Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 266 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Biuro kotów znalezionych - Kinga Izdebska

Biuro kotów znalezionych” to opowieść o życiu i rozterkach miłośniczki kotów – od pierwszego stopnia zakocenia do założenia domu tymczasowego.

 

Kinga, przejęta losem bezdomnych kotów miejskich, postanawia dołączyć do fundacji próbującej uporać się z tym problemem. Choć niewiele wie o działaniu schronisk, azylów czy organizacji prozwierzęcych, to dzięki wsparciu doświadczonych wolontariuszy, obserwacji Szarej, Ośki i Artura, a także innych kociąt wziętych na odchowanie poznaje tajniki pracy łapaczki, karmicielki, opiekunki, czy zastępczej mamy. Nowe zajęcia stają się także okazją do przemyśleń na tematy wykraczające poza kocie sprawy. Książka Kingi Izdebskiej to również opowieść o sytuacji schronisk w Polsce, niespójnie działających aktywistach i odpowiedzialnej opiece nad zwierzętami.

Opinie o ebooku Biuro kotów znalezionych - Kinga Izdebska

Fragment ebooka Biuro kotów znalezionych - Kinga Izdebska

Kin­ga Iz­deb­ska

BIU­RO KOTÓW ZNA­LE­ZIO­NYCH

Co­py­ri­ght © by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Roz­dział pierw­szy, w którym kichnęłam i po­rzu­ciłam bez­sil­ność

– A psik! – Uda­wa­ne kich­nięcie miało uspra­wie­dli­wić łzy, które płynęły mi po po­licz­kach. W pra­cy się nie płacze, kichnąć za­wsze można.

Na ekra­nie mo­je­go kom­pu­te­ra wid­niało zdjęcie małej kot­ki z azy­lu Koci Dom. Jej hi­sto­ria składała się z sa­mych nieszczęść. Stąd łzy. Po­dob­no człowiek bom­bar­do­wa­ny tra­gicz­ny­mi wia­do­mościa­mi i dra­stycz­ny­mi zdjęcia­mi izo­lu­je się i uod­por­nia, by za­cho­wać równo­wagę psy­chiczną. Ze mną działo się od­wrot­nie.

– Na zdro­wie – od­po­wie­dział ko­le­ga. Nie za­uważył? Był tak­tow­ny? Wszyst­ko jed­no. Grunt, że udało mi się uniknąć tłuma­cze­nia współpra­cow­ni­kom, iż na nieszczęście zwierzęcia re­aguję płaczem. W biu­rze trud­no nie roz­ma­wiać na ak­tu­al­ne te­ma­ty, po­znałam więc opi­nie mo­ich ko­legów w spra­wie be­stial­skie­go trak­to­wa­nia zwierząt. Prze­ważały wśród nich sądy skraj­ne: „Ja bym tych dręczy­cie­li…”, jak również po­wta­rza­ne w kółko – także w me­diach – zda­nie: „Od rze­mycz­ka do ko­nicz­ka”, czy­li że za­bi­cie zwierzęcia dla za­ba­wy może pro­wa­dzić do za­bi­cia człowie­ka. Słysząc tę ostat­nią opi­nię, za­sta­na­wiam się, dla­cze­go do­pie­ro strach przed ewen­tu­al­nym popełnie­niem mor­der­stwa przez dręczy­cie­la zwierząt ma nam uświa­do­mić, że znęca­nie się nad każdym stwo­rze­niem jest złem.

Na mo­ni­to­rze wy­sko­czyło po­wia­do­mie­nie o na­dejściu no­wej wia­do­mości: to Mo­ni­ka pisała, że szu­ka kota do wzięcia. Doj­rzała do tej de­cy­zji po stra­cie po­przed­niej ko­ciej to­wa­rzysz­ki. To ona przysłała mi kil­ka zdjęć zwie­rzaków po­trze­bujących domu. Za­sta­na­wiałyśmy się wspólnie, który kot po­wi­nien tra­fić do niej. Trud­na de­cy­zja. Moja koleżanka ma­rzyła o ru­dziel­cu, oka­zało się jed­nak, że na­wet wśród bez­dom­nych kotów taka maść to ra­ry­tas. Szu­kałyśmy więc da­lej. Zwy­kle uni­kałam stron i ogłoszeń ko­cich w in­ter­ne­cie (na­wet nie z uwa­gi na możliwość wzru­sze­nia się i niechęć do po­ka­zy­wa­nia świa­tu zapłaka­nej twa­rzy, lecz z po­czu­cia bez­sil­ności i wściekłości w ob­li­czu krzyw­dy zwierząt). Tym ra­zem było in­a­czej. Mogłam au­ten­tycz­nie pomóc koleżance i kotu, którego so­bie wy­bie­rze.

Kil­ka mi­nut po moim uda­wa­nym kich­nięciu Mo­ni­ka na­pi­sała: „Mam!”. Zna­lazła ogłosze­nie oso­by, która za­brała osie­ro­co­ne kocię z piw­ni­cy. Zwierzątko było rude, za wcześnie po­zba­wio­ne mat­ki, a w do­dat­ku cho­re. Mo­ni­ka po­sta­no­wiła, że od­cho­wa ma­lu­cha. Miała już w tym doświad­cze­nie: po­przed­nią kotkę ura­to­wała, pielęgnując ją i kar­miąc sama. No, może nie­zu­pełnie sama, bo z po­mocą swo­je­go psa, który przez całe życie będąc bo­jo­wo na­sta­wio­ny do kotów, na sta­rość zo­stał przykładną niańką.

Pierw­sze zwy­cięstwo nad bez­sil­nością zawróciło mi w głowie, ale nie na długo. In­ter­ne­to­wa stro­na Ko­cie­go Domu przy­wa­biała mnie i zaglądałam na nią co­raz częściej, szu­kając roz­wiąza­nia i dla sie­bie, i dla zwierząt.

Następną hi­sto­rią po­wo­dującą u mnie uda­wa­ne ki­cha­nie była spra­wa „Ma­ru­si – ko­tecz­ki bez no­ska”. Już sam tytuł ogłosze­nia, w którym do opi­sa­nia de­fek­tu kot­ki użyto wyłącznie zdrob­nień (ko­tecz­ka, no­sek), brzmiał jak re­kla­ma kiep­skie­go hor­ro­ru lub nagłówek w bru­kow­cu. Kosz­mar nad­mia­ru zdrob­nień w połącze­niu z fak­tycz­nym sta­nem kot­ki. Pro­blem Ma­ru­si po­le­gał nie tyle na nie­wy­kształco­nym no­sie, bo ten, choć cof­nięty jak u per­sa i wyjątko­wo mały, był wi­docz­ny na zdjęciach, ile na nie­drożnych prze­wo­dach no­so­wo-łzo­wych. Nie­ste­ty, oprócz wklęsłego nosa, kot­ka nie mogła się po­szczy­cić żad­nym in­nym atry­bu­tem per­skie­go kota, ni­czym od­chu­dzo­na do gra­nic możliwości mo­del­ka, której za­brakło przy tym wy­ma­ga­ne­go wzro­stu, uro­dy i buj­nych włosów. Co gor­sza, kotkę zna­le­zio­no skraj­nie wy­czer­paną, bo mając trud­ności z od­dy­cha­niem, nie umiała zdo­być pożywie­nia ani go po­gryźć i przełknąć.

Ma­ru­sia

Ze­brałam się na od­wagę i na­pi­sałam do ogłosze­nio­daw­cy. Oka­zała się nim sym­pa­tycz­na dziew­czy­na o imie­niu Lena, wyraźnie ucie­szo­na moim za­in­te­re­so­wa­niem. Nie mogłam jej wpraw­dzie obie­cać kon­kret­nej po­mo­cy, ale dzięki nawiąza­ne­mu kon­tak­to­wi zaczęłyśmy ze sobą ko­re­spon­do­wać. Lena była wo­lon­ta­riuszką, ale nie w azy­lu Koci Dom, lecz w za­przy­jaźnio­nej z nim fun­da­cji o na­zwie Ciach. Przyj­rzałam się tej in­sty­tu­cji, wchodząc na jej stronę in­ter­ne­tową. To, co tam zna­lazłam, prze­ko­nało mnie do niej osta­tecz­nie: no­wo­cze­sność, wręcz ele­gan­cja w treści i w for­mie, mi­ni­ma­lizm i kon­kret, ce­chy ra­czej nie­ko­ja­rzo­ne z na­wie­dzo­ny­mi ko­cia­rza­mi i pękającymi w szwach schro­ni­ska­mi. Bo też oka­zało się, że Ciach nie jest schro­ni­skiem, lecz – mówiąc do­sad­nie – ka­stra­tor­nią. Je­dy­nym ta­kim miej­scem w War­sza­wie, a może i w Pol­sce, które zaj­mu­je się ko­ta­mi bez­dom­ny­mi i za­ra­zem dzi­ki­mi, lecząc je i po­zba­wiając możliwości roz­mnażania. Nie udo­ma­wia, nie szu­ka opie­kunów, tyl­ko ka­stru­je i zwra­ca wol­ność.

Byłam za­chwy­co­na, czy­tając o tym, że funk­cjo­nu­je ośro­dek, który usu­wa przy­czynę, a nie sku­tek. Oto lek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, po­wie­działam so­bie i po­pro­siłam Lenę o wskazówki, jak się zo­sta­je wo­lon­ta­riuszką i co należy po­tem robić. Od­pi­sała, że naj­le­piej będzie, jeśli za­cznę pisać tek­sty na fun­da­cyj­ny blog.

Oczy­wi­ste, że dla fun­da­cji cen­ne byłyby ar­ty­kuły o ko­tach, a ja w tej kwe­stii aku­rat nie­wie­le miałam do po­wie­dze­nia. I właśnie wte­dy zaczął kiełkować po­mysł, żeby założyć dom tym­cza­so­wy – przy­sta­nek w dro­dze do domu stałego, roz­wiąza­nie chwi­lo­we awa­ryj­ne.

Nie miałam wte­dy kota ani żad­ne­go in­ne­go zwierzęcia. Kil­ka mie­sięcy wcześniej zmarła kot­ka Aura, która przez po­nad piętnaście lat miesz­kała ze mną i z mamą. Wrosła w nasz dom i życie tak bar­dzo, że stała się w jakiś sposób nie­wi­docz­na, oczy­wi­sta. Po­mi­mo że nie wy­rwała się spe­cjal­nie przed in­nych za­wod­ników, naj­pew­niej żyłaby dłużej, gdy­bym jej nie za­nie­dbała, gdy­bym do­strzegła, że coś jej do­le­ga i że tra­ci ape­tyt. Mama, owszem, często po­wta­rzała, że ko­ci­ca zno­wu robi so­bie głodówkę, ale nie była to wia­do­mość z ostat­niej chwi­li, bo Aura za­wsze wy­brzy­dzała i w ogóle nie­wie­le jadła. Skubnęła raz czy dwa, tyle, ile aku­rat chciała, i za­zwy­czaj wte­dy, kie­dy nikt nie pa­trzył.

Po­dzie­liłam się moim po­mysłem z Leną. Po wy­mia­nie kil­ku listów usta­liłyśmy, że miesz­ka­my bli­sko sie­bie i ja­da­my w tym sa­mym miej­scu, tyl­ko o in­nych po­rach. Po­sta­no­wiłyśmy się spo­tkać i po­ga­dać o tym, jak miałaby wyglądać moja współpra­ca z fun­dacją Ciach i na czym po­le­ga pro­wa­dze­nie domu tym­cza­so­we­go dla kotów.

Jesz­cze raz przyj­rzałam się stro­nie in­ter­ne­to­wej. Wśród lu­dzi fi­gu­rujących w zakładce „wo­lon­ta­riu­sze” wystąpiła jakaś erup­cja ta­lentów: ta fo­to­gra­fu­je, ów jedną ręką robi stro­ny www, a drugą ma­lu­je akwa­re­le, wszy­scy zaś w wol­nych chwi­lach upra­wiają łyżwiar­stwo fi­gu­ro­we i spe­cja­li­zują się w nur­ko­wa­niu głębi­no­wym. Zmar­twiłam się, czy ja bym pa­so­wała do ta­kie­go gro­na, i za­py­tałam Reda, bra­ta Mo­ni­ki, co on by zro­bił na moim miej­scu.

– Ale o co cho­dzi? – za­chry­piało w słuchaw­ce, bo Red prze­ziębił się na tre­nin­gu. – Prze­cież masz po­ma­gać zwierzętom, a nie po­je­dyn­ko­wać się, kto ma bar­dziej wy­pa­sio­ne CV.

– Wkoło tej in­sty­tu­cji sku­piły się oso­by wyjątko­wo uzdol­nio­ne. Py­ta­nie, czy spro­stam za­da­niu?

– Kwe­stia po­trze­by. Każdy coś umie – po­wie­dział. Za­brzmiało to jak­by wzru­szył ra­mio­na­mi. – Gdy­by po­trze­bo­wa­li astro­lo­ga, też by się zna­lazł, co nie zna­czy, że za­raz oka­załby się ge­niu­szem. Poza tym nie pchasz się na siłę. To oni cie­bie chcą. A te­raz wy­bacz, muszę so­bie po­kasz­leć.

Miał rację, można się tyl­ko cie­szyć, że lu­dzie, którzy coś po­tra­fią, są w sta­nie zupełnie za dar­mo służyć swo­im ta­len­tem spra­wie, w którą wierzą. Za­sta­na­wiałam się, o czym miałabym pisać i czy po­ra­dziłabym so­bie me­ry­to­rycz­nie. Nie miałam ra­czej dużej wie­dzy o ko­tach i prędzej od­grze­bałabym aneg­dotę niż po­radę.

Ka­mi­la to naj­bar­dziej wy­ga­da­na oso­ba, jaką ta zie­mia kie­dy­kol­wiek nosiła. Mogłaby zajść da­le­ko w po­li­ty­ce. Nie dość że zgrab­nie do­bie­ra słowa i cel­nie nimi strze­la całymi se­ria­mi, jesz­cze mi­strzow­sko mo­du­lu­je głos. Mogłaby, gdy­by jej się chciało. Poza tym ko­cha zwierzęta i lubi z nimi pra­co­wać, więc zmia­na branży w ogóle jej nie in­te­re­su­je. Do pra­cy z właści­cie­la­mi zwierząt nie pod­cho­dzi równie en­tu­zja­stycz­nie, jed­nak dzięki umiejętnościom in­ter­per­so­nal­nym na­by­tym już w żłobku ra­dzi so­bie na­wet z oso­bami, które po stra­cie psa nie są w sta­nie wy­szlo­chać prośby o chu­s­teczkę. A ma do czy­nie­nia z ta­ki­mi sy­tu­acja­mi, bo pra­cu­je w oku cy­klo­nu, czy­li w re­je­stra­cji kli­ni­ki we­te­ry­na­ryj­nej. Doszłam do wnio­sku, że i przez nią mogę nawiązać kon­takt z oso­bami po­ma­gającymi zwierzętom. Tym­cza­sem aku­rat ona sama do mnie za­dzwo­niła.

– Wyjątko­wa oka­zja! – oznaj­miła radośnie. – Nie­zwy­kle atrak­cyj­ny sy­bi­ra­czek chciałby zna­leźć dom i uciec przed strzy­kawką.

– Dla­cze­go ten kot ma do­stać śmier­tel­ny za­strzyk? – do­py­ty­wałam. – Czy le­cze­nie nie przy­niosło re­zul­tatów?

– On nie jest cho­ry. Po­ma­gam szu­kać no­we­go domu dla nie­go, a ty się znasz na in­ter­ne­cie, to może mach­niesz ja­kieś zgrab­ne ogłosze­nie?

– Ja­sne, po­sta­ram się pomóc. Za­dzwoń za jakąś go­dzinę, a ja się ro­zejrzę.

Ucie­szył mnie ten po­mysł, bo wresz­cie mogłam coś zro­bić sama, za­miast bier­nie przyglądać się wysiłkom in­nych. Już so­bie wy­obra­ziłam, jak dzięki bo­ha­ter­skie­mu działaniu dołączam do pan­te­onu gwiazd fun­da­cji Ciach.

W cza­sie dru­giej roz­mo­wy z Ka­milą do­wie­działam się cze­goś więcej o sy­bi­racz­ku, choć nadal dla żad­nej z nas nie było ja­sne, na czym po­le­ga pro­blem z tym zwierzęciem.

– No, po­wie­dzie­li – Ka­mi­la usiłowała opi­sać sy­tu­ację w domu młodych ro­dziców – że kot się rzu­ca.

– Co zna­czy: „rzu­ca się”? Do gardła? Może dziec­ko ciągnie go za ogon? – do­cie­kałam, od­ru­cho­wo bro­niąc kota.

– To w ogóle nie tak. Dziec­ko jest na eta­pie ogląda­nia wnętrza po­wiek tu­dzież su­fi­tu, a jak coś nie pach­nie mle­kiem, to go wca­le nie in­te­re­su­je.

– No­wo­ro­dek?

– Całkiem „nowo”. Do­pie­ro co wyj­rzał z tu­ne­lu, a już na­tknął się na kłopo­ty.

– Czy­li kot jest zwa­rio­wa­ny, ze­stre­so­wa­ny i za­zdro­sny, ata­ku­je nie­mowlę, a stra­pie­ni ro­dzi­ce szu­kają wyjścia. – Usiłowałam uporządko­wać wia­do­mości. – Tyl­ko że jeśli z nie­go taki ga­ga­tek, to na­wet długie fu­tro nie da mu prze­pust­ki do domu z dziećmi.

– Ni­cze­go nie zro­zu­miałaś, jest od­wrot­nie. – Ka­mi­la na pew­no prze­wra­cała ocza­mi, dzi­wiąc się mo­jej nie­do­myślności.

– Czy­li ro­dzi­ce ata­kują kota, bo są za­zdrośni o dziec­ko?

– Coś w tym ro­dza­ju. Kot lubi dziec­ko i gotów jest bro­nić je przed nie­zna­jo­my­mi, na przykład przed dziad­ka­mi. Nie wni­kam. Kot jest do­bro­dusz­ny, przy­jaźni się z ku­wetą, a przy tym zdro­wy jak byk. Mimo to ma odejść albo spo­tkać się z Pa­nem Mor­bi­ta­lem.

– Jakże to tak? Uśmier­cić zdro­we­go? – Byłam obu­rzo­na, bo prze­cież z fak­tu, że kot nie może już miesz­kać w tym domu, nie wy­ni­ka, że nie może miesz­kać nig­dzie.

– Wczo­raj się uro­dziłaś? Jed­no­rożce i dzie­wi­ce ci się marzą – za­kpiła Ka­mi­la, być może tak samo obu­rzo­na, ale nie­wy­pa­dająca z roli.

Cho­dzi o to, że za od­po­wied­nią kwotę da się wszyst­ko załatwić? – do­cie­kałam.

– Jak za­wsze. Załatw mu dom, załatw bez kasy, okej?

Ka­mi­la nie miała za­pew­ne pojęcia, jak bar­dzo chciałam udo­wod­nić, że ist­nieją jed­no­rożce, i zna­leźć dom dla ko­cu­ra, oczy­wiście nie po­su­wając się przy tym do prze­kup­stwa. Cie­ka­we, jak duże „kot­ko­we” trze­ba by usta­no­wić, żeby chętniej bra­no pod swój dach koty. Za­pew­ne po­dob­nie jak w in­nych wy­pad­kach nakłania­nia lu­dzi pie­niędzmi do no­wych obo­wiązków, naj­bar­dziej ucier­pie­li­by nie­win­ni i bez­bron­ni, czy­li tu – koty.

Miałam plan, więc po­pro­siłam Ka­milę o zdjęcie sy­bi­ra­ka i za­brałam się do two­rze­nia ogłosze­nia zwa­ne­go na Fa­ce­bo­oku wy­da­rze­niem.

War­to tu wspo­mnieć, jak działa Fa­ce­bo­ok, bo wpraw­dzie jest to me­dium, o którym każdy słyszał, ale nie każdy z nie­go ko­rzy­stał. Najłatwiej wy­obra­zić so­bie nie­zwy­kle grubą książkę, w której każdy chętny może na­pi­sać jedną stronę o so­bie, po­wkle­jać zdjęcia swo­je, ro­dzi­ny, ka­nar­ka i – ogólnie mówiąc – po­dzie­lić się tym, czym aku­rat chce. Inne oso­by, przeglądając tę książkę, mogą na­tknąć się na naszą stronę i wy­krzyknąwszy: „No nie! Prze­cież to Ja­dzia z wczasów!”, za­zna­czyć tę stronę zakładką. Je­den użyt­kow­nik może mieć od kil­ku do kil­ku tysięcy zakładek, a swo­je zakładki na­zy­wa zna­jo­my­mi. Oprócz zwykłych stron, które opi­sują lu­dzi, są też stro­ny, na których przed­sta­wiają się fir­my, in­sty­tu­cje, skle­py, przed­siębior­stwa itp. Po­nad­to po­szczególne oso­by łączą się w określone gru­py według za­in­te­re­so­wań. Naj­większe zna­cze­nie, jeśli cho­dzi o sprawę zwierząt, ma to, że możemy „two­rzyć wy­da­rze­nia”, czy­li osob­ne kart­ki z in­for­ma­cja­mi, co, gdzie i kie­dy ma się odbyć i cze­go ocze­ku­je­my od za­pro­szo­nych gości. Do­da­je­my też listę gości, a ci po­twier­dzają swój udział albo od­rzu­cają za­pro­sze­nie, albo też igno­rują całą sprawę, no bo kto by miał na ta­kie rze­czy czas. Przy­po­mi­na to prze­by­wa­nie jed­no­cześnie ze wszyst­ki­mi zna­jo­my­mi w jed­nym domu, ale w osob­nych po­ko­jach.

Na­pi­sałam, że sym­pa­tycz­ny, owłosio­ny ary­sto­kra­ta szu­ka ciepłego domu, w którym mógłby się skryć przed śmier­telną strzy­kawką. Ku mo­je­mu zdu­mie­niu ogłosze­nie zdo­było ogromną po­pu­lar­ność, a mój apel po­trak­to­wa­no poważnie i z troską. Po­ja­wiły się głosy: „Jak, do cho­le­ry, można uśpić zdro­we zwierzę?”. „Pra­wo po­win­no tego za­bra­niać”. „Halo, czy to aby nie ście­ma? Chy­ba jest za ta­kie za­ba­wy jakiś pa­ra­graf?”. Ucie­szyło mnie bar­dzo, że jest nas, wierzących w jed­no­rożce, więcej. Jed­no­cześnie wiłam się jak pi­skorz, żeby od­po­wia­dać na py­ta­nia, nie znając szczegółów życia kot­ka. Tyl­ko cze­kałam, że ktoś w końcu na­pi­sze: „Jak nie masz o ni­czym pojęcia, to nie za­wra­caj nam głowy”Za­miast tego padło zda­nie: „Ko­tek zna­lazł dom”. Na­pi­sała do mnie jed­na z osób, która przejęła się sprawą ko­cu­ra i po­sta­no­wiła ją wyjaśnić. Udało jej się skon­tak­to­wać z właści­cie­lem kota. Ponoć przeżywał on dra­mat związany z ko­niecz­nością wy­bo­ru i wca­le nie za­mie­rzał usy­piać sy­bi­racz­ka. Możliwe więc, że prze­ka­za­na mi przez Ka­milę in­for­ma­cja zo­stała umyślnie prze­ina­czo­na, ewen­tu­al­nie, że de­cy­zja nie należała aku­rat do oso­by, z którą moja ko­re­spon­dent­ka roz­ma­wiała. Albo za­wi­niło nie­obe­zna­nie człowie­ka z na­turą kota i od­czy­ta­nie nie­obli­czal­nych za­cho­wań zwierzęcia jako agre­sji skie­ro­wa­nej do lu­dzi, a to za­pew­ne na­sunęło wnio­sek, że kot nie na­da­je się do ad­op­cji. A po­nie­waż jest zbyt uza­leżnio­ny od człowie­ka, nie może żyć na wol­ności. Dzięki roz­mo­wom na te­mat sy­tu­acji sy­bi­racz­ka do­wie­działam się, że dziw­ne i nowe za­cho­wania zwierząt po­ja­wiają się za­zwy­czaj w no­wych dla nich wa­run­kach i prze­ważnie są okre­so­we.

Za­dzwo­niłam do Ka­mi­li w związku z naglącą po­trzebą do­pre­cy­zo­wa­nia in­ne­go te­ma­tu.

– Słuchaj, ten kot, ta sy­tu­acja…

– Pięknie poszło. Dzięki za po­moc. Nie miałam pojęcia, że ist­nie­je taka za­gra­nicz­na Na­sza Kla­sa.

– Tak, narzędzie jest niezłe, ale mnie cho­dzi o coś in­ne­go. Dla­cze­go ktoś chce dać fu­trza­ko­wi za­strzyk, za­miast od­nieść go do schro­ni­ska, gdzie przy­chodzą lu­dzie, by wy­brać so­bie kum­pla?

– Wy­brać kum­pla? Na ja­kim ty świe­cie żyjesz? Poza wo­lon­ta­riu­sza­mi nikt tam do­bro­wol­nie nie zagląda. Mogiła, ko­bie­to, cho­ro­by, ścisk, odór.

– Byłaś w ta­kim schro­ni­sku, że wiesz? Bo ja właśnie za­mie­rzam się do­wie­dzieć.

– Jak chcę mieć cho­ro­by, ścisk i odór, idę do klu­bu. Ob­co­wa­nie z sierściu­cha­mi ogra­ni­czam do mo­jej Koćki i po­cze­kal­ni w kli­ni­ce. I niech tak zo­sta­nie.

Pa­pla­ni­na z koleżanką nie przy­niosła kon­kret­nych od­po­wie­dzi, wciąż więc nie dawał mi spo­ko­ju pro­blem schro­nisk. Jeśli z ja­kichś po­wodów nie chcę lub nie mogę dłużej trzy­mać kota, niosę go do schro­niska, gdzie wpraw­dzie nie jest mu jak w nie­bie, ale ma je­dze­nie i szansę na zna­le­zie­nie no­we­go właści­cie­la. W każdym ra­zie nie umie­ra, nie błąka się po uli­cach, po pro­stu cze­ka. Chy­ba po to ist­nieją schro­niska, po to są utrzy­my­wa­ne z pu­blicz­nych, również mo­ich, pie­niędzy. Sko­ro jed­nak ich kon­dy­cja jest tak fa­tal­na, należałoby je dla do­bra i lu­dzi, i zwierząt kon­tro­lo­wać, karać, uspraw­niać, jed­nym słowem – dążyć do li­kwi­do­wa­nia pro­blemów. Miałam wrażenie, że nikt nie po­dzie­la mo­je­go zda­nia i nie wie­rzy w po­zy­tyw­ne zmia­ny. Jak­by się wszy­scy umówili i bez da­nia ra­cji wy­wie­si­li szyld: „Schro­ni­sko to piekło”, a po­tem za­sznu­ro­wa­li usta. Po­sta­no­wiłam, że zgłębię w końcu tę za­gadkę.

Roz­dział dru­gi, w którym od­wie­dziłam koci dom tym­cza­so­wy i założyłam własny

Z Mają umówiła mnie Lena, żebym się prze­ko­nała, jak wygląda dom tym­cza­so­wy.

– Wchodźcie szyb­ciut­ko – po­wie­działa go­spo­dy­ni, wi­tając się – bo za­raz za­czną się spa­ce­ry na klatkę scho­dową.

Mimo tej za­po­wie­dzi nie po­ja­wił się żaden pu­cha­ty wy­ciecz­ko­wicz. Od Leny wie­działam, że w tym miesz­ka­niu prze­by­wa dzie­sięć kotów. Gdzie się więc po­dzie­wały? Może nie prze­pa­dają za ob­cy­mi, a może muszą być po­wo­li oswa­ja­ne w osob­nych po­miesz­cze­niach? Czy­tałam o ta­kiej pro­ce­du­rze postępo­wa­nia z prze­stra­szo­ny­mi lub dzi­ki­mi ko­ta­mi.

Stałam w drzwiach i rozglądałam się po po­ko­ju, kie­dy o łydkę otarł mi się wiel­ki rudy kot.

– To re­zy­dent – po­wie­działa z dumą Maja.

– To zna­czy?

– To zna­czy, że jest mój. Nie jest prze­zna­czo­ny do ad­op­cji, ma już dom – wyjaśniła.

Nic dziw­ne­go, pomyślałam, patrząc na ru­de­go ol­brzy­ma: miły, kon­tak­to­wy, ko­rzyst­na pre­zen­cja, a w do­dat­ku nie­prze­sad­na do­stoj­ność.

– No do­brze, a gdzie resz­ta? – do­py­ty­wałam. – Lena mówiła, że masz ich te­raz dzie­sięć.

– Je­de­naście – uściśliła Maja. – Ale to wca­le nie zna­czy, że przy je­de­na­stu ko­tach bo­isz się unieść nogę, bo nie będziesz miała gdzie jej po­tem po­sta­wić. – Maja wy­po­wia­dała te słowa ta­kim to­nem i w ta­kim ryt­mie, jak­by czy­niła to po raz set­ny.

– To tyl­ko je­de­naście na­prawdę nie­wiel­kich istot, które głównie śpią. Nig­dy nie miałaś kota w domu? – do­szedł mnie głos z fo­te­la.

Drgnęłam i się przed­sta­wiłam.

– Ba­sia – od­po­wie­działa trochę na­bur­mu­szo­na dziew­czy­na, unosząc się, żeby podać mi rękę. – Chy­ba nie myślisz, że je­de­naście kotów to za dużo?

Właśnie pomyślałam, że je­de­naście kotów to za dużo.

– Za­pew­ne to zależy od me­trażu, wol­ne­go cza­su i wy­so­kości pen­sji opie­ku­na – wy­brnęłam, wca­le przy tym nie kłamiąc. – A te­raz chciałabym zo­ba­czyć po­zo­stałe koty, bo bar­dzo je lubię.

– I o to cho­dzi, resz­ta to tyl­ko or­ga­ni­za­cja – po­wie­działa Maja, wręczając mi ta­le­rzyk z czymś bar­dzo dużym i cze­ko­la­do­wym. – Wy­star­czy, że je lu­bisz, a ich liczbę ure­gu­lują twój port­fel i me­traż. Zresztą po­wiem wam, że taka je­de­nast­ka, jaką mam te­raz, to nic w porówna­niu z dwójką, która nie pała do sie­bie sym­pa­tią i za­zna­cza te­ren.

– Albo z ko­tem, który na­da­je się tyl­ko na je­dy­na­ka – weszła w słowo Ba­sia. – Kie­dyś tra­fiła do mnie kot­ka Pad­ma, która nie lubiła in­nych kotów. Cza­sem tyl­ko na nie sy­czała, a cza­sem w pro­teście siu­siała do ko­sza z brudną bie­lizną. Najchętniej zaś miesz­kała w sza­fie. To była taka kot­ka z sza­fy. Kie­dy mu­siała wyjść, była nieszczęśliwa.

– Może w ogóle była dzi­ka? – za­py­tałam, mając na­dzieję, że się nie ośmie­szam ani nie obrażam Basi.

– Skądże – ton głosu Basi su­ge­ro­wał, że chy­ba jed­nak trochę obrażam. – Jak brałam ją na ręce czy głaskałam, była w siódmym nie­bie. Ona się po pro­stu bała in­nych kotów, wca­le jej nie in­te­re­so­wały za­ba­wy ani my­cie uszu. Lu­dzie, którzy się zgłosi­li, chcie­li ad­op­to­wać tyl­ko jed­ne­go kota w ty­pie ra­so­we­go, bo przez pół roku tłuma­czyłam im, żeby nie ku­po­wa­li za pięć stów fałszy­we­go ru­ska, tyl­ko po­cze­ka­li, bo często zda­rza się jakiś przybłęda po­dob­ny do ra­so­we­go.

– Czy­li że przez pół roku żaden się nie zda­rzył?

– Owszem, tra­fiały się pa­sujące wyglądem, ale za­zwy­czaj sta­re lub ta­kie, które nie byłyby szczęśliwe w po­je­dynkę. Mało kotów chce żyć w po­je­dynkę, cho­ciaż by­wają i ta­kie, które nie znoszą to­wa­rzy­stwa in­nych kotów.

Koło nogi Basi po­ja­wił się bury kot. Siadł i wpa­try­wał się w nią uważnie. Wi­docz­nie słuchał.

– No to jak prze­ko­nałaś tych lu­dzi do Pad­my? – Maja wyłoniła się z kuch­ni z bu­telką wina.

– Po pro­stu zo­ba­czy­li ją i się za­ko­cha­li. We­szli do miesz­ka­nia, pod no­ga­mi kręcą im się ta­kie piękności jak Fran­ko i Ma­sza, ta­kie niby-per­sy, a oni py­tają, gdzie ten kot, który się boi. Otwie­ram szafę, a tam bied­na Pad­ma zer­ka na nich zalęknio­na zza ster­ty ciuchów. No i się za­ko­cha­li. Po­wie­dzie­li też, że mnie po­ko­pało, żeby trzy­mać kotkę w sza­fie, że ona się boi i jest chu­da. Fak­tycz­nie była chu­da i bała się, okej, ale miała dom.

– Dali znać, jak się za­akli­ma­ty­zo­wała?

– Ja­sne, tyl­ko że ja jej nie po­znałam. Tam­ta chu­da czar­no-biała kot­ka, bar­dzo wy­co­fa­na, na zdjęciach od nich wygląda jak spa­sio­na ca­ry­ca w ha­macz­ku za kil­ka stów. Na­pi­sa­li, że w ogóle się nie boi – ani ich, ani ich zna­jo­mych, na­wet tych, których wi­dzi pierw­szy raz. Po pro­stu re­zy­dent­ka pełną gębą! Wygląd sierści jej się też po­pra­wił. Przy­znać jed­nak trze­ba, że ko­tecz­ka ma już trochę nad­wa­gi.

– A czym ją kar­mią? Mówiłaś, żeby uważali z ko­ci­mi fast fo­oda­mi?

– Tak, ale oni w ogóle nie ku­pi­li­by kar­my w nie­wy­spe­cja­li­zo­wa­nym skle­pie. Naj­lep­sze jest to, że dają jej dokład­nie tę samą karmę co ja. U mnie jed­nak Pad­ma była tak przytłoczo­na, że jadła nie­wie­le, u nich się obżera. Na­pi­sała mi ta dziew­czy­na z wymówką, że ko­tecz­ka rzu­ca się na je­dze­nie, jak­by była głod­zo­na.

– To po­chop­ny wnio­sek – skrzy­wiła się Lena.

– Ty wiesz, bo znasz ta­kie sy­tu­acje, a oni myśleli może, że kot­ka była za­mknięta w sza­fie i jadła naf­ta­linę.

– I po­wstały zmu­to­wa­ne mo­lo­ko­ty.

Baśka wyjęła z to­reb­ki pa­pie­ro­sy i wyszła na bal­kon. Paląc, coś do nas mówiła, więc po chwi­li wszyst­kie stałyśmy na bal­konie w skar­pet­kach i trochę marznąc, oglądałyśmy za­mon­to­wa­ne przez Maję za­bez­pie­cze­nie.

– Tu jest źle przy­cze­pio­ne, wi­dzisz? – Maja po­ka­zała mi fe­ler­ny punkt na sa­mym dole. Otwór był nie­wiel­ki. – Nie myśl, że dziu­ra jest za mała – od­gadła moje myśli. – Kot po­tra­fi się wcisnąć w nie­zwy­kle ciasną prze­strzeń, a poza tym uszko­dzo­ne miej­sce to zaczątek dal­szych znisz­czeń. Koty wy­chodzą na bal­kon tyl­ko pod moją opieką.

Bal­kon, a właści­wie log­gia w domu Mai była za­bez­pie­czo­na jak for­te­ca. Drob­na siat­ka ze sta­lo­wych rombów po­kry­wała całą prze­strzeń od podłogi do su­fi­tu. Była nie do sfor­so­wa­nia przez ja­kie­go­kol­wiek kota i z pew­nością mogła służyć jako ścian­ka wspi­nacz­ko­wa na­wet dla fu­trzaków z nad­wagą. Na ta­ra­sie jed­nak – co do tego wszyst­kie się zgo­dziłyśmy – le­piej byłoby zbu­do­wać z siat­ki wo­lierę za­pew­niającą ko­tom całko­wi­te bez­pie­czeństwo i znaczące powiększe­nie prze­strzeni życio­wej, a jed­no­cześnie możliwość wy­le­gi­wa­nia się la­tem w pla­mach słońca, wspi­na­nia się na siatkę, po­lo­wa­nia na owa­dy i ob­ser­wa­cji or­ni­to­lo­gicz­nych. Za­sta­na­wiałyśmy się, czy ad­mi­ni­stra­cja bu­dyn­ku po­dzie­liłaby ten pogląd.

Za­bez­pie­cza­nie, a ra­czej nie­za­bez­pie­cza­nie okien i bal­konów to te­mat wywołujący ogrom­ne emo­cje. Dla­te­go też przy­to­czo­nej da­lej hi­sto­rii nie odważyłam się opo­wie­dzieć moim no­wym koleżan­kom, bo oba­wiałam się, że zażądają ode mnie ad­re­su opi­sa­nej oso­by bądź też wyładują złość na mnie.

Pew­ne­go dnia zna­jo­ma opo­wia­dała mi o uwiel­bie­niu swo­jej mamy dla zwierząt. Mama hołubiła pie­ski, nie szczędziła czułości kot­kom, mie­wała też ka­nar­ki i złote ryb­ki. Kie­dyś ma­mie ubył z ze­sta­wu ulu­bieńców kot. Na py­ta­nie, co się stało, córka, wzru­szyw­szy ra­mio­na­mi, od­parła, że „wy­padł z bal­ko­nu”. Bar­dzo się zmar­twiłam. Wy­obra­ziłam so­bie na­iw­nie, że sy­tu­acja była z ga­tun­ku tych nieszczęśli­wych wy­padków nie do prze­wi­dze­nia. Nic z tych rze­czy. Z re­la­cji mo­jej zna­jo­mej by­najm­niej nie wy­ni­kało, że wszyst­ko stało się na­gle i mimo za­cho­wa­nia środków ostrożności – ko­tecz­ka wy­padła, „bo aku­rat” coś tam może fru­wało i kota sku­siło, a może wy­stra­szyło, kto by go tam zresztą zro­zu­miał. Wcześniej ko­tecz­ka wędro­wała nie raz i nie dwa po ba­rier­ce bal­ko­nu, a za­do­wo­lo­na pańcia, czy­li mama mo­jej zna­jo­mej, przyglądała się temu, po­dzi­wiając płynność ruchów i zręczność zwierzątka. „Że też to nie spad­nie” – po­ja­wiała się myśl w ar­cy­pu­stej czasz­ce ma­mu­ni, a następnie gasła, by zro­bić miej­sce dla te­le­wi­zyj­nej siecz­ki. Że też to spadło w końcu i się zabiło, niesłycha­ne!

Usiłowałam wy­py­tać, czy z tej nieszczęsnej sy­tu­acji wyciągnięto cho­ciaż wnio­ski po­zwa­lające za­po­biec ta­kie­mu nieszczęściu w przyszłości. Wy­raz gębuni mo­jej rozmówczy­ni, gdy wy­ma­wiałam słowo „nieszczęście”, ja­sno dał mi do zro­zu­mie­nia, że nie wy­pa­da śmier­ci kota na­zy­wać nieszczęściem. Po­twier­dziły to zresztą słowa: „Daj spokój, prze­cież to nie pierw­szy, który wy­padł”. Tu nastąpiła kosz­mar­na wprost wy­li­czan­ka. Bu­ra­nio: pierw­sze wy­padnięcie – ka­lec­two, dru­gie wy­padnięcie – pogłębie­nie ka­lec­twa, trze­cie wy­padnięcie – śmierć. Miśka: śmierć na miej­scu. Su­gus: śmierć na miej­scu. Grzy­bek: po­ha­ra­ta­ny, złe ro­ko­wa­nia, kosz­tow­ne le­cze­nie – uśpio­ny. Świ­rek: śmierć na miej­scu. Gdy­by jakiś fi­zyk ba­dający wszechświat próbował od­kryć i udo­ku­men­to­wać ist­nie­nie dwóch naj­bar­dziej od­da­lo­nych od sie­bie punktów uni­wer­sum, miałby szansę: mój nastrój, wnio­ski oraz sto­su­nek do ma­mu­ni od na­stro­ju, wniosków i sto­sun­ku jej córki dzie­liła prze­strzeń nie­skończo­na. Wi­sienkę na tor­ci­ku de­bi­li­zmu, którym mnie często­wa­no, sta­no­wiła myśl, że „te koty to są strasz­nie głupie, bo nie uczą się na błędach i po­now­nie wy­pa­dają”. Wszel­kie umo­wy ad­op­cyj­ne, ob­ostrze­nia, możliwość od­rzu­ce­nia da­nej oso­by jako opie­ku­na można tak długo wkładać między baj­ki, jak długo podaż zwierząt prze­wyższać będzie znacząco po­pyt.

Wra­cając zaś do spra­wy sia­tek w oknach: ist­nieją różne ich for­my, roz­mia­ry, ko­lo­ry i ma­te­riały, z ja­kich można zro­bić za­bez­pie­cze­nie. Są też fa­chow­cy, którzy trud­nią się tego typu mon­tażem. Oczy­wiście wiąże się to z pew­ny­mi kosz­ta­mi, co za­pew­ne za­sko­czy lu­dzi prze­ko­na­nych, że kot nic nie kosz­tu­je, bo piach pod­pro­wa­dzi się z po­bli­skiej bu­do­wy, a za żar­cie wy­starczą reszt­ki z obia­du. Ta­kie myśle­nie wca­le nie jest rzad­kie, choć oso­by po­kro­ju Mai czy Basi byłyby prze­ko­na­ne, że po­mysł na bez­kosz­to­wy chów kota może po­wstać w głowach za­le­d­wie pro­mi­la społeczeństwa. Na tym chy­ba po­le­ga pro­blem or­ga­ni­za­cji pro­zwierzęcych oraz związa­nych z nimi lu­dzi: nie mają oni pojęcia, co wie o psach i ko­tach prze­ciętny Ko­wal­ski, który na­wet jeśli coś nie­coś usłyszał, to tę wiedzę od­py­cha od sie­bie, bo jest zbyt bo­le­sna.

Wy­po­sażenie domu Mai zdra­dzało całko­wi­te od­da­nie ko­tom. Już na pierw­szy rzut oka do­strzegłam skom­pli­ko­wa­ne za­baw­ki na ba­te­rie, dwa si­za­lo­we dra­pa­ki, krytą ku­wetę z fil­trem pochłaniającym za­pa­chy i pod­stawkę pod es­te­tyczną miską. Moja nieżyjąca już kot­ka Aura bawiła się sznur­kiem przy­wiąza­nym do klam­ki i kasz­ta­na­mi, pod miską cza­sem miała tek­turkę, prze­ważnie zaś gołą ku­chenną podłogę, dra­pała z pra­wej stro­ny moją ka­napę i ko­rzy­stała z ku­wety bez ele­ganc­kie­go wrąbka. Muszę jed­nak przy­znać, że z wyjątkiem może szczególnie roz­wi­jających za­ba­wek, do­sta­wała to samo co koty Mai. Za to ja mu­siałam nie­ste­ty myć podłogę, a nie podkładkę, spać na ka­napie, która z pra­wej stro­ny była pu­cha­ta, a z le­wej gładka, i sprzątać żwi­rek roz­sy­pa­ny wokół ku­wety. Stąd moje prze­ko­na­nie, że kot nie jest stwo­rze­niem szczególnie dro­gim w utrzy­ma­niu, chy­ba że komuś przyszło do głowy ku­po­wać di­zaj­ner­skie ko­cie ka­napy i naśla­dujące an­ty­ki ku­wetki. Ważne jest na­to­miast, by rze­czy prze­zna­czo­ne dla kota były wy­star­czająco trwałe, czy­ste i funk­cjo­nal­ne.

Skończyw­szy sesję na bal­ko­nie, przeszłyśmy do ciepłego wnętrza.

Aura

– Słyszałyśmy – za­gadnęła mnie Maja – że być może założysz dom tym­cza­so­wy. Dla nas to bar­dzo ważna wia­do­mość.

– Bar­dzo ważna – po­ki­wała głową Lena, jak zwy­kle wyglądająca na trochę zamyśloną.

– Dom tym­cza­so­wy jest na wagę złota, ale mu­sisz się do­brze za­sta­no­wić. Niektóre koty w nim zo­stają, bo albo nie ma na nie chętnych, albo chętni to­bie nie od­po­wia­dają, albo ty już nie chcesz oddać kota.

– Jeśli sama nie chcę, to nie widzę pro­ble­mu.

– Tak – po­wie­działa Maja z ociąga­niem, jak­by wcho­dziła na grząski grunt – ale po­dob­no po stra­cie po­przed­nie­go kota nie za­mie­rzasz brać żad­ne­go na stałe.

– To nie jest kwe­stia trau­my, lecz doświad­cze­nia. Przy­pusz­czam, że moja kot­ka umarła wcześniej, niż po­win­na, z po­wo­du mo­jej nie­uwa­gi. Ktoś inny pew­nie od razu roz­po­znałby ob­ja­wy cho­ro­by.

– Nie­ko­niecz­nie – stwier­dziła Maja. – Koty nie po­ka­zują po so­bie cho­ro­by, cza­sem nic nie wia­do­mo do ostat­niej chwi­li. Tak mogło być i w tym przy­pad­ku. A biorąc pod uwagę, że two­ja kot­ka była już se­niorką, możesz uznać za suk­ces, że przeżyła po­nad piętnaście lat. Wie­my, jak się czu­jesz – kon­ty­nu­owała. – Każdemu umarł kie­dyś kot. Jeśli jed­nak obar­czysz się winą, nie będziesz już w sta­nie za­przy­jaźnić się z żad­nym zwierzęciem, a to chy­ba ogrom­na stra­ta, praw­da?

Miała rację. Mimo to da­lej czułam się wo­bec Aury nie w porządku. Byłam też za­wsty­dzo­na. Po­sta­no­wiłam więc po­wie­dzieć coś sen­sow­ne­go.

– Zga­dzam się, że kot może nie po­ka­zać po so­bie, że coś go boli. Jed­nakże my, wiedząc o tym, chy­ba po­win­niśmy jakoś za­wcza­su działać?

– Ba­da­nia kon­tro­l­ne! Ta­kie, których zwy­kle od­ma­wiasz sa­mej so­bie, bo nie pamiętasz, bo nie te­raz, bo nie masz pie­niędzy, bo ci się nie chce, no, a przede wszyst­kim dla­te­go, że czu­jesz się zdro­wa i w ogóle nie bie­rzesz w ra­chubę, że coś złego mogłoby się stać? – Lena mówiła po­wo­li, jak o czymś, co znała z doświad­cze­nia, i to całkiem nie­daw­ne­go.

– No tak, ale pod­czas badań kon­tro­l­nych, tych ludz­kich, le­karz za­da­je nam py­ta­nia i coś może na pod­sta­wie od­po­wie­dzi wy­wnio­sko­wać, poza tym mie­rzy ciśnie­nie i ta­kie tam.

– Za­uważ, że kie­ru­je też na ana­li­zy. A wy­ni­ki ana­liz mówią same za sie­bie. Także w wy­pad­ku kota. Można więc zba­dać kotu krew, mocz, kał, obej­rzeć zwierzę, po­ma­cać, zaj­rzeć w uszy i w pysz­czek. A co do resz­ty trze­ba już za­ufać le­ka­rzo­wi. Nie ma rady. Do­brze jest mieć jed­ne­go spraw­dzo­ne­go we­te­ry­na­rza. Od dys­ku­sji, który lep­szy, pęka głowa.

Maja roz­lała do kie­liszków wino i po­wie­działa:

– Nie ma co się mar­twić na za­pas. Złapałam dziś pięć kotów do ste­ry­li­za­cji. Wy­pij­my za ten suk­ces i za nowy dom tym­cza­so­wy!

Po wyjściu od Maj­ki jesz­cze chwilę roz­ma­wiałyśmy z Leną przed do­mem. Lena sta­rała się utwier­dzić mnie w de­cy­zji o założeniu domu tym­cza­so­we­go. Może się mar­twiła, że okręcę się na pięcie?

– Lena, ale ja tak nie chcę – wy­du­siłam w końcu. – A ra­czej nie umiem.

– Cze­go nie chcesz? – zmar­twiła się.

– Tak zupełnie zmie­nić mo­je­go życia, mo­je­go domu. Oddać się tej spra­wie całym ser­cem. Nie je­stem pew­na, czy po­tra­fię za­dbać o sie­bie, a co do­pie­ro o koty. – Mówiąc to, bar­dzo się bałam, żeby Lena mo­je­go sprze­ci­wu nie od­czy­tała jako niechęci do lu­dzi zaj­mujących się ko­ta­mi, ale ona naj­wy­raźniej do­brze mnie zro­zu­miała.

– O Maję ci cho­dzi? Ona jest wyjątko­wa. Jako je­dy­na poświęca na wo­lon­ta­riat każdą wolną chwilę. Ja bym tak nie chciała. Można również in­a­czej. Na przykład tak jak Ania, od której wzięłam moją kotkę. Ona podcho­dzi do tego jak do ko­lej­nej spra­wy. Bie­rze kota na jakiś czas, od­da­je w do­bre ręce i tyle. A jeśli aku­rat re­ali­zu­je większy pro­jekt w pra­cy, to prze­cież go nie rzu­ci. Taką so­bie wy­zna­czyła gra­nicę i już. Jak się za­bie­rasz za tym­cza­sową opiekę, to mu­sisz od początku to i owo usta­lić, na przykład liczbę kotów. Pięć czy dzie­sięć, nie­istot­ne, ale to ty de­cy­du­jesz, a po­tem tego nie zmie­niasz. To samo do­ty­czy licz­by go­dzin, które chcesz poświęcić na rzecz fun­da­cji.

– To brzmi tak, jak­byś prze­strze­gała mnie przed nałogiem.

– No, nie wiem. Niektórzy tak to widzą. – Lena zamyśliła się i po chwi­li wy­du­siła z sie­bie prawdę: – Ja się boję „tym­cza­so­wa­nia”, bo prze­cież mam te dwie moje klu­chy naj­uko­chańsze i po pro­stu nie chcę, żeby się sty­kały z cho­ro­ba­mi, z ko­ta­mi, które mogą być do nich wro­go na­sta­wio­ne. Nie chcę, żeby się stre­so­wały. To ego­izm, ale je­stem ego­istycz­na z uwa­gi na do­bro mo­ich re­zy­dentów. Poza tym, gdy­bym osza­lała i brała wszyst­ko, to mój mąż miałby na głowie więcej, niż byłby w sta­nie unieść.

– Chcesz po­wie­dzieć, że działasz w tym śro­do­wi­sku i nig­dy nie „tym­cza­so­wałaś”? – za­py­tałam cie­ka­wa, ja­kie są inne spo­so­by udzie­la­nia po­mo­cy zwierzętom.

– Raz i tyl­ko przez chwilę, bo szyb­ko zna­lazł się dom stały. Wolałabym jed­nak tego nie po­wta­rzać. Mam wy­ma­gającą pracę, obec­nie cien­ko przędę, jeśli „tym­cza­sy” trze­ba tyl­ko kar­mić, to okej, ale gdy mu­sisz z nimi latać do le­ka­rza, to nie dasz rady fi­nan­so­wo.

– Właśnie, jak to jest z cho­ro­ba­mi? Wspo­mniałaś, że się bo­isz, żeby nowo przyjęte koty nie za­ra­ziły sta­rych, praw­da? A jak Maj­ka so­bie z tym ra­dzi?

– Maja ma „tym­cza­sy” z na­szej fun­da­cji, czy­li szcze­pio­ne, od­pchlo­ne, od­ro­ba­czo­ne, po przeglądzie le­kar­skim, pod­czas go­je­nia po ope­ra­cji też po­zo­stające pod ob­ser­wacją. Myślę, że koty z tego źródła możesz brać bez oba­wy. O in­nych ta­kich miej­scach wiem nie­wie­le. Ogólnie mówiąc, wy­brałam zdal­ne działanie i je­stem z tego za­do­wo­lo­na. Ko­cham koty, ale w moim miesz­ka­niu uwiel­biam czy­stość, prze­strzeń i porządek. Ja nie kończę pra­cy po ośmiu go­dzi­nach, pra­cuję też w domu. A naj­więcej prze­by­wam w te­re­nie, choć na pew­no nie tyle, ile mąż – on ma pracę, która po­zwa­la mu swo­bod­nie się prze­miesz­czać przez cały dzień.

– O, szczęściarz!

– Praw­da? Ale wte­dy pra­ca nie ma końca. Nie jest tak, że wy­cho­dzisz z biu­ra i uff! Na­zy­wasz się już nie Ław­czyńska, lecz Lena. A co do męża. On jest aler­gi­kiem, więc cho­ciażby ze względu na nie­go nie mogę trzy­mać większej licz­by kotów. To, co osiągnęliśmy, za­wdzięcza­my kom­pro­mi­som – między mną i nim, między ro­zu­mem i ser­cem, między po­trze­ba­mi kotów i lu­dzi. Myślę, że za­cho­wuję równo­wagę.

– No nie, chy­ba żar­tu­jesz! To da się tak żyć z aler­gią?

– Owszem, da się żyć. Tak się bałam, że będę mu­siała wy­bie­rać, bo naj­pierw były koty, a po­tem mąż. Właści­wie to on wy­brał – wy­brał le­kar­stwa i mnie, i moje koty. Te­raz na­sze! Dla­te­go zre­zy­gno­wałam z to­wa­rzy­stwa zwierząt w sy­pial­ni. Od­ku­rza­my, on bie­rze leki i nie ma ataków. Cho­ciaż wca­le nie jest ide­al­nie. To ta­kie ba­lan­so­wa­nie na gra­ni­cy, poza którą już się komuś dzie­je krzyw­da.

– A dzie­je się?

– Ciągle się dzie­je, ale nie­zbyt do­tkli­wa. Każde z nas gdzieś ustąpiło.

Miałam wrażenie, że ustępstwa ze stro­ny męża były większe niż ze stro­ny Leny i kotów. Prze­cież on mógłby po­sta­wić tward­sze wa­run­ki. Tyl­ko ja­kie? Objąć „bez­ko­ciem” jesz­cze większą część miesz­ka­nia? Nadal byłoby to wspólne miesz­ka­nie z ko­ta­mi. Praw­do­po­dob­nie już po­lu­bił te dwa pu­szy­ste aler­ge­ny. Nic więcej w tej kwe­stii nie po­zo­stało do do­da­nia.

– Przez cały czas roz­ma­wiałyśmy u Mai o ko­tach i o domu tym­cza­so­wym, a ja ciągle nie wiem, co byście chcie­li, żebym pisała na blo­gu – za­py­tałam.

– Na­prawdę nie mu­sisz się spie­szyć – od­po­wie­działa Lena. – Pisz o wszyst­kim, co ci wpad­nie do głowy. Ot, choćby o ta­kim kon­flik­cie in­te­resów. Na­wet nie muszą to być po­ra­dy, wy­starczą luźne roz­ważania.

Po wi­zy­cie u Mai i roz­mo­wie z Leną wprost try­skałam po­mysłami. Przez cały week­end pisałam, zmie­niałam, po­pra­wiałam. Spra­wiało mi to niesłychaną frajdę, zwłasz­cza że Le­nie bar­dzo się wszyst­ko po­do­bało. Po­ka­załam swo­je wy­po­ci­ny również przy­ja­ciołom, uzy­skując pełną apro­batę. Wszyst­ko wska­zy­wało na to, że uda mi się w ten pośred­ni sposób po­ma­gać fun­da­cji.

Spraw­dzałam też na bieżąco, jak roz­wi­ja się hi­sto­ria Ma­ru­si: kot­ka zo­stała zo­pe­ro­wa­na i wszyst­ko wska­zy­wało na to, że nos ma udrożnio­ny.

Bałam się, co wy­nik­nie z szu­mu wokół mnie. Wie­działam, co może się wydać, i wciąż cze­kałam na mo­ment, kie­dy to nastąpi. Nie po­tra­fiłam robić nic szczególne­go. Owszem, pisałam po­praw­nie, ale nie wy­da­wało mi się, żebym po­sia­dała ja­ki­kol­wiek inny ta­lent, którym mogłabym wspomóc fun­dację. Próbowałam nad­ra­biać en­tu­zja­zmem, którego niewątpli­wie miałam aż nad­to.

Na szczęście Lena uchro­niła mnie przed po­pad­nięciem w ma­razm, skon­tak­to­waw­szy ze Strac­cia­tellą, która w fun­da­cji zaj­mo­wała się re­dakcją i ko­rektą. Nie mogłam tra­fić le­piej. Dziew­czy­na, z którą miałam współpra­co­wać, bar­dzo dla mnie miła, była po­dob­na do mnie, tyle że bar­dziej pew­na sie­bie, no i w za­awan­so­wa­nej ciąży. Po­nie­waż poród miał nastąpić lada chwi­la, sie­działa w domu i za­bi­jała czas, pisząc do mnie ki­lo­me­tro­we mej­le ujaw­niające osobę wszech­stronną i buńczuczną, we­ge­ta­riankę, a za­ra­zem sy­ba­rytkę. Trochę wściekłą, a jed­no­cześnie roz­ba­wioną ob­ser­wa­torkę. Strac­cia­tella pro­wa­dziła też dom tym­cza­so­wy. Za­py­tałam, mając w pamięci sprawę sy­be­ryj­skie­go kota z kli­ni­ki Ka­mi­li, czy nie oba­wia się ja­kichś in­cy­dentów między ko­ta­mi a nie­mow­la­kiem. Trochę się ob­ru­szyła, tłumacząc, że to ko­lej­ny szko­dli­wy mit.

Naj­ważniej­sze, że bawiły ją moje tek­sty, którymi miałam za­si­lać nie­mra­wy fun­da­cyj­ny blog. „Je­steś świet­na, gra­fo­ma­niacz­ko. Jest tam kil­ka kro­pek i kre­sek do prze­sta­wie­nia, ale zo­stawże te swo­je ta­bel­ki i za­cznij pisać o ważnych rze­czach” – tak na­pi­sała Strac­cia­tel­la, a ja cie­szyłam się jak głupia.

Rze­czy­wiście, moja pra­ca na określo­nym eta­pie wy­ma­ga układa­nia ta­be­lek. Ta­bel­ki nie są ta­kie złe. Przed­sta­wiają wy­ci­nek rze­czy­wi­stości, nie są sztuką dla sztu­ki, lecz od­zwier­cie­dle­niem faktów. Na przykład, że dwa­dzieścia osób w Ko­sza­li­nie pra­cu­je osiem go­dzin dzien­nie w maju, a w czerw­cu jed­na z nich już tyl­ko czte­ry. Py­ta­nie, co się z tą wiedzą zro­bi? Cza­sem marzę o obie­ra­niu ziem­niaków przez bite osiem go­dzin dzien­nie, gdyż pra­ca, której efekt spro­wa­dza się do pli­ku xls czy na­wet xlsx, może za­owo­co­wać szajbą. Kon­se­kwen­cje po­wsta­nia ta­bel­ki są dla jej au­tor­ki tak abs­trak­cyj­ne, że nie­mal całko­wi­cie ode­rwa­ne od rze­czy­wi­stości.

Tek­sty, które wysłałam, opo­wia­dały ko­lej­no o ste­reo­ty­pach, ko­tach i psach oraz