Wydawca: Studio Emka Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 423 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Biznes do góry nogami wywrócony - Sir Richard Branson

Naprawiajmy wszystko na tym „”najpiękniejszym ze światów” nie dlatego, że nie ma innego wyjścia, ale również dlatego, że to życie i ten świat są wszystkim, co mamy. Bo nie ma planety B.”

Richard Branson

W sam raz na dzisiejsze czasy. Zachęca do bardziej etycznego podejścia do robienia interesów.
„BusinessWeek”
To nie jest, tak po prostu, kolejna książka o biznesie. To rzecz o tym, jak na lepsze zmieniać świat.
W tym swoistym manifeście naszych czasów Branson stawia generalną tezę, że na naszych oczach dobiega końca era industrialna a zaczyna era ludzi. Przywołuje historie przedsiębiorców, którzy wytyczają nowe szlaki przekształcając swoje firmy tak, by stanowiły siłę, czyniącą dobro i społeczny pożytek z korzyścią dla nas wszystkich, całego globu - „Ziemi, planety ludzi”.
„Pora postawić kapitalizm na głowie. Czas wywrócić biznes do góry nogami”- nawołuje Branson.
Richard Branson – człowiek, który złamał sztywne zasady biznesu i dokonał fantastycznych rzeczy. Jest jednym z najbogatszych ludzi na świecie. Wszystko osiągnął sam, stosując własne, innowacyjne rozwiązania. Śmiało wkracza na niezbadane tereny, podejmując nieustannie nowe wyzwania.

Opinie o ebooku Biznes do góry nogami wywrócony - Sir Richard Branson

Fragment ebooka Biznes do góry nogami wywrócony - Sir Richard Branson

Tytuł oryginału:

Screw Busiess As Usual

Przekład:

Jerzy Cieślińsk

Projekt polskiej wersji okładki:

Michał Duława

Redakcja:

Krzysztof Gajowiak

Redakcja techniczna:

Teresa Ojdana

Korekta:

Zosia Kozik

Copyright © Sir Richard Branson

First published in 2011 by Virgin Books, an imprint of Ebury Publishing

A Random House Group Company

Front cover image©Corbis

Copyright © for the polish edition by Wydawnictwo Studio EMKA,

Warszawa 2015

Wszelkie prawa, włącznie z prawem

do reprodukcji tekstów w całości lub w części,

w jakiejkolwiek formie – zastrzeżone.

Wszelkich informacji udziela:

Wydawnictwo Studio EMKA

ul. Królowej Aldony 6, 03-928 Warszawa

tel./fax 22 628 08 38, 616 00 67

wydawnictwo@studioemka.com.pl

www.studioemka.com.pl

ISBN 978-83-64437-68-7

Skład i łamanie: Page Graph

www.pagegraph.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Książkę tę dedykuję moim dzieciom, Holly i Samowi, oraz ich dzieciom, które, mam nadzieję, zobaczą, że postępowaliśmy właściwie i wywróciliśmy nasz biznes do góry nogami, aby chronić ten piękny świat, w którym żyjemy, i sprawić, aby każdy w naszej globalnej wiosce miał szansę żyć tak wspaniale, jak na to zasługuje.

Już kupując tę książkę, zrobiłeś coś dobrego, bo 100 procent moich tantiem przekazuję naszej fundacji non profit Virgin Unite, wspierającej oparte na przedsiębiorczości inicjatywy mające zmienić świat.

Dziękuję za pomoc w szerzeniu tej idei i zapraszam, abyście nadal to z nami robili.

Aby się przyłączyć, zajrzyj na: stronę internetową

http://virginunite.screwbusinessasusual.com

Twittera

@virginunite #sbau

Facebooka

facebook.com/VirginUnite

Przedmowa

To, jak żyjemy – i jak prowadzimy nasze firmy – zmienia się jak nigdy dotąd. Coraz większe możliwości kontaktowania się, częściowo dzięki mediom społecznościowym, wpływają na sposób funkcjonowania świata. W miarę jak władza rządów jest ograniczana i przechodzi w ręce ludzi, wszelkie ruchy stają się dużo silniejsze i wszystko dzieje się dużo szybciej niż kiedykolwiek dotąd.

Arabska wiosna jest tego świetnym przykładem, tak samo jak ruch Occupy. W obu przypadkach odniesiono sukces, ale pojawiły się również trudności z ustaleniem, co dalej i jacy przywódcy mogliby skutecznie wspierać te fundamentalne przemiany. Podczas mojej niedawnej podróży do Kairu byłem zachwycony, widząc nadzieję i determinację nowego pokolenia liderów. Teraz musimy wymyślić, jak pomóc im oraz innym młodym ludziom na całym świecie w tworzeniu pozytywnej przyszłości. Ruch Occupy sprawił, że to nowe pokolenie przemówiło własnym głosem, by doprowadzić do zmian i uświadamiać wzrost nierówności społecznych. Jako grupa stanowiąca 1 procent populacji – i jako liderzy biznesu na całym świecie – powinniśmy odpowiedzieć na to wezwanie i wspólnie pokazać, że budujemy o wiele sprawiedliwszy świat.

Niezwykle inspirujący jest widok coraz większej grupy przywódców na całej planecie, którzy podnoszą głowę i nigdy nie akceptują tego, co jest nieakceptowalne. Na przykład Franco Cardoso, były prezydent Brazylii, doprowadził do tego, że Światowa Komisja ds. Polityki Narkotykowej zakończyła nieudolną wojnę antynarkotykową. Ta wpływowa grupa liderów, do której mam przywilej należeć, zachęciła Avaaz i inne organizacje związane z mediami społecznościowymi do stworzenia prawdziwie globalnego ruchu na rzecz zmian. Po czterdziestu latach i wydaniu biliona dolarów wojna antynarkotykowa okazała się ogromną porażką i doprowadziła miliony ludzi za kraty albo wpędziła do grobu. Obecna polityka antynarkotykowa jest wyjątkowo krzywdząca dla różnych mniejszości (ludzie o innym kolorze skóry nie używają ani nie sprzedają nielegalnych narkotyków częściej niż biali – a mimo to od roku 1980 do 2007 czarnoskórzy byli aresztowani w związku z posiadaniem narkotyków 5,5 razy częściej niż biali). Zamiast wspierać osoby zagrożone uzależnieniem, dostrzegając ten poważny problem zdrowotny, spychamy je na margines i traktujemy jak przestępców. Niesamowitym przeżyciem było widzieć, jak działania na rzecz zakończenia tej bezsensownej wojny nabierają tempa. Liderzy w Ameryce Południowej zaczynają domagać się zmian, a kraje takie jak USA modyfikują swoje podejście, chociażby poprzez niedawną legalizację marihuany w stanach Kolorado i Waszyngton.

Nasza planeta zawsze wprawiała mnie w zachwyt, podobnie jak wszystkie niesamowite, wspaniałe stworzenia, które ją zamieszkują. Ostatnimi czasy miałem styczność z rekinami wielorybimi u wybrzeży Cancun, ginącym gatunkiem lemurów w głębi dżungli Madagaskaru i wspaniałymi nosorożcami w Ulusabie, w rezerwacie Kruger National Park. Niestety wszystkie te gatunki odczuwają na własnej skórze degradację naszych ekosystemów. Tak naprawdę każdy z głównych ekosystemów jest niszczony. Zaczęło się to wraz z nadejściem ery przemysłowej i trwało, kiedy budowaliśmy swoje bogactwo, korzystając bez opamiętania z tych wspaniałych naturalnych zasobów.

Rekiny wielorybie, rewolucja, polityka antynarkotykowa… co to wszystko w ogóle ma wspólnego z biznesem? Moje działania zawsze stanowią wypadkową mojej naturalnej skłonności do burzenia starego porządku i niezaspokojonej ciekawości – tak naprawdę to właśnie w ten sposób zbudowaliśmy Virgin! Ale coraz częściej determinuje moje działanie inny kluczowy cel – sprawianie, aby biznes działał na rzecz dobra.

To, jak traktujemy nasz świat, jest odbiciem naszego człowieczeństwa, inteligencji, świadomości i w końcu – naszego dążenia do przetrwania. Sposób, w jaki współistniejemy z naturalnym środowiskiem, wspieramy słabszych i bezbronnych, stanowi faktyczny fundament trwałej przyszłości – w biznesie i nie tylko. To, jak mamy chronić i zabezpieczać nasze naturalne i ludzkie zasoby, jest największym wyzwaniem, z jakim przyjdzie nam się kiedykolwiek zmierzyć. Jeśli zrobimy to właściwie (a możemy i nawet musimy), uzyskamy o wiele większą harmonię z naturą, a bogatsze życie stanie się udziałem wszystkich. Ta książka to krok w tym kierunku.

Zanim zaczniemy, chcę jasno wytłumaczyć, co rozumiem przez wywracanie biznesu do góry nogami. Po pierwsze, wymaga to rezygnacji ze skupiania się na krótkoterminowych przychodach na rzecz szerszego zrozumienia, czym tak naprawdę jest tworzenie zysku. Mówię o tworzeniu wartości dla udziałowców, pracowników, klientów, środowiska i wszystkich, których nasz biznes dotyczy. Po drugie, wywracanie biznesu do góry nogami oznacza włączenie ludzi i naszej planety do kluczowych zadań firmy – tak aby nasze działania pozwalały tworzyć więcej lepszych miejsc pracy, chronić i odbudowywać zasoby naturalne oraz sprawiały, by ludzie byli zdrowsi i szczęśliwsi, a jednocześnie przynosiły solidne zyski finansowe. Od dawna powtarzam, że nie ma sprzeczności między celami społecznymi i ekologicznymi a komercyjnymi. W rzeczywistości one się wzajemnie wzmacniają, a przyszła zyskowność biznesu zależy od uwzględnienia wartości społecznych i ekologicznych w kluczowych strategiach biznesu. Wywracanie biznesu do góry nogami zasadniczo oznacza więc, że czynienie dobra jest korzystne dla biznesu.

Kolejna idea, o której będę mówił, to Kapitalizm 24902 – nazwa pochodzi od obwodu Ziemi w milach. Są to wizja i ruch na rzecz zmian, które umożliwią wywrócenie biznesu do góry nogami. Od każdego z nas wymaga to osiągnięcia nowego poziomu odpowiedzialności przed ludźmi i planetą oraz zobowiązania ze strony firm, rządów i organizacji pozarządowych, że będą wspólnie pracować nad stworzeniem rozwiązań najbardziej palących problemów. Dla wielu firm oznacza to nie drobne poprawki, ale wręcz fundamentalne zmiany w strategii i działaniach biznesowych – dotyczące sposobu zarabiania pieniędzy, nie tylko zaś ich wydawania. Kapitalizm 24902 powstał z chęci zysku, ale też stanowi nową wizję tego, jak ten zysk tworzyć i jak rozpowszechniać wartości.

Dobra wiadomość jest taka, że przedsiębiorstwa na całym świecie już pokazują, jak czynienie dobra pomaga biznesowi. Będę dużo mówił o firmach, które dają wiele od siebie, jednocześnie osiągając duże zyski. Weźmy na przykład Leapfrog. Ich innowacyjne podejście do demokratyzowania branży ubezpieczeń – poprzez inwestowanie w firmy finansowe działające w Afryce i Azji – objęło już ponad 8,7 mln osób, z czego 6,5 mln to biedni, żyjący na marginesie społecznym. Inwestycje Leapfrog przełożyły się na zatrudnienie 57 tysięcy ludzi, zaś firmy należące do grupy odnotowują przeciętnie 25 procent wzrostu rocznie. Staraliśmy się w tej książce przytoczyć niektóre z tych historii i nawet stworzyliśmy ich wirtualną bibliotekę pod adresem: http://virginunite.screwbu-sinessasusual.com. Mam wrażenie, że znajdujemy się na rozstaju dróg, za którym działania na rzecz lepszych metod prowadzenia biznesu nabiorą tempa. Również Virgin, jak większość naszych firm, uczestniczy w tym procesie i nadal uczy się na każdym kroku.

Nigdy nie zapomnę arcybiskupa Desmonda Tutu, który na spotkaniu Rady Starszych orzekł, że „na naszym świecie jest tyle zamętu, ponieważ działamy wbrew fundamentalnej zasadzie człowieczeństwa, mówiącej, iż: co czynię Tobie, czynię również sobie”. Zjednoczony na nowo świat, mam nadzieję, da nam szansę oraz inspirację do przyjęcia wizji, w której biznes będzie spełniał swoją funkcję, byśmy mogli tworzyć jedną spokojną, zdrową i zrównoważoną rodzinę.

Richard Branson

styczeń 2013

Wstęp

Na przestrzeni kilku ostatnich dekad, uruchamiając jeden fascynujący biznes za drugim, często myślałem, że moje życie prywatne i zawodowe nie może już wyglądać lepiej. Jednak pisząc tę książkę, uświadomiłem sobie, że do tej pory w rzeczywistości była to rozgrzewka przed największym wyzwaniem i szansą naszego życia. Mamy możliwość naprawdę zadziałać wspólnie, aby wywrócić do góry nogami podejście do wyzwań, z którymi mierzymy się na co dzień, i spojrzeć na nie w nowy, oparty na przedsiębiorczości sposób. Nigdy jeszcze nie było bardziej ekscytującego dla nas wszystkich momentu na to, by poznać ten nowy, wspaniały etap, w którym granice między pracą i wyższymi celami rozmywają się, a czynienie dobra naprawdę jest dobre dla biznesu. W tej książce przytoczę wiele wspaniałych historii ludzi, którzy już idą tą drogą. Wiele się od tych pionierów uczymy, w miarę jak Grupa Virgin konsekwentnie przekształca się w organizację szerzącą dobro na rzecz ludzi i planety. Podzielę się też kilkoma przykładami z naszego podwórka i, mam nadzieję, pomogę Ci wyciągnąć naukę z wielu naszych sukcesów oraz (tak, w Virgin też się zdarzają) sporadycznych porażek, które zaliczyliśmy po drodze.

Co najważniejsze, napisałem tę książkę dla nowej generacji świeżo upieczonych przedsiębiorców, ale również dla tych już działających, którzy przekształcają swoje organizacje, próbują rozwijać biznes i zarabiać pieniądze, jednocześnie pomagając ludziom i planecie. Pokazuje ona (książka), jak głębokie zmiany zachodzą w modelu biznesowym, dotąd ukierunkowanym jedynie na zyski. Dzisiaj ludzie nie boją się mówić: „Wyciśnijmy wszystko z biznesu!” – i pokazują, że to właśnie robią.

Rozmawiałem kiedyś z Jamesem Kyddem, byłym dyrektorem marketingowym Virgin Media w Wielkiej Brytanii, który opowiedział mi, jak to nowe podejście świetnie pasuje do nowego pokolenia. „Obecnie dorasta generacja młodych ludzi, którzy mają inne spojrzenie niż politycy i liderzy wielu dziedzin przemysłu” – powiedział James. „Patrzą w bardziej zrównoważony sposób. Zarabianie pieniędzy po to, żeby je po prostu wydać, już się nie liczy. Widać ogromną zmianę pokoleniową, która spowoduje, że zniknie podział między czynieniem dobra i rozwijaniem biznesu”. Nie ująłbym tego lepiej. Nieustannie na całym świecie spotykam się z rosnącą armią przedsiębiorców i kiedy pytają mnie, czy mam jakąś jedną radę, mówię tak: „Czynienie dobra może pomóc waszym potencjalnym klientom i przełożyć się na zyski oraz rozwój biznesu. I może zmienić świat”. Fabio Bar-bosa, prezes zarządu i były dyrektor generalny Santander Brasil, niedawno trafnie to podsumował w wywiadzie dla magazynu „Upsides”: „Coraz wyraźniej widać, że nie istnieje sprzeczność między rozwijaniem biznesu w sposób etyczny i przejrzysty a osiąganiem dobrych wyników finansowych. Ten fałszywy dylemat należy wyeliminować z języka biznesu. Nasze analizy ryzyka społecznego i ekologicznego w Santanderze pokazały, że w długiej perspektywie firmy prowadzące odpowiednią politykę proekologiczną, mające dobre stosunki z pracownikami i zrównoważone relacje ze społeczeństwem, osiągają bardziej stabilne wyniki finansowe i stają się bardziej atrakcyjne dla klientów. We własnym dobrze pojętym interesie przedsiębiorstwa leży wdrożenie odpowiedniej polityki, wspierającej rozwój danego kraju”.

To zdumiewające, że tę samą myśl słyszę zarówno w gwarnych, wielkich metropoliach, w małych miasteczkach w Anglii, jak i w miastach Afryki Południowej czy wioskach indyjskich, na konferencjach dotyczących klimatu, w nowych centrach medycznych i w szkołach. Wszędzie przekaz jest taki sam: musimy zmienić metody prowadzenia biznesu. W niewielkich miejscowościach pełni entuzjazmu młodzi ludzie rozwijają swoje firmy, aby uciec od biedy; kobiety na wsi rozpoczynają działalność dzięki mikropożyczkom rzędu nawet piętnastu dolarów; przedsiębiorcy na rynkach wschodzących budują firmy, aby rozwiązywać takie problemy jak niski poziom higieny czy brak elektryczności; sukcesy osiągają takie przedsiębiorstwa jak „method”, produkująca ekologiczne środki czystości, a istniejący już giganci, choćby GE, zarabiają miliony dzięki zmianom w gamie oferowanych produktów – jednocześnie chroniąc planetę. Przepraszam, jeśli podaję zbyt wiele nazw, ale ten temat jest omawiany również w pałacu Buckingham. (To mi przypomina, jak arcybiskup Desmond Tutu powiedział: „Ludzie ciągle mi wytykają rzucanie nazwiskami. Nawet w zeszłym tygodniu byłem w pałacu Buckingham i królowa powiedziała: »Arcybiskupie, znowu te nazwiska«”). W każdym razie w 2011 roku miałem okazję być zaproszonym na kolację do pałacu, razem z wieloma różnymi gośćmi, gdzie spotkałem Baracka Obamę. O czym królowa żywo dyskutowała z prezydentem Stanów Zjednoczonych? Rozmawiali o zmianach klimatycznych, wyzwaniach w polityce wobec Afganistanu, Pakistanu i Libii, ale również o najlepszych sposobach zapobiegania obniżaniu standardu życia ludzi i odbudowie gospodarek dotkniętych kryzysem.

To nie przypadek, że tak wielu ludzi rozprawia o tym samym i, co jeszcze ciekawsze, wprowadza zmiany. Robią to, ponieważ w świecie nowej komunikacji nie można już dłużej ignorować problemów, które napotykamy. A najlepsze jest to, iż ludzie w końcu zaczynają zauważać, że samo zbieranie funduszy na różne cele nie wystarczy – trzeba połączyć siły i wspólnie przekształcać te trudności w szanse. Ta zmiana właśnie następuje.

Ludzie często kojarzą mnie z wyzwaniami, próbami bicia rekordów i ryzykowaniem życia podczas rejsów po Atlantyku, gdy latałem balonem za odrzutowcem z prędkością dwustu mil na godzinę albo wzbijałem w się w kosmos dzięki Virgin Galactic. Jednak ta książka nie opowiada wyłącznie o zabawie, przygodach i realizowaniu najdziwniejszych marzeń (chociaż o tym też będzie mowa!). Ta książka o biznesie jest inna. To książka o rewolucji. Mój przekaz brzmi: typowe podejście do biznesu nie działa. Tak naprawdę takie właśnie także podejście prowadzi naszą planetę do ruiny. Jej zasoby wyczerpują się; powietrze, woda i ziemia są mocno zanieczyszczone. Osoby biedne stają się coraz biedniejsze. Wiele z nich umiera z głodu albo z braku jednego dolara dziennie na leki ratujące życie. Musimy coś z tym zrobić – i to szybko! Nawet ci, którzy mówią, że nie wierzą w zmiany klimatyczne albo których po prostu nie obchodzą wojny, bieda i zanieczyszczenia – nie widzą tego i nie zaprzątają sobie tym głowy – przyznają, że ludzie wszędzie naokoło robią dużo złego.

Mimo to ja budzę się codziennie rano z pozytywnymi odczuciami. Czuję się dobrze, ponieważ mocno wierzę, że my – zwykli ludzie na całym świecie – nie tylko chcemy robić właściwe rzeczy, ale też będziemy robić właściwe rzeczy. Naprawimy to wszystko nie tylko dlatego, że nie ma już innego wyjścia, ale także dlatego, że to życie i ten świat są wszystkim, co mamy. Jak mawia były prezydent Kostaryki José Marïa Figueres, mój szanowny kolega ze Sztabu Węglowego [organizacja działająca na rzecz ograniczenia emisji dwutlenku węgla – przyp. tłum.]: „Nie ma planety B”.

Przez całe życie radziłem sobie z różnymi wyzwaniami. To one mnie napędzają, zarówno w biznesie, jak i zabawie. Napisanie tej książki było olbrzymim wyzwaniem, ponieważ czuję, że mam coś bardzo ważnego do przekazania. Moje przesłanie jest jasne i proste: sytuacja musi się zmienić.

Na kartach tej książki wyjaśnię, dlaczego tak uważam – jak jest, a jak powinno być. Do tej pory biznes, czy w ogóle kapitalizm, przeważnie stanowił środek do osiągania zysków przez dyrektorów i udziałowców firm i rzadko brano pod uwagę czynienie dobra. Same metody zarabiania pieniędzy nie są tak istotne jak rezultaty ich stosowania – szkody wyrządzone ludzkości i środowisku naturalnemu. Musimy pracować nad zmianą tego stanu rzeczy.

Poza tym ludzie są coraz bardziej świadomi niesprawiedliwości. To nie w porządku, że niemal połowa populacji żyje za mniej niż dwa dolary dziennie, a dwie trzecie z tych osób nie ma dostępu do czystej wody pitnej. To zachwianie równowagi dotyczy nie tylko najbiedniejszych narodów. W bogatych krajach, jak USA, ponad dwa miliony nastolatków żyją na ulicy. Wszyscy to wiemy. Na szczęście żyjemy w nowym świecie, w którym wszyscy mamy bezpośredni kontakt z ludźmi cierpiącymi z powodu tej niesprawiedliwości i nie godzimy się już na taki stan rzeczy. Ci z nas, którym udało się zgromadzić jakieś bogactwo, muszą teraz pomyśleć, jak można te środki wykorzystać, aby uczynić świat o wiele lepszym miejscem. Nie chodzi tu o poświęcanie się, ale raczej o równowagę, współczucie i zastanowienie się, w jaki sposób możemy zacząć żyć na nowo jako globalna wioska, w której każdemu się dobrze powodzi. Nie mówię o jakimś zrywie czy konfliktach zbrojnych w sensie marksistowskim – mówię o sile, która pozwala przeciętnemu człowiekowi stać się przedsiębiorcą i liderem zmian, uruchomić własną firmę, szukać własnego szczęścia i panować nad własnym życiem. Innymi słowy – „Wywróćmy biznes do góry nogami, bo możemy!”. Możemy to zrobić i spowodować ogromne zmiany.

W tej książce chcę pokazać, że moc tkwiąca w narzędziach komunikacji, od telefonów komórkowych, po Internet, pozwala dzisiaj zwykłym ludziom zabrać głos – wcześniej nie mieli ku temu środków. Obecnie, jeśli nie podoba im się to, jak działa jakaś firma, mówią o tym. Tak jak podczas arabskiej wiosny, która zaczęła się w 2011 roku – przyłączali się do protestów, pisali o tym na blogach i Twitterze. Już żadnemu rządowi ani przedsiębiorstwu nie uda się skryć za tajnymi dokumentami i niezrozumiałym żargonem. Zwykli ludzie mają kontrolę nad ich wizerunkiem i przeznaczeniem.

Zwykli ludzie mają ogromną moc – pozwólmy im ją uwolnić. Za pomocą tej książki chciałbym powiedzieć jedno: dowiedz się, co możesz zrobić i – zgodnie ze sloganem Nike – po prostu zrób to [Just do it – przyp. tłum.].

Wiem, że można to zrobić, bo sam na swój sposób już to zrobiłem. Jako dziewięciolatek byłem początkującym przedsiębiorcą i kiedy moje wysiłki kończyły się raczej niepowodzeniami niż sukcesami, moja wspaniała rodzina, czasami nie siląc się na delikatność, zachęcała mnie i wierzyła we mnie. Mając piętnaście lat, znalazłem się na dobrej drodze, aby się usamodzielnić – prowadziłem moją pierwszą firmę, która wydawała czasopismo dla studentów.

Jeśli coś nie działa, trzeba to naprawić. W tej książce stale powtarzam, że jeśli biznes coś zniszczył, to teraz musi się zająć przywróceniem właściwego stanu. Ale spokojnie, epatowanie czarnymi wizjami nie jest w moim stylu. Zamiast tego postaram się opisać, jak, moim zdaniem, biznes może pomóc naprawić sytuację i stworzyć bogatszy dla wszystkich świat. Wierzę w moc biznesu, bo jestem przekonany, że może on być dobrą siłą – „czynienie dobra jest dobre dla biznesu”.

Pozwolę sobie rozwinąć to stwierdzenie. Oznacza ono, że czyniąc dobro – robiąc właściwe rzeczy – biznes będzie prosperował. Robienie właściwych rzeczy przyniesie odpowiednie zyski, co zresztą będzie jasno widać na przykładach ludzi i organizacji, które już to czynią. To jest sedno tej książki. Często mawiam: „Baw się dobrze, a pieniądze się pojawią”. Nadal w to wierzę, ale teraz mówię: „Czyń dobro, baw się dobrze, a pieniądze się pojawią”.

W każdym rozdziale tej książki przytoczę przykłady na to, jak różne biznesy, od wielkich firm po lokalne społeczne organizacje, mogą rozwijać się i radzić sobie na rynku, robiąc właściwe rzeczy – niezależnie od swojego rozmiaru.

Pewien mądry profesor ekonomii powiedział kiedyś: „Zakładaj, że ludzie robią dobre rzeczy”. Uważam, że miał rację. Ludzie z natury chcą postępować właściwie. To właśnie czyni nas ludźmi.

Słowa „robić dobre rzeczy” mają różny sens dla różnych ludzi. W tej książce oznaczają one: nie niszczyć środowiska; nie tylko nie zanieczyszczać go, ale również zmniejszać zanieczyszczenia powstałe przez kilkaset ostatnich lat, od początku rewolucji przemysłowej; przywracać harmonię z naturą. Ale chodzi nie tylko o to, by wyrządzać mniej szkód. Naszym zadaniem jest także polepszanie życia ludzi i planety poprzez naszą działalność. To oznacza pomaganie tym, którym się nie powiodło, znalezienie metody zarabiania pieniędzy, aby mogli żyć godnie, na co – jak wszyscy ludzie – zasługują. Mieć zapewnione środki do życia, pożywienie i dach nad głową dla siebie i rodziny oraz podstawową opiekę medyczną – to zasadnicze, absolutnie niezbywalne prawo każdej ludzkiej istoty. Dlatego na nowo trzeba przemyśleć to, jak żyjemy, po to aby uczynić Ziemię o wiele bardziej zrównoważonym, zdrowym i spokojnym miejscem. Jestem przekonany, że nowa rewolucyjna forma Kapitalizmu 24902, opisana w niniejszej książce, będzie funkcjonowała właśnie w taki społecznie odpowiedzialny sposób, który zapewni biednym ludziom wolność ekonomiczną i stanie się podłożem, na którym wyrosną nowe możliwości działania opartego na przedsiębiorczości.

Będąc jeszcze dzieckiem, miałem silne poczucie społecznej odpowiedzialności, które potem przez lata rozwinęło się do tego stopnia, że dzisiaj do pomocy w rozwiązywaniu problemów wykorzystuję tyle samo moich umiejętności przedsiębiorcy co do prowadzenia biznesów. W ramach Virgin mamy fundację Virgin Unite i za jej pośrednictwem wkładamy mnóstwo pracy, aby rozwijać nowe, oparte na przedsiębiorczości podejście do rozwiązywania wielu problemów. Na kartach tej książki przeczytasz słowa kilku wspaniałych partnerów, z którymi nasza fundacja współpracuje.

Opisując moje filantropijne metody, ktoś niedawno powiedział: „Ach tak, Richard. No tak, on działa trochę inaczej”. Wolę myśleć, że chciał przez to powiedzieć, iż nie rozdaję pieniędzy na lewo i prawo, nie zastanawiając się nad tym, w czyje ręce trafiają i co się z nimi dalej dzieje. Prowadzę Virgin Unite tak samo jak każdy inny biznes, dbając o to, aby nasze inwestycje przynosiły możliwie najlepsze dla społeczeństwa i środowiska rezultaty. Żywię też głębokie przekonanie, że nie wszystko kręci się wokół pieniędzy – tak naprawdę czasami one są najmniej istotne. Rzecz w tym, by ludzie wykorzystywali swoje umiejętności i prowadzili biznesy tak, aby nie tylko generować zyski, lecz także ulepszać świat. Wypisanie czeku może mieć wpływ na życie setek ludzi; zmobilizowanie całej firmy do wprowadzenia zmian może mieć wpływ na miliony ludzi i nadać zupełnie nowy sens życiu Twoich pracowników. To jest właśnie filozofia, którą opisuję w tej książce, przedstawiając historie osób, które wybrały zupełnie nowe sposoby, aby rozwijać swoje biznesy, czyniąc dobro dla ludzi i dla naszej planety, zmieniając świat na lepszy.

Kiedy kreślę te słowa w moim domu na Necker, czasami zastanawiam się, czy przypadkiem nie śnię. Z pewnością pewnego dnia się obudzę. Kiedy zacząłem pisać tę książkę na początku 2011 roku, miałem za sobą dosyć zdumiewający tydzień, w którym, całkiem dosłownie, dotarłem w głębiny i na szczyty naszej planety oraz przeżyłem niesamowite przygody, doświadczyłem nadzwyczajnej ekscytacji. Zadziwia mnie, jakie mam w życiu szczęście. Na początku tamtego tygodnia zwodowaliśmy pierwszą łódź podwodną Virgin – jest zaprojektowana tak, by mogła zejść w największą oceaniczną głębinę – a pod koniec tego samego tygodnia przelatywałem samolotem Virgin America nad mostem Golden Gate w San Francisco, eskortując dwa promy kosmiczne należące do Virgin Galactic.

Aha, w tym samym tygodniu kupiliśmy też Pluton. Nie, nie psa Pluto – mam na myśli tzw. planetę karłowatą Pluton. Pierwszego kwietnia 2011 roku zwołałem konferencję prasową i z pełną powagą ogłosiłem: „Przez lata Grupa Virgin rozwinęła działalność w wielu krajach, ale do tej pory nie mieliśmy własnej planety. To może być początek nowej ery w turystyce kosmicznej”. Cisza trwała naprawdę długo!

Samolot, którym przyleciałem na nowe lotnisko Virgin America, mające certyfikat LEED [tzw. ekologicznego budownictwa – przyp. tłum.], został ozdobiony żartobliwym napisem: „Moja druga bryka to prom kosmiczny”. Przyleciało tam ze mną wielu pracowników Virgin Galactic i Virgin America, wraz z grupą młodych ludzi z programu KIPP (Knowledge is Power Programme – Program „Wiedza to Potęga”) – w którego ramach działają doskonałe publiczne szkoły przeznaczone dla dzieci z ubogich rodzin – oraz studentów z organizacji Student Launch, czyli z naszymi partnerami związanymi z Portem Kosmicznym w Nowym Meksyku, szkolonymi przez pilotów i inżynierów Virgin America. Zarówno ci młodzi ludzie, jak i nasi pracownicy wiele się od siebie nawzajem nauczyli. Kolejną grupą, która z nami poleciała, było kilku przyszłych astronautów, którzy w ramach inicjatywy non profit Galactic United połączyli siły z ludźmi z Virgin Galactic i Virgin America. Tylko tamtego dnia zebrali ponad 385 tysięcy dolarów na wsparcie dla młodzieży z ubogich rodzin, aby dać jej szansę rozwijania się w takich dziedzinach jak matematyka, fizyka, inżynieria i technologia – włącznie z programem doradczym prowadzonym przez pilotów oraz inżynierów z Virgin America. Wszystkie nasze firmy związane z lotnictwem połączyły także wysiłki, aby zminimalizować emisję dwutlenku węgla, poczynając od innowacyjnego podejścia do ograniczenia masy samolotów, a na inwestycjach w nowe biopaliwa kończąc (o tym później). Moim zdaniem to wspaniały przykład na to, jak może działać Kapitalizm 24902: wprowadzając zmiany w naszym własnym biznesie oraz współpracując ze społecznościami i kluczowymi organizacjami, aby te zmiany zaistniały we wszystkim, co robimy.

Mam nadzieję, że ta książka będzie dla Ciebie taką samą inspiracją jak dla mnie, gdy zbierałem do niej materiały. Każdy z nas może stać się liderem zmian, a są one bardzo ważne – teraz bardziej niż kiedykolwiek dotąd. Chcielibyśmy też usłyszeć historię Twoją oraz ludzi, którzy Cię zainspirowali. Uruchomiliśmy stronę internetową oraz grupy na Twitterze i Facebooku, których adresy znajdziesz po każdym rozdziale. Na końcu książki umieściliśmy również podpowiedzi, jak możesz radykalnie zmienić spojrzenie na swój biznes.

I jeszcze słowo ostrzeżenia. Póki nie przeczytasz tej książki do końca i nie będziesz potrafił dobrze wytłumaczyć, o co w niej chodzi, zastanów się dwa razy, zanim zostawisz na biurku coś, co nosi tytuł Biznes do góry nogami wywrócony!

Miłej lektury…

Kapitalizm 24902

„Myślę, że ludzie zaczęli mówić o społecznej odpowiedzialności biznesu piętnaście lat temu, ale bez przekonania. Był to raczej rodzaj strategii marketingowej albo coś, co prezes kazał robić, ale ludzie w to nie wierzyli. Dzisiaj wydaje mi się, że jest to już w nas głęboko zakorzenione. A to dlatego, że każdy, kto pracuje w dużej firmie, jest również obywatelem. Czytamy gazety, oglądamy wiadomości, chodzimy do kina na filmy typu Niewygodna prawda, mamy świadomość tego, co dzieje się na świecie. Jak w takim razie można pracować gdziekolwiek, nie przejmując się tym?” – Richard Reed, Innocent Drinks

Zawsze podobało mi się pytanie: „Ile miałbyś lat, gdybyś nie znał swojego wieku?”. Ja bym powiedział: „Dwadzieścia parę”, chociaż moja kochana żona Joan z właściwą sobie szczerością na pewno sprostowałaby: „Nie, Richard. Ty tylko zachowujesz się jak dwudziestoparo-latek, a to nie to samo”. Można mi wierzyć albo nie, ale ja mam nadal dwadzieścia parę lat, tylko już kilkakroć pomnożone.

Jednak w przeciwieństwie do ludzi w moim wieku ja naprawdę świętuję moje kolejne urodziny i zawsze staram się zrobić wtedy coś, co zapadnie mi w pamięć. Nie inaczej było w tym roku. („Chyba zwariowałeś – powiedziała Joan – jeśli myślisz, że przelecę na Pacyfikiem w byle jakim balonie albo wybiorę się na koło podbiegunowe psim zaprzęgiem!”).

I tak oto w wietrzny sierpniowy dzień 2010 roku, mając nadzieję, że nikt nie zauważy, iż utykam na jedną nogę, trzymając kurczową moją deskę surfingową, szedłem boso po kamienistej plaży gdzieś na południowym wybrzeżu Anglii. Z córką Holly, synem Samem, nastoletnim bratankiem Ivo i kilkorgiem krewnych i znajomych – w sumie zebrało się nas dwanaścioro – byliśmy gotowi przepłynąć na deskach kitesurfingowych kanał La Manche. Planowaliśmy pobić rekord i znaleźć się w Księdze Guinnessa, więc człowiek od nich przyglądał się naszemu wyczynowi.

Jak to w takim przypadku bywa, przepłynięcie trzydziestu kilometrów z Anglii do Francji nie wydawało się niczym trudnym, zwłaszcza w porównaniu z moimi poprzednimi ryzykownymi wyczynami. (Joan postanowiła na to nie patrzeć, chociaż i tak już dawno powinna być wdową, jeśli wziąć pod uwagę moje jeszcze bardziej szalone pomysły w ciągu tych wszystkich lat.

Zazwyczaj po prostu wychodziła wtedy z domu. Pogoda była wietrzna, ale słońce świeciło, kiedy na przylądku Dungeness weszliśmy do lekko wzburzonego morza. Nie mogłem się już doczekać tego wyzwania. Kitesurfing to mój ulubiony sport. Nic nie może się równać z tym cudownym poczuciem wolności i uderzeniem adrenaliny, kiedy ślizgasz się po falach, ciągnięty przez piękny latawiec szybujący nad twoją głową. Wolałbym bić rekord w lazurowych wodach na Karaibach, ale – parafrazując kaskadera Evela Knievela – jest ryzyko, jest zabawa. Zgadza się?

Wiatr wiał na tyle mocno, że mieliśmy szansę faktycznie pobić rekord. Jednak dziesięć mil od lądu wiatr wzmógł się na tyle, że łodzie asystujące musiały zawrócić. Co prawda nie miałem wątpliwości, że możemy sobie bez nich poradzić, ale czułem, niż byłoby niemądre ciągnięcie bratanków, siostrzeńców i dzieci w sam środek najbardziej uczęszczanego szlaku wodnego na świecie, więc i my zawróciliśmy, aby spróbować dzień później. Nazajutrz pogoda okazała się jeszcze gorsza, więc, czekając, aż się poprawi, zwiedziliśmy miasteczko Rye, w którym się zatrzymaliśmy. Podziwialiśmy jego brukowane ulice, sekretne tunele, czuliśmy ducha niegdysiejszych przemytników.

Dzień wcześniej odpoczywaliśmy na plaży z całą rodziną i załogą łodzi asystujących. Podczas zakupów w małym sklepie w Peasmarch, nieopodal Rye, zainteresował mnie regał z napisem „Lokalni bohaterowie”. Stały na nim lokalne artykuły spożywcze, od sezonowych warzyw i owoców zbieranych ręcznie na miejscowych farmach po domowej roboty ciasta, sery, kiełbasy, przetwory i angielskie wina. Były to produkty organiczne i produkowane zgodnie z zasadami uczciwej konkurencji. Co zaskakujące, ceny były bardzo umiarkowane w porównaniu z tymi w miastach i dużych sieciach handlowych. Właściciele tego rodzinnego, jak się okazało, sklepu kupowali te produkty bezpośrednio od tzw. kooperatyw, lokalnych rolników i niewielkich dostawców, a oszczędności na kosztach transportu pozwalały im oferować niższe ceny. Wszyscy na tym korzystali. Sklep miał lojalnych klientów, a ci dostawali świeże, pełnowartościowe produkty za rozsądną cenę. Dowiedziałem się też, że właściciele sklepu wspierali kilka małych organizacji charytatywnych, które wybrali ich pracownicy.

W tym małym miasteczku zobaczyłem dobry przykład tego, jak powinno się prowadzić firmę, żeby korzystało na tym społeczeństwo i aby jak najmniej szkodzić planecie. Takie podejście do zmian co rusz widać dookoła. Nawet w kontekście naszej przygody na plaży. Część z nas miała na sobie kombinezony produkowane przez Finisterre, mała firmę z Kornwalii, wysuniętego na zachód wybrzeża Anglii. Produkuje ona odzież ekologicznie z czystej wełny i jest prowadzona prospołecznie. Czyli w ciągu zaledwie kilku dni miałem styczność z dwiema klasycznymi firmami, którym powodzi się dobrze, a jednocześnie czynią one dobro.

I to jest dokładnie to, do czego mam nadzieję przekonać za pomocą niniejszej książki: aby zastanowić się, dlaczego powinniśmy zmienić sposób prowadzenia biznesu i jak można to zrobić najlepiej. Zawsze starałem się orientować w tym, co się dzieje w społeczeństwie, i miałem silne przekonanie, że każdy powinien mieć takie same szanse powodzenia w życiu – pewnie właśnie dlatego we wszystkich moich biznesach skupiałem się na dawaniu każdemu równych możliwości. Po tym, jak będąc jeszcze w szkole, wydawałem czasopismo „Student”, postanowiłem otworzyć centrum doradcze dla studentów, do którego młodzi ludzie mogli wejść z ulicy i otrzymać informacje pomocne w takich kwestiach jak choroby weneryczne, problemy psychiatryczne, ciąża i jej zapobieganie. Ta placówka z czasem ewoluowała w darmową poradnię zdrowia psychicznego i istnieje do dzisiaj w Londynie przy Portobello Road, oferując swoje usługi już od ponad czterdziestu lat. W kulminacyjnym momencie kryzysu HIV i AIDS, w 1987 roku, uruchomiliśmy również firmę Mates, produkującą prezerwatywy, sprzedawane w niskiej cenie. Zyski były przekazywane na promowanie wiedzy o HIV i AIDS. Przekonaliśmy nawet telewizję BBC, aby wyemitowała pierwszą reklamę, w której pokazano ten stresujący moment, kiedy młody chłopak chce kupić prezerwatywę i czuje się zawstydzony, bo musi o nią poprosić dziewczynę za ladą. Do dzisiaj jest to moja ulubiona kampania, ponieważ faktycznie pomogła zbudować świadomość i przypomniała wszystkim, że humor często może zdziałać o wiele więcej niż straszenie ludzi. Jeśli najsłynniejsze słowa Martina Luthera Kinga: „Miałem sen”, brzmiałyby: „Miałem koszmar”, to nigdy nie przyniosłyby tak wielkich efektów.

W miarę rozwoju Virgin ewoluowało także nasze podejście do traktowania pracowników i dbania o środowisko. Zawsze najważniejsi dla nas byli nasi ludzie i to, aby umożliwiać im podejmowanie decyzji oraz sprawiać, by czuli, że są częścią firmy, w której chodzi nie tylko o zarabianie pieniędzy. Zawsze wierzyłem, że jeśli ja zatroszczę się o swoich ludzi, to reszta zatroszczy się o siebie sama. To może być coś tak prostego jak wspólne wykonywanie zadań albo pozwolenie, aby ktoś samodzielnie poprowadził projekt. To się sprawdziło i pozwoliło nam stworzyć na całym świecie naprawdę wyjątkową grupę ludzi, którzy nie tylko pasjonują się pracą dla Virgin, ale również chcą zmienianić planetę. A najlepsze jest to, że wiele małych i większych przedsiębiorstw na świecie robi to dzisiaj instynktownie, a ludzie wszędzie zaczynają sobie zdawać sprawę z tego, że mogą robić coś dobrego każdego dnia, choćby na małą skalę. Tak naprawdę świadomy społecznie biznes nie musi być wielki, aby zostawić po sobie dobry ślad – musi tylko dysponować właściwymi ludźmi. Jest wiele drobnych firm na całym świecie – od małych społeczności w Johannesburgu, przez indyjskie wioski, tradycyjnych producentów sera we Francji, organiczne winnice w Australii, po kooperatywy dziewiarskie w Ekwadorze – które doskonalą swój sposób działania. Istnieją też wielkie międzynarodowe korporacje, które podejmują radykalne kroki, aby przekształcić się w siłę czyniącą dobro. Ludzie w tych organizacjach – małych i dużych – razem mają siłę huraganu, dzięki czemu wywołują zmiany. Nie powinniśmy już ograniczać się do „społecznej odpowiedzialności biznesu” (albo tego strasznego akronimu CSR), w której ta „odpowiedzialność” jest przeważnie zadaniem małego zespołu zamkniętego w biurze gdzieś w piwnicy – teraz wszyscy ludzie w firmie powinni brać odpowiedzialność za ulepszanie tego, co robią, zarówno w pracy, jak i w życiu osobistym.

Najlepsze jest to, że – dzięki technice – mamy dzisiaj większą świadomość nie tylko tego, co dzieje się na naszym własnym podwórku, ale również na drugim końcu świata. To właśnie technika pozwoliła złamać dotychczasowe schematy i dała ludziom moc sprawczą. Miałem przyjemność pracować z Pam Omidyar, która razem ze swoim mężem Pierre’em, założycielem eBay, przyłączyła się do nas, wspierając tworzenie projektu, o którym jeszcze wspomnę, nazwanego Radą Starszych. Kilka lat temu podróżowałem z Pam i Pierre’em po Maroku i w pamięci utkwiły mi słowa Pierre’a na temat nowego paradygmatu. Powiedział: „Długotrwała zmiana następuje, gdy ludzie odkrywają swoją siłę. Kluczem jest przeniesienie części odpowiedzialności przy podejmowaniu decyzji na członków społeczności, którzy aktywnie działają, i odejście od wzorca góra–dół z centralnym zarządzaniem. Po raz pierwszy w historii ludzkości technika naprawdę pozwala ludziom utrzymywać owocne kontakty z większą liczbą osób niż kiedykolwiek dotąd”.

Istnieje wiele nazw tego nowego podejścia do prowadzenia biznesu – od „Kapitalizm 2.0” po „filantroka-pitalizm”. Jednak żadna z nich nie oddaje faktycznego rozmiaru i potencjału tej fascynującej zmiany, której powinniśmy dokonać. Kilka lat temu, podczas zjazdu Virgin Unite, zrobiliśmy burzę mózgów i po paru drinkach oraz długich dyskusjach wymyśliliśmy nazwę, której dzisiaj używamy, aby opisać ten nowy typ biznesu: Kapitalizm 24902. No dobrze, może to brzmi trochę jak Beverly Hills 90210, ale zapewniam, że nie ma z tym nic wspólnego. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, w jaki sposób ta nazwa powinna charakteryzować nowy poziom odpowiedzialności, która ciąży na każdym z nas wobec innych mieszkańców globalnej wioski. Rozważaliśmy też, w jakim stopniu konieczne jest, aby powstał ruch, który wyjdzie poza grupę kilku firm albo jeden kraj. Gdy ktoś wspomniał, że obwód Ziemi wynosi 24 902 mile, zrodziła się nazwa Kapitalizm 24 902! Naprawdę prosta, a przekazuje dokładnie to, co powinna – że każdy przedsiębiorca jest odpowiedzialny za to, aby troszczyć się o ludzi i planetę, czyli naszą globalną wioskę, na każdej z 24902 mil dookoła świata. Już od bardzo dawna mam pewność, że to jest właśnie droga, którą należy iść, jeśli planeta, jaką znamy, oraz życie, jakie znamy, mają przetrwać. Nie mówię tylko o katastrofach dotykających ludzi i świat z powodu zmian klimatu. Mam na myśli jedną z przyczyn zmian klimatycznych i znaczących zagrożeń dla ludzkości – to, że błyskawicznie zużywamy zasoby naturalne. W ciągu kilkudziesięciu najbliższych lat może zabraknąć ropy, minerałów, wody i ryb. Niestety już teraz obserwujemy we wschodniej Afryce najgorsze susze od sześćdziesięciu lat, powodujące ogrom cierpienia w krajach takich jak Somalia. Jeśli szybko nie przestawimy się na Kapitalizm 24902, z pewnością staniemy się świadkami kolejnych wielkich wojen, ponieważ ludzie będą walczyli o ziemię, pożywienie, wodę i paliwo.

Ta książka powstawała dziewięć lat. Jest to opowieść o mojej dziewięcioletniej drodze, aby uświadomić sobie, że o ile biznes stanowi świetne narzędzie, by rozwijać świat, o tyle ani Virgin, ani praktycznie żadna inna firma nie robiła w zasadzie niczego, co miałoby zatrzymać nasz upadek. Zrozumiałem też, że w wielu przypadkach, jak pokazał niedawny światowy kryzys finansowy, wręcz się prosimy, aby lecieć w dół coraz szybciej. Wszyscy jesteśmy częścią problemu: trwonimy, marnotrawimy i, mówiąc bez ogródek, chrzanimy wszystko. Surowce naturalne są zużywane szybciej, niż potrafią się odnawiać. Tak naprawdę, co najważniejsze, wielu naturalnych surowców – jak ropa, lasy i minerały – nie da się odtworzyć. Gdy się zużyją, to ich nie będzie. Kapitalizm, który w obecnej formie narodził się właściwie w okresie rewolucji przemysłowej, zdecydowanie przyczynił się do rozwoju światowej gospodarki i przyniósł ludziom wiele wspaniałych korzyści, ale to wszystko kosztem, którego nie uwzględnia się w zestawieniach finansowych. Koncentracja na zyskach spowodowała znaczące, negatywne i niezamierzone konsekwencje. Przez ponad półtora wieku nie przejmowano się tanią siłą roboczą, zrujnowanym życiem, niszczeniem planety i zanieczyszczeniem oceanów, liczyła się chęć zysku. Jednak teraz to się zmienia.

Właśnie dlatego nowy rodzaj kapitalizmu w ciągu ostatnich dziesięciu, dwudziestu lat zaczął zyskiwać na sile. W latach trzydziestych ubiegłego wieku narodził się ruch na rzecz samodzielnego hodowania warzyw i owoców. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych były pokój, miłość, brązowy ryż i dzieci kwiaty. Współczesny „zielony ruch” powstał w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, początkowo w Niemczech i Skandynawii, ale rozwijał się powoli. Te wszystkie inicjatywy skupiały się na walce z zanieczyszczeniami dzięki wykorzystaniu recyklingu i promowaniu organicznej żywności jako zdrowej alternatywy. Zrodziło się wiele lokalnych kooperatyw i niewielkich spółdzielni wytwarzających produkty organiczne. Jednak niewielu ludzi przy tej okazji zmieniło swoje nawyki albo chociaż zatrzymało się, aby zadać sobie pytanie: „Jak przetrwamy, gdy zużyjemy już wszystko?”. Dopiero niedawno zdaliśmy sobie sprawę z faktu, że w skali całego świata zasoby minerałów oraz innych surowców naturalnych wyczerpują się w alarmująco szybkim. Wielu naukowców jest przekonanych, że w niektórych rejonach mogą się skończyć jeszcze za naszego życia.

Jednym z nich jest James Lovelock. To ktoś, kto już wiele lat temu był na tyle odważny, by ostrzec nas, byśmy zawrócili z tej niebezpiecznej drogi. Któregoś dnia byłem na obiedzie u Jamesa razem z moim przyjacielem i kolegą ze szkoły Willem Whitehornem, który powiedział, że zamiast zastanawiać się, jak tu dalej żyć na naszej gościnnej Ziemi, coraz szybciej ją uśmiercamy, co w końcu doprowadzi również do naszej zagłady. James patrzy na to tak: „Miliard ludzi mógłby jeszcze sobie poradzić. Sześć miliardów ludzi żyjących tak jak my to o wiele za dużo i nie mamy gdzie się przenieść”.

Aby zrozumieć, dlaczego wyczerpywanie zasobów postępuje tak szybko, spójrzmy na prosty przedmiot, bez którego wielu ludzi pewnie by sobie nie poradziło – laptop. Przeciętnie waży około 4,5 kilograma, ale by go wyprodukować, potrzeba o wiele więcej surowców. Tak naprawdę gdyby wziąć pod uwagę wszystko, co zostało przetworzone, aby mogło powstać to urządzenie, to nie byłoby tego 4,5 kilograma ani 45 kilogramów, ale w sumie około 18 tysięcy kilogramów! Składają się na to minerały wydobyte z kopalni przy użyciu niewiarygodnych ilości paliwa, również będącego efektem kopania i drążenia. Z roku na rok nasze laptopy stają się coraz lżejsze i bardziej wydajne – ale dzisiejsze sposoby wydobywania i przetwarzania surowców oraz łączenia ich w gotowy produkt wcale nie są o wiele czystsze i bardziej wyrafinowane, niż czterdzieści lat temu. I to właśnie teraz się zmienia.

William A. McDonough jest pionierem nowej metody wytwarzania różnych dóbr na podstawie wiedzy otrzymanej z naszych naturalnych systemów. Zdecydowanie zgadzam się z jego twierdzeniem, że wcale nie czeka nas czarna rozpacz i koniec rozwoju. Zamiast tego powinniśmy zacząć wytwarzać produkty w mądrzejszy sposób, słuchając i ucząc się od Matki Natury. Miałem szczęście gościć go na mojej wyspie Necker podczas jednego z naszych początkowych spotkań Sztabu Węglowego. Wygłosił inspirujące przemówienie, które zaczął słowami: „Wyobraźmy sobie świat, w którym wszystko, co produkujemy, konsumujemy i czego używamy, zasila naturę i przemysł – świat, w którym rozwój jest czymś dobrym, a działalność ludzi zostawia po sobie wspaniały, pokrzepiający, ekologiczny ślad”. Wszyscy goście siedzieli zafascynowani przez następną godzinę, podczas gdy William wtajemniczał nas w swoje działania, które miały pokazać, że architektura miejska może czerpać z piękna naturalnych systemów, aby stała się o wiele bardziej wydajna i estetyczna, bez negatywnego wpływu na środowisko. Pokazał nam budynki, które żyły, pokryte ogrodami przetwarzającymi słońce w energię, otoczone bujnie kwitnącą w czystym powietrzu roślinnością. William ma pewność, że naszym największym problemem od czasów rewolucji przemysłowej jest kwestia projektowania i że możemy to zmienić, ucząc się od Matki Natury, która ma już za sobą trzy miliardy lat doświadczeń. W dalszej części książki przytoczę historie kilku firm, które idą tą drogą.

Już siedem lat temu, kiedy zaczęła się moja przygoda, uważałem się za dobrego przedsiębiorcę i człowieka troszczącego się o innych. Moje sprawy zawodowe toczyły się gładko, a życie osobiste układało się znakomicie. Jestem wielkim zwolennikiem delegowania zadań, więc każdą z trzystu firm Grupy Virgin kierowali dobrzy ludzie. Ci menadżerowie byli na tyle kompetentni, że wystarczyło, abym co tydzień z każdym z nich przez telefon w kilka minut omówił bieżące sprawy. W razie problemów mogli się ze mną kontaktować o dowolnej porze. Zawsze staram się być na bieżąco, ale wszystko szło tak dobrze, że znakomicie czułem się, mogąc coraz więcej czasu spędzać na mojej ukochanej wyspie Necker.

Jednak czegoś w tym wszystkim brakowało. Z czasem zaczęło wyglądać na to, że nie robię zbyt wiele dobrego, zwłaszcza w kontekście tego, jakie szczęście dopisywało mnie. Zadowolenie z tego, że sprawy prywatne i biznesowe układają się tak pomyślnie, oraz satysfakcja z faktu, że tak wielokrotnie robiłem coś dla społeczeństwa, ustąpiły świadomości, że była to tylko kropla w morzu tego, co powinno zostać zrobione, aby uchronić naszą planetę przed zniszczeniem. Zdałem sobie także sprawę z tego, iż jest zbyt dużo biedy na świecie. Pomimo ogromnego dobrobytu w niektórych częściach świata w innych ludzie nadal cierpieli i umierali z głodu oraz w wyniku chorób takich jak malaria i AIDS. Zawsze chciałem, by Grupa Virgin była solidnym przykładem społecznie odpowiedzialnego biznesu, ale teraz już wiedziałem, że powinniśmy robić więcej, niż tylko obiecywać różne rzeczy, jeśli chcemy wprowadzić zmiany i zachęcić wszystkich naszych ludzi, by stali się ich częścią.

Wiele dobrych, wspaniałych osób pracuje ciężko, i to od długiego czasu, by ostrzegać społeczeństwo i rządy, że nie możemy dalej eksploatować światowych zasobów tak, jakby były niewyczerpane, lecz powinniśmy coś z tym zrobić. Ale teraz już każdy powinien dołożyć swoją cegiełkę, by powstrzymać tę zbliżającą się burzę. Potrzeba wspólnego głosu i energii nas wszystkich, jeśli mamy naprawdę coś zmienić. A ja odkryłem, że te wysiłki są dobre również dla biznesu. Powodują, że i ludzie, i firmy mają się lepiej. Dobra wiadomośćjest taka, iż przedsiębiorstwa, które wkraczają na tę ścieżkę, zaczynają dostrzegać korzyści, co zostało jasno pokazane w jednym z raportów globalnej firmy badawczej FTSE: „Biznesy, które stale zarządzają swoimi działaniami prospołecznymi i je kontrolują, osiągnęły lepsze wyniki od pozostałych firm indeksu FTSE 350 pod względem zysku w przeliczeniu na jedną akcję w ciągu siedmiu z ostatnich ośmiu lat”.

Jedną z osób, które pomogły określić hierarchię ważności oraz skalę koniecznych zmian, był mój dobry przyjaciel Peter Gabriel. Peter i ja znamy się od bardzo dawna, kiedy jeszcze był liderem zespołu Genesis. Virgin podpisała kontrakt z tą grupą w 1983 roku, kilka lat przed tym, jak – z wielkim smutkiem – odsprzedałem prawa wytwórni EMI, aby w ten sposób zdobyć kapitał dla mojej raczkującej linii lotniczej. Z przyjemnością jednak stwierdzam, że Peter i ja pozostaliśmy przyjaciółmi. Tyle tylko, że przez te lata, kiedy ja ciężko pracowałem, rozwijając Virgin na skalę globalną, Peter podążał w zupełnie innym kierunku. Bardzo mocno zaangażował się w ruchy pokojowe. Od początku popierał Amnesty International i organizował wszystkich dwadzieścia osiem Koncertów na rzecz Praw Człowieka, a także występował na nich. W roku 1986 wykonał swoją niezwykle poruszającą piosenkę Biko podczas trasy Conspiracy of Hope, organizowanej przez Amnesty. Steve Biko był studentem i liderem zaangażowanym w Ruch Świadomości Czarnych. To on ukuł określenie „czarne jest piękne” i ostatecznie oddał życie, przeciwstawiając się apartheidowi.

Ta piosenka miała – i nadal ma – ogromny wpływ, nie tylko na samego Petera. Nazwał ją swoją wizytówką, pokazującą jego chęć mocnego zaangażowania się w sprawy społeczne. Sprawiło to, że włączył się w ruch World Music. Dopiero to na nowo ożywiło w nim przekonanie, że gdyby spojrzeć na świat jak na globalną wioskę, to ludzi łączyłyby lepsze więzi. Zawsze powtarzał, że nigdy do końca nie akceptował kształtu przedsiębiorczości społecznie odpowiedzialnej – podobnie zresztą i ja – i dopiero dziesięć lat temu coś drgnęło. W piosence Biko znalazły się słowa business as usual [typowy biznes – przyp. tłum], które zrobiły na mnie duże wrażenie.

Moja matka, Eve, zawsze mocno wierzyła, że ludziom należy dawać w życiu szansę. Kiedy uruchamialiśmy naszą fundację Virgin Unite, wsiadła z nami w samolot, aby polecieć w marokańskie góry Atlasu Wysokiego, gdzie mieliśmy pomóc dziewczętom otwierać lokalne przedsiębiorstwa. Kiedy dorastałem, mama wyznawała filozofię – chociaż ja nie do końca się z nią zgadzałem – że zdrowe i szczęśliwe są tylko te dzieci, które biegają po sprawunki i pomagają sąsiadom. W tamtych czasach, tuż po drugiej wojnie światowej, wspierania sąsiadów nie uznawano za akt dobroczynności – to było normalne zachowanie. Czynienie dobra stanowiło ważną część życia każdego człowieka i ci, którzy coś mieli, pomagali tym, którzy nie mieli niczego. Najczęściej jednak nie chodziło wcale o pieniądze – nasza rodzina nie cierpiała na ich nadmiar – ale o oddawanie przysług. My akurat mieszkaliśmy w małej miejscowości, gdzie wszyscy byli zżyci i znali nawzajem swoje sprawy. Zwykle to moje siostry pomagały w pracach domowych, ale gdy ktoś potrzebował, żeby narąbać mu drewna, wyprowadzić psa albo wypleć ogródek, zadanie to przypadało w udziale mnie. A jeśli wykonałem je wcześniej, niż się spodziewano, kazano mi robić kolejną rzecz. Wylegiwanie się w łóżku – nawet kiedy miałem nogę w gipsie, złamaną podczas wypadku na boisku szkolnym – nie wchodziło w grę.

Mój pierwszy świadomy akt dobroczynności miał miejsce wtedy, gdy zdjąłem z siebie ubranie i oddałem je bezdomnemu. Zdarzyło się to akurat na ruchliwej Oxford Street w centrum Londynu, kiedy z mamą i siostrą chodziliśmy po okolicy, próbując opchnąć ludziom całe naręcza pierwszego wydania magazynu „Student”. Nie miałem wtedy na podorędziu drugiego kompletu ubrań, więc prze resztę dnia paradowałem owinięty kocem.

Mama tylko pokręciła z rezygnacją głową, próbując ukryć uśmiech. „O rany! Ricky, co następnym razem wymyślisz? Nie powinieneś oddawać swoich ubrań” – zachichotał ojciec. – „Biedny żebrak! Chciał tylko trochę drobnych, a dostał cały komplet ubrań od nawiedzonego chłopaka!”.

W tamtym czasie, mając szesnaście lat, opuściłem Stowe, żeby zająć się wydawaniem „Studenta” (do tego jeszcze wrócę), i ja oraz mój kolega, a zarazem współ-wydawca, Jonny Holland-Gems, zamieszkaliśmy razem w dusznej piwnicy jego rodziców u wylotu Oxford Street, czasami głodowaliśmy i za każdym razem, kiedy moja mama wpadała do nas z „koszykiem Czerwonego Krzyża”, pytała: „Myłeś się ostatnio?”. W tym samym czasie na górze snobistyczni do bólu rodzice Jonny’ego zabawiali najfajniejszych mieszkańców Londynu, od autorów Private Eye po członków Garrick Club, z których wielu pisało dla nas artykuły abo udzielało nam wywiadów. Nigdy wcześniej nie mieszkałem w Londynie i nawet nie marzyłem, że coś takiego jest możliwe. Dla mnie, nieśmiałego chłopaka świeżo po liceum, stanowiło to niezwykłą przygodę.

Był to rok 1967 – lato miłości – i razem z Jonnym nagle staliśmy się częścią wspaniałych, przepełnionych zabawą szalonych lat sześćdziesiątych. Zdumiało nas, że „Student” otworzył nam drzwi do miejsc, o których nawet nie mogliśmy marzyć. Mick Jagger przyjął nas w swoim domu w Cheyne Walk – i kolana mi zmiękły, kiedy zobaczyłem odpoczywającą w salonie Marianne Faithfull, chociaż bardzo szybko uciekła na górę, widząc, jak ślinimy się na jej widok. Przeprowadziliśmy wywiad z Johnem Lennonem i od raz podpadliśmy, plotąc jakieś bzdury o tym, że piosenka The Waste Land T.S. Eliota była jak A Day in the Life. Chcieliśmy mu zaimponować, a on tylko w typowy dla Liverpoolu sposób odburknął: „Nie mam pojęcia. Wiecie, to nie ten poziom”. Ale oprócz wywiadów z gwiazdami przeżyliśmy też wiele wyjątkowych chwil, protestując przeciwko wojnie w Wietnamie. Ja oraz Tariq Ali i Vanessa Redgrave (obydwoje udzielili nam świetnych wywiadów) maszerowaliśmy po centrum Londynu, manifestując przed Ambasadą Amerykańską przeciwko wojnie. Kwestowaliśmy też, zbierając z zapałem pieniądze dla głodujących sierot w Biafrze, gdzie panowała tragiczna plaga głodu, o której coraz więcej się mówiło. Magazyn „Student” bardzo szybko stał się rozpoznawalny. Dla niektórych był kłopotliwy. A ja świetnie się bawiłem, chociaż jednocześnie moja przyszłość jako bojownika na rzecz biednych i uciśnionych kształtowała się na ulicach Londynu w magicznych czasach hippisów, w gorących latach sześćdziesiątych, kiedy naprawdę następowały wielkie zmiany.

Wiele lat później, kiedy Virgin urosła i zaczęliśmy widzieć konkretne zyski, chciałem znaleźć mechanizm, dzięki któremu moglibyśmy użyć wszystkiego, czym dysponowaliśmy jako firma, aby spowodować pozytywne zmiany. Nie chciałem po prostu wykładać pieniędzy. Chciałem oferować skierowaną w konkretne miejsca pomoc oraz uczyć myślenia opartego na przedsiębiorczości, bo uważałem, że będzie to skuteczniejsze. Sporo czasu poświęciłem, rozmyślając, jak to wszystko zorganizować. Mniej więcej w tamtym czasie poznałem Jean Oelwang.

Zaraz po studiach Joan spędziła kilka lat w Stanach Zjednoczonych, pomagając w rozwijaniu jednej z sieci telefonów komórkowych. Jej praca była coraz bardziej wymagająca i fascynująca, ale jednak ciągle czegoś jej brakowało. Zawsze chciała się dowiedzieć, jak przedsiębiorcy mogą współpracować ze społeczeństwem, aby móc podnieść poziom życia tych, którzy nawet nie dostali szansy lepszego życia. Lekiem na jej frustrację okazała się mało znana organizacja Vista, swego rodzaju lokalny Korpus Pokoju. Joan zadeklarowała, że przez rok będzie pracowała w przytułku Neon Street, do którego trafiali młodzi bezdomni z Chicago.

Było dla niej wielkim zaskoczeniem, kiedy dowiedziała się, że w USA każdego roku dwa miliony młodych ludzi traci dom. Nie zdawała sobie sprawy, że tak wiele młodzieży żyje na amerykańskich ulicach. Nikt z nich nie wybierał takiego życia, nie mieli wyjścia. Zaszokowało ją również to, że niektóre z tych dzieci miały zaledwie po dwanaście lat. Większość z nich uciekła przed gangami albo przemocą w domu, gdzie była wykorzystywana, seksualnie albo fizycznie, lub od rodziców narkomanów. Teraz Jean miała kolejną zagwozdkę – jak zmienić sposób, w jaki rządy, firmy i społeczeństwo pracują razem nad wprowadzaniem koniecznych zmian. Ówczesne rozwiązania były po prostu nieskuteczne. Tak naprawdę Jean miała wrażenie, że system zapomogowy w USA wręcz wzmacniał problem.

Wróciła do świata biznesu i zaczęła pomagać w rozwijaniu firm telefonii komórkowej w różnych krajach na całym świecie, od Bułgarii, przez Kolumbię, po Republikę Południowej Afryki i Azję. W każdym z tych miejsc obserwowała, jak firmy dynamicznie rosły i odnosiły sukcesy, ale kiedy tylko zaczynała kopać głębiej, wszędzie znajdowała taką samą biedę, bezdomnych ludzi i brak możliwości godnego życia. W końcu dotarła do Australii. Właśnie wtedy poznała Virgin. Postanowiliśmy uruchomić sieć komórkową w Australii, więc namierzyliśmy ją, ni stąd, ni zowąd zadzwoniliśmy i zaproponowaliśmy pracę.

W tamtym czasie znów chciała zaangażować się w działania jakiejś organizacji, która promowała zmiany – jednak idealna dla niej praca, połączenie aktywności społecznej i biznesowej, nie istniała. Rozmawiała o tym z Gordonem McCullumem, jednym z jej dyrektorów. Nie wiedziała jednak, że ja w mojej filozoficznej podróży doszedłem dokładnie w to samo miejsce. Chciałem znaleźć sposób na to, aby Virgin mogła wesprzeć wielkie zmiany, które uczyniłyby świat lepszym i pomogły ludziom. Postanowiłem założyć fundację, żeby każdy, kto pracuje dla Virgin Group, mógł dać coś od siebie, jednak w tamtym momencie nie miałem jeszcze pojęcia, jaką formę powinno to przybrać i jak osiągnąć maksymalną skuteczność. Natomiast wiedziałem, że nie chcę tworzyć kolejnej filantropijnej organizacji, która działałaby tak jak wszystkie inne, gdzie po prostu zbiera się pieniądze. Musiała istnieć jakaś inna metoda. Szukając pomysłów, dyskutowałem na ten temat z menadżerami z całej naszej grupy. Jedną z osób, którym o tym wspomniałem, był akurat Gordon McCul-lum. Powiedział Jean, że powinna ułożyć plan i mi go przesłać.

Kiedy projekt Jean znalazł się w moich rękach, z miejsca mnie zachwycił. Myśleliśmy dokładnie tak samo! Oboje zdawaliśmy sobie sprawę z faktu, że to ogromna szansa – zebrać całą tę niesamowitą energię obecną w Grupie Virgin i wykorzystać ją do tego, aby pozytywnie zmieniać świat.

Zatelefonowałem do Jean i powiedziałem: „Cześć, tu Richard Branson. Jestem za. Przyleć do Londynu i zabierajmy się do pracy”. Dopiero dużo później dowiedziałem się, że gdy tylko odłożyła słuchawkę, zaczęła tańczyć po pokoju. Właśnie znalazła swoją wymarzoną pracę.

Kiedy Jean przyleciała do Londynu, odbyliśmy wiele długich rozmów o tym, jak moglibyśmy wywrócić typową korporacyjną filantropię do góry nogami, odchodząc od filozofii „złotych czeków”, a stając się prawdziwymi partnerami dla czołowych organizacji i wykorzystując absolutnie wszystko, czym dysponujemy, do wprowadzania zmian. Chcieliśmy, aby dosłownie każda osoba w rodzinie Virgin czuła się częścią społeczności zmian i każdego dnia uświadamiała sobie, że we wszystkim, co robi, może koncentrować się na tym, co dobre dla ludzi i dla planety. Wiedzieliśmy też, że chcemy robić to, w czym Virgin jest najlepsza, i szukać nisz, problemów, za które nikt inny by się nie zabrał, aby razem z partnerami znajdować rozwiązania oparte na przedsiębiorczości.

Jak już wspomniałem, staram się poświęcać w ciągu roku czas każdej z firm tworzących Virgin. Jean mnie zawstydziła, bo w ciągu sześciu miesięcy sama spotkała się ze wszystkimi, i do tego spędziła mnóstwo czasu na rozmowach z organizacjami charytatywnymi. Skonsultowała się ze wszystkimi. Powiedziała, że fundacja ma być dla nich, aby mogli porozumiewać się między sobą, a następnie docierać do ludzi na całym świecie, którzy potrzebują pomocy nie tylko po to, aby przetrwać, ale też wykorzystać swój potencjał. Nie powiedzieliśmy im, jak według nas powinno to wyglądać – zapytaliśmy ich, jak oni to widzą i czego oni oczekują od nas. Wszyscy wzięli to sobie do serca. Nawet nazwa i logo Virgin Unite stworzyli członkowie fundacji. Następnie opracowaliśmy wspólnie plan i latem 2004 roku podczas dorocznego letniego przyjęcia w moim domu pod Oxfordem ogłosiliśmy powstanie Virgin Unite.

Wyjaśniłem, że chcieliśmy zrobić coś radykalnie innego. Virgin Unite nie miała być po prostu kolejną organizacją charytatywną, ale stanowić integralny element filozofii Virgin Group i trzon całej naszej działalności. W ciągu kilku tygodni zauważyliśmy bardzo pozytywne reakcje tysięcy ludzi związanych z naszymi firmami i setek czołowych organizacji, z którymi spotkaliśmy się, aby faktycznie uruchomić fundację. Wszyscy chcieli, żeby była ona łącznikiem między ludźmi i pomysłami opartymi na przedsiębiorczości, co miało doprowadzić do zmian. Tak wyglądał początek serii wielu inicjatyw, o których opowiem w tej książce, oraz nowego podejścia całej Virgin Group do biznesu. Wiemy, że jest to niekończąca się podróż i po drodze wiele uczymy się od niesamowitych ludzi i organizacji wspomnianych w książce.

Zauważyłem tylko jedną filozoficzną sprzeczność między mną i Jean. Ja już dawno powiedziałem, że nie wierzę w rozdawanie czeków, ot tak po prostu. Organizację charytatywną powinno się prowadzić jak każdy biznes, który ma wywołać zmiany. Innymi słowy, uważam, że większość ludzi, nawet tych najbiedniejszych i zepchniętych na margines, nie chce tylko tego, aby mówić im, co jest dla nich dobre; chcą móc zaangażować się w podnoszenie poziomu swojego życia. Poza tym, choćbyś nie wiem jak dobre miał intencje, nie zawsze wiesz, co najlepiej działa w danym kraju – a miejscowi owszem. Oczywiście Jean zgadza się z tym, ale jej pasją zawsze było znajdowanie sposobów na to, aby łączyć firmy, rządy i społeczeństwa we wspólnych działaniach. Wierzy, że Virgin jako taka powinna być liderem zmian. Ta filozoficzna sprzeczność okazała się w efekcie bardzo skuteczna, ponieważ wywołała dyskusje, dzięki którym wymyśliliśmy coś całkowicie nowego, co zmobilizowało naszą firmę i wszystkie środki, jakimi dysponujemy w ramach grupy, aby wprowadzać zmiany. Działając w branży lotniczej, nie mamy tylu wolnych funduszy co niektóre młodsze biznesy technologiczne, więc musimy bardzo twórczo podchodzić do wykorzystania pieniędzy, którymi dysponujemy.