zawrotami głowy, ale poddaję się. Ogarnia mnie ciemność.

4

Połowa czerwca – Nowy Jork

(jedenaście tygodni wcześniej)

Od godziny siedzę w swojej sypialni i nie mam odwagi z niej wyjść. Czuję narastający niepokój, ale nadal nie wiem, co go powoduje. Zagląda do mnie Greta z pytaniem, czy chcę coś zjeść. Kręcę głową.

– Wyszli już?

– Tak – potwierdza. – Wrócą dopiero na kolację.

Kilka godzin. W moim mózgu rodzi się plan. To dość czasu, by się czegoś dowiedzieć. Zerkam na Gretę. Będzie bardziej lojalna w stosunku do mnie, czy do nich?

– Chcę coś zrobić, a ty nie powinnaś być tego świadkiem.

Przerażona wytrzeszcza oczy.

– Muszę. – Podnoszę się i ruszam w stronę gabinetu dziadka.

– Nie rób tego, Kate! – słyszę za sobą błagalny głos.

Unoszę kącik ust. Olivia zawsze chciała, żeby służba mówiła do mnie panienko, ale nie mogłam tego znieść. Czułam się z tym źle, szczególnie na placach zabaw, gdzie spędzałyśmy razem z Gretą dużo czasu. Inne opiekunki wołały dzieci po imieniu i ja też tak chciałam. W końcu udało mi się ją przekonać, choć do dziś w obecności babci częściej mówi znienawidzone panienko niż Kate.

Zwalniam na moment.

– Idź stąd i uznaj, że nic nie widziałaś.

– Kate, będziesz tego żałować.

Mrużę oczy i przekrzywiam głowę. Wbijam w nią wzrok. Skoro ta cała sprawa mnie nie dotyczy, to dlaczego mam czegokolwiek żałować? Greta głośno wzdycha. Przez moment wygląda jakby chciała coś jeszcze powiedzieć, ale w końcu bez słowa idzie do kuchni.

Otwieram drzwi gabinetu. Znam go doskonale. Dawniej dziadek często pozwalał mi się w nim bawić. Potem, gdy podrosłam, poprosił, żebym nie wchodziła tu bez pozwolenia. Przyjęłam to do wiadomości i przestrzegałam zakazu, bez żadnej refleksji. Dlaczego?

Teraz się rozglądam. Niewiele tu zmian. Na ścianie wisi inny obraz, rolety są jaśniejsze, a poduszka na krześle bardziej wygnieciona. Reszta wygląda tak samo. Nawet książki na półkach stoją w kolejności, którą zapamiętałam.

Podchodzę do biurka, zagłębiam się w wygodnym fotelu. Zauważam niesprzątnięte jeszcze kieliszki i szklanki stojące na stoliku pod oknem. Whisky, whisky, koniak, wino. Cztery osoby. Moi dziadkowie i…? Patrzę na biurko. Ostrożnie przekładam kilka dokumentów, które na nim leżą. Dotyczą jakiejś spółki. Nie ma w nich nic, co mogłoby mnie zainteresować.

Mnie? Znowu się zastanawiam. Przypominam sobie słowa, które usłyszałam: Ma ojca i sama powinna zdecydować, co z tym zrobić. A potem widzę scenkę. Krótko po moich ósmych urodzinach jedziemy, jak co miesiąc, na grób mamy. Na cmentarzu jest kobieta, stoi z dzieckiem nad niewielkim nagrobkiem i mówi: Powiedz tacie o dzisiejszym medalu. Zatrzymuję się i pytam babcię: A gdzie jest grób mojego taty? Zaniepokojona wymiana spojrzeń. W Anglii – pada odpowiedź. Chcę tam jechać. – Podskakuję na myśl o wycieczce. Pojedziemy, kiedyś. – Dziadek głaszcze mnie po głowie.

Oczywiście nie pojechaliśmy. Nie widziałam nawet zdjęcia z cmentarza. I nigdy mnie to nie zastanowiło. Bez żadnej refleksji, znowu. Niepokój w moim wnętrzu narasta, ale nadal nic konkretnego nie przychodzi mi do głowy.

Patrzę na gabinet oczami dziadka. Gdyby chciał coś przede mną schować, gdyby podejrzewał, że jednak nie jestem tak grzeczną i posłuszną dziewczynką, za jaką mnie uważa?

Książki? Wstaję i podchodzę do ściany zabudowanej wysokimi regałami. Nie. Wie, że zawsze dużo czytałam i nawet opasłe tomy prawnicze mogłyby wzbudzić moje zainteresowanie.

Sejf w biurku? Na pewno dobre miejsce, ale odsuwam na razie tą możliwość, bo z jego otwarciem sobie nie poradzę. Może jednak gdzie indziej?

Szuflady. Kilka jest zamkniętych, więc od razu skupiam na nich uwagę. Klucze, gdzie mogłyby być? Rozglądam się. Nie wierzę, że dziadek nosi je przy sobie. Chwilę kombinuję, zerkam w kilka miejsc – do barku, za ramę obrazu… W końcu mój wzrok pada na przybornik stojący na blacie. Marszczę brwi. To byłoby za proste. Mimo to pochylam się i po chwili spod pęku długopisów wygrzebuję kilka małych kluczyków spiętych jednym kółkiem.

Po kolei próbuję, aż w końcu wszystkie trzy szuflady są otwarte. Najpierw robię zdjęcia telefonem, żeby schowane w nich przedmioty zostawić w dokładnie takim samym ułożeniu. Potem ostrożnie przeglądam zawartość.

Czuję się niezręcznie, szczególnie kiedy w jednej znajduję kilka czasopism dla dorosłych. Nie jestem już jednak dzieckiem i choć wyobrażanie sobie dziadka jako faceta z klasycznymi potrzebami nie jest najłatwiejsze, to uśmiecham się pod nosem na myśl o tym, że przynajmniej są w nich kobiety, a nie faceci – jak w szafce nocnej ojca mojej szkolnej koleżanki.

Przeglądam parę dokumentów, aż trafiam w środkowej szufladzie na zdjęcia w drewnianym pudełku. Rozsiadam się na podłodze i opieram plecami o bok biurka. Fotografii jest kilkanaście, a na wszystkich moja mama – sama, ze mną, albo ze mną i z moim tatą.

Są tacy szczęśliwi! Znam te zdjęcia, zresztą w pokoju mam jedno z nich – trzymają mnie objęci na jakiejś plaży. Wiatr rozwiewa włosy mamy, a tata przytrzymuje mi śmieszny kapelusik. Jak zwykle się wzruszam, gdy na nie patrzę, a pod powiekami czuję łzy.

Ma ojca i sama powinna zdecydować, co z tym zrobić. Odkładam fotografie. Coraz bardziej drżą mi ręce. Sięgam głębiej, trafiam na zwykłą papierową teczkę. Otwieram i przeglądam kartki, które w niej są.

Akty urodzenia – mój i rodziców. Przesuwam palcami po imionach – Emily Wright, Tomasz Bergson. Tomasz? Zawsze mówiono mi, że nazywał się Thomas…

Jakieś pismo podpisane przez Andrzeja i Annę Bergsonów. Chwilę zastanawiam się, kim mogą być. Nagle doznaję olśnienia, a jednocześnie paraliżuje mnie myśl o własnej głupocie. Nigdy nie interesowałam się moimi dziadkami ze strony ojca? Szukam w pamięci jakiejś informacji, rozmowy na ich temat. Nic. Tylko niejasne wrażenie, że nie żyją. Ktoś mi to powiedział, czy sama tak założyłam nie mając z nimi żadnego kontaktu?

Przelatuję wzrokiem dokument, coś o poufności i inne takie. Odkładam go, sięgam po kolejną kartkę. Zaczynam czytać, ale nie potrafię poszczególnych słów złożyć w sensowną całość. Moje ręce się trzęsą, opieram je o kolana. Próbuję jeszcze raz. Zrzekam się praw do córki…

Zaciskam oczy. Kiedy po długiej chwili je otwieram, czytam całe zdanie ponownie, i potem jeszcze raz. Przerzucam wzrok na datę. Nie rozumiem. Gwałtownie szukam w stosie odłożonych kartek tej, którą świadomie pominęłam. Akt zgonu Emily Wright. Wpatruję się w termin sporządzenia. Niemożliwe. Błąd. Ktoś się pomylił. Mój ojciec nie mógł się zrzec praw do córki, skoro już nie żył, bo zginął razem z mamą.

Ma ojca i sama powinna… Tracę oddech. Jestem sparaliżowana strachem, a moje płuca nie chcą współpracować. Przymykam oczy, przed którymi już i tak widzę tylko białą plamę.

Chyba zemdlałam, bo kiedy przytomnieję, leżę na boku, z policzkiem wtulonym w dywan. Przez kilka sekund próbuję się zorientować, co robię na podłodze w gabinecie dziadka. A potem wszystko sobie przypominam.

Sięgam po rozsypane kartki i czytam jeszcze raz. Nie ma wątpliwości. Tomasz Bergson podpisał dokument kilka miesięcy po swojej śmierci. Już wiem, co to oznacza, ale jeszcze nie wierzę. Jeszcze prawda do mnie nie dociera. Czuję, że zaraz się rozsypię. Ratunkiem jest koncentracja na działaniu – muszę poukładać wszystko tak, by nikt się nie zorientował, że ktoś tu grzebał.

Szybko robię zdjęcia papierów – jeszcze nie wiem po co – a potem je chowam. Zamykam szuflady, odkładam kluczyki na miejsce. Wychodzę z gabinetu jak robot, na sztywnych nogach, ściskając kurczowo telefon w rękach.

– Kate… – słyszę za plecami.

Zatrzymuję się na moment.

– Wiedziałaś?

Greta nie odpowiada. Biegnę, wpadam do swojej sypialni i zamykam ją na nigdy wcześniej nie używany klucz. Rzucam się na łóżko i dopiero wtedy wszystkie emocje wyłażą na wierzch. Łzy ciekną mi po twarzy, a ja walę pięściami w materac. Mój idealny świat przestał istnieć.

5

Uwielbiam Nowy Jork w czerwcu, gdy jeszcze nie jest zbyt gorąco, ale już wystarczająco przyjemnie, żeby robić mnóstwo ciekawych rzeczy. Teraz jednak nie mam na nic ochoty. Trzeci dzień z rzędu leżę w zamkniętym pokoju, z zasłoniętymi roletami, wpuszczając tylko kilka razy dziennie Gretę z czymś do jedzenia.

Olivia i John najpierw nie rozumieli, co się stało. Potem krzyczeli. Próbowali szantażu. Chcieli wezwać lekarza. Nie reagowałam. Ignorowałam ich i nadal to robię. Przestali dla mnie istnieć. Niestety jednocześnie wiem, że na dłuższą metę tak się nie da. W końcu będę musiała stąd wyjść i wysłuchać ich kłamliwych wyjaśnień. A potem?

W kółko o tym myślę. Wiem, że na pewno nie mogę z nimi zostać. Ale potrzebuję czasu, żeby znaleźć sposób i pieniądze pozwalające mi na wyjazd. Gdzie? Nie mam pojęcia. Może Australia? Na pewno daleko od Stanów i Polski, gdzie mieszka mój martwy ojciec.

Zaciskam pięści i znowu z trudem powstrzymuję płacz. Nie mam już łez, a w środku czuję kompletną pustkę. Zaraz po powrocie do sypialni, trzy dni temu, odpaliłam komputer. Nie musiałam długo szukać. Thomasów Bergsonów było trochę, ale Tomasz, z oczami takimi jak ja, tylko jeden. Trup, od kilkunastu lat leżący w grobie, prowadzi biznesy w jakiejś pieprzonej Warszawie.

Żyje sobie jak król i ma gdzieś dziecko, które spłodził, a potem się go pozbył. Czuję potworną bezsilność i niewiarygodny ból. Wszyscy mnie okłamywali, przez tyle lat. Nienawidzę całym sercem każdej osoby, która była blisko. I brzydzę się sobą, idiotką wierzącą w te bzdury. Tą, która pozwoliła się porzucić.

Ale już jej nie ma – idealnej amerykańskiej dziewczyny. Będę nową Kate, która już nigdy nikomu nie zaufa i pokaże światu, do czego jest zdolna. Przełykam ślinę. Poradzę sobie.

Wstaję i wyrzucam z szaf wszystkie rzeczy. Dobry początek. Wyciągam kilka obcisłych koszulek i dwie pary dżinsów, których nie miałam na sobie chyba z rok. Wkładam te bardziej znoszone, na górę zarzucam porozciąganą bluzę z kapturem. Wykopuję też z dołu stare trampki – jakimś cudem ocalały po przeglądach garderoby, które co kilka miesięcy robi Greta. Zgarniam z łóżka telefon, ignoruję masę wiadomości oraz nieodebranych połączeń, i wychodzę z pokoju. Jest późne popołudnie, więc mam nadzieję, że w domu nikogo nie ma.

Niestety już po kilku moich krokach z gabinetu wyskakuje John. Podchodzi do mnie.

– Coś usłyszałem. Kate… – mówi łamiącym się głosem i próbuje mnie przytulić. Odpycham go. Wrednie i mocno.

– Nie dotykaj mnie!

Jest zszokowany moją reakcją, ale po chwili udaje mu się opanować.

– Musimy porozmawiać.

– Na pewno. – Zaplatam ręce na klatce piersiowej i przechylam głowę. – Teraz? A może po siedemnastu latach już się nie musimy spieszyć?

– Kate, proszę! – w jego oczach widzę ogrom winy, ale też zaciętość, którą świetnie znam. Pewnie czuje wyrzuty sumienia, choć nie z powodu tego, co zrobił, a dlatego, że prawda wyszła na jaw.

Mijam go i idę do gabinetu. Nie planowałam dzisiaj tej rozmowy, ale równie dobrze mogę ją już mieć za sobą. Od razu nalewam sobie pół szklanki whisky. Nie piję alkoholu, poza lampką wina albo szampana, gdy jest jakaś okazja. Ale już nie jestem tamtą Kate.

Dlatego do razu wlewam w gardło duży łyk i zaciskam powieki, żeby się nie zakrztusić. Ależ to piecze! Na szczęście jestem tyłem do wejścia, a John stoi jeszcze w korytarzu. Woła Olivię. Przecieram oczy, w których po whisky pojawiły się łzy, biorę kilka głębszych oddechów i siadam na jednym z foteli dla gości.

Po chwili oboje wchodzą. Teraz, gdy ich tak bardzo nienawidzę, zauważam wszystkie wady. Sztywna, napuszona, nabotoksowana Olivia oraz zimny i wyrachowany John. Boże! Znowu chce mi się wyć, ale mogę to zrobić dopiero, gdy stąd wyjdę. Zbieram się więc w sobie i zaczynam pierwsza.

– Słucham. – Upijam kolejny łyk, tym razem mniejszy.

Patrzą zszokowani na szklankę, którą trzymam. Olivia pierwsza odzyskuje równowagę.

– Daruj sobie te popisy, Kate. – Podchodzi i wyciąga rękę. Przekładam szkło do drugiej dłoni.

– Jeśli macie mi coś do powiedzenia, to mówcie.

– Dobrze – Olivia teatralnie wzdycha, siada w fotelu naprzeciwko i patrzy wyczekująco na Johna, który opiera się biodrami o biurko.

– Najpierw powiedz nam, co już wiesz. – Spogląda na mnie przenikliwie. Pieprzony prawnik.

– Nie. – Uśmiecham się kpiąco. – Chcę usłyszeć całą historię od was.

Zmieszani zerkają na siebie. Z Johna ulatuje część pewności siebie. Podchodzi do barku, nalewa sobie drinka. Potem zatrzymuje się, jakby z zawahaniem, czy usiąść obok mnie. W końcu jednak sadowi się za biurkiem. Dystans. Czyli będzie dalej kombinował.

– Twoja mama za naszymi plecami związała się z człowiekiem, który…

– Którego kochała, jak się domyślam, ale on według was nie był właściwym wyborem. – Przerywam mu. Od razu staje mi przed oczami Kellan – akceptowany przez nich, do którego jednak nic nie czuję. Pewnie z Emily było podobnie, tyle, że ona miała odwagę żyć po swojemu.

– Tak. – John niechętnie potwierdza. – Uparła się i pojechała na jakiś obóz do Anglii. Tam poznała tego Polaka. Potem pisali do siebie, a my nie mieliśmy o tym pojęcia. Kiedy wymyśliła studia w Londynie, cieszyliśmy się, miała tam jechać na rok. Oszukała nas – mówi to z zaciętą miną – bo zamieszkała z nim i szybko okazało się, że jest w ciąży.

– Co za pech – mówię z sarkazmem. Z trudem nad sobą panuję. Nie mogę pojąć, jak mogłam być tak ślepa i bezmyślnie wierzyć we wszystkie bajki, które słyszałam! Mówili, że to był cudowny człowiek, że bardzo go kochali, ale niestety, też zginął… A teraz widzę, jak bardzo go nienawidzili za to, że nie był jakimś Kellanem, wybranym przez nich dla ukochanej jedynaczki, dziedziczki rodu.

– Zachowuj się – cedzi Oliwia, ale już nawet na nią nie patrzę.

– Kontynuuj, proszę – zwracam się do Johna.

Bierze głęboki oddech, a potem wyrzuca z siebie:

– Urodziłaś się i błyskawicznie cię pokochaliśmy. Mieszkaliście w Londynie, ale byliśmy tam przynajmniej raz w miesiącu. Aż zdarzył się wypadek. Ten kretyn wiózł ciebie i Emily po imprezie.

Wytrzeszczam oczy.

– Był pijany?

– Nie, ale skoro balował, to pewnie niewyspany i zdekoncentrowany.

– Mówiliście, że to jakiś pijak w nas wjechał?

– Tak było. Ale gdyby ten idiota wcześniej go zauważył, to może zdążyłby skręcić – John zaciska dłonie, które opiera na biurku. Potem milknie i patrzy w bok, jakby nie był w stanie powiedzieć reszty.

– Emily zginęła, on był ranny. Szybko załatwiliśmy dokumenty i przejęliśmy nad tobą opiekę – resztę lodowatym głosem dopowiada Olivia.

– Tak po prostu? – Patrzę na nią z niedowierzaniem. – A on? Odzyskał przytomność i bez wahania mnie oddał?

– Nie do końca… – Milknie na moment. – Ale kim on był! Żałosny studencik z jakąś norą, którą nazywał mieszkaniem! Chyba nie sądzisz, że ktoś taki mógłby wychowywać naszą wnuczkę?

Patrzę na nią i zastanawiam się, jak mogłam tego wcześniej nie widzieć. Ta kobieta nie ma serca, jest wcieleniem zła.

– Podpisał zrzeczenie się praw do ciebie, i tyle – John dodaje cicho.

Nie potrafię sobie tego wyobrazić. I tyle?

– Nigdy mnie nie chciał? – pytam po chwili.

Znowu są zmieszani i już wiem, co usłyszę.

– Nie. Był tak zajęty rozpaczaniem po Emily, że łatwo o tobie zapomniał.

Podrywam się. Nie wiem, czy im wierzyć, jednak znam fakty – nie szukał mnie, nie próbował nawiązać kontaktu. Nawet jeśli był w szoku, jeśli mu zabraniali, to przecież mógł. Ma kasę, jakieś firmy, możliwości! Ale nie chciał.

Ruszam w stronę drzwi.

– Dziękuję za wyjaśnienia. – Zatrzymuję się jeszcze na środku gabinetu i patrzę na Johna. Mam wrażenie, że w nim tli się choć odrobina uczuć i emocji. – Pójdę się przejść.

– Kate… – słyszę za plecami, ale nie reaguję. Wychodzę z apartamentu, zjeżdżam windą i idę do Central Parku. Siadam na położonej na uboczu ławce i dopiero teraz pozwalam łzom płynąć. A w głowie próbuję ułożyć plan.

Moja nienawiść do nich jest tak wielka, że aż odbiera mi oddech. Dlatego wiem, że na pewno nie mogę tu zostać. Muszę tylko przetrwać kilka miesięcy, do osiemnastych urodzin. Przez ten czas będę całkowicie nieidealną Kate.

Alkohol? Whisky była pyszna, do teraz czuję ją w żyłach. Może dlatego łatwiej mi to wszystko znieść. Imprezy? Mój Boże, nie byłam na żadnej! Uczniowie balują, dziewczyny szaleją, a ja chodziłam tylko tam, gdzie powinnam się pokazać i gdzie pojawienie się za stosowne uważali moi opiekunowie. Robiłam wyłącznie to, co za właściwe i słuszne uważali Wrightowie. Miliona rzeczy nie spróbowałam, ale teraz zamierzam to nadrobić.

Wstaję i ruszam w stronę ulicy. Łapię taksówkę, którą jadę do Macy’s. Kupuję tam trzy torby ciuchów – o wiele za krótkich, zbyt obcisłych i stanowczo za tanich. Już słyszę Olivię: Wyglądasz jak dziwka, jak skończona prostaczka! Tak, Olivio – uśmiecham się w myślach. Dokładnie taka teraz będę, a wy musicie to przez parę miesięcy znosić.

6

Zrobiłam dokładnie to, co zaplanowałam. Przestałam liczyć się ze zdaniem Olivii i Johna, a teraz wybieram się na imprezę. Niegrzeczną imprezę. Chcę zaszaleć, spróbować tego, czego sobie do tej pory odmawiałam, no i wejść w towarzystwo, które było dla mnie zakazane.

– Nie możesz tego założyć. Oszalałaś? – Amy z przerażeniem patrzy na moje odbicie w lustrze.

– Dlaczego? – Mrużę oczy i kręcę się poprawiając biust. Przesuwam dłońmi po biodrach, obciągam brzeg krótkiej sukienki.

– Wyglądasz jak dziwka z baru! – Amy zatyka dłonią usta, bo słowo dziwka w zasadzie nie istnieje w jej słowniku.

– Dziwka, suka, zdzira – powtarzam z satysfakcją, dodając kolejne niedopuszczalne w naszym otoczeniu wyrazy. O to mi dokładnie chodzi. Nie ma już grzecznej i idealnej amerykańskiej dziewczyny, jestem zepsuta i chcę się bawić przekraczając kolejne granice.

– Kate, proszę cię! Nie możesz tam iść, a już na pewno nie w tej sukience. – Amy krzywi się z obrzydzeniem.

– Pójdę tak ubrana i będę się bawić do upadłego. A ty możesz zaszaleć ze mną, albo zostać. – Patrzę na nią chłodnym wzrokiem.

Jest zrozpaczona. Widzę jak oczy zaczynają jej błyszczeć. Zaraz się rozpłacze. Z pogardą przesuwam wzrokiem po plisowanej spódnicy i jasnozielonym sweterku.

– Twoi dziadkowie się wściekną – mówi cicho.

Myśli, że uderza z grubej rury, ale to ostatni argument, który mógłby mnie powstrzymać. Oni są już obcymi dla mnie ludźmi. John i Olivia Wright, obywatelski wzór. Snobistyczny apartament w Upper East Side, doskonała służba, limuzyny, towarzystwo. Piękne życie. Ale już beze mnie, wzorowej wnuczki.

– I o to chodzi, Amy. – Uśmiecham się z satysfakcją. – Niech się wściekną. Niech Olivia wytrzeszczy te swoje perfekcyjnie umalowane oczy, a John niech zdruzgotany opadnie na swój wiktoriański fotel sprowadzany specjalnie dla niego z Anglii. Niech drżącymi dłońmi naleje sobie najdroższą whisky, gdy ona zrozpaczona będzie pocierała naciągniętą skórę – cedzę przez zaciśnięte zęby.

– Co się z tobą dzieje, Kate? Powiedz, co się stało, proszę! – Amy mówi płaczliwym głosem.

– To nie ma znaczenia. – Odwracam się z powrotem do lustra. Poprawiam ciemne włosy opadające na plecy w luźnych falach i upewniam się, czy mój makijaż jest wystarczająco wyzywający.

– Idziesz? – zwracam się do niej zniecierpliwiona.

– Popełniasz wielki błąd. – Amy kręci z niedowierzaniem głową, ale wstaje. – Jak zamierzasz tam dojechać? Chyba nie poprosisz Jamesa o podwózkę?

– Dostałby zawału. – Parskam śmiechem na myśl o naszym szoferze, którym zresztą też gardzę. Jak wszyscy ukrywał przede mną prawdę. – Ale są taksówki, wiesz?

– A jak chcesz tam wejść? Nie wpuszczą nas.

– Lea wpisała nas na listę.

Amy patrzy na mnie zszokowana.

– Jakim cudem? Przecież cię nie znosi?

– Myślę, że chce się ponabijać z grzecznych dziewczynek na niegrzecznej imprezie. Ale się zdziwi. Bo ja zamierzam szaleć. Całkowicie. – Łapię torebkę i ciągnę przyjaciółkę do drzwi. Wymykamy się tak, by nie zauważył nas nikt ze służby, a zdumionemu portierowi na dole rzucam szeroki uśmiech. Może od razu dzwonić do Johna, proszę bardzo. Niech mnie szukają, mam to gdzieś.

Kiedy wysiadamy z taksówki, jest już ciemno. Tracę trochę pewności siebie, gdy patrzę na otaczające nas ponure budynki. Okolica wygląda jak teren starej, nieczynnej już fabryki.

– Tam coś się dzieje – Amy mówi szeptem, jakby ktokolwiek mógł nas tu usłyszeć.

Idziemy w stronę otwierających się co chwilę drzwi. W środku rejestruję zdziwione spojrzenia dwóch chłopaków, których kojarzę ze szkolnego korytarza. Zdecydowanie uderzam paznokciem w swoje nazwisko na liście, którą jeden z nich trzyma w ręce.

– Okej. – Uśmiecha się kpiąco i wskazuje głową korytarz.

– Kate, wróćmy do domu. – Amy wciąż próbuje mnie powstrzymać. Przez moment nawet mam ochotę jej ulec i się wycofać. Jestem coraz bardziej zdenerwowana, czuję się niepewnie. Ale chcę przeciąć kolejną nitkę łączącą mnie z dawnym życiem. I choć w myślach wydaje się to proste – wystarczy odpowiednio się ubrać, pić, palić, szaleć z facetami – to teraz waham się, czy jestem na to gotowa. Jednak mimo wątpliwości idę dalej.

Mijamy obmacujące się pary. Obawiam się tego, co zobaczymy w głównym pomieszczeniu. Ale wystarczy, że przypominam sobie moment, w którym mój świat runął i od razu przechodzi mi ochota na powrót do domu.

Dlatego, gdy tylko wkraczamy do sali, ruszam w kierunku stołów z alkoholem i wlewam w gardło to, co znajduje się w pierwszym kubku, po który sięgam. Piecze, ale udaje mi się przełknąć ciecz bez krztuszenia się, czy innych kompromitujących reakcji. Wciskam Amy w rękę drugi kubek. Jest zdenerwowana, zerka na boki.

– Gapią się – stwierdza cicho.

Przesuwam wzrokiem po sali.

– I słusznie. – Wciągam brzuch, wypinam pierś do przodu. Sięgam po następnego drinka. Potem zauważam zaskoczony wzrok Nathana, z którym chodzę na zajęcia artystyczne. Uśmiecham się do niego. Jest mi obojętne, z kim zacznę ten wieczór, a jego nawet lubię.

– Cześć! – mówię z trochę udawanym entuzjazmem.

– Cześć – odpowiada niepewnie. – Ty… wy tutaj?

– Kiedyś trzeba zmądrzeć. – Chichoczę głośniej niż wypadałoby. – Chcemy wreszcie zaszaleć.

– Amy raczej nie.

Podążam za jego wzrokiem. Moja przyjaciółka stoi tam, gdzie ją zostawiłam, i rzeczywiście wygląda dziwnie w tych swoich świętoszkowatych ciuchach.

– Ale ja tak. Zatańczymy?

– Jasne… – Nathan rozgląda się z wahaniem. Jednak już po chwili prowadzi mnie do sąsiedniego, mniejszego pomieszczenia, gdzie jest ciemniej, a na środku przytula się kilka par. Jestem zdesperowana, więc od razu przylegam do niego całym ciałem i obejmuję za szyję.

Najpierw niepewnie kładzie ręce na moich biodrach, ale potem śmielej przesuwa je wyżej, na talię. Poruszamy się w rytmie muzyki. Próbuję znaleźć w sobie więcej odwagi. Gorączkowo zastanawiam się, jak to powinno wyglądać.

Do tej pory jedynym facetem, który mnie dotykał, był Kellan. Syn wspólnika dziadka, mój przyszły mąż. Całowaliśmy się, czasem wkładał mi ręce pod sweter, ale nie pozwalałam na nic więcej. Nie chciałam się rozpraszać – najpierw nauka, żeby dostać się do wymarzonej szkoły, potem osiemnastka i zaręczyny. Dlaczego tak? Bo byłam grzeczną dziewczyną robiącą to, co powinna, a nie kierującą się tym, na co ma ochotę.

Zresztą wcale jakoś strasznie nie cierpiałam. Owszem, czasem czułam impuls podniecenia, ale łatwo go było zgasić. Tym bardziej, że Kellan nie naciskał i nie próbował zmusić mnie do zmiany priorytetów. A kiedy już stałam się inną Kate i chciałam od niego więcej, po prostu wyśmiał mnie i powiedział, że zachowuję się dziwnie.

Ja jednak muszę mieć wszystko jak najszybciej za sobą. Chcę być suką i tak się zachowywać. Za dużo mnie ominęło, zbyt wiele poświęciłam. Podnoszę więc głowę i wpatruję się w usta Nathana. Powinnam go pocałować?

– Kate? – Próbuje mnie odsunąć. Przytrzymuję go za koszulkę. Nie chce?

– Chodź, zobaczymy, co robi twoja przyjaciółka. – Łapie moją rękę i rusza do baru.

Stajemy przy Amy, która patrzy na mnie wytrzeszczonymi oczami, a potem przesuwa wzrok w bok. Nathan wciska mi w rękę kubek – tym razem to chyba piwo – i z poważną miną cofa się o krok. Odwracam w końcu głowę. Zerkam tam, gdzie Amy. W rogu pomieszczenia stoi Kellan. Obejmuje jakąś skąpo ubraną dziewczynę i mruży gniewnie oczy.

– Wynoś się stąd – mówi podniesionym głosem.