Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 375 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Blady przestępca - Philip Kerr

Lata trzydzieste, Niemcy i śledztwo, które zawiedzie detektywa w kręgi najwyższych sfer – hitlerowskich elit władzy...

Rok 1938, dwa lata po wydarzeniach opisanych w Marcowych fiołkach, Bernhard Günther pracuje ze swoim kolegą Stahleckerem, również byłym policjantem. Interes kwitnie, obaj wspólnicy mają mnóstwo zleceń. W czasie pewnej sprawy partner Günthera zostaje zamordowany.

Już następnego dnia po śmierci Brunona Bernhard otrzymuje propozycję nie do odrzucenia – wezwany przed oblicze samego gruppenführera SS Reinharda Heydricha. Bernie ma wyśledzić i ująć szaleńca grasującego w Berlinie, którego ofiarami są nastolatki o blond włosach, w typie aryjskim. Do tej pory zabójca dziewczynek pozostaje nieuchwytny, a cała berlińska policja jest bezradna.

Günther tkwi po uszy w kłopotach i już nikomu nie może ufać. Szuka zabójcy lub zabójców dziewczynek i zarazem oprawcy Brunona Stahleckera. Niebezpieczne śledztwo zaprowadzi go w kręgi najwyższych sfer – hitlerowskich elit władzy...

 

Philip Kerr, ur. w 1956 r. w Edynburgu, znany i ceniony pisarz, bardzo popularny w Wielkiej Brytanii, autor m.in. kryminałów historycznych, laureat nagród literackich. Zadebiutował w 1989 roku powieścią Marcowe fiołki, które są pierwszą częścią cyklu kryminalnego, następny tom berlińskiej serii to Blady morderca. Akcja tych dwu powieści toczy się w mrocznych latach 30. XX wieku, zanim jeszcze wybuchnie II wojna światowa. Najnowsza powieść z tego cyklu, A Man without Breath – której fabuła rozgrywa się w Smoleńsku, zimą i wiosną 1943 r. – jest laureatką nagrody im. Palle Rosenkrantza (Palle Rosenkrantz Prisen) dla najlepszej powieści kryminalnej, która ukazała się w Danii – nagroda przyznawana jest podczas festiwalu Krimimessen. Tytuł ten ukaże się w serii „mrocznej” w 2015 roku (w przekładzie Jolanty Kiełbas).

 

Blady przestępca, opowieść o prywatnym detektywie i policyjnym śledztwie, łączy wątki w politycznie wiarygodnej fabule i kończy się jak przystało na powieść kryminalną i historyczną zarazem.

„The Wall Street Journal”

Opinie o ebooku Blady przestępca - Philip Kerr

Fragment ebooka Blady przestępca - Philip Kerr

PHI­LIP

KERR

BLA­DY PRZESTĘPCA

przełożyła Bar­ba­ra Kopeć-Umia­stow­ska

Tytuł ory­gi­nału: The Pale Cri­mi­nal

Co­py­ri­ght © 1990 Phi­lip Kerr

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Bar­ba­ra Kopeć-Umia­stow­ska, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Wy­da­nie pierw­sze

War­sza­wa

Dla Jane

Wie­le z wa­sze­go do­bra bu­dzi we mnie wstręt, i za­prawdę nie ich zło. Chciałem wszak, abyście mie­li obłęd, który by was do za­gu­by dowiódł, jako tego bla­de­go przestępcę! Za­prawdę chciałem, aby się ten obłęd wasz prawdą zwał lub wier­nością, lub też spra­wie­dli­wością: lecz wy ma­cie waszą cnotę, aby długo żyć, w własnym żyć za­do­wo­le­niu.

Frie­drich Nie­tz­sche, Tako rze­cze Za­ra­tu­stra, przeł. Wacław Be­rent

Część pierw­sza

Kie­dy człowiek się od­chu­dza, tort tru­skaw­ko­wy w ka­wiar­ni Kran­zle­ra nad­zwy­czaj­nie przy­ciąga jego uwagę.

No więc, ostat­nio zacząłem mieć po­dob­ne od­czu­cia w kwe­stii ko­biet. Tyl­ko że ja nie je­stem na die­cie, po pro­stu od­no­to­wałem, że kel­ner­ki mnie igno­rują. Ta­kie są ładne i tyle ich wokół. To zna­czy, ko­biet w ogóle, choć z pew­nością kel­nerkę też mógłbym wy­dup­czyć, jak zresztą każdą inną babę. Kil­ka lat temu na­wet znałem taką jedną. Ko­chałem ją, ale zniknęła, jak to się często zda­rza lu­dziom w tym mieście. I od tam­tej pory nic, tyl­ko przy­god­ne ro­man­se. W do­dat­ku, gdy­by ktoś te­raz zo­ba­czył, jak la­tam w tę i we w tę po Unter den Lin­den, pomyślałby, że się za­ga­piłem na ze­ga­rek hip­no­ty­ze­ra. Sam nie wiem, może to przez ten upał? W końcu w tym roku w Ber­li­nie jest gorąco jak u pie­ka­rza pod pachą. A może to ze mną coś się dzie­je – jak by nie było, czter­dziest­ka na kar­ku, więc trochę głupieję przy ba­bach. Tak czy owak, mój pęd do pro­kre­acji jest wprost be­stial­ski, co ko­biety na­tu­ral­nie po­znają po oczach i trzy­mają się ode mnie jak naj­da­lej.

Al­bo­wiem owe­go długie­go lata 1938 roku be­stial­skość miała się do­brze i przeżywała okrut­ny aryj­ski re­ne­sans.

1

piątek, 26 sierp­nia

Jak jakaś je­ba­na kukułka.

– Co? – spy­tałem.

Bru­no Stah­lec­ker pod­niósł wzrok znad ga­ze­ty.

– Jak to co, Hi­tler!

Po­czułem, że wszyst­ko mi opa­da: oto mój wspólnik za­raz wygłosi ko­lejną kwie­cistą kwe­stię w spra­wie na­zistów.

– No tak, ja­sne – przy­taknąłem ener­gicz­nie, z na­dzieją, że oka­zując pełne zro­zu­mie­nie, po­wstrzy­mam go od szczegółowych ko­men­ta­rzy. Nic z tego.

– Le­d­wie zdołał wy­pchnąć au­striac­kie pi­sklę z gniaz­da Eu­ro­py, a już za­bie­ra się do Cze­chosłowa­cji. – Trzepnął grzbie­tem dłoni w ga­zetę. – Wi­działeś to, Ber­nie? Ru­chy wojsk nie­miec­kich na gra­ni­cy Kra­ju Su­dec­kie­go.

– Tak, domyśliłem się o czym mówisz. – Wziąłem po­ranną pocztę i usiadłem, żeby ją przej­rzeć. Zna­lazłem kil­ka czeków, co trochę złago­dziło moją złość na Bru­no­na. Trud­no w to uwie­rzyć, ale naj­wy­raźniej już zdążył się napić. Bru­no, który nor­mal­nie wy­po­wia­da się nie­le­d­wie mo­no­sy­la­ba­mi (co mi bar­dzo od­po­wia­da, bo sam należę do mruków), po wódzie robi się ga­da­tli­wy jak włoski kel­ner.

– Naj­dziw­niej­sze, że przy­bra­ni ro­dzi­ce nic nie widzą. Kukułka po­zby­wa się ko­lej­nych pi­sklaków, a oni wciąż ją kar­mią.

– Może mają na­dzieję, że wresz­cie się za­mknie i so­bie pójdzie – od­parłem kąśli­wie, lecz fu­ter­ko Bru­no­na było za gru­be, by to doń do­tarło. Rzu­ciłem okiem na je­den z listów i prze­czy­tałem go po­now­nie, tym ra­zem uważniej.

– Po pro­stu nie chcą nic wi­dzieć. Coś przyszło?

– Hm? Aa, tak, ja­kieś cze­ki.

– Szczęsny to dzień, gdy przy­chodzą cze­ki. Coś jesz­cze?

– List. Z tych ano­ni­mo­wych. Ktoś chce się ze mną spo­tkać o północy w Re­ich­sta­gu.

– Pi­sze po co?

– Twier­dzi, że ma in­for­ma­cje o jed­nej z mo­ich spraw. Pew­na oso­ba za­ginęła i po­zo­sta­je za­giniona.

– Ja­sne. Pamiętam je wszyst­kie, tak jak pamiętam, że pies ma ogon. A to do­pie­ro dzi­wo. Pójdziesz?

Wzru­szyłem ra­mio­na­mi.

– Ostat­nio mar­nie sy­piam, więc cze­mu nie?

– To zna­czy, nie licząc fak­tu, że to wy­pa­lo­na ru­ina i wejście do środ­ka gro­zi śmier­cią? Hm, po pierw­sze, to może być pułapka. Nie­wy­klu­czo­ne, że ktoś za­mie­rza cię zabić.

– A może ty to przysłałeś?

Zaśmiał się ner­wo­wo.

– Chy­ba po­wi­nie­nem pójść z tobą. Spróbuję być nie­wi­docz­ny, lecz w zasięgu głosu.

– Albo strzału? – Pokręciłem głową. – Kie­dy ktoś chce kogoś zabić, to nie za­pra­sza go w miej­sce, gdzie ten z na­tu­ry rze­czy będzie się miał na bacz­ności.

Otwo­rzyłem szu­fladę biur­ka.

Z wyglądu mau­zer i wal­ther nie­wie­le się różnią, lecz wziąłem mau­zera. Kąt chwy­tu i sposób, w jaki pi­sto­let układa się w dłoni, spra­wiają, że jest so­lid­niej­szy od trochę mniej­sze­go wal­thera; nic mu również nie bra­ku­je, jeśli cho­dzi o siłę rażenia. Wsu­nięty do kie­sze­ni jak tłusty czek za­wsze dawał mi po­czu­cie spo­koj­nej pew­ności sie­bie. Machnąłem lufą w stronę Bru­no­na.

– Człowiek, który za­pro­sił mnie na przyjęcie, będzie wie­dział, że mam przy so­bie za­pal­niczkę.

– A jeśli będzie ich więcej?

– Bru­no, psia­krew, nie taki dia­beł strasz­ny! Wiem, czym to gro­zi, ale taką mamy pracę. Dzien­ni­ka­rze do­stają de­pe­sze, żołnie­rze roz­ka­zy, a pry­wat­ni de­tek­ty­wi ano­ni­my. Gdy­bym chciał mieć na li­stach wo­sko­we pieczęcie, to­bym, kur­wa, zo­stał praw­ni­kiem.

Bru­no kiwnął głową, po­pra­wił opaskę na oku i zi­ry­to­wa­ny zajął się swoją fajką – sym­bo­lem klęski na­szej spółki. Nie­na­widzę ak­ce­so­riów faj­cza­rza: tych wszyst­kich kap­ciuchów, wy­ciorów, szpi­kulców i spe­cjal­nych za­pal­ni­czek. Faj­cza­rze to ar­cy­mi­strzo­wie sztu­ki gme­ra­nia i grze­ba­nia, pla­ga na­szej pla­ne­ty, równie nie­znośna jak mi­sjo­na­rze, przy­by­wający na Ta­hi­ti z ku­frem biu­sto­no­szy. Nie miałem pre­ten­sji do Bru­nona – po­mi­mo pijaństwa i iry­tujących na­wyków wciąż był to ten sam do­bry de­tek­tyw, którego oca­liłem od za­po­mnie­nia na za­bi­tym de­cha­mi po­ste­run­ku Kri­po w Spre­ewald. Nie, pro­blem tkwił we mnie, od­kryłem bo­wiem, że z na­tu­ry i tem­pe­ra­men­tu nie na­daję się na ni­czy­je­go wspólni­ka, tak samo jak nie na­daję się na pre­ze­sa Deut­sche Ban­ku.

Ale patrząc na nie­go, zacząłem się czuć win­ny.

– Pamiętasz, jak mówiliśmy na woj­nie? „Jeśli jest na nim two­je na­zwi­sko i ad­res, to na pew­no zo­sta­nie doręczo­ny”.

– Pamiętam – po­wie­dział, za­pa­lając fajkę i wra­cając do „Völki­scher Be­obach­ter”. Zde­pry­mo­wa­ny pa­trzyłem, jak czy­ta.

– Prędzej do­cze­kasz się he­rol­da miej­skie­go, niż do­wiesz się cze­goś z tej szma­ty.

– To praw­da. Ale lubię rano po­czy­tać ga­zetę, na­wet jeśli jest to kupa gówna. Weszło mi to w na­wyk. – Obaj mil­cze­liśmy przez chwilę. – O, ko­lej­ne ogłosze­nie: „Rolf Vo­gel­mann, pry­wat­ny de­tek­tyw, spe­cjal­ność: oso­by za­gi­nio­ne”.

– Nig­dy o nim nie słyszałem.

– Ależ tak. W zeszły piątek w ogłosze­niach drob­nych. Czy­tałem ci, nie pamiętasz? – Wyjął fajkę z ust i wy­ce­lo­wał we mnie ust­nik. – Wiesz, Ber­nie, może i my po­win­niśmy się re­kla­mo­wać?

– Po co? Mamy więcej spraw, niż możemy obsłużyć. In­te­res kręci się jak nig­dy dotąd, po co nam do­dat­ko­we kosz­ty? Poza tym, w tej branży li­czy się opi­nia, a nie skra­wek szpal­ty w par­tyj­nej ga­ze­cie. Ten Rolf Vo­gel­mann naj­wy­raźniej nie ma pojęcia, co robi. Pomyśl, ile spraw do­sta­je­my od Żydów. Żaden nasz klient nie czy­ta tego szaj­su.

– No, Ber­nie, sko­ro sądzisz, że to nie­po­trzeb­ne…

– Jak trze­ci su­tek.

– Kie­dyś niektórzy lu­dzie uważali, że to szczęśliwy znak.

– A zda­niem in­nych był to do­sta­tecz­ny powód, by spa­lić kogoś na sto­sie.

– Dia­bel­skie zna­mię, co? – Zaśmiał się. – Hej, może Hi­tler ta­kie ma?

– Z pew­nością, tak jak Go­eb­bels ma dia­bel­skie ko­py­to. Wszy­scy oni ra­zem są z piekła ro­dem. I każdy, psia­krew, z osob­na.

Szedłem ku ru­inom Re­ich­sta­gu przy wtórze własnych kroków, które donośnych echem roz­brzmie­wały na wy­lud­nio­nym König­splatz. Moją obec­ność mógł za­kwe­stio­no­wać je­dy­nie Bi­smarck z szablą w dłoni, patrzący na mnie z cokołu przed za­chod­nim wejściem. Ale pew­nie by tego nie zro­bił; przy­po­mniałem so­bie, że kanc­lerz nie należał do wiel­kich en­tu­zjastów nie­miec­kie­go par­la­men­tu i jego noga nig­dy tu nie po­stała, wątpiłem za­tem, czy byłby szczególnie skłonny bro­nić in­sty­tu­cji, do której jego po­mnik, być może znacząco, stał odwrócony ple­ca­mi. Zresztą w tym dość przełado­wa­nym gma­chu w re­ne­san­so­wym sty­lu nie­wie­le rze­czy zasługi­wało te­raz na obronę. Re­ich­stag, z czarną od dymu fa­sadą, wyglądał jak wul­kan, który ostat­nią, naj­bar­dziej wi­do­wi­skową erupcję ma już za sobą. Jego pożar był czymś więcej niż tyl­ko całopalną ofiarą re­pu­bli­ki utwo­rzo­nej w 1918 roku: sta­no­wił również naj­do­bit­niej­szy przykład pi­ro­man­cji – wróżby, prze­po­wia­dającej Niem­com przyszłość, jaką Hi­tler ze swo­im trze­cim sut­kiem chciał nam za­fun­do­wać.

Kie­ro­wałem się do Por­ta­lu V, północ­nej bra­my prze­zna­czo­nej dla pu­blicz­ności, którędy prze­cho­dziłem tyl­ko raz, ra­zem z matką, po­nad trzy­dzieści lat temu.

La­tarkę zo­sta­wiłem w kie­sze­ni ma­ry­nar­ki. Człowiek, który w nocy trzy­ma w ręku za­pa­loną la­tarkę, byłby wyraźniej­szym ce­lem chy­ba tyl­ko z na­ma­lo­waną na pier­si ko­lo­rową tarczą. A poza tym, księżyc świecący przez zruj­no­wa­ny dach dość do­brze oświe­tlał mi drogę. Nie­mniej, w północ­nym we­sty­bu­lu, pro­wadzącym do nie­gdy­siej­szej po­cze­kal­ni, ze szczękiem od­wiodłem i zwol­niłem za­mek mau­ze­ra, dając w ten sposób znać człowie­ko­wi, który na mnie cze­kał, że je­stem uzbro­jo­ny. W nie­sa­mo­wi­tej, pełnej ech ci­szy dźwięk ten za­brzmiał głośniej niż szarża pru­skiej ka­wa­le­rii.

– Nie będzie ci to po­trzeb­ne – ode­zwał się głos z ga­le­rii nade mną.

– Mimo to za­trzy­mam go przez chwilę. Mogą tu być szczu­ry.

Mężczy­zna zaśmiał się drwiąco.

– Szczu­ry już daw­no opuściły to miej­sce. – Na twarz padł mi pro­mień la­tar­ki. – Chodź na górę, Günther.

– Wy­da­je mi się, że po­wi­nie­nem roz­po­znać twój głos – po­wie­działem, wchodząc na scho­dy.

– Mnie też się tak wy­da­je. Cza­sem roz­po­znaję własny głos, cho­ciaż nie znam już człowie­ka, który go używa. Nie ma w tym nic nie­zwykłego, praw­da? Nie w dzi­siej­szych cza­sach.

Wyjąłem la­tarkę i oświe­tliłem mężczyznę, który te­raz od­da­lał się ode mnie w stronę sąsied­nie­go po­miesz­cze­nia.

– Słucham cię z cie­ka­wością. Szko­da, że nie mówiłeś ta­kich rze­czy na Prinz Al­brecht Stras­se.

Znów się roześmiał.

– A więc jed­nak mnie po­zna­jesz.

Do­go­niłem go przy ogrom­nym mar­mu­ro­wym posągu ce­sa­rza Wil­hel­ma I, zaj­mującym śro­dek wiel­kiej ośmiokątnej sali, i wresz­cie do­strzegłem w mro­ku jego rysy. Miały w so­bie coś ko­smo­po­li­tycz­ne­go, cho­ciaż mówił z ber­lińskim ak­cen­tem. Niektórzy mo­gli­by wręcz uznać, że wygląda na Żyda, na­tu­ral­nie, gdy­by sądzić po wiel­kości nosa. Wzno­sił się on nad jego twarzą ni­czym gno­mon ze­ga­ra słonecz­ne­go, ciągnąc do góry wargę, wygiętą w szy­der­czym uśmiesz­ku. Miał krótko obcięte si­wiejące blond włosy, co pod­kreślało jesz­cze wy­so­kość czoła. Była to chy­tra, prze­biegła twarz, i świet­nie do nie­go pa­so­wała.

– Zdzi­wio­ny? – za­py­tał.

– Że ko­men­dant ber­lińskiej po­li­cji kry­mi­nal­nej przysłał mi ano­nim? Skądże, wciąż mi się to zda­rza.

– Przy­szedłbyś, gdy­bym się pod­pi­sał?

– Pew­nie nie.

– A gdy­bym ci za­pro­po­no­wał, żebyś przy­szedł nie tu­taj, ale na Prinz Al­brecht Stras­se? Przy­znaj, że byłbyś cie­ka­wy.

– Od kie­dy to Kri­po co­kol­wiek lu­dziom „pro­po­nu­je”, żeby ich ściągnąć do Ko­men­dy Głównej?

– Niby ra­cja. – Ar­thur Nebe uśmiechnął się sze­rzej i wyjął z kie­sze­ni pier­siówkę. – Na­pi­jesz się?

– Dzięki, cze­mu nie. – Pociągnąłem łyk czy­stej żytniówki, tak życz­li­wie za­ofe­ro­wa­nej przez Re­ich­skri­mi­nal­di­rek­to­ra, po czym wyjąłem pa­pie­ro­sy. Przy­pa­liłem nam obu i na kil­ka se­kund uniosłem zapałkę.

– Niełatwo pod­pa­lić ta­kie miej­sce – po­wie­działem. – Je­den człowiek, w po­je­dynkę. Koleś mu­siał nieźle się uwi­jać. Na mój ro­zum Van der Lub­be mu­siał roz­pa­lać ten ogie­niek przez całą noc. – Zaciągnąłem się pa­pie­ro­sem i dodałem: – Krążą wieści, że ma­czał w tym pal­ce Gru­by Her­mann. To zna­czy, trzy­mał w tych pal­cach płonącą żagiew.

– Je­stem wstrząśnięty, wstrząśnięty! To skan­da­licz­ne, po­dej­rze­wać na­sze­go uko­cha­ne­go pre­mie­ra o ta­kie rze­czy! – Ale Nebe śmiał się, mówiąc te słowa. – Bied­ny Her­mann nie­ofi­cjal­nie uzna­ny win­nym, coś po­dob­ne­go! Och, owszem, przy­stał na pod­pa­le­nie, ale to nie on stał za tą za­bawą.

– A więc kto?

– Ku­la­wy Józek. Ten bied­ny ho­len­der­ski skur­wiel. To mu do­pie­ro się tra­fiło, jak śle­pej ku­rze ziar­no! Van der Lub­be miał pe­cha, że po­sta­no­wił pod­pa­lić ten lo­kal aku­rat tego dnia, co chłopcy Go­eb­bel­sa. Józek jak­by do­stał pre­zent na uro­dzi­ny, zwłasz­cza kie­dy Lub­be oka­zał się bol­sze­wi­kiem. Za­po­mniał tyl­ko, że za­trzy­ma­nie spraw­cy ozna­cza pro­ces, a ten z ko­lei pociąga za sobą iry­tującą ko­niecz­ność przed­sta­wie­nia do­wodów. A oczy­wiście na­wet dla skończo­ne­go kre­ty­na od początku było ja­sne, że Lub­be nie mógł działać sa­mo­dziel­nie.

– To cze­mu ten Lub­be nic nie po­wie­dział na roz­pra­wie?

– Na­pa­ko­wa­li go ja­kimś świństwem, żeby był ci­cho, po­stra­szy­li, że zro­bią coś ro­dzi­nie. Wiesz, jak to jest. – Nebe okrążył ol­brzy­mi, pogięty żyran­dol z brązu, leżący na brud­nej mar­mu­ro­wej po­sadz­ce. – Chodź tu­taj, coś ci pokażę.

Po­pro­wa­dził mnie do wiel­kiej sali po­sie­dzeń, gdzie Niem­cy po raz ostat­ni oglądały jakiś pozór de­mo­kra­cji. Wy­so­ko nad nami wzno­sił się szkie­let tego, co ongiś było szklaną kopułą Re­ich­sta­gu. Całe szkło wy­le­ciało w po­wie­trze i mie­dzia­ne dźwi­ga­ry na tle księżyca przy­po­mi­nały sieć gi­gan­tycz­ne­go pająka. Nebe wska­zał la­tarką na osma­lo­ne, spękane bel­ki wokół sali.

– Moc­no ucier­piały w cza­sie pożaru, ale te półpo­sta­cie, pod­trzy­mujące bel­ki: wi­dzisz, że niektóre z nich pod­pie­rają li­te­ry al­fa­be­tu?

– Le­d­wie, le­d­wie.

– No tak, niektórych nie da się już od­czy­tać. Ale jeśli przyj­rzysz się dokład­niej, to może zo­ba­czysz, że wciąż układają się w de­wizę.

– Nic nie zo­baczę o pierw­szej w nocy.

Nebe zi­gno­ro­wał moje słowa.

– Na­pis mówi: Erst das Va­ter­land, dann die Par­tei, Naj­pierw Oj­czy­zna, po­tem Par­tia. – Nie­mal nabożnie powtórzył hasło, po czym spoj­rzał na mnie znacząco.

Wes­tchnąłem i pokręciłem głową.

– To na­prawdę szczyt wszyst­kie­go! Ty? Ar­thur Nebe? Re­ich­skri­mi­nal­di­rek­tor? Be­efste­ak-Nazi? Na zewnątrz bru­nat­ny, w środ­ku czer­wo­ny? A niech mnie!

– Na zewnątrz bru­nat­ny, owszem – od­parł. – W środ­ku nie wiem, jaki mam ko­lor, ale na pew­no nie czer­wo­ny. Żaden ze mnie bol­sze­wik. Ale bru­nat­ny też nie je­stem. Prze­stałem być na­zistą.

– Kur­wa, w ta­kim ra­zie niezły z cie­bie ak­tor.

– Te­raz tak. Muszę grać, żeby przeżyć. Rzecz ja­sna, nie za­wsze tak było. Po­li­cja to moje życie, Günther, ja to ko­cham. Kie­dy zo­ba­czyłem, jak ją zżera li­be­ra­lizm epo­ki we­imar­skiej, pomyślałem, że na­ro­do­wy so­cja­lizm przywróci jakiś sza­cu­nek dla pra­wa i porządku w tym kra­ju. Ale jest go­rzej niż kie­dy­kol­wiek. Po­mogłem wy­rwać ge­sta­po spod władzy Diel­sa tyl­ko po to, by zastąpili go Him­m­ler i Hey­drich, i…

– …i wte­dy na­prawdę tra­fiłeś z desz­czu pod rynnę. Wszyst­ko ja­sne.

– Zbliża się chwi­la, gdy każdy będzie mu­siał się określić. W Niem­czech, które za­pla­no­wa­li dla nas Him­m­ler i Hey­drich, nie ma miej­sca na agno­sty­cyzm. Trze­ba będzie bro­nić swo­ich prze­ko­nań albo po­nieść kon­se­kwen­cje. Kie­dy na­dej­dzie właściwa pora, będą nam po­trzeb­ni tacy lu­dzie jak ty. Funk­cjo­na­riu­sze, którym można za­ufać. Dla­te­go po­pro­siłem cię o spo­tka­nie… chcę cię prze­ko­nać, żebyś wrócił.

– Ja? Mam wrócić do Kri­po? Ar­thur, chy­ba żar­tu­jesz! Posłuchaj, zbu­do­wałem so­bie niezły in­te­res i całkiem do­brze za­ra­biam. I miałbym to wszyst­ko rzu­cić dla przy­jem­ności służby w po­li­cji? Zno­wu? A po co?

– Może nie będziesz miał wie­le do ga­da­nia w tej kwe­stii. Hey­drich uważa, że byłbyś dla nie­go użytecz­ny w Kri­po.

– Ro­zu­miem. Jakiś kon­kret­ny powód?

– Jest taka spra­wa, którą chce, żebyś się zajął. Z pew­nością nie muszę ci mówić, że dla Hey­dri­cha fa­szyzm to rzecz bar­dzo oso­bi­sta. I za­zwy­czaj osiąga to, cze­go chce.

– O co cho­dzi kon­kret­nie?

– Nie wiem, ja­kie Hey­drich ma za­mia­ry; on mi się nie zwie­rza. Chciałem cię tyl­ko uprze­dzić, żebyś był przy­go­to­wa­ny i nie palnął ja­kiegoś głupstwa, na przykład, żebyś nie posłał go do diabła, co mógłbyś zro­bić w pierw­szym od­ru­chu. Obaj bar­dzo ce­ni­my two­je zdol­ności śled­cze. I w do­dat­ku ja też chciałbym mieć w Kri­po kogoś za­ufa­ne­go.

– No, no, to się na­zy­wa po­pu­lar­ność.

– Pomyśl o tym.

– Nie wiem, jak mógłbym tego uniknąć. Z pew­nością to jakaś od­mia­na po roz­wiązy­wa­niu krzyżówek. Tak czy in­a­czej, dzięki za ostrzeżenie, Ar­thur. Je­stem ci bar­dzo wdzięczny. – Ner­wo­wo otarłem su­che war­gi. – Masz jesz­cze trochę tej le­mo­niad­ki? Po­trze­buję się napić. Nie co­dzien­nie słyszy się ta­kie do­bre wieści.

Nebe wręczył mi pier­siówkę, do której przy­ssałem się jak nie­mowlę do cyc­ka. Była mniej przy­jem­na w do­ty­ku, ale pra­wie tak samo pod­nosząca na du­chu.

– W liściku wspo­mniałeś, że masz in­for­ma­cje o ja­kiejś sta­rej spra­wie. A może chciałeś mnie tyl­ko znęcić, jak pe­do­fil wabi dziec­ko na szcze­niacz­ka?

– Jakiś czas temu po­szu­ki­wałeś pew­nej ko­bie­ty. Dzien­ni­kar­ki.

– Fak­tycz­nie, to było jakiś czas temu. Pra­wie dwa lata. Nie zna­lazłem jej. Za­wiodłem, to mi się często zda­rza. Może po­wi­nie­neś po­wie­dzieć o tym Hey­dri­cho­wi. To mogłoby go prze­ko­nać, żeby mi odpuścił.

– Chcesz się cze­goś do­wie­dzieć czy nie?

– Nie każ mi się wdzięczyć, Ar­thur.

– Nie­wie­le tego, ale proszę bar­dzo. Ja­kieś dwa mie­siące temu właści­ciel­ka domu, w którym miesz­kała two­ja klient­ka, po­sta­no­wiła wy­re­mon­to­wać kil­ka miesz­kań, w tym i jej lo­kal.

– Co za szla­chet­ność.

– W to­a­le­cie zna­lazła ukry­te za ka­fel­kiem przy­bo­ry nar­ko­man­ki. Wszyst­ko, cze­go trze­ba do upra­wia­nia nałogu, z wyjątkiem sa­mych nar­ko­tyków: strzy­kaw­ki, igły, cały kom­plet. Otóż po znik­nięciu two­jej klient­ki następnym lo­ka­to­rem miesz­ka­nia zo­stał ksiądz, więc mało praw­do­po­dob­ne, że to jego rze­czy, czyż nie? A jeśli ta pani była mor­fi­nistką, to wie­le wyjaśnia, nie sądzisz? To zna­czy, nig­dy nie prze­wi­dzisz, co taki ćpun zro­bi.

Pokręciłem głową.

– To nie ten typ. Prze­cież coś bym za­uważył, praw­da?

– Nie­ko­niecz­nie. Nie, gdy­by próbowała je od­sta­wić. Nie, gdy­by miała sil­ny cha­rak­ter. No cóż, taki do­sta­liśmy mel­du­nek i uznałem, że ze­chcesz o tym wie­dzieć. Żeby móc za­mknąć akta spra­wy. Sko­ro ukry­wała przed tobą coś ta­kie­go, to nie wia­do­mo, co jesz­cze mogła za­taić.

– Wszyst­ko w porządku, Ar­thur. Dokład­nie obej­rzałem so­bie jej sut­ki.

Nebe za­chi­cho­tał ner­wo­wo, nie­pew­ny, czy aby nie opo­wia­dam mu sprośnego kawału.

– Niezłe były?

– Miała tyl­ko dwie, Ar­thur. Ale za to piękne.

2

po­nie­działek, 20 sierp­nia

W in­nym mieście każdy dom na Her­bert­stras­se byłby oto­czo­ny kil­ko­ma hek­ta­ra­mi traw­ni­ka i gęstwą kwitnących krzewów. Ale tu­taj, w Ber­li­nie, bu­dyn­ki cia­sno upchnięte na par­ce­lach nie zo­sta­wiały wie­le miej­sca na trawę czy bruk, a niektóre z nich dzie­liła od chod­ni­ka za­le­d­wie głębokość bra­my wejścio­wej. Ar­chi­tek­to­nicz­nie sta­no­wiły mie­sza­ninę stylów, od pal­la­diańskie­go po neo­go­tyc­ki i wil­hel­miński, cza­sem o nie­zwy­kle re­gio­nal­nych ce­chach. Her­bert­stras­se jako całość przy­po­mi­nała zgro­ma­dze­nie sta­rych feld­mar­szałków i ad­mi­rałów, ubra­nych w ga­lo­we mun­du­ry, których zmu­szo­no do sie­dze­nia na maleńkich, nie­wy­god­nych stołkach po­lo­wych.

Dom, do którego zo­stałem we­zwa­ny, przy­po­mi­nał wiel­ki tort we­sel­ny i właści­wie po­wi­nien się znaj­do­wać na plan­ta­cji w sta­nie Mis­si­si­pi. Wrażenie było tym sil­niej­sze, że drzwi otwo­rzyła mi czar­na służąca gru­ba jak becz­ka. Po­ka­załem jej le­gi­ty­mację i wyjaśniłem, że je­stem ocze­ki­wa­ny. Przez dłuższą chwilę wpa­try­wała się w do­ku­ment z po­dejrz­li­wością sa­me­go Him­m­le­ra:

– Frau Lan­ge nic nie mówiła.

– Pew­nie za­po­mniała – po­wie­działem. – Proszę posłuchać, nie minęło jesz­cze pół go­dzi­ny, jak za­dzwo­niła do mo­je­go biu­ra.

– No do­bra – zgo­dziła się niechętnie. – Niech wej­dzie.

Za­pro­wa­dziła mnie do sa­lo­nu, który mógłby ucho­dzić za ele­ganc­ki, gdy­by nie spo­ra, częścio­wo ogry­zio­na psia kość, leżąca na środ­ku dy­wa­nu.

– Niech ni­cze­go nie ru­sza – zarządziła czar­na becz­ka. – Po­wiem, że przy­szedł. – I wy­to­czyła się w po­szu­ki­wa­niu swej pani, mam­rocząc i stękając, jak­bym wyciągnął ją z wan­ny.

Usiadłem na ma­ho­nio­wej ka­na­pie z poręcza­mi rzeźbio­ny­mi w del­fi­ny. Obok stał podręczny sto­lik w po­dob­nym sty­lu, o bla­cie wspar­tym na del­fi­nich ogo­nach. Del­fi­ny jako ele­ment ko­micz­ny sta­no­wiły ulu­bio­ny mo­tyw nie­miec­kich sto­la­rzy ar­ty­stycz­nych, choć moim zda­niem więcej po­czu­cia hu­mo­ru dałoby się zna­leźć na znacz­ku za trzy fe­ni­gi. Po około pięciu mi­nu­tach ocze­ki­wa­nia becz­ka znów się przy­tur­lała i oznaj­miła, że Frau Lan­ge mnie przyj­mie.

Ru­szy­liśmy długim, po­nu­rym ko­ry­ta­rzem, za­miesz­ka­nym przez licz­ne wy­pcha­ne ryby, wśród których za­uważyłem piękne­go łoso­sia. Przy­stanąłem.

– Ładna ryba – po­wie­działem z po­dzi­wem. – Ktoś w domu był ry­ba­kiem?

Odwróciła się znie­cier­pli­wio­na.

– Nie ma ry­ba­ka – rzu­ciła. – Tyl­ko ryby. Co za dom, same ryby, psy i koty. Koty naj­gor­sze. Ryby przy­najm­niej nieżywe. Psów i kotów nie można od­ku­rzyć.

Nie­mal od­ru­cho­wo prze­ciągnąłem pal­cem po ga­blo­cie łoso­sia. Nie­wie­le wska­zy­wało na to, że od­by­wało się tu ja­kieś od­ku­rza­nie; co więcej, na­wet pod­czas swe­go względnie krótkie­go po­by­tu w do­mo­stwie Lan­ge zdołałem do­strzec, że dy­wa­ny czyści się tu rzad­ko, jeśli w ogóle. Po błocie okopów odro­bi­na ku­rzu i garść okruchów na podłodze nie­szczególnie mnie razi. Nie­mniej w naj­gor­szych slum­sach Neukölln i Wed­din­gu wi­dy­wałem le­piej utrzy­ma­ne domy.

Becz­ka otwo­rzyła szkla­ne drzwi i od­sunęła się na bok. Wszedłem do za­gra­co­ne­go po­ko­ju, który naj­wy­raźniej częścio­wo pełnił funkcję biu­ra, i drzwi za­mknęły się za mną.

Frau Lan­ge była dużą, mięsistą ko­bietą w ty­pie or­chi­dei. Jej brzo­skwi­nio­wa twarz i ra­mio­na tonęły w fałdach tłuszczu, na­dających jej wygląd głupie­go pie­ska, z ta­kich, ja­kie się ho­du­je po to, aby ich sierść stała się o kil­ka roz­miarów za duża. Sama przy­po­mi­nała bez­kształtne­go shar­pei, a jej głupi pie­sek był jesz­cze bar­dziej roz­la­ny niż ona.

– To miło, że ze­chciał pan wpaść i zo­ba­czyć się ze mną bez uprze­dze­nia – po­wie­działa.

Wydałem kil­ka ugrzecz­nio­nych po­mruków; w końcu dys­po­no­wała siłą prze­bi­cia, którą zy­sku­je się, je­dy­nie miesz­kając pod eks­klu­zyw­nym ad­re­sem, ta­kim jak Her­bert­stras­se.

Frau Lan­ge usiadła na zie­lo­nym szez­lon­gu, a psa i jego fu­tro roz­po­starła na rozłożystym podołku ni­czym robótkę na dru­tach, której nie za­mie­rzała prze­ry­wać, przed­sta­wiając mi swój pro­blem. Na oko prze­kro­czyła już pięćdzie­siątkę, co na­tu­ral­nie nie miało żad­ne­go zna­cze­nia. Kie­dy ko­bie­ta kończy pięćdzie­siąt lat, jej wiek prze­sta­je in­te­re­so­wać ko­go­kol­wiek prócz niej sa­mej. Z mężczyzną spra­wy mają się dokład­nie od­wrot­nie.

Wyjęła pa­pie­rośnicę i poczęsto­wała mnie, za­strze­gając:

– To men­to­lo­we.

Wziąłem chy­ba z cie­ka­wości, ale po pierw­szym szta­chu aż się wzdrygnąłem; po pro­stu za­po­mniałem, jak ohyd­nie sma­ku­je men­to­lo­wy pa­pie­ros. Widząc moją jawną od­razę, Frau Lan­ge za­chi­cho­tała.

– Och, na litość boską, niechże pan go zga­si. Sma­kują okrop­nie. Nie mam pojęcia, dla­cze­go je palę, na­prawdę. Proszę za­pa­lić własne­go, bo in­a­czej nig­dy się pan nie sku­pi.

– Dziękuję – rzekłem, gasząc pa­pie­ro­sa w po­piel­nicz­ce wiel­kości de­kla. – Chy­ba tak zro­bię.

– A sko­ro o tym mowa, proszę nalać drin­ka nam oboj­gu. Nie wiem jak panu, ale mnie al­ko­hol z pew­nością się przy­da.

Wska­zała mi wielką bie­der­me­ie­rowską se­kre­terę, której górna część, ozdo­bio­na joński­mi ko­lu­mien­ka­mi z brązu, była mi­nia­turą sta­rożyt­nej grec­kiej świątyni.

– W tym me­blu scho­wa­na jest bu­tel­ka dżinu – po­wie­działa. – Nie­ste­ty, mogę panu do nie­go za­pro­po­no­wać tyl­ko sok z li­mon­ki. Nie piję nic in­ne­go.

Jak dla mnie było trochę za wcześnie, ale posłusznie zmie­szałem drin­ki. Spodo­bało mi się, że klient­ka robi, co może, bym po­czuł się swo­bod­nie. To po­dob­no jed­na z mo­ich własnych umiejętności za­wo­do­wych, lecz w odróżnie­niu ode mnie, Frau Lan­ge nie de­ner­wo­wała się ani trochę; wyglądała na damę, której pod względem umiejętności za­wo­do­wych nic nie bra­ku­je. Wręczyłem jej drin­ka i usiadłem na trzeszczącym skórza­nym fo­te­lu obok szez­lon­gu.

– Jest pan człowie­kiem spo­strze­gaw­czym, Herr Günther?

– Widzę, co się dzie­je w Niem­czech, jeśli pani o to pyta.

– Nie­zu­pełnie, ale i tak miło mi to słyszeć. Nie, py­tam o to, czy pan po­tra­fi do­strzec to i owo.

– Ależ Frau Lan­ge, nie ma po­trze­by, żeby skra­dała się pani jak kot do mi­ski z mle­kiem. Niech pani po­dej­dzie i śmiało pije. – Od­cze­kałem chwilę, lecz widząc, że się spe­szyła, dodałem: – Proszę bar­dzo, wyręczę panią. Pyta pani, czy je­stem do­brym de­tek­ty­wem.

– Oba­wiam się, że nie­wie­le wiem o tych spra­wach.

– Nie ma po­wo­du, żeby pani wie­działa.

– Ale jeśli mam po­wie­rzyć panu ta­jem­nicę, to chy­ba po­win­nam mieć ja­kieś pojęcie o pańskich kwa­li­fi­ka­cjach.

Uśmiechnąłem się.

– Pani ro­zu­mie, że w ta­kiej branży jak moja nie da się przed­sta­wić re­fe­ren­cji od za­do­wo­lo­nych klientów. Po­uf­ność jest dla nich równie ważna jak ta­jem­ni­ca spo­wie­dzi. Może na­wet ważniej­sza.

– Ale skąd w ta­kim ra­zie mam wie­dzieć, że za­pew­niam so­bie usługi kogoś, kto do­brze wy­ko­nu­je swój zawód?

– Frau Lan­ge, ja wy­ko­nuję swój zawód bar­dzo do­brze. Mam ugrun­to­waną re­pu­tację. Kil­ka mie­sięcy temu ktoś na­wet złożył ofertę ku­pie­nia mo­jej fir­my. Całkiem dobrą ofertę, jeśli chce pani wie­dzieć.

– Cze­mu pan jej nie sprze­dał?

– Po pierw­sze, fir­ma nie jest na sprze­daż. Po dru­gie, byłbym równie złym pra­cow­ni­kiem, jak pra­co­dawcą. Nie­mniej, po­chle­bia mi, że do tego doszło. Na­tu­ral­nie, to nie ma nic do rze­czy. Lu­dzie, pragnący sko­rzy­stać z usług pry­wat­ne­go de­tek­ty­wa, na ogół nie muszą ku­po­wać całej fir­my; zwy­kle proszą swe­go ad­wo­ka­ta, żeby im kogoś zna­lazł. Prze­ko­na się pani, że moje usługi po­le­ca wie­le kan­ce­la­rii praw­ni­czych, również ta­kich, w których mój ak­cent i ma­nie­ry nie budzą en­tu­zja­zmu.

– Pan wy­ba­czy, Herr Günther, ale moim zda­niem zawód praw­ni­ka jest moc­no prze­ce­nia­ny.

– O to nie będę się z panią spie­rać. Jesz­cze nie spo­tkałem praw­ni­ka, który nie byłby w sta­nie okraść swo­jej mat­ki z oszczędności, a na­wet ode­brać jej ma­te­ra­ca, pod którym je ukryła.

– Prze­ko­nałam się, że w większości spraw za­wo­do­wych le­piej po­le­gać na własnej oce­nie.

– A jaki właści­wie jest pani zawód?

– Je­stem właści­cielką i dy­rek­torką fir­my wy­daw­ni­czej.

– Wy­daw­nic­two Lan­ge?

– Herr Günther, po­wie­działam już, że po­le­gając na własnej oce­nie, nieczęsto się mylę. W działalności wy­daw­ni­czej gust jest wszyst­kim; żeby oce­nić, co się sprze­da, trze­ba coś wie­dzieć o gu­stach lu­dzi, którym się to sprze­daje. Otóż je­stem w każdym calu ber­linką i sądzę, że znam to mia­sto i jego miesz­kańców le­piej niż kto­kol­wiek inny. Wra­cając za­tem do mego pier­wot­ne­go py­ta­nia o pańską spo­strze­gaw­czość, niech mi pan po­wie: gdy­bym była w Ber­li­nie kimś ob­cym, to jak opi­sałby mi pan miesz­kańców na­sze­go mia­sta?

– Hm, co to zna­czy ber­lińczyk? – Uśmiechnąłem się. – Do­bre py­ta­nie. Żaden klient nie kazał mi dotąd ska­kać przez kółka, żeby spraw­dzić, czy je­stem mądrym pie­skiem. Wie pani, zwy­kle nie wy­ko­nuję sztu­czek, ale dla pani zro­bię wyjątek. Ber­lińczy­cy lubią, kie­dy się robi dla nich wyjątki. Więc mam na­dzieję, że pani uważnie słucha, bo mój występ właśnie się za­czy­na. Tak jest, ber­lińczy­cy lubią się czuć wyjątko­wi, choć równo­cześnie bar­dzo dbają o po­zo­ry. Na ogół wyglądają po­dob­nie: sza­lik, ka­pe­lusz oraz buty, w których można by iść do Szan­gha­ju i nie na­ba­wić się od­cisków. Tak się składa, że ber­lińczy­cy lubią cho­dzić, toteż wie­lu z nich ma psy: złe dla mężczyzn, mi­lu­sie dla całej resz­ty. Mężczyźni przy­cze­sują włosy częściej niż ko­bie­ty i ho­dują wąsy, w których można po­lo­wać na dzi­kie świ­nie. Turyści myślą, że mężczyźni w Ber­linie lubią prze­bie­rać się za ko­bie­ty, ale to tyl­ko brzyd­kie ko­bie­ty robią mężczy­znom złą opi­nię. Cho­ciaż ostat­nio nie ma zbyt wie­lu tu­rystów. Przez ten na­ro­do­wy so­cja­lizm tu­rysta to wi­dok rzad­szy niż Fred Asta­ire w ofi­cer­kach. Lu­dzie w tym mieście do­dają śmie­tan­ki do wszyst­kie­go, łącznie z pi­wem, ale pi­cie piwa trak­tują bar­dzo poważnie. Ko­bie­ty, po­dob­nie jak mężczyźni, wolą piwo z dzie­sięcio­mi­nu­tową pianą i nie prze­szka­dza im, że same za nie płacą. Pra­wie wszy­scy kie­row­cy jeżdżą za szyb­ko, ale ni­ko­mu nie przyj­dzie do głowy, żeby prze­je­chać na czer­wo­nym świe­tle. Mają znisz­czo­ne płuca, bo po­wie­trze jest brud­ne, oraz dla­te­go, że za dużo palą. Ich dow­ci­py wy­dają się okrut­ne, kie­dy się ich nie ro­zu­mie, i jesz­cze okrut­niej­sze, kie­dy wresz­cie się je poj­mie. Za ciężkie pie­niądze ku­pują kre­den­sy ma­syw­ne jak bun­kry w sty­lu bie­der­me­ier, a po­tem wie­szają w oszklo­nych drzwicz­kach fi­ra­necz­ki, żeby ukryć, co jest w środ­ku. Są ty­pową, spe­cy­ficzną mie­sza­niną osten­ta­cji i pry­wat­ności. Jak mi idzie?

Frau Lan­ge skinęła głową.

– Nieźle pan so­bie ra­dzi, jeśli nie li­czyć uwa­gi o brzyd­kich ber­lin­kach.

– To nie jest istot­ne.

– I tu pan się myli. Proszę się tyl­ko nie wy­co­fy­wać, bo prze­stanę pana lubić. To jest jak naj­bar­dziej istot­ne. Za chwilę zo­ba­czy pan, dla­cze­go. Ja­kie ma pan staw­ki?

– Sie­dem­dzie­siąt ma­rek dzien­nie plus wy­dat­ki.

– A ja­kież to wy­dat­ki?

– Trud­no po­wie­dzieć. Prze­jaz­dy. Łapówki. Co­kol­wiek, z cze­go można wy­cisnąć in­for­mację. Do­starczę pani po­kwi­to­wa­nia na wszyst­ko, z wyjątkiem łapówek. Oba­wiam się, że w kwe­stii tych ostat­nich musi mi pani wie­rzyć na słowo.

– Cóż, miej­my na­dzieję, że po­tra­fi pan oce­nić, za co war­to płacić.

– Nie mie­wam re­kla­ma­cji.

– Przy­pusz­czal­nie chce pan za­liczkę. – Wręczyła mi ko­pertę. – Znaj­dzie pan tu­taj tysiąc ma­rek w gotówce. Czy to pana sa­tys­fak­cjo­nu­je? – Przy­taknąłem. – Oczy­wiście po­proszę o po­kwi­to­wa­nie.

– Oczy­wiście – od­rzekłem i pod­pi­sałem przy­go­to­wa­ny przez nią świ­stek. Bar­dzo rze­czo­wa oso­ba, pomyślałem. Tak, niewątpli­wie ko­bie­ta god­na uwa­gi.

– Na mar­gi­ne­sie, jak to się stało, że pani na mnie tra­fiła? Chy­ba nie pytała pani ad­wo­ka­ta, a ja – dodałem z na­mysłem – oczy­wiście się nie ogłaszam.

Frau Lan­ge wstała i po­deszła do biur­ka, wciąż trzy­mając psa w objęciach.

– Miałam pańską wi­zytówkę – po­wie­działa, po­dając mi kar­to­nik. – A przy­najm­niej mój syn ją miał. Wyjęłam ją po­nad rok temu z kie­sze­ni jego sta­re­go gar­ni­tu­ru, który chciałam oddać na Po­moc Zi­mową. – Miała na myśli akcję do­bro­czynną, or­ga­ni­zo­waną przez Front Pra­cy, DAF. – Za­trzy­małam ją, bo chciałam mu ją zwrócić. Lecz kie­dy o niej wspo­mniałam, kazał mi ją wy­rzu­cić. Ale nie wy­rzu­ciłam. Pew­nie sądziłam, że na ja­kimś eta­pie może się przy­dać. No i nie myliłam się, praw­da?

Była to sta­ra fir­mo­wa wi­zytówka, po­chodząca z czasów, kie­dy nie byłem jesz­cze w spółce z Bru­no­nem Stah­lec­ke­rem. Na od­wro­cie wid­niał na­wet mój daw­ny do­mo­wy nu­mer te­le­fo­nu.

– Cie­ka­we, skąd ją miał – mruknąłem.

– Wy­da­je mi się, że po­wie­dział, że od dok­to­ra Kin­der­man­na.

– Kin­der­man­na?

– Za­raz do tego doj­dzie­my, jeśli pan po­zwo­li.

Wyciągnąłem z port­fe­la nową wi­zytówkę.

– To nie jest ta­kie ważne, ale mam te­raz wspólni­ka, więc le­piej dam pani nową.

Wręczyłem jej wi­zytówkę, którą odłożyła na biur­ko przy te­le­fo­nie. Następnie usiadła i jak­by przekręcając w głowie wyłącznik, przy­brała poważny wy­raz twa­rzy.

– A te­raz chy­ba po­win­nam już panu po­wie­dzieć, po co pana we­zwałam – rzekła z po­nurą miną. – Chcę, żeby pan się do­wie­dział, kto mnie szan­tażuje. – Urwała i ner­wo­wo po­pra­wiła się na szez­lon­gu. – Prze­pra­szam, to nie jest dla mnie łatwe.

– Proszę się nie spie­szyć. Szan­taż każdego wytrąca z równo­wa­gi.

Kiwnęła głową i pociągnęła łyk dżinu.

– No więc trochę po­nad mie­siąc temu otrzy­małam ko­pertę, za­wie­rającą dwa li­sty, na­pi­sa­ne przez mo­je­go syna do pew­ne­go mężczy­zny. Do dok­to­ra Kin­der­man­na. Oczy­wiście roz­po­znałam pi­smo syna i cho­ciaż ich nie czy­tałam, zo­rien­to­wałam się, że mają in­tym­ny cha­rak­ter. Mój syn jest ho­mo­sek­su­alistą, Herr Günther. Wiem o tym od ja­kie­goś cza­su, więc wstrząs nie był dla mnie taki strasz­ny, choć z załączo­ne­go liściku wy­wnio­sko­wałam, że ten zły człowiek za­pew­ne na to li­czył. Pisał również, że jest w po­sia­da­niu kil­ku in­nych po­dob­nych listów i że mi je odda, jeśli zapłacę mu tysiąc ma­rek. Jed­nak gdy­bym odmówiła, nie będzie miał in­ne­go wyjścia, jak prze­ka­zać je ge­sta­po. Z pew­nością nie muszę panu mówić, Herr Günther, że obec­ny rząd nie ma do tych młodych nieszczęśników tak oświe­co­ne­go sto­sun­ku jak re­pu­bli­ka. Każdy kon­takt między mężczy­zna­mi, choćby naj­bar­dziej prze­lot­ny, trak­to­wa­ny jest jak przestępstwo. Ujaw­nie­nie ho­mo­sek­su­ali­zmu Re­in­har­da ozna­czałoby dlań na­wet dzie­sięć lat w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym. A więc zapłaciłam, Herr Günther. Mój szo­fer zo­sta­wił pie­niądze we wska­za­nym miej­scu i po mniej więcej ty­go­dniu do­stałam prze­syłkę – nie paczkę ko­re­spon­den­cji, ja­kiej się spo­dzie­wałam, lecz je­den, je­dy­ny list. Oraz ko­lejną ano­ni­mową no­tatkę, w której au­tor po­wia­da­miał mnie, że zmie­nił zda­nie, że jest człowie­kiem ubo­gim, że będę mu­siała wy­ku­py­wać li­sty po jed­nym i że ma ich jesz­cze dzie­sięć. Od tam­tej pory, kosz­tem pra­wie pięciu tysięcy ma­rek, od­zy­skałam czte­ry, za każdym ra­zem płacąc więcej niż po­przed­nio.

– Czy pani syn o tym wie?

– Nie. I na ra­zie nie widzę po­wo­du, żebyśmy obo­je cier­pie­li.

Wes­tchnąłem i już chciałem głośno wy­ra­zić swój sprze­ciw, gdy mi prze­rwała:

– Tak, za­pew­ne po­wie pan, że to utrud­nia wy­kry­cie spraw­cy i że Re­in­hard może wie­dzieć coś, co byłoby dla pana po­moc­ne. Oczy­wiście ma pan ab­so­lutną rację. Ale proszę pana, mam swo­je po­wo­dy. Po pierw­sze, mój syn jest chłopcem po­ryw­czym. W pierw­szym od­ru­chu za­pew­ne kazałby mi posłać tego szan­tażystę do diabła i prze­stać płacić. To nie­mal na pew­no skończyłoby się jego aresz­to­wa­niem. Re­in­hard to moje dziec­ko i jako mat­ka bar­dzo go ko­cham, ale to głuptas, po­zba­wio­ny po­czu­cia prag­ma­ty­zmu. Przy­pusz­czam, że człowiek, który mnie szan­tażuje, jest prze­ni­kli­wym sędzią ludz­kiej psy­cho­lo­gii. Do­brze ro­zu­mie, co mat­ka i wdo­wa czu­je do swe­go je­dy­na­ka. Zwłasz­cza bo­ga­ta i dość sa­mot­na wdo­wa, taka jak ja. Po dru­gie, ja sama też dość do­brze ro­zu­miem świat ho­mo­sek­su­alistów. Zmarły dok­tor Ma­gnus Hir­sch­feld na­pi­sał kil­ka książek na ten te­mat, z których jedną miałam za­szczyt oso­biście wydać. To świat ta­jem­ny i ra­czej zdra­dziec­ki, Herr Günther, mek­ka szan­tażystów. Nie­wy­klu­czo­ne więc, że ten nie­go­dzi­wiec jest wręcz zna­jo­mym mo­je­go syna. Prze­cież pod­stawą szan­tażu może stać się na­wet miłość między mężczyzną i ko­bietą, zwłasz­cza gdy w grę wcho­dzi cu­dzołóstwo albo ska­la­nie rasy, co naj­wy­raźniej spędza tym na­zi­stom sen z po­wiek. Z powyższych po­wodów za­mie­rzam po­wie­dzieć Re­in­hardowi o tym wszyst­kim do­pie­ro, gdy pan od­kry­je tożsamość szan­tażysty. Wówczas sam za­de­cy­du­je, co robić, tym­cza­sem jed­nak o ni­czym nie może się dowie­dzieć. – Spoj­rzała na mnie py­tająco. – Zgo­da?

– Frau Lan­ge, pani lo­gi­ka jest bez za­rzu­tu. Wy­da­je mi się, że dokład­nie wszyst­ko pani prze­myślała. Mogę zo­ba­czyć li­sty pani syna?

Kiwnęła głową i sięgnęła po teczkę leżącą obok szez­lon­ga, ale za­wa­hała się.

– Czy to ko­niecz­ne? Żeby pan czy­tał jego li­sty?

– Owszem, tak – rzekłem sta­now­czo. – Za­cho­wała pani kart­ki od szan­tażysty?

Podała mi teczkę.

– Wszyst­ko tu jest – po­wie­działa. – Ko­re­spon­den­cja i ano­ni­mo­we li­sty.

– Nie kazał pani nic zwrócić?

– Nie.

– To do­brze. To zna­czy, że mamy do czy­nie­nia z ama­to­rem. Ktoś, kto robił to już przed­tem, przy każdej płatności kazałby pani zwra­cać swo­je li­sty. Żeby pani nie mogła zbie­rać do­wodów prze­ciw­ko nie­mu.

– Tak, ro­zu­miem.

Zerknąłem na to, co opty­mi­stycz­nie określiłem jako do­wo­dy. Ano­ni­my na przy­zwo­itym pa­pie­rze bez żad­nych cech szczególnych zo­stały na­pi­sa­ne i za­adre­so­wa­ne na ma­szy­nie. Wysłano je z różnych dziel­nic za­chod­nie­go Ber­li­na – W.35, W.40, W.50 – i ofran­ko­wa­no znacz­ka­mi upa­miętniającymi piątą rocz­nicę dojścia na­zistów do władzy. To mi coś mówiło; rocz­nica ta przy­pa­dała 30 stycz­nia, więc szan­tażysta pani Lan­ge naj­wy­raźniej nie ku­po­wał znaczków zbyt często.

Re­in­hard Lan­ge skreślił swo­je li­sty na mięsi­stym pa­pie­rze, jaki ku­pują tyl­ko za­ko­cha­ni – kosz­tu­je tak dużo, że po pro­stu trze­ba go trak­to­wać se­rio. Pi­smo było schlud­ne i sta­ran­ne, a na­wet ostrożne, cze­go nie można już po­wie­dzieć o treści. Za­pew­ne kąpie­lo­wy w łaźni tu­rec­kiej nie do­strzegłby w nich nic szczególnie zdrożnego, lecz w na­zi­stow­skich Niem­czech prze­syłki miłosne Re­in­harda Lan­gego z pew­nością gwa­ran­to­wały ich bez­wstyd­ne­mu au­to­ro­wi prze­jazd do ka­ce­tu z całym rzędem różowych trójkątów na pier­si.

– Ten dok­tor Lanz Kin­der­mann – za­gadnąłem, czy­tając na­zwi­sko na pachnącej li­metką ko­per­cie. – Co dokład­nie pani o nim wie?

– Na pew­nym eta­pie udało mi się namówić Re­in­har­da, żeby zaczął le­czyć swój ho­mo­sek­su­alizm. Na początku próbował kil­ku pre­pa­ratów hor­mo­nal­nych, ale oka­zały się nie­sku­tecz­ne i uznałam, że psy­cho­te­ra­pia ro­ku­je le­piej. Po­dob­no kil­ku wy­so­kich funk­cjo­na­riu­szy par­tyj­nych i chłopców z Hi­tler­ju­gend przeszło taką ku­rację. Kin­der­mann jest psy­cho­te­ra­peutą i Re­in­hard zo­ba­czył go po raz pierw­szy, kie­dy prze­kro­czył próg jego kli­ni­ki w Wan­n­see. Szu­kał po­mo­cy, a za­miast tego nawiązał z Kin­der­mannem, który sam jest ho­mo­sek­su­alistą, sto­su­nek in­tym­ny.

– Proszę mi wy­ba­czyć moją nie­wiedzę, ale co to właści­wie jest psy­cho­te­ra­pia? Sądziłem, że ta­kie rze­czy nie są już do­zwo­lo­ne.

– Nie wiem dokład­nie. – Frau Lan­ge pokręciła głową. – Ale myślę, że na­cisk kładzie się tu­taj na le­cze­nie za­bu­rzeń psy­chicz­nych jako części ogólne­go zdro­wia fi­zycz­ne­go człowie­ka. Niech pan nie pyta, czym to się różni od po­mysłów tego całego Freu­da poza tym, że to Żyd, a Kin­der­mann to Nie­miec. Kli­ni­ka Kin­der­manna też jest tyl­ko dla Niemców. Bo­ga­tych Niemców z pro­ble­mem al­ko­ho­lo­wym i nar­ko­ty­ko­wym, których in­te­re­sują bar­dziej eks­cen­trycz­ne obrzeża me­dy­cy­ny, chi­ro­prak­ty­ka, te rze­czy. Albo dla ta­kich, którzy szu­kają luk­su­so­we­go miej­sca na od­po­czy­nek. Jed­nym z pa­cjentów Kin­der­manna jest zastępca Führe­ra Ru­dolf Hess.

– Spo­tkała pani dok­to­ra Kin­der­man­na?

– Tyl­ko raz. Nie spodo­bał mi się. To dość aro­ganc­ki Au­striak.

– Jak oni wszy­scy – mruknąłem. – Pani zda­niem to typ, który nie wzgar­dziłby drob­nym szan­tażem? W końcu to on jest ad­re­sa­tem listów. Jeśli nie Kin­der­mann, to musi być ktoś, kto go zna. Albo przy­najm­niej ktoś, kto miał spo­sob­ność wy­kraść mu te li­sty.

– Przy­znaję, że nie po­dej­rze­wałam Kin­der­man­na z tego pro­ste­go po­wo­du, że li­sty obciążają ich obu. – Zamyśliła się. – Wiem, że to za­brzmi głupio, ale nig­dy się nie za­sta­na­wiałam, jak ten ktoś wszedł w po­sia­da­nie tych listów. Ale te­raz, gdy pan o tym mówi, po­dej­rze­wam, że mu­siały zo­stać skra­dzio­ne. Sądzę, że Kin­der­man­no­wi.

Kiwnąłem głową.

– No do­brze – po­wie­działem. – A te­raz za­dam pani trud­niej­sze py­ta­nie.

– Chy­ba wiem, o co pan za­py­ta, Herr Günther. – Wes­tchnęła ciężko. – Czy biorę pod uwagę możliwość, że wi­no­wajcą jest mój syn? – Spoj­rzała na mnie kry­tycz­nie i dodała: – Nie myliłam się co do pana, praw­da? To właśnie ta­kie cy­nicz­ne py­ta­nie, ja­kie miałam na­dzieję usłyszeć. Te­raz wiem, że mogę na panu po­le­gać.

– Cy­nizm u de­tek­ty­wa, Frau Lan­ge, to jak u ogrod­ni­ka do­bra ręka do roślin. Cza­sem ta ce­cha pa­ku­je mnie w kłopo­ty, lecz przede wszyst­kim nie po­zwa­la mi ni­ko­go lek­ce­ważyć. Mam za­tem na­dzieję, że wy­ba­czy mi pani, kie­dy po­wiem, że to naj­lep­szy powód, by nie po­wia­da­miać pani syna o śledz­twie, i że pani już o tym pomyślała. – Widząc, że się uśmie­cha, dodałem: – No więc sama pani wi­dzi, Frau Lan­ge, że pani nie lek­ce­ważę. – Skinęła głową. – Sądzi pani, że bra­ku­je mu pie­niędzy?

– Nie. Jako pre­zes zarządu Wy­daw­nic­twa Lan­ge po­bie­ra sporą pensję. Czer­pie również do­cho­dy z dużego fun­du­szu po­wier­ni­cze­go, który usta­no­wił dlań jego oj­ciec. Lubi ha­zard, to praw­da. Ale co gor­sza, z mo­je­go punk­tu wi­dze­nia, jest właści­cie­lem całko­wi­cie zbędne­go tytułu „Ura­nia”.

– Tytułu?

– Cza­so­pi­sma. O astro­lo­gii i in­nych bzdu­rach. Od dnia, kie­dy je kupił, tyl­ko tra­ci pie­niądze. – Za­pa­liła ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa i zaciągnęła się, ściągając usta, jak­by za­mie­rzała za­gwiz­dać jakąś me­lo­dię. – Prze­cież wie, że gdy­by na­prawdę za­brakło mu pie­niędzy, może za­wsze przyjść i mnie po­pro­sić.

Uśmiechnąłem się z pewną za­zdrością.

– Wiem, że nie je­stem, jak to mówią, ślicz­ny, ale myślała pani kie­dyś, żeby za­adop­to­wać kogoś ta­kie­go jak ja? – Roześmiała się, więc dodałem: – Ten młody człowiek ma wie­le szczęścia.

– Jest kom­plet­nie ze­psu­ty, ot co! I już nie jest taki młody. – Wpa­try­wała się w prze­strzeń, wodząc wzro­kiem za smugą dymu z pa­pie­ro­sa. – Dla bo­ga­tej wdo­wy, którą je­stem, Re­in­hard to coś, co w in­te­re­sach na­zy­wa­my loss-le­ader, atrak­cyj­ny to­war sprze­da­wa­ny poniżej kosztów. Nie ma ta­kie­go roz­cza­ro­wa­nia, które dałoby się porównać z roz­cza­ro­wa­niem, ja­kie może nam spra­wić je­dy­ny syn.

– Do­praw­dy? A ja słyszałem, że dzie­ci to na sta­rość błogosławieństwo.

– Wie pan, jak na cy­ni­ka, robi się pan całkiem sen­ty­men­tal­ny. Widać, że nie ma pan własnych dzie­ci. Po­zwo­li pan, Herr Günther, że wy­pro­wadzę pana z błędu. Dzie­ci to od­bi­cie na­szej sta­rości. To naj­szyb­szy zna­ny mi sposób, żeby się ze­sta­rzeć. Lu­strza­ne od­bi­cie na­sze­go upad­ku. A mo­je­go zwłasz­cza.

Pie­sek ziewnął i ze­sko­czył jej z ko­lan, jak­by słyszał to już wie­le razy przed­tem. Na podłodze prze­ciągnął się i pod­biegł do drzwi, gdzie przy­stanął, by spoj­rzeć wy­cze­kująco na swoją panią. Frau Lan­ge, nie­spe­szo­na tym po­ka­zem psiej py­chy, wstała i wypuściła zwie­rza­ka z po­ko­ju.

– Co te­raz? – za­py­tała, wra­cając na szez­long.

– Cze­ka­my na ko­lej­ny list. Zajmę się do­star­cze­niem pie­niędzy. A tym­cza­sem, sądzę, że to niezły po­mysł, bym na kil­ka dni położył się w kli­ni­ce dok­to­ra Kin­der­man­na. Chciałbym się do­wie­dzieć cze­goś więcej o przy­ja­cie­lu pani syna.

– Pew­nie mówiąc o wy­dat­kach, to właśnie miał pan na myśli?

– Po­sta­ram się, żeby mój po­byt był jak najkrótszy.

– Niech pan tego do­pil­nu­je – rzekła, przyj­mując bel­fer­ski ton. – Kli­ni­ka Kin­der­man­na kosz­tu­je sto ma­rek dzien­nie.

Gwizdnąłem.

– Pokaźna sum­ka.

– A te­raz już muszę pana prze­pro­sić, Herr Günther – po­wie­działa. – Po­win­nam się przy­go­to­wać do ze­bra­nia.

Wsa­dziłem gotówkę do kie­sze­ni, po czym po­da­liśmy so­bie dłonie, a następnie wziąłem teczkę, którą dla mnie przy­go­to­wała, i skie­ro­wałem się ku drzwiom.

Ru­szyłem z po­wro­tem za­ku­rzo­nym ko­ry­ta­rzem do holu. Gniew­ny głos warknął:

– Za­raz, niech za­cze­ka. Muszę otwo­rzyć drzwi. Frau Lan­ge nie lubi, kie­dy nie wy­pusz­czam gości oso­biście.

Położyłem rękę na klam­ce i po­czułem pod pal­ca­mi coś lep­kie­go.

– To pew­nie twój ciepły cha­rak­ter – warknąłem z roz­drażnie­niem i nie cze­kając, aż czar­na becz­ka przeczłapie przez hol, roz­warłem drzwi na oścież. – Nie fa­ty­guj się – po­wie­działem, przyglądając się swo­jej dłoni. – Wra­caj do swo­jej ro­bo­ty, co­kol­wiek ro­bisz w tym chle­wi­ku.

– Długo je­stem u Frau Lan­ge – burknęła. – Nig­dy się nie skarżyła.

Za­sta­no­wiło mnie, czy przy­pad­kiem tu również w grę nie wcho­dzi szan­taż. W końcu, jeśli ktoś trzy­ma w domu psa, który nie szcze­ka, to musi mieć jakiś powód. Nie wy­da­wało mi się, by przy­wiąza­nie od­gry­wało w tej sy­tu­acji jakąś rolę, nie w wy­pad­ku tej ko­bie­ty. Już prędzej można by się przy­wiązać do rzecz­ne­go kro­ko­dy­la. Wpa­try­wa­liśmy się w sie­bie przez chwilę, po czym za­py­tałem:

– Czy two­ja pani za­wsze tyle pali?

Czar­na służąca zasępiła się, węsząc pod­chwy­tli­we py­ta­nie. W końcu uznała jed­nak, że nie ma się cze­go oba­wiać.

– Fak­tycz­nie, za­wsze ma peta w gębie.

– No, to wszyst­ko wyjaśnia – rzekłem. – Założę się, że przez te kłęby dymu z pa­pie­rosów na­wet nie wi­dzi, że tu je­steś.

Zaklęła zja­dli­wie pod no­sem i za­trzasnęła za mną drzwi.

Jadąc Kurfürsten­damm w stronę cen­trum, miałem o czym myśleć. Roz­myślałem o spra­wie Frau Lan­ge i o tysiącu ma­rek w swo­jej kie­sze­ni. Roz­myślałem o tym, że spędzę na jej koszt krótki urlop w przy­jem­nym sa­na­to­rium, co da mi szansę przy­najm­niej chwi­lo­wo uciec od Bru­no­na i jego faj­ki, nie wspo­mi­nając już o Ar­thu­rze Nebe i Hey­dri­chu. Może na­wet zro­bię porządek ze swoją bez­sen­nością i de­presją.

Ale naj­więcej roz­myślałem o tym, jak to się stało, że moja fir­mo­wa wi­zytówka i nu­mer te­le­fo­nu zna­lazły się w po­sia­da­niu ja­kie­goś au­striac­kie­go kwia­tusz­ka, o którym na­wet nie słyszałem.

3

środa, 31 sierp­nia

Oko­li­ce Wan­n­see, leżące na południe od König­stras­se, to sie­dli­sko naj­roz­ma­it­szych kli­nik i szpi­ta­li – mod­nych i błyszczących zakładów, gdzie do my­cia szyb i podłóg zużywa się tyle samo ete­ru, co na po­trze­by pa­cjentów. Pod względem me­dycz­nym są one dość ega­li­tar­ne. Na­wet człowiek o kon­dy­cji afry­kańskie­go słonia zo­sta­nie tu radośnie przyjęty jako poważny przy­pa­dek ner­wi­cy fron­to­wej, a wy­ma­lo­wa­ne pielęgniar­ki po­mogą mu dźwigać cięższe ga­tun­ki pa­sty do zębów i pa­pie­ru klo­ze­to­we­go, pod wa­run­kiem, że zdoła za to zapłacić. W Wan­n­see stan kon­ta zna­czy więcej niż ciśnie­nie krwi.

Kli­ni­ka Kin­der­man­na stała przy ci­chej ulicz­ce w spo­rym i grzecz­nym ogro­dzie, opa­dającym do za­tocz­ki główne­go je­zio­ra. Oprócz gęsto rosnących wiązów i kasz­ta­nowców było tu jesz­cze molo z ko­lum­nadą, han­gar dla łodzi oraz go­tyc­ki pa­wi­lon ogro­do­wy – ten ostat­ni zbu­do­wa­ny tak so­lid­nie, że swym poważnym wyglądem na­su­wał na myśl jakąś śre­dnio­wieczną budkę te­le­fo­niczną.

Bu­dy­nek kli­ni­ki sta­no­wił zle­pek wy­kuszów, sza­chulców, słupków, bla­nek i wieżyczek, bar­dziej przy­po­mi­nający za­mczy­sko nad Re­nem aniżeli sa­na­to­rium. Nie­mal spo­dzie­wałem się zo­ba­czyć szu­bie­ni­ce na da­chu albo dosłyszeć z piw­ni­cy stłumio­ny krzyk. Ale pa­no­wała tu ci­sza, nikt się nie kręcił. Je­dy­nie gdzieś z je­zio­ra za drze­wa­mi do­bie­gały głosy czte­ro­oso­bo­wej osa­dy łodzi wiosłowej, na które wro­ny od­po­wia­dały wrza­skli­wym ko­men­ta­rzem.

Wchodząc do środ­ka, pomyślałem jesz­cze, że o zmierz­chu, gdy nie­to­pe­rze za­czną roz­ważać wy­pad na noc­ne łowy, być może łatwiej na­po­tkam pen­sjo­na­riu­szy, prze­kra­dających się na zewnątrz.

Z mo­je­go po­ko­ju, który mieścił się na trze­cim piętrze, roz­ta­czał się wspa­niały wi­dok na kuch­nię. Za osiem­dzie­siąt ma­rek dzien­nie było to naj­tańsze lo­kum, ja­kie po­sia­da­li, lecz stojąc nie­malże na jed­nej no­dze w cia­snym po­miesz­cze­niu, nie mogłem oprzeć się myśli, że po zapłace­niu do­dat­ko­wych pięćdzie­sięciu ma­rek zasłużyłbym na coś więcej, na przykład klitkę wiel­kości ko­sza do bie­li­zny. Ale kli­ni­ka była pełna i zo­stał im tyl­ko ten pokój, jak wyjaśniła pielęgniar­ka, która mnie tu przy­pro­wa­dziła.

Roz­kosz­na była. Jak nad­bałtyc­ka han­dlar­ka ryb, tyl­ko bez wesołej wiej­skiej gad­ki. Kie­dy posłała łóżko i po­le­ciła mi się ro­ze­brać, z pod­nie­ce­nia pra­wie prze­stałem od­dy­chać. Naj­pierw po­kojówka pani Lan­ge, a te­raz ta oso­ba, mająca tyleż pojęcia o szmin­ce, co pte­ro­dak­tyl! A prze­cież nie bra­ko­wało tu ład­nych pielęgnia­rek, sam wi­działem ich mnóstwo na dole. Pew­nie kom­bi­no­wa­li, że sko­ro dali mi taki mały pokój, to przy­najm­niej pielęgniarkę przy­dzielą mi dużą.

– O której otwie­rają bar? – za­py­tałem.

Jej po­czu­cie hu­mo­ru dorówny­wało uro­dzie.

– Tu nie wol­no pić al­ko­ho­lu – rzekła, wy­ry­wając mi z ust nie za­pa­lo­ne­go pa­pie­ro­sa. – A pa­le­nie jest su­ro­wo wzbro­nio­ne. Dok­tor Mey­er za­raz do pana przyj­dzie.

– A to kto, jakiś dru­gi sort? Gdzie jest dok­tor Kin­der­mann?

– Dok­tor jest na kon­fe­ren­cji w Bad Neu­he­im.

– Co on tam robi, po­je­chał do sa­na­to­rium? Kie­dy wra­ca?

– Pod ko­niec ty­go­dnia. Pan jest pa­cjen­tem dok­to­ra Kin­der­man­na, Herr Strauss?

– Nie, nie je­stem. Ale za osiem­dzie­siąt ma­rek dzien­nie miałem na­dzieję, że nim zo­stanę.

– Za­pew­niam pana, że dok­tor Mey­er to bar­dzo kom­pe­tent­ny le­karz.

Zmarsz­czyła brew, znie­cier­pli­wio­na, że nie wy­ko­nałem jesz­cze żad­ne­go ru­chu, by się ro­ze­brać, i zaczęła na mnie cmo­kać, jak­by obłaska­wiała pa­pugę. Następnie klasnęła w dłonie, każąc mi się po­spie­szyć i czym prędzej kłaść do łóżka, żeby dok­tor Mey­er mógł mnie zba­dać. Oce­niłem, że jest go­to­wa sama ze­drzeć ze mnie ubra­nie, po­sta­no­wiłem więc dłużej się nie ociągać. Ta pielęgniar­ka była nie tyl­ko brzyd­ka – jej sto­su­nek do pa­cjentów również był ro­dem z ba­za­ru.

Kie­dy wyszła, ułożyłem się, żeby po­czy­tać w łóżku, swo­jej lek­tu­ry wszakże nie uznałbym za wciągającą, prędzej już za nie­sa­mo­witą. Tak, to właściwe określe­nie: nie­sa­mo­wita. W Ber­li­nie za­wsze uka­zy­wały się dziw­ne okul­ty­stycz­ne pe­rio­dy­ki, ta­kie jak „Ze­nit” i „Ha­gal”, lecz od brzegów Mozy po fale Nie­mna chy­ba nikt nie mógł dorównać szal­bie­rzom, których „twórczość” pu­bli­ko­wało cza­so­pi­smo Re­in­har­da Lan­ge­go „Ura­nia”. Wy­star­czył mi kwa­drans po­bieżnego kart­ko­wa­nia stron, by na­brać prze­ko­na­nia, że Lan­ge to skończo­ny kan­ciarz. Były tu ar­ty­kuły za­ty­tułowa­ne: Wo­ta­nizm a praw­dzi­we po­cho­dze­nie chrześcijaństwa, Nad­ludz­kie moce za­gi­nio­nych miesz­kańców Atlan­ty­dy, Teo­ria świa­to­we­go zlo­do­wa­ce­nia wyjaśnio­na, Ezo­te­rycz­ne ćwi­cze­nia od­de­cho­we dla początkujących, Spi­ry­tu­alizm a pamięć ra­so­wa, An­ty­se­mi­tyzm jako spuści­zna teo­kra­cji, itp. Dla człowie­ka, który dru­ku­je po­dob­ne bzdu­ry, pomyślałem, szan­tażowa­nie własnej mat­ki za­pew­ne sta­no­wi przy­ziem­ny prze­ryw­nik między ob­ja­wie­nia­mi ario­zo­fii.

Na­wet dok­tor Mey­er, sam nie będący osob­ni­kiem prze­ciętnym, uznał za sto­sow­ne sko­men­to­wać mój czy­tel­ni­czy gust.

– Często pan czy­ta ta­kie rze­czy? – za­py­tał, ob­ra­cając pi­smo w rękach, jak­by było dzi­wacz­nym wy­ko­pa­li­skiem, wy­do­by­tym z ruin Troi przez He­in­ri­cha Schlie­man­na.

– Nie, właści­wie nie. Kupiłem z cie­ka­wości.

– To do­brze. Nie­nor­mal­ne za­in­te­re­so­wa­nie okul­ty­zmem nie­rzad­ko świad­czy o roz­chwia­nej oso­bo­wości.

– Wie pan, ja też tak so­bie pomyślałem.

– Oczy­wiście, nie wszy­scy się ze mną zgodzą. Ale wi­zje, doświad­cza­ne przez wie­le po­sta­ci re­li­gij­nych, choćby Świętego Au­gu­sty­na czy Lu­tra, praw­do­po­dob­nie miały podłoże neu­ro­tycz­ne.

– Ach, tak?

– O, tak.

– A co o tym sądzi dok­tor Kin­der­mann?

– Och, dok­tor Kin­der­mann wy­zna­je różne nie­zwykłe teo­rie. Nie je­stem pe­wien, czy ro­zu­miem jego pra­ce, ale to ge­nial­ny człowiek. – Ujął mój prze­gub. – Tak, ge­nial­ny.

Dok­tor, Szwaj­car z po­cho­dze­nia, nosił trzyczęścio­wy gar­ni­tur z zie­lo­ne­go twe­edu, wielką jak ćma muszkę, oku­la­ry i długą, siwą brodę świąto­bli­we­go in­dyj­skie­go asce­ty. Naj­pierw pod­winął mi rękaw piżamy i nad wewnętrzną stroną nad­garst­ka za­wie­sił ma­lut­kie wa­hadło. Przez pe­wien czas ob­ser­wo­wał jego ob­ro­ty i drga­nia, po czym oznaj­mił, że ilość wy­dzie­la­nej prze­ze mnie elek­trycz­ności ozna­cza, że je­stem czymś nie­zwy­kle przygnębio­ny i za­nie­po­ko­jo­ny. Był to prze­ko­nujący mały spek­takl, nie­mniej za­wsze się spraw­dzał, zważyw­szy na to, że większość lu­dzi przyj­mo­wa­nych do kli­ni­ki za­pew­ne czymś się nie­po­koiła i mar­twiła, choćby ra­chun­kiem za po­byt.

– Jak pan sy­pia? – za­py­tał.

– Mar­nie. Kil­ka go­dzin w ciągu nocy.

– Mie­wa pan kosz­ma­ry?

– Tak, a na­wet nie ty­kam sera.

– Ja­kieś sny się po­wta­rzają?

– Nic kon­kret­ne­go.

– A pański ape­tyt?

– Nie ma o czym mówić.

– Życie płcio­we?

– Ta­kie jak ape­tyt. Szko­da gadać.

– Dużo pan myśli o ko­bie­tach?

– Bez prze­rwy.

Na­ba­zgrał w no­te­sie kil­ka uwag, pogładził bródkę i po­wie­dział:

– Za­piszę panu do­dat­ko­we wi­ta­mi­ny i mi­ne­rały, zwłasz­cza ma­gnez. Za­sto­su­je­my dietę bez­cu­krową, dużo su­ro­wych wa­rzyw i wo­do­rostów. Daw­ka ta­ble­tek oczysz­czających krew pomoże panu po­zbyć się tok­syn. Za­le­cam również ćwi­cze­nia. Mamy tu świet­ny ba­sen, a gdy­by pan ze­chciał spróbować kąpie­li w deszczówce, zo­ba­czy pan, że to bar­dzo pana po­bu­dzi. Pali pan? – Przy­taknąłem. – Niech pan spróbuje na chwilę od­sta­wić. – Za­mknął no­tes. – Cóż, to wszyst­ko spra­wi, że na pew­no fi­zycz­nie po­czu­je się pan le­piej. A równo­cześnie zo­ba­czymy, czy nie uda się po­pra­wić pańskie­go sta­nu psy­chicz­ne­go za po­mocą psy­cho­te­ra­pii.