Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Biuro tajnych spraw. Kulisy Centralnego Biura Śledczego ebook

Sylwester Latkowski   Piotr Pytlakowski  

3.5 (2)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 549 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Biuro tajnych spraw. Kulisy Centralnego Biura Śledczego - Sylwester Latkowski, Piotr Pytlakowski

Od ponad dziesięciu lat CBŚ ma świetną opinię. Czy zasłużenie?

Frustrację i żal noszony głęboko w sercu można dostrzec u wielu byłych policjantów, szczególnie tych z Centralnego Biura Śledczego. Ci ważniejsi raz w roku widują się na spotkaniach byłych funkcjonariuszy, ostro piją, snują wspominki i zdarza się, że wylewają żółć na byłych kolegów i przełożonych. Towarzyszy im poczucie krzywdy.

– Taka instytucja – mówi filozoficznie jeden z policyjnych emerytów, lat czterdzieści sześć. – Każdy każdego chce przechytrzyć, zrobić na jego plecach własną karierę.

Po latach z pracy w CBŚ odchodzą ludzie z przetrąconymi kręgosłupami. Tu nie ma świętości. Choćbyś był najlepszy, choćbyś zapakował do kryminału stu bandytów, przychodzi chwila, kiedy spadasz ze szczytu na samo dno. I wtedy nikt się za tobą nie ujmie, zasługi możesz schować głęboko do szuflady.

O takim Centralnym Biurze Śledczym i o takich ludziach jest ta książka.

Opowiada także, jak wyglądało naprawdę rozbijanie gangu pruszkowskiego. Kto stał za aferą starachowicką. Gdzie leży wina w sprawie Olewnika. Kto sprzedał policyjną wiedzę biznesmenowi X (jednemu z najbogatszych Polaków). Kto w CBŚ wysługiwał się politykom i komu zależało nie na walce z mafią, tylko wyłącznie na własnej karierze. Kto z funkcjonariuszy był kretem przestępców, a kogo pomówiono fałszywie. Ile brudnych pieniędzy odebrano gangsterom i gdzie ta forsa jest schowana.

Sylwester Latkowski i Piotr Pytlakowski dotarli do byłych i aktualnych funkcjonariuszy Biura, a także do wielu dokumentów, które pokazują nieznaną dotąd historię polskich pogromców mafii.

Sylwester Latkowski (ur 1966 r.)   ̶  reżyser, scenarzysta, dziennikarz, producent filmów i wydawnictw fonograficznych; autor filmów dokumentalnych: „To my, rugbiści” (2000), „Blokersi” (2001), „Pub 700” (2002), „Gwiazdor” (2002), „Nakręceni, czyli szołbiznes po polsku” (2003), „Klatka” (2003), „Kamilianie” (2003), „Śledczak” (2004), „Pedofile” (2005). „Zabić Papałę” (2008), „Ścigany” (współautor Piotr Pytlakowski, 2010), „Wszystkie ręce umyte. Sprawa Barbary Blidy” (współautor Piotr Pytlakowski, 2010), „Ostatnia Wieczerza” (2011). Prowadził i reżyserował programy telewizyjne „Nakręcona noc” i „Konfrontacja”. W 2001 roku otrzymał wyróżnienie Fundacji Kultury za książkę „Pamiętam jak...”. Jest także autorem książek „Zabić Papałę” (2008) i „Polska mafia” (2011) oraz napisanych wspólnie z Piotrem Pytlakowskim „Olewnik. Śmierć za 300 tysięcy” (2009), „Przykrywkowcy” (2010) i „Wszystkie ręce umyte. Sprawa Barbary Blidy” (2010).

Piotr Pytlakowski (ur. 1951 r.)   ̶  dziennikarz i scenarzysta. Pracował m.in. w „Przeglądzie Tygodniowym”, „Gazecie Wyborczej”, „Życiu Warszawy”, „Życiu”, a od 1997 związany jest z tygodnikiem „Polityka”, gdzie zajmuje się dziennikarstwem śledczym i problematyką kryminalną. Napisał scenariusze do filmów: „W poszukiwaniu utraconych lat” (2001), „Świadek koronny” (2007) i „Odwróceni” (2007). Autor książek reporterskich: „Republika MSW” (1992), „Czekając na kata. Rozmowy ze skazanymi na śmierć” (1996); współautor „Alfabetu mafii” (z Ewą Ornacką, 2004) i „Olewnik. Śmierć za 300 tysięcy” (z Sylwestrem Latkowskim, 2009). Laureat nagrody Grand Press w kategorii Dziennikarstwo Śledcze w 1999 roku.

Opinie o ebooku Biuro tajnych spraw. Kulisy Centralnego Biura Śledczego - Sylwester Latkowski, Piotr Pytlakowski

Fragment ebooka Biuro tajnych spraw. Kulisy Centralnego Biura Śledczego - Sylwester Latkowski, Piotr Pytlakowski

Opracowanie redakcyjne

Mirosław Grabowski

Projekt okładki

Magda Kuc

Zdjęcie na okładce

Marek Szałajski

Skład, łamanie i korekta

Paweł Luboński

Text copyright © by Sylwester Latkowski, Piotr Pytlakowski

Copyright © for the Polish edition

by Wydawnictwo Czarna Owca, 2012

Wydanie I

ISBN 978-83-7554-433-6

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Mamy nadzieję, że ta książka uzupełni brakujące strony w księdze pamiątkowej Centralnego Biura Śledczego. Kiedyś założył ją jeden ze współtwórców Biura, Wojciech Walendziak. Potem w trybie nagłym odszedł na przymusową emeryturę, a księgą ktoś się „zaopiekował” – wydarto z niej kilka pierwszych kartek.

Wstęp

Sierpień 2000, środek pięknego lata. Od kilku tygodni szef Centralnego Biura Śledczego, młodszy inspektor Andrzej Borek, spodziewał się tego telefonu, ale liczył, że ktoś się jeszcze opamięta. Protestował, nawet pisał do szefostwa policji, że to nie jest najlepszy czas. Do akcji należy się właściwie przygotować, namierzyć ludzi, ustalić ich miejsca pobytu i najważniejsze: kto dokonuje zatrzymań w czasie wakacji? Bandyci także jeżdżą na letni wypoczynek, i to zazwyczaj za granicę. Stać ich na to. Tam mają zawsze słońce, palmy, łódki, jachty, luksusowe hotele. Jeżdżą z żonami, kochankami lub z kumplami. Przeważnie nie wybierają Ustki ani Darłowa, chociaż niektórzy, trzeba uczciwie przyznać, mają słabość do polskiego morza. Taki Pershing wpadał czasem do Ustki, lubił tam się zabawić, tęgo popić, wyrwać jakąś laskę. Ale Pershing nie żył już od ponad pół roku, zginął na polu chwały podczas zimowego wypoczynku. Właśnie zjechał z Polany Szymoszkowej w Zakopanem, pakował do auta narty, kiedy dopadły go kule zabójcy. Więc to nie na Pershinga, wesołka, hazardzistę, a podczas gangsterskiej roboty twardziela nieznającego litości dla przeciwników, mieli urządzić zasadzkę ludzie inspektora Borka.

– Mamy trzech namierzonych – usłyszał przez telefon.

Siadł na krześle w kuchni. Spojrzał na zegarek: minęła osiemnasta. Właśnie wrócił z biura, z Komendy Głównej Policji.

Dlaczego nie zadzwonili kilka godzin wcześniej? Byłem na miejscu. Cholera. Psa się lepiej traktuje, pomyślał.

Z tą sprawą od początku wszystko szło nie tak, jak powinno.

Kiedy kilka tygodni wcześniej Borek był z wizytą w Prokuraturze Krajowej, w Biurze do spraw Przestępczości Zorganizowanej, na naradzie w gabinecie prokuratora Ryszarda Rychlika czuł się jak intruz. Najgorsza była ta nieufność.

– Warszawa ma być wyłączona – oznajmiono mu.

– Jak to? – Borek nie krył zdziwienia. – Mam odsunąć od roboty przy Pruszkowie warszawski Pezet?

– Oni mogą mieć powiązania z pruszkowiakami – usłyszał i na tym temat został ucięty Żadnego konkretnego nazwiska. Kto miałby być kretem? Kto z chłopaków, według prokuratury, sprzedał się mafii?

To tak, jakby mi rękę ucięto. Wydział warszawski ma najlepsze rozpoznanie i teraz jak mam to robić, pomyślał. Jak to ludzie odbiorą? Wierzą nam i nie wierzą.

– A termin realizacji? – zapytał prokuratora Rychlika.

– Jak najszybciej!

Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.

– W sierpniu?

– Tak.

– Przeciągnijmy kilkanaście dni. Poczekajmy do roku szkolnego. Wrócą z wakacji. Wtedy możemy większość zamknąć.

– Dwóch czy trzech zatrzymanych też nas satysfakcjonuje – usłyszał.

Zamilkł. Wiedział, że już nic nie wskóra.

Rozejrzał się po kuchni, umeblowanej prosto, oszczędnie, tak aby nie była pusta. Służbowego mieszkania, które otrzymał po przyjeździe z Krakowa, nigdy nie traktował jak swojego domu. Wiedział, że nie będzie tu mieszkał do końca życia; jest tylko trochę przytulniejsze niż pokój hotelowy.

Nalał wodę do czajnika i zapalił gaz. Z szafki wyciągnął słoik z mieloną czarną kawą. Nasypał do szklanki i postawił przy kuchence.

Niczego nie zmieni. Jest za krótki. Przeciąganie o kilka minut nie odwróci tego, co zdecydowano w prokuraturze. Nakazy zatrzymania już wystawione.

Chwycił za telefon i wykręcił pierwszy numer, potem kolejny, i tak uruchamiał wszystkich, których mógł, których złapał. Za dnia byłoby łatwiej. Teraz ludzie rozjechali się po domach, robią w mieście zakupy.

Każda rozmowa była podobna, po drugiej stronie słuchawki słyszał niedowierzanie w głosie.

– Teraz?

– Zwijamy – mówił mechanicznie. Czuł się tak, jakby wokół jego klatki piersiowej zacisnęła się metalowa obręcz.

– Na pewno? – Głos nadal nie dowierzał.

– Polecenie prokuratury – odpierał.

Nie pamięta, pomiędzy którą rozmową a którą zaparzył sobie kawę ani kiedy ją wypił. Musiał zrobić to duszkiem, bo przed nim stała pusta szklanka, a minęło zaledwie kilka minut.

Czas wracać do komendy. Postanowił wcześniej się przebrać, przecież spędzi tam czas do rana. Opryskał się trochę wodą, włożył świeżą koszulę.

Kiedy był już gotowy do wyjścia, zawrócił jeszcze z przedpokoju do kuchni. Z lodówki wyciągnął butelkę wódki i nalał pięćdziesiątkę do kieliszka. Wychylił duszkiem. Ale nie pomogło. Nadal był wkurzony.

Grupa liczyła kilkunastu ludzi. Chłopaków z napisami „CBŚ” na plecach i zamaskowanych antyterrorystów z długą bronią. Panowała kompletna cisza, dopóki któryś nie kaszlnął. Dowódca spojrzał ze złością.

– Nie charczeć, do kurwy nędzy! – wycedził szeptem, który w uszach winowajcy zabrzmiał jak krzyk.

– Szefie, drapie mnie, przeziębiłem się chyba – tłumaczył płaczliwym głosem wysoki chłopak w kurtce firmowej Centralnego Biura Śledczego. Szybko jednak zamilkł, bo zobaczył, że dowódca nagle się podrywa i daje sygnał ludziom z antyterroru. Ci ruszyli gęsiego, jeden za drugim, przytuleni do ściany budynku. Za nimi poszli następni, kilku jednak zostało, żeby ubezpieczać kolegów.

Aż podziw brał, że tylu potężnych facetów dreptało po schodach na trzecie piętro, nie wydając nawet najmniejszego dźwięku. Szli w ciemnościach, a żaden nawet się nie potknął. Pełna profeska, jak sami opowiadali potem z dumą. Ale już mniej dumni byli z faktu, że kiedy wywalili drzwi do mieszkania, w środku zastali puste ściany. Gospodarz, którego chcieli przyskrzynić, wyprowadził się na inną metę, i to dosyć dawno, sądząc po kurzu, jaki unosił się w powietrzu i osiadał na mundurach policjantów. Dowódca zaklął pod nosem i zameldował przez krótkofalówkę, że jest wtopa, wlokalu brakuje figuranta, a także mebli, ubrań, czegokolwiek…

– Dlaczego rozpoznanie nas nie powiadomiło? – rzucił do mikrofonu. – Czy nad tym burdelem ktoś panuje?!

– Spokojnie, wszystko pod kontrolą – odpowiedział ktoś z centrali. – Jedźcie pod adres numer dwa. Powtarzam: ruszajcie na Wolę, według rozkładu. Są pytania?

– Tak, jedno. Czy tam będziemy kogoś łapać, czy szukać cienia jak tutaj?

– Nie pierdol, stary. Bierz ludzi i do roboty. Noc jest krótka.

Ekipa władowała się do wozów i ruszyła dalej pustymi ulicami Warszawy.

Kiedy Andrzej Borek wracał nad ranem do domu, prześladowała go myśl o klęsce. Na czele Centralnego Biura Śledczego stanął zaledwie trzy i pół miesiąca wcześniej. Można rzec, że je współtworzył. Wcześniej kierował policyjnym Biurem do Walki z Przestępczością Zorganizowaną, słynnymi Pezetami. Tam miał więcej samodzielności. W gronie kilku najbardziej wtajemniczonych ustalali taktykę, terminy operacji i całą logistykę: kto, gdzie i kiedy.

W CBŚ jestem dyrektorem, a w gruncie rzeczy przestawiają mnie jak pionek w szachach, myślał, wkładając klucz do zamka. Niefortunny termin wyznaczyła prokuratura, ale naciskał też komendant główny. No to mają teraz sukces! Przecież to kompletna klapa. Każdy to dostrzeże, media nie zostawią na nas suchej nitki. A co mnie to wszystko obchodzi, niech oni się tłumaczą.

Zrezygnowany klapnął ciężko na krzesło. Oparł podbródek na dłoni, pomyślał, że warto by zagotować wodę na herbatę, i z tą myślą zasnął.

Następnego dnia dostał na biurko wszystkie raporty. Jego ludzie zatrzymali tylko jedną trzecią zaplanowanych osób. Nie złapali Malizny, Słowika, Bryndziaka i kilku innych ważnych postaci gangu pruszkowskiego. Zastanawiał się, co było prawdziwym powodem podjęcia decyzji o zatrzymaniu pruszkowiaków w tym terminie? Chodziło zaledwie o kilkanaście dni zwłoki. Poczekać na koniec wakacji, przeprowadzić lepsze rozpoznanie, przygotować wszystko jak trzeba, dopiąć na ostatni guzik i uderzyć! Podobno jedynym powodem była wiadomość operacyjna, że zagrożone jest bezpieczeństwo głowy państwa, ktoś miał wydać zlecenie zabójstwa prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i trzeba było natychmiast przystąpić do działania. Wyglądało to na podpuchę szytą grubymi nićmi, fałszywy pretekst, a nawet prowokację. Gdyby faktycznie istniała groźba zamachu na prezydenta, kto jak kto, ale szef CBŚ z pewnością by o tym wiedział. Nie miał w tamtym czasie zbyt dobrego rozeznania politycznego, ba, nie miał pojęcia, do jakich sztuczek mogą się uciec prowokatorzy, by spowodować oczekiwane działania.

Dopiero rok później, po operacji namierzania Pawła M., pseudonim „Małolat”, na strzelnicy w Rembertowie podczas festynu Sojuszu Lewicy Demokratycznej, na własnej skórze miał przećwiczyć skutki politycznej intrygi.

Centralne Biuro Śledcze powstało piętnastego kwietnia 2000 roku rozkazem komendanta głównego policji z dwudziestego dziewiątego lutego. Rozbicie gangu pruszkowskiego było pierwszą poważną akcją nowej formacji – niejako chrztem bojowym.

Gang wywodzący się z podwarszawskiego Pruszkowa był najpotężniejszą zorganizowaną grupą przestępczą w Polsce.

O dziwo, media nie dostrzegły wpadki CBŚ. Akcję okrzyczano jako udaną i do dzisiaj uważana jest za jeden z większych sukcesów Biura. Tylko Andrzej Borek i jego ówcześni współpracownicy oceniają ją inaczej.

Jedenaście lat później siedzimy z Andrzejem Borkiem w restauracji blisko krakowskiego dworca kolejowego. Niewyróżniający się, łysiejący, z oczami uważnie przyglądającymi się rozmówcy. Pali jednego papierosa za drugim i popija kawę. Nadal przeżywa tamten czas, w jego słowach czuć gorycz.

– Wszyscy na mnie potem bykiem patrzyli, że nie rozpoczęliśmy na początku roku szkolnego. W nocy ich wyjmowaliśmy. Trzech zatrzymano, ale chodziło też o paru innych, koncentracja była na zarządzie pruszkowskim. Tych, co mieliśmy zlokalizowanych, to od razu braliśmy, innych namierzało się w kilku miejscach, pozostałych szukaliśmy jeszcze długo. Ja nie byłem usatysfakcjonowany, chciałem robić po swojemu, najpierw wszystkich namierzyć, potem zdejmować. Sygnał poszedł do innych, że już nie przelewki, mogli świadków likwidować, zacierać ślady.

Nie tylko Andrzej Borek jest rozgoryczony. Frustrację i żal noszony głęboko w sercu można dostrzec u wielu byłych policjantów, szczególnie tych z Centralnego Biura Śledczego. Ci ważniejsi raz w roku widują się na spotkaniach byłych funkcjonariuszy, ostro piją, snują wspominki i zdarza się, że wylewają żółć na dawnych kolegów i przełożonych. Towarzyszy im poczucie krzywdy. Noszą je i ci skrzywdzeni, i ci rzekomo krzywdzący – każdy kiedyś dostał po łapach.

– Taka instytucja – mówi filozoficznie jeden z policyjnych emerytów, lat czterdzieści sześć. – Każdy każdego chce przechytrzyć, zrobić na jego plecach własną karierę. Wpadasz w kłopoty, jesteś sam. Koledzy patrzą w inną stronę, jakby cię już nie było, a szefowie rzucają cię na ofiarę. Oni są czyści, chcieli dobrze, to tylko ty zawiniłeś!

Po latach z pracy w CBŚ odchodzą ludzie z przetrąconymi kręgosłupami. Tu nie ma świętości. Choćbyś był najlepszy, choćbyś zapakował do kryminału stu bandytów, przychodzi chwila, kiedy spadasz ze szczytu na samo dno. I wtedy nikt się za tobą nie ujmie, zasługi możesz schować głęboko do szuflady o takim Centralnym Biurze Śledczym i o takich ludziach jest ta książka.

* * *

Napisaliśmy razem kilka książek, kilkanaście artykułów dla „Polityki” (wspólnie, bo Pytlakowski od 1997 roku pracuje w tej redakcji i opublikował tam, skromnie licząc, z sześćset tekstów), nakręciliśmy dwa filmy dokumentalne. Przez pewien czas postrzegano nas jako nierozłączny tandem Latkowski-Pytlakowski (układ alfabetyczny), co było krzywdzące, bo każdy z nas chciał jednak być postrzegany osobno. Mieliśmy własne sukcesy i porażki dziennikarskie (oraz, co tu kryć, życiowe), osobiste ambicje, a także odmienne charaktery. Dzieli nas spora różnica wieku (Pytlakowski jest starszy), różne przeżyte doświadczenia i temperament. Jeden z nas jest nieufny wobec świata, wciąż szuka dziury w całym i czasem zachowuje się bardzo, bardzo nerwowo (pewnie zaraz się obrazi i wyrzuci ten fragment). Powiedzieć o drugim, że jest oazą spokoju, to przesada, ale w tej parze to on studzi nastroje, chociaż też ma swoje obsesje, a według niektórych czarne podniebienie – czyli we wszystkim wietrzy samo zło (też się może obrazić). Domyśl się, czytelniku, który jest który. A tak na marginesie, trochę głupio tak pisać o sobie po nazwisku i jakby się stało z boku.

Napomysł napisania książki o CBŚ wpadł Latkowski. Znaleźliśmy wydawcę (gwoli prawdy, znalazł Latkowski), podpisaliśmy umowę i… dopiero się zaczęło. Kłótnia na kłótni: o czym piszemy, jak, z kim się spotykamy, o co pytamy Drogi czytelniku, uwierz na słowo, przeszliśmy gehennę. Nie wiem, jak można być tak odpornym na argumenty (to o Pytlakowskim). Nie wiem, jak można być tak upartym (to o Latkowskim). I tak w miłej, przyjacielskiej atmosferze zabraliśmy się do pracy Im więcej przeżyliśmy burz i piorunów, tym bardziej, co zrozumieliśmy niebawem, dane nam było wejść w skórę bohaterów tej książki. Nerwowe życie to przecież ich specjalność.

Skusiło nas Centralne Biuro Śledcze, bo to instytucja tajemnicza, zajmująca się (przynajmniej z założenia) najpoważniejszymi przestępstwami, okryta wszelkimi możliwymi klauzulami niejawności, a przez to tym ciekawsza dla dziennikarzy. Co kryje się za zamkniętymi drzwiami, jakie sprawy tam się rozgrywają, co knują w swoich gabinetach jej pracownicy i co wstydliwego próbują przemilczeć?

Odbyliśmy kilkadziesiąt rozmów z szefami CBŚ, zwanymi urzędniczo dyrektorami. Z ich zastępcami, z naczelnikami zarządów i szeregowymi funkcjonariuszami. Przeanalizowaliśmy trochę dokumentów (bez gryfów tajności), aktów oskarżenia, sporo zeznań z akt sądowych i uzasadnień wyroków. Spotykaliśmy się też z ludźmi z drugiej strony bariery – gangsterami tropionymi przez CBŚ i byłymi przestępcami, dzisiaj świadkami koronnymi. Obserwowaliśmy więc ludzi po dwóch stronach lustra. To ciekawe, jak czasem tym w mundurach blisko do tych, z którymi walczą. Przez lata nabywają takich samych zwyczajów, używają coraz bardziej zbliżonego języka, a czasem nawet skala wartości, według której oceniają ludzi, jest identyczna. Dwa przenikające się światy.

Z policjantami z CBŚ spotykaliśmy się w ich gabinetach, w knajpach, w domach, w których mieszkają. Przeważnie znaliśmy ich wcześniej, pierwsze lody już dawno były przełamane. Miejsc spotkań z gangsterami nie ujawnimy, oprócz tych uważanych za publiczne, czyli sal widzeń w kryminałach. Za zgodą zainteresowanych wszystkie rozmowy nagrywaliśmy, by potem mozolnie je spisywać. Część, w formie wywiadów lub swobodnej narracji, czytelnik znajdzie w tej książce. Jeżeli po jej przeczytaniu dojdzie do wniosku, że autorzy uchylili drzwi do nieznanego, intrygującego świata, to będzie znaczyć, że nasz zamiar się powiódł.

1 CBŚ, dzień narodzin

Do pewnego ośrodka szkoleniowo-wypoczynkowego nad Zalewem Zegrzyńskim zajechały fordy mondeo, volkswageny passaty, a także skromne polonezy. Numery rejestracyjne wskazywały, że to pojazdy służbowe resortu spraw wewnętrznych, a ściślej mówiąc – policyjne. Z wozów wysiadali pasażerowie, witali się ze sobą jak dobrzy znajomi, a kierowcy odprowadzali auta na parking.

– Znów jakieś urzędasy będą się szkolić, zapomnij o napiwkach – skomentował bez entuzjazmu kelner, a jego kolega smutno pokiwał głową.

Co do jednego kelner miał rację: żaden z nowo przybyłych napiwkami nie szastał, ale mylił się co do profesji gości. Wyglądają co prawda jak urzędnicy drugiego sortu, w lekko znoszonych, wymiętych garniturach i każdy z wytartą teczką na dokumenty, ale urzędnikami nie są. To elita polskich policjantów; jak to się mówi, sól tej ziemi. Łapali bandytów jeszcze w czasach Polski Ludowej jako milicjanci z wydziałów kryminalnych. Niektórzy mają za sobą krótsze i dłuższe epizody w niesławnej Szkole Budowlanej, jak zwykli między sobą nazywać Służbę Bezpieczeństwa, policję polityczną w okresie PRL. Do Białobrzegów nad zalewem przyjechali z całej Polski, jako szefowie i wiceszefowie wydziałówwchodzącychwskład centralnego Biura do Walki z Przestępczością Zorganizowaną (dalej: Pezety) i konkurencyjnych, należących do Biura do spraw Narkotyków (dalej: Narkotyki).

– Będzie jatka? – zapytał podinspektor K.

Ale jego podwładny, nadkomisarz M., najwidoczniej nie dosłyszał, bo wyraźnie ucieszony rzucił:

– To ja na początek zimne piwo z beczki, chyba tu mają?

– Tobie tylko jedno w głowie, pijaku. Wczoraj znów żłopałeś! – dobitnie, ale bez szczególnej pretensji ocenił podinspektor. Po prostu stwierdził fakt, nie potępiał komisarza. Zresztą chętnie sam by się napił, i to nie piwa, tylko czegoś mocniejszego.

Im bardziej był trzeźwy, tym większą czuł złość do całego świata. Wkurzało go wiele rzeczy: kłótliwa żona, kretyn prokurator, z którym musiał na co dzień współpracować, a głównie to, że wciąż jest zaledwie podinspektorem, chociaż ma już odpowiedni staż i wystarczające zasługi. Koledzy, z którymi kończył przed laty szkółkę w Szczytnie, już dawno awansowali na inspektorów, a kilku dostało nawet szlify generalskie. Ktoś mnie mocno nie lubi, jakiś ponury skurwiel zabiurkowy, który sam nigdy nikogo nie schwytał, więc nie wie, co czuje człowiek czyszczący społeczeństwo z chwastów – takie myśli krążyły mu często po głowie.

O sobie miał jak najlepsze zdanie, uważał bez fałszywej skromności, że wśród gliniarzy jest jednym z najlepszych. A mimo to ciągle podinspektorem. Ta złość i gorycz dopadła go przed trzema laty, kiedy tworzono biuro, którego celem miała być walka z przestępstwami narkotykowymi. Pracował w Pezetach, dobrze mu szło, ale ktoś uznał, że pójdzie do Narkotyków na naczelnika wydziału w K. Odczuł to jako despekt, kopniak w dół.

– Skurwiele! – palnął, zapominając przez moment, gdzie jest.

– Szefie, co pan? Fakt, że wczoraj trochę wypiłem, imieniny szwagra, ale żeby na człowieka bluzgać? – Komisarz zrobił rozżaloną minę, jakby miał wybuchnąć płaczem.

– Jurek, daj spokój, to nie do ciebie – uspokoił go podinspektor. – Skurwiele chcą nas załatwić, o to chodzi.

Nie tylko podinspektor K. był w podłym nastroju. Większość jego kolegów z wydziałów narkotykowych przyjechała do Białobrzegów jak na ścięcie. Wiedzieli już, co się szykuje, i powiedzieć, że nie budziło to ich entuzjazmu, to jakby szalejącą ulewę nazwać mżawką. Przełożeni spędzili ich tutaj, aby w pięknych okolicznościach przyrody, w lesie, nad wodą, zakończyć przy ich pomocy krótki żywot biura narkotykowego. Wiedzieli, że klamka już zapadła, protest na nic się nie zda. Wyrok wydano, ich rolą będzie go podpisać. To denerwowało najbardziej – taka niby-demokracja; mogą sobie pogardłować, ale nikogo to nie wzruszy.

W przeciwieństwie do policjantów z Narkotyków ich koledzy z Pezetów przybyli do Białobrzegów w świetnych humorach. Meldując się w recepcji, dowcipkowali na luzie, jakby przyjechali tu na wczasy, a nie na poważną naradę. Na kolegów z wydziałów narkotykowych spoglądali z lekką pobłażliwością i nieco z góry. Wiedzieli przecież, że i oni, i tamci stawili się tu w sprawie czysto formalnej. Oba biura, Narkotyki i Pezety, mają połączyć się w jedno superbiuro policyjne do spraw nadzwyczajnych. Nie znali jeszcze jego nazwy, nie wiedzieli, kto będzie nim kierował ani jaki zakres obowiązków przydzielą im w nowej instytucji, ale i tak mieli pewność, że Pezety na tym połączeniu nie stracą. Przeciwnie, ich rola wzrośnie, a co za tym idzie – nie tylko prestiż, ale i kasa będzie większa. Skoro są elitą, to lepsze pieniądze należą się im jak psu kość.

Kto wymyślił nazwę

Ci, którzy po latach opowiadają nam o przebiegu tego białobrzeskiego zjazdu, z lekkim zażenowaniem wspominają atmosferę towarzyszącą policyjnej nasiadówie. Obrady były burzliwe, jeżeli można tak nazwać kilka pyskówek i awantur. W gruncie rzeczy kłócono się o pieniądze.

– Po co to, kuźwa, zmieniać? – dopytywał się jeden z naczelników biura narkotykowego. – Zle jest? Mamy przerób większy niż wy. Komu to się nie podoba?

– Mnie się nie podoba! – oznajmił szef jednego z terenowych wydziałów Pezetów. – Nie podoba mi się, że wam w tych Narkotykach już całkiem we łbach się pomieszało. Co z tego, że przejmujecie towar, skoro nie wiecie, kto go przemyca? Bandyci się tylko cieszą, że takich gamoni mają za przeciwników. My osobno, Narkotyki osobno, a wróg jest jeden i ten sam. Koniec! Teraz wszystko będzie inaczej, teraz będziemy skuteczni.

– To może ktoś z łaski swojej chociaż nam powie, jak to coś będzie się nazywało? – zapytał jeden z uczestników narady.

– Tego jeszcze nie ustalono, ale nie martw się, kolego, wszystko w swoim czasie – uśmiechnął się Andrzej Borek, szef Pezetów.

Jego zastępca, Wojciech Walendziak, przez chwilę o czymś intensywnie myślał, po czym nachylił się do szefa i powiedział coś ściszonym głosem.

Borek spojrzał na niego z uznaniem.

– Dobre. Podoba mi się.

– Co Wojtek mu powiedział, słyszał ktoś? – rozpytywał podinspektor K.

To dziwne, ale jedynym, który usłyszał szept Walendziaka, był ten sam komisarz M., któremu kilka godzin wcześniej z powodu, jak można mniemać, dokuczliwego pragnienia słuch odmawiał posłuszeństwa. Teraz M. pragnienie już ugasił i uspokojony, z lekką zaróżowioną twarzą, powtórzył innym:

– Powiedział, że to nowe powinno się nazywać jak w Ameryce.

– Czyli jak?

– Normalnie. Centralne Biuro Śledcze! Mnie to pasuje.

Pezety i Narkotyki

Pezety były formacją starszą od Narkotyków o trzy lata. Założono je pierwszego stycznia 1994 roku, a przynajmniej taką datę wpisano do dokumentów. Nie wydaje się prawdopodobne, aby tuż po nocy sylwestrowej gliniarze – w końcu też ludzie – byli w stanie przystąpić do wytężonej pracy na nowym froncie. Załóżmy więc, że w rzeczywistości właściwą datą był drugi stycznia. Biuro do Spraw Narkotyków stworzono w 1997 roku. Oba zatrudniały starannie wyselekcjonowanych policyjnych speców od roboty operacyjnej i procesowej, można powiedzieć: najlepszych z najlepszych. W Pezetach pracowało około czterystu ludzi, w Narkotykach o połowę mniej. Siłą rzeczy pezetowcy uważali się za ważniejszych od narkotykowców, było ich więcej i mieli dłuższe o trzy lata doświadczenie w tropieniu najpoważniejszych przestępców. W tym też duchu traktowali kolegów w Białobrzegach.

– Przy połączeniu nie mogło być dwóch naczelników w jednym wydziale. Problemem było, jak to wszystko pogodzić, żeby ci z Narkotyków nie byli stratni. Z ich strony były opory – wspominał Wojciech Walendziak, wówczas zastępca szefa Pezetów. – Udało się to rozegrać. Komendant główny Jan Michna powiedział, że nie będzie takiej sytuacji, żeby oni stracili cokolwiek. Nawet jeśli nie będą naczelnikami, to zachowa im te grupy, które mieli. Rozegrało się pokojowo.

No, może jednak nie do końca pokojowo. Szef Biura do spraw Narkotyków, Adam Rapacki, na wszelki wypadek został odwołany i przerzucony do Wrocławia, na komendanta wojewódzkiego. Niby awans, ale dla funkcjonariusza z niebywałym temperamentem śledczym to jednak boczny tor, robota głównie urzędnicza. Prawie całe kierownictwo CBŚ objęli ludzie z Pezetów: Andrzej Borek jako dyrektor, a Wojciech Walendziak, Tadeusz Kotuła i - jedyny w tym gronie z Biura do spraw Narkotyków, jego ostatni szef po przeniesieniu Adama Rapackiego do Wrocławia – Andrzej Domański jako jego zastępcy.