Wydawca: Amber Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 358 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Biel Helsinek - James Thompson

Inspektor Kari Vaara nie pracuje już w helsińskim wydziale zabójstw - został oddelegowany do kierowania tajną jednostką do walki z przestępczością zorganizowaną.Ta wiadomość poraża jego ukochaną żonę w dwa dni po narodzinach ich córeczki.

Lecz jest jeszcze gorsza wiadomość – u jej męża wykryto guza mózgu.

Ale Vaara się nie poddaje. Zaraz po operacji wraca do pracy.

Jego specgrupa robi porządki w mieście: włamują się do domów dilerów, odbierają gangsterom narkotyki, gotówkę i nielegalną broń.Popełniają przestępstwa, żeby zwalczać przestępstwa. Działają poza prawemi są nietykalni, nawet dla swojego bezpośredniego szefa - komendanta głównego policji.

Policyjna idylla kończy się jednak, gdy Vaara dostaje polecenie od samego ministra spraw wewnętrznych. Ma znaleźć sprawców zabójstwa deputowanej do Europarlamentu, „miłośniczki czarnuchów”. Tło najprawdopodobniej rasistowskie, bo jej odciętą głowę przesłano do organizacji somalijskich imigrantów...

Finlandia gotuje się od nienawiści, ksenofobiczne hasła skrajnej prawicy padają na podatny grunt, rośnie spirala politycznych zbrodni, a Vaara natrafia na kolejne sprzeczne tropy. I odkrywa, że zabójstwo eurodeputowanej wiąże się z niezakończonym śledztwem w sprawie porwania dzieci wpływowego miliardera, faustowskim paktem z byłym żołnierzem Legii Cudzoziemskiej, planami fińskich neonazistów… i z jego żoną - Kate.

Opinie o ebooku Biel Helsinek - James Thompson

Fragment ebooka Biel Helsinek - James Thompson

Strona redakcyjna

Redakcja stylistyczna

Dorota Kielczyk

Korekta

Renata Kuk

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Alexandre Cappellari/Arcangel Images

Tytuł oryginału

Helsinki White

Copyright © 2012 by James Thompson

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4753-3

Warszawa 2013. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Publikację elektroniczną przygotował:

Dedykacja

Mojemu synowi Christopherowi.

I, jak zwykle, Annukce.

Ze szczególnymi podziękowaniami dla neurologa,

doktora Jukki Turkki,

specjalisty od pourazowej rehabilitacji neurologicznej,

bez którego napisanie tej książki nie byłoby możliwe.

Prolog

Jest drugi maja, słoneczna niedziela, chłodny wiosenny wieczór. Spaceruję po śródmieściu, robię przegląd głównych deptaków. Ogródki przy barach są pełne, wszyscy pijani i szczęśliwi. Wczoraj było Vappu — pierwszy maja, powitanie wiosny, największe doroczne święto opilstwa — większość tych ludzi tankowała non stop, od rana do nocy, odkąd w piątek skończyła pracę. Poranne picie opóźnia kaca. W końcu trzeba będzie za to zapłacić, ale rzygać mogą jutro w robocie, na koszt firmy.

Zewsząd dobiega hałaśliwy śmiech. Staję pod zegarem przed głównym wejściem do domu towarowego Stockmanna, największego i najlepszego w mieście. Czasem robię tutaj zakupy, bo prawie zawsze mają to, czego chcę, i specjalizują się w markowych rzeczach, mimo że ceny, których żądają za komfort i jakość, to rozbój w biały dzień.

Zegar jest tradycyjnym miejscem spotkań, w samym centrum śródmieścia. To weszło już w zwyczaj. Ludzie mówią po prostu: „Spotkamy się pod zegarem”, i nic więcej nie trzeba dodawać. Ten punkt szczególnie przyciąga zakochanych. Czekam na Jyriego Ivala, komendanta głównego policji. Daleko nam do zakochanej pary. Nasze stosunki opisałbym jako wzajemną wrogość połączoną z szacunkiem. Ufam mu jednak bez zastrzeżeń, bo się mnie boi. Zegar wskazuje za pięć czwartą. Przeszedłem na czas.

Jestem policjantem w randze inspektora. Tanie gazetowe wersje trudnych śledztw relacjonowanych przez media sprawiły, że moje imię i nazwisko, Kari Vaara, stało się synonimem bohaterskiego gliny. Jyri to mój szef. Między nami jest nietypowy układ. Nie ma zwyczajnej hierarchii dowodzenia. Pracuję bezpośrednio pod nim, bez kierownictwa średniego szczebla. Moja praca jest tajna.

W pudle, w sejfie depozytowym, trzymam wideo, na którym Jyri uprawia fetyszystyczny seks, stoi ze sztucznym penisem w tyłku, na krótko przed zamordowaniem kobiety. Na miejscu zbrodni, z ofiarą. Mimo że to był główny dowód w sprawie zabójstwa Filippov, ukryłem film, upokarzający, ale i komiczny, jeśli zapomni się o potwornym okaleczeniu i zabiciu jego partnerki seksualnej tuż po nagraniu filmu. To wideo może zniszczyć mu życie.

Rumuńska żebraczka płaszczy się na chodniku. Nogi skulone pod siebie. Głowa przy ziemi, twarz schowana. Pomarszczone brązowe dłonie wyciągnięte w niemym błaganiu, między palcami przepleciony różaniec. Ciężki sposób zarabiania na życie.

Kiedy Rumunia weszła do Unii Europejskiej, a obywatele innych państw członkowskich zyskali prawo, żeby wjeżdżać do kraju i pozostawać w nim dziewięćdziesiąt dni bez wizy, paru cwanych rumuńskich biznesmenów wpadło na genialny pomysł. Zgarnęli najbardziej godnych pożałowania nieszczęśników, jakich udało im się znaleźć, przewieźli ich autobusami za granicę i zrobili z żebraniny lukratywny interes.

Dobrzy mieszkańcy Helsinek byli oburzeni. Żebracy to ohydny widok. Cyganie rozbili tymczasowe obozowisko, a kiedy zaczęła się zbliżać zima, urzędnicy miejscy przestraszyli się, że ci ludzie pozamarzają na śmierć, i kupili im bilety na samolot do Rumunii. Dobrzy mieszkańcy Helsinek byli oburzeni, bo musieli zapłacić za przelot. Pogoda poprawia się, Romów znów przywiało. Dobrzy mieszkańcy Helsinek znowu są oburzeni. Coś trzeba zrobić.

Tak jak pozostałe kraje nordyckie, Finlandia przechodzi obrzydliwą, skrajnie prawicową fazę silnej niechęci wobec cudzoziemców. Myślałem, że Finowie nienawidzą w milczeniu. Już tak nie myślę. Po operacji mózgu nie pozwolono mi przez miesiąc prowadzić samochodu i często byłem zdany na publiczne środki komunikacji. Pewnego dnia wsiadłem do tramwaju. Dwie starsze kobiety, jedna z chodzikiem, spytały motorniczego, czarnego imigranta, gdzie mają wysiąść, żeby dostać się tu a tu. Odpowiedział po fińsku, zrozumiale, ale z akcentem. Obie babcie usiadły naprzeciwko mnie i zaczęły głośno rozmawiać, żeby na pewno usłyszał, że pieprzone czarnuchy powinny się nauczyć mówić tym cholernym językiem.

Babcie nagrodzono salwą śmiechu. To rozgrzało umysły i zainspirowało nastolatka do opowiedzenia dowcipu:

— Co wyjdzie, jak się skrzyżuje czarnucha z Cyganem? Złodziej zbyt leniwy, żeby kraść.

Wszędzie wokół rechot. Motorniczy miał prawo wykopać ich z tramwaju, ale nie reagował. Przyzwyczaił się do tego.

Otacza mnie grupa pięknych dziewczyn, śmieją się, liżą lody w rożkach, kołyszą się w przód i w tył w rytm techno ryczącego z boom boksa. Nie zwracają uwagi na romską żebraczkę, podrygują przy niej, liżą lody. Mimo niskiej temperatury ubrane są tak, jakby z nadzieją czekały na wiosnę, pokazują kawałek ciała. Mówi się, że w słońcu piersi stają się większe. I to chyba prawda. Zerkają na mnie z ukosa. Dlatego że chodzę o lasce. Jest z jesionu, gruba jak pałka. Rączka masywna, solidna złota lwia głowa, waży około dwustu dwudziestu gramów. Jedno oko to rubin, drugie szmaragd. Paszcza szeroko otwarta, przytrzymuję ją palcem wskazującym zagiętym wokół ostrych jak brzytwa, błyszczących kłów.

Światło się zmienia. Ostatni raz spoglądam na dziewczyny i ruszam. Patrzę na ulicę, przypominam sobie, że kiedyś zastrzeliłem człowieka rzut kamieniem stąd. Na ulicy mnóstwo ludzi, tak jak dzisiaj, ale było lato, ciepłe i słoneczne. Kiedyś ta myśl wpędzała mnie w depresję. Teraz nic mnie to nie obchodzi.

Widzę, jak idzie do mnie Jyri, jest po drugiej stronie skrzyżowania Mannerheimintie i Aleksanterinkatu. Podchodzę do rogu i czekam, aż zmienią się światła na przejściu dla pieszych. W głowie utkwiła mi piosenka Rolling Stonesów Gimme Shelter. Stonesi i techno synkopują, grzmią, irytują.

Mój nowy młody protegowany Sulo, albo Słodziutki, jak go ochrzciła moja urocza żona, Amerykanka, powiedziałby, że robią sporo bop, bebop, rebop. Słodziutki podziwia mnie i naśladuje. Wyrzekł się swojej wcześniejszej obsesji na punkcie death metalu i pokochał jazz — to jedna z form, jakie przybrała cześć oddawana mi przez niego.

Gładkie ruchy Jyriego odzwierciedlają pewność siebie. Garnitur ma nieskazitelny, uczesanie perfekcyjne. Nie znam faceta dobrze, ale uważam go za skończonego narcyza. Egocentryk, sybaryta, amoralny typ — wszystko w jednym. I nic mu nie przeszkadza całkowity brak empatii wobec innych. Jakikolwiek by był, to mu służy. Jego karierę punktuje jeden sukces po drugim. Spotykamy się na wysepce pośrodku czteropasmowej ulicy, nie marnujemy czasu na powitania i podawanie rąk.

On daje mi dużą szarą kopertę, w środku są dane kryminalistów i lista planowanych przez nich działań. Ja przekazuję szefowi policji dwie koperty wypchane gotówką, sto pięćdziesiąt tysięcy euro w banknotach po sto, działka z wczorajszego skoku, dla Jyriego i innych politykierów. Vappu godne zapamiętania. Wymieniamy się kopertami.

— Czy ty i ta twoja żona z Ameryki przyszlibyście dziś wieczorem na przyjęcie? — pyta. — Będę ja, paru moich przyjaciół i kolegów.

Fascynujący pomysł. Nie potrafię sobie wyobrazić kontaktów towarzyskich z Jyrim i jego kumplami.

— Ja zapraszam. Gra doskonały band jazzowy i jest kilku ludzi, którzy chcieliby się z tobą spotkać.

Więc rozpuścił język i nasza operacja na czarno przybrała teraz jakiś odcień szarości.

— Mało czasu, żeby zorganizować opiekunkę do dziecka. I muszę zapytać Kate.

— No to dzwoń i zapytaj. Obiecaj jej, że załatwię godną zaufania opiekunkę.

Odchodzę parę kroków i odwracam się od niego, żeby zachować prywatność. Kate ma straszliwego kaca i spodziewam się stanowczego „nie”. Przekazuję zaproszenie i dodaję, że spotka ludzi, którzy mogą okazać się cennymi kontaktami w jej pracy menedżera hotelu Kämp.

Zdumiewa mnie, zgadza się bez sprzeciwu.

— Jasne — mówi. — Może być fajnie. Podziękuj mu ode mnie i powiedz, że czekam z niecierpliwością — przerywa. — Mogę wziąć ze sobą Ainę? — Jej zastępczyni, nowa najlepsza przyjaciółka i obiekt mojego pożądania.

Kate rzygała dzisiaj rano. Entuzjazm? Rozłączamy się.

Odwracam się do Jyriego.

— Chętnie wpadniemy. Może przyjść z przyjaciółką? Ładną — dodaję, bo wiem, że cipolub Jyri przeczołgałby się przez piekło oblany benzyną, żeby chociaż zerknąć na piękną kobietę.

Uśmiecha się, jakby naprawdę był zadowolony.

— Oczywiście. Świetnie. Zaproś też swój zespół i przekaż im, że jak chcą, niech przyprowadzą swoje dziewczyny. O wpół do dziewiątej opiekunka stawi się u ciebie w domu. — Obraca się na pięcie. Idzie raźnym krokiem, pewnie dlatego, że ma sto pięćdziesiąt patyków w ręku. Facet wyraźnie jest w siódmym niebie.

Namiary są po to, żebyśmy ja i moi ludzie do nielegalnych operacji mogli namierzyć bandziorów i wyszarpać im forsę, narkotyki i broń.

Pamiętam, niemal słowo w słowo, rozmowę z Jyrim podczas śledztwa w sprawie Filippov, kiedy namówił mnie do szefowania zespołowi do operacji na czarno, a jednocześnie błagał, żebym schował dowody przeciwko niemu.

— Dam ci wszystko, co chcesz — powiedział. — Tylko to ma zniknąć.

— To twój problem — odparłem. — Ja nie chcę niczego.

Nachylił się do mnie.

— Myślałem, żeby zmontować grupę do nielegalnych operacji. Antyprzestępstwa zorganizowane. Upoważnienie do ścigania bandytów wszelkimi niezbędnymi sposobami, korzystania z ich własnych metod przeciwko nim. Wszystkie chwyty dozwolone.

— Już mamy taką grupę. To nasza tajna policja. Nazywają się SUPO.

— Z SUPO jest kłopot. Nie pracują dla mnie.

— Więc chcesz być fińskim J. Edgarem Hooverem?

— Tak.

Roześmiałem mu się w twarz.

— Nie.

— Myślisz, że cię nie znam, ale ja cię znam — powiedział. — Cierpisz na głupią potrzebę obrony niewinnych. Uważasz się za jakiegoś dobrego samarytanina w białym kapeluszu, ale to nie ty. Jesteś twardym gliną, zbirem i zabójcą, co udowodniłeś. Zrobisz wszystko, żeby osiągnąć to, co nazywasz sprawiedliwością. Pozwól, że dam ci przykład, jak bardzo potrzebujemy takiego zespołu. Tylko siedmiu gliniarzy w Helsinkach prowadzi pełnoetatowo śledztwa w sprawie handlu ludźmi. Tutaj, w Finlandii i sąsiednich państwach, tysiące gangsterów organizują kupno i sprzedaż młodych dziewczyn i przez ten kraj co roku przepływają setki albo tysiące takich panienek, głównie tranzytem. Przy naszych ograniczonych zasobach policyjnych nie możemy nawet zrobić rysy na przemyśle niewolniczym. Wyobraź sobie te wszystkie ofiary, te radosne, promienne buzie... Ile z nich możesz uratować przed nieszczęściem i upodleniem, wykorzystaniem i terrorem, nieustannym gwałceniem.

Wyczuł moje zainteresowanie.

— Milo — odniósł się do mojego partnera — zna się na nielegalnej robocie. To geniusz, chłopak bardzo uzdolniony technicznie i do tego zabójca. Twój pierwszy nabytek do zespołu, co ty na to? Potem możesz dobierać ludzi, jak chcesz.

Milo nauczył się nielegalnej roboty, bo jest podglądaczem. Włamuje się do domów tylko po to, żeby obejrzeć, co tam ludzie mają. Jest wściekłym świrem o ilorazie inteligencji sto siedemdziesiąt dwa.

— Ja nikogo nie zabijam — powiedziałem.

— To już twoja sprawa.

— Milo jest nieobliczalny i niezrównoważony.

— Owszem, nerwowy szczeniak. Potrzebna mu twarda ręka, która go poprowadzi. Twoja.

— Na to trzeba cholernie dużo pieniędzy — stwierdziłem. — Komputery. Samochody. Sprzęt do obserwacji.

— Za dwa tygodnie szwedzcy i fińscy Cyganie mają przeprowadzić transakcję narkotykową, ecstasy. Sto sześćdziesiąt tysięcy euro przejdzie z rąk do rąk. Możesz je przechwycić i wykorzystać na założenie lewego funduszu. Później dam ci więcej na sprzęt.

— Nie.

Zagotował się, to było słychać w jego głosie.

— Powiedziałem, że cię znam. Naprawdę cię znam. Nienawidzisz swojej roboty. Jesteś sfrustrowany, bo niczego nie możesz zmienić. Jesteś nieudacznikiem. Dla swojej zmarłej siostry. — Przypomina dużą liczbę zabitych przy poprzednim śledztwie. — Dla Sufi i Elmi i jej rodziny. Dla swojego byłego sierżanta Valtteriego i jego rodziny. Dla swojej zmarłej byłej żony, a w życiu osobistym: dla swoich niedonoszonych bliźniąt i dlatego też dla żony. Dla tego głupka od strzelaniny w szkole, którego załatwił Milo. Jesteś nieudacznikiem sam dla siebie. Zawiodłeś każdego, kto tylko pojawił się przy tobie. Weźmiesz tę robotę, żeby to odkupić. Proponuję ci wszystko, czego kiedykolwiek pragnąłeś.

— Dlaczego ja? — zapytałem.

— Ze względu na twoją wcześniej wspomnianą irytującą nieprzekupność. Niczego nie chcesz. Jesteś maniakiem, ale twardzielem. Mogę ci zaufać, że poprowadzisz ten zespół i nie podłożysz mi świni.

— Przemyślę to.

— Nikt nigdy się nie dowie, że ja mam z tym coś wspólnego — powiedział. — Zorganizuję wszystko, dam ci ludzi. Załatw to dla mnie — dodał — pokieruj moim zespołem do operacji na czarno.

Kupiłem pokrętną orację Jyriego jak naiwny dureń, bo nim jestem. Nikomu nie pomogłem, skrzywdziłem paru ludzi i będzie takich więcej. Udało mi się tylko zrazić moją żonę, kobietę, którą zapamiętałem jako kogoś mi najdroższego.

Istnieje wielki mit, w który wierzą prawie wszyscy, że Finlandia jest wolna od korupcji. Policja i politycy są ewangelicznie nieskalani, oddani ponad wszystko dobru narodu. Cudzoziemcy piszą nawet o tym w przewodnikach dla turystów. Najlepsze dla naszego zespołu do operacji na czarno jest to, że nikt nie uwierzy, żeby taka grupa mogła istnieć, albo że korupcja panoszy się w najlepsze na wysokich szczeblach rządowych.

Kieruję gangiem włamywaczy. Jestem inspektorem policji, artystą od wymuszeń, specjalistą od rozbojów i gorylem. Trzy miesiące temu byłem uczciwym gliną. Chyba mi wszystko jedno, jak to się stało, myślę jednak o tym, dlaczego przeszedłem tak drastyczną przemianę w tak krótkim czasie. Jyri chciał, żebym zwerbował paru innych twardych gliniarzy, ale odmówiłem. Więcej niż czterech to za dużo na tajemnicę. Ta grupa to tylko ja, Milo i Słodziutki. Milo to chory szczeniak, ale stopniowo zaakceptował mnie z entuzjazmu. Słodziutki to kolos o twarzy niemowlęcia. Nająłem faceta, bo go lubię, jest wielki i nie czerpie przyjemności z popełniania gwałtownych czynów. No i żeby wkurzyć Jyriego. I się wkurzył. Mówi o nim „ten przygłup”. Słodziutki często wydaje się prostakiem, ale nic z tych rzeczy.

Zacytuję Słodziutkiego: „Życie po prostu jest. Nie trzeba pytać po co”.

Rozdział 1

Trochę ponad trzy miesiące przed moim spotkaniem z Jyrim, dwudziestego czwartego stycznia, Kate urodziła nasze pierwsze dziecko, dziewczynkę. Poród był łatwy, jak to poród, nie poszedł jej trudniej niż pstryknięcie pestką arbuza spomiędzy palców. Tylko szesnaście godzin między pierwszym skurczem a chwilą, gdy tuliłem naszą córkę w ramionach. Kiedy po raz pierwszy wziąłem ją na ręce, ogarnęło mnie bogactwo uczuć, o których nie wiedziałem, że istnieją. Nie uwierzyłbym, że to możliwe, ale pokochałem Kate dziesięć razy mocniej za podarunek, którym mnie obdarzyła.

Była spokojnym niemowlęciem. Nie płakała za bardzo. W nocy często spała. Oficjalnie nie dostała imienia aż do chrztu, ale postanowiliśmy dać jej Anu. Proste i piękne imię, do wymówienia zarówno dla Finów, jak i cudzoziemców, co ważne gdy rodzice wywodzącą się z dwóch kultur.

Nasze dwukulturowe małżeństwo zmieniło mnie. Kiedy spotkałem Kate, tak jak wielu fińskich mężczyzn, nie potrafiłem wykrztusić słów „kocham cię”. Nieraz słyszałem, jak kobiety narzekają, że mężowie nie wyznają im miłości. Typowa odpowiedź: „Powiedziałem, że cię kocham, kiedy się z tobą żeniłem. Jak coś się zmieni, dam ci znać”. Ale ona mówiła mi to często, na poważnie, bez wstydu. Nauczyłem się odwzajemniać uczucia. Z początku to było krępujące. Ale wkrótce już umiałem wypowiadać te słowa pierwszy, stało się to naturalne, nawet dobre i nie rozumiałem, dlaczego w ogóle mogło być trudne.

Przez większą część roku cierpiałem na ciężkie migreny. Myślałem, że to skutek stresu związanego z ciążą Kate — w grudniu poprzedniego roku poroniła bliźniaki, a ja się bałem, że to się powtórzy — ale ona nalegała, żebym zrobił sobie badania. Mój brat Jari jest neurologiem. Poszedłem do niego i wysłał mnie na rezonans. W dniu, w którym przywieźliśmy Anu do domu ze szpitala, wpadłem do brata, a on powiedział mi, że mam guza mózgu.

Z Kate zawsze układało nam się wspaniale, byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, nie tylko mężem i żoną, ale między nami tkwiła kość niezgody. Kate nie jest taka zła jak, powiedzmy, bohaterowie amerykańskich show telewizyjnych, którzy dostają histerii, bo dowiedzieli się, że ich współmałżonek przed dwudziestupięciu laty, zanim para w ogóle się spotkała, spędził z kimś noc, i uważają, że życie ich partnerów, nawet najskrytsze i najbardziej intymne myśli, muszą być otwartą księgą. Ale parę razy Kate dowiedziała się o mnie czegoś, co nią wstrząsnęło, i chciała, żebym się chociaż trochę otworzył, żeby mogła mnie lepiej poznać. To dla mnie trudne, po prostu nie jestem taki. Powiedziała, że moją niezdolność do mówienia o wydarzeniach istotnych dla naszego wspólnego życia odbiera jako formę kłamstwa. I niepokoi ją, że większą część swojej przeszłości trzymam pod kluczem.

Rozumiałem jej punkt widzenia i obiecałem, że spróbuję się nauczyć być bardziej otwarty. Ale została matką, promienną, pełną radości. Zastanawiałem się, jak długo pozwolić jej cieszyć się szczęściem, zanim wyznam, że mogę umrzeć. Postanowiłem, że dwa dni. Pewnie zwlekałbym dłużej, ale biopsję, która miała określić rodzaj guza, wyznaczono za dwa dni, na dwudziestego ósmego. Trudno byłoby wymyślić wyjaśnienie, dlaczego ogolono mi część włosów i skąd na mojej głowie wzięły się szwy. Pomyślałem też, że przyda się jej co najmniej dzień, żeby oswoić się z tą myślą.

Usiadłem z Kate na kanapie, poprosiłem, żeby się psychicznie przygotowała, wziąłem ją za rękę.

— Są wyniki rezonansu — oznajmiłem. — Mam guz mózgu.

Pobladła, łzy zalśniły w kącikach jej oczu. Próbowała coś powiedzieć, ale nie mogła. Kiedy się zmusiła, głos miała ochrypły.

— Bardzo źle?

Wyjaśniłem sprawę najlepiej, jak umiałem, tak jak Jari mi ją wyjaśnił, i dodałem, że za dwa dni zrobią mi biopsję, która da odpowiedź na to pytanie.

Powiedziałem, że według najlepszego scenariusza to oponiak — ten guz powstaje na oponie, cienkiej membranie pokrywającej mózg i stos pacierzowy. Jeśli tak, da się go usunąć po trepanacji i przy pewnej dozie szczęścia w ogóle nie wystąpią trwałe skutki po zabiegu. Po trzech dniach wrócę do domu, a za parę tygodni może nawet do pracy. Nie będę wymagał chemioterapii ani naświetlania. Niewykluczone jednak, że pojawi się problem z mową, równowagą, osłabienie, nawet paraliż. Fizjoterapia, jeśli okaże się potrzebna, może usunąć te problemy i znów: jeśli mi się poszczęści, wrócę do normalności, albo czegoś do niej zbliżonego, w ciągu zaledwie paru miesięcy.

Najgorszy scenariusz, to gwałtownie rosnący guz złośliwy. W czwartym stopniu zaawansowania. Jeśli tak, niewiele można zrobić i nie pożyję długo. Jakieś kilka tygodni. Były inne warianty, różne stany albo stopnie zaostrzenia choroby wymagające rozmaitych terapii. Jari nie objaśnił mi ich wszystkich, bo to pokaźna lista. Ale takie były dwie skrajne możliwości.

Kate przyjęła wiadomość jak człowiek doświadczony, udało się jej zachować spokój. Trochę popłakała, ale się nie załamała.

— Jak się czujesz? — zapytała.

Miałem koszmarną migrenę. Przez rok prawie nieustannie cierpiałem z powodu potwornych bólów głowy; byłem wykończony, zmęczony. Przewlekły ból podkopał moje siły i wtrącił mnie w permanentny letarg. Ale i tak pracowałem.

— Okay — powiedziałem. — Najbardziej martwi mnie to, że będziesz musiała sobie z tym dać radę.

— Nie boisz się?

Inną konsekwencją chronicznych ostrych bólów jest pragnienie, żeby ustały, i ono przeważa nad wszystkim innym.

— Zupełnie nie. Po prostu chcę, żeby to się skończyło.

Objęła mnie i tak trzymała. O czym tu więcej mówić?

Minęło trochę czasu.

— Jest coś jeszcze, o czym muszę z tobą porozmawiać — odezwałem się wreszcie.

Wolałem nie poruszać tego tematu, bo podejrzewałem, że się jej nie spodoba i wyglądałoby to tak, jakbym wykorzystywał prawdopodobieństwo bliskiej śmierci, żeby wkręcić ją w swoje sprawy. Ale było inaczej. Chciałem uhonorować jej życzenie, nie ukrywać tego przed nią, a Jyriemu musiałem zaraz dać odpowiedź co do tajnego zespołu operacyjnego. Nalegał. Powiedział, że owszem, może się zdarzyć, że niedługo umrę, ale on wierzy, że usunięcie guza nie będzie większym problemem niż wyciągnięcie kleszcza z psiego ucha.

Kiedy nasze pragnienia wchodzą w konflikt, jeśli to możliwe, próbuję przedłożyć szczęście Kate nad moje. Obiecałem sobie, że nie pozwolę, aby praca znowu kolidowała z naszym związkiem. Mam romantyczną naturę. Powiedziałem Kate, że komendant główny policji Jyri Ivalo przedstawił mi propozycję pracy i poprosił, żebym poprowadził tajny zespół. Stosowalibyśmy nielegalne metody, żeby zwalczać przestępczość. To coś podobnego do programu COINTELPRO J. Edgara Hoovera, ale w łagodniejszej wersji. Większość nielegalnej działalności polegałaby na nadzorze technologicznym naruszającym prawo do prywatności. Informacje byłyby wykorzystywane, żeby odbierać przestępcom gotówkę, narkotyki, broń palną i tak dalej. Pozbawialibyśmy ich narzędzi, a forsę przeznaczalibyśmy na prowadzenie naszej operacji.

Powiedziałem jej, co Jyri mówił o niesieniu pomocy, ratowaniu młodych kobiet przed niewolnictwem i prostytucją. Powiedziałem jej, że mogę coś zmienić, uratować parę tych dziewczyn, żeby ich życie nie zmieniło się w piekło na ziemi.

Przysunęła się, przycisnęła do mnie.

— Prosisz mnie o pozwolenie?

— Tak, proszę, bo będę łamał prawo i sprawa jest ryzykowna. A skoro mamy mieszkać w tym kraju, myślę, że muszę cię poprosić. Podczas śledztwa w sprawie Filippov zebrałem mnóstwo brudów na ludzi władzy. Za dużo wiem. Jeśli odmówię, znajdą sposób, żeby mnie zdyskredytować i zniszczyć, broniąc siebie. Na swój sposób proponują mi, żebym wszedł do klubu. Jeśli nie zgodzisz się, żebym podjął tę pracę, powinniśmy opuścić Finlandię i przeprowadzić się do Ameryki. Ty zadecyduj.

— Chcesz tego? — zapytała.

— Tak — odparłem. — Chcę. Myślę, że po raz pierwszy w życiu mam szansę zrobić coś pozytywnego. Druga taka okazja najprawdopodobniej się nie nadarzy. Ale nie muszę tego robić. Jeśli powiesz, żebym odmówił, odmówię bez gniewu i żalu.

Siedziała w milczeniu przez dłuższą chwilę. Patrzyłem na nią i ją podziwiałem. Kate to cudowna kobieta. Klasyczna piękność. Ciąża prawie nie zmieniła jej figury, tyle że piersi stały się większe. Nadal jest smukła. Ma długie cynamonowe włosy. Gołębioszare oczy zapatrzone były w dal, zagubione w myślach.

— Weź tę pracę — odezwała się w końcu. — Ale od dzisiaj idź na chorobowe.

— Dobra. Chcę tylko trochę się rozejrzeć i zacząć swój nowy projekt, wprowadzić go w życie, żeby mieć co robić.

Skinęła głową na znak zgody i w tej chwili, nie zdając sobie z tego sprawy, zostałem brudnym gliną.

Rozdział 2

W czwartek rano zrobiono mi biopsję. Jari użył swoich wpływów powszechnie szanowanego neurologa i przyspieszył wyniki testów. Zaraz następnego dnia zostałem umówiony z chirurgiem, który ewentualnie usunąłby mi guz. Miał mi powiedzieć, czy jeszcze będę żył, czy już umrę.

Nalegałem, żeby Kate poszła ze mną i słuchała, jak lekarz mówi o rokowaniach. Nie chciałem, żeby podejrzewała, że dla jej spokoju złagodziłem informacje, bo okazały się niepomyślne.

Dwudziesty ósmy stycznia, przenikliwe minus osiemnaście na dworze. Miasto pokryło się lodem, śnieg leżał w wysokich zaspach, zepchnięty przez pługi na pobocza ulic.

Ku swojemu zaskoczeniu stwierdziłem, że jestem spokojny. Prawdopodobieństwo śmierci aż tak mnie nie przerażało. Ale Kate była w rozsypce. Trzęsła się, ledwie mogła mówić. Czekając przed gabinetem, tak mocno zacisnęła palce na poręczach fotela, że aż kostki jej zbielały.

Lekarz był rzeczowy. Wiadomości okazały się dobre. Błoniak, jakieś trzy na cztery centymetry, w płacie czołowym. Chirurg upiększył to, co Jari powiedział mi o błoniakach.

Mógł tam rosnąć od jakichś piętnastu lat. Prawdopodobnie wpływał na moją pamięć, koncentrację, percepcję i ogólnie na zachowanie przez cały ten czas. Nie zauważyłem tego, bo narastał powoli i oczywiście brakowało mi porównania. Stwierdził, że jeśli chodzi o guzy mózgu, mam szczęście. Są ogromne szanse na przeżycie i bardzo duże na to, że potem będę prowadził normalne życie. Jak powiedział Jari, nie trzeba dodatkowej kuracji. Chirurg wytnie guz i tyle. Wrócę do swoich spraw, jakby nic się nie stało. Pytał, jak często występują i jak długo trwają bóle głowy. Odpowiedziałem, że były ciągłe, i opisałem ich nasilenie.

— Ma pan doskonałe bóle głowy. — Uśmiechnął się. To było według niego dowcipne.

Potem przeszedł do rzeczy nieprzyjemnych.

Po operacji mogę się poczuć gorzej niż przed, ale to potrwa krótko. Ingerencja chirurgiczna sprawi, że mózg mi opuchnie. Zapewne pojawią się takie objawy jak: zawroty głowy, problemy z koordynacją i motoryką, dezorientacja, splątanie, trudności z mówieniem, zmiany osobowości i to całkiem poważne, zachowania zdumiewające, a nawet szokujące. Mogę potrzebować terapii i trudno przewidzieć, przez jaki czas utrzymają się te skutki uboczne. Może kilka dni, może kilka miesięcy. Dopiero jak dany symptom potrwa dłużej niż rok, należy przyjąć, że jest trwały.

— Z drugiej strony — dodał — za dwa tygodnie wszystko może być tak, jak ręką odjął. Pytania?

Ani Kate, ani mnie nic nie przychodziło do głowy. Strach w oczach Kate powiedział mi, że ona ma pytanie, na które chirurg nie potrafiłby odpowiedzieć. Czy naprawdę przeżyję operację, a jeśli tak, jaki będę potem?

— No to dobrze. — Lekarz otworzył kalendarz. — Odpowiada panu wtorek, dziewiąty lutego?

— Jak najbardziej — odparłem.

Dwanaście dni odliczania do otwarcia czaszki. Wcześniej się nie bałem. Myślałem tylko o prawdopodobieństwie rychłej śmierci. Sugestia chirurga, że mogę ponieść trwały uszczerbek na zdrowiu, fizyczny, psychiczny albo taki i taki, zostać kaleką, przeraziła mnie cholernie. Próbowałem tego nie roztrząsać, ciągle faszerowałem się środkami uspokajającymi albo przeciwbólowymi. Mnóstwo czasu leżałem na kanapie, słuchałem muzyki, oglądałem filmy, czytałem, nosiłem Anu pod pachą. Uwielbiała się bawić moim kciukiem.

Kate próbowała być dzielna. Usługiwałaby mi, gdybym jej pozwolił. Przygotowywała moje ulubione potrawy. Pewnego dnia przyniosła do domu muikun mäti — ikrę z białoryba, stworzenia wielkości mojego palca. Kosztowała współmiernie do żmudnej pracy wyłuskiwania jajeczek z małej rybki, ale według mnie była lepsza od kawioru z bieługi — z butelką dobrej rosyjskiej wódki na popitkę i polędwicą z renifera na główne danie. Na deser mieliśmy ciasto własnej roboty.

Nie może być normalnie w domu, w którym członek rodziny jest ciężko chory, ale bardzo się staraliśmy i udawało się nam osiągać chwile szczęścia, wspólnie się śmiać, milczeć z zadowoleniem. Anu, chociaż z noworodkami bywa trudno, zdejmowała z nas część ciężaru. Ciągle mieliśmy z nią zajęcie, podnosiła nas na duchu. Według mnie była podobna do Kate. Według Kate była podobna do mnie. Liczyłem na to, że moi rodzice przyjdą zobaczyć wnuczkę, chociaż między nami się nie układało. Mama zadzwoniła, żeby nam pogratulować. Tata nawet nie pofatygował się do telefonu.

Kate nie mogła się kochać ze względu na niedawny poród, ale użyła amerykańskiego powiedzenia, którego nie znałem: „Jak chcesz obedrzeć kota ze skóry, zawsze znajdzie się sposób”. Nie zapytałem, co to znaczy, i pozostawałem w nieświadomości co do związku między obdzieraniem kota ze skóry a seksem oralnym, ale zawsze zasypiałem zaspokojony. W nocy często słyszałem, jak Kate szlocha. Nie tylko w nocy. Kiedy gotowała, odkurzała, kiedy myślała, że jej nie słyszę.

Na kilka dni przed operacją przyniosła mi prezent. Małego kotka. Dostała go w schronisku dla zwierząt. Nie wiem, co ją natchnęło, żeby mi go dać. Kiedyś miałem kota o imieniu Katt — po szwedzku „kot”. Był u mnie kilka lat, aż pewnego dnia wróciłem do domu i znalazłem go martwego. Usiłował zjeść gumkę recepturkę i się udusił. Bardzo lubiłem Katta, więc jego śmierć sprawiła mi ból. To kociątko też nazwałem Katt, na pamiątkę.

Zakochał się we mnie od pierwszego pogłaskania, nie odstępował mnie o krok. Szedł za mną do łazienki i skrobał w drzwi, dopóki nie wyszedłem. Kiedy siedziałem albo leżałem na kanapie lub na łóżku, wspinał się, siadał mi na ramieniu, ugniatał mi łapkami skórę i mruczał. Moją szyję i skroń wykorzystywał jako słupek do drapania. Pozwalałem mu na to. Wyglądałem tak, jakby zaatakowała mnie i poraniła sfora małych, ale złośliwych zwierzątek. Anu też go kochała. Ocierał się o nią futerkiem, a ona ciągnęła go za ogon i uszy. Katt przyjmował to ze stoickim spokojem.

Przed operacją Kate obsypywała mnie dowodami miłości, troski i życzliwości. Za tym wszystkim czaił się strach. Emanował z niej. Żałowałem, że nie potrafię jej uspokoić, dodać otuchy, uśmierzyć przerażenia, ale cóż, nie znalazłem takiego sposobu.

Rozdział 3

W piątkowy wieczór, piątego lutego, Milo, Słodziutki i ja zrobiliśmy nasz pierwszy włam. Jyri jako komendant główny policji może uzyskać masę informacji policyjnych z całego kraju, utrzymuje też serdeczne stosunki z Osmą Ahtiainenem, ministrem spraw wewnętrznych. Jednym z obowiązków Ahtiainena jest kierowanie SUPO. Łączy go także przyjaźń i dobrosąsiedzki układ z jego odpowiednikami zarówno w Estonii, jak i w Szwecji. Dzięki swojemu stanowisku i znajomościom z Ahtiainenem Jyri ma dostęp do wielu źródeł informacji.

Dał mi teczki fińskich i szwedzkich Cyganów razem z namiarem na transakcję narkotykową. Dilerzy mieli się spotkać w psim parku na szczycie wzgórza niedaleko Torkkelinmäki o siódmej wieczorem. To dobre miejsce na spotkania. Otwarty obszar, mnóstwo ludzi z psami, które biegają i bawią się z sobą.

Powiedziałem Kate, dokąd idę. Skrzywiła się, poprosiła, żebym nie dał sobie zrobić krzywdy, ale nie próbowała mi zabronić. Razem z Milem i Słodziutkim pokazaliśmy się tam o szóstej i usiedliśmy w trójkącie na ławkach przy parku. Mój pomysł polegał na tym, żeby czekać, aż pojawią się Cyganie, i spokojnie do nich podejść. Okrążyć ich, wyciągnąć spluwy i wziąć ich z zaskoczenia. Zabrać im broń, gdyby mieli, potem po prostu wyrwać prochy i forsę i się zwinąć.

Kiedy siedziałem i czekałem, doszedłem do wniosku, że to zły i niebezpieczny plan. Marny ze mnie strzelec. Słodziutki nigdy nie strzelał z pistoletu. Cała czwórka celów to zatwardziali przestępcy, prawdopodobnie uzbrojeni i mogą zdecydować się na walkę. Wyobraziłem sobie wymianę ognia z bliskiej odległości, zabłąkane kule kładące trupem psy i ich właścicieli. Akcja kończy się, kiedy wszyscy leżymy martwi na ziemi, a psy obwąchują nasze zwłoki. Od samego początku chcieliśmy jeszcze przed skokiem przymocować GPS-y do ich samochodów, żeby w przyszłości łatwiej było kolesiów znów oskubać. Odwołałem rabunek z bronią w ręku i kazałem Milowi tylko podłączyć urządzenia śledzące do wozów. Później się do nich włamiemy.

I tak zrobiliśmy. Patrzyliśmy, jak wymieniają się plecakami, podają sobie ręce i odjeżdżają w dwóch różnych autach. Przejechali jakieś sześć przecznic, zaparkowali, zamknęli kasę i prochy w bagażnikach i poszli do gównianego baru oblać interes. My za nimi, Milo otworzył zamki samochodów i w ciągu pięciu minut mieliśmy ich pieniądze, dragi i trzy pistolety.

Następnego wieczoru powtórzyliśmy całą operację. Tym razem włamaliśmy się do luksusowej willi na helsińskim przedmieściu Vantaa. Dilerem był dentysta, który na boku handlował narkotykami. Słodziutki obserwował dom od zmierzchu. Dentysta zrobił sobie sobotni wypad do miasta. Nie wiedzieliśmy, kiedy wróci, więc czekaliśmy. Zajechał pod dom taksówką około wpół do piątej nad ranem pijany jak świnia.

Kiedy zgasił światła, daliśmy mu pół godziny, żeby zasnął, i z latarkami z czerwonymi przesłonami zaczęliśmy łazić po domu, jakby był nasz. Za stojakiem na buty w szafie w przedpokoju znaleźliśmy parę toreb ze spożywczego. A w nich pełno używanych banknotów, głównie w małych nominałach. Milo włączył komputer dentysty i zainstalował wirusa, który pozwalał mu monitorować każde stuknięcie w klawisz, śledzić jego maile. Chłopak mógł używać tego komputera jak własnego, wygodnie siedząc we własnym fotelu. Zainstalował też aplikację w komórce dentysty, żeby podsłuchiwać jego rozmowy telefoniczne i odczytywać wiadomości. Teraz facet był nasz. Takie technologiczne włamy stały się naszym modus operandi.

Kiedy dotarłem do domu, zmieniłem pieluszkę Anu i nakarmiłem ją mlekiem odciągniętym z piersi, które trzymaliśmy w lodówce. To stało się moim nocnym obyczajem po akcjach. Zazwyczaj obsługiwałem też pompkę do ściągania pokarmu. Dzięki temu czułem, że należę do rodziny.

Następnego dnia poprosiłem Mila i Słodziutkiego, żeby pomogli mi posortować pieniądze dentysty i nałożyć banderole na odliczone kupki. Przyszli wczesnym popołudniem. Kate i Anu drzemały w sypialni. Słodziutki chciał się zabawić w didżeja, wsunął album Theloniusa Monka. Wysypaliśmy banknoty z siedmiu toreb na zakupy, usiedliśmy na podłodze i zaczęliśmy liczyć forsę. Co rusz ja i Milo wychodziliśmy na balkon zapalić. Słodziutki używa nuuska.

Kiedy Kate po raz pierwszy zobaczyła, jak Słodziutki wpycha nuuska pod wargę, była w równym stopniu zaintrygowana, jak zniesmaczona. Wyjął puszkę z tabaką, napakował jej do strzykawki i wycisnął pod górną wargę. Wyjaśniłem Kate, że to taki towar jak amerykański, tylko bardziej suchy i człowiek nie musi wypluwać soku. Zapytała, dlaczego nie widzi wzgórka pod jego wargą, tam gdzie tego napchał. Powiedziałem, że w towarze jest sól albo jakiś środek drażniący, który ściera tkankę, żeby nikotyna szybciej docierała do systemu nerwowego.

Z czasem robi się więc wgłębienie w dziąśle. Zażywający nuuska wolą, jak towar wyżera sporą dziurę, bo wtedy jest niewidoczny i mniej brudzi. Skrzywiła się z obrzydzeniem. Sprzedaż nuuska w Finlandii jest zabroniona, więc ludzie kupują ją dla siebie i przyjaciół w dużych ilościach na promach kursujących do Szwecji, a właściciele sklepów tytoniowych trzymają ją pod ladą dla wybranych klientów. Policja nie zwraca uwagi na takie wykroczenia. Niektórzy gliniarze też zażywają nuuska. Uzależniłem się od tej formy nikotyny, kiedy byłem sportowcem. Cieszy się dużą popularnością wśród hokeistów.

Słodziutki robił sobie przerwy i wychodził na dwór, żeby — jak twierdził — zaczerpnąć świeżego powietrza. Kłamał. Zastanawiałem się, co ukrywa.

Po paru godzinach zauważyłem, że od jakiegoś czasu po drugiej stronie ulicy stoi samochód, accura, wciśnięty w szczelinę wyrytą przez pług w śnieżnej zaspie. Wydawało mi się, że zauważyłem błysk lornetki. Poprosiłem chłopaków, żeby sprawdzili, co to jest.

— Tak, pomo — powiedział Słodziutki, włożył kurtkę i się zmył.

Milo ruszył w ślad za nim. Stanąłem na balkonie, żeby się przyjrzeć. Już kilkanaście razy prosiłem Słodziutkiego, żeby nie mówił do mnie pomo, czyli „szefie”. Powiedziałem, że jak już musi, to niech zwraca się do mnie Kari. Milo podszedł do drzwi od strony kierowcy, Słodziutki od strony pasażera. Chłopak pokazał legitymację policyjną. Szyba zjechała w dół. Kierowca sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki. Milo tak szybko wyciągnął pistolet, że ledwie zauważyłem ruch. Parę razy rąbnął faceta w twarz i głowę chwytem glocka. Usłyszałem krzyk.

Drugi, ten który się przyglądał, też chwycił za spluwę. Słodziutki łokciem wybił szybę pasażera i sięgnął do środka. Olbrzymią ręką złapał mężczyznę za ramię. Tamten zawył z bólu. Wielkolud trzymał go w kleszczach. Milo zabrał im portfele, sprawdził tożsamość. Rzucił portfele na tył samochodu. Kolesie odjechali.

Ci moi dwaj wrócili. Milo się roześmiał.

— Dopierdoliłem właśnie funkcjonariuszowi SUPO.

— Prosiłem, żebyś go sprawdził, a nie przefasonował mu facjatę — powiedziałem.

— Sięgnął pod kurtkę. Mógł wyciągnąć gnata.

Przestałem go opieprzać. Słusznie, że powstrzymał faceta, nawet jeśli zrobił to zbyt gorliwie.

Więc obserwowała nas tajna policja. Nie wiedziałem, czy to coś poważnego. Następnego dnia miałem spotkanie z Jyrim. Wtedy o to zapytam. Skończyliśmy liczyć pieniądze. Dwieście pięćdziesiąt dwa tysiące euro. W ten weekend ukradliśmy prawie pół miliona. Niezły początek. Pomyślałem: a chuj z tym, i rzuciłem chłopakom paczki po dziesięć tysięcy w każdej.

— To jednorazowe, dla siebie nic nie biorę, ale należy nam się premia za dobrą robotę — powiedziałem.

Rozdział 4

Było miłe niedzielne popołudnie. Spotkałem się z Jyrim na kawie w Café Strindberg wychodzącej na Esplanade Park. Większa część klienteli u Strindberga to bogate paniusie po czterdziestce i liftingu twarzy z małymi wymanikiurowanymi pieskami. Jyri zapytał, jak tam weekend.

Podałem mu całą kwotę minus dziesięć procent odsypu. Nie, żebym chciał to ukraść, ale obawiałem się, że zgarnie wszystko, co do centa, a my nie dalibyśmy sobie rady bez funduszy. Przy takim scenariuszu mógł po prostu zatrzymać całą forsę i powiedzieć, żebyśmy się pieprzyli. Nic z tego.

— W sumie zakosiliśmy około trzystu pięćdziesięciu tysięcy. Są w bagażniku, w moim samochodzie. Dam ci, jak wyjdziemy.

Uśmiechnął się tak szeroko, że omal mu twarz nie pękła.

— Oby tak dalej. Ale trzysta pięćdziesiąt tysięcy. Rany Julek, kurwa mać. To niewiarygodne!

Jest psem gończym z kompleksem Casanovy. Strzela oczami za okno, za każdą przechodzącą kobietą.

— No, to skoro wiemy, że to działa, omówmy szczegóły — zaproponował.

Mogłem się założyć, że „szczegóły” nie mają nic wspólnego ze zwalczaniem przestępczości.

Wyjął z wewnętrznej kieszeni nieskazitelnej marynarki cienkie, złożone trzy razy kartki i pchnął je do mnie po stole.

— To ci wszystko wyjaśnia — oznajmił. — Minister spraw wewnętrznych dał mi to osobiście. Chciał tylko się upewnić, że robię to, co mu obiecałem.

Wyłącznie do wiadomości ministra spraw wewnętrznych Osmy Ahtiainena.