Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 256 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Biuro M - Magdalena Witkiewicz, Alek Rogoziński

On - życiowy pechowiec. Czego się nie tknie, zamienia w katastrofę. Na szczęście, zawsze może liczyć na pocieszenie w kobiecych ramionach.
Ona - kiedyś całkiem ładna dziewczyna, dziś ukryta pod kilkoma warstwami szaroburych swetrów i strasząca wiecznie naburmuszonym wyrazem twarzy. Nie wierzy w miłość i związki. Jedynym mężczyzną w jej życiu jest pozbawiony męskości kot.
Oboje zaczynają pracę w biurze matrymonialnym, prowadzonym przez szefową z piekła rodem. I choć wydaje im się, że ich zajęcie będzie miłe, proste, a nawet nieco nudne, to szybko przekonują się, że kojarzenie par to wyjątkowo trudne zadanie. I że można przy nim nie tylko przeżyć przygody jak z filmu grozy, to jeszcze nabrać wątpliwości, czy w dzisiejszych czasach romantyzm to coś więcej niż tylko hasło w słowniku...

Opinie o ebooku Biuro M - Magdalena Witkiewicz, Alek Rogoziński

Fragment ebooka Biuro M - Magdalena Witkiewicz, Alek Rogoziński

Ani ‌Matusiak-Rześniowieckiej

– za pozytywną ‌energię i uśmiech, ‌

który jest zawsze ‌dla nas najlepszą ‌recenzją

i ‌zachętą ‌do dalszego ‌pisania

ROZDZIAŁI

O KRADZIEŻYJELONKA, ZOŁZIE, TRZECHMICHAŁACHISUKIENCE, ‌KTÓRANIJAKNIECHCIAŁASTAĆSIĘCZARNA

Barbara ‌Bakuszycka ‌przestała wierzyć ‌w miłość. ‌Nie ‌pamiętała dokładnie ‌momentu, ‌kiedy to się ‌stało, ‌ale musiało to być ‌bardzo dawno temu. Na ‌tyle dawno, ‌że miała ‌wrażenie, jakby było tak ‌zawsze. ‌Od zawsze ‌też w jej ‌szafie wisiały szarobure, ‌rozciągnięte ‌swetry i długie ‌sukienki we wszystkich możliwych ‌odcieniach ‌czerni. ‌Gdyby w jej ‌rodzinie ‌wydarzył ‌się jakiś pogrzeb, Barbara ‌mogłaby spokojnie poobdzielać ‌nimi wszystkie krewne. ‌Zakładając te ‌ubrania, ‌wyglądała jak bezkształtna ‌masa otoczona ‌grubą warstwą, ‌nieprzepuszczającą ludzkich spojrzeń, gestów, ‌dotyku i emocji. W owych ziemistoczarnych ‌barwach miała wrażenie, ‌że niczym kameleon ‌jest w stanie dopasować ‌się do smutnego ‌otoczenia. Bo że otoczenie, ‌zwłaszcza jej, może być ‌tylko ‌smutne, nie wątpiła. Była ‌wręcz ‌o tym przekonana.

Starała ‌się ‌zapomnieć, że ‌kiedyś miała inne, bardziej ‌kolorowe życie, ale ‌nieustająco przypominała ‌jej o tym ‌jedyna kolorowa ‌sukienka w szafie. Miała ‌soczysty czerwony ‌kolor. ‌Barbara ‌wiele razy ‌próbowała przefarbować ją ‌na czarno, ale ‌jedyny efekt, jaki uzyskała, ‌to czarne ‌smugi, które od ‌biedy można ‌było potraktować ‌jako przejaw artyzmu projektanta ‌tejże sukienki. A był ‌nim nie byle ‌kto! Barbara nie pamiętała już wprawdzie nazwiska owego kogoś, jednak dostała tę sukienkę w prezencie od niedoszłej teściowej wraz z informacją, że jest droga, więc ma ją szanować, a najlepiej w ogóle nie nosić, bo istnieje ryzyko zniszczenia, oraz że projektantem jest „nie byle kto”. Niestety, teraz już nie dało się tego sprawdzić. W przeciwieństwie do sukienki, która z pewnością przetrwałaby bez szwanku dowolny kataklizm, na przykład pożar albo opad kwaśnego deszczu, metka po farbowaniu zrobiła się kruczoczarna i jako taka kompletnie nieczytelna.

Z niedoszłą teściową łączył się oczywiście niedoszły mąż. O nim Barbara już zupełnie nie chciała pamiętać. Tym bardziej, że był to trzeci niedoszły mąż w historii jej życia. Dziwnym trafem wszyscy trzej tuż po zaręczynach z miejsca się odkochiwali. Pierwszy już po miesiącu, drugi po dwóch, a trzeci po trzech. Ostatni stwierdził, że wprawdzie ją kocha, ale ich związek potrzebuje przerwy. I że Barbara, którą w skrócie nazywał Bebe (twierdził, że kojarzyła mu się z Brigitte Bardot, a nie chodziło tylko o inicjały), z pewnością podziela jego zdanie w kwestii urlopu od narzeczeństwa. Nie podzielała, ale cóż miałarobić?

Nie to jednak było najgorsze w jej życiu. Większy problem stanowiło to, że każdy z jej niedoszłych mężów znajdował ukojenie w ramionach Zołzy. Zołza miała na imię Elwira, ale Barbara nigdy w życiu jej tak nie nazwała. No, może na początku. A początek miał miejsce już w przedszkolu, kiedy to mała i przeraźliwie chuda Elwira Okoń ukradła Basi jelonka. W całej historii może mało istotne jest, że to jelonek, znacznie ważniejsze były dwa słowa: „ukradła” i „rogi”, które ów jelonek zdecydowanie miał. To właśnie one zdominowały znajomość Barbary z Zołzą na całe życie. Elwira pojawiała się w życiu Barbary dokładnie w tych momentach, kiedy ta najmniej tego potrzebowała. Żyła sobie spokojnie, a tu nagle trach. Niespodziankaw postaci panny Okoń.

Z przedszkola Barbara poza jelonkiem zapamiętała jeszcze jęk swojej matki, gdy rzuciła się na nią jakaś kobieta tuż przy szatni maluchów zwanych „Muchomorkami”. Kobieta była odziana w różowy płaszcz i bardzo kolorowy kapelusz.

– Magdaleno! Tyś się nic nie zmieniła od czasów szkoły! Nadal jesteś taka gruba, jak byłaś!

– A ty tak samo sympatyczna, jak byłaś – wycedziła przez zęby mama Barbary.

– Prawda? – Uśmiechnęła się pani w kapeluszu. – Ależ cudowne spotkanie. Dziewczynki będą chodzić razem do przedszkola!

Magdalena Bakuszycka, mama Barbary, całkiem miła, wtedy jeszcze młoda kobieta, choć z reguły nie miała ataków jasnowidzenia, tym razem szóstym zmysłem wyczuła kłopoty. Przez chwilę podumała w duchu nad tym, czy jej pierworodna naprawdę musi wyruszać w wielki świat, pełen czyhających na nią złych osób. Jedna z nich wyglądała co prawda niewinnie. Jednak Magdalena uważała, że z pewnością była zła, bo niektóre rzeczy dziedziczy się w genach. Dziewczynka siedziała na ławce w przedszkolnej szatni i, myśląc, że nikt tego nie widzi, dłubała w nosie.

– A to moja Elwirka! – przedstawiła ją z dumą pani w kapeluszu.

Elwirka natychmiast skończyła dłubać w nosie i uśmiechnęła się promiennie. Miała kruczoczarne włosy, spięte na czubku głowy w kitkę tak ciasno, że wydawało się, że jeszcze trochę, a jej oczy staną się skośne. Fryzurę wieńczyła czerwona, sztywna kokarda, sprawiająca wrażenie większej niż głowa dziewczynki.

– Dzień dobry. – Elwirka uśmiechnęła się słodko i wyciągnęła do Basi rękę na przywitanie. Niestety tę samą, którą wcześniej dłubała w nosie.

Basia schowała dłoń za siebie.

– Nie przywitasz się z moją Elwirką? – zapytała słodko pani w kapeluszu.

Basia stanowczo pokręciła głową.

– Ojej. Widzę, że masz kłopoty z dzieckiem. – Mama Elwirki zatrzepotała rzęsami. – Tutaj podobno jest bardzo dobry pedagog. Z pewnością ci pomoże. My z Elwirką nie mamy takich kłopotów, ale wiem, że różnie w życiu bywa. – Zrobiła współczującą minę. – Należy sobie pomagać. Pamiętaj Elwirko, jak Basia będzie miała jakiekolwiek kłopoty, trzeba jąwspierać.

Basia, podobnie jak mama, już wtedy miała przeczucie, że jeśli w jej życiu pojawią się jakieś kłopoty, to z pewnością powodem części z nich będzie nowa koleżanka. Już wtedy nazwałaby ją pewnie Zołzą, gdyby tylko znała takie określenie.

Elwirka była typem, który każdy z nas spotkał zapewne w swoim życiu. Dla nauczycieli i wychowawców słodka niczym miód. Dla kogoś, kogo nie lubiła albo z kim rywalizowała – ostra jak brzytwa. W ciągu następnych kilku lat Barbara i Magdalena przekonały się, że nigdy nie można z nią wygrać. Wszyscy wychowawcy byli zakochani w słodkiej, cudownej, dobrze uczącej się Elwirce i nie wierzyli, że ich ulubienica mogłaby zrobić komuś cokolwiek złego. A już z pewnością napluć innej osobie do zupy w stołówce, związać na supeł sznurowadeł w butach czy szczypać go w porze leżakowania. W życiu! Elwirka nie mogłaby tego zrobić – z tym swoim wielkim serduszkiem i anielskim spojrzeniem.

Prawdopodobnie nikomu nie wpadłoby do głowy, że mogłaby też nieco później ukraść trzech kolejnych mężczyzn swojej koleżance, podobnie jak nie mogłaby zabrać jej plastikowego jelonka. Niestety, i jedno, i drugie okazało się prawdą.

Po zakończeniu edukacji przedszkolnej Magdalena i Barbara odetchnęły z ulgą, gdyż mama Elwirki uznała, że osiedlowa szkoła reprezentuje zbyt niski poziom dla jej córki i zapisała ją do innej, na drugim końcu Warszawy. Niestety pewnego dnia, który zapowiadał się zupełnie ładnie, w progu klasy czwartej „a” stanęła kokarda, a do niej był przyczepiony nie kto inny, jak trzepocząca rzęsami Elwirka.

Barbara na widok złodziejki jelonka skamieniała i upuściła na podłogę globus, który właśnie trzymała w rękach. Kula ziemska oderwała się od stojaka i potoczyła wprost pod nogi wychowawczyni, a zarazem nauczycielki geografii. Ta właśnie kierowała kroki w stronę kokardy, ale niestety potknęła się i runęła jak długa tuż u stóp dziewczynki.

– Dzień dobry pani – powiedziała słodko Zołza. – Może pomóc?

– Barbara! Do dyrektora.

– Cześć Basiu. – Uśmiechnęła się słodko Zołza. – Jak miło cię znów widzieć. Mam nadzieję, że i tu będziemy najlepszymi przyjaciółkami.

Barbara zdążyła tylko pomyśleć, jak cudowne były ostatnie trzy lata i że teraz należy się przygotować na dużo trudniejsze. Gdy wdrapywała się na trzecie piętro do gabinetu dyrektora, żałowała, że jej tata nie jest dyplomatą jak ojciec Marcina z czwartej „c”, i że nie skierowano go na placówkę dyplomatyczną do Chin. Albo jeszcze dalej… Sprawdziłaby na globusie, co znajduje się dalej, ale niestety ten wgniótł się w dwóch miejscach. Poza tym szpilka pani wychowawczyni wbiła się w sam środek Ameryki Północnej, robiąctym samym z Gór Skalistych Skalistą Depresję.

Kolejne lata upływały Barbarze głównie na powstrzymywaniu się przed wysłaniem Elwirki do aniołków. Było to o tyle trudne, że upiorna złodziejka jelonka robiła wszystko, aby uchodzić za najlepszą przyjaciółkę Barbary i nie odstępowała jej na krok. Barbara, która nie chciała wypaść na małpę odrzucającą czyjąś przyjaźń, z coraz większym utęsknieniem czekała na koniec ich wspólnej edukacji. Chciała raz na zawsze pozbyć się Zołzy ze swojego życia. Niestety! Elwirka poszła do tego samego gimnazjum i do liceum również. Jako wybitnie zdolna (zdaniem swojej mamy, która wtedy zaczęła nosić fascynatory w miejsce kapeluszy) miała wprawdzie studiować na Harwardzie albo w Cambridge, ale podobno deszczowy angielski klimat jej nie służył. Szkoda, że nie brała pod uwagę Yale. Byłoby zdecydowanie dalej.

Barbara i Magdalena miały wrażenie, że obie panie Okoń z niezbadanych przyczyn (może zrobiły im coś w poprzednim życiu?) prześladują je, ale nie wiedziały, jak zakończyć ten niecny proceder. Magdalena, farmaceutka, zastanawiała się nawet nad uszczknięciem odrobiny jakiejś trującej substancji z apteki. Jednak właśnie wtedy jej córka zaręczyła się po raz pierwszy i Magdalena uznała, że nie wypada w takiej chwili trafiać do więzienia. Ewentualnie potem, po ślubie. Do tego, jak już wiadomo, nie doszło, gdyż narzeczony Barbary, nazywany potem przez nią Michałem Pierwszym, pewnego dnia ujrzał Elwirkę. Można było powiedzieć o niej wszystko, ale nie to, że nie jest piękną kobietą. W dodatku umiała podkreślić swoje atuty tak, aby rzucały się w oczy od pierwszego spojrzenia. Bo, jak wiadomo, znaczna większość mężczyzn nie lubi się długo w nic wpatrywać, no chyba że są to mecze piłki nożnej. A już na pewno nie poszukuje w kobietach ukrytego piękna i woli, gdy paraduje ono przed ich oczami w postaci dwukrotnie powiększanego biustu jak u Elwirki, przy okazji odbierając im dech. I właśnie Barbara ujrzała kiedyś, jak Michał Pierwszy traci ów dech pomiędzy dwoma wielkimi jak napompowane balony piersiami Zołzy. Oprócz piersi Elwira napompowała sobie również usta. Jednak to było dopiero przy Michale Drugim. Kolejnym narzeczonym, który pozostawił Barbarę właśnie dlatych ust.

Z Michałem Trzecim miało być zupełnie inaczej. Tuż po studiach planowali wyjechać do Kanady. Gdy Michał Trzeci pokazywał Barbarze miejsce na mapie, ta zbladła. Mieli jechać dokładnie w to miejsce, gdzie w czwartej klasie szkoły podstawowej pani od geografii wgniotła Góry Skaliste obcasem. Właśnie wtedy po raz pierwszy zaczęła przeczuwać, że życie ma jednak wobec niej zupełnie inne plany. Nie dane jej było zostać żoną Michała Trzeciego i tym samym panią Gór Skalistych. I nawet nie było dla niej specjalnym zaskoczeniem, kto się nią stał.

Elwira Okoń.

– Przepraszam cię, Basieńko, ale nie wiem, co się ze mną dzieje. Ona mnie wciąga jak wir. Ona jest taka doskonała.

W tym momencie Barbara znienawidziła wszystkich mężczyzn na świecie, w szczególności tych o imieniu Michał. Nadal jednak najbardziej nienawidziła Elwirkę. Mama Barbary, widząc swoją pociechę zalewającą się łzami, podjęła decyzję, że dla dobra ich obu upiorna złodziejka jelonka i trzech narzeczonych powinna zejść z tego świata. Najlepiej natychmiast. Był jednak pewien problem, bo Elwira wyjechała z Michałem Trzecim do Kanady. Zamieszkali tuż u podnóża Gór Skalistych. Magdalena życzyła im, żeby nigdy stamtąd nie wrócili, a najlepiej, gdyby pożarły ich tam niedźwiedzie. Barbara natomiast łudziła się, że wgniecenie w Górach Skalistych okaże się prawdziwą czarną dziurą, która pochłonie Zołzę wraz z niedoszłym narzeczonym numer trzy. Na zawsze. Miało jednak stać się inaczej…

ROZDZIAŁ II

O OFERCIEPRACY, KTÓRAMIAŁADOPROWADZIĆDOSZCZĘŚLIWEGOFINAŁU

– I co ja mam z panem zrobić?!

Siedząca za biurkiem pracownica biura pracy, Felicja Skalska, popatrzyła na znajdującego się przed nią młodego człowieka wzrokiem wyrażającym po trosze współczucie, a po trosze irytację.

– Który to już raz…? – spytała najwyraźniej retorycznie, bo chwilę potem, zerkając na rozłożone przed nią papiery, sama udzieliła sobie odpowiedzi. – Trzeci! I to tylko w tym kwartale!

– Najwyraźniej nie mam szczęścia… – wyjaśnił przepraszającym tonem chłopak. – Zawsze źle trafiam. Poza tym wszystkie wasze oferty są do luftu.

Na twarzy urzędniczki pojawił się ironiczny uśmieszek.

– Czyżby? – zapytała z przekąsem. – Czy sam pan nie zasugerował, że pana wymarzonym zawodem jest praca biletera w kinie? Przypomnieć panu, jak to się skończyło?

Jacek Grot pokręcił przecząco głową, starając się czym prędzej usunąć sprzed oczu scenę, kiedy kierownik tej placówki przerywa seans „Ostatniego Jedi”, wparowuje na salę, nakrywa go, skulonego na krześle w przedostatnim rzędzie i wrzeszczy z furią:„A! To tu pan się schował! Czy zdaje sobie pan sprawę z tego, ile osób moknie na deszczu, czekając na otwarcie drzwi?!”. Potem wyrywa mu z rąk pudełko z niedokończonym popcornem, wylewa na niego resztkę niedopitej coca-coli, ciągnie za kołnierz koszuli i wyprowadza z budynku przy owacji stojącego tam tłumu, faktycznie przemoczonych do ostatniej suchej nitki kinomanów. W głębi ducha Jacek uważał, że było to odrobinę niesprawiedliwe. Skoro szef i tak wyrzucił go z roboty, to mógł mu chociaż pozwolić obejrzeć do końca film i przekonać się, czy księżniczka Leia przeżyła atak żołnierzy Nowego Porządku i spotkała się z bratem.

– Potem był dom spokojnej starości – przypomniała Felicja – który raczył pan zamienić w dom burzliwej starości.

– Nie dla wszystkich! – zaprotestował Jacek, pomny tego, że gdy raz pomylił leki, połowa staruszków zachowywała się tak, jakby znów miała osiemnaście lat. W dodatku przygotowywała się do udziału w pięcioboju. Dla sprawiedliwości jednak trzeba przyznać, że druga połowa sprawiała z kolei wrażenie, jakby już umarła albo statystowała w filmie o zombie. – Niektórzy całkiem dobrze się tam bawili.

Urzędniczka posłała mu bazyliszkowe spojrzenie.

– Albo obróbka skrawaniem – powiedziała z przekąsem. – Ile pan tam wytrzymał?

– Dwa dni – przyznał zgodnie z prawdą Jacek.

– Dni dni… – powtórzyła Felicja. – A zakład remontowano potem przez pół miesiąca. Nadal nie rozumiem, jakim cudem udało się panu wywołać tam pożar.

– Przecież już to tłumaczyłem. – Jacek wzniósł oczy ku górze i westchnął. – Wydawało mi się, że od tego urządzenia za bardzo iskrzy, więc zrobiłem izolację. Z mojej koszuli. Flanelowej. Kto mógł przypuszczać, że to taki łatwopalny materiał? I że szef w butelkach z napisem „Mazowszanka” trzyma jakiś bimber. Poza tym bezsensem było robić zakład ślusarski w drewnianej chałupie! Połowa się zhajcowała, zanim zdążyłem przypomnieć sobie numer do straży pożarnej. To nie była moja wina!

– Neron też tak mówił, jak spalił Rzym – westchnęła Felicja.

– Kto?

– Neron. Cesarz rzymski.

– A, to nie znam.

Urzędniczka przez chwilę milczała, trzymając przy ustach ręce złożone jak do modlitwy i intensywnie nad czymś rozmyślając. Właściwie powinna wysłać swojego petenta do następnego na liście zakładu pracy. Była nim jednak mleczarnia, w której sama się zaopatrywała, wolała więc nie ryzykować kolejnego kataklizmu. Kto wie, co narozrabiałby tam ów pechowy młodzieniec, mając pole do popisu w postaci kotłów serowarskich. Mimo woli Skalska zobaczyła oczyma wyobraźni, jak Jacek potyka się o coś i wpada do zbiornika wypełnionego mlekiem, skąd w sfermentowanej postaci trafia wprost do spożywanego przez nią jogurtu z dużymi kawałkami owoców. Wzdrygnęła się i w ostatniej chwili pohamowała, żeby nie zadać chłopakowi pytania o to, czy umie pływać. Nie, mleczarnia stanowczo nie była dobrym pomysłem. Felicja przerzuciła kilka kolejnych ofert. Salowy w szpitalu? Odpada. Już i tak ludzie przeżywają tam dostateczną gehennę. Pomocnik fryzjera? Tym bardziej. Połączenie Jacka z nożyczkami z pewnością oznaczałoby masakrę. Urzędniczka znów westchnęła, dzielnie opierając się pokusie, aby wysłać młodzieńca do firmy zajmującej się czyszczeniem okien w wieżowcach. Z tym powstrzyma się do momentu, kiedy już do końca straci do niego cierpliwość. Tak, jak do tego babsztyla, który ich nachodzi co tydzień i szuka… Zaraz, zaraz… A może by…? Tak, to wcale nie jest głupi pomysł! Urzędniczka przyjrzała się Jackowi uważniej. Choć był w wieku jej syna i jako taki nie budził w niej żadnych grzesznych myśli, jednak nie szło mu odmówić tego, że jest przystojny i atrakcyjny dla oka. Możewięc…?

– Wydaje mi się, że miałabym dla pana fajną ofertę – powiedziała powoli, starając się przypomnieć, w który kąt pyrgnęła formularz tej upiornej baby. – Coś, w czym mógłby się pan wreszcie sprawdzić.

Jacek popatrzył na nią pytająco i uniósł nieco brwi, widząc, że jego rozmówczyni wyciąga pomiętą kartkę z kosza na śmieci.

– Musiała tam wpaść przez przypadek – wyjaśniła Felicja z niewinną miną, przejeżdżając ręką po przybrudzonym już odrobinę papierze i nieco go wygładzając. – Proszę, wszystko jak ta lala. Etat, niezbyt duże wymagania, które w dodatku pan spełnia, możliwość rozwoju zawodowego, praca w zgranym i przyjaznym zespole, a do tego szefowa po prostu miód i malina. Nic, tylko brać! Jest tylko jeden mały minus…

– Jaki?

– Godziny pracy. Pracuje się głównie popołudniami i wieczorami.

– Lubię się wyspać, więc dla mnie to plus… A ile płacą?

Urzędniczka odszukała wzrokiem odpowiednią rubrykę.

– Podstawa to dwa i pół tysiąca, plus prowizja od każdego klienta, który zdecyduje się skorzystać z usług. I specjalna premia, jeśli całość zakończy się szczęśliwym finałem…

– Szczęśliwym finałem? – Jacek zrobił duże oczy. – Ma pani ma myśli masaż erotyczny?! Albo coś w tym guście?

– Nie, skądże. – Skalska zgromiła go wzrokiem. – Takich ofert w ogóle nie przyjmujemy. Jesteśmy państwowym urzędem i nie ma tu miejsca na żadne takie bezeceństwa!

– To co to jest?!

– Praca konsultanta…

– O, nie… – jęknął Jacek. – Znowu jakaś piekielna infolinia, gdzie będę musiał wciskać ludziom badziewia, których nie potrzebują, a przy okazji wysłuchiwać, co o nich i o mnie myślą. Po poprzedniej pracy na infolinii musiałem iść do psychiatry, żeby mi przepisał prozak!

– To nie infolinia – wyjaśniła Felicja – tylko biuro.

– Biuro? – zdumiał się Jacek. – W jakim biurze dbają o to, aby sprawy zakończyły się… Jak to pani powiedziała? Szczęśliwym finałem? Bo do kancelarii prawniczej to ja się chyba nie nadaję…

– Nie, to nie ma nic wspólnego z prawem – powiedziała urzędniczka, w duchu dodając: „A przynajmniej mam taką nadzieję”. – To biuro matrymonialne.

– Matrymonialne?! – powtórzył Jacek tak zdumionym głosem, jakby dostał propozycję zostania przewodnikiem wycieczek po Księżycu albo projektowania sukienek dla lalek Barbie.

– Owszem, najbardziej renomowane w naszym mieście…

– Ale czy muszę tam się zgłosić natychmiast? – zapytał Jacek, który miał w planach bardzo atrakcyjny wyjazd. W dodatku sponsorowany przez dopiero co poznaną kobietę. – Czy mogę za jakieś trzytygodnie?

– Musi pan to zrobić w ciągu najbliższych trzydziestu dni – powiedziała Felicja, waląc pieczątką w dokument, który następnie wręczyła Jackowi. – Zadzwoni pan pod numer, który jest widoczny w rogu i umówi na spotkanie z panią Krystyną Leśnolubską.

Popatrzyła na Jacka, a w jej oczach zaczęły migotać wesołe iskierki.

– Jestem pewna, że jeśli pana tam przyjmą – powiedziała – będzie miał pan dużo zabawy…

ROZDZIAŁ III

O KOTCE, KTÓRAOKAZAŁASIĘBYĆKOTEM,IKŁAMSTWIE, KTÓRESKOMPLIKOWAŁO ITAKNIEŁATWEŻYCIE

Barbara nie wychodziła z łóżka od tygodnia. Nie jej się nie chciało. No, może poza sprawdzaniem w internecie, jakie kataklizmy mogą mieć miejsce w Górach Skalistych. Obawiała się jednak, że Michał Trzeci i Elwirka raczej nie zapuszczą się w okolice, gdzie istnieje ryzyko lawin śnieżnych. Pozostały jej tylko marzenia, by spotkali niedźwiedzie. Najlepiej kilka. I to bardzo, bardzo głodne.

– Mamo – zwróciła się do Magdaleny, pilnującej, żeby przynajmniej coś jadła – a może są tam jakieś paskudne insekty przenoszące śmiertelne choroby?

Magdalena ze współczuciem popatrzyła na córkę i pokręciła głową.

– Wiedziałam… – westchnęła Barbara. – Że też nie mogli pojechać tam, gdzie są skorpiony, jadowite żmije i inne takie… – mruczała, szukając czegoś w laptopie.

Magdalena martwiła się o córkę. Nie wiedziała, jak jej pomóc. Też marzyła, by Elwirka spotkała w tej Kanadzie bardzo głodnego grizzly, gustującego w padlinie, jaką niewątpliwie była Zołza. Jednak starsza pani Bakuszycka była mądrą kobietą i uznała, że jeśli obie nakręcą się nienawiścią, to nic dobrego z tego nie wyjdzie.

– Basieńko, trzeba wziąć się w garść… Każdego dnia idzie nowe.

Basieńka nie wierzyła już, że idzie nowe. Ba, stare sobie poszło i naprawdę nie miała ochoty, by cokolwiek na jego miejsce przychodziło. Poczuła, że mężczyźni się dla niej skończyli. Na zawsze. Nieodwołalnie.

– A może powinnaś zmienić otoczenie, gdzieś wyjechać? To dobrze robi.

– Mnie dobrze robi siedzenie pod kocem.

– Ciotka Aldonka wyjechała do Niemiec, szuka kogoś, kto by jej kwiatki podlewał i takie tam…

– Mamo, mi wszystkie kwiaty usychają. Sama wiesz!

– Ale może, jak będziesz odpowiedzialna za coś żywego…

– Jak widzisz, nie mogę być odpowiedzialna za nic żywego. Trzech żywych sobie ode mnie poszło.

– Dziecko, zakochasz się jeszcze kiedyś – Magdalena starała się, by jej głos był pełen wiary i nadziei. Ale wyszło, jak wyszło. Niezbyt przekonująco.

– Dość mężczyzn! – Basia pokręciła głową. – Zakochanie może być. Faceci odpadają!

– Zakochasz się w kobiecie? – zdziwiła się Magdalena. – No wiesz… Jestem w miarę tolerancyjna, ale nie zauważyłam u ciebie takich skłonności…

– Mamo! – Barbara po raz pierwszy od kilku dni się uśmiechnęła. Blado, ale jednak! – Przygarnę kotkę.

– Kotkę?

– Tak. Kotkę. Kolejnego faceta w moim życiu nie zniosę.

Mama spojrzała na nią z głębokim współczuciem. Ona sama miała czasem serdecznie dość Jakuba, ojca Barbary, ale szybko jej przechodziło. Jakub był dobrym, cichym i bardzo małomównym człowiekiem. Prawie niewidocznym. W sumie – ideałem.

* * *

Jak zawsze wszystko zadziało się zupełnie inaczej, niż Barbara zaplanowała. Zaczęło się dość przykro, bo od śmierci sąsiadki z góry. Zanim ów smutny fakt się wydarzył, sąsiadka zapukała do Basinych drzwi. Był wieczór, tuż przed dwudziestą pierwszą. Miała na sobie czarną garsonkę, białą koszulę zapiętą pod szyją i czarne rajstopy. Na szyi miała zawiązaną kolorową chustkę.

– Dzień dobry, kochanieńka. Przyszłam zapytać, czy jakby co, zaopiekujesz się moim kotem.

– A wybiera się pani gdzieś?

– Tak. Mam przeczucie, że się wybieram – powiedziała tajemniczo sąsiadka. – Najwyższa już pora.

– Najwyższa – przytaknęła grzecznie Barbara, chociaż zupełnie nie miała pojęcia, gdzie się wybiera, w dodatku o tak późnej porze, wiekowa już przecież sąsiadka. Ale w sumie niewiele ją to interesowało.

– To jak? – Staruszka patrzyła na nią przenikliwym, ale i proszącym wzrokiem. – Mamy kocią umowę?

– Nie ma problemu.

– No to cudownie. Papiery są na stoliczku nocnym. Mówię od razu, żebyś mi potem po szafach nie grzebała, bo tego nie lubię. Jedzenie w kuchni na wierzchu.

– Zadziwiające! Ja nawet nie wiedziałam, że ma pani kota.

– Bo mój kot jest porządny. Nie szlaja się gdziepopadnie. Zresztą mam go od niedawna. Młody jeszcze, ale już dobrze wychowany. Nie będziesz, kochanieńka, żałować.

Barbara nadal nie wiedziała, dlaczego miałaby żałować kota albo czegokolwiek innego. Starsza pani, odchodząc, powiedziała jeszcze, by nikt nie ważył się zdejmować jej kolorowej apaszki i weszła całkiem sprawnie po schodach na górę. Barbara uświadomiła sobie, że pierwszy raz od długiego czasu, przez tę krótką chwilę, kiedy rozmawiała ze staruszką, nie myślała o swoim smętnym życiu.

Niestety następnego dnia okazało się, że dla staruszki życie – nieistotne, czy też smutne, czy wręcz przeciwnie – też się skończyło. Zasnęła wiecznym snem z uśmiechem na ustach. Na kartce, którą trzymała w dłoniach, było napisane: „A nie mówiłam? Bawcie się wszyscy dobrze, ale już beze mnie. Kota bierze dziewczyna spod dziewiątki”. Do Basi ta wiadomość dotarła rano. Tuż po dziewiątej usłyszała pukanie do drzwi. Wyjrzała przez wizjer i zobaczyła puszystą, szarą głowę kota, wpatrującego się w tenże wizjer beznamiętnym wzrokiem.

– Przyniosłam kota – powiedziała młodsza wersja jej sąsiadki. – Niestety mojej siostry już z nami nie ma… Takie nieszczęście!

Wręczyła Barbarze niemalże nieruszającego się kota i jakąś teczkę, po czym uciekła na górę, głośno wycierając nos.

– I co ja mam z tobą zrobić?! – zdumiała się Bakuszycka, patrząc na puchatą kulkę w rękach.

W przeciwieństwie do niej kot zupełnie nie wyglądał na zdziwionego. Prezentował się raczej jak ktoś, kto ze stoickim spokojem godzi się z tym, co aktualnie przynosi mu świat. Kiedy postawiła go na podłodze, natychmiast zaczął krążyć po mieszkaniu, poznając nowe tereny.

– No dobra, kocie – powiedziała Barbara. – Chyba zostałam wrobiona. Kolejny facet w moim życiu, niezły numer…

Otworzyła przyniesioną przez sąsiadkę teczkę.

– Jesteś facetem, ale nie do końca… – stwierdziła, zauważywszy w kocich papierach uwagę „po zabiegu sterylizacji”. – Jak ty się nazywasz?

Spojrzała na rodowód i jęknęła. Kot, który siedział przed nią z całkowicie obojętnym wyrazem twarzy, zwał się Michael Vom Lindenpalais.

– O nie! Czwartego Michała nie zniosę! – wycedziła przez zęby. – Od dziś będziesz nosił imię Puszysław.

Kot, jak można było przewidzieć, przyjął to z absolutną obojętnością.

Niestety, inaczej zareagował Jakub, ojciec Barbary, kategorycznie protestując, by kot przebywał z nim pod jednym dachem, bez względu na to, czy będzie miał na imię Michael czy Puszysław. Protest swój potwierdził głośnym kichnięciem. Potem z jego oczu pociekły łzy, ale nie ze wzruszenia. Jakub Bakuszycki od zawsze miał silną alergię na kocią sierść.

– Po moim trupie ten kot tu zostanie! – powiedział Jakub i choć jego zdaniem zabrzmiało to metaforycznie, w tym przypadku, wyjątkowo, jego wypowiedź można było zinterpretować dosłownie.

Barbara uznała, że już dość trupów, jak na jeden dzień i na jedną klatkę kamienicy. Spojrzała na kota. Siedział przed nią, dając do zrozumienia, że powinna go nakarmić. Uśmiechnęła się. Przecież może popodlewać kwiatki ciotce Aldonce, stwierdziła. I tak nie ma innych obowiązków. Nie jest już sama, ma kogoś do kochania. Starała się chwilowo nie myśleć, że jest to mężczyzna – wykastrowany, ale zawsze – oraz o tym, że zgodnie z rodowodem nazywa się Michał.

* * *

W Miasteczku Barbara znalazła się już dwa dni później. Gdyby zwlekała z wyjazdem, istniałoby ryzyko, że tuż przed nim weźmie jeszcze udział w pogrzebie swojego ojca. Ciotka wyjechała ze swojego domu dwa tygodnie wcześniej. Okazało się, że te kwiatki, które miały już zwiędnąć, dawno zwiędły, a te, które wyglądały dobrze, były sztuczne.