Wydawca: Pascal Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Biuro przesyłek niedoręczonych ebook

Natasza Socha  

4.31034482758621 (29)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 236 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Biuro przesyłek niedoręczonych - Natasza Socha

"Są listy, których nie można zostawić bez odpowiedzi Do Biura Przesyłek Niedoręczonych trafiają listy i paczki, które nigdy nie dotarły do adresatów. Zuzanna zaczyna tam pracować, bo ją samą też prześladuje pewien niewysłany w porę list. Z czasem coraz bardziej intrygują ją tajemnice innych ludzi. Kiedy trafia na listy, których nadawcy od trzydziestu ośmiu lat nie mogą się spotkać, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Ma czas do Wigilii, potem będzie za późno... Magiczna opowieść o zagmatwanych ludzkich losach, miłości jak z bajki i nieoczekiwanych konsekwencjach życzliwości. Mistrzostwo gatunku! 

 

Świąteczna opowieść Nataszy skrzy się dowcipem i wzrusza do łez. A kiedy myślisz, że już wiesz, jak skończy się ta historia, czeka na ciebie naprawdę smakowita niespodzianka. 

Lilliana Fabisińska, pisarka 

 

Natasza Socha pisze tak, że po przeczytaniu każdej jej nowej książki ma się ochotę na kolejną. Damian Gajda, dziennikarz, Gala"

Opinie o ebooku Biuro przesyłek niedoręczonych - Natasza Socha

Fragment ebooka Biuro przesyłek niedoręczonych - Natasza Socha

Au­tor: Na­ta­sza So­cha

Re­dak­cja: Pra­cow­nia CO­GI­TO

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Wi­lusz

Skład: Ro­bert Ku­pisz

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: btl RE­VO­LU­TION

Zdję­cia na okład­ce:

Ale­xan­der Ra­ths | Shut­ter­stock

Ivan Lu­ky­an­chuk | Shut­ter­stock (gra­fi­ka)

Naj­ka Pho­to­gra­phy (zdję­cie au­tor­ki)

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Agniesz­ka Pie­trzak

Re­dak­tor pro­jek­tu: Agniesz­ka Fi­las

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

© Co­py­ri­ght by Na­ta­sza So­cha

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­ob­raź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie mo­że być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mo­gą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2016

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl

www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-7642-939-7

Lu­dzie na ca­łym świe­cie two­rzą spe­cy­ficz­ny sys­tem na­czyń po­łą­czo­nych. Kie­dy jed­na oso­ba za­czy­na coś ro­bić, nie po­zo­sta­je to bez wpły­wu na po­zo­sta­łych uczest­ni­ków sys­te­mu, mi­mo że czę­sto w ogó­le nie zda­je­my so­bie z te­go spra­wy. Je­ste­śmy jed­nym or­ga­ni­zmem, choć każ­dy z nas ma in­ne za­da­nie do wy­ko­na­nia. Ma­szy­na wspól­nych za­leż­no­ści pra­cu­je w za­sa­dzie bez prze­rwy…

Roz­dział 1

NOWA PRACA

Zu­zan­na bar­dzo nie lu­bi­ła cza­pek. Jej wło­sy by­ły dość cien­kie i pod każ­dym na­kry­ciem gło­wy zmie­nia­ły swój kształt oraz po­ło­że­nie. Wpraw­dzie za­wsze po­zo­sta­wa­ły na gło­wie, ale ni­g­dy w ta­kiej po­zy­cji, w ja­kiej zo­sta­ły uło­żo­ne ra­no. Tym ra­zem jed­nak gru­dzień nie był zbyt po­błaż­li­wy i już na sa­mym po­cząt­ku mie­sią­ca dmuch­nął lo­do­wa­tym po­wie­trzem. W tej sy­tu­acji Zu­zan­na za­ło­ży­ła zie­lo­ną czap­kę, owi­nę­ła się zie­lo­nym sza­li­kiem i ze zre­zy­gno­wa­ną mi­ną po­szła do pra­cy. Po­cie­szał ją fakt, że przy­naj­mniej ma cu­dow­nie ozdo­bio­ne uszy – kol­czy­ka­mi w kształ­cie li­za­ków, któ­re ku­pi­ła na wiej­skim od­pu­ście ubie­głe­go la­ta. Zu­zan­na ko­cha­ła kol­czy­ki, ko­cha­ła też wi­sior­ki, a im bar­dziej by­ły pstro­ka­te i udziw­nio­ne, tym le­piej.

No­wa pra­ca nie by­ła pra­cą ma­rzeń, ale Zu­zan­na wca­le się tym nie mar­twi­ła. Czę­sto prze­cież w ży­ciu ja­koś tak się ukła­da, że ro­bi­my to, co nie do koń­ca jest szczy­tem na­szych pra­gnień. Naj­pierw nie po­do­ba nam się przed­szko­le, póź­niej oka­zu­je się, że szko­ła, do któ­rej nas za­pi­sa­no, zde­cy­do­wa­nie nie od­po­wia­da na­szym upodo­ba­niom, a na koń­cu – miej­sce pra­cy jest cał­ko­wi­tym za­prze­cze­niem mło­dzień­czych wi­zji. Bo tyl­ko w baj­kach tak na­praw­dę wy­bie­ra­my mię­dzy zło­tą a sre­brzy­stą suk­nią, w co­dzien­nym ży­ciu zaś no­si­my zwy­kłą, po­pie­la­tą spód­ni­cę, któ­ra dra­pie nas w łyd­ki.

Wiatr po­gwiz­dy­wał dość sro­go, chmu­ry kłó­ci­ły się o lep­sze miej­sce na nie­bie, a Zu­zan­na szła do pra­cy w zie­lo­nej czap­ce na gło­wie.

Biu­ro Prze­sy­łek Nie­do­rę­czo­nych.

To, co in­nym wy­da­wa­ło się opu­sto­sza­łym ma­ga­zy­nem, by­ło ogrom­ną cen­tra­lą pocz­to­wą, a mó­wiąc do­kład­niej – miej­scem, gdzie lą­do­wa­ły wszyst­kie te li­sty, pacz­ki i prze­sył­ki, któ­re w ża­den spo­sób nie mo­gły tra­fić do ad­re­sa­ta. Zu­zan­na już pierw­sze­go dnia od­nio­sła wra­że­nie, że to miej­sce pach­nie jak pu­sta bu­tel­ka po per­fu­mach. Z jed­nej stro­ny reszt­ki aro­ma­tu jesz­cze tań­czą w szkla­nym fla­ko­ni­ku, z dru­giej jed­nak za­pach ulat­nia się co­raz bar­dziej i bar­dziej, by wresz­cie znik­nąć na wie­ki. Biu­ro Mar­twych Li­stów. Ni­g­dy nie­prze­czy­ta­nych, po­zo­sta­ją­cych bez od­po­wie­dzi.

Pra­cow­ni­cy zmie­nia­li się dość czę­sto, Zu­zan­nie wy­da­wa­ło się, że w cią­gu ostat­nich dwóch ty­go­dni cią­gle wi­dzi no­we twa­rze. Wszy­scy ro­bi­li pra­wie to sa­mo: prze­rzu­ca­li pacz­ki, se­gre­go­wa­li je, ukła­da­li na pół­kach, ozna­cza­li i wpi­sy­wa­li do ka­ta­lo­gów. W za­sa­dzie ona też by­ła no­wa. Do Mia­stecz­ka przy­je­cha­ła pod ko­niec li­sto­pa­da, kie­dy tyl­ko do­wie­dzia­ła się, że jest wol­na po­sa­da. W Biu­rze każ­da pa­ra rąk by­ła po­trzeb­na, wsku­tek cze­go Zu­zan­nę przy­ję­to bez więk­szych pro­ble­mów. Wy­na­ję­ła nie­wiel­kie miesz­kan­ko, spa­ko­wa­ła swo­je ubra­nia do jed­nej du­żej wa­liz­ki i po­ma­cha­ła mat­ce oraz bab­ci na do wi­dze­nia.

– Ucie­kasz? – spy­ta­ła ją ma­ma, kie­dy Zu­zan­na oznaj­mi­ła, że na ra­zie re­zy­gnu­je z pra­cy w ga­bi­ne­cie psy­cho­lo­gicz­nym, gdzie za­trud­nio­no ją w re­cep­cji, i wy­jeż­dża swo­im ma­łym czer­wo­nym au­tkiem ja­kieś czte­ry­sta ki­lo­me­trów na wschód Pol­ski.

To by­ła w jej ży­ciu pierw­sza tak sta­now­cza i od­waż­na de­cy­zja. Do tej po­ry Zu­zan­na miesz­ka­ła z ma­mą i bab­cią, grzecz­nie za­li­cza­ła wszyst­kie szko­ły, któ­re sta­nę­ły na jej dro­dze, a na­wet ukoń­czy­ła trzy­let­ni kurs wo­kal­no-ak­tor­ski, gdzie na­uczy­ła się mię­dzy in­ny­mi emi­sji gło­su z pro­fi­lak­ty­ką. Na stu­dia za­bra­kło jej jed­nak si­ły i ocho­ty, na do­da­tek dość szyb­ko do­szła do wnio­sku, że jest zbyt nie­śmia­ła, by wy­stę­po­wać pu­blicz­nie. Kie­dy na­tra­fi­ła na ogło­sze­nie o pra­cy w re­cep­cji ga­bi­ne­tu psy­cho­lo­gicz­ne­go, dłu­go się nie za­sta­na­wia­ła, cho­ciaż do­sko­na­le zda­wa­ła so­bie spra­wę, że ni­g­dy tu nie awan­su­je. A emi­sja gło­su z pro­fi­lak­ty­ką z pew­no­ścią jej się nie przy­da. Po­lu­bi­ła jed­nak pa­pier­ko­wą ro­bo­tę, uma­wia­nie na wi­zy­ty, od­bie­ra­nie te­le­fo­nów, fak­sów i e-ma­ili, a na­wet co­dzien­ne pa­rze­nie ka­wy. Nie­któ­rzy lu­dzie są stwo­rze­ni do pra­cy na sa­mych szczy­tach, in­ni ma­ją lęk wy­so­ko­ści i wo­lą ob­ser­wo­wać świat z do­łu, cie­sząc się, że sto­ją na pew­nym grun­cie. Na szczę­ście nikt nie miał do Zu­zan­ny pre­ten­sji, że nie ma du­szy przy­wód­cy. Ma­mę bar­dziej mar­twił fakt, że cór­ka na­gle znik­nie z jej ży­cia, w któ­rym za­do­mo­wi­ła się na dwa­dzie­ścia trzy la­ta i czte­ry mie­sią­ce.

– Nie ucie­kam, po pro­stu zmie­niam oto­cze­nie. Chcę po­miesz­kać sa­ma, wy­je­chać w miej­sce, gdzie nikt mnie nie zna, po­spa­ce­ro­wać in­ny­mi uli­ca­mi.

– Ale dla­cze­go?

Zu­zan­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Nie wiem, nie umiem ja­koś sen­sow­nie ci od­po­wie­dzieć. Ale nie za­bra­niaj mi, pro­szę.

– Nie mam za­mia­ru, je­steś do­ro­sła.

Te­go nie by­ła aż ta­ka pew­na. Dwa­dzie­ścia trzy la­ta to du­żo dla ko­goś, kto chciał­by roz­po­cząć ka­rie­rę pri­ma­ba­le­ri­ny, ale nie­ko­niecz­nie dla oso­by, któ­ra kom­plet­nie nie wie­dzia­ła, co chce ro­bić w ży­ciu.

Biu­ro Prze­sy­łek Nie­do­rę­czo­nych? Cze­mu nie, prze­cież za­wsze moż­na zre­zy­gno­wać.

– Na po­cząt­ku wy­ja­śnię ci, dla­cze­go te wszyst­kie li­sty i pacz­ki lą­du­ją wła­śnie u nas. Pod­sta­wo­we przy­czy­ny to za­zwy­czaj zły ad­res na ko­per­cie oraz brak zgo­dy na przy­ję­cie pa­kun­ku przez od­bior­cę – wy­ja­śni­ła Zu­zan­nie sze­fo­wa Biu­ra, zie­lon­ka­wo-brą­zo­wa pa­ni Ane­ta.

„Drze­wo. Przy­po­mi­na mi drze­wo” – po­my­śla­ła Zu­zan­na na wi­dok swo­jej prze­ło­żo­nej, ubra­nej w brą­zo­we ko­za­ki, zle­wa­ją­ce się z brą­zo­wy­mi raj­sto­pa­mi, zie­lo­ny kom­plet z weł­ny cze­san­ko­wej, zie­lo­ną apasz­kę w brą­zo­we kwa­dra­ty oraz wy­sta­ją­cy spod ma­ry­nar­ki cze­ko­la­do­wy golf. Ca­łość wień­czy­ły kasz­ta­no­we lo­ki, drob­ne, mi­ster­ne i bar­dzo nie­twa­rzo­we. Pa­ni Ane­ta by­ła ale­go­rią je­sie­ni, ale w tej gor­szej jej od­sło­nie – po­nu­rej, od­py­cha­ją­cej słoń­ce i chęt­nie za­ci­na­ją­cej desz­czem. Oczy­wi­ście nie­wie­le so­bie z te­go ro­bi­ła, sku­pia­jąc się głów­nie na de­le­go­wa­niu za­dań swo­im pod­wład­nym. Na­wet jej głos brzmiał tak, jak­by ktoś kru­szył su­szo­ne li­ście.

– Zdję­cia wszyst­kich prze­sy­łek tra­fia­ją do sie­cio­we­go re­je­stru. Dzię­ki te­mu cią­gle ist­nie­je szan­sa, że ktoś do nas za­dzwo­ni, opi­sze zgu­bę, a my znaj­dzie­my da­ny przed­miot. Kie­dy jed­nak te­le­fon mil­czy, pacz­ka mu­si prze­le­żeć w ma­ga­zy­nie trzy­na­ście mie­się­cy. Po tym cza­sie po­zby­wa­my się jej. Wy­jąt­kiem są przed­mio­ty po­ten­cjal­nie war­to­ścio­we, ta­kie jak do­ku­men­ty, pie­nią­dze czy też bi­żu­te­ria, któ­re do­pie­ro po dwóch la­tach tra­fia­ją do Skar­bu Pań­stwa. Do te­go cza­su kosz­tow­no­ści wkła­da­my do tych żół­tych, me­ta­lo­wych szaf, któ­re z pew­no­ścią wi­dzia­łaś, wcho­dząc do ma­ga­zy­nu.

„Pocz­to­we gro­bow­ce” – po­my­śla­ła Zu­zan­na. „Pro­sek­to­ria dla prze­sy­łek, któ­re i tak zo­sta­ną zu­ty­li­zo­wa­ne”.

– Prze­pra­szam, co pa­ni ma w uszach? – do­bie­gło ją na­gle.

– Kol­czy­ki – od­po­wie­dzia­ła zdzi­wio­na.

– No tak, to wiem – kiw­nę­ła gło­wą pa­ni Ane­ta. – Cho­dzi­ło mi o bar­dziej pre­cy­zyj­ną od­po­wiedź, ale już sa­ma wi­dzę, że to li­za­ki. Cie­ka­we – do­da­ła po chwi­li, choć wy­raz jej twa­rzy mó­wił zu­peł­nie co in­ne­go.

– A li­sty? – spy­ta­ła szyb­ko Zu­zan­na. Do li­stów mia­ła ja­kąś spe­cjal­ną sła­bość. Zwłasz­cza w dzi­siej­szych cza­sach, kie­dy więk­szość lu­dzi wy­sy­ła­ła so­bie wia­do­mo­ści za po­mo­cą ko­mó­rek i kom­pu­te­rów. Do dziś pa­mię­ta, jak jej ma­ma wzdry­gnę­ła się na wia­do­mość od ko­le­żan­ki, któ­ra przy­sła­ła jej krót­kie­go SMS-a z dość po­nu­rą i zwię­złą tre­ścią: „Umarł mój mąż, po­grzeb w śro­dę, kwia­ty nie­ko­niecz­ne”.

Pa­pie­ro­wy prze­kaz my­śli miał w so­bie ten sam urok, co tra­dy­cyj­ne apa­ra­ty fo­to­gra­ficz­ne z praw­dzi­wym fil­mem w środ­ku. Gna­ło się kie­dyś do skle­pu fo­to­gra­ficz­ne­go i prze­stę­po­wa­ło z no­gi na no­gę, by jak naj­szyb­ciej zo­ba­czyć zdję­cia z obo­zu, wa­ka­cji, ba­lu, zlo­tu czy na­wet zwy­kłej szkol­nej wy­ciecz­ki. Współ­cze­snym cy­frów­kom, a po­tem te­le­fo­nom ko­mór­ko­wym za­in­sta­lo­wa­no mi­lion funk­cji, ale ode­bra­no du­szę. Te­raz zdję­cie moż­na zo­ba­czyć, jesz­cze za­nim się je zro­bi. Do te­go przy­bli­żyć, od­da­lić, zma­to­wić, na­błysz­czyć, wy­pik­se­lo­wać i sfo­to­szo­po­wać.

Po­dob­ną ni­ja­kość ma w so­bie ca­ła ta wir­tu­al­na i smart­fo­no­wa ko­re­spon­den­cja. Elek­tro­nicz­na wy­mia­na my­śli jest szyb­ka i spraw­na, ale ni­ko­mu nie bi­je przy tym ser­ce. A to cze­ka­nie na li­sto­no­sza… Spóź­nia się? A mo­że już był, tyl­ko nikt go nie za­uwa­żył? Al­bo za­cho­ro­wał? Al­bo po pro­stu nie miał po co dziś przy­cho­dzić… Naj­pięk­niej­szy wi­dok to czy­sta biel ko­per­ty ły­pią­ca przez dziur­ki me­ta­lo­wej skrzyn­ki pocz­to­wej.

Ktoś dzi­siaj pi­sze jesz­cze li­sty?

– Uty­li­zu­je­my po trzech mie­sią­cach. – Zu­zan­na od­nio­sła wra­że­nie, że pa­ni Ane­ta po­wie­dzia­ła to z ja­kąś dziw­ną sa­tys­fak­cją.

– Wol­no nam je czy­tać?

– W za­sa­dzie nie. Ale wol­no je prze­pu­ścić przez spe­cjal­ny ska­ner, że­by spraw­dzić, czy nie za­wie­ra­ją cze­goś po­dej­rza­ne­go. Wiem, że w in­nych kra­jach nie ma pro­ble­mu z otwie­ra­niem cu­dzych li­stów, ale ja po­sta­no­wi­łam za­cho­wać przy­naj­mniej ja­kąś na­miast­kę ta­jem­ni­cy ko­re­spon­den­cji. Dla­te­go bez wy­raź­ne­go po­wo­du nie otwie­ra­my. – Pa­ni Ane­ta wsta­ła, tym sa­mym koń­cząc roz­mo­wę i uci­na­jąc dal­sze py­ta­nia.

Zu­zan­na po­my­śla­ła, że jesz­cze dzi­siaj wy­rzu­ci swo­ją zie­lo­ną czap­kę i zie­lo­ny sza­lik i ku­pi so­bie coś w ko­lo­rze ogni­stej czer­wie­ni. Że­by ja­koś za­głu­szyć do­mi­na­cję ko­bie­ty-drze­wa. Chcia­ła jesz­cze spy­tać o te „wy­raź­ne po­wo­dy”, ale uzna­ła, że na ra­zie nie ma sen­su.

Wśród na­ukow­ców pa­nu­je prze­ko­na­nie, że nie ist­nie­ją dwa iden­tycz­ne płat­ki śnie­gu. Czy to na­praw­dę jest moż­li­we? Na po­wierzch­ni każ­dej śnie­żyn­ki znaj­du­je się cien­ka war­stwa wo­dy, któ­ra w za­leż­no­ści od po­zio­mu wil­got­no­ści i tem­pe­ra­tu­ry przy­bie­ra róż­ne kształ­ty. Im wyż­sza tem­pe­ra­tu­ra, tym pła­tek bar­dziej „się roz­ra­sta”. Z ko­lei niż­sze tem­pe­ra­tu­ry spra­wia­ją, że płat­ki śnie­gu są zwar­te, przy­bie­ra­ją for­mę gra­nia­sto­słu­pów lub cien­kich igie­łek. Zu­zan­na przy­le­pi­ła nos do szy­by i z za­chwy­tem pa­trzy­ła na wi­ru­ją­ce płat­ki, któ­re zmie­rza­ły w kie­run­ku zie­mi bez żad­ne­go sche­ma­tu. Je­den opa­dał wol­no i ma­je­sta­tycz­nie, dru­gi wa­hał się mię­dzy tań­cem w świe­tle la­tar­ni a po­dzi­wia­niem wła­sne­go od­bi­cia w wi­try­nie skle­po­wej, a jesz­cze in­ny pi­ko­wał ni­czym ja­strząb. Ca­łość two­rzy­ła dość cha­otycz­ny, a jed­nak nie­zwy­kle baj­ko­wy ta­niec, od któ­re­go trud­no by­ło się ode­rwać. Za­nim pła­tek śnie­gu spad­nie na zie­mię, mu­si po­ko­nać od­le­głość od pię­ciu­set do pię­ciu ty­się­cy me­trów, pod­da­jąc się dzia­ła­ją­cym na nie­go si­łom cią­że­nia, opo­ru oraz wy­po­ru po­wie­trza. Nic dziw­ne­go za­tem, że styl, w ja­kim upa­da­ją na zie­mię, jest tak róż­no­rod­ny. Po­dob­no ist­nie­je kla­sy­fi­ka­cja śnież­nych krysz­ta­łów, cie­ka­we, czy ktoś po­ku­sił się rów­nież o ska­ta­lo­go­wa­nie ro­dza­jów śnie­żyn­ko­we­go tań­ca.

Zu­zan­na opar­ła czo­ło o szy­bę i przy­mknę­ła oczy. Chłód przy­jem­nie roz­lał się po jej cie­le i pew­nie po­sta­ła­by tak jesz­cze chwi­lę, nie my­śląc zu­peł­nie o ni­czym, gdy­by nie dziw­ny od­głos do­bie­ga­ją­cy z kuch­ni.

– Ka­ro­li­no, już idę – Zu­zan­na uśmiech­nę­ła się pod no­sem – że też ty za­wsze mu­sisz mi prze­rwać mój pry­wat­ny mo­ment le­ni­stwa.

Ka­ro­li­na fuk­nę­ła. By­ła w koń­cu zwie­rzę­ciem nie­zwy­kłym i bar­dzo chcia­ła być tak trak­to­wa­na. Co praw­da nie za­cho­wy­wa­ła się jak roz­ka­pry­szo­ny kot czy też wiecz­nie spra­gnio­ny uwa­gi pies, by­ła jed­nak dość wy­ma­ga­ją­ca, je­śli cho­dzi­ło o kon­tak­ty in­ter­per­so­nal­ne. Być mo­że rów­nież dla­te­go, że Zu­zan­ny pół dnia nie by­ło w do­mu, co Ka­ro­li­na zno­si­ła do­brze, choć z nu­tą tę­sk­no­ty. Po­po­łu­dnia i wie­czo­ry mia­ły jej to zre­kom­pen­so­wać. W za­leż­no­ści od emo­cjo­nal­ne­go na­stro­ju wy­da­wa­ła z sie­bie róż­ne dźwię­ki. Gdy by­ła po­de­ner­wo­wa­na, brzmia­ła jak ma­leń­ki sil­ni­czek elek­trycz­ny, kie­dy pra­gnę­ła więk­szej uwa­gi, szcze­ka­ła jak pies. Cza­sem też ki­cha­ła, ćwier­ka­ła lub po­pi­ski­wa­ła z ci­cha. Zu­zan­na do­sko­na­le orien­to­wa­ła się w tych dźwię­kach, wie­dzia­ła też, kie­dy Ka­ro­li­na od­ro­bi­nę nad­uży­wa pi­sków, by­le tyl­ko zwró­cić na sie­bie uwa­gę. Ale i tak sta­no­wi­ły tan­dem do­sko­na­ły.

Dwu­dzie­sto­trzy­let­nia Zu­zan­na oraz pół­to­ra­rocz­na lo­to­pa­łan­ka kar­ło­wa­ta. Cu­dow­ny, ma­leń­ki tor­bacz, la­ta­ją­cy mię­dzy me­bla­mi z ta­kim wy­ra­fi­no­wa­niem, że każ­dy sza­nu­ją­cy się mo­tyl mógł­by jej te­go wdzię­ku po­zaz­dro­ścić.

– Idę. Masz ocho­tę na jabł­ko czy ra­czej su­szo­ne­go świersz­cza?

Po­ko­ik w Biu­rze Prze­sy­łek Nie­do­rę­czo­nych Zu­zan­na w za­sa­dzie przy­dzie­li­ła so­bie sa­ma. Był ma­ły i pra­wie pu­sty. Sta­ło w nim tyl­ko sta­re drew­nia­ne biur­ko, po któ­re­go pra­wej stro­nie znaj­do­wa­ły się zie­lo­ne drzwi do ko­lej­ne­go po­miesz­cze­nia oraz du­ża me­ta­lo­wa sza­fa. Nie był to z pew­no­ścią ide­al­ny po­kój do pra­cy, ale przy­naj­mniej wła­sny. Ta­kich po­miesz­czeń znaj­do­wa­ło się w Biu­rze spo­ro, nie­któ­re by­ły po pro­stu ru­pie­ciar­nia­mi, in­ne sta­ły pu­ste, a w jesz­cze in­nych pra­cow­ni­cy spo­ty­ka­li się na śnia­da­nia i lunch.

– Czy mo­gła­bym tu wsta­wić lap­to­pa i te­le­fon? – spy­ta­ła nie­śmia­ło pa­nią Ane­tę, któ­ra tyl­ko wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

Zu­zan­na uzna­ła, że by­ło to wzru­sze­nie na tak, więc prze­nio­sła szyb­ko swo­je rze­czy, od­ku­rzy­ła wszyst­kie miej­sca, któ­re po­kry­wał si­wy osad, i kie­dy tyl­ko koń­czy­ła se­gre­ga­cję pa­czek, roz­dzie­la­jąc je na pół­kach ogrom­nych ma­ga­zy­nów, za­szy­wa­ła się w swo­im po­ko­iku, do któ­re­go przy­no­si­ła wor­ki z li­sta­mi.

I ona py­ta­ła, kto dzi­siaj jesz­cze pi­sze li­sty? Kil­ka­dzie­siąt, a mo­że na­wet kil­ka­set ty­się­cy osób każ­de­go ro­ku! To na­praw­dę ro­bi­ło wra­że­nie. Ty­sią­ce bia­łych i ko­lo­ro­wych ko­pert, pocz­tów­ki i kart­ki za­pi­sa­ne naj­róż­niej­szy­mi cha­rak­te­ra­mi pi­sma. Po­cząt­ko­wo nie wie­dzia­ła, ja­ki zna­leźć do nich klucz, z cza­sem wy­my­śli­ła so­bie wła­sne ka­te­go­rie. Urzę­do­we. Pry­wat­ne. Od dzie­ci. Do Mi­ko­ła­ja. Nie­bo. Mi­ło­sne. Nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ne. Tych ostat­nich by­ło oczy­wi­ście naj­wię­cej. Bia­łe zwy­kłe ko­per­ty, z ad­re­sem wy­pi­sa­nym nie­bie­skim dłu­go­pi­sem. Nic nie zdra­dza­ło, co za­wie­ra­ją we­wnątrz. Nie pach­nia­ły ni­czym spe­cjal­nym, nie przy­wo­ły­wa­ły na myśl żad­nych sko­ja­rzeń. Skrzy­nie z ty­mi li­sta­mi by­ły naj­bar­dziej po­nu­re. Bez­oso­bo­we i bez­na­mięt­ne.

– Naj­bar­dziej nie­złom­ne są dzie­ci, któ­re od nie­pa­mięt­nych cza­sów wraz z po­cząt­kiem grud­nia wy­sy­ła­ją li­sty do Świę­te­go Mi­ko­ła­ja. – Zu­zan­na ze­rwa­ła się z prze­ra­że­niem z krze­sła i ze stra­chu za­po­mnia­ła krzyk­nąć.

Zu­peł­nie nie za­uwa­ży­ła, kie­dy drzwi po pra­wej stro­nie jej biur­ka na­gle uchy­li­ły się i po­ja­wi­ła się w nich nie­wy­so­ka star­sza ko­bie­ta, owi­nię­ta bla­do­nie­bie­skim sza­lem, któ­ry każ­dy po kil­ku mi­nu­tach pa­trze­nia miał ocho­tę po­gła­skać. Nic dziw­ne­go – był pu­szy­sty, mię­ciut­ki i przy­po­mi­nał wa­tę cu­kro­wą.

– Prze­pra­szam. – Star­sza ko­bie­ta o cie­płych błę­kit­nych oczach, z ma­leń­kim, si­wym ko­kiem uję­tym w de­li­kat­ną sia­tecz­kę uśmiech­nę­ła się i wy­cią­gnę­ła rę­kę. Na pal­cu mia­ła pier­ścio­nek z ka­mie­niem, w któ­rym ktoś za­to­pił ma­łe, bia­łe piór­ko. – Nie chcia­łam cię prze­stra­szyć, ale naj­wy­raź­niej mi się to uda­ło – za­chi­cho­ta­ła na­gle.

Zu­zan­na pró­bo­wa­ła opa­no­wać dud­nie­nie ser­ca oraz ogól­ne drże­nie cia­ła, a na­wet po­sta­ra­ła się o bla­da­wy uśmiech.

– Nnnie szko­dzi. Po pro­stu nie spo­dzie­wa­łam się, że za ty­mi drzwia­mi też ktoś pra­cu­je – wy­szep­ta­ła w koń­cu.

– Mam na imię Mi­le­na, ale mów mi Mi­la. Głów­nie se­gre­gu­ję li­sty. A wła­ści­wie to na nie­któ­re od­pi­su­ję.

Zu­zan­na spoj­rza­ła na nią za­sko­czo­na.

– Jak to od­pi­su­je pa­ni?

Mi­la przy­sia­dła na biur­ku i przy­ła­pa­ła Zu­zan­nę na za­chłan­nym spoj­rze­niu skie­ro­wa­nym cen­tral­nie w jej nie­bie­ski szal.

– Po­głaszcz go, w prze­ciw­nym ra­zie bę­dziesz ca­ły czas o tym my­śla­ła – po­ra­dzi­ła życz­li­wie. – i mów mi po imie­niu.

Zu­zan­na za­czer­wie­ni­ła się, a po­tem wy­cią­gnę­ła rę­kę i z przy­jem­no­ścią do­tknę­ła błę­kit­nej wa­ty.

– Jest cu­dow­ny – przy­zna­ła z uśmie­chem. – i rze­czy­wi­ście mia­łam wiel­ką ocho­tę go do­tknąć.

Mi­la pu­ści­ła do niej oko, a Zu­zan­na cof­nę­ła się do wcze­śniej­sze­go py­ta­nia.

– Nie wol­no prze­cież otwie­rać li­stów.

– To w za­sa­dzie nie jest do­kład­nie spre­cy­zo­wa­ne. W koń­cu prze­cho­dzą one przez ska­ner, więc nie­ja­ko są już na­ru­szo­ne. Po­za tym ja otwie­ram tyl­ko te, któ­re i tak ma­ją zo­stać spa­lo­ne. I za­nim prze­mie­nią się w po­piół, rzu­cam okiem na ich treść. Są li­sty, któ­rych nie moż­na zo­sta­wić bez od­po­wie­dzi.

– Ale prze­cież oso­ba, któ­ra je na­pi­sa­ła, zo­rien­tu­je się, że coś tu nie gra. Że to nie ad­re­sat od­pi­sał.

Mi­la po­krę­ci­ła gło­wą.

– Nie­ko­niecz­nie. Mó­wi­łam ci już o li­stach od dzie­ci. Nie­ste­ty smut­na praw­da jest ta­ka, że więk­szość z nich lą­du­je wła­śnie u nas. Gru­dzień i po­czą­tek stycz­nia to dla Biu­ra naj­bar­dziej go­rą­cy okres, mi­mo mro­zów za oknem. Spły­wa­ją tu­taj pre­zen­ty z ca­łej Pol­ski, a do­dat­ko­wo mnó­stwo li­stów od naj­młod­szych nadaw­ców. Z for­mal­ne­go punk­tu wi­dze­nia jest to ko­re­spon­den­cja na ad­res, któ­re­go nie spo­sób usta­lić. Czy­li ad­res, któ­re­go nie ma. Spra­wa jest z gó­ry prze­gra­na, zwłasz­cza że na li­stach pi­sa­nych przez dzie­ci naj­czę­ściej bra­ku­je znacz­ków. Są za to cho­in­ki, re­ni­fe­ry, skrza­ty i ko­lo­ro­we bomb­ki. I ca­łe mnó­stwo ma­rzeń ukry­tych na kil­ku stro­nach pa­pe­te­rii.

– Speł­niasz je?

– Ko­rzy­stam z przy­wi­le­ju pra­cow­ni­ka Biu­ra Prze­sy­łek Nie­do­rę­czo­nych.

– Ja­kie­go przy­wi­le­ju?

– Wol­no mi otwie­rać pacz­ki. Wol­no mi też prze­cho­wać je znacz­nie dłu­żej niż trzy­na­ście mie­się­cy, pod wa­run­kiem, że trzy­mam ich za­war­tość w swo­im po­ko­ju. – Wska­za­ła rę­ką zie­lo­ne drzwi.

Zu­zan­na po­wo­li za­czy­na­ła ro­zu­mieć.

– I cza­sem za­war­tość tych pa­czek wy­sy­łasz dzie­ciom, któ­re na­pi­sa­ły do Świę­te­go Mi­ko­ła­ja – po­wie­dzia­ła za­chwy­co­na. – a sze­fo­wa wie?

Mi­la za­prze­czy­ła.

– Nie wie, a ja chy­ba nie bę­dę jej o to py­tać. Pew­nie nie ma na to okre­ślo­nej pro­ce­du­ry, a Ane­ta jest bar­dzo za­sad­ni­cza. Gdy­bym sa­ma uzna­ła, że jest to nie­etycz­ne, chy­ba nie za­wra­ca­ła­bym so­bie tym gło­wy. Ale ety­ka to ogół za­sad i norm po­stę­po­wa­nia przy­ję­tych w da­nej epo­ce i w da­nym śro­do­wi­sku. A po­nie­waż ja nie wiem, czy w na­szym śro­do­wi­sku ta­kie po­stę­po­wa­nie jest przy­ję­te, nie wiem rów­nież, czy jest nie­etycz­ne, praw­da?

Zu­zan­na ro­ze­śmia­ła się. To by­ło bar­dzo spryt­ne uspra­wie­dli­wie­nie sie­bie sa­mej, ale zro­bio­ne z du­żym wdzię­kiem, a co naj­waż­niej­sze, na koń­cu sło­wa „ety­ka” sta­ło prze­cież szczę­śli­we dziec­ko, na­wet je­śli ob­da­ro­wa­ne pre­zen­tem na­le­żą­cym do ko­goś in­ne­go.

– „Etycz­nie” ozna­cza też zgod­nie z wła­snym su­mie­niem – po­wie­dzia­ła, pa­trząc na Mi­lę, któ­ra aż po­ja­śnia­ła na twa­rzy.

– O, wi­dzisz! A to jest tak zgod­ne z mo­im su­mie­niem, jak do­pa­so­wa­nie ko­lo­ru wło­sów do ogól­nej far­by emo­cjo­nal­nej pa­ni Ane­ty.

Roz­dział 2

TEKLA

– To był udar krwo­tocz­ny, po­wsta­ją­cy wsku­tek prze­rwa­nia ścia­ny na­czy­nia i wy­le­wu krwi do tkan­ki mó­zgo­wej. Od­zy­ska­ła pa­ni mo­wę, zdol­ność po­ły­ka­nia, wró­ci­ła też pa­mięć. Wy­klu­czy­li­śmy cu­krzy­cę i hi­per­li­pi­de­mię. Mu­si­my jesz­cze tyl­ko po­wal­czyć z nad­ci­śnie­niem. Ży­je pa­ni. Pro­szę o tym pa­mię­tać.

Te­kla wpa­try­wa­ła się w usta le­ka­rza, jak­by chcia­ła wy­mu­sić na nim ko­lej­ne oświad­cze­nia, tym ra­zem mniej opty­mi­stycz­ne. Spe­szo­ny za­czął się plą­tać i po­wta­rzać, ja­kie to mia­ła szczę­ście. Oku­la­ry mu za­pa­ro­wa­ły, a na czo­ło wpeł­zły mi­go­cą­ce kro­pel­ki po­tu, two­rząc cie­ka­wą kon­ste­la­cję przy­po­mi­na­ją­cą sie­dzą­ce­go ko­ta. W koń­cu nie wy­trzy­mał i wy­pluł z sie­bie ma­leń­ką strza­łę. W sta­ro­żyt­no­ści za­tru­wa­no ta­kie roz­kła­da­ją­cy­mi się szcząt­ka­mi zwie­rząt, le­ka­rzo­wi wy­star­czy­ło jed­no zda­nie.

– Jest pa­ni spa­ra­li­żo­wa­na od pa­sa w dół. Wie­rzę, że to przej­ścio­we, zwłasz­cza że pra­wa stro­na wy­ka­zu­je mi­ni­mal­ne, ale jed­nak zdol­no­ści ru­cho­we. Le­wa na ra­zie nie. Ale pro­szę pa­mię­tać, że do­bra re­ha­bi­li…

Za­mknę­ła oczy i wię­cej go nie słu­cha­ła.

W li­sto­pa­dzie 1822 ro­ku Adam Mic­kie­wicz na­pi­sał list do Fran­cisz­ka Ma­lew­skie­go:

By­ro­na tyl­ko czy­tam, książ­kę gdzie win­nym du­chu pi­sa­ną rzu­cam, bokłamstw nie lu­bię; gdzie jest opis szczę­ścia ży­cia fa­mi­lij­ne­go, rów­nież mnie obu­rza jak wi­dok mał­żeństw, dzie­ci; jest toje­dy­na mo­ja an­ty­pa­tia1.

1 Wszyst­kie wspo­mnie­nia do­ty­czą­ce Ada­ma Mic­kie­wi­cza po­cho­dzą z książ­ki Je­ana-Char­le­sa Gil­le-Ma­isa­nie­go Adam Mic­kie­wicz czło­wiek: stu­dium psy­cho­lo­gicz­ne, tłum. Agniesz­ka Ku­ryś, Ka­ta­rzy­na Ry­tel, PIW, War­sza­wa 1987.

Te­kla by­ła w za­sa­dzie po­dob­ne­go zda­nia. Mał­żeń­stwo to zu­peł­nie nie­po­trzeb­na stra­ta cza­su. Jest jak wśli­zgi­wa­nie się pod zim­ną, wil­got­ną koł­drę. Z jed­nej stro­ny cie­szysz się, że po ca­łym dniu wsko­czysz do łóż­ka i od­pocz­niesz, z dru­giej – po­trze­bu­jesz cza­su, by tę nie­przy­jem­ną, prze­ni­kli­wą wil­goć roz­grzać wła­snym cia­łem i do­pie­ro wte­dy ja­koś tam za­snąć. Czy w tej sy­tu­acji nie le­piej być sa­me­mu i za­wsze mieć cie­płą koł­drę?

Te­kla nie na­le­ża­ła do ko­biet po­rzu­co­nych. Nie by­ła też kla­sycz­ną ofia­rą nie­uda­ne­go dzie­ciń­stwa, z nie­ko­cha­ją­cy­mi się ro­dzi­ca­mi, nut­ką pa­to­lo­gii i al­ko­ho­lo­wym od­de­chem. Po pro­stu nie po­do­bał jej się od­gór­ny na­kaz łą­cze­nia się w pa­ry, szu­ka­nia kom­pro­mi­sów, do­cie­ra­nia się dwóch ssa­ków, wi­cia wspól­ne­go gniazd­ka, by wresz­cie wy­dać na świat po­tom­stwo i je­mu cał­ko­wi­cie się od­dać. No do­brze, mia­ła jesz­cze je­den po­wód, choć z każ­dym ro­kiem wy­da­wał się jej on co­raz bar­dziej ża­ło­sny…

Mic­kie­wi­czo­wi za­rzu­ca­no oso­bo­wość pa­ra­no­idal­ną, do­szu­ki­wa­no się w nim cięż­kiej ner­wi­cy i lek­kiej schi­zo­fre­nii. Te­kla dla swo­jej ro­dzi­ny by­ła po­dob­nym od­szcze­pień­cem.

– Umrzesz na sa­mot­ność – ostrze­ga­ła ją mat­ka już la­ta te­mu, kie­dy Te­kla prze­kro­czy­ła trzy­dziest­kę.

– Co za róż­ni­ca, z ja­kie­go po­wo­du umrę – nie­wy­dol­no­ści krą­że­nia, zła­ma­ne­go ser­ca czy też de­pre­sji zwią­za­nej z nie­uda­nym związ­kiem?

– Dla­cze­go za­kła­dasz, że bę­dzie nie­uda­ny?

Te­kla wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Dwo­je róż­nych lu­dzi nie ma pra­wa się do­ga­dać. Prę­dzej czy póź­niej wy­peł­zną z nich wła­sne ego­izmy, któ­re bę­dą sta­ra­ły się za­głu­szyć ego­izm part­ne­ra. Jed­no bę­dzie chcia­ło mię­sa, dru­gie kwia­tów. Jed­no tra­ge­dii, dru­gie roz­ryw­ki. Jed­no nad mo­rze, dru­gie w gó­ry.

Mat­ka krę­ci­ła z nie­do­wie­rza­niem gło­wą. Dla niej to był stek bzdur, wy­du­ma­na fi­lo­zo­fia pa­ra­no­idal­ne­go in­tro­wer­ty­ka, ja­kim ko­niec koń­ców oka­zał się Mic­kie­wicz, a nie po­glą­dy współ­cze­snej, mło­dej i ład­nej ko­bie­ty.

– Czło­wie­ko­wi do ży­cia po­trzeb­ny jest dru­gi czło­wiek.

– I kto to mó­wi? Po śmier­ci oj­ca ja­koś nie pró­bo­wa­łaś z ni­kim się zwią­zać.

– Bo oj­ciec był mi­ło­ścią mo­je­go ży­cia. Nie po­trze­bu­ję in­nej, po­za tym mam mnó­stwo zna­jo­mych.

– A ja mam wo­kół sie­bie set­ki na­sto­let­nich ciał z ich nie­okrze­sa­ny­mi mó­zga­mi, z któ­ry­mi spo­ty­kam się każ­de­go dnia i któ­re wy­peł­nia­ją mój czas po brze­gi. Po pra­cy ma­rzy mi się sa­mot­ność. Ci­sza. Od­re­ago­wa­nie głu­po­ty i nie­doj­rza­ło­ści. A nie ko­lej­na wal­ka o swo­je.

– To nie jest po­dej­ście pe­da­go­ga. Ani tym bar­dziej zdro­wej ko­bie­ty.

– To jest mo­je po­dej­ście.

– Na­wet zwie­rzę­ta łą­czą się w pa­ry.

Te­kla mach­nę­ła rę­ką w po­wie­trzu, jak­by chcia­ła roz­pę­dzić ten nu­żą­cy dia­log ni­czym ni­ko­ty­no­wą chmu­rę.

– Wśród na­czel­nych sta­łe pa­ry two­rzą wy­łącz­nie małp­ki ti­ti, gib­bo­ny i nie­ja­kie mar­mo­ze­ty. Resz­ta ma to gdzieś. Ko­pu­lu­ją, bo tak im ka­że in­stynkt, ale to nie zna­czy, że wią­żą się ze so­bą do koń­ca ży­cia. Sa­mi­ce ra­dzą so­bie na ogół w po­je­dyn­kę.

Na mar­mo­ze­tach za­zwy­czaj mat­ka koń­czy­ła swo­je ar­gu­men­ta­cje. Jej cór­ka naj­wy­raź­niej ni­g­dy nie za­ło­ży ro­dzi­ny. Szko­da. Chcia­ła­by za­tań­czyć na jej we­se­lu i mieć wnu­ki. Chcia­ła­by być bab­cią i mieć ład­ny al­bum ze zdję­cia­mi. Ale Te­kla by­ła Upio­rem.

Od dziec­ka chcia­ła zo­stać na­uczy­ciel­ką. Ob­ser­wo­wać, jak pod jej skrzy­dła­mi wzra­sta­ją ko­lej­ne po­ko­le­nia, któ­re uczy­ła­by czy­tać, pi­sać i my­śleć. Kie­dy jed­nak po pa­ru­na­stu la­tach pra­cy w szko­le pod­sta­wo­wej do­sta­ła pra­cę w li­ceum, za­pał wy­ga­sał w niej z każ­dym ko­lej­nym ro­kiem. Być mo­że dla­te­go, że więk­szość uczniów umia­ła wpraw­dzie czy­tać i pi­sać, ale zde­cy­do­wa­nie nie lu­bi­ła my­śleć. W tej sy­tu­acji Te­kla za­mknę­ła się w so­bie i w su­chy, rze­czo­wy oraz dość mo­no­ton­ny spo­sób pró­bo­wa­ła wbić im do głów naj­waż­niej­sze za­gad­nie­nia z po­szcze­gól­nych epok.

Naj­bar­dziej nie lu­bi­ła po­cząt­ku ro­ku i no­wej kla­sy.

– Mam na imię Te­kla, wiem, wszy­scy oglą­da­li­ście Psz­czół­kę Ma­ję, dla­te­go wszel­kie ko­men­ta­rze do­ty­czą­ce pa­ję­czyc, sie­ci i in­nych po­dob­nych sko­ja­rzeń w ża­den spo­sób na mnie nie dzia­ła­ją. I nie, nie gram na skrzyp­cach. Bę­dę wa­szą na­uczy­ciel­ką ję­zy­ka pol­skie­go i mam na­dzie­ję, że przez ko­lej­ne czte­ry la­ta ja­koś się do­ga­da­my i do­trwa­my wspól­nie do wa­szej ma­tu­ry.

I ty­le.

Po­dob­no każ­de zia­ren­ko ro­bi wszyst­ko, że­by wy­kieł­ko­wać. Nie­waż­ne, czy ma ide­al­ne pod­ło­że, czy tyl­ko su­chą zie­mię – i tak bę­dzie wal­czyć do upa­dłe­go, po­nie­waż wy­kształ­ci­ło w so­bie ca­ły sze­reg cech przy­sto­so­waw­czych, do­pa­so­wa­nych do zmie­nia­ją­cych się wa­run­ków śro­do­wi­ska. Adap­ta­cja to pod­sta­wa prze­trwa­nia.

Zia­ren­ko Te­kli po­cząt­ko­wo wy­sia­ło się smut­kiem, z cza­sem zaś co­raz więk­szym roz­go­ry­cze­niem. A jed­nak cią­gle tli­ła się w nim na­dzie­ja, za­mknię­ta w se­le­dy­no­wej ko­per­cie wy­sy­ła­nej z upo­rem ma­nia­ka co ro­ku w po­ło­wie grud­nia.

– Po co ja to ro­bię? Pew­nie mnie nie pa­mię­ta, a na­wet je­śli, to je­go ży­cie naj­wy­raź­niej nie mia­ło spleść się z mo­im. Mam ab­so­lut­ną ra­cję, od­gór­ny na­kaz łą­cze­nia się w pa­ry jest zwy­czaj­nym idio­ty­zmem.

A po­tem szła na pocz­tę i wy­sy­ła­ła list, za każ­dym ra­zem za­my­ka­jąc oczy i za­ci­ska­jąc kciu­ki, gdy ci­cho upa­dał na dno skrzyn­ki.

Po­cząt­ki by­ły ty­po­we. Wście­kłość i ne­ga­cja wszyst­kie­go. Te­kla roz­bi­ła kil­ka­na­ście ta­le­rzy oraz szklan­ki i kub­ki w ilo­ści za­ska­ku­ją­cej ją sa­mą. Krzy­cza­ła do ścian, zgo­li­ła wło­sy nie­mal do ze­ra, star­ła twarz pu­mek­sem i zja­dła wła­sne pa­znok­cie. Po­tem przy­szło wy­ci­sze­nie. Pa­trze­nie przez okno ca­ły­mi go­dzi­na­mi, czy­ta­nie jed­ne­go zda­nia po kil­ka­dzie­siąt ra­zy, słu­cha­nie ty­ka­ją­ce­go bu­dzi­ka. Na sa­mo­bój­stwo by­ła zbyt sil­na, choć mie­wa­ła mo­men­ty „czar­nej dziu­ry”, w któ­rą wpa­da­ła i ca­ły­mi dnia­mi nie umia­ła zna­leźć wyj­ścia. Sa­mot­ność by­ła ła­twa do za­ak­cep­to­wa­nia, nie­szczę­śli­wa mi­łość rów­nież, ale ka­lec­two? Nie­moż­ność swo­bod­ne­go wy­si­ka­nia się, umy­cia wła­sne­go tył­ka? Do­brze, że jej ma­ma te­go nie do­cze­ka­ła, bo za­raz po wy­la­niu wia­dra ki­sie­lo­wa­te­go współ­czu­cia, po­wie­dzia­ła­by:

– Gdy­byś mia­ła mę­ża i dzie­ci, by­ło­by ci ła­twiej.

Być mo­że.

Ale trud­no wy­cho­dzić za mąż na wszel­ki wy­pa­dek. Bo za­cho­ru­je­my, do­pad­nie nas udar krwo­tocz­ny, prze­je­dzie tram­waj i urwie nam no­gę. Bo nie bę­dzie­my so­bie ra­dzić z pa­pie­rem to­a­le­to­wym.

Mniej wię­cej po pół ro­ku Te­kla wpa­dła w stan mil­czą­cej ak­cep­ta­cji. Po se­rii za­bie­gów z re­ha­bi­li­tan­tem mo­gła wpraw­dzie po­ru­szać pra­wą no­gą, ale jej zda­niem po­pra­wa by­ła mi­ni­mal­na. Zre­zy­gno­wa­ła więc z dal­szych ćwi­czeń. Do­pro­wa­dzi­ła za to do re­mon­tu miesz­ka­nia i wy­ku­pie­nia trzech ka­na­łów fil­mo­wych. Wraz z ta­blet­ka­mi na nad­ci­śnie­nie za­czę­ła po­ły­kać fil­my oraz książ­ki i tym sa­mym za­kła­dać bu­ty głów­nych bo­ha­te­rów. Przy­naj­mniej w ten spo­sób zno­wu mo­gła cho­dzić.

Roz­dział 3

DWIE KOPERTY

Zie­lo­na czap­ka zo­sta­ła po­da­ro­wa­na Ka­ro­li­nie, któ­ra wy­da­wa­ła się za­chwy­co­na tym nie­spo­dzie­wa­nym pre­zen­tem. Na­tych­miast też umo­ści­ła się w niej wy­god­nie, miauk­nę­ła piesz­czo­tli­wie i po­sła­ła Zu­zan­nie dzięk­czyn­ne spoj­rze­nie.

– Mu­szę le­cieć. – Zu­zan­na po­ma­cha­ła jej rę­ką, wska­za­ła le­żą­ce na sto­le owo­ce i obie­ca­ła, że na­tych­miast po pra­cy wra­ca do do­mu.

Ka­ro­li­na by­ła dziś po­błaż­li­wa, w koń­cu nie­co­dzien­nie do­sta­je się pięk­ną, zie­lo­ną czap­kę, w któ­rej moż­na zwi­nąć się w kul­kę i po­spać kil­ka go­dzin. Po­za tym Zu­zan­na mia­ła no­we na­kry­cie gło­wy. Wście­kle czer­wo­ne, z wiel­kim pom­po­nem. Ide­al­nie pa­so­wa­ło do du­żych, wi­szą­cych kol­czy­ków w kształ­cie tru­ska­wek. Pom­pon był ab­so­lut­nie zja­wi­sko­wy, szko­da, że zie­lo­na czap­ka go nie mia­ła, ale Ka­ro­li­na nie by­ła ma­łost­ko­wa. Po­za tym na sto­le le­ża­ły doj­rza­łe ba­na­ny, któ­rych by­ła ab­so­lut­ną fan­ką. Idź już, Zu­zan­no.

W po­ko­ju za zie­lo­ny­mi drzwia­mi by­ło ci­cho, ale Zu­zan­na wie­dzia­ła, że Mi­la z pew­no­ścią jest już w pra­cy. Przy­cho­dzi­ła pierw­sza i wy­cho­dzi­ła ostat­nia. Gru­dzień był jej ulu­bio­nym mie­sią­cem, bo wła­śnie wte­dy do­star­cza­no naj­wię­cej li­stów, któ­re ko­niecz­nie na­le­ża­ło prze­czy­tać.

– Mam her­ba­tę z su­szo­nych li­ści wi­no­gron. – Zu­zan­na wsu­nę­ła gło­wę do po­ko­ju, wpusz­cza­jąc jed­no­cze­śnie słod­ki aro­mat.

Mi­la zmru­ży­ła oczy i po­cią­gnę­ła no­sem.

– Pach­nie cu­dow­nie. Dla mnie? – ucie­szy­ła się, kie­dy Zu­zan­na po­da­ła jej ku­bek.

Nie­bie­ski szal za­stą­pi­ła dzi­siaj szma­rag­do­wa chu­s­ta, mie­nią­ca się sre­brzy­sty­mi opił­ka­mi.

– Kie­dy ją no­szę, mam wra­że­nie, jak­bym pły­wa­ła w mo­rzu. – Mi­la upi­ła łyk her­ba­ty i do­tknę­ła chu­s­ty. – Do­sta­łam ją od ma­my na siód­me uro­dzi­ny i wy­ob­raź so­bie, że do dzi­siaj nie stra­ci­ła ko­lo­ru. Na­dal jest tak sa­mo in­ten­syw­nie tur­ku­so­wa, jak te kil­ka­dzie­siąt lat te­mu.

Zu­zan­na po­my­śla­ła, że zie­lo­na czap­ka, któ­rą po­da­ro­wa­ła Ka­ro­li­nie, z pew­no­ścią ty­le nie prze­trwa. Da­je jej mak­sy­mal­nie dwa ty­go­dnie, po tym cza­sie zo­sta­nie po­szar­pa­na pa­zur­ka­mi i pew­nie do po­ło­wy zje­dzo­na.

– Pięk­nie tu u cie­bie – po­wie­dzia­ła, roz­glą­da­jąc się z za­chwy­tem po kan­tor­ku. Po­miesz­cze­nie by­ło ma­łe, ale nie­zwy­kle przy­tul­ne. Na ma­leń­kim sto­licz­ku stał im­bryk z her­ba­tą oraz ró­żo­wy ku­bek z na­pi­sem You are so lo­ve­ly. Na biur­ku le­ża­ły ja­kieś książ­ki, mi­ska z su­szo­ny­mi owo­ca­mi, ry­sun­ki dzie­ci, ze­staw ko­lo­ro­wych dłu­go­pi­sów i kil­ka pió­rek w róż­nych od­cie­niach. Na ścia­nach wi­sia­ły ob­raz­ki przed­sta­wia­ją­ce Mi­ko­ła­ja w je­go naj­róż­niej­szych od­sło­nach – jo­wial­ny pan z bro­dą oto­czo­ny re­ni­fe­ra­mi, czar­no-bia­ły ry­su­nek szczu­płe­go męż­czy­zny wrzu­ca­ją­ce­go przez ko­min pre­zen­ty czy też ro­ze­śmia­ny star­szy gość uno­szą­cy się w po­wie­trzu na ogo­nie ko­me­ty.

Naj­bar­dziej za­chwy­ca­ją­ce by­ły jed­nak pa­ra­pe­ty, na któ­rych sta­ły do­nicz­ki z praw­dzi­wy­mi zio­ła­mi.

– Ho­du­jesz je?

Mi­la kiw­nę­ła gło­wą.

– Uwiel­biam ich za­pach i cu­dow­ną moc. Po­za tym są nie­zwy­kle ła­twe w ho­dow­li. Ta­ka pie­trusz­ka na przy­kład. Jed­na z naj­bar­dziej po­pu­lar­nych ro­ślin, lu­bi miej­sca za­rów­no sło­necz­ne, jak i lek­ko za­cie­nio­ne. Uwiel­biam ją, bo wy­war z niej roz­ja­śnia pie­gi. O, al­bo roz­ma­ryn. Od­świe­ża po­wie­trze, a do­da­ny do ką­pie­li po­bu­dza krą­że­nie krwi. Na­pa­rem z li­ści moż­na płu­kać ciem­ne wło­sy, choć w mo­im przy­pad­ku to ra­czej nie­istot­ne. Je­stem si­wa jak go­łą­bek – za­chi­cho­ta­ła. – a pa­lo­ne ga­łąz­ki roz­ma­ry­nu od­stra­sza­ją owa­dy. Dam ci tro­chę, wy­pró­bu­jesz la­tem.

– A to? – Zu­zan­na wska­za­ła pal­cem na ro­śli­nę o dłu­gich, wą­skich, pra­wie kre­sko­wa­tych li­ściach.

– Es­tra­gon. Ko­rzeń ła­go­dzi ból zę­bów, a pi­cie her­bat­ki z za­pa­rzo­nych li­ści po­pra­wia ape­tyt i tra­wie­nie. W daw­nych cza­sach wy­ko­rzy­sty­wa­no ją do wal­ki ze smo­ka­mi i wę­ża­mi. – Mi­la pu­ści­ła do niej oko.

Zu­zan­na by­ła za­chwy­co­na.

– Przy­nio­słam ci tro­chę li­stów od dzie­ci, na wszyst­kich jest na­pi­sa­ne Świę­ty Mi­ko­łaj, więc po­my­śla­łam, że bę­dzie le­piej, kie­dy tra­fią w two­je rę­ce. Resz­tę już po­se­gre­go­wa­łam. I zo­bacz – wy­ciąg­nę­ła z kie­sze­ni spód­ni­cy dwie po­dłuż­ne ko­per­ty, jed­ną w od­cie­niu se­le­dy­no­wym, a dru­gą błę­kit­ną – pięk­na pa­pe­te­ria, praw­da?

– Któ­ry dzi­siaj? – za­in­te­re­so­wa­ła się Mi­la.

– Sie­dem­na­sty grud­nia – zdzi­wi­ła się Zu­zan­na.

Mi­la tyl­ko kiw­nę­ła gło­wą.

– To był już naj­wyż­szy czas. Cze­ka­łam na nie.

Zu­zan­na raz jesz­cze po­pa­trzy­ła na dwie ko­per­ty, a po­tem spoj­rza­ła py­ta­ją­co na Mi­lę.

– Błę­kit­na i se­le­dy­no­wa ko­per­ta przy­cho­dzą do nas re­gu­lar­nie od trzy­dzie­stu sied­miu, no te­raz już trzy­dzie­stu ośmiu lat. Tyl­ko raz w ro­ku, w po­ło­wie grud­nia.

– Czy­ta­łaś je?

Mi­la za­prze­czy­ła.

– Nie, ale mam wszyst­kie.

– Prze­cież li­sty uty­li­zu­je­my!

– Ale nie są­dzisz chy­ba, że ktoś spraw­dza, czy wszyst­kie z nich zo­sta­ły znisz­czo­ne! To za­le­d­wie sie­dem­dzie­siąt kil­ka cien­kich ko­pert, któ­re trzy­mam w swo­im pry­wat­nym po­ko­iku, w spe­cjal­nym kar­to­nie. Ni­ko­mu nie prze­szka­dza­ją.

Zu­zan­na spoj­rza­ła na Mi­lę z za­cie­ka­wie­niem.

– Dla­cze­go je trzy­masz?

Mi­la wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Nie wiem. Chy­ba też spodo­ba­ła mi się pa­pe­te­ria. Po­za tym te li­sty ma­ją w so­bie ja­kiś smu­tek, któ­ry wy­czu­wam, mi­mo że nie znam tre­ści. Nie po­tra­fi­ła­bym tak po pro­stu ich wy­rzu­cić. Gdzieś w głę­bi ser­ca cią­gle mam na­dzie­ję, że tra­fią do ad­re­sa­ta.

– Nie ma ad­re­su nadaw­cy, ani na jed­nym, ani na dru­gim. Tyl­ko imio­na, nie­kom­plet­ne ad­re­sy i nie­wy­raź­ny stem­pel urzę­du pocz­to­we­go – za­uwa­ży­ła Zu­zan­na.

– Dla­te­go też nie mo­że­my ich ode­słać.

– I na każ­dym do­dat­ko­wo in­for­ma­cja „ad­re­sat nie­zna­ny”.

Mi­la po­ki­wa­ła gło­wą.

– Te li­sty spo­ty­ka­ją się u nas każ­de­go ro­ku. Ich wła­ści­cie­le naj­wy­raź­niej nie ma­ją ta­kie­go szczę­ścia.

– Te­kla i Ga­spar. Strasz­nie dziw­ne imio­na – za­śmia­ła się Zu­zan­na. – Ale pa­pe­te­ria rze­czy­wi­ście uro­cza.

Na se­le­dy­no­wej ko­per­cie od­ci­śnię­ty był liść pa­pro­ci, na błę­kit­nej – mi­nia­tu­ro­we gwiazd­ki. Pa­pier wy­glą­dał na sta­ry, ko­per­ty mia­ły de­li­kat­nie za­żół­co­ne ro­gi, zu­peł­nie jak­by ktoś la­ta te­mu wy­cią­gnął je z sza­fy i uży­wał aż do wy­czer­pa­nia za­pa­sów. Zu­zan­na po­wą­cha­ła li­sty.

– Jak ci po­wiem, że pach­ną na­dzie­ją, to pew­nie uznasz mnie za sta­rą wa­riat­kę – ro­ze­śmia­ła się Mi­la. – Ale wierz mi, są li­sty, któ­re na­wet po kil­ku­dzie­się­ciu la­tach w koń­cu zo­sta­ją prze­czy­ta­ne. Co praw­da nie za­wsze przez ad­re­sa­ta, ale jed­nak wy­pły­wa­ją na świa­tło dzien­ne.

Zu­zan­na spoj­rza­ła na nią z nie­do­wie­rza­niem.

– Na­praw­dę. Ja­kiś czas te­mu bry­tyj­ska pra­sa pi­sa­ła o ostat­nim po­że­gna­niu sze­re­go­we­go Jo­se­pha Ditch­bur­na, któ­ry w sierp­niu 1914 ro­ku na­pi­sał list do swo­jej mat­ki. List ni­g­dy nie do­tarł i do­pie­ro nie­daw­no zo­stał upu­blicz­nio­ny. Ko­re­spon­den­cja, ma­ją­ca przy­go­to­wać ro­dzi­nę na naj­gor­sze, zo­sta­ła za­trzy­ma­na ze wzglę­du na in­for­ma­cje o ru­chach wojsk, któ­re nie­roz­trop­ny żoł­nierz zdra­dzał w li­ście.

– Ale do mat­ki list nie do­tarł?

Mi­la po­pra­wi­ła szma­rag­do­wy szal.

– Mo­że to i le­piej? Sa­ma nie wiem. Ale wie­rzę, że każ­dy list, któ­ry nie zo­sta­nie spa­lo­ny, prę­dzej czy póź­niej bę­dzie od­czy­ta­ny. Tak by­ło z pocz­tów­ką, któ­ra zo­sta­ła nada­na Dwu­dzie­ste­go siód­me­go stycz­nia 1877 ro­ku w miej­sco­wo­ści Sa­ins-du-Nord we Fran­cji. Mia­ła do­trzeć do Trélon od­da­lo­ne­go za­le­d­wie o dzie­sięć ki­lo­me­trów.

– I co? – spy­ta­ła z za­cie­ka­wie­niem Zu­zan­na.

– I do­tar­ła, ale do­pie­ro po stu trzy­dzie­stu ośmiu la­tach. Oczy­wi­ście ad­re­sat nie zdo­łał jej już ode­brać, bo nie żył od stu osiem­na­stu lat. Prze­sył­kę od li­sto­no­sza przy­ję­ła za to je­go pra­wnucz­ka, osiem­dzie­się­cio­let­nia Thérèse Pa­il­la.

– Nie­wia­ry­god­ne.

– Ale są też hi­sto­rie z więk­szym li­sto­wym hap­py en­dem. Dwu­dzie­ste­go lu­te­go 1958 ro­ku w Pen­syl­wa­nii mło­da dziew­czy­na na­pi­sa­ła list do swo­je­go na­rze­czo­ne­go. Pech chciał, że list gdzieś się za­gu­bił i ad­re­sat otrzy­mał go do­pie­ro po pięć­dzie­się­ciu trzech la­tach. Był już jed­nak wte­dy po roz­wo­dzie, więc od­pi­sał tej dziew­czy­nie i mie­siąc póź­niej wzię­li ślub.

– Ona też by­ła po roz­wo­dzie?

– By­ła wdo­wą.

Do po­ko­ju ktoś za­pu­kał.

Zu­zan­na za­mknę­ła zie­lo­ne drzwi i po­szła otwo­rzyć. Le­piej, że­by nikt nie wi­dział, że za­miast pra­co­wać, uci­na so­bie po­ga­dusz­ki z Mi­lą. W koń­cu to naj­bar­dziej go­rą­cy mie­siąc w ro­ku.

Ane­ta sta­nę­ła w pro­gu i do­kład­nie zlu­stro­wa­ła po­ko­ik. Jej wzrok za­trzy­mał się na zdję­ciu Ka­ro­li­ny, któ­re Zu­zan­na usta­wi­ła so­bie na biur­ku.

– Co to?

– Lo­to­pa­łan­ka kar­ło­wa­ta.

Wzrok Ane­ty su­ge­ro­wał, że uwa­ża swo­ją roz­mów­czy­nię za oso­bę uszko­dzo­ną psy­chicz­nie.

– Słu­cham?

– To ta­kie zwie­rząt­ko z ro­dzi­ny tor­ba­czy, tro­chę po­dob­ne do wie­wiór­ki. Po­tra­fi la­tać.

– Ro­zu­miem. – Ane­ta nie ro­zu­mia­ła, ale uzna­ła, że dal­sza roz­mo­wa na te­mat lo­to­pa­łan­ki jest zby­tecz­na. W koń­cu nie po to tu przy­szła.

– Do­star­czo­no mnó­stwo no­wych pa­czek. Je­steś po­trzeb­na na ma­ga­zy­nie, li­sta­mi zaj­miesz się póź­niej – oznaj­mi­ła su­chym to­nem i raz jesz­cze spoj­rza­ła z od­ra­zą na zdję­cie. La­ta­ją­ca wie­wiór­ka. Ab­so­lut­ny kre­ty­nizm.

Zu­zan­na ścią­gnę­ła swe­ter (pod­czas sor­to­wa­nia moż­na się by­ło nie­źle spo­cić), bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­ła uło­żyć ster­czą­cą na wszyst­kie stro­ny grzyw­kę i po­drep­ta­ła za pia­sko­wo-orze­cho­wą Ane­tą, ubra­ną dzi­siaj w wą­ską su­kien­kę, któ­ra tyl­ko pod­kre­śla­ła jej sze­ro­kie bio­dra oraz cał­ko­wi­ty brak biu­stu. Ane­ta przy­po­mi­na­ła dzwon i na­praw­dę trud­no by­ło do­strzec w jej syl­wet­ce co­kol­wiek atrak­cyj­ne­go.

Ma­ga­zyn rze­czy­wi­ście był prze­peł­nio­ny. Cho­dzi­ło się po nim wą­ski­mi ścież­ka­mi, bo wszę­dzie uło­żo­ne by­ły pacz­ki i wor­ki z li­sta­mi. Wszyst­kie opie­czę­to­wa­ne i po­nu­me­ro­wa­ne. Te­raz do­dat­ko­wo trze­ba by­ło prze­ska­ki­wać, a na­wet wy­ko­nać coś w ro­dza­ju szpa­ga­tu, że­by prze­do­stać się do ko­lej­nej alej­ki. Na prze­szło ty­sią­cu me­trów kwa­dra­to­wych za­le­ga­ły tu praw­dzi­we cu­da, a ca­łość przy­po­mi­na­ła daw­ne skle­py z ty­sią­cem i je­den dro­bia­zgów. Zu­zan­na wy­pa­trzy­ła su­tan­ny, za­mknię­cia do tru­mien i czę­ści sa­mo­cho­do­we, z któ­rych da­ło­by się zło­żyć nie­jed­no au­to. By­ły za­baw­ki, a wśród nich na­wet lal­ka na szu­bie­ni­cy i miś z no­żem wbi­tym w oko, a tak­że ludz­kie pal­ce w for­ma­li­nie, na szczę­ście po szcze­gó­ło­wym ba­da­niu oka­za­ło się, że wy­ko­na­no je z gip­su. By­ły fe­ka­lia wy­sła­ne za­pew­ne w ce­lu ze­msty, brud­na bie­li­zna, sta­re urzą­dze­nia AGD, ni­ko­mu nie­po­trzeb­ne, bo naj­zwy­czaj­niej w świe­cie ze­psu­te, bu­ty bez po­de­szwy, a na­wet kur­czak z roż­na. Po­my­sło­wość ludz­ka nie mia­ła gra­nic.

Zu­zan­na otwo­rzy­ła nie­wiel­kie pu­deł­ko i wy­ję­ła z nie­go kar­to­nik z za­pa­ko­wa­nym pla­sti­ko­wym bo­brem. Wy­glą­dał dość pa­skud­nie i z pew­no­ścią nie był za­baw­ką dla dzie­ci. Żad­ne dziec­ko nie chcia­ło­by się tym ba­wić, na­wet przez chwi­lę.

– Co to? – spy­ta­ła ko­le­żan­kę, roz­pa­ko­wu­ją­cą wła­śnie kar­ton z kar­mą dla psów.

– Jak się po to nikt nie zgło­si, za­wie­zie­my do schro­ni­ska – ucie­szy­ła się dziew­czy­na i spoj­rza­ła na pla­sti­ko­we­go bo­bra. – Nie wiem. Wy­glą­da jak bóbr, ale dziw­nie wą­ski. Nie ma ogo­na i zu­peł­nie nie ro­zu­miem, cze­mu no­si bia­łe ga­cie. Od spodu jest ja­kiś przy­cisk.

Zu­zan­na wci­snę­ła gu­zik, a wte­dy bóbr za­czął cha­rak­te­ry­stycz­nie wi­bro­wać.

Obie spoj­rza­ły na sie­bie zdu­mio­ne, po czym Zu­zan­na na­tych­miast wy­łą­czy­ła zwie­rzę i scho­wa­ła je z po­wro­tem do kar­to­nu. Po ja­ką cho­le­rę ko­bie­ta mia­ła­by wkła­dać tam so­bie bo­bra?

Mia­stecz­ko, w któ­rym znaj­do­wa­ło się Biu­ro Prze­sy­łek Nie­do­rę­czo­nych, wy­da­wa­ło się nie­usta­ją­co drze­mać. Ile­kroć Zu­zan­na wy­cho­dzi­ła ze swo­je­go ma­łe­go miesz­ka­nia, od­no­si­ła dziw­ne wra­że­nie, że jest jed­ną z pierw­szych osób, któ­re po­ja­wia­ją się na uli­cy. Ka­wiar­nie do­pie­ro otwie­ra­ły oczy, pie­kar­nie zie­wa­ły za­pa­chem świe­że­go pie­czy­wa, a po­zo­sta­łe skle­py spa­ły tak twar­do, że nie był ich w sta­nie zbu­dzić na­wet ryk sy­re­ny stra­żac­kiej. Lu­dzie ni­g­dzie się nie spie­szy­li, nie bie­gli w po­go­ni za nie wia­do­mo czym, nie ści­ga­li wła­snych ple­ców. Zu­zan­na by­ła zdu­mio­na, że nie śli­zga­ją się po jej twa­rzy wzro­kiem, tyl­ko za­trzy­mu­ją na mo­ment i kła­nia­jąc się, mó­wią „dzień do­bry”. No, mo­że nie wszy­scy, ale wła­ści­ciel ka­wiar­ni o wy­ra­fi­no­wa­nej na­zwie „Ka­wiar­nia” – za­wsze. W koń­cu po­sta­no­wi­ła re­gu­lar­nie za­glą­dać do nie­go jesz­cze przed pra­cą i zre­zy­gno­wać z do­mo­wych śnia­dań. Ob­li­czy­ła, że koszt ku­pio­nej ka­wy i cie­płe­go ro­ga­li­ka nie jest aż tak za­trwa­ża­ją­cy i stać ją na ten przy­jem­ny ry­tu­ał. Ka­ro­li­na na szczę­ście nie za­uwa­ży­ła, że jej pa­ni wy­cho­dzi ostat­nio dzie­sięć mi­nut wcze­śniej.

„Ka­wiar­nia” nie by­ła uro­kli­wa i nie przy­po­mi­na­ła wy­stro­jem pięk­nych wnętrz z ka­ta­lo­gów „Co­un­try & Ho­me”, a jed­nak mia­ła w so­bie ten ro­dzaj przy­cią­ga­nia, któ­ry po pro­stu zmu­szał do wy­bra­nia jed­ne­go ze sto­li­ków przy­kry­tych bia­łą ce­ra­tą i za­mó­wie­nia kub­ka ka­wy. Zu­zan­na usia­dła przy oknie i za­pa­trzy­ła się na ośnie­żo­ne uli­ce. Po­do­ba­ły jej się ten spo­kój i ci­sza, któ­rych nie po­tra­fi­ła zna­leźć w swo­im ro­dzin­nym mie­ście. Choć tak na­praw­dę to nie ha­łas wy­gnał ją z mia­sta, tyl­ko wła­śnie pe­wien list, któ­re­go ni­g­dy nie od­wa­ży­ła się wy­słać.

– Ka­wa i ro­ga­lik? – Wła­ści­cie­lem „Ka­wiar­ni” był star­szy męż­czy­zna z si­wym war­ko­czy­kiem i pa­su­ją­cym do ko­lo­ru wło­sów, po­pie­la­tym spoj­rze­niem. Szczu­pły, nie­wy­so­ki, w sze­ro­kich spodniach od dre­su i kra­cia­stej ko­szu­li. Nikt nie zwró­cił­by na nie­go więk­szej uwa­gi w du­żym mie­ście, tu­taj je­go ca­su­al lo­ok wy­koń­czo­ny gu­mo­wy­mi bu­ta­mi z fu­ter­kiem był na­wet dość uro­czy.

Zu­zan­na ski­nę­ła gło­wą.

Ka­wa by­ła świet­na, ro­ga­lik do­sko­na­ły. I te­go sma­ku nie po­psu­ły ani bia­ła ce­ra­ta na sto­le, ani zwy­kłe krze­sło z od­ra­pa­nym opar­ciem, ani na­wet brak lam­py, któ­ry ob­na­żał na­gość dyn­da­ją­cej na czar­nym sznu­rze ża­rów­ki.

– Miesz­kasz tu od nie­daw­na. – To by­ło bar­dziej stwier­dze­nie niż py­ta­nie.

Przy­tak­nę­ła.

– Pra­cu­jesz przy li­stach?

– Skąd pan wie?

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Tu nie ma zbyt wie­lu miejsc pra­cy, a w Biu­rze za­wsze szu­ka­ją ko­goś no­we­go. Uda­ło ci się już od­na­leźć od­bior­cę ja­kiejś pacz­ki?

Zu­zan­na uśmiech­nę­ła się od­ro­bi­nę prze­pra­sza­ją­co.

– Je­stem tu do­pie­ro od trzech ty­go­dni, więc jesz­cze nie mia­łam oka­zji. A każ­de­mu się uda­je?

Wła­ści­ciel po­dra­pał się po gło­wie.

– Róż­nie jest. Nie­któ­rzy urzą­dza­ją so­bie na­wet za­wo­dy w do­star­cze­niu jak naj­więk­szej licz­by prze­sy­łek, któ­rych ad­re­sat jest w za­sa­dzie nie­moż­li­wy do usta­le­nia. In­nym jest wszyst­ko jed­no.

Zu­zan­na prze­łknę­ła ostat­ni kęs ro­ga­li­ka i za­sta­no­wi­ła się, czy jej też jest wszyst­ko jed­no. To w koń­cu tyl­ko pra­ca, któ­rą pew­nie za ja­kiś czas zno­wu zmie­ni. Po­za tym, czy to na­praw­dę aż tak istot­ne, je­śli ktoś raz nie otrzy­ma li­stu? Wie­dzia­ła, że tak. Że to cza­sem wszyst­ko zmie­nia. Nie chcia­ła jed­nak o tym my­śleć.

– Ja na ra­zie ja­koś nie mia­łam szczę­ścia. Wczo­raj na przy­kład przy­szła do nas su­tan­na. Na pacz­ce ktoś na­pi­sał: „Dla Woj­tu­sia, świe­żo wy­pra­ne. Gó­ra”.

Wła­ści­ciel uniósł brwi ze zdu­mie­nia.

– Gó­ra? W sen­sie, że sam Szef mu wy­prał?

– Nie, to chy­ba na­zwa miej­sco­wo­ści. Zna­la­złam Gó­rę na Dol­nym Ślą­sku, ale w urzę­dzie miej­skim nie zna­li księ­dza Woj­tu­sia. A je­śli to Je­le­nia Gó­ra? Al­bo Zie­lo­na? Cza­sem na­praw­dę nie wiem, w ja­ki spo­sób tra­fić na choć­by naj­mniej­szy ślad. A po­dob­no każ­da prze­sył­ka ma szan­sę tra­fić w rę­ce ad­re­sa­ta.

– Bo to praw­da. Ostat­nio ja­kiś Ho­len­der otrzy­mał list po­że­gnal­ny na­pi­sa­ny do nie­go w cza­sach dru­giej woj­ny świa­to­wej. Od oj­ca, któ­re­go wła­śnie wy­sy­ła­no do obo­zu kon­cen­tra­cyj­ne­go w Niem­czech. List na­pi­sał w 1943 ro­ku w for­mie po­że­gna­nia ze swo­im dzie­się­cio­let­nim sy­nem. Ale wia­do­mość nie zo­sta­ła do­star­czo­na. List scho­wa­no do port­fe­la, gdzie zo­stał zna­le­zio­ny, gdy do obo­zu wkro­czy­li An­gli­cy i ode­sła­li go do ja­kie­goś ar­chi­wum. Kil­ka lat te­mu na­ukow­cy otrzy­ma­li do­stęp do wszyst­kich pa­mią­tek z tam­te­go okre­su. Ktoś tra­fił na ten nie­do­star­czo­ny list i wy­słał go do ad­re­sa­ta. To do­pie­ro nie­spo­dzian­ka, co?

Zu­zan­na za­my­śli­ła się.

– Mi­la też mi opo­wia­da­ła o ta­kich hi­sto­riach. Ale to wszyst­ko są przy­kła­dy z za­gra­ni­cy. A w Pol­sce, czy pan…

– Ma­ciej i mo­żesz mi śmia­ło mó­wić po imie­niu – wpadł jej w sło­wo.

Zu­zan­na za­czer­wie­ni­ła się. Po imie­niu do du­żo star­sze­go męż­czy­zny? Z Mi­lą to jed­nak zu­peł­nie co in­ne­go…

– Czy sły­sza­łeś o ta­kiej hi­sto­rii w Pol­sce? – za­ry­zy­ko­wa­ła jed­nak.

Za­sta­no­wił się przez chwi­lę.

– Pacz­ki czę­sto znaj­du­ją swo­ich praw­dzi­wych od­bior­ców, ale nie wiem, jak to jest z li­sta­mi. Pew­nie się ni­mi nikt tak bar­dzo nie przej­mu­je. W koń­cu to tyl­ko kil­ka słów na­pi­sa­nych na pa­pie­rze.

Tyl­ko kil­ka słów. W za­sa­dzie ma ra­cję.

Z dru­giej jed­nak stro­ny, cza­sem na­wet jed­no sło­wo mo­że od­mie­nić czy­jeś ży­cie. Dla­cze­go list miał­by mieć mniej­sze zna­cze­nie od su­tan­ny? Al­bo od kur­cza­ka z roż­na? To, że ktoś nie do­sta­nie czaj­ni­ka bez­prze­wo­do­we­go, to jesz­cze nie ko­niec świa­ta. Ale kie­dy w po­rę nie usły­szy naj­waż­niej­szych słów w swo­im ży­ciu, mo­że ten świat wi­dzieć już tyl­ko w czar­nych bar­wach.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dzia­ła Zu­zan­na. – i do ju­tra.

Ma­ciej od­pro­wa­dził ją po­pie­la­tym spoj­rze­niem.

Roz­dział 4

SPOTKANIE

Wó­zek tro­chę się za­chwiał, ale ko­niec koń­ców utrzy­mał rów­no­wa­gę. Naj­go­rzej by­ło z ką­pie­lą. Prze­nie­sie­nie bez­wład­ne­go cia­ła z wóz­ka do wan­ny by­ło­by nie­moż­li­we, na szczę­ście po wyj­ściu z czar­nej dziu­ry roz­pa­czy Te­kla ka­za­ła prze­ro­bić ła­zien­kę, w któ­rej za­in­sta­lo­wa­no prysz­nic bez bro­dzi­ka, za to z au­to­ma­tycz­nym wy­łącz­ni­kiem wo­dy. Do te­go do­szła spe­cjal­na osło­na na sy­fon umy­wal­ki, po­moc to­a­le­to­wa mo­co­wa­na do pod­ło­gi oraz naj­róż­niej­sze uchwy­ty: pro­ste, ką­to­we i na­roż­ne. Nad­wyż­ka fi­nan­so­wa, któ­rą mia­ła na kon­cie po sprze­da­niu miesz­ka­nia ma­my, znik­nę­ła ni­czym ma­gicz­ny pył, ale Te­kla przy­naj­mniej nie ba­ła się wła­sne­go miesz­ka­nia.

Dzwo­nek do drzwi wy­brzmiał świer­go­tem wil­gi, tak przy­naj­mniej za­chwa­lał to­war sprze­daw­ca. Te­kla da­ła się zła­pać na tę wil­gę i w su­mie nie ża­ło­wa­ła. Przy­jem­ny świer­got. O, zno­wu. To pew­nie ta dziew­czy­na z Ca­ri­ta­su. Ja­kimś cu­dem za­ła­pa­ła się na bez­płat­ne wi­zy­ty (dwa ra­zy w ty­go­dniu) dość sym­pa­tycz­nej wo­lon­ta­riusz­ki, któ­ra ro­bi­ła za­ku­py, sprzą­ta­ła miesz­ka­nie, po­ma­ga­ła umyć Te­kli wło­sy, a cza­sa­mi na­wet pie­kła cia­sto. Tym ra­zem jed­nak przy­szedł ktoś in­ny. Te­kla nie lu­bi­ła zmian, zwłasz­cza ta­kich, któ­rych się nie spo­dzie­wa­ła. No­wa dziew­czy­na mia­ła nie­ca­łe trzy­dzie­ści lat i by­ła krzy­kli­wie ubra­na. Na do­da­tek bez prze­rwy traj­ko­ta­ła.

– Dzień do­bry. Za­stę­pu­ję Maj­kę, bo jej bab­cia za­cho­ro­wa­ła i te­raz mu­si się nią zaj­mo­wać. Ale jak tyl­ko bę­dzie le­piej, wró­ci do pa­ni. My­ślę jed­nak, że się ja­koś do­ga­da­my. Umyć pa­ni okna? Jak wpad­nie tro­chę wię­cej słoń­ca, to od ra­zu zro­bi się tu sym­pa­tycz­niej. Wpraw­dzie ma­my zi­mę, ale prze­cież nie bę­dzie­my się nią aż tak bar­dzo przej­mo­wać, praw­da?

Cie­ka­we, jak mo­że stać się sym­pa­tycz­niej od wy­my­tych okien ko­muś, kto od pa­sa w dół ma dwie kło­dy, a kie­dy si­ka, ciek­nie mu po no­dze.

– Mam na imię Mo­ni­ka. Ale to pew­nie pa­ni wie, pa­ni pro­fe­sor… – dziew­czy­na za­śmia­ła się tro­chę ner­wo­wo i chy­ba pu­ści­ła do niej oko.

Te­kla spoj­rza­ła na nią zdzi­wio­na i od­ro­bi­nę wy­stra­szo­na. Coś jej umknę­ło? Skąd się zna­ją? Mo­ni­ka po­kle­pa­ła ją po rę­ku swo­ją za­dba­ną dło­nią z błę­kit­ny­mi pa­znok­cia­mi ozdo­bio­ny­mi błysz­czą­cy­mi kwiat­ka­mi. Te­kla aż się wzdry­gnę­ła.

„Sztucz­ne pa­zu­ry. Mia­łam ta­ką uczen­ni­cę la­ta te­mu. By­łam pew­na, że nie do­cze­ka dru­giej kla­sy i zo­sta­nie pra­cow­ni­cą so­la­rium”.

Ko­tow­ska Mo­ni­ka.

Rze­czy­wi­ście nie do­cze­ka­ła, po pię­ciu mie­sią­cach prze­nio­sła się gdzieś in­dziej, pew­nie do ja­kie­goś tech­ni­kum za­wo­do­we­go, a Te­kla usu­nę­ła jej twarz z pa­mię­ci. Naj­wy­raź­niej jed­nak dziew­czy­na nie po­szła w kie­run­ku so­la­rium. A na­wet je­śli, to po dro­dze za­ha­czy­ła o wo­lon­ta­riat.

Z cza­sem Mo­ni­ka Ko­tow­ska za­czę­ła przy­cho­dzić re­gu­lar­nie, wpa­da­ła też bez za­po­wie­dzi, ot tak, że­by spraw­dzić, czy wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Te­kla przy­zwy­cza­iła się do niej i kie­dy star­ła wy­rzu­ty su­mie­nia zwią­za­ne ze sztucz­ny­mi pa­zu­ra­mi i so­la­rium, za­czę­ły nor­mal­nie i swo­bod­nie roz­ma­wiać. O tam­tych cza­sach, kie­dy ucznio­wie czu­li re­spekt przed ka­drą pe­da­go­gicz­ną, kie­dy ba­li się lek­cji z su­ro­wym pro­fe­so­rem i tak zwa­ne­go dy­wa­ni­ka u dy­rek­to­ra. O tym, jak po­pa­la­li po kry­jo­mu, jak kom­bi­no­wa­li z wa­ga­ra­mi, ja­kie mie­li me­to­dy na prze­ło­że­nie kla­só­wek. I o tym, jak to wy­glą­da dzi­siaj.

– Ode­szłam, bo te zmia­ny mnie prze­ro­sły. Mło­dzież zdzi­cza­ła, na­ły­ka­ła się cham­stwa i prze­ra­ża­ją­cej pew­no­ści sie­bie. Chce wszyst­ko zdo­być gwał­tem, sztur­mem, bez żad­nej tak­ty­ki, żad­nych sta­rań. Szko­ła sta­ła się dla nich ku­pą łaj­na, w któ­rą świa­do­mie wdep­nę­li, ale któ­rą też pró­bu­ją za wszel­ką ce­nę z sie­bie ze­skro­bać i po­szu­kać cze­goś mniej śmier­dzą­ce­go. Ma­ją gdzieś za­sa­dy, o mo­ral­no­ści nie wspo­mi­na­jąc. Dy­mem z pa­pie­ro­sa dmu­cha­ją nam pro­sto w nos. W prze­no­śni i do­słow­nie – Te­kla wes­tchnę­ła i po­krę­ci­ła gło­wą.

Mo­ni­ka słu­cha­ła w sku­pie­niu, ma­lu­jąc jed­no­cze­śnie pa­znok­cie swo­jej by­łej na­uczy­ciel­ce. Te­kla po­cząt­ko­wo się przed tym wzbra­nia­ła, w koń­cu do­szła do wnio­sku, że za­dba­ne dło­nie w ni­czym jej nie za­szko­dzą. Bor­do­wy od­cień czer­wie­ni z gra­na­to­wą kro­pel­ką po­środ­ku. Na­wet ład­ne.

Zmia­ny w szko­le zbie­gły się wraz z na­dej­ściem no­we­go stu­le­cia. Dwu­dzie­sty pierw­szy wiek prze­rósł jej naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia. Szko­ła za­czę­ła przy­po­mi­nać ogród zoo­lo­gicz­ny pe­łen chi­cho­czą­cych hien, ospa­łych le­niw­ców, pu­szą­cych się pa­wi, ry­czą­cych lwów, ha­ła­śli­wych gę­si i skrze­czą­cych małp. Dy­wa­nik u dy­rek­to­ra daw­no stra­cił na swo­jej si­le, dzi­siaj moż­na by­ło na nie­go splu­nąć i za­gro­zić psy­chicz­nym mob­bin­giem, któ­ry to ter­min mło­dzież dość chęt­nie wy­ko­rzy­sty­wa­ła i za­sła­nia­ła nim swo­je cham­stwo. Pe­da­gog prze­stał być nie­ty­kal­ny, stał się ra­czej la­lecz­ką z ma­te­ria­łu, w któ­rą wty­ka­no szpil­ki, oplu­wa­no, wy­krę­ca­no rę­ce i któ­rej kne­blo­wa­no usta. Na­wet po­kój na­uczy­ciel­ski prze­stał być już schro­nie­niem, te­raz każ­dy uczeń mógł tu wejść bez pu­ka­nia i prze­rwać roz­mo­wę. Te­kla nie zno­si­ła te­go miej­sca, ale po­nie­waż al­ter­na­ty­wą był roz­wrzesz­cza­ny dzie­dzi­niec, ko­niec koń­ców wra­ca­ła do dziu­pli prze­żar­tej smro­dem sta­rych swe­trów sta­rej ka­dry i prze­po­co­nych try­ko­tów mło­dej.

Wła­śnie. Mło­da ka­dra.

Po ro­ku 2001 do ich szko­ły na­pły­nę­ło kil­ka no­wych oka­zów, z tym cha­rak­te­ry­stycz­nym odę­ciem na ustach i po­gar­dą wo­bec wszyst­kich, któ­rzy prze­kro­czy­li czter­dziest­kę. Te­kla by­ła dla nich di­no­zau­rzy­cą. Na­wet nie pró­bo­wa­li na­wią­zy­wać z nią bliż­sze­go kon­tak­tu, któ­ry wy­kra­czał­by po­za to, co ko­niecz­ne.

– Zro­bić pa­ni ka­wy? – Ta­kie py­ta­nie ni­g­dy nie pa­dło, ani żad­ne in­ne za­ga­je­nie z se­rii nad­pro­gra­mo­wych.

– Ma­tu­ral­na B nie po­win­na mieć stud­niów­ki – ośmie­lił się po­wie­dzieć kie­dyś pro­fe­sor Wa­rze­cha, wie­ko­wy już geo­graf (do­bie­gał sześć­dzie­siąt­ki). – Ta kla­sa jest prze­ra­ża­ją­co roz­wy­drzo­na i nie ma po­ję­cia, gdzie le­ży Gi­bral­tar.

Młod­sza ka­dra spoj­rza­ła po so­bie bez zro­zu­mie­nia. Te­kla by­ła go­to­wa przy­siąc, że też te­go nie wie­dzie­li.

– E tam, po pro­stu są mło­dzi. – Tak zwy­kle roz­po­czy­nał się po­ko­le­nio­wy dia­log, tym ra­zem pro­wa­dzo­ny przez mło­dziut­ką po­lo­nist­kę, któ­rą bar­dziej fa­scy­no­wa­ły ry­my hip-ho­pu niż trzy­na­sto­zgło­sko­wiec.

Geo­graf aż się za­trząsł pod daw­no już nie­mod­ną dwu­rzę­do­wą ma­ry­nar­ką z po­lie­stru.

– To nie tłu­ma­czy bu­cze­nia na lek­cjach ani tym bar­dziej swo­bod­nych i kwie­ci­stych roz­mów o sek­sie. – Ści­szył nie­co głos, bo seks ja­ko ta­ki za­wsze go krę­po­wał.

– Oni są po pro­stu uzdol­nie­ni oral­nie – za­śmia­ła się po­lo­nist­ka, a geo­graf zro­zu­miał, że je­go miej­sce jest w Bi­sku­pi­nie. Usiadł przy sto­le i za­marł ni­czym ska­mie­li­na.

Te­kla czu­ła się ob­co. Jesz­cze kil­ka­na­ście lat te­mu ucznio­wie by­li in­ni. Ow­szem, ni­g­dy szcze­gól­nie nie prze­pa­da­ła za mło­dzie­żą, ale tam­ci mie­li w so­bie tę od­ro­bi­nę po­ko­ry, któ­ra ka­za­ła im oka­zy­wać sza­cu­nek star­szym, mó­wić „dzień do­bry” i „prze­pra­szam”, a cza­sem na­wet prze­pusz­czać w drzwiach. Obec­na mło­dzież wszyst­ko mia­ła w du­pie. Łącz­nie z sa­mą so­bą.

Pięt­na­ste­go stycz­nia te­go ro­ku Te­kla szła w kie­run­ku sa­li nu­mer sto sie­dem z dzien­ni­kiem pod pa­chą i opra­co­wa­niem psy­cho­bio­lo­gicz­ne­go tem­pe­ra­men­tu Mic­kie­wi­cza. „Mic­kie­wicz był czło­wie­kiem utka­nym z róż­nych emo­cji – pi­sa­ła w swo­ich no­tat­kach – zgłę­biał isto­tę by­tu, był uczu­cio­wy, nad­wraż­li­wy, miał też pro­ble­my z przy­sto­so­wa­niem się. Ucie­kał od rze­czy­wi­sto­ści, szu­kał po­cie­sze­nia w sa­mot­no­ści. Chciał być nie­za­leż­ny, wol­ny”. Czy ko­goś to w ogó­le za­in­te­re­su­je?

Na­gle po­czu­ła w przed­ra­mie­niu ostry ból wy­wo­ła­ny zde­rze­niem się z ja­kimś li­ce­ali­stą, któ­ry spoj­rzał na nią z po­gar­dą (nie rzu­cił na­wet „sor­ry”) i spy­tał: „Jak le­ziesz”? A po­tem po­biegł da­lej, non­sza­lanc­ki, wiel­ki, z sze­ro­ki­mi spodnia­mi i bru­dem za pa­znok­cia­mi. Trzy dni póź­niej zło­ży­ła wy­mó­wie­nie i prze­szła spo­koj­nym kro­kiem na wcze­śniej­szą eme­ry­tu­rę.

Po ty­go­dniu nie mo­gła już cho­dzić.

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Spis tre­ści

Kar­ta ty­tu­ło­wa

Kar­ta re­dak­cyj­na

De­dy­ka­cja

Roz­dział 1 - No­wa pra­ca

Roz­dział 2 - Te­kla

Roz­dział 3 - Dwie ko­per­ty

Roz­dział 4 - Spo­tka­nie

Roz­dział 5 - Pi­sarz

Roz­dział 6 - Ga­spar

Roz­dział 7 - Nie­to­perz w sta­ni­ku

Roz­dział 8 - Są­siad

Roz­dział 9 - Przed wscho­dem słoń­ca

Roz­dział 10 - Skar­pet­ki

Roz­dział 11 - Pocz­tów­ka dźwię­ko­wa

Roz­dział 12 - Li­sty

Roz­dział 13 - Ra­chu­nek praw­do­po­do­bień­stwa

Roz­dział 14 - Dwa pla­ce

Roz­dział 15 - Dwie rów­no­le­głe li­nie

Roz­dział 16 - Pocz­ta Głów­na

Roz­dział 17 - 29 lip­ca 1976 ro­ku

Roz­dział 18 - Zja­dli­wy dziad

Roz­dział 19 - Wspo­mnie­nia

Roz­dział 20 - Ga­bi­net

Roz­dział 21 - Pier­nik na spi­ry­tu­sie

Roz­dział 22 - Chło­piec i bursz­ty­no­wa łza

Roz­dział 23 - Grza­ne wi­no

Roz­dział 24 - Efekt mo­ty­la

Roz­dział 25 - Trzy dni do Wi­gi­lii

Roz­dział 26 - Mo­ni­ka

Roz­dział 27 - Dzień przed Wi­gi­lią

Roz­dział 28 - Wi­gi­lia

Roz­dział 29 - Mi­la

Od au­tor­ki