35 osób interesuje się tą książką

Opis

JEDNA Z NAJCHĘTNIEJ CZYTANYCH POWIEŚCI PRZEZ UŻYTKOWNICZKI NAJWIĘKSZEGO PORTALU LITERACKIEGO GOODREADS

…on lubi zdobywać nie tylko bramki...

John Logan może mieć każdą dziewczynę. Dla gwiazdy hokejowej ligi uniwersyteckiej życie to nieustająca zabawa i szybkie numerki, ale za zabójczym uśmiechem i luzackim wdziękiem kryje się przybierający na sile strach przed nieuchronną przyszłością bez perspektyw, która czeka go po ukończeniu studiów. Spotkanie z seksowną Grace Ivers, studentką pierwszego roku, jest odskocznią, której właśnie tak bardzo potrzebuje… Jednak gdy po bezmyślnym błędzie ona znika z jego horyzontu, Logan postanawia udowodnić, że zasługuje na drugą szansę.

…ale dla niej będzie musiał wejść na wyższy poziom gry…

Po kiepskim pierwszym roku studiów Grace Ivers wraca na uniwerek w Briar starsza, mądrzejsza, a do tego wybiła sobie z głowy aroganckiego hokeistę, któremu niemal oddała dziewictwo. Nie jest już tą naiwną i prostolinijną dziewczyną, która dawała się wodzić za nos, gdy spiknęli się po raz pierwszy. Jeśli John Logan myśli, że ona znów będzie na każde jego skinienie jak wszystkie znane mu hokejowe króliczki, to jest w błędzie. Chce ją odzyskać? Musi się więc mocno postarać. W tej rozgrywce to Grace dyktuje warunki… i ma zamiar dać Loganowi porządny wycisk.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 400

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Elle Kennedy Błąd ISBN: 978-83-65521-54-5 TYTUŁ ORYGINAŁU: The Mistake: An Off-Campus Novel Copyright © 2015 by Elle Kennedy All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2016 Projekt graficzny okładki: Tobiasz Zysk Ilustracja na okładce: SHUTTERSTOCK Redakcja, skład, łamanie: Witold Kowalczyk Wydanie I Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Rozdział 1

Logan

Kwiecień

Pożądanie dziewczyny najlepszego kumpla jest do dupy.

Przede wszystkim, sytuacja robi się niezręczna. I to naprawdę cholernie niezręczna. Nie mogę mówić za wszystkich facetów, ale jestem całkiem pewien, że żaden nie ma ochoty wpadać rano na dziewczynę swoich marzeń, która właśnie spędziła całą noc w ramionach jego najlepszego kumpla.

Do tego dochodzi jeszcze nienawiść do samego siebie. To oczywiste, bo raczej trudno nie nienawidzić samego siebie, kiedy się fantazjuje na temat miłości życia najlepszego przyjaciela.

W tej chwili definitywnie zwycięża niezręczność. Chodzi o to, że mieszkam w domu o bardzo cienkich ścianach, co oznacza, że słyszę każdy chropawy jęk wydobywający się z ust Hannah. Każdy zduszony okrzyk i każde westchnienie. Każdy odgłos wezgłowia uderzającego o ścianę, gdy kumpel rżnie dziewczynę, o której nie mogę przestać myśleć.

Ale zabawa.

Leżę na plecach w łóżku i gapię się w sufit. Nawet nie udaję, że przewijam listę piosenek w iPodzie. W uszy wepchnąłem słuchawki, żeby zagłuszyć dźwięki wydawane przez Garretta i Hannah, dochodzące z sąsiedniego pokoju, ale wciąż nie nacisnąłem przycisku Play. Coś mi się zdaje, że dziś jestem w masochistycznym nastroju.

Tylko sobie nie myślcie, że jestem idiotą. Dobrze wiem, że ona jest zakochana w Garretcie. Widzę, w jaki sposób na niego patrzy i jak się zachowują, gdy są razem. Stanowią parę od sześciu miesięcy i nawet ja, najgorszy przyjaciel na ziemi, nie mogę zaprzeczyć, że pasują do siebie idealnie.

I, do diabła, Garrett zasługuje na szczęście. Zgrywa pewnego siebie skurczybyka, ale prawda jest taka, że to cholerna chodząca świętość. Najlepszy środkowy, z jakim kiedykolwiek śmigałem na lodzie, i najlepszy człowiek, jakiego poznałem w życiu. I gdyby nie to, że jest mi dobrze z moją orientacją heteroseksualną, nie tylko bzykałbym się z Garrettem Grahamem, lecz także go poślubił.

I właśnie dlatego jest mi trylion razy trudniej. Nie mogę nawet nienawidzić gościa pieprzącego się z laską, której pragnę. Zero tego rodzaju fantazji, ponieważ nie mógłbym nienawidzić Garretta.

Słyszę skrzypnięcie otwieranych drzwi i echo kroków na korytarzu. Modlę się, by Garrett i Hannah nie zapukali do mnie. Żeby nie odezwali się słowem, bo — szczerze mówiąc — dźwięk głosu któregokolwiek z nich w tym momencie zdołuje mnie jeszcze bardziej.

Na szczęście głośne pukanie trzęsące całą futryną to zapowiedź odwiedzin kolejnego mojego współlokatora, Deana, który pakuje się do środka, nie czekając na zaproszenie.

— Impreza w Omega Phi dziś wieczorem. Zainteresowany?

Zrywam się z łóżka szybciej, niż zdołalibyście wymówić: „to żałosne”, ponieważ w tym momencie impreza to, kurwa, zajebisty pomysł. Urżnąć się na umór to najlepszy sposób, by przestać myśleć o Hannah. A właściwie nie — po pierwsze, chcę się upić i, po drugie, ostro kogoś zerżnąć. W ten sposób, jeśli jeden ze sposobów nie pomoże, drugi posłuży za wsparcie.

— Pewnie — odpowiadam, już rozglądając się za czystym T-shirtem.

Przeciągam go przez głowę i ignoruję ostre ukłucie bólu w lewym barku, które wciąż daje o sobie znać po cholernym, gruchoczącym kości body checku zaliczonym podczas finałowego meczu w zeszłym tygodniu. Ale warto było — po raz trzeci z rzędu drużyna hokejowa Briar zapewniła sobie zwycięstwo we Frozen Four. Przypuszczam, że śmiało można to nazwać upragnionym hat trickiem i wszyscy zawodnicy, mnie nie wyłączając, nadal nieustannie rozkoszują się faktem trzykrotnego zdobycia mistrzostwa ligi uniwersyteckiej.

Dean, nasz obrońca, nazywa to „Potrójnym P”. Składają się na nie: przyjęcia, pochwały oraz pipki.

Przyznaję, że to całkiem trafna ocena sytuacji.

— Będziesz dzisiaj naszym kierowcą? — pytam, zapinając czarną bluzę z kapturem.

Dean parska śmiechem.

— Pytasz serio?

Wywracam oczami.

— Fakt. Co mi w ogóle strzeliło do głowy?

Ostatni raz Dean Heyward-Di Laurentis był trzeźwy na imprezie… nigdy. Facet pije jak szewc i ma totalny odlot za każdym razem, gdy wychodzi z domu, i jeśli myślicie, że to w jakimkolwiek stopniu wpływa na jego występy na lodzie, to jesteście w błędzie. Dean to przedstawiciel rzadkiego gatunku stworzeń, który może imprezować jak Robert Downey Jr. w czasach młodości, a jednocześnie odnosić takie sukcesy i cieszyć się takim szacunkiem jak teraźniejszy Robert Downey Jr.

— Spokojna głowa, Tuck robi za szofera — mówi mi Dean, mając na myśli innego naszego współlokatora, Tu ckera. — Ten mięczak wciąż ma kaca po wczorajszej nocy. Powiedział, że potrzebuje przerwy.

Taa, właściwie to mu się nie dziwię. Posezonowe treningi zaczynają się dopiero za parę tygodni i wszyscy cieszymy się przerwą trochę za bardzo. Ale tak to właśnie wygląda, gdy człowiek celebruje po raz kolejny zwycięstwo we Frozen Four. W zeszłym roku po naszej wygranej byłem pijany przez dwa tygodnie bez przerwy.

Wcale się nie cieszę z tej przerwy. Trening siłowy i cała ta ciężka praca, którą trzeba wykonać, by utrzymać formę, jest wykańczająca, ale najgorzej, gdy trzeba to pociągnąć z dziesięciogodzinnymi zmianami w pracy. Tyle że nie mam wyboru. Treningi siłowe są niezbędne, by przygotować się do nadchodzącego sezonu, a robota… no cóż. Dałem słowo bratu i choćby nie wiem jak bardzo robiło mi się niedobrze na samą myśl, nie mogę się teraz wypiąć. Zresztą Jeff obdarłby mnie żywcem ze skóry, gdybym nie wywiązał się z umowy.

Nasz szofer czeka przy drzwiach wejściowych. Niemal cała twarz Tucka ginie pod rudobrązową brodą. Przypomina teraz wilkołaka, ale uparł się jak osioł, by wypróbować ten nowy image, odkąd jakaś laska na zeszłotygodniowej imprezie powiedziała mu, że ma dziecinną twarz.

— Ta broda à la yeti nie sprawia, że wyglądasz bardziej męsko — stwierdza wesoło Dean, kiedy wychodzimy z domu.

Tuck wzrusza ramionami.

— To jest twarz twardziela.

Parskam śmiechem.

— Chyba śnisz, dzieciaku. Wyglądasz jak szalony naukowiec.

Pokazuje mi środkowy palec i zajmuje miejsce za kierownicą mojego pikapa. Sadowię się obok na fotelu pasażera, a Dean wdrapuje się na pakę, oznajmiając, że chce się przewietrzyć. Dobrze wiem, że chodzi mu o to, by wiatr seksownie zmierzwił mu włosy, bo na ten widok dziewczyny same ściągają majtki. Tak dla waszej informacji — Dean jest obrzydliwie próżny. Ale przy tym wygląda jak model, więc może i ma do tego prawo.

Tucker odpala silnik, a ja bębnię palcami o uda, nie mogąc się doczekać zabawy. Wielu studentów należących do bractw cholernie mnie wkurza swoim elitarnym stosunkiem do świata, ale odpuszczam im to, bo jeśli chodzi o imprezy… Cóż, gdyby organizowanie imprez należało do sportów olimpijskich, każde męskie i żeńskie stowarzyszenie w Briar zostałoby złotym medalistą.

Tuck cofa z naszego podjazdu, a ja wbijam wzrok w czarnego, błyszczącego jeepa Garretta, stojącego na swoim miejscu, podczas gdy jego właściciel spędza noc z najfajniejszą dziewczyną na świecie i…

I dosyć! Ta obsesja na punkcie Hannah Wells naprawdę sprawiła, że pomieszało mi się w głowie.

Muszę kogoś zerżnąć. I to jak najszybciej.

Tucker jest jakiś milczący podczas drogi do Omega Phi. Może nawet marszczy czoło, ale nie mam pewności, co nie może dziwić, biorąc pod uwagę, że ktoś zgolił wszystkie włosy z ciała Hugh Jackmana i przykleił je na twarz Tucka.

— Co jest? — pytam swobodnie.

Częstuje mnie krzywym spojrzeniem, a potem przenosi wzrok z powrotem na drogę.

— Ech, daj spokój, stary. Wkurza cię, że robimy sobie jaja z twojej brody? — Wzbiera we mnie złość. — Przecież to jak pierwszy rozdział z Brody dla opornych, stary. Zapuszczasz brodę człowieka z gór, a twoi kumple się z ciebie nabijają. Koniec rozdziału.

— Nie chodzi o brodę — mruczy.

Teraz to ja marszczę czoło.

— OK. Ale widzę przecież, że jesteś o coś wkurzony. — Nie odpowiada, więc naciskam trochę mocniej. — Co się z tobą dzieje?

Jego rozzłoszczone oczy spotykają się z moimi.

— Ze mną? Nic. Ale jeśli chodzi o ciebie, to nawet nie wiem, od czego zacząć. — Przeklina pod nosem. — Musisz skończyć z tym gównem, stary.

Teraz to ja zupełnie nie wiem, o co mu chodzi, ponieważ przez ostatnie dziesięć minut tylko cieszyłem się na myśl o imprezie. Nic więcej.

Tucker zauważa konsternację na mojej twarzy i wyjaśnia ponurym tonem:

— Chodzi o Hannah.

Mimo że moje ramiona sztywnieją, próbuję zachować skołowaną minę.

— O czym ty mówisz?

Aha, stawiam na kłamstwo. Właściwie to dla mnie nic nowego. Wydaje mi się, że odkąd znalazłem się w Briar, nie robię nic innego, tylko kłamię jak z nut:

„Jestem wprost stworzony do grania w NHL. Zawodowstwo albo nic! Uwielbiam spędzać lato jak wybrudzona smarem małpa w warsztacie ojca. To wspaniały sposób na zarabianie kieszonkowego! Nie pożądam Hannah. To dziewczyna mojego najlepszego przyjaciela”.

Kłamstwa, kłamstwa i jeszcze więcej kłamstw. Prawda w każdej z tych kwestii jest zupełnie inna, ale ostatnią rzeczą, której chcę, jest współczucie oraz litość kumpli i współlokatorów.

— Te kity wciskaj Garrettowi — odpowiada stanowczo Tucker. — A skoro już o nim mowa… Masz szczęście, że te jego miłostki zupełnie go oślepiły. W przeciwnym razie z pewnością by zauważył, jak się zachowujesz.

— No i niby jak się zachowuję? — Nie daję rady powstrzymać złości w głosie ani zaciętego wyrazu twarzy. Krew mnie zalewa na myśl, że Tuck wie o moim uczuciu do Hannah. A jeszcze bardziej wkurza mnie to, że postanowił poruszyć ten temat teraz. Dlaczego po prostu nie zostawi mnie w spokoju? Sytuacja jest już wystarczająco gówniana i bez stawiania mnie pod ścianą.

— Pytasz serio? Mam ci to wypunktować? Proszę bardzo. — Ciemna chmura przysłania jego oczy, kiedy zaczyna recytować każdą pieprzoną kwestię, która wpędza mnie w poczucie winy. — Wychodzisz z pokoju, jak tylko pojawia się tam ta dwójka. Chowasz się u siebie, gdy Hannah zostaje na noc. Jeśli ty i ona przebywacie w tym samym pokoju, to gapisz się na nią, kiedy myślisz, że nikt nie patrzy. Do tego…

— Wystarczy — przerywam. — Rozumiem.

— I jeszcze to twoje puszczanie się na prawo i lewo — zrzędzi Tucker. — Zawsze byłeś aktywny, ale, stary… w tym tygodniu zaliczyłeś pięć lasek.

— I co z tego?

— To z tego, że jest czwartek. Pięć panienek w cztery dni. Weź sobie, kurwa, policz, John.

Kuźwa. Zwrócił się do mnie po imieniu. Tak zwraca się do mnie tylko wtedy, gdy naprawdę go wkurzę. Tyle że teraz to on mnie wkurzył, więc odwdzięczam mu się tym samym.

— I co z tego, John?

Ach, obaj mamy na imię John. Pewnie powinniśmy złożyć przysięgę krwi i stworzyć klub albo coś w tym rodzaju.

— Mam dwadzieścia jeden lat — kontynuuję poirytowany. — Wolno mi się bzykać. A właściwie to powinienem się bzykać, ponieważ o to chodzi na uniwerku. Bawić się, seksować i mieć ubaw po pachy, zanim wejdziemy do prawdziwego świata i nasze życie zmieni się w gówno.

— Naprawdę chcesz mi wmówić, że te wszystkie panienki są jakimś elementem uniwersyteckiego doświadczenia? — Tucker potrząsa głową, potem wypuszcza oddech i łagodzi ton. — Nie wypieprzysz jej ze swojej głowy, stary. Choćbyś nawet przespał się z setką kobiet dziś wieczorem, to i tak niczego nie zmieni. Musisz się pogodzić z faktem, że z Hannah do niczego nie dojdzie, i ruszyć do przodu.

Ma absolutną rację. Dobrze wiem, że taplam się we własnych urojeniach, zaliczając laski na prawo i lewo, by rozproszyć uwagę.

I również zdaję sobie sprawę z tego, że muszę skończyć z tym chlaniem do nieprzytomności, odpuścić sobie tę maleńką iskierkę nadziei, że być może kiedyś, jakoś, gdzieś, coś mogłoby się wydarzyć. I zaakceptować, że nigdy do tego nie dojdzie.

Może zacznę od jutra.

A dziś wieczorem? Trzymam się pierwotnego planu. Urżnąć się i pieprzyć. A całą resztę niech trafi szlag.

Grace

Studia zaczęłam jako dziewica.

I coś mi się wydaje, że jako dziewica je skończę.

Nie chcę powiedzieć, że pełnoprawne członkostwo w Klubie Dziewic to coś złego. Co z tego, że za chwilę będę miała dziewiętnaście lat? Nie jestem jeszcze starą panną i z pewnością nie zostanę pokryta smołą i piórami na ulicy tylko dlatego, że moja błona dziewicza jest wciąż nietknięta.

Poza tym to nie tak, że nie miałam okazji do utraty dziewictwa w tym roku. Odkąd zaczęłam studiować na Uniwersytecie Briar, moja najlepsza przyjaciółka zaciągnęła mnie na więcej imprez, niż zdołałabym policzyć. I tak, oczywiście, że faceci ze mną flirtowali. Kilku z nich zupełnie serio próbowało mnie zdobyć. Jeden nawet przysłał mi zdjęcie swojego penisa z tekstem „Jest cały twój, kotku”. To było… no tak, to było superobleśne, ale jestem pewna, że gdyby facet mi się spodobał, to kto wie, może poczułabym się mile połechtana przez ten gest? Może?

Ale żaden z tych chłopaków mnie nie pociągał. A niestety ci, którzy wpadli mi w oko, nawet nie spojrzeli w moją stronę.

Aż do dzisiejszego wieczoru.

Gdy Ramona obwieściła, że wybieramy się na imprezę stowarzyszenia, nie miałam wielkich nadziei, że kogoś poznam. Na tego typu imprezach faceci zazwyczaj stosują metodę słodkiej gadki, by zaciągnąć dziewczynę do łóżka, i na tym się kończy. Ale dziś wieczorem poznałam chłopaka, który nawet mi się podoba.

Ma na imię Matt, jest atrakcyjny i nie wyczuwam od niego żadnych kretyńskich wibracji. Poza tym jest prawie trzeźwy, wypowiada się pełnymi zdaniami i nie użył słowa „ziom” od chwili, gdy zaczęliśmy rozmawiać. A raczej od chwili, gdy on zaczął mówić. Nie powiedziałam za dużo, ale nie mam nic przeciwko słuchaniu. Dzięki temu mogę ze spokojem podziwiać jego idealnie wyrzeźbioną szczękę i blond włosy kręcące się w uroczy sposób za uszami.

Jeśli mam być szczera, to pewnie i lepiej, że milczę. W towarzystwie przystojnych facetów zaczynam się denerwować. I to cholernie. Mój mózg siada, a język drewnieje. Puszczają wszelkie wewnętrzne hamulce i nagle zaczynam nawijać o przygodzie z trzeciej klasy podstawówki, gdy podczas szkolnej wycieczki do fabryki syropu klonowego posikałam się w gacie. Albo że się boję marionetek i cierpię na łagodną postać zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych, przez które muszę posprzątać pokój, gdy jego właściciel tylko odwróci głowę.

Naprawdę o niebo lepiej, że ograniczam swą aktywność do uśmiechania się, przytakiwania i wtrącania okazjonalnego „Och, naprawdę?”, tak by facet nie pomyślał, że jestem niemową. Tyle że czasami to nie jest możliwe, szczególnie w momentach, gdy przystojny facet zadaje pytanie wymagające odpowiedzi.

— Masz ochotę się przewietrzyć i zapalić? — Matt wyjmuje z kieszeni koszuli z kołnierzykiem skręta i macha nim przed moim nosem. — Zapaliłbym tutaj, ale Pan Przewodniczący wykopałby mnie ze stowarzyszenia.

Wiercę się niezręcznie.

— Eee… nie, dzięki.

— Nie palisz trawki?

— Nie. To znaczy palę, ale nie za często. Od tego zaczynam trochę… świrować.

Matt uśmiecha się, pokazując dwa cudowne dołeczki w policzkach.

— No i na tym właśnie polega cała zabawa.

— Pewnie tak. Ale poza tym robię się po tym zmęczona. Och, i za każdym razem, kiedy palę, zaczynam myśleć o tej prezentacji w Power Poincie, do której obejrzenia zmusił mnie tata, gdy miałam trzynaście lat. Były tam te wszystkie statystyki o tym, co trawka robi z komórkami ludzkiego mózgu i jak, wbrew powszechnej opinii, jest wysoce uzależniająca. Po każdym slajdzie mroził mnie wzrokiem i pytał: „Chcesz stracić swoje komórki mózgowe, Grace? Tego chcesz?”.

Matt gapi się na mnie, a w mojej głowie odzywa się alarm ostrzegawczy: „Zatrzymaj się!”. Ale jest za późno. Wewnętrzny hamulec zawiódł po raz kolejny i nieprzerwany potok słów wypływa z moich ust.

— Ale to nic w porównaniu z tym, co zrobiła moja mama. Ona próbuje być tym fajnym rodzicem, więc gdy miałam piętnaście lat, zawiozła mnie na jakiś ciemny parking, wyciągnęła skręta i obwieściła, że wypalimy go razem. Normalnie scena jak z serialu Prawo ulicy — czekaj… Właściwie to nigdy go nie obejrzałam. Jest o narkotykach, prawda? W każdym razie siedziałam tam zielona ze strachu i święcie przekonana, że za chwilę pojawią się gliny i nas aresztują. A mama jakby nigdy nic pytała mnie w kółko, jak się czuję i czy „ziółka mi pasują”.

Jakimś cudem moje usta w końcu przestają się poruszać.

Ale oczy Matta zdążyły się zeszklić.

— Ach, no tak, cóż… — macha niezręcznie skrętem. — Idę zapalić. Do zobaczenia później.

Udaje mi się powstrzymać ciężkie westchnienie do momentu, gdy znika mi z oczu, a potem w myślach daję sobie po łapach. Cholera. Nie mam pojęcia, dlaczego w ogóle próbuję zagadać do chłopaków. Zaczynając każdą rozmowę, denerwuję się, że się ośmieszę, i oczywiście tak się dzieje, ponieważ nerwy biorą górę. Jestem skazana na niepowodzenie od samego początku.

Wzdycham ciężko po raz kolejny, kieruję się na dół i przeczesuję parter w poszukiwaniu Ramony. Kuchnia jest pełna beczek piwa i chłopaków z braterstwa. W jadalni to samo. Za to salon pęka w szwach od bardzo głośnych i bardzo pijanych facetów w morzu skąpo odzianych dziewczyn. Podziwiam je za odwagę, ponieważ na zewnątrz jest chłodno, a drzwi wejściowe otwierają się i zamykają przez cały wieczór, sprawiając, że zimne powietrze krąży po domu. Za to mnie w dżinsowych rurkach i obcisłym swetrze jest w sam raz.

Mojej przyjaciółki nie widać, hip-hop ryczy z głośników. Sięgam do torebki po telefon, by sprawdzić godzinę, i odkrywam, że jest blisko północy. Nawet po ośmiu miesiącach w Briar wciąż odczuwam satysfakcję za każdym razem, gdy jestem poza domem po dwudziestej trzeciej. Czyli po godzinie policyjnej, która obowiązywała do momentu, gdy mieszkałam z rodzicami. Tato był prawdziwym służbistą w tej kwestii. A właściwie w każdej kwestii. Wątpię, by kiedykolwiek w swoim życiu złamał jakąś zasadę, i właściwie to sama nie wiem, jak to jest, że mama wytrzymała z nim tak długo. Mama, wolny duch, jest całkowitym przeciwieństwem formalnego i rygorystycznego ojca, ale to chyba tylko dowodzi, że coś jest na rzeczy w tej całej teorii przyciągania się przeciwieństw.

— Gracie! — Żeński głos przebija się przez muzykę i nim się obejrzę, Ramona obejmuje mnie w ciasnym uścisku.

Cofa się, a mnie wystarczy jedno spojrzenie na roziskrzone oczy i zarumienione policzki, bym wiedziała, że jest pijana. Poza tym jest równie skąpo odziana, co większość dziewczyn w pokoju. Króciutka spódniczka ledwie zakrywa jej tyłek, a czerwona bluzka wiązana na szyi i bez pleców wcina się głęboko w rowek między piersiami. Obcasy w skórzanych botkach są tak wysokie, że nie mam pojęcia, jak daje radę w nich chodzić. Ale wygląda obłędnie i przyciąga chmarę zachwyconych spojrzeń, gdy owija mnie swoim ramieniem.

Jestem całkiem pewna, że na nasz widok ludzie drapią się po głowach i zastanawiają, jakim cudem możemy być przyjaciółkami. Sama czasami się nad tym zastanawiam.

W liceum Ramona była typową imprezową laską palącą papierosy za budynkiem szkoły, a ja grzeczną dziewczynką, która redagowała szkolną gazetkę i organizowała wszystkie akcje charytatywne. Gdyby nie fakt, że byłyśmy sąsiadkami, najprawdopodobniej nie dowiedziałybyśmy się o swoim istnieniu, ale wspólny marsz do szkoły każdego dnia zaowocował przyjaźnią z rozsądku, która później przerodziła się w prawdziwą więź. Tak prawdziwą, że zadbałyśmy o to, by złożyć podania do tych samych uniwersytetów, i kiedy obie dostałyśmy się do Briar, poprosiłyśmy mojego ojca, by porozmawiał z biurem zakwaterowania i zorganizował nam wspólny pokój.

Ale chociaż rok akademicki zaczęłyśmy jak najlepsze przyjaciółki, nie mogę zaprzeczyć, że trochę się od siebie oddaliłyśmy. Ramona dostała obsesji na punkcie przygodnego seksu i bez przerwy gada tylko o tym. Ostatnimi czasy zauważyłam, że trochę mnie to… denerwuje.

Samo myślenie o tym sprawia, że czuję się jak gówniana przyjaciółka.

— Widziałam, że poszłaś na górę z Mattem! — syczy mi do ucha. — Zaiskrzyło?

— Nie — odpowiadam posępnie. — Chyba go przestraszyłam.

— O nie! Tylko mi nie mów, że powiedziałaś mu o marionetkowej fobii — mówi z wyrzutem, a potem z przesadą wzdycha głęboko. — Kochana, musisz skończyć z tym obnażaniem swoich dziwactw na dzień dobry. Mówię serio. Zachowaj te wszystkie historie na potem, gdy facet się zaangażuje i trudniej mu będzie dać nogę.

Nie mogę powstrzymać śmiechu.

— Dzięki za radę.

— Więc co, gotowa do wyjścia czy zostajemy jeszcze trochę?

Rozglądam się ponownie po salonie. Moje spojrzenie ląduje w kącie pokoju, gdzie dwie dziewczyny w samych dżinsach i stanikach się pieszczą, a jeden z chłopaków z bractwa nagrywa ten namiętny pokaz na telefon.

Tłumię jęk. Idę o zakład, że ten filmik wyląduje na jednej z darmowych stron pornograficznych. A te biedne dziewczyny prawdopodobnie dowiedzą się o tym dopiero za dziesięć lat, gdy jedna z nich będzie się szykować do ślubu z senatorem i jakieś brukowce dokopią się do tych wszystkich żenujących brudów.

— Chętnie wróciłabym do domu — przyznaję.

— Taa, nie mam nic przeciwko.

Unoszę brwi.

— Od kiedy nie masz nic przeciwko opuszczaniu imprezy przed północą?

Grymas wykrzywia jej usta.

— Nie ma sensu zostawać tu dłużej. On już jest zajęty.

Nawet nie pytam, o kogo jej chodzi, przecież nawija o nim od pierwszego dnia semestru.

Dean Heyward-Di Laurentis.

Ramonie odbiło na punkcie boskiego studenta trzeciego roku od momentu, gdy wpadła na niego w jednej z kampusowych kawiarenek. Zaciągnęła mnie niemal na wszystkie mecze drużyny hokejowej Briar tylko po to, by oglądać Deana w akcji. I przyznaję, facet jest seksowny. A do tego zna się na rzeczy, jeśli wierzyć plotkarskim źródłom, ale na nieszczęście Ramony Dean nie umawia się ze studentkami pierwszego roku, a raczej nie sypia z nimi, bo to wszystko, czego chce od dziewczyn. Ramona z nikim nie chodziła dłużej niż tydzień.

Na tę imprezę chciała przyjść tylko dlatego, że ponoć Dean też miał tu być. Ale nieważne, ile razy Ramona rzuca mu się w ramiona, on i tak znika z jakąś inną.

— Wpierw pójdę do ubikacji — mówię. — Spotkamy się na zewnątrz?

— Dobra, ale się pospiesz. Powiedziałam Jasperowi, że wychodzimy, i czeka na nas w samochodzie.

Rzuca się w kierunku drzwi wejściowych, zostawiając mnie z ukłuciem żalu. Miło, że zapytała, czy chcę już wracać, skoro zdążyła już podjąć decyzję za nas obie.

Ale irytacja mija, gdy przypominam sobie, że Ramona zawsze postępowała w ten sposób i że w przeszłości nigdy mi to nie przeszkadzało. Szczerze? Gdyby nie jej rozkazywanie i zmuszanie mnie do opuszczenia strefy komfortu, prawdopodobnie spędziłabym całe liceum w biurze redakcyjnym gazetki i udzielała życiowych porad uczniom w sprawach, o których nie miałam bladego pojęcia.

Ale mimo wszystko… czasami chciałabym, by Ramona przynajmniej zapytała mnie, co myślę na jakiś temat przed podjęciem decyzji za nas obie.

Do łazienki na dole jest długa kolejka, więc przeciskam się przez tłum i kieruję na piętro, gdzie wcześniej rozmawiałam z Mattem. Właśnie dochodzę do toalety, gdy drzwi się otwierają i ze środka wyskakuje ładna blondynka.

Drgnęła na mój widok, potem posyła mi zadowolony z siebie uśmieszek i poprawia dół sukienki, którą można określić jedynie jako nieprzyzwoitą. Widać jej całe krocze i różowe majtki.

Czuję zarumienione policzki, odwracam więc wzrok w zażenowaniu i czekam, aż dojdzie do schodów, zanim sięgam po klamkę. Właśnie zdążyłam położyć na niej dłoń, gdy drzwi otwierają się ponownie i ze środka wychodzi ktoś inny.

Moje oczy zderzają się z najbardziej żywymi, niebieskimi oczami, jakie kiedykolwiek widziałam. W ciągu sekundy rozpoznaję ich właściciela i twarz zaczyna mnie palić jeszcze bardziej.

To John Logan.

Dokładnie tak, John Logan we własnej osobie. Znany także jako gwiazda obrony drużyny hokejowej. I wiem o tym nie tylko dlatego, że Ramona od miesięcy prześladuje jego przyjaciela Deana, ale dlatego, że jego seksowna, wyrzeźbiona twarz była na okładce gazetki uniwersyteckiej w zeszłym tygodniu. Po zwycięstwie drużyny w gazecie pojawiają się wywiady ze wszystkimi zawodnikami i nie będę kłamać — wywiad z Loganem jako jedyny przykuł moją uwagę.

Bo facet jest zabójczo przystojny.

Podobnie jak blondynka Logan wygląda na zdziwionego moją obecnością na korytarzu i tak samo szybko otrząsa się ze zdziwienia i częstuje mnie uśmiechem.

A potem zapina rozporek spodni.

O mój Boże!

Nie wierzę, że właśnie to zrobił. Mimowolnie kieruję wzrok na jego krocze, ale on — jak mi się wydaje — zupełnie się tym nie przejmuje. Unosi brew, wzrusza ramionami, a potem odmaszerowuje.

Wow! OK.

Powinnam być zdegustowana. Pal licho ewidentny seks w łazience. Sam gest zapięcia rozporka na moich oczach powinien automatycznie odesłać gościa do worka z palantami.

Zamiast tego jednak świadomość, że właśnie zabawiał się z tą dziewczyną w łazience, wzbudza we mnie zupełnie niespodziewany przypływ zazdrości.

Nie mówię, że miałabym ochotę na zabawy w łazience, ale…

No dobra, kłamię. Cholernie mam na to ochotę. A przynajmniej chciałabym to zrobić z Johnem Loganem. Sama myśl o jego dłoniach i ustach na moim ciele wywołuje gorące dreszcze, które przelatują wzdłuż mojego kręgosłupa.

Dlaczego to nie ja zabawiam się z facetami w łazienkach? Przecież jestem na studiach, do jasnej cholery. Mam się zabawiać, popełniać błędy i „znaleźć siebie”, a do tej pory gówno zrobiłam. Żyję doświadczeniami Ramony, obserwując, jak moja niegrzeczna przyjaciółka ryzykuje i próbuje nowych rzeczy, podczas gdy ja, grzeczna dziewczynka, stoję w miejscu, trzymając się kurczowo zasad ostrożnego podejścia do życia, które wpoił we mnie ojciec, kiedy byłam jeszcze w pieluchach.

Cóż, jestem zmęczona byciem ostrożną. Jestem zmęczona byciem grzeczną dziewczynką. Semestr prawie się kończy. Muszę się nauczyć do dwóch egzaminów i napisać pracę z psychologii, ale kto powiedział, że nie mogę tego zrobić i jednocześnie czerpać frajdy ze studenckiego życia?

Zostało mi tylko kilka tygodni na pierwszym roku. I wiecie co? Zamierzam je dobrze wykorzystać.

Rozdział 2

Logan

Postanowiłem zwolnić z imprezowaniem. I to nie tylko dlatego, że zeszłej nocy zalałem się tak bardzo, że Tuck musiał mnie holować na ramieniu i zataszczyć po schodach do sypialni, ponieważ za bardzo kręciło mi się w głowie, by iść samodzielnie.

Chociaż to był główny czynnik w procesie podejmowania decyzji.

No więc mamy piątkowy wieczór, a ja dość, że odrzuciłem zaproszenie na imprezę od jednego z kumpli z drużyny, to jeszcze wciąż sączę ten sam kieliszek whisky, który podano mi ponad godzinę temu. I nie zaciągnąłem się ani razu skrętem, którym Dean wciąż macha w moim kierunku.

Spędzamy wieczór w naszej chacie. Siedzimy w kupie w małym ogródku na tyłach domu i dzielnie znosimy chłód kwietniowego wieczoru. Zaciągam się papierosem, podczas gdy Dean, Tucker i nasz kumpel z drużyny, Mike Hollis, dzielą się skrętem, i słucham tylko jednym uchem sprawozdania z niesamowicie perwersyjnego seksu, który Dean zaliczył poprzedniej nocy. Przed oczami stają mi wspomnienia z własnego numeru — seksowna jak diabli laska z żeńskiego stowarzyszenia, która zwabiła mnie do jednej z łazienek na piętrze i dobrze się mną zajęła.

Może i byłem pijany, a moje wspomnienia są nieco mgliste, ale z pewnością pamiętam, jak ją wypalcowałem, aż rozpłynęła się na mojej dłoni. A już na pewno pamiętam spektakularnego loda, którym się później odwdzięczyła. Ale nie zamierzam opowiedzieć o tym Tuckowi. Nie, kiedy ten ciekawski sukinsyn prowadzi dziennik moich podrywów.

— Czekaj, jeszcze raz. Co zrobiłeś?!

Krzyk Hollisa sprowadza mnie na ziemię.

— Wysłałem jej zdjęcie swojego kutasa. — Oznajmia nam Dean takim tonem, jakby robił to każdego dnia.

Hollis się na niego gapi.

— Serio? Wysłałeś jej zdjęcie swojego fiuta? Jak jakąś pojebaną pamiątkę po seksie?

— Nieee. Raczej jako zaproszenie na kolejną rundę — odpowiada Dean z uśmiechem.

— A niby jak, do cholery, to ma sprawić, by znów się z tobą przespała? — W głosie Hollisa pobrzmiewa zwątpienie. — Prawdopodobnie uważa cię za palanta.

— Nie ma mowy, stary. Laski doceniają ładne foty z fiutem. Uwierz mi.

Hollis zaciska usta, jakby próbował się nie roześmiać.

— Aha. Pewnie.

Strząsam popiół z papierosa na trawę i zaciągam się ponownie.

— A tak z ciekawości, co składa się na „ładną fotę z fiutem”? Chodzi o światło? A może o pozę? — pytam sarkastycznie, ale Dean odpowiada poważnym głosem:

— Cóż, cały trik polega na tym, by nie pokazać jaj.

Na te słowa Tucker zaczyna się krztusić ze śmiechu.

— Serio — przekonuje Dean. — Jajka nie są fotogeniczne. Kobiety nie chcą ich oglądać.

Dookoła rozbrzmiewa śmiech Hollisa, a w wieczornym powietrzu rozpływają się białe obłoki jego oddechu.

— Dużo czasu o tym myślałeś? Wzruszająca historia.

Ja też się śmieję.

— Czekaj, czy właśnie tym się zajmujesz w pokoju za zamkniętymi drzwiami? Robisz zdjęcia swojemu fiutowi?

— Ej, dajcie spokój. Nie jestem jedyny na świecie, który to zrobił.

— Jesteś jedyny — mówimy z Hollisem jednocześnie.

— Gówno prawda, kłamiecie jak z nut. — Do Deana dociera nagle, że Tucker nie wyraża sprzeciwu, i nie marnuje ani chwili, by wykorzystać milczenie współzawodnika. — Ha. Wiedziałem!

Unoszę brwi i spoglądam na Tucka, który — jak mi się wydaje — czerwieni się pod kilkucentymetrowym zarostem na twarzy.

— Serio, stary? Serio?

Uśmiecha się z zakłopotaniem.

— Pamiętasz tę laskę, z którą kręciłem w zeszłym roku? Sheena? No więc przysłała mi zdjęcie swoich cycków. I stwierdziła, że mam się podobnie odwdzięczyć.

Deanowi opada szczęka.

— Fiut za cycki? Ale dałeś dupy, stary. To zupełnie inna liga.

— Więc co za cycki? — pyta z zaciekawieniem Hollis.

— Jajka — oznajmia Dean i głęboko zaciąga się skrętem. Wypuszcza kółko z dymu i wszyscy śmiejemy się z jego odpowiedzi.

— Przecież dopiero co mówiłeś, że kobiety nie chcą oglądać jajek — zauważa Hollis.

— Nie chcą. Ale każdy idiota wie, że za fotę fiuta wymaga się pełnego ujęcia od pasa w dół od przodu. — Przewraca oczami. — Proste jak drut.

Ktoś odchrząkuje przy przesuwanych drzwiach za moimi plecami. Głośno.

Odwracam się i widzę, że stoi w nich Hannah i moja klatka piersiowa ściska się tak mocno, że bolą mnie żebra. Ma na sobie legginsy i jedną z treningowych bluz Garretta. Jej ciemne włosy są rozpuszczone i opadają przez jedno ramię. Wygląda zachwycająco.

I tak, jestem totalnym dupkiem, ponieważ nagle wyobrażam ją sobie w mojej bluzie. Z moim numerem.

Tyle w temacie pogodzenia się rzeczywistością i ruszenia do przodu.

— Eee… no dobra — mówi wolno. — Pytam, bo muszę się upewnić, czy się nie przesłyszałam, ale… czy wy rozmawiacie o wysyłaniu dziewczynom zdjęć swoich penisów? — Patrzy na nas z rozbawieniem tańczącym w oczach.

Dean parska śmiechem.

— Oczywiście, że tak. I nie rób takiej miny, Wellsy. Czy naprawdę będziesz tak stać i wciskać nam kity, że G nie przysłał ci zdjęcia swoich klejnotów?

— Nie zamierzam zaszczycić tego pytania odpowiedzią. — Wzdycha i opiera się przedramieniem o drzwi. — Zamawiamy z Garrettem pizzę. Chcecie się dołączyć? Aha, i włączamy film w salonie. Dziś on wybiera, więc pewnie będzie jakieś beznadziejne kino akcji, gdybyście chcieli z nami obejrzeć.

Tuck i Dean natychmiast zgadzają się entuzjastycznie, ale Hollis potrząsa z żalem głową.

— Może następnym razem. W poniedziałek mam ostatni egzamin, więc będę wkuwał cały weekend.

— Pewnie. Połamania. — Uśmiecha się do niego, odciąża framugę i robi krok do tyłu. — Jeśli chcecie mieć coś do powiedzenia w kwestii dodatków do pizzy, to lepiej wchodźcie do środka, bo inaczej zarządzę same warzywa. O, Logan, a co to ma być, do diabła? — Szare spojrzenie koncentruje się na mnie. — Tylko mi się zdawało, czy mówiłeś, że palisz wyłącznie na imprezach? Czy mam ci teraz dać klapsa?

— Chciałbym to zobaczyć, Wellsy — odpowiadam z rozbawieniem w głosie, ale gdy tylko Hannah wskakuje do środka, mój humor gaśnie.

Przebywanie w jej pobliżu jest jak cios pięścią wymierzony w brzuch. A myśl, że miałbym siedzieć w pokoju z nią i Garrettem, jeść pizzę, oglądać film i widzieć ich wtulonych w siebie i zakochanych, jest sto razy gorsza niż cios w brzuch. To jakby cała hokejowa drużyna przycisnęła cię do bandy.

— Wiecie co? Chyba jednak wybiorę się do Danny’ego. Mogę się z tobą zabrać do akademików? — pytam Hollisa. — Pojechałbym sam, ale nie wiem, czy się nie napiję.

Dean wciska skręta w popielniczkę leżącą na pokrywie od grilla.

— Nie napijesz się, stary. Danny mieszka w akademiku, którego pilnuje totalny nazista. Patroluje korytarze i robi naloty na wybrane pokoje. Nie żartuję.

Mam to gdzieś. Wiem jedynie, że nie mogę tu zostać z Hannah i Garrettem. Dopóki nie ogarnę się z tym durnym zadurzeniem.

— No to nie będę pił. Ale muszę zmienić otoczenie. Cały dzień siedziałem w chacie.

— Zmienić otoczenie, powiadasz? — Pochmurna mina Tuckera mówi mi, że mnie przejrzał.

— Tak — odpowiadam chłodno. — Masz z tym jakiś problem?

Tuck nie odpowiada.

Mamroczę pożegnanie przez zaciśnięte zęby i podążam za Hollisem do jego samochodu.

* * *

Piętnaście minut później znajduję się na korytarzu drugiego piętra akademika Fairview House. Dookoła panuje cisza, co dołuje mnie jeszcze bardziej. Kurde. Coś mi się wydaje, że ten nadzorca akademika faktycznie jest zatwardziałym dupkiem. Z ani jednego pokoju nie słychać choćby pisku, a ja nie mogę nawet zadzwonić do Danny’ego, by się dowiedzieć, czy impreza została odwołana, ponieważ tak się spieszyłem, żeby uciec z domu, że zapomniałem telefonu.

Nigdy wcześniej nie byłem w akademiku Danny’ego, więc stoję na korytarzu, przez chwilę próbując przypomnieć sobie numer pokoju, który przysłał mi wcześniej esemesem. Dwieście dwadzieścia? A może to było dwieście trzydzieści? Przechodzę obok każdych drzwi, sprawdzając numery, i mój dylemat sam się rozwiązuje, gdy uświadamiam sobie, że na tym piętrze nie ma pokoju dwieście trzydzieści.

Dwieście dwadzieścia. I już.

Stukam kłykciami w drzwi. Niemal natychmiast po drugiej stronie odzywają się kroki. Przynajmniej ktoś jest w środku. Biorę to za dobrą monetę.

Drzwi się otwierają i nagle staję twarzą w twarz z nieznajomą. Co prawda bardzo ładną nieznajomą, niemniej nieznajomą.

Na mój widok dziewczyna mruga zaskoczona. Jej jasnobrązowe oczy mają ten sam odcień co splecione w długi warkocz włosy. Ma na sobie luźne spodnie w kratkę i czarną bluzę z uniwersyteckim logo. Głucha cisza za jej plecami utwierdza mnie tylko, że zapukałem do złych drzwi.

— Cześć — mówię niezręcznie. — Więc… no… to pewnie nie jest pokój Danny’ego?

— Eee, nie.

— Kurde. — Zaciskam usta. — Powiedział, że to pokój dwieście dwadzieścia.

— No to któryś z was musiał coś pomylić — przerywa. — Z tego, co wiem, nikt o imieniu Danny nie mieszka na tym piętrze. Czy on jest z pierwszego roku?

— Z trzeciego.

— Och, w takim razie na pewno tu nie mieszka. To akademik pierwszaków — mówi, cały czas skubiąc koniuszek warkocza i nawet raz nie spoglądając mi w oczy.

— Kurde — powtarzam.

— Jesteś pewien, że twój kolega miał na myśli Fairview House?

Waham się. Byłem pewien, ale teraz… nie za bardzo. Z Dannym spotykamy się sporadycznie, zwykle na imprezach po meczach lub gdy wpada do nas z innymi chłopakami z drużyny.

— Sam już nie wiem — odpowiadam, wzdychając.

— No to może do niego zadzwoń. — Wciąż nie patrzy mi w oczy. Teraz wbiła spojrzenie w wełniane skarpetki w paski, jakby były najbardziej fascynującą rzeczą, jaką zobaczyła w życiu.

— Zostawiłem telefon w domu. — Kurwa. Rozważam opcje, przeczesując włosy dłonią. Zdążyły już odrosnąć i powinienem je ściąć czym prędzej, ale jakoś wciąż zapominam. — Mogę skorzystać z twojego telefonu?

— Ee… pewnie.

Mimo że wygląda na niezdecydowaną, otwiera drzwi szerzej i gestem zaprasza do środka. Wchodzę do dwuosobowego pokoju, ale podczas gdy jedna połowa jest czysta i schludna, druga to z pewnością siedziba niechluja. Najwyraźniej mieszkają tu osoby zupełnie odmiennie rozumiejące słowo „porządek”. Z jakiegoś powodu nie dziwi mnie, że dziewczyna kieruje się do posprzątanej części. Z pewnością wygląda na tę porządną. Podchodzi do biurka i odłącza telefon od ładowarki, a potem mi go podaje.

— Proszę.

W chwili, gdy telefon ląduje w mojej dłoni, ona wycofuje się w kierunku drzwi.

— Nie musisz tam stać przez cały czas — mówię oschle. — No, chyba że rozważasz ucieczkę.

Jej policzki różowieją.

Uśmiecham się, przesuwam palcem ekran i uruchamiam klawiaturę.

— Nie martw się, ślicznotko. Chcę tylko skorzystać z twojego telefonu. Nie zamierzam cię zamordować.

— Och, przecież wiem. Albo przynajmniej wydaje mi się, że wiem — duka. — To znaczy wyglądasz na przyzwoitego chłopaka, no ale przecież wielu seryjnych morderców też potrafi sprawiać dobre pierwsze wrażenie. Wiedziałeś, że Ted Bundy był w rzeczywistości naprawdę czarujący? — Otwiera szeroko oczy. — Jakie to popaprane. Wyobraź sobie tylko, że pewnego dnia spotykasz naprawdę miłego, czarującego faceta i myślisz sobie: „O mój Boże, on jest idealny”, a potem lądujesz w jego piwnicy pełnej obcisłych kostiumów i lalek Barbie z wydłubanymi oczami…

— Jezu — przerywam. — Czy ktoś ci już kiedyś powiedział, że dużo mówisz?

Jej policzki są teraz jeszcze bardziej czerwone.

— Przepraszam. Czasami tak mam, gdy się denerwuję.

Częstuję ją kolejnym uśmiechem.

— Denerwujesz się z mojego powodu?

— Nie. No, może trochę. To znaczy… ja cię nie znam i… tak. No wiesz, te wszystkie „miej się na baczności przed nieznajomymi”, „oni są niebezpieczni”… Choć jestem pewna, że ty akurat nie jesteś niebezpieczny — dodaje pospiesznie. — Ale… no wiesz…

— No tak. Ted Bundy — podpowiadam, starając się nie roześmiać.

Ponownie zaczyna miętosić warkocz, a ja korzystam z jej odwróconego wzroku, by dokładniej jej się przyjrzeć. Kurde, jest naprawdę śliczna. Nie zabójczo piękna, ale ma taki świeży wygląd dziewczyny z sąsiedztwa, który jest poważnie pociągający. Piegi na nosie, delikatne rysy i gładką, kremową cerę niczym prosto z reklamy kosmetyków do makijażu.

— Dzwonisz czy nie?

Mrugam oczami, nagle przypominając sobie, po co w ogóle wszedłem do tego pokoju. Spoglądam na telefon w dłoni i teraz wpatruję się w klawiaturę numeryczną równie intensywnie, jak chwilę temu w tę dziewczynę.

— Podpowiem ci. Palcami wybierasz numer, a potem naciskasz zielony klawisz.

Podnoszę głowę, a jej ledwo powstrzymywany uśmiech wywołuje ryk z mojego gardła.

— Dzięki za tę świetną radę. Ale… — wzdycham posępnie — właśnie sobie uświadomiłem, że nie znam jego numeru. Jest zapisany w moim telefonie.

Kurwa. Czy to jakaś kara za fantazjowanie o dziewczynie Garretta? Utknąłem nie wiadomo gdzie w piątek wieczorem bez telefonu i podwózki do domu. Coś mi się wydaje, że na to zasłużyłem.

— Pierdolić to. Zadzwonię po taksę — decyduję w końcu. Na szczęście pamiętam numer korporacji obsługującej kampus, więc dzwonię natychmiast tylko po to, by usłyszeć muzykę w trakcie oczekiwania na połączenie. Ze świergotem w uszach dławię jęk.

— Czekasz na połączenie, co?

— Aha. — Znów na nią spoglądam. — Tak w ogóle to jestem Logan. Dzięki za użyczenie telefonu.

— Żaden problem. — Milknie. — Jestem Grace.

Coś pstryka na łączach, ale zamiast głosu dyspozytora w słuchawce słyszę następny trzask, po którym rozlega się kolejna fala muzyki. Ale w sumie to się nie dziwię. W końcu to piątkowy wieczór, taksówkarze są najbardziej zajęci. Kto wie, jak długo będę musiał czekać.

Opadam ciężko na brzeg jednego z łóżek — tego perfekcyjnie zasłanego — i próbuję sobie przypomnieć numer korporacji z Hastings, miasteczka, w którym znajduje się większość kwater studenckich, włączając w to moją chatę w centrum. Ale nic nie przychodzi mi do głowy, więc wzdycham i znoszę kolejną dawkę świergotu do ucha. Moje spojrzenie przesuwa się na włączony laptop po drugiej stronie łóżka i gdy zauważam, co jest na ekranie, spoglądam zdziwiony na Grace.

— Oglądasz Szklaną pułapkę?

— Właściwie to Szklana pułapka 2. — Wygląda na zawstydzoną. — Mam wieczór ze Szklaną pułapką. Właśnie skończyłam część pierwszą.

— Kochasz się w Brusie Willisie?

To ją rozśmiesza.

— Nie. Po prostu lubię klasyczne filmy akcji. W zeszłym tygodniu oglądałam Zabójczą broń.

Muzyka w telefonie znów się urywa, by za chwilę wybrzmieć od nowa, co wywołuje przekleństwo w moich ustach. Rozłączam się i odwracam do Grace.

— Mogę skorzystać z twojego komputera i sprawdzić numer korporacji taksówek w Hastings? Może z nimi będę miał więcej szczęścia.

— Pewnie. — Po chwili wahania siada obok mnie i sięga po laptopa. — Włączę ci przeglądarkę.

Dotyka klawiatury i komputer wznawia odtwarzanie filmu, a z głośników rozbrzmiewa dźwięk. Na ekranie pojawia się otwierająca film scena walki na lotnisku i natychmiast pochylam się bliżej, by ją obejrzeć.

— O kurde, kapitalne są te sceny walki.

— Prawda?! — krzyczy Grace. — Uwielbiam ten moment. A właściwie to uwielbiam cały film. Mam gdzieś, co mówią inni, jest super. Oczywiście nie tak dobry, jak pierwsza część, ale z pewnością nie jest tak zły, jak uważają ludzie.

Sięga dłonią, by zatrzymać film, ale ją powstrzymuję.

— Możemy najpierw obejrzeć do końca tę scenę?

Na jej twarzy maluje się zdziwienie.

— Eee… tak, OK. — W widoczny sposób przełyka ślinę. — Jeśli chcesz, możesz zostać i obejrzeć ze mną cały film — dodaje. Jej policzki płoną w momencie, gdy wypowiedziała zaproszenie. — Chyba że musisz gdzieś teraz być.

Zastanawiam się przez sekundę, zanim potrząsam głową.

— Niee, nie mam żadnych konkretnych planów. Mogę zostać na trochę.

Bo serio, jaką mam alternatywę? Wrócić do domu, by oglądać Hannah i Garretta karmiących się pizzą i wymieniających ukradkowe pocałunki podczas filmu?

— Och. OK — mówi ostrożnie Grace. — Eee… fajnie.

Chichoczę.

— Spodziewałaś się, że powiem „nie”?

— Coś w tym stylu — przyznaje.

— A niby dlaczego? Serio, jaki facet zrezygnowałby ze Szklanej pułapki? A gdybyś zaproponowała mi jakieś procenty, to w ogóle byłbym w raju.

— Nic nie mam. — Zastanawia się chwilę. — Ale w biurku jest cała paczka misiowych żelków.

— Wyjdź za mnie — mówię natychmiast.

Śmiejąc się, podchodzi do biurka, otwiera dolną szufladę i faktycznie wyciąga ogromną paczkę cukierków. Przesuwam się na łóżku i opieram o stertę poduszek przy zagłówku, a Grace kuca przy minilodówce i pyta:

— Woda czy pepsi?

— Pepsi, proszę.

Podaje mi wielkie opakowanie misiowych żelków, puszkę napoju i usadawia się na łóżku obok mnie, kładąc laptopa na materacu między nami.

Ładuję do buzi garść gumowych miśków i skupiam wzrok na ekranie. No dobra. Z całą pewnością ten wieczór nie tak miał wyglądać, ale, do diabła, co mi tam, niech będzie, jak jest.

Rozdział 3

Grace

John Logan jest w moim pokoju.

Nie, John Logan jest na moim łóżku. A ja jestem na to kompletnie nieprzygotowana. Tak naprawdę kusi mnie, by ukradkiem wysłać Ramonie wiadomość SOS z błaganiem o jakąś radę, ponieważ nie mam pojęcia, co robić lub co powiedzieć. Całe szczęście, że oglądamy film, ponieważ oznacza to, że nie muszę robić nic poza gapieniem się w laptopa, śmianiem się z właściwych powiedzonek i udawaniem, że najgorętszy facet na uniwersytecie nie siedzi na moim łóżku.

A on jest gorący nie tylko w tym znaczeniu. Temperatura jego ciała też jest wysoka. Serio, ciepło promieniujące z jego ciała działa jak podmuch z rozgrzanego piekarnika, a ponieważ jego obecność wywołuje we mnie palące mrowienie, zaczynam się pocić.

Staram się ukradkiem zdjąć bluzę i odłożyć ją obok, ale Logan dostrzega mój ruch i odwraca głowę. Jego głębokie niebieskie oczy skupiają się na mojej obcisłej koszulce bez rękawów i zatrzymują krótko na biuście.

O Boże. Sprawdza moje cycki. I mimo że kołyszę jedynie miseczką B, z wyrazu jego twarzy można by pomyśleć, że mam zderzaki gwiazdy porno.

Gdy uświadamia sobie, że przyłapałam go na gapieniu się, po prostu mruga okiem i odwraca się z powrotem w stronę ekranu.

To już oficjalne: właśnie poznałam chłopaka, który potrafi puścić oko.

Skupienie się na filmie jest niemożliwe. Wbijam wzrok w monitor, ale myśli krążą gdzie indziej. Koncentrują się całkowicie na facecie obok mnie. Jest o wiele większy, niż myślałam. Ma niemożliwie szerokie ramiona, muskularną klatkę piersiową i długie nogi. Widziałam, jak gra w hokeja, więc wiem, że na lodzie jest agresywny, i świadomość, że to potężne ciało znajduje się kilka centymetrów ode mnie, przyprawia mnie o dreszcze. Wygląda też dojrzalej i bardziej męsko niż wszystkie chłopaki z pierwszego roku, z którymi spędzałam czas przez cały rok.

„Co się dziwisz, głupia. To student trzeciego roku”.

Wiem przecież. Ale wygląda jeszcze poważniej. Jest tak dojrzale męski, że mam ochotę zerwać z niego ubrania i wylizać go jak loda w rożku.

Wsuwam gumowego miśka do buzi, mając nadzieję, że proces żucia nawilży trochę moje suche gardło. Na monitorze żona McClane’a kłóci się w samolocie z nieznośnym reporterem, który wpakował ich w kłopoty w pierwszej części, i nagle Logan zerka na mnie, a po jego twarzy przemyka ciekawość.

— Myślisz, że potrafiłabyś wylądować samolotem, gdybyś nie miała innego wyjścia?

Śmieję się.

— Zdawało mi się, że mówiłeś, że widziałeś ten film. Wiesz chyba, że ona nie będzie musiała nim lądować, co?

— Tak, wiem. Ale zacząłem się zastanawiać, co bym zrobił, gdybym znalazł się w samolocie i był jedyną osobą, która mogłaby sprowadzić go na ziemię. — Wzdycha. — Chyba nie dałbym rady.

Jestem zaskoczona, że tak szybko się do tego przyznaje. Inni chłopcy próbowaliby zgrywać macho i przechwalali się, że potrafiliby to zrobić z palcem w nosie, zamkniętymi oczami i nie wiadomo czym jeszcze.

— Ja też nie — wyznaję. — Jeśli już, to tylko pogorszyłabym sytuację. Pewnie rozhermetyzowałabym kabinę przez przypadkowe dotknięcie złej kontrolki. A właściwie nie. Mam lęk wysokości, więc jestem pewna, że zemdlałabym zaraz po wejściu do kokpitu i wyjrzeniu przez przednią szybę.

Chichocze i ten chrapliwy dźwięk przyprawia mnie o kolejną falę ciarek.

— Może dałbym radę pilotować helikopter — rozmyśla. — To pewnie łatwiejsze niż samolot, co?

— Może. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia o lotnictwie. — Teraz to ja wzdycham. — Zachowaj to dla siebie, ale tak naprawdę to nie wiem nawet, jakim cudem samoloty unoszą się w powietrzu.

Logan się śmieje, a potem znów skupiamy się na filmie. W myślach przybijam sobie piątkę. Właśnie odbyłam rozmowę z przystojnym chłopakiem bez paplania trzy po trzy. Zasłużyłam na zajebisty złoty medal.

Żebyście mnie źle nie zrozumieli, wciąż jestem cholernie zdenerwowana. Ale w Loganie jest coś takiego, co mnie uspokaja. Jest taki wyluzowany, a poza tym trudno, by facet ciumkający żelowe misie mógł onieśmielać.

W czasie filmu zerkam na Logana co kilka sekund, by podziwiać jego idealnie wyrzeźbiony profil. Ma lekko przekrzywiony nos, jakby go kiedyś złamał raz czy dwa. A te seksownie zarysowane usta… czysta pokusa. Mam tak wielką ochotę go pocałować, że nie potrafię logicznie myśleć.

Boże, ale ze mnie frajerka. Ostatnia rzecz, która przyszłaby mu do głowy, to całowanie się ze mną. Został tu, by obejrzeć Szklaną pułapkę, a nie zabawiać się ze studentką pierwszego roku, która godzinę temu porównała go do pieprzonego Teda Bundy’ego.

Staram się skoncentrować na filmie, ale już zaczynam się martwić, że gdy się skończy, to Logan sobie pójdzie.

Na ekranie pojawiają się napisy końcowe, lecz on nie robi najmniejszego ruchu, by wstać. Zamiast tego odwraca się do mnie z pytaniem:

— Więc co cię gryzie?

Marszczę czoło.

— Co masz na myśli?

— Jest piątek wieczór, dlaczego siedzisz tu i oglądasz filmy akcji?

Najeżam się, słysząc to pytanie.

— A co w tym złego?

— Nic. — Wzrusza ramionami. — Po prostu się zastanawiam, dlaczego nie imprezujesz.

— Byłam na imprezie wczoraj wieczorem. — „Nie przypominaj mu, że go widziałaś, nie przypominaj mu, że go widziałaś”. — Widziałam cię, tak przy okazji.

Wydaje się zaskoczony.

— Naprawdę?

— Tak. W Omega Phi.

— Aha. Nie pamiętam cię. — Rzuca mi zmieszane spojrzenie. — Właściwie to niewiele pamiętam. Ostro się narąbałem.

Trochę to boli, że nie pamięta naszego spotkania w drzwiach łazienki, ale szybko udzielam sobie reprymendy za to uczucie zranienia. Był pijany i właśnie skończył zabawiać się z kimś innym. Niby jak miałam zrobić na nim wrażenie?

— Dobrze się bawiłaś na tej imprezie? — Po raz pierwszy, odkąd wszedł do mojego pokoju, w jego tonie wybrzmiewa niezręczna nuta, jakby na siłę próbował ciągnąć rozmowę o niczym i czuł się z tym niekomfortowo.

— Raczej tak. — Milknę. — Właściwie odwołuję to. Było fajnie, dopóki nie skompromitowałam się na całego przed takim jednym chłopakiem.

Dyskomfort znika z jego twarzy, gdy zaczyna chichotać.

— Tak? A co zrobiłaś?

— Plotłam bez ładu i składu. — Wzruszam lekko ramionami. — Już tak mam, gdy się znajdę w towarzystwie facetów.

— Teraz nie pleciesz — zauważa.

— Tak, teraz nie. A pamiętasz tyradę o seryjnym mordercy, którą cię poczęstowałam dwie godziny temu?

— Możesz być spokojna, pamiętam. — Posyła mi uśmiech, który przyspiesza mój puls. Boże, ale on potrafi się seksownie uśmiechać. I za każdym razem, gdy podnosi kąciki ust, jego oczy iskrzą swawolnie. — Przestałaś się już mną denerwować, prawda?

— Tak — kłamię. Jestem na wskroś zdenerwowana. Przecież to pieprzony John Logan, jeden z najpopularniejszych chłopaków na uniwersytecie. A ja jestem pieprzona Grace Ivers, jedna z tysiąca dziewczyn, która się w nim zadurzyła.

Znów przesuwa po mnie wzrok. Powoli i dokładnie, z gorącym błyskiem, które przeszywa moją skórę niczym prąd. Tym razem nie mam najmniejszych wątpliwości, że w jego oczach jest zainteresowanie.

Powinnam wykonać jakiś ruch?

Powinnam, prawda?

Pochylić się bliżej? Pocałować go. A może poprosić, by mnie pocałował? Wracam myślami do szkolnych czasów i gorączkowo próbuję przypomnieć sobie, jak to było z tamtymi wszystkimi pocałunkami. Czy to chłopcy robili pierwszy ruch? Czy może robiliśmy to na trzy cztery. Tyle że nigdy nie całowałam się z facetem choćby w połowie tak obłędnym.

— Chcesz, żebym już sobie poszedł?

Zaskakuje mnie ten szorstki głos i uświadamiam sobie, że gapię się na niego niemal od minuty bez odezwania się jednym słowem.

Moje usta są tak suche, że zanim będę w stanie odpowiedzieć, muszę przełknąć kilka razy.

— Nie. To znaczy możesz zostać, jeśli chcesz. Możemy obejrzeć coś innego albo…

Nie jest mi dane dokończyć zdania, ponieważ on przysuwa się bliżej i dotyka mojego policzka. W tej chwili struny głosowe w moim gardle zamierają, a bicie serca ostro przyspiesza.

John Logan dotyka mojego policzka.

Opuszki jego palców są chropowate, ocierają się szorstko o moją skórę, a od jego cudownego zapachu zaczyna mi się kręcić w głowie.

Delikatnie głaszcze moje kości policzkowe i muszę się powstrzymać, by nie mruczeć jak spragniona pieszczot kotka.

— Co robisz? — pytam szeptem.

— Patrzyłaś na mnie tak, jakbyś chciała, bym cię pocałował. — Powieki opadają na jego niebieskie oczy. — I pomyślałem sobie, że właśnie to zrobię.

Rozdział 4

Grace

Moje serce wali jak szalone, w uszach bębni mi jego szybki rytm, gdy miota się dziko między żebrami.

O mój Boże.

On chce mnie pocałować?

— Chyba że coś mi się przewidziało — upewnia się.

Przełykam ślinę, desperacko próbując zapanować nad pędzącym pulsem. Rozmowa nie wchodzi w grę. Moje gardło zablokowało się na amen. Chociaż moja sprawność motoryczna nie jest mocna ograniczona, daję radę skinąć głową.

Jego śmiech podgrzewa powietrze między nami.

— Czy mam rozumieć, że coś mi się przewidziało, czy że chcesz, bym cię pocałował?

Jakimś cudem jestem w stanie wydobyć z siebie pełną odpowiedź.

— Chcę, żebyś mnie pocałował.

Chichocząc, przysuwa się bliżej i delikatnie kładzie mnie na plecach. Unosi się nade mną i każdy mięsień w moim ciele napina się w niecierpliwym wyczekiwaniu. Kładzie dłoń na moim biodrze i wzdrygam się tak mocno, że trudno, by tego nie zauważył.

Kąciki jego ust unoszą się w nieznacznym uśmiechu. Te usta są coraz bliżej i bliżej moich ust. Jeszcze tylko kilka centymetrów. Milimetrów.

A potem jego wargi muskają moje i, jasna cholera, całuję się z Johnem Loganem.

Niemal natychmiast mój umysł zalewa tabun myśli i trudno wyłowić tę jedną konkretną. Słyszę niekończące się kazania ojca na temat szanowania siebie i zachowywania się przyzwoicie na studiach. A potem radosny głos mamy, nakazujący mi dobrze się bawić i żyć pełnią życia. I gdzieś pomiędzy tymi głosami słyszę podekscytowany pisk: „Całujesz się z Johnem Loganem! Całujesz się z Johnem Loganem!”.

Ma takie ciepłe usta i mocne wargi. Na początku całuje mnie delikatnie. Subtelny, zmysłowy, kokieteryjny pocałunek uwalnia we mnie jęk. Liże moją dolną wargę, skubie ją lekko, a potem koniuszkiem języka posuwa się po krawędzi moich ust. Smakuje jak cukierek i z jakichś powodów to sprawia, że znowu jęczę. Gdy w końcu wsuwa we mnie swój język, wydaje chrapliwy pomruk, który wibruje we mnie i przenika głęboko do środka.

Całowanie się z Loganem to najbardziej niesamowita rzecz, jakiej kiedykolwiek doświadczyłam. Mogę już zapomnieć o rodzinnych wakacjach w Egipcie, kiedy miałam dziewięć lat. Splendor piramid i świątyń czy zajebisty Sfinks są niczym w porównaniu z uczuciem, jakie wywołują we mnie usta tego faceta.

Nasze języki się spotykają i Logan znów mruczy chrap liwie, a potem przesuwa dłoń po moim ciele i obejmuje lewą pierś. O cholera. Alarm obmacywania cycków. Myślałam, że mieliśmy się tylko całować, ale teraz się pieścimy.

Nie mam stanika pod koszulką, więc kiedy jego kciuk pociera i uciska mój sutek przez bardzo cienki materiał, to z koniuszków piersi startuje rozgrzana fala i dociera prosto do łechtaczki. Moje ciało płonie, napina się boleśnie z ekscytacji. Język Logana smakuje mnie głęboko, a palce pieszczą nabrzmiały sutek. Czuję dotyk jego lekko kołyszących się bioder. Jego erekcja jest jak parzące piętno na moim udzie, a świadomość, że to ja go podnieciłam, rozpala mnie nieprawdopodobnie.

Odrywa się od moich warg, ciężko oddychając.

— Czy powinienem się martwić, że twoja współlokatorka może się tu zjawić w każdej chwili?

— Nie, nie wraca dzisiaj na noc. Pojechała do jakiejś knajpy w mieście i ma przenocować u tej całej Caitlin z Kappa Beta. Uważam to zresztą za kiepski pomysł, ponieważ ostatnim razem, gdy się spotkały, omal ich nie aresztowano za upicie się w miejscu publicznym, ale wtedy Ramona zaczęła flirtować z gliniarzem i…

Logan zamyka mi usta kolejnym pocałunkiem.

— Wystarczy mi proste „nie” — mruczy na moich wargach. A potem sięga po moją dłoń i kładzie ją prosto na twardej wypukłości w swoich spodniach. W tej samej chwili dotyka mnie między nogami.

O kurde. Znów alarm, tym razem bije poniżej pasa.

Nie martwię się, w jaki sposób moje ciało odpowie jego dłoni — wystarczy, by raz poruszył powoli ręką, by eksplodowała we mnie fala przyjemności. Nie, to moja dłoń uruchamia przypływ nerwów. Dłoń, która w tej chwili głaszcze erekcję Logana powstrzymywaną przez rozporek spodni.

Robiłam już wcześniej laskę i kilka razy loda zakończonego ogromnym sukcesem, ponieważ… no, była sperma i w ogóle. Ale nie jestem na tyle doświadczona, by uważać się za ekspertkę w zabawach z penisem. Poza tym te wszystkie dotychczasowe zbliżenia z penisem dotyczyły jednego faceta, Brandona, mojego byłego chłopaka z liceum, równie niedoświadczonego, jak ja.

A jeśli dać wiarę tym wszystkim plotkom, to Logan przespał się z połową dziewczyn w Briar. Brzmi to wręcz niewiarygodnie i wiem, że te dane mogą być trochę przesadzone, ale nie zmienia to faktu, że zaliczył więcej przygód niż ja.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki