Biesy - Fiodor Dostojewski - ebook
Opis

Biesy są powieścią alegoryczną, dotyczącą dramatycznych wydarzeń w Rosji i Europie. Oś fabularną stanowi przedstawienie metod działania antypaństwowego terroryzmu oraz struktury organizacyjnej rosyjskich wywrotowców. Chcąc osadzić swą powieść jak najbardziej we współczesnych realiach, Dostojewski przeniósł na jej karty wiele elementów ówczesnego życia społeczno-politycznego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1097

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Fiodor Dostojewski

Biesy

Wydawnictwo Zielona Sowa Kraków

Tytuł oryginału:Biesy

Projekt graficzny serii:Piotr Iwaszko

Opracowanie graficzne okładki:Jolanta Szczurek

Skład i łamanie:Anna Olek

Redakcja:Agnieszka Misiaszek

Tekst opracowano na podstawie anonimowego XIX-wiecznego przekładu

Text © copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2008

ISBN 978-83-265-0268-2

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. 30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A tel./fax (012) 266-62-94, tel. (012) 266-62-92 www.zielonasowa.pl [email protected]

Choćbyś zabił – nie ma śladu, Zbłądziliśmy, co się stanie? Biesy w polu ścieżki kładą, Krążą na nich, nogi ranią,

Czemu wyją tak żałośnie, Ile jest ich, dokąd pędzą? Czy grób bożka w ziemi rośnie, Czy też za mąż dają jędzę?

A. Puszkin Biesy (tłum. Bolesław Bolira)

A była tam duża trzoda świń, pasących się na górze. Prosiły Go więc złe duchy, żeby im pozwolił wejść w nie. I pozwolił im. Wtedy złe duchy wyszły z człowieka i weszły w świnie, a trzoda ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora i utonęła.

Na widok tego, co zaszło, pasterze uciekli i rozpowiedzieli to w mieście i po zagrodach. Ludzie wyszli zobaczyć, co się stało. Przyszli do Jezusa i zastali człowieka, z którego wyszły złe duchy, ubranego i przy zdrowych zmysłach, siedzącego u nóg Jezusa. Strach ich ogarnął. A ci, którzy widzieli, opowiedzieli im, w jaki sposób opętany został uzdrowiony.

Łk 8, 32-36

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ZAMIAST WSTĘPU KILKA SZCZEGÓŁÓW Z ŻYCIA CZCIGODNEGO STIEPANA TROFIMOWICZA WIERCHOWIEŃSKIEGO

I

Przystępując do opisania dziwnych wydarzeń, które miały miejsce niedawno w naszym dotychczas niczym niewyróżniającym się miasteczku, zmuszony jestem, wskutek mej nieudolności, rozpocząć od pewnych szczegółów z życia utalentowanego i czcigodnego Stiepana Trofimowicza Wierchowieńskiego. Niech te szczegóły będą wstępem do opowieści, którą mam zamiar napisać.

Powiem wprost: Stiepan Trofimowicz odgrywał między nami pewną szczególną rolę, jeśli tak można powiedzieć, lubił tę rolę ogromnie i wydaje mi się, że bez niej nie mógłby żyć. Nie należy przypuszczać, że porównuję go do aktora w teatrze, broń Boże, tym bardziej że bardzo go szanuję. Tylko że to wszystko mogło być kwestią przyzwyczajenia lub, lepiej powiedzieć, szlachetnością, sięgającą lat dziecinnych, przyjemnym marzeniem o pięknym stanowisku społecznym.

Lubił on bardzo, na przykład, uważać się za „prześladowanego” i „zesłańca”. W obu tych określeniach jest specjalny urok, który go skusił raz na zawsze; później w ciągu długich lat, mając coraz lepsze zdanie o sobie, wzniósł się we własnych oczach na pewnego rodzaju piedestał.

W pewnym angielskim satyrycznym utworze z zeszłego stulecia, niejaki Guliwer, wróciwszy z krainy Liliputów, gdzie ludzie mieli dwie stopy wysokości, do tego stopnia przyzwyczaił się uważać siebie za olbrzyma, że spacerując po ulicach Londynu, mimo woli krzyczał na przechodniów i na pojazdy, by usuwali mu się z drogi, wyobrażając sobie, że on jest olbrzymem, a oni Liliputami. Ludzie śmiali się z niego i wymyślali mu, a niejeden woźnica zdzielił go olbrzymim batem. Lecz czy to było sprawiedliwe? Przyzwyczajenie właśnie doprowadziło prawie do tego samego i Stiepana Trofimowicza, ale jego, że tak powiem, mania wielkości, miała charakter zupełnie niewinny, gdyż był to najlepszy w świecie człowiek.

Myślę, że w końcu wszyscy o nim zapomnieli, ale już zupełnie tego powiedzieć nie można, żeby go nigdy nie znali. Nie ulega żadnej wątpliwości, że przez pewien czas należał on do plejady znakomitych działaczy ubiegłego pokolenia i w ciągu tego czasu, zresztą bardzo krótkiego, wielu wiecznie spieszących się ludzi wymieniało jego nazwisko równocześnie z nazwiskami Czaadajewa, Bielińskiego, Granowskiego i Hercena, który dopiero rozpoczynał swoją działalność za granicą. Lecz działalność Stiepana Trofimowicza skończyła się prawie w tym samym momencie, kiedy się rozpoczęła, jeśli można tak powiedzieć, „w zawierusze wydarzeń”. I cóż? Okazało się później, że nie było ani „zawieruchy”, ani „wydarzeń”, w każdym razie, jeżeli chodzi o niego. Dopiero teraz, całkiem niedawno, dowiedziałem się z zupełnie wiarygodnego źródła, ku memu wielkiemu zdumieniu, że Stiepan Trofimowicz mieszkał w naszej guberni nie tylko nie będąc na zesłaniu, jak wszyscy przypuszczali, ale nikt go nawet nie śledził. Jakąż moc wobec tego posiada własna wyobraźnia! Stiepan Trofimowicz szczerze przecież wierzył przez całe swe życie, że w pewnych sferach ciągle się go obawiają, że każdy jego krok jest uważnie śledzony i że każdy z trzech następujących po sobie w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat gubernatorów, niepokoi się, myśląc o nim. Gdyby ktokolwiek spróbował przekonać najpoczciwszego Stiepana Trofimowicza, dostarczając mu jak najsilniejszych dowodów, że nie ma zupełnie powodu do obaw, obraziłby się na pewno. A był to przecież człowiek mądry i zdolny, można nawet powiedzieć, że był człowiekiem nauki, chociaż zresztą dla nauki... słowem, w dziedzinie nauki nie zrobił on tak wiele, a nawet, zdaje się, zupełnie nic. Ale przecież u nas w Rosji dzieje się to samo prawie ze wszystkimi uczonymi.

Po powrocie z zagranicy zasłynął on jako lektor przy katedrze uniwersyteckiej już w końcu czwartego dziesiątka lat naszego wieku. Zdążył jednak wygłosić tylko kilka wykładów i to, zdaje się, o Arabach. Zdołał także obronić doskonałą dysertację o wzrastającym jakoby znaczeniu obywatelskim i hanzeatyckim niemieckiego miasteczka Hanau i jednocześnie wyłuszczył te szczególne i niejasne powody, dla których znaczenie tego miasteczka wzrosnąć nie mogło. Dysertacja ta zręcznie i boleśnie dotknęła ówczesnych słowianofilów i pozyskała mu wielu zażartych wrogów. Później, zresztą już po utracie katedry, wydrukował (zdaje się po to, żeby im pokazać kogo stracili) w postępowym miesięczniku początek dzieła, bodajże o przyczynach wysokiej moralności jakichś tam rycerzy, w jakiejś tam epoce, czy coś w tym rodzaju. W każdym razie opracował jakąś niezwykle szlachetną myśl.

Mówiono później, że nie udzielono pozwolenia na drukowanie dalszego ciągu i że postępowe pismo nawet ucierpiało za umieszczenie pierwszej połowy. Było to zupełnie możliwe, jak zresztą wszystko w owych czasach. W tym jednak wypadku jest prawdopodobniejsze, że autorowi nie chciało się kończyć rozpoczętego dzieła. Wykłady zaś o Arabach musiał przerwać, gdyż ktoś, oczywiście któryś z jego wrogów, przejął list pisany do kogoś, z wyłuszczeniem pewnych „okoliczności”, wskutek czego zażądano od niego jakichś tam wyjaśnień. Nie wiem, czy tak było w rzeczywistości, ale twierdzono jeszcze, że w tym samym czasie wykryto w Petersburgu ogromne antypaństwowe stowarzyszenie, liczące trzynastu członków, jak mówiono, miało zamiar tłumaczyć samego Fouriera. Jakby umyślnie, w tym samym czasie w Moskwie przyłapano poemat Stiepana Trofimowicza, napisany jeszcze przed sześciu laty w Berlinie, w okresie jego wczesnej młodości, wędrujący w rękopisie wśród dwóch miłośników poezji i jednego studenta. Poemat ten znajduje się teraz u mnie. Otrzymałem go od samego Stiepana Trofimowicza, z jego dedykacją, w pięknej czerwonej safianowej oprawie. Zresztą utwór ten nie jest pozbawiony poezji i napisany jest nie bez talentu. Jest dość dziwny, lecz w owych czasach (dokładniej w trzecim dziesięcioleciu naszego wieku) często pisano rzeczy tego rodzaju.

Treści tego poematu nie potrafiłbym opowiedzieć, gdyż, prawdę powiedziawszy, nic nie rozumiem. Jest to jakaś alegoria, w liryczno-dramatycznej formie, przypominająca drugą część Fausta. Scena rozpoczyna się od chóru kobiet, później jest chór mężczyzn, później jakichś sił, a kończy się wszystko chórem dusz, które jeszcze nie żyły, ale które bardzo by chciały pożyć sobie na świecie. Wszystkie te chóry śpiewały o czymś nieokreślonym, przeważnie o rzucanym przez kogoś przekleństwie, wszystko jednak nie było pozbawione pewnego subtelnego humoru. Nagle scena się zmienia i następuje Święto życia, na którym śpiewają nawet owady, zjawia się żółw, wypowiadający jakieś sakramentalne łacińskie wyrazy i nawet, o ile sobie przypominam, śpiewa o czymś pewien minerał, a więc przedmiot już zupełnie martwy. W ogóle wszyscy śpiewają bez przerwy, a jeżeli rozmawiają, to wymyślają sobie, ale też w pewien szczególny sposób. Wreszcie scena znów się zmienia. Wśród dzikich skał brodzi pewien cywilizowany młody człowiek, który zrywa i ssie jakieś trawy i na pytanie wróżki, po co ssie te trawy, odpowiada, że odczuwa w sobie nadmiar życia, szuka zapomnienia i znajduje go w soku tych traw, ale głównym pragnieniem jego jest postradać rozum (pragnienie, być może, zbyteczne). Następnie wjeżdża na scenę młodzieniec przedziwnej urody, na czarnym koniu, a za nim podąża ogromna ilość narodów. Młodzieniec przedstawia sobą śmierć, a wszystkie narody jej pożądają. W końcu, już w ostatniej scenie, zjawia się wieża Babel i jacyś atleci, którzy wreszcie dobudowują ją do samego końca, a natomiast władca, powiedzmy, Olimpu, ucieka w haniebny sposób, a ludzkość, zająwszy jego miejsce, natychmiast rozpoczyna nowe życie z nowym zrozumieniem rzeczy. I oto ten poemat uważali wtedy za niebezpieczny.

W zeszłym roku proponowałem Stiepanowi Trofimowiczowi, by go wydrukował, gdyż treść tego poematu w naszych czasach była zupełnie niewinna, lecz propozycję moją odrzucił z widocznym niezadowoleniem. Widoczne było, że nie przypadło mu do gustu moje zdanie o nieszkodliwości treści jego utworu i temu nawet przypisuję pewną oziębłość, z jaką mnie traktował przez całe dwa miesiące. I cóż? Nagle, i prawie w tym samym czasie, kiedy proponowałem mu wydrukowanie u nas – drukują ten poemat za granicą, w jednym z rewolucyjnych pism, i nie uprzedzają o tym zupełnie Stiepana Trofimowicza. Z początku przeląkł się on bardzo, udał się do gubernatora i napisał list usprawiedliwiający do Petersburga, utrzymany w pełnym godności tonie. List ten przeczytał mi dwa razy, lecz nie wysłał go, nie wiedząc, do kogo adresować. Słowem, denerwował się przez cały miesiąc, lecz jestem przekonany, że w najtajniejszych zakamarkach swego serca odczuwał ogromną radość. Prawie spał z egzemplarzem przysłanego mu pisma, a w dzień zaś chował je pod poduszkę i nie pozwalał służącej słać łóżka. Chociaż codziennie na próżno oczekiwał depeszy, patrzył na wszystkich z góry. Depesza jednak nie nadeszła. Wtedy to pogodził się ze mną, co świadczy o wielkiej dobroci jego serca.

II

Nie mogę powiedzieć, żeby Stiepan Trofimowicz zupełnie nie ucierpiał za swoje poglądy. Przekonałem się wówczas jedynie o tym, że mógłby on dalej wykładać o swoich Arabach, ile by tylko zechciał, gdyby udzielił koniecznych wyjaśnień. Ale on uniósł się wtedy ambicją i ze szczególnym pośpiechem przekonał siebie raz na zawsze, że „zawierucha wydarzeń” zniszczyła jego karierę. A jeżeli już mamy powiedzieć całą prawdę, to właściwą przyczyną zmiany jego życiowej kariery była propozycja, uczyniona mu powtórnie przez Barbarę Pietrownę Stawrogin, żonę generała i bardzo bogatą kobietę. Otóż zaproponowała ona, by zajął się wychowaniem jej jedynego syna, w charakterze pedagoga i przyjaciela, oczywiście za bardzo wysokie wynagrodzenie.

Po raz pierwszy zaproponowała mu to jeszcze w Berlinie, w tym właśnie czasie, kiedy pierwszy raz owdowiał. Pierwszą jego żoną była pewna lekkomyślna dziewczyna z naszej guberni, z którą ożenił się, gdy był jeszcze bardzo młody i nierozsądny. Pożycie z tą zresztą miłą osobą przyniosło mu wiele zmartwień, przede wszystkim dlatego, że nie miał dostatecznych środków na jej utrzymanie. Prócz tego były jeszcze inne przyczyny, delikatniejszej natury. Umarła ona w Paryżu, będąc z nim w ciągu ostatnich trzech lat w separacji, a jemu pozostawiła syna, „owoc pierwszej, radosnej i jasnej miłości”, jak wyrwało się kiedyś Stiepanowi Trofimowiczowi. Syna swego wysłała w głąb Rosji, gdzie wychowywał się u jakichś ciotek. Stiepan Trofimowicz nie zgodził się wtedy na propozycję Barbary Pietrowny i wkrótce ożenił się znowu z pewną małomówną berlińską Niemeczką i, co najważniejsze, zrobił to bez żadnej widocznej potrzeby. Prócz tego jednak były i inne przyczyny, dla których nie przyjął posady wychowawcy: wabiła go głośna wówczas sława pewnego niezapomnianego profesora i on z kolei podążył na katedrę, by na niej wypróbować swe orle skrzydła. I oto teraz, już z opadłymi skrzydłami, przypomniał sobie o propozycji, która i przedtem mogła zachwiać jego decyzją. Nagła śmierć jego drugiej żony, z którą nie przeżył nawet roku, zdecydowała o wszystkim ostatecznie. Powiem wprost: stało się tak głównie dzięki wielkiemu współczuciu, drogocennej i po prostu klasycznej przyjaźni Barbary Pietrowny, jeżeli się można tak o przyjaźni wyrazić. Rzucił się on w objęcia tej przyjaźni, która trwała przeszło dwadzieścia lat. Użyłem przed chwilą wyrażenia „rzucił się w objęcia”, lecz niech Bóg broni, by ktoś miał pomyśleć o czymś zbytecznym i niewłaściwym, objęcia te należy rozumieć tylko w przenośnym i w najbardziej moralnym znaczeniu. Najdelikatniejsza i najsubtelniejsza przyjaźń połączyła na wieki te dwie szlachetne istoty.

Posadę wychowawcy przyjął jeszcze i dlatego, że mająteczek pozostawiony po śmierci jego pierwszej żony, sąsiadował z piękną podmiejską posiadłością Stawroginów. Nazywała się ona Skworeszniki. Prócz tego w ciszy gabinetu mógł bez przeszkód poświęcić się pracy naukowej i wzbogacić ojczystą literaturę ważnymi dziełami. Odkryć żadnych nie uczynił, ale za to znalazł możliwość, aby stać przez resztę życia, więcej niż przez dwadzieścia lat, przed ojczyzną, według słów ludowego poety:

Stanąłeś przed ojczyzną liberał i idealista, jako uosobienie wyrzutu.

Osoba, o której mówi poeta, może miała prawo, jeżeli jej się to podobało, pozować w ten sposób przez całe życie, chociaż to jest nudne. A Stiepan Trofimowicz naprawdę naśladował tylko tego rodzaju osoby, a że męczyło go stanie, więc często kładł się. Ale i w pozycji leżącej był uosobieniem wyrzutu i trzeba przyznać, że dla naszej guberni było tego zupełnie dosyć. Spojrzałby kto na niego, gdy zasiadał w klubie do kart.

– Karty! Czy to wypada? Kto odpowiada za to? Kto zniszczył moją działalność? Ech, giń, Rosjo! – mówił i wyrzucał poważnie kartę.

A w rzeczywistości ogromnie lubił grać w karty i z tego powodu, szczególnie w ostatnich czasach, miewał utarczki z Barbarą Pietrowną, tym bardziej że ciągle przegrywał. Ale o tym później. Chcę tylko zwrócić uwagę, że miał on wrażliwe sumienie i dlatego często smucił się i był przygnębiony.

W ciągu swej dwudziestoletniej przyjaźni z Barbarą Pietrowną trzy do czterech razy rocznie wpadał w tak zwany przez nas „obywatelski smutek”. Wyrażenie to podobało się ogromnie Barbarze Pietrownie. Później prócz obywatelskiego smutku odczuwał i humor szampański, ale uważna Barbara Pietrowna całe życie chroniła go od trywialnych skłonności. A niańka była mu potrzebna koniecznie, gdyż czasami stawał się bardzo dziwny. Podczas największego smutku wybuchał nagle śmiechem. Były chwile, że sam o sobie mówił w humorystyczny sposób i tego najbardziej obawiała się Barbara Pietrowna. To była kobieta klasyk, kobieta mecenas, którą kierowały pobudki jedynie wyższej natury. Kapitalny był dwudziestoletni wpływ tej wielkiej damy na jej biednego przyjaciela. O niej trzeba by pomówić oddzielnie, co też zrobię.

III

Bywa czasem dziwna przyjaźń: przyjaciele całe życie drą ze sobą koty, ale rozstać się nie mogą. I nawet nie chcą. Gdyby jeden z nich zerwał łączący ich związek, to pierwszy zachoruje i może nawet umrze, jeżeli to się stanie. Wiem dokładnie, że Stiepan Trofimowicz kilka razy, po najbardziej intymnych wynurzeniach w cztery oczy z Barbarą Pietrowną, zrywał się po jej wyjściu i walił pięściami w ścianę. Działo się to w dosłownym znaczeniu: raz odbił nawet gzyms od ściany. Może ktoś zapyta, skąd wiem o takich szczegółach. A cóż, jeżeli sam bywałem świadkiem takich scen? Cóż, jeżeli sam Stiepan Trofimowicz wiele razy łkał na mym ramieniu i zwierzał mi się z najdrobniejszych szczegółów. (I czego on wtedy nie mówił!) Ale oto co się działo zwykle po takich scenach: nazajutrz gotów był sam siebie ukrzyżować za niewdzięczność. Wzywał mnie do siebie lub przybiegał do mnie po to tylko, by mi powiedzieć, że Barbara Pietrowna jest „aniołem czci i delikatności, a on jest zupełnym jej przeciwieństwem”. Nie tylko do mnie z tym przybiegał, ale często pisał jej o tym w listach i przyznawał się jej, że dopiero wczoraj opowiadał obcym ludziom, że trzyma go ona przy sobie ze snobizmu, zazdrości mu jego intelektu i nie wyraża jawnie swej nienawiści tylko z obawy, by nie odszedł od niej i nie zaszkodził jej literackiej reputacji, i dlatego on, czując względem siebie pogardę, postanowił popełnić samobójstwo, od niej zaś żąda ostatniego słowa, które zdecyduje i tak dalej, wszystko w tym rodzaju. Można sobie wyobrazić, do jakiej histerii dochodziły nerwowe ataki tego najniewinniejszego spośród pięćdzisięcioletnich młodzieńców. Czytałem kiedyś taki list, napisany po jakiejś sprzeczce między nimi. Przeląkłem się i prosiłem, by nie wysyłał tego listu.

– Nie mogę... obowiązek... umrę, jeżeli nie przyznam jej się do wszystkiego, do wszystkiego! – odpowiedział prawie w gorączce i list wysłał.

Na tym polegała i różnica między nimi, że Barbara Pietrowna nigdy by takiego listu nie wysłała. Jemu zaś pisanie listów sprawiało nadzwyczajną przyjemność, pisał do niej, mieszkając z nią w tym samym domu, a podczas silnego zdenerwowania pisał nawet dwa listy dziennie. Wiem na pewno, że listy te odczytywała Barbara Pietrowna bardzo uważnie, nawet gdy otrzymywała dwa tego samego dnia, a po przeczytaniu składała je starannie do skrzynki, a oprócz tego układała je sobie w sercu. Później, nie dając swemu przyjacielowi odpowiedzi przez cały dzień, spotkała się z nim wieczorem, jakby zupełnie nic nie zaszło. Z czasem i jego tak wyćwiczyła, że nie miał odwagi wspominać o zajściach poprzedniego dnia i tylko co pewien czas zaglądał jej w oczy. Ale ona niczego nie zapominała, podczas gdy on zapominał zbyt prędko i ośmielony jej zachowaniem często tego samego dnia śmiał się i dokazywał przy winie, gdy przychodzili przyjaciele. Jakże trujące musiały być wtedy jej spojrzenia, ale on tego nie dostrzegał. Dopiero po tygodniu, po miesiącu, lub często nawet po upływie znacznie dłuższego czasu, przypominał sobie nagle jakiś zwrot z takiego listu, a później i cały list, palił się ze wstydu i dręczył się do tego stopnia, że dostawał ataków choleryny. Te ataki były naturalnym wynikiem jego nerwowych napięć i były ciekawym objawem skłonności jego organizmu.

Jest zupełnie prawdopodobne, że Barbara Pietrowna bardzo często go nienawidziła. On nie dostrzegał do samego końca, że stał się jej synem, jej dziełem i można nawet powiedzieć – jej wynalazkiem; że stał się ciałem z jej ciała i że zatrzymywała go u siebie nie tylko „zazdroszcząc mu jego talentów”. Jak musiały obrażać ją tego rodzaju przypuszczenia!

Taiła się w niej przecież ku niemu, mimo ciągłej nienawiści, zazdrości i pogardy – uporczywa miłość. Broniła go przed każdą troską i nie spałaby po nocach, gdyby cokolwiek groziło jego opinii poety, uczonego lub działacza obywatelskiego. Ona go wymyśliła i pierwsza w swój wymysł uwierzyła. On był czymś w rodzaju jej marzenia... Ale za to żądała od niego rzeczywiście całkowitego, czasami niewolniczego oddania. A mściwa była do niemożliwości. Przy okazji opowiem dwie charakterystyczne historyjki.

IV

Kiedyś, w okresie gdy dopiero zaczynano mówić o zniesieniu pańszczyzny i cała Rosja gotowała się do odrodzenia, odwiedził Barbarę Pietrownę pewien petersburski, bardzo ustosunkowany baron. Tego rodzaju wizyty sprawiały Barbarze Pietrownie zawsze wielką przyjemność, gdyż po śmierci męża stopniowo traciła kontakt z tą sferą ludzi, a w końcu utraciła go zupełnie. Baron był prawie godzinę i pił herbatę. Nikogo więcej nie było, ale Stiepana Trofimowicza Barbara Pietrowna zaprosiła i przedstawiła.

Baron słyszał, czy też udawał, że już kiedyś o nim słyszał, ale przy stole mało się do niego zwracał. Rozumie się, że Stiepan Trofimowicz nie mógł swej opiekunki zawstydzić, zachowanie jego było zupełnie poprawne. Chociaż nie pochodził ze znakomitego rodu, ale tak się złożyło, że wychowywał się w bardzo bogatym domu w Moskwie i po francusku mówił jak paryżanin. Baron powinien więc był od razu zrozumieć, jakimi ludźmi Barbara Pietrowna się otacza, nawet w obecnym osamotnieniu. Stało się jednak inaczej. Kiedy baron potwierdził zupełną wiarygodność tylko co rozpoczynających się szerzyć wieści o wielkiej reformie, Stiepan Trofimowicz nie wytrzymał, krzyknął: hura! i zrobił nawet jakiś ruch ręką, mający wyrażać zachwyt. Krzyknął dosyć cicho, a zachwyt był być może umyślny, a ruch ręką pół godziny temu wystudiowany przed lustrem; ale coś mu się nie udało, bowiem baron uśmiechnął się z lekka, chociaż natychmiast taktownie zauważył, że cała Rosja czeka z zachwytem na to wielkie zdarzenie. Wkrótce potem odjechał i nie zapomniał podać Stiepanowi Trofimowiczowi dwóch palców. Odprowadziwszy gościa, Barbara Pietrowna wróciła do pokoju. Przez kilka chwil milczała, jakby szukając czegoś na stole, nagle jednak zwróciła się do Stiepana Trofimowicza i blada, z błyszczącymi oczami, wycedziła szeptem:

– Ja panu nigdy tego nie zapomnę!

Następnego dnia spotkała się ze Stiepanem, jak gdyby nigdy nic i więcej o zdarzeniu tym nie wspomniała. Ale po trzynastu latach przypomniała mu to i tak samo zbladła, jak wtedy. Dwa razy tylko w ciągu ich całego wspólnego pożycia powiedziała mu: „Ja panu tego nigdy nie zapomnę!”.

Wypadek z baronem był już drugim z kolei, ale i pierwszy był tak charakterystyczny i miał tak wielkie znaczenie w życiu Stiepana Trofimowicza, że go opowiem.

Działo się to w roku pięćdziesiątym piątym, w maju, właśnie wtedy, gdy w Skworesznikach otrzymano wiadomość o śmierci generała Stawrogina, lekkomyślnego starca, który zmarł wskutek choroby żołądkowej, w drodze na Krym, gdzie miał się połączyć z czynną armią. Barbara Pietrowna owdowiała więc i pogrążyła się w głębokiej żałobie. Nie miała ona co prawda powodu do rozpaczy, gdyż ostatnie cztery lata żyli w rozłące i Barbara Pietrowna wyznaczała mężowi pensję. (Generał miał zaledwie stu pięćdziesięciu chłopów i pensję, prócz tego stanowisko i stosunki. Cały zaś majątek i Skworeszniki należały do Barbary Pietrowny, jedynej córki bardzo bogatego dzierżawcy). W każdym razie wiadomość o śmierci męża silnie ją poruszyła, żyła teraz w zupełnym odosobnieniu i tylko Stiepan Trofimowicz był przy niej stale.

Maj był w rozkwicie, wieczory były piękne. Kwitła czeremcha. Dwoje przyjaciół spotykało się co wieczór w ogrodzie, siedzieli do późnej nocy w altanie i prowadzili nieskończone rozmowy. Zdarzały się poetyczne chwile. Barbara Pietrowna pod wpływem nagłej zmiany, która zaszła w jej życiu, mówiła więcej niż zwykle. I tak trwało przez kilka wieczorów. Aż nagle zaczęła Stiepana Trofimowicza prześladować pewna myśl: „Czy niepocieszona wdowa nie liczy aby na niego i nie spodziewa się, że po roku żałoby on się jej oświadczy?”. Była to myśl dosyć cyniczna, ale nie należy się dziwić, gdyż właśnie wyjątkowe duchowe organizacje, wskutek wszechstronnego rozwoju, skłonne są do cynicznego myślenia. Stiepan Trofimowicz zaczął obserwować i musiał przyznać, że na to wyglądało.

Zastanowił się: „Majątek duży, to prawda, ale...”. Rzeczywiście, Barbara Pietrowna nie była piękna, była to wysoka, żółta, koścista kobieta, ze zbyt długą twarzą, mającą w sobie coś końskiego. Stiepan Trofimowicz coraz bardziej się wahał, męczył wątpliwościami, nawet raz czy dwa popłakał trochę (w ogóle płakał dosyć często). Wieczorami zaś w altanie twarz jego stawała się kapryśna, to znów drwiąca lub dumna. Dzieje się to zwykle mimo woli i im człowiek jest szlachetniejszy, tym bardziej się to ujawnia.

Bóg wie, jak było w rzeczywistości, lecz najprawdopodobniej w sercu Barbary Pietrowny nie działo się nic takiego, co mogłoby usprawiedliwiać postępowanie Stiepana Trofimowicza. Zresztą nie zmieniłaby ona nazwiska Stawrogin na jego nazwisko, chociaż dość znane. Być może była to z jej strony tylko kobieca gra, nieświadomy przejaw kobiecych potrzeb, tak naturalny w pewnych wypadkach. Zresztą, nie będę ręczył; serce kobiety jest i dzisiaj zagadką. No, ale dalej. Należy przypuszczać, że wkrótce domyśliła się, jaki był powód niepokoju jej przyjaciela; zbyt dobrze umiała mu się przyglądać, a on był zbyt naiwny. Nic się jednak nie zmieniło i wieczorami rozmowy ich były w dalszym ciągu ciekawe i pełne poezji. I oto pewnego razu, po jednej z najbardziej ciekawych rozmów, rozstali się, uścisnąwszy sobie po przyjacielsku dłonie.

Stiepan Trofimowicz głęboko zamyślony wszedł do swego pokoju, wziął cygaro i nie zapalając, stanął zmęczony przed oknem i przyglądał się białym chmurkom, wędrującym wokół księżyca. Nagle usłyszał lekki szelest i kiedy z przerażeniem odwrócił się, ujrzał Barbarę Pietrownę, z którą dopiero co się rozstał. Żółta jej twarz była prawie sina, wargi, mocno zwarte, drgały. Przez pełne dziesięć sekund w milczeniu patrzyła mu w oczy twardym bezlitosnym wzrokiem i nagle szybko szepnęła:

– Nigdy panu tego nie zapomnę!

Gdy po dziesięciu latach Stiepan Trofimowicz opowiadał mi szeptem tę historię, zamknąwszy uprzednio drzwi, przysięgał, że tak wtedy zastygł w miejscu, że nie widział i nie słyszał, kiedy i jak Barbara Pietrowna wyszła. Nigdy później nie wspominała o tym. Życie potoczyło się zwykłym trybem i Stiepan Trofimowicz był gotów przypuszczać, że miał halucynacje przed chorobą. Tej nocy bowiem zachorował i wskutek jego choroby spotkania w altanie zostały przerwane.

Mimo to jednak, co dzień przez całe życie, jakby oczekiwał dalszego ciągu tego zdarzenia. Nie wierzył, żeby się to mogło w ten sposób zakończyć. A jeżeli tak, to dziwnie musiał on czasami spoglądać na swoją przyjaciółkę.

V

Barbara Pietrowna sama wymyśliła dla niego ubranie, które nosił przez całe życie. Ubranie to było eleganckie i charakterystyczne: długi, czarny surdut, prawie do góry zapięty, lecz zgrabnie opinający jego figurę; miękki kapelusz (latem słomkowy) z szerokim rondem, biały i batystowy krawat, z wielkim węzłem i wiszącymi końcami; laska ze srebrną rączką i do tego włosy opadające aż na plecy.

Był on ciemnym blondynem i zaczął siwieć dopiero w ostatnich czasach. Wąsy i brodę golił. Mówiono, że za czasów swej młodości był wyjątkowo przystojny. Ale, moim zdaniem, w starszym wieku wyglądał równie dobrze. I zresztą, cóż to za starość – pięćdziesiąt trzy lata? Z pewnego rodzaju kokieterią nie tylko, że nie starał się uchodzić za młodszego, niż był w istocie, ale jakby dumny był z solidności swego wyglądu. W swym ubraniu, wysoki, szczupły, z włosami opadającymi na plecy przypominał patriarchę, lub jeszcze bardziej poetę Kukolnika na litografii z trzeciego dziesięciolecia, szczególnie, kiedy siedział latem w ogrodzie na ławce, pod krzakiem rozkwitłego bzu, oparłszy się obiema rękoma na lasce, z otwartą książką opodal, spoglądając w zadumie na zachód słońca. Co się tyczy książek, to muszę zauważyć, że w ostatnich czasach czytywał je jakby niechętnie. Dotychczas gazety i pisma, sprowadzane dla niego przez Barbarę Pietrownę, czytywał stale. Literaturą rosyjską interesował się również gorąco. Kiedyś znowu zapalił się do studiów nad współczesną polityką naszych zewnętrznych i wewnętrznych spraw, lecz wkrótce zniechęcił się. Zdarzały się też ostatnio wypadki, że zabierał ze sobą do ogrodu Tocqueville’a, a w kieszeni miał schowanego Paula de Kocka. Lecz to są wszystko drobiazgi.

Chciałbym jeszcze kilka słów powiedzieć o portrecie poety Kukolnika. Barbara Pietrowna dostała go, gdy była jeszcze małą dziewczynką na pensji w Moskwie. Zakochała się od razu, zwyczajem wszystkich dziewczynek na pensji, które kochają się w każdym mężczyźnie, a nawet w swoich nauczycielach, szczególnie kaligrafii i rysunków. Ale ciekawe jest to, że miała pięćdziesiąt lat, a przechowywała ten obraz wśród najdrogocenniejszych pamiątek i może właśnie dlatego wymyśliła dla Stiepana Trofimowicza ubranie podobne do ubrania poety. Ale to też tylko drobiazg.

W pierwszych latach, dokładniej w pierwszej połowie swego pobytu u Barbary Pietrowny, Stiepan Trofimowicz myślał o napisaniu jakiegoś dzieła i co dzień poważnie zabierał się do pracy. Później wszelki zapał mu przeszedł, ponieważ zapomniał, o czym chciał pisać.

Coraz częściej nam powtarzał: „Zdaje się, że już wszystko mam gotowe, potrzebny materiał zebrany, a zabrać się do pracy jakoś nie mogę”. Bez wątpienia, to powinno mu było dodawać jeszcze więcej powagi w naszych oczach, jako męczennikowi nauki, ale pragnął czego innego. „Zapomnieli o mnie, nikomu nie jestem potrzebny” – mawiał nieraz. Zgryzota z tego powodu owładnęła nim szczególnie pod koniec szóstej dekady naszego stulecia.

Barbara Pietrowna zrozumiała wreszcie, że sprawa jest poważna. Nie mogła też pogodzić się z myślą, że przyjaciel jej jest zapomniany i niepotrzebny. Żeby go więc trochę rozerwać i odnowić minioną sławę, zawiozła go do Moskwy, gdzie miała kilka eleganckich i naukowych znajomości; ale okazało się, że Moskwa nie czyniła zadość pokładanym w nim nadziejom.

Był wtedy wyjątkowy okres; nastąpiło coś nowego, zupełnie niepodobnego do poprzedniego spokoju, coś bardzo dziwnego, coś takiego, co odczuwano nawet w Skworesznikach. Mówiono rozmaicie. Fakty były na ogół mniej więcej znane, ale oczywiste było, że faktom towarzyszyły liczne komentarze. W żaden jednak sposób nie można było się w nich połapać. Barbara Pietrowna, kierowana kobiecą ciekawością, postanowiła dociec prawdy. Zaczęła czytać gazety i pisma, zabronione zagraniczne wydania i nawet zaczynające się wtedy pojawiać proklamacje (wszystko to jej dostarczano), ale zakręciło się jej tylko od tego w głowie. Zaczęła pisać listy, odpisywali jej mało, i im dalej, tym mniej zrozumiale.

Zwróciła się więc uroczyście do Stiepana Trofimowicza, by jej wszystko wytłumaczył, ale jego wyjaśnienia nie zadowoliły jej zupełnie. Na wszystkie te sprawy zapatrywał się Stiepan Trofimowicz tylko z jednego punktu widzenia: wszystko sprowadzało się do tego, że o nim zapomniano i że on nie jest już nikomu potrzebny.

Przypomnieli sobie jednak i o nim, najpierw w zagranicznych pismach, jako o zesłanym męczenniku, a zaraz później w Petersburgu, jako o byłej gwieździe w pewnej konstelacji; i nie wiadomo dlaczego porównywano go nawet z Radiszczewem. Później ktoś napisał o tym, że umarł, i obiecał napisać wspomnienie pośmiertne.

Wtedy Stiepan Trofimowicz nagle zmartwychwstał. Całe jego lekceważenie dla współczesnych zniknęło i zrodziło się w nim marzenie: przystąpić do ruchu i pokazać im, co on potrafi. Barbara Pietrowna natychmiast we wszystko uwierzyła. Zdecydowano jechać bez najmniejszej zwłoki do Petersburga, dowiedzieć się o wszystkim dokładnie i, o ile to było możliwe, przystąpić całkowicie do nowego ruchu.

Między innymi Barbara Pietrowna oświadczyła, że gotowa jest założyć własne pismo i poświęcić mu całe życie. Stiepan Trofimowicz stawał się coraz bardziej zarozumiały i w drodze do Petersburga zaczął nawet traktować ją nieco lekceważąco, co też ona mu natychmiast zapamiętała. Jadąc do Petersburga, Barbara Pietrowna miała jeszcze i inny cel, a mianowicie chciała odnowić swe dawne stosunki w wyższych sferach. Należało w miarę możliwości przypomnieć o sobie, a w każdym razie spróbować. Obcym ludziom zaś mówiła, że jedzie zobaczyć się z synem, kończącym właśnie wtedy petersburskie liceum.

VI

Barbara Pietrowna i Stiepan Trofimowicz spędzili w Petersburgu całą zimę. Wszystko jednak u progu Wielkiego Postu pękło jak bańka mydlana. Marzenia uciekły, a nie tylko nic się nie wyjaśniło, ale przeciwnie, jeszcze bardziej się powikłało. Po pierwsze, Barbarze Pietrownie nie udało się odnowić dawnych znajomości lub w każdym razie w bardzo niewielkim stopniu, przy czym doświadczała niejednokrotnie przykrego poniżenia.

Obrażona postanowiła poświęcić się całkowicie „nowym prądom”. Zaczęła przyjmować. Zaprosiła literatów, sprowadzono ich do niej mnóstwo. Później przychodzili już bez zaproszenia: jeden sprowadzał drugiego. Nigdy jeszcze Barbara Pietrowna nie widywała takich literatów. Wszyscy oni byli chełpliwi do niemożliwości, lecz zupełnie otwarcie, jakby spełniali obowiązek. Inni (chociaż nie wszyscy) przychodzili pijani, znajdując w tym jakby szczególne, dopiero co zrozumiane piękno. Wszyscy oni byli z czegoś ogromnie dumni. Na wszystkich twarzach malowała się pewność, że wyjaśnili dopiero co jakąś wielką tajemnicę. Wymyślali sobie nawzajem i uważali, że przynosi im to zaszczyt. Niełatwą rzeczą było wiedzieć, co oni właśnie napisali; ale byli tu krytycy, powieściopisarze i pisarze dramatyczni.

Stiepanowi Trofimowiczowi udało się przeniknąć do najściślejszego ich grona, które kierowało ruchem. Do rządzących było bardzo trudno się dostać, ale Stiepana Trofimowicza przyjęli chętnie, chociaż żaden z nich nic o nim nie słyszał prócz tego, że on „reprezentuje ideę”. Stiepan Trofimowicz tak manewrował koło nich, że udało mu się zaciągnąć ich ze dwa razy do salonów Barbary Pietrowny, nie zwracając uwagi na ich olimpijskość. Byli oni bardzo poważni i bardzo grzeczni, zachowywali się bardzo dobrze, pozostali mieli przed nimi widoczny respekt, ale jasne było, że im się spieszy.

Na przyjęciu u Barbary Pietrowny zjawiły się dwie czy trzy z dawniejszych znakomitości literackich, z którymi Barbarę Pietrownę łączyła już bardzo dawna znajomość. Ale najbardziej zdziwiło ją to, że te już niewątpliwe znakomitości zachowywały się bardzo cicho, a niektóre z tych osób w poniżający sposób garnęły się do młodych. Z początku Stiepanowi Trofimowiczowi wiodło się, zaczęto go wysuwać na publicznych literackich zebraniach. Kiedy po raz pierwszy wszedł na estradę, rozległy się żywe oklaski, niemilknące przez długi czas.

Po upływie dziewięciu lat wspomniał o tym ze łzami w oczach, roztkliwiony, jako artysta, lecz nie czując wdzięczności. „Przysięgam i każdy zakład trzymam – mówił mi sam później (lecz tylko mnie i w sekrecie) – że żaden z tych ludzi zupełnie nic o mnie nie wiedział!”

Była to bardzo znamienna uwaga, dowodziła bystrości jego umysłu, jeżeli wtedy na estradzie, w upojeniu, mógł to zauważyć. Nie miał jednak bystrego umysłu, jeżeli po dziewięciu latach nie mógł wspominać tego bez uczucia urazy.

Kazali mu podpisać dwa czy trzy zbiorowe protesty (przeciwko czemu – sam nie wiedział) i podpisał. Barbarze Pietrownie też kazali podpisać się pod jakimś „czynem potwornym”, i też się podpisała. Zresztą większość nowych ludzi uważała, nie wiadomo dlaczego, za swój obowiązek patrzeć na Barbarę Pietrownę z pogardą i śmiać się z niej. Stiepan Trofimowicz wspominał mi później, w ciężkich chwilach, że właśnie wtedy zaczęła mu zazdrościć.

Ona, rozumie się, wiedziała, że nie powinna zadawać się z tymi ludźmi, a jednak przyjmowała ich z typowo kobiecą histeryczną niecierpliwością i, co najważniejsze, wciąż czegoś oczekiwała. Na wieczorach literackich mówiła mało, chociaż miałaby coś do powiedzenia, lecz wolała się przysłuchiwać.

Mówiono o zniesieniu cenzury, o zamianie liter rosyjskich na łacińskie, o czyimś zesłaniu, o różnych skandalach, o tym, że należałoby podzielić Rosję według zamieszkałych ją narodowości i utworzyć federacyjny związek, o zniesieniu armii i floty, o wskrzeszeniu Polski aż po Dniepr, o reformie rolnej i proklamacjach, o zniesieniu dziedzictwa, rodziny, dzieci i duchownych, o prawach kobiety, o kamienicy Krajewskiego, jaką sobie zbudował i której żaden z nich nie mógł mu wybaczyć.

Wyraźne było, że w tym zbiorowisku nowych ludzi jest wielu łotrów, lecz bez wątpienia było i wielu uczciwych, nawet bardzo miłych osób. Uczciwi byli o wiele mniej zrozumiali od nieuczciwych i brutalnych, ale nie wiadomo, kto od kogo był zależny. Kiedy Barbara Pietrowna oświadczyła, że chce wydawać pismo, to zaczęło przychodzić do niej jeszcze więcej ludzi, ale jednocześnie oskarżano ją jawnie, że jest kapitalistką i eksploatuje pracę. Bezceremonialny sposób, w jaki ją oskarżano, graniczył ze skrajnym zuchwalstwem.

Staruszek generał Iwan Iwanowicz Drozdow, przyjaciel zmarłego generała Stawrogina, najzacniejszy człowiek (rozumie się, w swoim rodzaju), wszystkim nam dobrze znany, do granic nerwowy i drażliwy, jedzący bardzo wiele i lękający się ogromnie ateizmu, posprzeczał się na jednym z takich wieczorów u Barbary Pietrowny z pewnym znakomitym młodzieńcem. Ten mu od razu: „Pan zapewne jest generałem, jeżeli pan tak może mówić”, z tym przeświadczeniem, że nie ma gorszej obelgi, niż wyraz „generał”. Iwan Iwanowicz zdenerwował się ogromnie: „Tak, panie, jestem nie tylko generałem, ale generałem-porucznikiem i służyłem wiernie memu monarsze, a pan jest smarkaczem i bezbożnikiem”. Wynikł ogromny skandal. Nazajutrz wypadek ten był komentowany w prasie i podpisano zbiorowy protest przeciwko „potwornemu czynowi” Barbary Pietrowny, która nie przepędziła natychmiast generała. W ilustrowanym piśmie umieszczono karykatury Barbary Pietrowny, Stiepana Trofimowicza i generała, jako trojga przyjaciół; pod ilustracją były wiersze, specjalnie w tym celu napisane przez ludowego poetę.

Chciałbym jeszcze dodać, że rzeczywiście wiele osób w randze generalskiej ma zwyczaj śmiesznie mówić: „Ja służyłem memu monarsze”, zupełnie tak, jakby oni mieli innego monarchę, nie tego samego, co my, zwykli poddani.

Pozostawać dalej w Petersburgu nie miało sensu, tym bardziej że i Stiepana Trofimowicza spotkało zupełne fiasko. Nie wytrzymał on bowiem długo, zaczął mówić o prawach sztuki, a wtedy wyśmiano go głośno. Na ostatnim swoim odczycie przypuszczał, że uda mu się krasomówstwem dotrzeć do serc słuchaczy, liczył też, że uszanują go jako „zesłańca’’. Zgodził się więc w zupełności, że wyraz „ojczyzna” jest niepożyteczny i komiczny, zgodził się, że religia jest szkodliwa, lecz oświadczył stanowczo i głośno, że Puszkin jest wielkim poetą. Wygwizdali go bezlitośnie, a on, stojąc jeszcze na estradzie, publicznie się rozpłakał. Ledwie żywego przywiozła go Barbara Pietrowna do domu. „On m’a traité comme un vieux bonnet de coton [On m’a traité comme un vieux bonnet de coton (fr.) – Potraktowali mnie jak starą szlafmycę.]” – bełkotał bezmyślnie. Barbara Pietrowna pielęgnowała go przez całą noc, poiła kroplami laurowymi i do świtu ciągle mu powtarzała: „Jeszcze pan jest potrzebny, jeszcze się pan pokaże; cenią pana... gdzie indziej”.

Nazajutrz rano przyszło do Barbary Pietrowny pięciu literatów, z których trzech było jej zupełnie nieznanych, nigdy przedtem ich nie widywała. Oświadczyli jej surowo, że rozpatrzyli sprawę jej pisma i powzięli ostateczną decyzję. Barbara Pietrowna nigdy nie polecała nikomu rozpatrywać sprawy pisma, ani o czymkolwiek decydować. Postanowili oni, aby po załatwieniu pisma Barbara Pietrowna natychmiast im je oddała wraz z kapitałami, sama zaś powinna wyjechać do Skworesznik, nie zapominając zabrać ze sobą i Stiepana Trofimowicza, „który się zestarzał”. Przez delikatność godzili się przyznać jej prawo własności i wysyłać jej co rok szóstą część czystego zysku. Najbardziej wzruszające było to, że spośród tych pięciu ludzi na pewno czterech nie miało na względzie osobistych korzyści, a pracowali oni wyłącznie dla „dobra sprawy”.

„Wyjechaliśmy ogłuszeni – opowiadał mi potem Stiepan Trofimowicz – nic nie rozumiałem i pamiętam, jak monotonnie powtarzałem:

Wiek i Wiek i Lew Kambek Lew Kambek i wiek i wiek...

i diabli wiedzą co jeszcze, aż do samej Moskwy. W Moskwie dopiero oprzytomniałem. Przyjaciele moi! – wykrzykiwał niekiedy w natchnieniu. – Wyobrazić sobie nie możecie, jaka złość i smutek chwytają duszę, kiedy wielką ideę, czczoną od dawna, chwycą niegodni i wytaszczą do takich samych jak i oni głupców, na ulicę i nagle spotykacie ją zmienioną nie do poznania, w błocie, rozpatrywaną bezmyślnie, pod niewłaściwym kątem widzenia, bez harmonii, widzicie, że stała się zabawką w rękach głupich dzieci. Nie, tego nie było w naszych czasach i nie takie były nasze dążenia. Nie, nie, zupełnie nie takie. Niczego poznać teraz nie mogę. Ale nastaną znowu nasze czasy i wszystko to, co jest obecnie chwiejne, znajdzie znowu mocny punkt oparcia. Cóż bowiem stałoby się w przeciwnym razie...?”

VII

Natychmiast po powrocie z Petersburga Barbara Pietrowna wysłała swego przyjaciela za granicę na odpoczynek. Czuła, że muszą się na pewien czas rozstać. Stiepan Trofimowicz zgodził się z zachwytem na wyjazd: „Tam ożyję – wykrzykiwał – tam wreszcie zabiorę się do pracy naukowej”. Ale już pierwsze listy z Berlina pisane były na zwykłą nutę:

Mam zrujnowane serce, niczego nie mogę zapomnieć. Tu w Berlinie przypomniała mi się cała moja przeszłość, pierwsze zachwyty i pierwsze udręki. Gdzie jest ona? Gdzie są one obie? Gdzie jesteście, dwa anioły, których nigdy nie byłem wart. Gdzie jest mój syn, mój ukochany syn? Gdzie wreszcie jestem ja sam, dawniejszy, niezachwiany jak skała, jeżeli teraz byle jaki Andriejew, prawosławny brodaty błazen, peut briser mon existence en deux [Peut briser mon existence en deux (fr.) – może zrujnować moje życie.] – i tak dalej...

Co się tyczy syna Stiepana Trofimowicza, to widział on go w życiu wszystkiego dwa razy, raz, kiedy się chłopak urodził, a drugi raz niedawno w Petersburgu, gdzie młody człowiek wstępował na uniwersytet. Przez całe swoje życie chłopiec wychowywał się u ciotek w zapadłej guberni, przy czym Barbara Pietrowna płaciła za jego utrzymanie. Co się zaś tyczy Andrejeffa, to jest po prostu Andriejewa, to był to tutejszy kupiec, sklepikarz, wielki dziwak, archeolog-samouk i namiętny zbieracz starożytności rosyjskich. Ten szanowany kupiec, z siwą brodą i w wielkich srebrnych okularach, nie dopłacił Stiepanowi Trofimowiczowi czterystu rubli za kupione w jego mająteczku (leżącym w sąsiedztwie ze Skworesznikami) kilka dziesięcin lasu na wyrąb.

Chociaż Barbara Pietrowna, wysyłając swego przyjaciela do Berlina, dała mu dosyć pieniędzy, to na te czterysta rubli przed wyjazdem Stiepan Trofimowicz szczególnie liczył, gdyż były mu zapewne potrzebne na osobiste wydatki i prawie się rozpłakał, gdy Andriejew poprosił o miesięczną zwłokę, mając zresztą do tego zupełne prawo, gdyż poprzednie raty wpłacił prawie pół roku naprzód.

Barbara Pietrowna z chciwością przeczytała ten pierwszy list, podkreśliła ołówkiem okrzyk: „Gdzie jesteście obie?”, oznaczyła numerem i schowała do szkatułki. Zrozumiała, że Stiepan Trofimowicz miał na myśli swoje obie nieboszczki żony. W drugim liście, wysłanym również z Berlina, pisał:

Pracuję po dwanaście godzin na dobę (żeby chociaż po jedenaście, zamruczała Barbara Pietrowna), grzebię w bibliotekach, robię wyciągi i biegam. Byłem u profesorów, odnowiłem dawną znajomość z rodziną Dundasowów. Jaka ładna jest Nadieżda Nikołajewna jeszcze i teraz. Pani zasyła ukłony. W Berlinie jest też jej młody mąż i trzech siostrzeńców. Rozmawiamy z młodzieżą często aż do świtu; są to prawie ateńskie wieczory, rozumie się, ze względu na ich subtelność i wytworność. Wszystko jest tam szlachetne: dużo muzyki, melodie hiszpańskie, marzenia o ogólnoludzkim odrodzeniu, ideał wiecznego piękna, Madonna Sykstyńska, światło przerywane ciemnościami, ale przecież i na słońcu są plamy. O, przyjaciółko moja, szlachetna wierna przyjaciółko! Sercem jestem przy pani, z panią jedyną „en tout pays” i nawet „dans le pays de Makar et ses veaux [En tout pays… dans le pays de Makar et ses veaux (fr.) – wszędzie... w kraju Makara i jego cieląt.]”, o którym tak często mówiliśmy ze sobą przed wyjazdem do Petersburga. Uśmiecham się do wspomnień. Przekroczywszy granicę, uczułem się bezpieczny, uczucie dziwne, nowe, po raz pierwszy po tylu latach...

– Wszystko to są bzdury – zadecydowała Barbara Pietrowna, składając ten list. – Jeżeli do świtu przeciągają się ateńskie wieczory, to kiedy po dwanaście godzin ślęczy nad książkami. Czyżby pisał po pijanemu? I ta Dundasowa ośmieliła się przesłać mi ukłony? Zresztą, niech się bawi...

Zdanie dans le pays de Makar et ses veaux miało oznaczać po prostu francuski odpowiednik powiedzenia: „dokąd Makar swych cieląt nie wyganiał...”. Stiepan Trofimowicz umyślnie w najgłupszy sposób tłumaczył rosyjskie przysłowia na język francuski, uważając taki sposób tłumaczenia za dowcipny.

Lecz bawił tam już niedługo, przed upływem czterech miesięcy wrócił do Skworesznik. Ostatnie jego listy były pełne głębokiej miłości dla nieocenionej przyjaciółki i dosłownie były zalane łzami rozłąki. Są natury silnie przywiązujące się do miejsca zamieszkania, jak pieski pokojowe. Spotkanie przyjaciół było uroczyste. Ale po upływie dwóch dni wszystko wróciło do dawnego trybu i nawet było nudniej niż przedtem.

„Mój przyjacielu – mówił mi Stiepan Trofimowicz w wielkim sekrecie – mój przyjacielu, zrozumiałem obecnie straszną dla siebie rzecz. Je suiszwykły pieczeniarz et rien de plus! Mais r-r-rien de plus! [Je suis... et rien de plus! Mais r-r-rien de plus! (fr.) – jestem... i nikim więcej! Naprawdę nikim więcej!]”

VIII

Po tym wybuchu nastąpił spokój, który trwał całe dziewięć lat. Regularnie co pewien czas Stiepan Trofimowicz łkał histerycznie na moim ramieniu, ale to nie zakłócało ogólnego spokoju. Dziwię się, jak przy takim trybie życia Stiepan Trofimowicz nie utył. Ale tylko nos mu poczerwieniał i przybyło mu powagi.

Powoli wokół niego utworzyło się koło przyjaciół, zawsze zresztą nieliczne. Barbara Pietrowna mało interesowała się tym kołem, ale była uważana za jego opiekunkę. Po petersburskiej historii nie wyjeżdżała zupełnie, zimą mieszkała w mieście, a latem w swoim podmiejskim majątku. Nigdy zresztą nie wywierała ona większego wpływu na towarzyskie życie naszej guberni, niż w ciągu ostatnich siedmiu lat, to jest aż do chwili, kiedy wyznaczono nam nowego gubernatora.

Poprzedni gubernator, jej bliski krewny, był kiedyś przez nią hojnie obdarowany. Żona jego drżała na samą myśl, że może uczynić coś wbrew woli Barbary Pietrowny, a cześć, jaką jej oddawało najlepsze towarzystwo w guberni, miała w sobie po prostu coś grzesznego. Dzięki takiemu stanowi rzeczy Stiepanowi Trofimowiczowi też się dobrze powodziło. Był on członkiem klubu, przegrywał w karty, cieszył się szacunkiem, chociaż wielu traktowało go tylko jako „uczonego”. Później, kiedy Barbara Pietrowna pozwoliła mu mieszkać w oddzielnym domu, miał jeszcze większą swobodę. Zbierali się u niego raz lub dwa razy na tydzień i prawie zawsze było bardzo wesoło, szczególnie gdy nie żałował nam szampana. Wino brało się w sklepie u tegoż Andriejewa. Barbara Pietrowna płaciła rachunki co pół roku, a dni te musiał Stiepan Trofimowicz okupywać atakami choleryny.

Najdawniejszym członkiem naszego grona był Liputin, urzędnik gubernialny, człowiek już niemłody, wielki liberał i znany w mieście jako ateista. Był on już po raz drugi żonaty, tym razem z młodą, ładną i posażną kobietą, miał też trzy dorastające córki. Cała rodzina żyła w zupełnym odosobnieniu. Liputin był skąpy do granic i z pensji urzędniczej zdołał sobie kupić dom i uzbierać spory kapitalik. Był to jednak człowiek niespokojny, w dodatku na niewielkim stanowisku mało był szanowany i rzadko kto go przyjmował. Prócz tego wiedziano o nim, że jest wielkim plotkarzem, niejednokrotnie dotkliwie ukaranym, raz przez pewnego oficera, a drugi – przez powszechnie szanownego obywatela, ojca rodziny. Ale nam się podobał jego bystry umysł, ciekawość i złośliwy humor. Barbara Pietrowna nie lubiła go, ale on zawsze umiał się jej jakoś przypochlebić.

Nie lubiła ona też Szatowa, który stał się członkiem naszego koła dopiero w ciągu ostatniego roku. Szatow przedtem był studentem, ale za jakąś awanturę został wydalony z uniwersytetu. W dzieciństwie był uczniem Stiepana Trofimowicza, a urodził się w majątku Barbary Pietrowny i był synem jej zmarłego lokaja Pawła Fiodorowa, chłopa pańszczyźnianego. Barbara Pietrowna nie znosiła Szatowa za jego dumę, za to, że nie okazywał jej wdzięczności za darowaną mu wolność, i nie mogła mu przebaczyć, że po wydaleniu z uniwersytetu nie przyjechał do niej natychmiast, a nawet nie odpowiedział na list, który do niego wysłała, a wolał uczyć dzieci jakiegoś tam kupca.

Z rodziną tego kupca wyjechał za granicę raczej w charakterze piastuna dzieci, niż guwernera, ale na nic nie zważał, pragnąc gorąco wyjechać z kraju. Wkrótce przed wyjazdem przyjęto do dzieci guwernantkę, dzielną panienkę, głównie ze względu na małą opłatę, jaką pobierała.

Po upływie dwóch miesięcy kupiec wygnał ją za jej „wolnomyślicielstwo”. Szatow wtedy także opuścił dom kupca i ożenił się z nią w Genewie. Żyli ze sobą wszystkiego może trzy tygodnie, a później rozstali się, jak wolni, niczym niezwiązani ze sobą ludzie, prawdopodobnie głównie wskutek biedy, która im dokuczała. Przez długi wówczas później Szatow wałęsał się po Europie i żył nie wiadomo z czego. Opowiadano, że czyścił na ulicach buty, a w jakimś mieście portowym był tragarzem. Wreszcie, rok temu wrócił do nas, do swego rodzinnego gniazda i zamieszkał razem ze starą ciotką, którą zresztą po miesiącu pochował. Z siostrą swoją Darią, także wychowanką Barbary Pietrowny i jej obecną faworytką, komunikował się bardzo rzadko.

Wśród nas był zwykle posępny i milczący, z rzadka jednak, gdy wspominano o jego przekonaniach, rozdrażniał się chorobliwie i nie umiał wtedy powściągnąć języka. „Szatowa trzeba wprzód związać, a później prowadzić z nim dyskusję” – żartował Stiepan Trofimowicz, lecz lubił go bardzo. Podczas pobytu za granicą stał się wyznawcą innych, krańcowo odmiennych idei.

Był on jedną z tych rosyjskich natur, którą nagle zawładnie jakaś silna idea i opanuje czasami na zawsze. Poradzić sobie z nią nie umieją, a wierzą w nią namiętnie. Całe pozostałe ich życie upływa jakby w śmiertelnych drgawkach pod przytłaczającym ich kamieniem wielkiej idei.

Powierzchowność Szatowa zupełnie odpowiadała jego przekonaniom: był to niezgrabny, niskiego wzrostu, barczysty blondyn o grubych wargach, bardzo gęstych jasnych brwiach, nasępionym czole i niecierpliwych, opuszczonych, jakby wstydzących się czegoś oczach. We włosach sterczał mu zawsze czub, który nie dawał się zaczesać. Mógł mieć lat dwadzieścia siedem lub dwadzieścia osiem.

„Nie dziwię się wcale, że go żona porzuciła – powiedziała kiedyś Barbara Pietrowna, przyglądając się mu bacznie. Ubierał się starannie i czysto, chociaż był bardzo biedny. Do Barbary Pietrowny teraz też się nie zwrócił o pomoc, zajmował się byle czym, kiedyś sprzedawał w sklepie, to znów miał okrętem odwieźć towar, ale przed samym wyjazdem zachorował. Trudno sobie nawet wyobrazić biedę, jaką miał znosić, nie myśląc o tym zupełnie. Kiedy wyzdrowiał, Barbara Pietrowna posłała mu anonimowo sto rubli. On jednak dowiedział się o tym, pomyślał, pieniądze przyjął i poszedł Barbarze Pietrownie podziękować. Ta serdecznie go przyjęła, ale i teraz zawiodła się na nim okrutnie: siedział jakieś pięć minut, milcząc i tępo spoglądając na podłogę, cały ten czas głupio się uśmiechał i nagle, w najciekawszym miejscu rozmowy wstał, niezgrabnie się ukłonił, strasznie zawstydził, potknął się, przewrócił stolik do robót ręcznych i wyszedł ledwie żywy. Liputin robił mu później wyrzuty, że nie odrzucił wtedy z pogardą tych stu rubli i że nie tylko je przyjął, ale poszedł jeszcze dziękować. Szatow mieszkał sam na krańcu miasta i nie lubił, gdy ktoś przychodził go odwiedzać. Ale do Stiepana Trofimowicza przychodził regularnie i pożyczał u niego książki i gazety.

Wieczorem do Stiepana Trofimowicza przychodził jeszcze jeden młody człowiek, pewien Wirgiński, tutejszy urzędnik, ujawniający pewne podobieństwo do Szatowa, chociaż pozornie różnił się od niego pod każdym względem. Był to godny pożałowania, ogromnie cichy młody człowiek, lat koło trzydziestu, bardzo wykształcony, lecz samouk. Był biedny, żonaty, pracował i utrzymywał ciotkę i siostrę swojej żony. Małżonka jego i pozostałe panie nie były bynajmniej zacofane, ale postępowe idee przybierały u nich pewien grubiański charakter, tak że tu właśnie można by było zastosować zdanie Stiepana Trofimowicza, wypowiedziane zresztą w innych okolicznościach o „ideach, które dostały się na ulicę”.

Wszystkie swoje poglądy czerpały one z książek i gotowe były wyrzucić przez okno wszystko, czego by od nich zażądały postępowe koła naszej stolicy. Pani Wirgińska pracowała w naszym mieście jako akuszerka, zaś za czasów panieńskich mieszkała przez długi czas w Petersburgu. Sam Wirgiński był człowiekiem nadzwyczaj prawego serca i rzadko miałem sposobność spotkać równie uczciwego człowieka. „Nigdy nie zaprę się moich jasnych nadziei” – mówił mi z błyszczącymi oczami. O „jasnych nadziejach” mówił zawsze cicho, półszeptem i tajemniczo. Był on dosyć wysokiego wzrostu, ale bardzo chudy, wąski w ramionach i miał nadzwyczajnie rzadkie, rudawe włoski. Ogromnie łagodnie znosił on kpiny Stiepana Trofimowicza z niektórych swoich twierdzeń, ale czasami odpowiadał mu tak poważnie, że w wielu wypadkach Stiepan Trofimowicz nie umiał znaleźć odpowiedzi. Stiepan Trofimowcz traktował go przychylnie, zresztą, odnosił się do nas wszystkich prawdziwie po ojcowsku.

– Wszyscy jesteście „niedowarzeni” – żartobliwie mówił Wirgińskiemu – chociaż w panu, Wirgiński, nie zauważyłem tego ograniczenia myślowego, które spotykałem w Petersburgu chez ces séminaristes [Chez ces séminaristes (fr.) – u seminarzystów.]. Szatow chciałby się spośród was wyróżnić, ale i on jest niedowarzony.

– A ja? – pytał Liputin.

– Pan reprezentuje po prostu złoty środek, który wszędzie sobie da radę... po swojemu.

Liputin obrażał się.

O Wirgińskim opowiadano, i niestety była to prawda, że żona jego po niecałym roku pożycia małżeńskiego, nagle dała mu odprawę i oświadczyła, że woli Lebiadkina. Ten Lebiadkin, bawiący tu przejazdem, okazał się później jakąś podejrzaną osobistością i wcale nie był byłym kapitanem sztabowym, jak sam siebie tytułował. Umiał on tylko kręcić wąsa, upijać się i wygadywać największe głupstwa, jakie sobie tylko można wyobrazić. Człowiek ten w bezceremonialny sposób wprowadził się do Wirgińskich, zadowolony, że będzie mógł bez przeszkód i za darmo jeść i spać u nich. W końcu i gospodarza zaczął traktować z góry. Zapewniali, że Wirgiński, gdy mu żona dawała odprawę, miał jej powiedzieć: „Moja droga, dotąd kochałem cię tylko, ale teraz dopiero szanuję”. Wątpliwe mi się jednak wydaje, aby miał wygłosić takie starorzymskie zdanie, bardziej wierzę innej pogłosce, że głośno się wtedy rozpłakał. W dwa tygodnie po tej scenie cała „rodzina” wyjechała za miasto na wycieczkę ze znajomymi. Wirgiński był cały czas jakoś nerwowo podniecony i brał udział w tańcach. Nagle bez żadnego bezpośredniego powodu chwycił tańczącego solo kankana olbrzymiego Lebiadkina obiema rękoma za włosy, nachylił go i wlókł po ziemi, krzycząc i płacząc. Olbrzym zląkł się do tego stopnia, że nie bronił się wcale i milczał, ale później obraził z całym zapałem szlachetnego człowieka. Całą noc później błagał Wirgiński żonę na kolanach, by mu przebaczyła, ale przebaczenia nie uzyskał, gdyż nie zgodził się przeprosić Lebiadkina; prócz tego wytknięto mu ubóstwo pojęć i głupotę, ostatnią dlatego, że stał przed żoną na kolanach.

Zaś kapitan sztabowy wkrótce wyjechał i zjawił się dopiero znacznie później ze swoją siostrą i z zupełnie innymi zamiarami; ale o tym później. Nic dziwnego, że Wirgiński, nieszczęśliwy w życiu rodzinnym, szukał ulgi w naszym towarzystwie. Zresztą o domowych swoich sprawach nigdy z nami nie rozmawiał. Raz tylko, wracając ze mną od Stiepana Trofimowicza, napomknął o swoim położeniu, ale zaraz schwycił mnie za ramię i gwałtownie wykrzyknął:

– To nic, bo tylko pojedynczy wypadek, to ani trochę nie może zaszkodzić „ogólnej sprawie”.

Przychodzili na nasze zebrania i przypadkowi goście; przychodził Żydek Lamszyn, przychodził kapitan Kartuzow. Przychodził też przez krótki czas miłujący wiedzę staruszek, ale umarł. Liputin przyprowadził kiedyś zesłańca, księdza Słonczewskiego, którego przez pewien czas przyjmowano ze względów zasadniczych, ale później przestano przyjmować.

IX

Przez pewien czas opowiadano w mieście, że koło nasze jest rozsadnikiem wolnomyślicielstwa, rozpusty i ateizmu, zresztą zawsze mówiono tak o nas, a tymczasem myśmy czas spędzali na miłej, prawdziwie rosyjskiej, wesołej, liberalnej gadaninie. „Wzniosły liberalizm’’ i „wzniosły liberał”, to jest bez żadnego określonego celu, możliwe są tylko w Rosji.

Stiepanowi Trofimowiczowi, jak zresztą każdemu dowcipnemu człowiekowi, potrzebny był słuchacz, zresztą potrzebna mu była również świadomość, że spełnia wzniosły obowiązek, szerząc szlachetne idee. A wreszcie, trzeba było przecież z kimś pić szampana i przy winie podzielić się wesolutkimi myślami o Rosji, o Bogu w ogóle i o „rosyjskim Bogu” w szczególności, powtórzyć po raz setny znane wszystkim dokładnie sensacyjne anegdotki. Chętnie przysłuchiwaliśmy się również miejskim ploteczkom i nasza opinia w tych sprawach była surowa i wysoce moralna. Poruszaliśmy też ogólnoludzkie tematy, zastanawialiśmy się nad przyszłym losem Europy i człowieka; uczenie przepowiadaliśmy, że po upadku cesarstwa Francja stanie się od razu drugorzędnym państwem i byliśmy przekonani, że się to może stać bardzo prędko i łatwo. Papieżowi wyznaczyliśmy rolę zwykłego duchownego w zjednoczonych Włoszech i byliśmy najzupełniej przekonani, że cała ta tysiącletnia kwestia jest bagatelką w naszym stuleciu humanizmu, przemysłu i kolei żelaznych. Ale przecież „wzniosły rosyjski liberalizm” nie może mieć do żadnej sprawy innego stosunku.

Stiepan Trofimowicz mówił czasami o sztuce bardzo ciekawie, tylko z lekka oderwanie. Wspominał czasami swoich przyjaciół z młodych lat, byli to wszystko ludzie, którzy odegrali poważną rolę w historii naszego rozwoju – wspominał ich ze wyruszeniem i czcią, ale i z pewną zazdrością. Kiedy się nam przykrzyło, Żydek Lamszyn (trzeciorzędny urzędniczyna pocztowy) grał na fortepianie, a w przerwach naśladował świnię, burzę, poród z pierwszymi krzykiem dziecka i tak dalej; po to zresztą był zapraszany. A gdyśmy byli bardzo podpici, co nam się też zdarzało, chociaż niezbyt często, to wpadaliśmy w zachwyt i nawet raz chórem, przy akompaniamencie Lamszyna, odśpiewaliśmy Marsyliankę, tylko nie wiem, czy dobrze wypadło. W wielki dzień dziewiętnastego lutego spotkaliśmy się i uroczyście, już nawet dużo wcześniej wznosiliśmy z tej okazji toasty. Już bardzo dawno, kiedy nie było jeszcze z nami ani Szatowa, ani Wirgińskiego i Stiepan Trofimiowicz mieszkał w jednym domu z Barbarą Pietrowną, krótko przed tym wielkim dniem, Stiepan Trofimowicz mruczał sobie znane, lecz trochę nienaturalne wiersze, ułożone prawdopodobnie przez jakiegoś liberała:

Idą chłopi i niosą topory, Szykuje się coś strasznego.

Zdaje się, że coś w tym rodzaju, dosłownie nie pamiętam. Barbara Pietrowna usłyszała to kiedyś, krzyknęła „Bzdury, bzdury!” i wyszła ze złością. Obecny przy tym Liputin zjadliwie zauważył:

– A byłoby przykro, gdyby rzeczywiście dawni chłopi pańszczyźniani wyrządzili jakąś nieprzyjemność swoim panom.

I przesunął wskazującym palcem po szyi.

– Cher ami [Cher ami (fr.) – drogi przyjacielu.] – jowialnie zauważył Stiepan Trofimowicz – proszę mi wierzyć, że to (powtórzył gest wokół szyi), że to nie przyniesie pożytku ani naszym obywatelom, ani nam wszystkim w ogóle. My i bez głów nic nie potrafimy zrobić, chociaż właśnie nasze głowy najbardziej przeszkadzają nam cokolwiek rozumieć.

Zwrócę uwagę, że wielu z nas przypuszczało, że w dzień ogłoszenia manifestu stanie się u nas coś niezwykłego, coś w tym rodzaju, jak przepowiadał Liputin i wszyscy tak zwani znawcy narodu i państwa. Zdaje się, że i Stiepan Trofimowicz był tego samego zdania, gdyż nagle w przeddzień wielkiego dnia zaczął prosić Barbarę Pietrownę, by mu pozwoliła wyjechać za granicę, słowem, zaniepokoił się. Ale minął wielki dzień, minęło jeszcze trochę czasu i na wargach Stiepana Trofimowicza ukazał się znowu wyniosły uśmiech. Wygłosił przed nami kilka cennych uwag o charakterze rosyjskiego człowieka w ogóle i rosyjskiego chłopa w szczególności.

– Zbytnio pośpieszyliśmy się z naszymi chłopami – kończył jedno ze swoich godnych uwagi przemówień – myśmy uczynili ich modnymi, literatura kilka lat z rzędu obchodziła się z chłopami jak z jajkiem. Nakładaliśmy laurowe wieńce na zawszone głowy. Wieś rosyjska w ciągu całego tysiąclecia dała nam jeden taniec kamaryński. Pewien zdolny rosyjski poeta, niepozbawiony przy tym humoru, zobaczywszy po raz pierwszy na scenie wielką Rachel, krzyknął w zachwycie: „Nie zmienię Rachel na chłopa!”. Ja gotów jestem pójść dalej: wszystkich rosyjskich chłopów oddam za jedną Rachel. Czas zacząć trzeźwo patrzeć i nie mieszać swojskiego dziegcia do bouquet de l’impératrice [Bouquet de l’impératrice (fr.) – bukiet cesarzowej (nazwa perfum).].

Liputin zgodził się z nim natychmiast, ale zauważył, że w tym okresie konieczne było nawet wbrew przekonaniom pochwalić trochę chłopka, że nawet wielkie damy zalewały się łzami, czytając Nieboraka Antoniego, a niektóre z nich pisały nawet z Paryża do Rosji do swoich zarządzających, by jak można najłagodniej traktowali chłopów. Zdarzyło się jednak, że i w naszej guberni w odległości piętnastu wiorst od Skworesznik zaszło jakieś nieporozumienie, tak że nawet w pośpiechu wysłano oddział wojaka. Tym razem Stiepan Trofimowicz tak się przeraził, że i nas nastraszył. Krzyczał w klubie, że wojska trzeba więcej, że należy telegraficznie zawezwać je z sąsiedniego powiatu: pobiegł do gubernatora i zapewniał, że on nic nie wie, prosił, żeby ze względu na stare czasy nie mieszano go w tę sprawę i proponował, by gubernator natychmiast napisał do Petersburga o tym jego oświadczeniu. Dobrze, że cała sprawa została szybko zlikwidowana, ale zdziwiło mnie ogromnie ówczesne postępowanie Stiepana Trofimowicza.

Jak wiadomo, trzy lata później zaczęto mówić o sprawach narodowościowych i zrodziła się nawet w tej sprawie „opinia społeczna” – Stiepan Trofimowicz śmiał się wtedy wiele.

– Przyjaciele moi – pouczał nas – jeżeli rzeczywiście u nas sprawa narodowościowa zaczęła „kiełkować”, jak zapewniają nas pisma, to siedzi ona jeszcze w szkole, w ludowej niemieckiej szkole, uczy się z niemieckiego podręcznika, a nauczyciel-Niemiec karci ją, jeśli na to zasługuje. Uważam to za bardzo dobre, że nauczycielem jest Niemiec, ale za najbardziej prawdopodobne uważam, że się w ogóle nic nie stało, nic nie zaczęło kiełkować i wszystko dzieje się, jak się działo dawniej pod boską opieką. I według mego zdania, dla Rosji jest to zupełnie wystarczające, pour notre sainte Russie [Pour notre sainte Russie (fr.) – dla naszej świętej Rosji.]. Prócz tego te wszystkie panslawizmy i sprawy narodowościowe są zbyt stare, by mogły się wydawać aktualne. Poczucie narodowości nigdy się zresztą u nas inaczej nie przejawiało, jak w formie knowań panów i w dodatku moskiewskich. Rozumie się, że nie mówię o czasach księcia Igora. A wszystko to jest skutkiem próżniactwa. U nas wszystko jest skutkiem próżniactwa. Wszystko jest skutkiem miłego, pańskiego, kulturalnego próżniactwa. I to wszystko, o czym teraz tak wiele mówią, o pojawieniu się opinii społecznej – spadło tak ni stąd ni zowąd z nieba? Czyżby nie rozumieli, że na to, by mieć w jakiejś sprawie wyrobione zdanie, potrzebna jest praca, własna praca i własna praktyka. Za darmo nigdy się nic nie otrzyma. Gdy będziemy pracowali, wtedy i własne przekonania mieć będziemy. A wobec tego, że my nigdy nie będziemy pracowali, to i decydować za nas będą ci, którzy dotychczas pracowali, to jest ciągle ta sama Europa, ci sami Niemcy – nasi nauczyciele od dwustu lat. Prócz tego Rosja jest zbyt wielkim nieporozumieniem, żebyśmy sami bez Niemców i bez pracy mogli je wyjaśnić. Upływa już dwadzieścia lat od czasu, jak biję w dzwony na trwogę i wzywam do pracy. Całe życie temu poświęciłem i, szaleniec, wierzyłem w potrzebę tego. Teraz już nie wierzę, lecz biję w dzwony i bić będę aż do śmierci, aż uderzą w dzwony kościelne nad moją trumną!

Niestety, myśmy tylko mu potakiwali. Biliśmy mu brawo i to z wielkim zapałem. A cóż, czy i dzisiaj na każdym kroku nie można usłyszeć takich „miłych”, „mądrych” i „liberalnych” starych rosyjskich bredni?

Mistrz nasz wierzył w Boga.

„Nie rozumiem, dlaczego ze mnie robią bezbożnika? – mówił czasami. – W Boga wierzę, mais distinguons [Mais distinguons (fr.) – trzeba oddzielić.] wiarę od wiary, wierzę w Niego jako Istotę uświadamiającą Siebie wyłącznie we mnie. Nie mogę przecież, jak moja Nastazja (służąca) lub jakiś pan, wierzący «na wszelki wypadek», lub jak nasz miły Szatow – zresztą nie, Szatow się nie liczy, on wierzy pod przymusem, jako słowianofil moskiewski. Co się zaś tyczy chrześcijaństwa, to chociaż je szczerze szanuję, to nie uważam siebie za chrześcijanina. Prędzej jestem poganinem, jak wielki Goethe lub starożytny Grek. I chociażby tylko dlatego, że chrześcijaństwo nie zrozumiało kobiety, o czym tak świetnie mówi George Sand w jednej ze swoich genialnych powieści – zniechęca mnie. A że nie spełniam praktyk religijnych, to kogo to może obchodzić? Bez względu na to, co będą mówili, nie stanę się jezuitą. W czterdziestym siódmym roku Bieliński, będąc za granicą, posłał Gogolowi list, w którym ostro mu wyrzucał, że wierzy „w jakiegoś tam Boga”. Entre nous soit dit [Entre nous soit dit (fr.) – Przypuśćmy tak.], nie mogę sobie wyobrazić nic bardziej komicznego od tej chwili, kiedy Gogol (oczywiście ówczesny Gogol) przeczytał to zdanie i... cały list!

Ale pominąwszy śmieszną stronę tego wszystkiego, wobec tego, że z istotą sprawy tej się godzę, to wam powiem: to byli ludzie! Umieli oni kochać swój naród, umieli wszystko dla niego poświęcić, ale w pewnych sprawach umieli się mu przeciwstawić. Nie mógł przecież Bieliński szukać zbawienia w oleju i rzodkwi z grochem”.

Następnie zabierał głos Szatow.

– Nigdy ci ludzie nie kochali swego narodu i nic dla niego nie poświęcili, jak to sobie wyobrażali, samym sobie ma pociechę – ponuro mruczał, wiercąc się na krześle.

– Oni narodu swego nie kochali! – lamentował Stiepan Trofimowicz. – Ach, jak oni kochali Rosję!

– Ani Rosji, ani swego narodu! – krzyczał Szatow z iskrzącymi się oczami. – Nie można kochać tego, czego się wcale nie zna, a oni o narodzie rosyjskim nic nie wiedzieli. Wszyscy oni, i pan wraz z nimi, a Bieliński najbardziej, na naród rosyjski spoglądali przez palce, nie dostrzegając go, co wyraźnie widać z listu do Gogola. Bieliński zupełnie tak samo jak bohater bajki Kryłowa, nie zauważył słonia, a całą swoją uwagę skierował na drobne francuskie sprawy społeczne i na tym skończył. Mało tego, żeście narodu nie spostrzegli, wyście się do niego odnosili z obrzydliwą pogardą, gdyż uważaliście, że jedynym narodem są Francuzi i to tylko paryżanie, i wstydziliście się, że naród rosyjski jest inny. I to jest zupełna prawda. A dla kogo nie istnieje naród, dla tego też nie istnieje Bóg! Możecie być pewni, że wszyscy ci, którzy przestają rozumieć swój własny naród, tracą wiarę swych ojców i stają się albo ateistami, albo obojętnymi. Dobrze mówię! To są fakty, które znajdują potwierdzenie. Oto dlaczego wy wszyscy i my wszyscy teraz jesteśmy albo obrzydliwymi ateistami, albo rozpustną, obojętną hołotą i nic więcej. I pana, Stiepanie Trofimowiczu, zupełnie nie wykluczam, przeciwnie, głównie do pana wszystko to kierowałem, wiedz pan o tym!

Zwykle po wygłoszeniu takiego monologu (a zdarzało mu się to dość często) Szatow chwytał swoją czapkę i pędził do drzwi, będąc przekonanym, że teraz już się wszystko skończyło, że już na zawsze zerwał przyjacielskie stosunki ze Stiepanem Trofimowiczem, ale ten ostatni zdążył go zawsze w porę zatrzymać.

– Czyż nie lepiej pogodzić się, Szatow, po tym miłym przemówieniu? – mówił Stiepan Trofimowicz, wyciągając do niego rękę.

Niezgrabny i nieśmiały Szatow nie lubił czułości. Był to człowiek z pozoru tylko ostry i gwałtowny, a w istocie było to najdelikatniejsze stworzenie na świecie. Chociaż tracił czasami w swoich przemówieniach miarę, to sam jednak bardziej od innych nad tym cierpiał. Pomrukując więc coś w odpowiedzi i podreptawszy w miejscu jak niedźwiedź, nagle zupełnie nieoczekiwanie uśmiechał się, odkładał czapkę i siadał na poprzednim miejscu, uporczywie patrząc na podłogę.

Rozumie się, że przynoszono zaraz wino i Stiepan Trofimowicz wygłaszał jakiś odpowiedni toast, poświęcony, na przykład, pamięci jednego z byłych działaczy.


Wiemy, na przykład, że przesąd o Bogu ma swe źródło w strachu przed piorunem i błyskawicą – znowu wyrwała się studentka, wskazując prawie oczami na Stawrogina. – Jest wszystkim wiadome, że pierwotni ludzie, bojąc się pioruna i błyskawicy ukorzyli się przed niewidzialnym wrogiem w poczuciu swej słabości. Lecz w jaki sposób powstał przesąd o rodzinie? W jaki sposób mogła powstać rodzina?

Stawrogin – powiedziała gospodyni – nim pan przyszedł, mówiono tu wiele o prawach rodziny – oto ten oficer... – wskazała na swego krewnego, majora. – Rozumie się, że nie będę pana niepokoiła poruszaniem takiego starego, dawno rozwiązanego zagadnienia. Lecz skąd jednak mógł się wziąć przesąd o prawach i obowiązkach rodziny, w tej formie, w jakiej teraz istnieje? Oto pytanie. Jakie jest pańskie zdanie? – Jak to skąd mógł się wziąć? – spytał Stawrogin. – Wiemy, na przykład, że przesąd o Bogu ma swe źródło w strachu przed piorunem i błyskawicą – znowu wyrwała się studentka, wskazując prawie oczami na Stawrogina. – Jest wszystkim wiadome, że pierwotni ludzie, bojąc się pioruna i błyskawicy ukorzyli się przed niewidzialnym wrogiem w poczuciu swej słabości. Lecz w jaki sposób powstał przesąd o rodzinie? W jaki sposób mogła powstać rodzina?

– Stawrogin – powiedziała gospodyni – nim pan przyszedł, mówiono tu wiele o prawach rodziny – oto ten oficer... – wskazała na swego krewnego, majora. – Rozumie się, że nie będę pana niepokoiła poruszaniem takiego starego, dawno rozwiązanego zagadnienia. Lecz skąd jednak mógł się wziąć przesąd o prawach i obowiązkach rodziny, w tej formie, w jakiej teraz istnieje? Oto pytanie. Jakie jest pańskie zdanie?

Pan Szygalew zbyt poważnie traktuje całą sprawę i jest zbyt skromny. Znam jego książkę. Proponuje w niej jako konieczne rozstrzygnięcie zagadnienia – podział ludzkości na dwie nierówne części. Jedna dziesiąta część otrzymuje wolność osobistą i nieograniczoną władzę nad pozostałymi dziewięcioma dziesiątymi. Ci ostatni powinni zatracić swoją osobowość i stać się czymś w rodzaju stada i dzięki bezgranicznemu posłuszeństwu osiągnąć przez szereg odrodzeń pierwotną niewinność, coś w rodzaju raju, chociaż, zresztą, będą pracowali. Środki, proponowane przez autora, mające być przedsięwzięte w celu pozbawienia dziewięciu dziesiątych ludzkości woli i przeistoczenia w stado – są godne uwagi, oparte na przyrodniczych danych i za bardzo logiczne. Można się z pewnymi argumentami nie zgadzać, lecz nie można wątpić w rozum i znajomość rzeczy autora. Szkoda, że postawiony przez niego warunek jest niemożliwy do przyjęcia, gdyż w przeciwnym razie usłyszelibyśmy wiele ciekawych rzeczy. – Czy mówi pan poważnie? – zwróciła się do

– Niech pan posłucha, Stawrogin: zrównać góry – to dobra myśl, i wcale nie śmieszna. Ja jestem zwolennikiem Szygalewa! Nie trzeba wykształcenia, dosyć już nauki, starczy materiału na tysiąc lat, trzeba tylko, aby słuchali. Na świecie tylko tego jednego brak: posłuchu. Potrzeba wykształcenia jest potrzebą arystokratyczną. Ledwie utworzy się rodzina lub zjawi się miłość, a z nimi w parze przyjdzie poczucie własności. Zniszczymy to: rozpowszechnimy pijaństwo, plotki, donosicielstwo. Będziemy szerzyli niesłychaną dotychczas rozpustę; każdego geniusza przytłumimy w dzieciństwie. Wszystko sprowadzimy do jednego mianownika, zupełna równość. „Nauczyliśmy się rzemiosła, jesteśmy uczciwymi ludźmi, nie potrzeba nic innego” – oto co niedawno powiedzieli angielscy robotnicy. Niezbędnym jest tylko niezbędne, to będzie odtąd jedyną dewizą dla całej kuli ziemskiej. Lecz potrzebne jest urozmaicenie; o to postaramy się my, panujący. Niewolnicy muszą mieć panów. Całkowite posłuszeństwo, zupełna bezowocność, ale raz na trzydzieści lat pozwala się na urozmaicenie i wszyscy nagle zaczynają zjadać się nawzajem, rozumie się tak, by ilość zjedzonych nie przekraczała pewnej określonej liczby, i robi się to jedynie po to, by się nie przykrzyło. Nuda jest uczuciem arystokratycznym. W ustroju Szygalewa nie będzie pragnień. Pragnienia cierpienia są dla nas, a szygalewszczyzna dla niewolników.

Rosyjski Bóg zrezygnował. Lud jest pijany, matki pijane, dzieci pijane, cerkwie puste, a w sądach: „dwieście rózeg lub taszcz wiadro”. O, pozwólcie, by młode pokolenie dojrzało. Szkoda tylko, że nie ma czasu na czekanie, gdyż inaczej niechby się jeszcze więcej upijali. Ach, jaka szkoda, że nie ma proletariatu! Lecz będzie, będzie, do tego zdążamy..

Bywają zbrodnie naprawdę brzydkie. Zbrodnie, niezależnie od tego, czym są, stają się tym bardziej malownicze i imponujące, im więcej w nich grozy, im więcej krwi. Bywają jednak zbrodnie wstydliwe, hańbiące, które budzą przede wszystkim wstręt, pomimo całej przeraźliwości, zbrodnie, powiedzmy, zbyt mało wytworne...

O tym wypadku nie tylko pisano w gazetach, ale nawet zbierano u nas na nią składki. Sam dałem dwadzieścia kopiejek. I cóż? Okazuje się teraz, że żadnej takiej Tarapygin nie było! Sam chodziłem do domu ubogich dowiadywać się: o żadnej Tarapagin nic nie słyszano, a w dodatku jeszcze się tam obrażono, kiedy im powtórzyłem, jakie krążą pogłoski.

W każdym przejściowym okresie wypływa na powierzchnię ta hołota, która jest w każdym społeczeństwie, zjawia się ona nie tylko bez żadnego celu, ale bez pozoru jakiejkolwiek myśli i jest jedynie wyrazicielką powszechnie panującego niepokoju i zniecierpliwienia. A tymczasem ta hałastra, nie wiedząc o tym wcale, dostaje się pod rozkazy małej gromadki „przywódców”, którzy mają przed sobą określony cel i kierują tym śmiechem według swej woli, chyba że składają się wyłącznie z idiotów, co też się zdarza.