Black Pill - Pascal Engman - ebook + książka
BESTSELLER

Black Pill ebook

Pascal Engman

3,9

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Rośnie liczba mężczyzn nienawidzących kobiet. Nazywają siebie incelami i zamieszkują najmroczniejsze zakamarki internetu. Łączy ich chęć zemszczenia się na ignorujących ich kobietach...
W mieszkaniu w północnym Sztokholmie policja odkrywa zwłoki młodej kobiety. Ofiara otrzymała ponad dwadzieścia ciosów nożem... Atak szaleńca? Detektyw śledcza Vanessa Frank rozpoczyna dochodzenie z niejasnym uczuciem, że w tej sprawie umyka kluczowy aspekt. Aż dociera do siatki inceli…

Dziennikarz Pascal Engman – tak jak Stieg Larsson –poraża alarmującym thrillerem społecznym, który stał się natychmiastowym bestsellerem w Szwecji.

Black Pill to powieść o ruchu inceli, mężczyzn żyjących w mimowolnym celibacie i swój gniew i frustracje wyładowujących na kobietach. W najlepszym razie w internecie, w najgorszym – w realnym świecie. W Stanach Zjednoczonych incele byli powiązani z czterdziestoma pięcioma zabójstwami, m.in. z ekstremistycznym atakiem masowego mordercy w Toronto w Kanadzie w 2018 roku.
Autor twierdzi, że wybrał właśnie ten przerażający temat, bo ma nadzieję, że dzięki jego książce wzrośnie świadomość groźnego problemu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 420

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Korekta

Małgorzata Denys

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Renata Ulanowska

Zdjęcia na okładce

© B-D-S Piotr Marcinski/Shutterstock

© Valentin Agapov/Shutterstock

© C. Fish Images/Shutterstock

Tytuł oryginału

Råttkungen

Copyright © 2019 Pascal Engman

First published by Bookmark Förlag, Sweden

Published by arrangement with Nordin Agency AB, Sweden

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2020 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-7230-6

Warszawa 2020. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Człowiek pragnie być kochany. Z braku miłości – chociaż podziwiany, z braku podziwu pragnie wzbudzać strach, a jeżeli nie osiągnie nawet tego, to pragnie wzbudzać chociaż wstręt i pogardę, chce poruszać ludzkie uczucia. Dusza wzdraga się przed próżnią, chce kontaktu za wszelką cenę.

Prolog

Foliowa torba utknęła w drucianym ogrodzeniu otaczającym więzienie Åkersberga. Dwudziestopięcioletnia Emelie Rydén, patrząc na torbę, przekręciła kluczyk w stacyjce zielonej kii. Silnik umilkł, Emelie oparła głowę na kierownicy.

Dwa lata wcześniej urodziła Novę, ich córkę. Teraz przyjechała tu, żeby skończyć z Karimem, mężczyzną, o którym myślała, że był miłością jej życia.

Bała się. Usiadła prosto, rozchyliła usta i przejrzała się w lusterku wstecznym. Dolna połowa jednego z przednich zębów była żółta. Cztery lata temu Karim w czasie awantury rzucił nią o kaloryfer. Emelie zemdlała. Kiedy się ocknęła, Karima nie było. Dwa dni później wrócił do domu, śmierdzący barem i potem, i z przekrwionymi oczami błagał o przebaczenie.

Emelie otworzyła drzwi auta i wdepnęła stopą w kałużę we wgłębieniu jezdni. Musi to zakończyć. Dla dobra Novy. Jej córka nie zasługuje na dorastanie z ojcem za kratkami. Nawet jeśli wypuszczą go za trzy miesiące, Emelie była pewna, że wróci do więzienia. Wcześniej czy później. Prawdopodobnie wcześniej.

Długimi krokami podeszła do wejścia dla odwiedzających, nacisnęła dzwonek i została wpuszczona. Przez trzy lata, z kilkoma wyjątkami, była tu każdego tygodnia. Nova została poczęta w jednym z pokojów odwiedzin. Niektórzy strażnicy okazywali jej współczucie, inni słabo skrywaną pogardę.

A ona przez te wszystkie lata robiła, co mogła, żeby nosić wysoko podniesioną głowę, chodzić tymi korytarzami dumnie wyprostowana. Rozpoznała strażnika w recepcji. Był cichy, wydawał się nieśmiały. Mimo że już kilka razy się widzieli, nie pokazywał po sobie, że wie, kim ona jest.

– Przyszłam na widzenie z Karimem Laimanim – powiadomiła.

Strażnik skinął głową.

– Mogłabym pożyczyć długopis?

Kiedy go jej podawał, miał wzrok wbity w ekran. Emelie rozłożyła rysunek Novy i w górnym prawym rogu zapisała datę.

Procedura po tym była taka sama jak zawsze: kurtka, torba, komórka i klucze trafiły do szafki. Potem przeprowadzono ją przez detektor metali i przeszukano.

Emelie rozłożyła ręce i pozwoliła strażnikowi się oklepać.

– Za mną – rzucił mechanicznie, kiedy skończył, przykładając kartę do czytnika.

Poszli korytarzem i skręcili w prawo. Strażnik pierwszy, Emelie za nim, ze złożonym rysunkiem Novy w dłoni. Strażnik zatrzymał się przed białymi drzwiami z okrągłym szklanym oknem. Emelie zajrzała do środka. Karim siedział z rękoma opartymi na blacie stołu, kaptur szarej bluzy miał założony. Drzwi się otworzyły i Emelie weszła do niewielkiego pomieszczenia. Wzięła głęboki wdech. Kiedy drzwi się za nią zamykały, jej ręce i nogi drżały, w myślach powtarzała to, co miała powiedzieć.

Karim wstał. Na ten widok słowa, które Emelie miała wykute na pamięć, ulotniły się jak dym. Karim przyciągnął ją do siebie, złapał za biust.

– Karim, przestań…

Udał, że jej nie słyszy, i zamiast przestać, przycisnął się do niej kroczem i wepchnął jej język do ust. Odepchnęła go.

– Co z tobą, kurwa? – warknął.

Przez kilka sekund przyglądał się jej ze złością, potem się odwrócił i usiadł. Emilie położyła przed nim rysunek Novy. Zerknął na niego bez większego zainteresowania.

– Przytyłaś, chyba nie jesteś znowu w ciąży, co?

Poprawiła pasmo włosów, bo opadło jej na twarz. Otworzyła usta, ale w gardle miała sucho. Kiedy wypowie te słowa, nie będzie już jego dziewczyną, tylko wrogiem. W świecie Karima wszystko było czarno-białe. Tych słów nie da się wymazać. Odchrząknęła i starała się mówić spokojnie.

– Nie chcę już, żebyśmy byli ze sobą.

Karim uniósł brwi, jego palce wydały trzeszczący dźwięk, kiedy przeciągnął nimi po ciemnym zaroście.

– Daj spokój.

– Nic z tego nie będzie – upierała się. Głos jej się załamywał. Jeszcze raz oczyściła gardło chrząknięciem. – Dłużej tego nie zniosę.

Oczy Karima zwęziły się. Nogi krzesła zazgrzytały na posadzce, kiedy wolno się podnosił. Podszedł do niej, szczęki miał zaciśnięte.

– Myślisz, że to zależy od ciebie?

Prawie jej dotykał. Emelie spięła się.

– Proszę… – szepnęła, do oczu napłynęły jej łzy. Zamknęła je. Przełknęła ślinę. – Nie możesz po prostu dać mi odejść? Kiedy wyjdziesz, pozwolę ci widywać Novę.

– Pieprzysz się z kimś?

– Nie.

Twarz Karima zatrzymała się dziesięć centymetrów od jej twarzy. Pociągnął nosem, jakby wąchał powietrze.

– O tak, nigdy nie potrafiłaś kłamać. Latałaś po mieście i rozkładałaś giry, co? Ty głupia. Pierdolona. Dziwko.

Emelie odwróciła się i sięgnęła do klamki. Karim doskoczył tam pierwszy, chwycił ją za rękę.

– Nie ujdzie ci to na sucho. Jeśli się dowiem, że dawałaś cipy komuś innemu, zabiję cię.

Strażnik więzienny gwałtownie otworzył drzwi. Karim puścił Emelie i podniósł dłonie. Emelie roztarła nadgarstek uwolnionej ręki.

W następnej sekundzie pokój odwiedzin rozbrzmiał echem głosu Karima.

– Zabiję cię! Zobaczysz! Będziesz tego żałowała! – ryczał.

Strażnik wszedł między nich.

– Uspokój się.

Karim patrzył na Emelie ponad ramieniem mężczyzny. Kiedy się cofał, uśmiechał się.

Część 1

My też jesteśmy ludźmi. Chcemy jedynie, by nas kochano za to, kim jesteśmy. Nasza beznadzieja nie bierze się znikąd. Cieszy mnie, że nigdy nie czuliście się w ten sposób, ale mam nadzieję, że potraficie zrozumieć. Znęcacie się nad nami, poniżacie nas. Wszędzie. Zamiast tego powinniście zapytać się siebie, co takiego sprawiło, że się tak czujemy. Często do tego miejsca doprowadziła nas jakaś historia. Gdybyście ją znali, może podeszlibyście z większym współczuciem do naszej sytuacji, w której, ostatecznie, nie znaleźliśmy się z własnej woli.

Anonim

1

Na świerku w Monica Zetterlund Park wisiał sznur szkarłatnych lampek. Detektyw Vanessa Frank była w granatowej kurtce, pod nią miała ciemne garniturowe spodnie i świeżo wyprasowaną białą koszulę.

Detektyw czubkiem języka przesunęła po dziąsłach. Po raz pierwszy w całym swoim życiu powzięła noworoczne postanowienie: zerwać ze snusem[1]. Odkładała to przez całą zimę, teraz był kwiecień. Śnieg zniknął. Dwie doby temu skończyła ostatnią puszkę i abstynencja dawała o sobie znać swędzeniem całego ciała.

W sklepie z telefonami Hassana, w którym pomimo nazwy kupić można było różne inne rzeczy, nadal się paliło.

Zabrzęczał dzwonek przy drzwiach, Hassan na widok Vanessy uśmiechnął się.

– Komisarz Frank – rzucił swoim mocno akcentowanym szwedzkim i bez przekonania kiwnął głową. – Mam nadzieję, że nie przyszłaś po snus?

– Oj przestań, mam czterdzieści trzy lata. Dawaj puszkę.

– Dwa dni temu stałaś w tym samym miejscu i mówiłaś, że mam ci go nigdy więcej nie sprzedawać.

– Albo dasz puszkę, albo cię okradnę.

Hassan szybko przesunął się w bok i zasłonił sobą lodówkę z tytoniem.

– E-papierosy są mniej szkodliwe i zajmują ręce – powiedział, pokazując na szklaną gablotę. – Mówię serio, Vanessa. Kazałaś mi przyrzec i zamierzam dotrzymać słowa.

Vanessa westchnęła, poprawiła kołnierzyk koszuli. Ceniła ludzi dotrzymujących obietnic.

– No dobra, dobra. W takim razie daj tamto gówno. Ale Hassan, uważaj, żebyś przy okazji nie porysował podłogi.

Sprzedawca spojrzał z zaskoczeniem najpierw na nią, potem w dół na swoje stopy.

– Że co?

– No tym kijem, który wetknąłeś sobie w tyłek.

Na rogu Odengatan Vanessa zatrzymała się, włączyła elektryka, zaciągnęła się dymem, a potem w zadumie przyglądała, jak białe kłęby rozpraszają się w wiosennym nocnym powietrzu. Ruszyła w kierunku Sveavägen. Ogródki restauracji były otwarte. Siedzący w nich ludzie, okryci pledami, pochyleni nad rozchwianymi drewnianymi stolikami, pili piwo.

Vanessa, patrząc na nich, pomyślała o swoim życiu, w którym ostatnio zaszła duża zmiana. W grudniu Natasha – szesnastoletnia Syryjka, którą Vanessa przygarnęła – dostała telefon od ojca. Przetrwał wojnę, był okaleczony, ale żył. W Boże Narodzenie, w mocno padającym śniegu Vanessa pomachała Natashy na pożegnanie i patrzyła, jak tylne światła taksówki, którą dziewczyna odjeżdżała, znikają na szczycie Surbrunnsgatan. W pewnej chwili w taksówce zamigotały światła stopu. Przez sekundę Vanessa miała nadzieję, że Natasha wyskoczy z samochodu i ciągnąc za sobą walizkę, podbiegnie i powie, że to była pomyłka. Od tamtego czasu minęły cztery miesiące, ale samotność nadal każdego dnia zaciskała klatkę piersiową Vanessy niczym stary zardzewiały łańcuch.

Po Sveavägen w tę i z powrotem jeździły zabytkowe auta, wożące ubranych w kamizelki i koszule w kratę fanów Eddiego Meduzy i Bruce’a Springsteena. Opary spalin. Flagi konfederackie. Jakiś facet przycisnął pośladki anemicznego tyłka do tylnej szyby przejeżdżającego białego chevroleta. Vanessa zamierzała skręcić w prawo, pójść do domu przez Vandis Park – ale kilka kroków dalej na chodniku wznosiło się wielkie rusztowanie. Nienawidziła pod nim przechodzić, wyglądało, jakby w każdej chwili mogło się zawalić. Przecięła więc Odengatan i poszła obok przystanku autobusowego.

Kiedy mijała bar Storstad, w oko wpadła jej twarz, którą rozpoznawała – reżysera teatralnego Svantego Lindéna. Ona i Svante przez dwanaście lat byli małżeństwem, aż Vanessa odkryła, że Svante zapłodnił młodą aktorkę. Teraz nie zwolniła, poszła dalej. Nie zdążyła jednak przejść nawet kilku metrów, kiedy usłyszała, że ktoś ją woła po imieniu.

– Mogłabyś się przynajmniej przywitać.

– Cześć.

Odwróciła się. Svante podbiegł i dotknął lekko jej ramienia.

– Nie weszłabyś na trochę?

Patrzył na nią błagalnie. Jako alternatywę miała pójście do domu, walnięcie się na kanapę i oglądanie Animal Planet.

– No dobrze.

Svante przytrzymał drzwi, spytał, czego się napije. Poprosiła o dżin z tonikiem i usiadła przy oknie. Zerknęła w kierunku baru wypełnionego podchmielonymi gośćmi.

My, ludzie, pomyślała, jesteśmy tylko zwykłymi dzikimi ssakami w kolorowych ciuchach. Za sto lat wszyscy, którzy są teraz w tym lokalu, będą martwi. Zostaną po nich jedynie wyblakłe kości i proch. Nikt nie będzie wiedział, że dzielili ze sobą te godziny. Sposępniała na tę myśl.

– Wyglądasz fantastycznie – pochwalił Svante, kiedy przyszedł do stolika z drinkami.

Vanessa podniosła w górę swoją szklaneczkę.

– Ty za to wyglądasz, jakbyś zmarł w dwa tysiące trzecim.

– Na zdrowie! – odparł, zupełnie niestrapiony. – Mów, co u ciebie?

Vanessa napiła się drinka. Skoro już tu była, mogła być miła. Ze względu na stare czasy. Zresztą cieszyło ją, że widzi Svantego.

Lata, które z nim przeżyła, były dobrymi latami. A z tym, że rżnął wszystko, co miało puls, jakoś nauczyła się żyć. Zraniło ją tylko jedno: że odmówił jej dziecka. Kiedy zaszła w ciąże, przekonał ją, że powinna usunąć. A teraz było już za późno.

– Mam nową pracę.

– Odeszłaś z policji?

Pokręciła głową.

– Zmieniłam wydział. Zostawiłam NOVA i teraz jestem śledczą w wydziale zabójstw.

Svante włożył do ust kostkę lodu i rozgryzł.

– Riksmord?

Z głośników sączył się Piano Man. Vanessa nachyliła się, by było ją słychać ponad głosem Billy’ego Joela.

– Jeżdżę po kraju, pomagam kolegom w dochodzeniach.

– Czyli podróżujesz służbowo, żeby zajmować się morderstwami. Dałoby się zrobić z tego dobry tytuł filmu. I pewnie masz mnóstwo pracy, jeśli sugerować się tym, co się czyta w gazetach?

Godzinę i trzy dżiny z tonikiem później Vanessa była pijana. Nie chciało jej się iść do domu. Pod wieloma względami Svante był łajdakiem, marną namiastką człowieka, ale lubiła go. Tyle że wciąż nie poruszyli jeszcze tematu Johanny Ek, tej aktorki, z którą Svante żył teraz. Ani tematu ich dziecka. Vanessa bała się popsuć nastrój, w końcu jednak nie była w stanie dłużej się powstrzymywać.

Przerwała Svantemu, podnosząc rękę.

– Lepiej powiedz, jak tam dzieciak? Ten roczny, a nie ten, dla którego mnie zostawiłeś?

Svante otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale ona znowu mu przerwała.

– Jak jej daliście na imię? Yasuragi? Yasuragi Lindén?

– Yasuragi? Jak to spa? Dlaczego mielibyśmy…

– Znalazłam rachunek w jednej z twoich marynarek, opłacony dziewięć miesięcy przed jej urodzeniem. Wy, celebryci, zwykle nadajecie swoim dzieciakom imiona od miejsc, w których się poczęły, czyż nie?

Svante podrapał się po policzku.

– Masz rację, nie załatwiłem tego najlepiej – mruknął. – Przykro mi.

Przez kilka sekund patrzyli sobie w oczy, aż w końcu Vanessa machnęła ręką.

– No dobra, nieistotne.

Przyjrzała się Svantemu, jego brązowym oczom, nastroszonej grzywce. Był bardziej siwy, niż gdy go widziała ostatnio. W zasadzie to osiwiał całkowicie.

Przeniosła spojrzenie na jego duże dłonie, na ogryzione paznokcie.

Tęskniła za poczuciem humoru Svantego. Za bezpieczeństwem. Za tym, jak przygryzał dolną wargę, kiedy czytał w gazecie o czymś, z czym się nie zgadzał. Za tym, jak ją obejmował. Zdecydowanie. Zaborczo. Za jego źle skrywaną zazdrością, gdy zauważył, że ktoś się jej spodobał.

– Jesteś z nią szczęśliwy?

Brodę miał wspartą na złożonych dłoniach.

– Jest inaczej. Chyba jakby łatwiej.

– Musisz być tak cholernie szczery?

Ktoś wpadł na Vanessę od tyłu. Przysunęła się z krzesłem bliżej Svantego.

– Wiesz, co mnie dobija najbardziej?

– Nie?

– Że zmieniłeś mnie w banał.

Svante wygiął brwi. Vanessa chwyciła go za rękę i wsunęła ją sobie pod rozpiętą kurtkę, położyła na biuście. Pół roku wcześniej miała operację plastyczną.

– Chodzący pierdolony banał w postaci starzejącej się, porzuconej kobiety.

Roześmiał się, zabrał rękę. Odrobinę zbyt wolno, by Vanessa tego nie zauważyła. Dlaczego chciała, żeby Svante jej pożądał? Dlaczego tak na nią działał? Było jej dobrze. Nie potrzebowała go. Dokonał wyboru.

Chciała się zemścić na Johannie? Czyżby to było aż tak proste?

– Powiedz to.

– Co mam powiedzieć, Vanesso?

Nachyliła się, poczuła jego wodę po goleniu.

– Że nadal mnie pragniesz.

2

Jasmina Kovac zdjęła okulary w okrągłej oprawce i biuro redakcji „Kvällspressen” od razu zamieniło się w rozmytą mgiełkę. Jasmina sięgnęła do wiszącego na krześle plecaka, zaczęła w nim grzebać. Kiedy znalazła etui, wyjęła z niego małą niebieską ściereczkę i wprawnie przetarła szkła.

Z powrotem założyła okulary. Krzesła, ludzie i ekrany komputerów wszystko odzyskało ostre krawędzie.

Jasmina często myślała o tym, że gdyby miała nieszczęście urodzić się, zanim wynaleziono okulary, nie zdołałaby dożyć swoich dwudziestu ośmiu lat, a nawet prawdopodobnie już dużo wcześniej skończyłaby jako pokarm dla wilków.

Wyobraziła sobie siebie w przepasce na biodrach i głośno zachichotała. Jej kolega, Max Lewenhaupt, siedzący przy biurku obok, odwrócił się do niej.

– Co jest takie śmieszne? – spytał z dezaprobatą, zerkając na ekran jej komputera.

– Och, nic – odparła, czując, że na policzki wypływa jej rumieniec.

Max otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale przeszkodził mu głos zza ich pleców.

– Idziecie na kawę, młodzieży?

Hans Hoffman, starszy reporter, który od czasu do czasu przychodził obrabiać wieczory i weekendy, wystawił głowę sponad swojego ekranu. Max przewrócił oczami i poruszając samymi ustami, odparł:

– Urwanie głowy.

Jasminie zrobiło się żal Hoffmana.

– Chętnie – rzuciła i wstała.

Poszli wzdłuż rzędów biurek, minęli przeszklone biuro naczelnego. Włączyli ekspres, który po chwili wypluł z siebie brązową rozwodnioną lurę.

– Jesteś z okolic Småland, prawda?

Jasmina przytaknęła.

– Z Växjö.

– A Kovac? To chyba chorwackie nazwisko?

– Bośniackie.

Chciała już wracać do komputera dokończyć ostatni artykuł wieczoru – kawałek o zaginionym kocie z odległego północnego miasteczka w gminie Ånge, który po dwóch latach wrócił do domu – Hoffman jednak pokazał gestem, żeby została.

– Jeśli chcesz tu zostać, będziesz musiała zacząć znajdować własne tematy. W przeciwnym razie tacy jak on zjedzą cię żywcem – oznajmił, kiwając głową w stronę Maksa Lewenhaupta.

– Wiem. I nawet mam coś niezłego, o Williamie Bergstrandzie. Wiesz, tym pośle?

– To wspaniale. Pokaż im, na co cię stać, dzieciaku. To właśnie musisz zrobić. Jesteś dobra, czytałaś to, co powinnaś była czytać. Ten kawałek o nierozwikłanych morderstwach kobiet był fantastyczny, ale musisz poszerzyć zakres zainteresowań. Pociągaj tych zdeprawowanych polityków do odpowiedzialności.

Jasmine zerknęła w stronę biurka, przy którym, z nogami opartymi na blacie, siedział redaktor odpowiedzialny za dział wiadomości, Bengt „Buła” Svensson. Swój laptop trzymał na brzuchu. Jasmina zebrała sie na odwagę. Wróciła do komputera i otworzyła plik z zebranymi przez siebie materiałami. Wcześniej w tygodniu zwróciła się do administracji Parlamentu z prośbą o wydanie kopii rachunków polityka socjaldemokratów, Williama Bergstranda. Był ostatnio w Paryżu. Między rachunkami z wyjazdu znalazła dwa z restauracji, na kwotę pięciu tysięcy koron każdy, oraz rachunki za luksusowe hotele i zakupy. Wszystko płacone kartą parlamentarną. Co było nawet jeszcze bardziej krępujące dla Bergstranda – który w swojej partii mógł liczyć na świetlaną przyszłość – to to, że towarzyszyła mu koleżanka posłanka, Annie Källman. Ona jednakże – według tego, co widniało na jej koncie na Instagramie – w tym czasie przebywała w Sundsvall.

– I dokąd ty znowu idziesz? – spytał ją Max.

– Tylko po wydruk.

– Zacznij wreszcie mówić głośniej, bo zupełnie cię nie słyszę – zirytował się Max. Udał, że trzyma telefon, i rękę przystawił do ucha. – Co posłałaś do drukowania?

– Takie tam materiały. Pracuję nad czymś. – Jasmina zawahała się, z powrotem usiadła przy biurku i nachyliła się do kolegi. Max był dobrym dziennikarzem. Szybko opowiedziała mu, co odkryła, kiedy studiowała rachunki Bergstranda. – Ale nie mogę go złapać. Unika mnie. Chcesz mi pomóc?

Max wolno pokiwał głową. Jasmina zauważyła, że choć starał się to ukryć, zaimponowała mu. Ucieszyła się.

Kiedy drukarka z hurkotem robiła swoje, Jasmina przyglądała się zdobiącym ścianę nad drukarką słynnym nagłówkom i tytułom z aktualności. V-J Day[2] w 1945, dramat zakładników przy Norrmalmstorg w 1973, wysadzenie ambasady Niemiec Zachodnich w 1975, katastrofa promu „MF Estonia” w 1994, atak na bliźniacze wieże World Trade Center w 2001.

Zabrała wydruk i poszła do Bengta. Nie spojrzał na nią, gapił się w ekran.

– Tak? – mruknął po chwili, dłubiąc w uchu.

– Pomyślałam, że zapytam, czy… miałbyś kilka minut. Jest taka rzecz, nad którą pracuję.

Bengt spojrzał z odrazą na swoje palce i wytarł je w spodnie. Na dżinsach została mu żółta plama.

– Jessica, nie wiem…

– Jasmina.

Uśmiechnęła się nerwowo.

– Jasmina – poprawił się Bengt z westchnieniem. – Nie wiem, jak to wygląda w Norrköping czy skąd…

– Växjö. Jestem z Växjö.

Bengt zajął się drugim uchem.

– Wszystko jedno – mruknął. – Jedyny materiał, jaki chcę od ciebie dostać, to trzy kolumny o tym pieprzonym kocie, który wrócił do domu w… gdzie to, do diabła, było, w Haparandzie?

– Ånge.

– Tak. Skończyłaś już?

– Zasadniczo tak, ale…

– Żadnych ale – burknął Bengt z poirytowaniem. – Zmiataj z powrotem do biurka i rób, co ci się każe. Tak się pracuje w „Kvällspressen”, od samego jej założenia w 1944 roku. I to się sprawdza. Jestem przekonany, że na cokolwiek tam wpadłaś, na pewno jest świetne, ale ja nie mam czasu.

Godzinę później Jasmina wyszła z redakcji, wsiadła do autobusu numer jeden i usiadła z tyłu. Następni pasażerowie dołączyli do niej dopiero, gdy autobus dotarł do Fridhems plan. Za oknami na sygnale przemknęła karetka. Był chłodny piątkowy wieczór i Kungsholmen było skąpane w żółtawej poświacie latarni. Przed barami stali zziębnięci ludzie. Bezdomni szukali schronienia na klatkach schodowych i pod zadaszeniami. Spali stłoczeni razem, jak wygłodniałe, zmarznięte zwierzęta.

Sztokholm był dla Jasminy miastem jej marzeń. Dziennikarką chciała zostać, odkąd pamiętała, tak jak dziennikarzem był jej ojciec, do momentu aż w Jugosławii wybuchła wojna.

Kilka miesięcy temu, jako reporterka lokalnej gazety „Smålandsposten”, Jasmina prowadziła śledztwo w sprawie kilku nierozwikłanych zabójstw popełnionych na kobietach. W przypadku niektórych z nich zdołała wykazać, że to błędy policji doprowadziły do tego, że zbrodnie pozostały niewyjaśnione. Artykuł wywarł duże wrażenie, podchwyciły go konsorcjalna agencja prasowa TT i oba czołowe tabloidy. Dwie godziny po publikacji zadzwoniła do niej naczelna „Kvällspressen” z propozycją tymczasowego zatrudnienia.

Na razie jednak nic nie działo się tak, jakby chciała.

– Ale jutro jest nowy dzień – mamrocząc do siebie pod nosem, pocieszyła się.

3

Zdzierać z siebie ubrania zaczęli już w korytarzu. Svante pchnął Vanessę na ścianę, zmienił zdanie, przepchnął ją przed sobą do kanapy, pochylił się i wszedł w nią od tyłu. Jak zwierzę. Ostro. Desperacko. W taki sposób, w jaki chciała, tak, jak zawsze lubiła.

Po wszystkim Vanessa wyjęła butelkę czerwonego wina. Podała ją Svantemu razem z korkociągiem, sama zapaliła e-papierosa.

Ćmiąc go, przez białe obłoki dymu wpatrywała się w sufit.

– Nikt mnie tak nie przeleciał od czasu, gdy… – zaczęła, mamrocząc sama do siebie, szybko jednak uświadomiła sobie, co mówi, więc zamilkła.

– Od czasu, gdy co?

– Zamierzałam powiedzieć, że od czasu, gdy miałam bardzo namiętny romans z nauczycielem z liceum, ale pomyślałam, że to mogłoby zranić twoje uczucia.

– Spałaś z nauczycielem?

– Nie mówiłam ci nigdy o Jacobie? Miał dwadzieścia osiem lat i zastępował naszego matematyka. Ja miałam siedemnaście i byłam mocno wkurzona prawie na wszystko w życiu. Często żeśmy…

– Tyle wystarczy, nie sądzisz?

Svante podał jej butelkę.

– Przy okazji, o co chodzi z tymi oknami? – spytał.

Były zasłonięte białymi plastikowymi ekranami.

– Mamy remont fasady.

– Nie da się nawet zobaczyć, czy na zewnątrz jest ciemno.

– Nie, to prawdziwe szaleństwo, można tu zwariować – przyznała Vanessa.

Marzyło się jej, żeby Svante powiedział coś znaczącego. Na przykład, że życie bez niej jest nudne. Ale on zamiast tego zaczął opowiadać o zajściu na próbie, o którym już słyszała. Słuchając jednym uchem, jednocześnie gładziła go po wewnętrznej stronie uda. Dziwne, jak czas zmienia uczucia, myślała przy tym. Gdy jej dłoń przesuwała się po udzie coraz wyżej i wyżej, Svante miał coraz większy problem z kontynuowaniem opowieści. Zmienił mu się oddech, zrobił się nierówny. Vanessa usiadła na nim okrakiem, Svante rozchylił usta i zamknął oczy. Wtedy wpadło jej do głowy, że myśli o tej swojej aktoreczce. Wymierzyła mu policzek. Zaskoczony, szybko podniósł powieki. Przez sekundę sądziła, że jej odda, ale tylko się roześmiał i znów zamknął oczy. Naparła na niego mocniej, poruszała się na nim wolno, zmysłowo. Czuła, że ma go w sobie coraz głębiej.

Gdy doszła, wbiła mu paznokcie w owłosioną klatkę piersiową. Odepchnął jej dłonie.

Było wpół do trzeciej, kiedy wymamrotał, że będzie musiał iść do domu. Zebrał swoje ubranie. Vanessa, owinięta kocem, odprowadziła go do drzwi.

– Jak wyjaśnisz te zadrapania?

Spojrzał w dół na czarną koszulę, którą zapinał, i wzruszył ramionami.

– Jesteś zły? – spytała.

– Nie.

Vanessa zacisnęła usta, tłumiąc pytanie, czy nie mógłby jednak zostać. Całowali się, potem lekko go pchnęła.

– To do zobaczenia, tak? – rzucił.

– Pewnie tak – odparła i zamknęła za nim drzwi.

4

W redakcji „Kvällspressen” panował niemrawy sobotni spokój. Jasmina Kovac szła do bufetu kupić paszteciki, kiedy przywołał ją Bengt. Założyła, że może chodzić o jakiś błąd w materiale o kocie, i przygotowała się na połajankę.

– Potrzebuję dużego tekstu. Do poniedziałkowego numeru.

– Jasne – rzuciła, usiłując ukryć zaskoczenie. – Co konkretnie masz na myśli?

– Dokument.

Tak naprawdę Jasmina miała właśnie kończyć zmianę. Wcześniej razem z Maksem próbowali skontaktować się z posłem Williamem Bergstrandem, ale ten nadal unikał ich telefonów. Ustalili więc, że spróbują go złapać w połowie przyszłego tygodnia. A na resztę tego dnia Jasmina zaplanowała podróż do Växjö, chciała odwiedzić matkę. Nawet już zarezerwowała bilety. Ale będzie musiała zrezygnować, nie mogła odpuścić szansy przygotowania poważnego materiału.

– Oczywiście. A o czym?

– Podsumowanie ostatniej sytuacji z MeToo. Hoffman był zajęty i podsunął mi twoje nazwisko, kiedy spytałem, czy mógłby się tym zająć. Wiesz, nie jestem wcale przekonany, że jesteś już na to gotowa, więc mnie nie zawiedź.

Jasmina nie mogła zdusić uśmiechu, kiedy wracała do swojego biurka. Podszedł do niej Hoffman, niosący przed sobą otwartą gazetę.

Przyskoczyła do niego i wyściskała go.

– Dziękuję – szepnęła.

– Za co? Jestem za stary, żeby całą noc prześlęczeć nad tekstem – odparł. – Ale jeśli chcesz, żeby coś z tego wyszło, lepiej zabierz się od razu do roboty. Jedź do domu. Jeśli zostaniesz tutaj, dowalą ci jeszcze więcej.

Jasmina uzmysłowiła sobie, że Hoffman ma rację. Ten artykuł mógł być jej biletem do poważniejszych zleceń, ale do jego napisania będzie potrzebowała spokoju. Zebrała swoje rzeczy, laptop wcisnęła do plecaka i pożegnała się pospiesznie z resztą reporterów.

Mama będzie zawiedziona. Jasmina była jej całym życiem. Czytała każdą najmniejszą notatkę, którą córka kiedykolwiek napisała, wycinała strony i składała je w kartonowych pudełkach trzymanych pod łóżkiem.

– Cześć, mamo.

– Już przyjechałaś? Wydawało mi się, że mówiłaś, że będziesz wieczorem?

– Musiałam zostać. Chcą, żebym napisała duży artykuł. Musi być gotowy na jutro.

Pomimo starań Jasminy, usiłującej to ukrywać, jej matka domyślała się, że sprawy w Sztokholmie nie układały się zgodnie z planem.

– O, wspaniale – ucieszyła się. – To oczywiste, że musisz napisać ten artykuł.

– Naprawdę nie jesteś zła? Wiesz, że za tobą tęsknię? Naprawdę chcę się z tobą zobaczyć.

– Ja też za tobą tęsknię, moja mała córeczko, ale przyjedziesz, kiedy będziesz miała kolejne wolne.

Jasmina wysiadła z autobusu na Stureplan.

Najlepsze teksty zawsze wychodziły jej wtedy, gdy wokół miała ludzi, w samotności trudno jej było się skoncentrować. Dlatego nie pociągała jej myśl o powrocie do ponurej kawalerki, którą wynajmowała przy Valhallavägen. Przeszła przez przejście dla pieszych i weszła do hotelu Anglais. Lobby było średnio zatłoczone. Jest idealnie, pomyślała, zamawiając wodę mineralną i kawę. Poprosiła o hasło do wi-fi, usiadła na jednej z kanap w pobliżu okna i wyciągnęła laptop.

Zanim zaczęła, poczuła, że przelewa się przez nią fala dumy. Siedzi w hotelowym barze i pisze tekst dla największego tabloidu w Szwecji. Realizuje swoje marzenia.

Kiedy ponownie oderwała wzrok od ekranu laptopa, stwierdziła, że lobby jest zapchane po brzegi. Wodę mineralną już wypiła, kawa była zimna. Z powodu natłoku ludzi ledwie widziała bar. Na podwyższeniu ze sprzętem stał DJ.

Uświadomiła sobie, że szczypią ją oczy i że zesztywniały jej plecy. Wyprostowała się, postanowiła zrobić sobie przerwę. Zauważyła, że przygląda się jej jakiś facet. Odwróciła wzrok i zamknęła laptop. Wtedy ten gość, który na nią patrzył, zapewne błędnie odczytując sytuację, ruszył w jej kierunku.

– Masz ochotę na koktajl? – zapytał, kiedy podszedł.

Wyglądał na jakieś trzydzieści pięć lat. Ciemna koszula. Przystojny, choć dość grubo ciosany. Jasmina pokazała na laptop.

– Pracuję, więc dzisiaj mam wieczór bezalkoholowy – wyjaśniła z uśmiechem. – Ale dzięki za propozycję.

Wcisnął się na kanapę obok niej.

– No weź, daj spokój. Tylko jeden. Przecież to sobota.

W zasadzie to naprawdę potrzebowała odskoczni. Każde zdanie w artykule musiało być perfekcyjne i jeśli miała utrzymać koncentrację, musiała się na chwilę skupić na czymś innym.

– To może kawa? – zgodziła się. – Potem będę musiała wracać do domu i dalej pracować.

– Mam na imię Thomas – przedstawił się mężczyzna, wstając. Po uściśnięciu jej dłoni podniósł ją do ust. Jasmina poczuła na skórze drapanie jego zarostu.

Chwilę później pili kawę i rozmawiali. W trakcie Thomas przysuwał się coraz bliżej i bliżej. Zadawał mnóstwo pytań, ale odpowiedziami nie wydawał się zbytnio zainteresowany. Jego oczy wpatrywały się w jej ciało, z coraz większą częstotliwością zatrzymując się na jej biuście. Jasmina pomyślała, że facet jest obleśny. Poza tym była senna i zmęczona.

W pewnym momencie powiedziała, że przeprasza, ale musi pójść do toalety, żeby się odświeżyć.

Wstała i świat zawirował, nogi się pod nią ugięły. Chwyciła się stolika, poczuła, że Thomas ją przytrzymuje. Gdzie jest jej plecak? Co z laptopem?

– Dzięki – usłyszała, jak mówi, sepleniąc. Jej głos brzmiał metalicznie, jakby mówiła do puszki.

Thomas trzymał ją za ramię, drugą ręką obejmował w pasie. Jej szczęka była bezwładna, powieki ciężkie, ledwie mogła utrzymać je otwarte. Chciała zaprotestować, gdy Thomas zaczął prowadzić ją przez tłum, ale z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk.

Nagle znaleźli się na zewnątrz. Widziała chodnik pod stopami, czuła silny uścisk dłoni Thomasa na ramieniu. Oślepiające światła reflektorów. Zamknęła oczy. Głowa opadła jej na ramię towarzysza. Otworzyły się drzwi jakiegoś samochodu, ktoś się roześmiał. Została wepchnięta na tylne siedzenie. Silnik zastartował i auto ruszyło. Przed jej twarzą pojawiła się twarz Thomasa. Próbowała coś powiedzieć, ale wydobywał się z niej jedynie niezrozumiały bełkot. Znowu śmiech. Chciała przekręcić głowę, lecz to też jej się nie udało.

Ilu ich tam było? Dokąd ją wieźli? Czyjaś ręka wepchnęła się jej pod bluzkę, po brzuchu powędrowała w górę i zamknęła na piersi. Druga dłoń wciskała się między jej nogi. Samochód zaczął jechać szybciej, światła uliczne zniknęły i Jasmina straciła przytomność.

5

Emelie Rydén rozejrzała się po pustym dwupokojowym mieszkaniu przy Åkerbyvägen w Täby. Choć nigdy by tego nikomu nie powiedziała, miło było nie musieć czasami opiekować się Novą. Emelie miała spędzić weekend z Ilanem, dlatego poprosiła rodziców, żeby córkę zabrali do siebie.

Ale okazało się, że Ilan musiał pojechać do Malmö, do pracy.

Obiecał, że po kolacji z szefem zadzwoni do niej z pokoju hotelowego. Teraz była 10.32, a on wciąż nie dzwonił.

Emelie włączyła telewizor i zaczęła skakać po kanałach.

W pewnym momencie przyszło jej do głowy, że Karim w jakiś sposób dowiedział się o ich związku, pojechał do Malmö i zrobił coś Ilanowi.

Ostatni raz w więzieniu u Karima była trzy tygodnie temu. Mogli go w tym czasie wypuścić na przepustkę, a ona mogła nic o tym nie wiedzieć. A ponieważ do końca odsiadki zostały mu tylko dwa miesiące, jeśli wyszedł, to pewnie nikt go nie nadzoruje.

Emelie poznała Ilana cztery miesiące temu, gdy do jej salonu dostarczono cztery duże skrzynie produktów. Kurier pokręcił głową, gdy poprosiła, żeby wniósł je do środka.

Ilan, który akurat przechodził obok salonu, zwrócił uwagę na Emelie i skrzynie i zapytał, czy nie potrzebuje pomocy.

Podwinął rękawy, wniósł skrzynie i zniknął. Następnego dnia wrócił, i Emelie – ku swemu wielkiemu zaskoczeniu – stwierdziła, że ją to ucieszyło, i zaprosiła go na kawę.

Tydzień po tym spotkaniu przespali się ze sobą po raz pierwszy.

Zadzwoniła jej komórka i na ekranie wyświetliła się twarz Ilana.

– Przepraszam, że to tak długo trwało – zaczął. – Nie mogli oderwać się od picia.

– Jesteś pijany? – spytała, biorąc łyk herbaty.

– Ależ skąd. Wypiłem tylko trochę.

Emelie odstawiła kubek na stolik kawowy i wyciągnęła się na kanapie, głowę opierając na podłokietniku.

– Przykro mi, że tak wyszło – kontynuował Ilan. – Naprawdę bardzo chciałem zobaczyć cię w ten weekend.

– Nie przejmuj się. Nadrobimy to w przyszły.

– Jest coś, co muszę ci powiedzieć – rzekł poważniej Ilan.

Emelie usłyszała za oknem jakiś hałas, spojrzała w tamtą stronę. To prawdopodobnie tylko gałąź uderzająca w szybę pod wpływem wiatru.

– Okłamałem cię. Przyjechałem tu, bo zaproponowali mi pracę. Tutaj, w Malmö.

Zalała ją ulga, ale też zrobiło jej się smutno. Ilan podejmie pracę i ją zostawi. I nawet nie mogła mieć o to do niego pretensji. Dopiero się przecież poznali. To oczywiste, że nie będzie mu się chciało ciągać ze sobą dziecka, które na dodatek nie było jego. Poza tym, choć nie powiedziała mu całej prawdy o Karimie, przypuszczała, że miał swoje podejrzenia.

– Rozumiem.

– Wiem, że to za wcześnie, ale tak bardzo lubię ciebie i Novę. Może oszalałem, ale zastanawiałem się, czy nie chciałybyście przenieść się razem ze mną?

Z zaskoczenia aż się roześmiała.

– Mówisz serio?

– Tak.

Zamknęła oczy.

Wyobraziła sobie szczupłą zwinną sylwetkę Ilana. Jego ciepłe, ciemne oczy. Żałowała, że go tu nie ma. Że nie ma go przy niej. Kiedy przeniosą się do Malmö, nie będzie musiała za nim więcej tęsknić. Jakieś poruszenie za oknem sprawiło, że podskoczyła. Ilan mówił dalej, ale ona przestała go słuchać. Podniosła się wolno i z telefonem przyklejonym do ucha wyjrzała w mrok.

Przysunęła się bliżej do okna, przytknęła dłonie do zimnej szyby i spojrzała najpierw w jedną, potem w drugą stronę. Nic. Tylko ciemność, puste podwórko, na którym Nova uwielbiała bawić się z dziećmi sąsiadów.

– Co mówiłeś?

– Że jestem szczęśliwy – powtórzył Ilan. – Dzisiaj przechodziłem obok lokalu, który świetnie będzie się nadawał na salon kosmetyczny. Nie żeby był jakiś pośpiech. Dostanę dużą podwyżkę, więc naprawdę nie musisz myśleć od razu o pracy.

Emelie przeszła przez pokój, wyszła na korytarz i sprawdziła, czy drzwi wejściowe są zamknięte.

– A ja już myślałam, że chcesz mi powiedzieć, że się z kimś przespałeś.

Ilan roześmiał się. Głośnym, wyzwalającym śmiechem.

Przez wizjer Emelie wyjrzała na klatkę. Pusto. Rozluźniła się. Jeśli Karima by wypuścili i gdyby się pojawił, zadzwoniłaby na policję. Ale nie chciała, żeby Ilan wiedział, co się dzieje. Powiedziała mu o Karimie, lecz pominęła szczegóły. Skłamała, że mieszka za granicą.

Wróciła na kanapę, nie mogła się jednak zrelaksować i skupić na tym, co mówił Ilan. Naprawdę nienawidziła tego, że mieszka na parterze.

Kiedy się żegnali, usłyszała, że otwierają się drzwi na klatkę, więc szybko zakończyła rozmowę. Nie chciała, żeby, gdyby nagle rozległo się walenie do drzwi, Ilan zaczął zadawać pytania.

Znowu wstała, wsłuchała się w kroki na klatce.

Zamknęła oczy, mając nadzieję, że osoba na zewnątrz minie jej drzwi i że rozlegnie się odgłos uruchamianej windy. Akurat gdy pomyślała, że usłyszała znajome dudnienie w szybie, od drzwi przypłynął dźwięk dzwonka.

6

Jasminę ocuciło mocne uderzenie w twarz. Leżała na łóżku w ciemnym pokoju. W głowie jej dudniło, czuła mdłości. Znowu ktoś ją spoliczkował. Gdzie ona jest?

– Czas się budzić.

Przypomniała sobie bar i Thomasa. Złapała za górę spodni, usiłowała się opierać. Ręce miała słabe, materiał wyśliznął jej się spomiędzy palców. Spodnie zostały ściągnięte. On stał nad nią, zdarł z niej majtki.

– Nie – wychrypiała.

Usłyszała głosy. Przymrużyła oczy, starając się zorientować, co lub kto był wokół niej. Ale wszystko było rozmazane. Po prawej stronie stała szafa z drzwiami z lustrem. Zobaczyła w nim odbicie poruszających się ludzi. W pokoju było kilka osób.

Ściągnęli z niej bluzę, rozerwali stanik.

– Proszę, przestańcie! – zawołała.

Była w coraz większej panice. Zaczęła się rzucać, wierzgać nogami.

Cios w brzuch pozbawił ją powietrza. Rzężąc i kaszląc, starała się odzyskać oddech.

– Jeśli będziesz się awanturowała, wyciągniemy nóż, a tego wolałabyś uniknąć – zagroził Thomas. Musnął dłonią jej policzek. – Szkoda by było takiej ładnej twarzyczki.

Jego oddech był wilgotny i kwaśny.

– Nie jest taką cnotką, na jaką się robi. Spójrzcie na to – rzucił, chwytając za kółko w jej sutku i z ciekawością za nie pociągając. – Czyli jednak jesteś regularną małą kurewką, co?

– Proszę, wypuśćcie mnie – szepnęła, gwałtownie mrugając powiekami.

– Takie małe kurewki jak ty lubią to, nawet jeśli udajecie, że tak nie jest – kpił Thomas.

Pogładził ją po policzku, potem rozpiął pasek u swoich spodni. Silne ręce przekręciły ją na brzuch i przygwoździły do łóżka. Ktoś wcisnął jej twarz w materac. Nie mogła oddychać. Chciała się uwolnić, szarpała się, krzyczała, ale wszystko tonęło w wypełniaczu materaca.

Thomas stęknął, kiedy się w nią wbił. Bolało jak diabli. Czuła się bezradna. Mała. Ruchy stały się ostrzejsze, bolało coraz bardziej i bardziej. Znów krzyknęła w materac.

– Kurwa, minęło trochę czasu. Ale ma ścisłą cipę. Może jest młodsza, niż myśleliśmy?

– Albo nikt jej nigdy porządnie nie ruchał. Popatrz, jak jej się to podoba.

Śmiechy.

Zmieniali się, przekazywali ją sobie, siłą rozkładając jej nogi, kiedy się opierała.

W lustrze dostrzegła odbicie ich nagich ciał. Odwróciła oczy. Zmusiła się do patrzenia w sufit. Czuła się, jakby była sparaliżowana, oni nie musieli jej już przytrzymywać. Nie miała dokąd uciec. Traciła przytomność i odzyskiwała ją, aż w końcu któryś z nich wyrwał kolczyk z jej sutka. Wrzasnęła. Duża dłoń zablokowała jej usta.

– Zamknij się.

Dusiła się, rzęziła. W ślepej panice zaczęła młócić rękami. Nad sobą zobaczyła błyszczącą, zamazaną twarz.

– Rozkładaj giry.

Nie przestawali stękać, jęczeć, nakręcali jeden drugiego, poniżali ją.

W końcu im się znudziło. Wstali i zniknęli. Chwila spokoju. Jasmina leżała całkowicie nieruchomo, potem wsunęła rękę między nogi, podniosła ją do oczu. Była zakrwawiona.

Przez szparę w dole drzwi do pokoju wpływały stłumione dźwięki ochrypłych głosów, dym z papierosów. Jasmina przekręciła się na bok, by poszukać okularów. Nie mogła ich znaleźć. Trzęsła się z zimna. Potem dotknęła swoich piersi. Na palcach poczuła lepkość krwi.

Kiedy usłyszała kroki, zwinęła się w kłębek, odwróciła do ściany i zamknęła oczy. Nie da rady znowu tego znieść.

– Wypadasz stąd.

Thomas usiadł na brzegu łóżka i zmusił ją, żeby się do niego odwróciła. Nachylił się nad nią.

– Jeśli komuś o tym powiesz, zabijemy cię, Jasmino Kovac.

Złapał ją za włosy, odwrócił jej twarz do siebie, pod nos podsunął jej prawo jazdy. Odczytał dane.

Zaczęła płakać.

– Słyszysz, mała zdziro? Dopadniemy cię i następnym razem nie będziemy już tacy mili.

Rzucił w nią jej ubraniem. Jakoś zdołała wciągnąć spodnie. Między nogami czuła pulsujące pieczenie. Kątem oka widziała zarys nieogolonej twarzy Thomasa. Podciągnął ją na nogi i pchnął w stronę drzwi. Potykając się, wyszła do salonu. Idąc, chwiała się, każdy krok przeszywał ją bólem.

– Wyglądasz, jakbyś się nieźle zabawiła – powiedział ktoś.

Wyprowadzili ją na klatkę, sprowadzili na dół i wepchnęli na tył samochodu.

Auto ruszyło. Mężczyźni wydawali się zmęczeni, nie mówili wiele. Zaraz miało świtać. Żeby zorientować się, gdzie jest, Jasmina usiłowała odczytywać nazwy ulic na tabliczkach.

– Tu będzie dobrze – rzucił jeden z nich do kierowcy.

Podjechali pod krawężnik i drzwi się otworzyły. Ktoś zatrąbił.

– Pamiętaj, co powiedziałem, Jasmino Kovac – znajdziemy cię i zabijemy.

Postawiła stopy na chodniku.

– No już, spadaj, do kurwy nędzy.

Poczuła pchnięcie, prawie się potknęła, ale jakoś jednak zdołała utrzymać się w pionie.

7

Vanessa schyliła się po leżący na wycieraczce egzemplarz nowego numeru „Dagens Nyheter”. Wersja papierowa gazet to przestarzała moda i obciążenie dla już i tak nadwyrężonego środowiska, ale świat tak czy owak czekał nieunikniony rozpad. A Vanessa lubiła być na bieżąco z wiadomościami o najnowszych skandalach politycznych, o brexicie i z tweetami prezydenta Stanów Zjednoczonych. Świat robił się coraz dziwniejszy i ona czuła się w nim coraz mniej swojsko. Po raz pierwszy w historii ludzkości więcej ludzi umierało z przejedzenia niż z głodu. Więcej ludzi zabijała teraz starość niż choroby zakaźne. I ponad wszystko: więcej ludzi ginęło na skutek samobójstw niż od wojen, zbrodni czy terroryzmu. A jednak ludzie bali się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Odłożyła gazetę na blat wyspy kuchennej, uruchomiła ekspres i przyłapała się na tym, że tęskni za Svante. W tle szumiał włączony telewizor.

– We Frihamnen znaleziono trzy martwe osoby. Mężczyźni zginęli od postrzałów w głowę. Wszyscy trzej byli znani policji.

Vanessa podkręciła głośność.

Kolejne porachunki gangsterów.

Sztokholm był zalany bronią, młodzi ludzie nie wahali się jej użyć w walce o udziały w rynku kokainowym czy do wymierzenia zemsty pod byle pretekstem. Automatyczne kałasznikowy można było kupić na ulicach stolicy za dwadzieścia pięć tysięcy koron. Pistolet za dziesięć. Granat ręczny dostawało się za jakiś tysiąc, chyba że akurat trwał większy konflikt, wtedy handlarze podnosili cenę do dwóch tysięcy pięciuset.

Egzekucja we Frihamnen miała prawdopodobnie związek z handlem narkotykami, ale możliwe było wszystko – kryminaliści obrażali się łatwiej niż Donald Trump, którego małe przepełnione wściekłością oczka patrzyły na nią teraz ze strony tytułowej „DN”.

Po odejściu z NOVA, po reorganizacji przemianowanej na Jednostkę Dochodzeniową, Grupę Inwigilacyjną 5 i 6, Vanessa nie musiała już przynajmniej mieć do czynienia z wojnami gangów. Te sprawy były trudne do rozpracowywania, bo zarówno świadkowie, jak i ci bezpośrednio zaangażowani w napady niechętnie rozmawiali z policją. Zeszły tydzień spędziła w Kalmar, gdzie podczas przyjęcia domowego sytuacja wyrwała się spod kontroli i jeden z gości został na śmierć zadźgany nożyczkami.

Vanessa nalała sobie kawy i zamierzała wrócić na kanapę, ale zadzwoniła jej komórka służbowa.

– Dzień dobry – przywitał się radośnie Mikael Kask, jej szef z Riksmord. – Co słychać?

– Jestem w połowie śniadania.

– Jesz coś smacznego?

– Kawa i e-papieros. Śniadanie mistrzów.

– Samo zdrowie.

Mikael przypuszczalnie był na szkoleniu dla zwierzchników, gdzie nauczyli go poufałej rozmowy z podwładnymi.

W telewizji materiał o potrójnym zabójstwie dobiegł końca, zastąpił go panel dyskusyjny na temat imprez dla dzieci.

Mikael Kask odchrząknął. Koniec z miłymi pogawędkami.

– Wiem, że masz dzisiaj wolne, ale dzwonili z Ciężkich Przestępstw. Potrzebują pomocy.

– Potrójne zabójstwo we Frihamnen.

– Nie, chociaż to im pożera zasoby. Dziś rano w Täby znaleziono martwą młodą kobietę. Brakuje im śledczych. Mogłabyś tam pojechać? Technicy są już na miejscu.

Może to niewłaściwe, ale Vanessę zawsze bardziej przygnębiało, gdy to kobieta padała ofiarą przemocy, niż gdy znajdowano zastrzelonego członka gangu. Może było tak, bo gdy była młodsza, straciła córkę, Adeline. I może to nie sama śmierć kobiet tak na nią działała, a raczej strata odczuwana przez rodziców. Vanessa wiedziała, na jakie życie byli skazywani.

– Jasne.

Mikael podał adres. Vanessa wskoczyła pod prysznic, potem się ubrała – garniturowe spodnie i koszula. Chwila przed lustrem, żeby przyjrzeć się twarzy. Później wstukała kod, otworzyła sejf i swojego sig sauera wsunęła do kabury.

Po tym jak przed kilku laty rozbiła siatkę mafijną w Södertälje, wolno jej było trzymać broń w domu. W ostatnich latach liczba napaści na funkcjonariuszy policji znacząco wzrosła. Jednak głównym powodem, dla którego Vanessa trzymała broń u siebie, nie był ten, o którym wiedzieli jej przełożeni.

Trochę ponad rok temu brała udział w akcji rozpracowania organizacji przestępczej, samą siebie nazywającą „Legion”. Podczas transakcji przeprowadzanej w dziupli na północy Sztokholmu Vanessa i Nicolas Paredes, były żołnierz zawodowy z elitarnej jednostki komandosów, zabili czterech członków grupy. Legion poza zaopatrywaniem aglomeracji sztokholmskiej w wysokiej jakości kokainę porywał też dzieci uchodźców i wysyłał do Ameryki Południowej.

Funkcjonariusz policji i świadek, który mieszkał w tamtym domu, byli już martwi, kiedy ona i Nicolas przybyli na miejsce.

Vanessa wyszła z mieszkania. Na Odengaten powietrze było rześkie i suche. Blade promienie słońca starały się wspiąć ponad wysokie budynki. Obok garażu przeszedł umięśniony mężczyzna z zielono-niebieskim tatuażem widocznym nad kołnierzem kurtki. Głowę miał ogoloną na łyso i jedną ręką podtrzymywał siwowłosą kobietę. Wydawała się bardzo drobna u jego boku, prawie na nim wisiała.

Matka? Mężczyzna szedł wolno, ostrożnie, tak by kobieta za nim nadążyła. Vanessa pomyślała, że czterdzieści lat temu to pewnie mężczyzna wisiał u ręki swej towarzyszki.

W garażu jej komórka znowu zadzwoniła.

Zamordowana kobieta nazywała się Emelie Rydén.

8

Trzydziestojednoletni Nicolas Paredes czekał, aż woda w czajniku się zagotuje, zanim wstał z kanapy, wyjął kubek, na dno wsypał łyżkę neski i zalał wrzątkiem. Otworzył drzwi balkonu, oczy przed słońcem osłonił ręką.

Na balkonie obok na poręczy siedziała dziewczynka z zielonymi włosami. Jej długie nogi dyndały nad ziemią.

– Hej, Nicolas – rzuciła wesoło, nie przekręcając głowy.

Nicolas podniósł w stronę dziewczynki kubek, ale nie odezwał się.

– Chcesz maszka? – spytała.

Pokręcił głową.

– Ile ty masz lat, Celine?

– Dwanaście.

– Jezu.

– To w takim razie może jajecznica? – zaproponowała Celine, zupełnie niezmieszana.

Nicolas posłał dziewczynce znużone spojrzenie i zauważył, że ma pod okiem świeżego siniaka. Prawdopodobnie dzieło ojca. Albo kolegi z klasy. Nicolas powinien porozmawiać z ojcem lub przynajmniej powiadomić opiekę społeczną, nie mógł jednak angażować się w cokolwiek, co mogłoby ściągnąć na niego uwagę służb porządkowych.

– Nigdy nie przyrządzasz niczego innego poza jajecznicą?

– Mogę jeszcze zrobić jajka na twardo, jeśli wolisz?

– Zrób, co chcesz, tylko przestań tak siedzieć – wiesz, że to mnie denerwuje. Jeśli zjem jajecznicę, obiecasz, że się nie naćpasz?

Celine kiwnęła głową, zeskoczyła z poręczy i zniknęła w mieszkaniu. W głębi swojego Nicolas usłyszał, że otwiera się skrzynka na listy i coś ląduje na parkiecie. Podszedł, schylił się i podniósł brązową kopertę. Jego imię i nazwisko napisane były dziecięcym charakterem pisma. Zabrał ze sobą list i wrócił na balkon – w tym samym momencie na swoim znowu pojawiła się Celine, z patelnią w ręce. Nicolas użył łyżeczki od kawy i spróbował jajecznicy. Celine przyglądała mu się wyczekująco. Jak zwykle jajecznica była przesolona.

– Dobra.

Wziął od dziewczynki patelnię i łapczywie pochłonął jej zawartość. Jeszcze nie robił sobie śniadania.

– Dzięki – rzucił, kiedy skończył. Wytarł usta i oddał patelnię.

Celine odstawiła ją na posadzkę. Potem z przygnębioną miną oparła się o poręcz.

– Wiem, że żadne z nas nie ma przed sobą szczególnie dobrego dnia. Chcesz posłuchać swojego horoskopu?

Nie czekając na odpowiedź, podniosła z posadzki balkonu gazetę i zaczęła czytać. Nicolas rozerwał kopertę.

Wiadomość była krótka, napisana pośrodku kartki A4.

Muszę z tobą porozmawiać. Ivan.

– Wygląda, że ten dzień naprawdę będzie gówniany – wymamrotał, zgniatając kartkę w kulkę.

– No przecież mówiłam.

9

Bloki były trzypiętrowe, przestrzenie między nimi wypełniały trawniki i place zabaw. Vanessa podeszła do funkcjonariusza stróżującego przy kordonie, okazała legitymację i podniosła niebiesko-białą taśmę.

Drzwi frontowe były otwarte.

– Halo?

Czekając, aż ktoś po nią przyjdzie, przyglądała się zamkowi. Brak śladów włamania. Z drugiej strony mieszkanie znajdowało się na parterze – wejście przez otwarte okno nie wymagałoby umiejętności akrobaty. Na korytarz wytknęła głowę kobieta technik kryminalistyczny w białym kombinezonie.

Vanessa włożyła taki sam oraz ochraniacze na buty i gumowe rękawiczki, potem ruszyła za przewodniczką. W salonie był kolejny technik, klęczał z aparatem i fotografował zwłoki.

Emelie Rydén leżała na parkiecie w kałuży krwi. Na torsie i szyi miała rany po ciosach nożem. Oczy ziały pustką, usta były szeroko otwarte, nadające twarzy denatki wyraz zdziwienia. Vanessa łukiem obeszła ciało i odwróciła się do kobiety, która ją wprowadziła. Nad maską dostrzegła parę ciemnych oczu i śniadą cerę.

– Co wiemy?

Kobieta kciukiem dała znak, że powinny przejść do kuchni. Przy blacie ściągnęła kaptur. Siatka pod nim z trudem przytrzymywała jej gęste i prawdopodobnie długie włosy.

Technik wyglądała na jakieś trzydzieści lat, Vanessa domyślała się, że z pochodzenia była Hinduską.

– Dziś rano znalazła ją jej matka. Przyszła oddać wnuczkę, którą opiekowała się przez weekend – poinformowała kobieta. Mówiła z norweskim akcentem. – Dwadzieścia kilka ciosów nożem w brzuch i szyję. Miała dwadzieścia pięć lat. Była kosmetyczką i prowadziła salon w suterenie niedaleko stąd.

– Sąsiedzi coś słyszeli?

Kobieta wzruszyła ramionami.

– Nie wiem. Twoi koledzy chodzą i pytają.

Vanessie spodobała się rozmówczyni. Była ostra, mówiła jasno i zwięźle, nie wdawała się w zbędne szczegóły.

– Komórka?

– Zabezpieczona hasłem. Informatyk właśnie ją spakował do odesłania do zbadania.

– Ile czasu jeszcze wam to tu zajmie? – spytała Vanessa.

– Jeśli nic więcej nie ma, wkrótce skończymy.

Vanessa usłyszała odgłos silnika i odwróciła głowę.

Za oknem zatrzymała się karetka, przyjechała po zwłoki. Kiedy dwóch mężczyzn mechanicznie podniosło ciało, które zaledwie kilka godzin temu było żyjącą osobą z marzeniami, wspomnieniami z dzieciństwa i emocjami, Vanessa przeszła do sypialni.

Podwójne łóżko na środku pokoju było zasłane. Otworzyła szafę. Ubrania w niej były albo starannie złożone, albo wisiały na wieszakach. Odwróciła się i podeszła do komody, na której stały trzy oprawione w ramki fotografie.

Otoczona czwórką znajomych Emelie Rydén na jednym ze zdjęć z wystawionym językiem palcami pokazywała znak rogów. Platynowy blond na włosach, mocny makijaż i błyszczący aparat na zębach górnej szczęki. Na koszulce, którą miała na sobie, widniał napis: „Tokio Hotel”.

Vanessa miała problem z patrzeniem na ludzi, którzy już nie żyją. Pewnego dnia, pomyślała, kiedy ja będę martwa, ktoś będzie patrzył na zdjęcia przedstawiające mnie.

Odstawiła fotografię i przeszła do drugiej sypialni.

Pod oknem stało dziecięce łóżeczko. Przezroczyste pojemniki, ustawione jeden na drugim, wypełniały zabawki. Vanessa powąchała powietrze, wydało jej się, że wyczuwa lekką woń detergentów. Na parapecie w ramkach Disneya stały dwa zdjęcia. Jedno z nich, zrobione na plaży, przedstawiało Emelie Rydén, która na tle zachodzącego słońca trzymała wysoko w górze córkę. Dziewczynka wydawała się zanosić śmiechem.

Vanessa zerknęła na drugie zdjęcie. Było czarno-białe, zrobione w szpitalu. Muskularny mężczyzna z ogoloną głową, trzymający owinięte w kocyk nowo narodzone dziecko. Facet wpatrywał się w dziecko z miłością w oczach. Jego naprężone ramiona pokrywały tatuaże.

– To niemożliwe – wymamrotała Vanessa.

W tym momencie za jej plecami rozległo się chrząknięcie. Nie odkładając zdjęcia, szybko odwróciła się. W drzwiach stał mężczyzna, czterdziestokilkuletni, włosy rude i krótkie. Zielony T-shirt z długimi rękawami ściśle opinał wydatny brzuch.

– Vanessa Frank?

Wymienili uścisk okrytych gumowymi rękawiczkami dłoni.

– Ove Dahlberg. Wydział Ciężkich Przestępstw.

Vanessa podniosła zdjęcie i pokazała koledze widniejącego na nim człowieka.

– Wiesz, kto to jest?

Ove przymrużył oczy, przyjrzał się i pokręcił głową.

– Nie znam go, ale gdybym miał pozwolić sobie na ocenę, to gość mi nie wygląda na lokalnego sprzedawcę Biblii.

– To Karim Laimani. Członek siatki mafijnej z Sätra. Skazany za pobicia, handel narkotykami i bronią, przemoc domową. To ojciec dziecka ofiary.

– I gdzie on teraz jest?

– Jeśli dobrze pamiętam, to w więzieniu Åkersberga.

10

Jasmina pokuśtykała do szafki nocnej i wyjęła zapasowe okulary, które trzymała w górnej szufladzie. Cała drżała, jakby zaraz miała zemdleć.

Znowu przed oczami stanęły jej wydarzenia z minionych kilku godzin. Bicie, ból. Śmiech tamtych mężczyzn, odór alkoholu. Film się przewinął. I znowu rozpoczął. Leżała na boku na łóżku i przyciskała ręce do uszu. Zaciskała szczęki. Zęby zgrzytnęły, zaczęła się dusić. Zamknęła oczy. Starała się zatrzymać film, sprawić, by zamglone postaci rozproszyły się.

Dźwięki, jakie się z niej wydobywały, nie były ludzkie, brzmiały, jakby pochodziły od zranionego, przerażonego zwierzęcia.

Nakryła głowę poduszką. Położyła się na plecach, przycisnęła miękki materiał do ust i krzyknęła. Krzyczała tak, jak nie krzyczała nigdy wcześniej, krzyczała całą sobą.

Kiedy w końcu przekręciła się na bok i ostrożnie postawiła stopy na podłodze, nie wiedziała, jak długo leżała. Nie wiedziała, czy była przytomna, czy spała. Poprawiła przekrzywione okulary. Ponad zdjęciem ojca sięgnęła do budzika i odwróciła go do siebie. Czerwone cyfry pokazywały 13.47. Wstała, na blacie w aneksie kuchennym znalazła swoją komórkę i zobaczyła, że ma dziewiętnaście nieodebranych połączeń, wszystkie z numerów „Kvällspressen”. Jeden z nich był numerem Hansa Hoffmana, drugi Bengta.

Nie poszła na zebranie, artykuł nie był gotowy.

Oparła się o kuchenkę i z dłonią zasłaniającą usta zaczęła myśleć.

Ile reportaży i artykułów o ofiarach gwałtu napisała? Na dyktafonie miała całe mnóstwo policyjnych cytatów, które niezmiennie mówiły to samo: zgłoś to.

Jasmina zawsze sądziła, że gdyby kiedykolwiek została zgwałcona, nie wahałaby się i zgłosiłaby to policji. Stanęłaby w swojej obronie. Ale gdyby rzeczywiście to teraz zrobiła, wszyscy by się dowiedzieli. Każdy z jej kolegów. Już zawsze byłaby „tą reporterką, którą zgwałcili”. Najgorsze ze wszystkiego, że dowiedziałaby się jej matka. Biedna mama. Nie mogła jej na to skazać. Wszystko, tylko nie to.

Zresztą nie byłaby teraz w stanie z nikim rozmawiać, odpowiadać na pytania, przypominać sobie, tłumaczyć. Przynajmniej jeszcze nie w tej chwili.

Otworzyła szafkę i wyjęła plastikową torbę. Po rozebraniu się wepchnęła do niej ubranie i bieliznę. Potem poszła wolno do łazienki, rozstawiła szeroko nogi na zimnych kaflach i ostrożnie wsunęła w siebie patyczek higieniczny. Pokręciła nim. Wzięła drugi i powtórzyła procedurę. Oba patyczki włożyła do plastikowego pojemnika, owinęła go folią samoprzylepną i wrzuciła do pustej lodówki.

Zadzwonił telefon. Sięgnęła po niego, spodziewając się, że to Bengt lub ktoś inny z gazety – ale to była mama.

– Hej, kochanie. Nie chcę ci przeszkadzać, ale zżera mnie ciekawość. Jak ci poszło z artykułem?

Jasmina zamknęła oczy.

– Halo?

Zacisnęła ręce i usiłując mówić normalnie, zmusiła się do odpowiedzi.

– Artykułu nie będzie – oznajmiła ponuro.

Chwila skonsternowanej ciszy. Jasmina wpatrywała się w przestrzeń przed sobą.

– Co się stało? – spytała matka.

Jasmina wiedziała, że matka stara się zachować spokój, nie wyjść na zbyt zaniepokojoną, zbyt mamuśkowatą.

– Nic. Wszystko jest w porządku. Po prostu nie potrzebowali już tego materiału. Pojawiło się coś innego, co było ważniejsze.

– Przejęłaś się tym, kochanie?

– Takie rzeczy się zdarzają.

– Tak, no właśnie. Jeśli chcesz, możesz mi przysłać ten artykuł. Chętnie go przeczytam.

– Komputer służbowy mam w biurze.

Jasmina ponuro się uśmiechnęła. Nienawidziła kłamać.

– Jaka szkoda. Co zatem będziesz dziś robiła? – spytała matka.

– Wybieram się ze znajomymi na piwo.

– Och, to dobrze. – Matka zamilkła, szukając słów. – Jeśli coś się wydarzy, dzwoń. Kocham cię, moja mała dziewczynko.

– Zaczekaj – poprosiła szybko Jasmina. Wzięła głęboki wdech.

– Tak?

– A ty co będziesz robiła?

– O mnie się nie martw. Coś wymyślę.