Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 250 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Biec albo umrzeć - Kilian Jornet

Człowiek wyjątkowy. Heros. Niezwykła osoba. Kilian Jornet jest aktualnym mistrzem świata w skyrunningu, jednej z najtrudniejszych dyscyplin sportowych na świecie. Wszedł i zszedł z Kilimandżaro szybciej niż ktokolwiek inny. Wymazał wszystkie światowe rekordy w każdym z wyzwań, jakie sobie postawił: Ultra-Trail du Mont-Blanc, Transpirenaica, wyprawa dookoła jeziora Tahoe… Biec albo umrzeć to dziennik zwycięzcy, filozofia życia i doskonała lekcja dla każdego z nas.

Opinie o ebooku Biec albo umrzeć - Kilian Jornet

Fragment ebooka Biec albo umrzeć - Kilian Jornet

Núrii, za pokazanie mi drogi

i oświetlanie jej, gdy robi się ciemno.

MANIFEST SKYRUNNERA

Kiss or kill. Pocałuj albo zabij. Pocałuj chwałę albo zgiń podczas próby. Porażka to śmierć, zwycięstwo to emocje. Walka jest tym, co wyróżnia zwycięstwo, zwycięzcę. Ile razy płakałeś ze złości i z bólu? Ile razy straciłeś pamięć, głos i rozum przez wycieńczenie? I ile razy w takiej sytuacji mówiłeś sobie: „Jeszcze raz! Jeszcze kilka godzin! Jeszcze jedno podejście! Ból nie istnieje, on jest tylko w twojej głowie. Kontroluj go, zniszcz go, wyeliminuj go i idź dalej. Spraw, by to twoi rywale cierpieli. Zabij ich”? Jestem egoistą, prawda? Sport jest egoistyczny, ponieważ trzeba być samolubem, żeby umieć walczyć i cierpieć, żeby kochać samotność i piekło. Zatrzymać się, zakaszleć, znosić zimno, nie czuć nóg, wymiotować, mieć mdłości, bóle głowy, siniaki, krwawić… Czy istnieje coś lepszego?

Sekret nie tkwi w nogach, lecz w tym, by zmusić się do wyjścia z domu i biegania, kiedy pada deszcz, śnieg i wieje wiatr; kiedy błyskawice rozświetlają mijane drzewa; kiedy śnieżki albo lodowe kamienie trafiają w twoje nogi i bezbronne ciało, powodując, że płaczesz. Ale musisz wytrzeć łzy, żeby biec dalej, widzieć kamienie, ściany czy niebo. Musisz zrezygnować z imprezy, z lepszej oceny, powiedzieć „nie” dziewczynie. Trzeba być odważnym, wyjść na deszcz, nawet jeśli nogi będą ci krwawić, gdy upadniesz na ziemię, w błoto, a ty podniesiesz się na nowo, aby dalej się wspinać… aż twoje nogi zawołają z całych sił: „Dosyć!”. I zostaniesz w środku burzy na najdalszych szczytach, aż do śmierci.

Strój przemoczony przez śnieg, targany wiatrem, który uderza cię w twarz i zamraża pot. Lekkie ciało, lekkie nogi. Czuć, jak ciężar twoich nóg, ciężar twojego ciała skupia się na śródstopiu, na palcach twoich stóp i wywiera presję zdolną burzyć skały, niszczyć planety i przemieszczać kontynenty. Nogi zawieszone w powietrzu, unoszące się jak lecący orzeł i biegnące szybciej od geparda. Albo gdy schodzisz, a twoje nogi ślizgają się po śniegu i błocie, zanim znów zechcesz się czuć wolnym, żeby fruwać, żeby krzyczeć ze złości, nienawiści i miłości w samym sercu gór, tam, gdzie tylko najbardziej odważne gryzonie i ptaki, schowane w swoich gniazdach pod skałami, mogą stać się twoimi spowiednikami. Tylko one znają moje sekrety, moje obawy. Bo porażka to śmierć. A człowiek nie może umrzeć, nie dając z siebie wszystkiego, nie płacząc z bólu i na skutek odniesionych ran, człowiek nie może zrezygnować. Trzeba walczyć aż do śmierci. Ponieważ najważniejsza jest chwała. I należy do niej dążyć, nawet jeśli zostaniesz gdzieś po drodze. Najważniejsze, żebyś dawał z siebie wszystko. Nie wolno nie walczyć, nie wolno nie cierpieć, nie wolno nie umierać… Nadszedł czas, by cierpieć, nadszedł czas, by walczyć, nadszedł czas, by wygrywać. Pocałuj albo zabij.

Właśnie te słowa, zawieszone na drzwiach starego mieszkania, w trakcie tamtych wszystkich lat czytałem każdego ranka przed wyjściem na trening.

1KIM CHCESZ BYĆ, GDY DOROŚNIESZ?

Chcę liczyć jeziora. Gdy dorosnę, chcę liczyć jeziora!

Nauczycielka oderwała wzrok od tablicy, na której tworzyła listę zawodów, jakie dzieci z klasy chciałyby wykonywać, gdy dorosną, i skierowała go na moją ławkę.

– Tak. Chcę liczyć jeziora. Ale tylko liczyć, ile ich jest. Będę szedł przez góry i kiedy znajdę jezioro, sprawdzę, jak jest głębokie, rzucając w środek wody kamień przywiązany do sznurka, i zobaczę, jaką maszerokość. Poznam rzeki, które do niego wpadają, i dowiem się, skąd płyną. I te, które z niego wypływają i dokąd płyną. Zobaczę, czy są w nim ryby, żaby albo kijanki. I czy woda jest czysta, czy nie.

Rosa popatrzyła na mnie z jeszcze większym zdziwieniem, ponieważ nie jest to zajęcie, o jakim zazwyczaj marzą pięcioletnie dzieci, ja jednak byłem już zdecydowany. To było moje przeznaczenie.

Ze wszystkich wspinaczek i wycieczek, które odbyłem, odkąd sięgam pamięcią, zawsze wracałem do domu z co najmniej jednym kamieniem ze szczytu albo najwyższego punktu, na jaki udało nam się wspiąć (to przyzwyczajenie pozostało mi do dziś, bo kolekcjonuję kamienie wszystkich rodzajówi kolorów: wulkaniczne z Kilimandżaro i La Garrotxa, granity z Pirenejów i Alp, ochry z Maroka i Kapadocji, niebieskie z Erciyes, płytki z Cerro Plata…). Każe mi to myśleć, że moim przeznaczeniem jest bycie geografem albo kimś podobnym. Że zostałem stworzony, by odkrywać wnętrzności Ziemi, szukając kamieni na wszystkich szczytach i w jaskiniach, by poznawać jej krajobrazy i zrozumieć, w jaki sposób wzniosła tak doskonałe konstrukcje jak łańcuchy górskie z górami, dolinami, jeziorami… I jak to wszystko, w taki czy inny sposób, funkcjonuje perfekcyjnie niczym szwajcarski zegarek, i nic ani nikt, nawet najpotężniejsi ludzie, nie mogą zatrzymać tego rytmu.

Myślę, że był to jeden z nielicznych razów, kiedy powiedziałem: „Chcę być”. Zawsze zaliczałem się do grona tych osób, które mówią: „Spróbuję…”. Byłem nieśmiały i zawsze uważałem, że trzeba pozwolić, by czas mijał, a ostatecznie wszystko trafi na swoje miejsce. I czas stopniowo umieszczał mnie na miejscu, które było mi przeznaczone.

Moje dzieciństwo było zupełnie normalne. Po lekcjach bawiłem się wokół domu moich rodziców, sam, z siostrą albo z kolegami ze szkoły, którzy czasem przychodzili popołudniami. Bawiliśmy się w chowanego, w berka, budowaliśmy szałasy i twierdze, zamienialiśmy otoczenie w wyimaginowane miejsce znane nam z komiksów albo filmów. Nigdy nie zamykałem się w domu i miałem szczęście, że moi rodzice mieszkali w górskim schronisku – gdzie tata pracował jako strażnik – położonym na wysokości dwóch tysięcy metrów na północnym zboczu Cerdanyi, między granicznymi szczytami Francji i Andory. Moim placem zabaw nigdy nie było patio ani ulica, lecz lasy Cap del Rec, trasy biegów narciarskich i szczyty Tossa Plana, La Muga, przełęcz Perafita… To właśnie tam zacząłem odkrywać fascynujący świat przyrody.

Po powrocie ze szkoły ledwo zdążyliśmy zostawić plecaki w salonie i już byliśmy na zewnątrz, wspinaliśmy się na skały albo uwieszaliśmy na konarach drzew latem, a zimą z przyczepionymi nartami biegowymi wygłupialiśmy się na polach pokrytych śniegiem.

Każdego wieczoru przed pójściem spać, gdy mieliśmy już na sobie piżamy, moja siostra, mama i ja wychodziliśmy na spacer po ciemnym lesie, bez żadnego konkretnego kierunku. Unikaliśmy ścieżek i w końcu, kiedy nasze oczy przyzwyczaiły się do ciemności, a uszy do ciszy, byliśmy w stanie usłyszeć, jak oddycha las, i rozpoznać podłoże dzięki stopom. Posiadamy zmysł obserwacyjny nie do przecenienia, a kiedy nam go brakuje, czujemy się pozbawieni ochrony i bezbronni wobec niebezpieczeństw ze strony świata. Co jednak może czyhać nocą w pirenejskim lesie? Tak naprawdę jedyni naturalni drapieżnicy, wilki i niedźwiedzie, nie występują tu od lat. A jakie niebezpieczeństwo może nieść spotkanie na drodze lisa albo zająca dla kogoś, kto jest dziesięć czy piętnaście razy większy? A drzewa? Uczysz się słuchać, jak wiatr kołysze liśćmi, i w ten sposób możesz je zobaczyć. A teren? Stopy wskazują nam, czy są korzenie, trawa, błoto czy woda. Czy teren wznosi się, czy opada, czy nagle pojawia się jakaś nierówność.

W ten sposób lata mijały błyskawicznie: na zabawach wokół schroniska, a w weekendy i podczas wakacji na rozmaitych wycieczkach. Zawsze kiedy mieliśmy dwa lub więcej dni wolnego, wykorzystywaliśmy je, żeby poznać jakąś nową górę. Kiedy nauczyliśmy się chodzić, zaczynaliśmy od wspinania się na wzniesienia, które znajdowały się najbliżej schroniska. I stopniowo szukaliśmy nowych przygód coraz dalej i dalej. Gdy miałem trzy lata, wszedłem już na Tossa Plana, na Perafitę iLa Mugę. W wieku sześciu lat wspiąłem się na pierwszy czterotysięcznik, a mając dziesięć lat, w ciągu czterdziestu dwóch dni pokonałem Pireneje… Nigdy jednak nie szliśmy na te wyprawy, podążając śladami naszych rodziców. Jasne, że to oni zabierali nas na szczyt i prowadzili, ale to my musieliśmy odkryć ścieżkę, szukać znaków i zrozumieć, dlaczego szlak przebiega tędy, a nie tamtędy. Nie byliśmy jedynie zwykłymi obserwatorami tego, co działo się wokół nas. Góry nabierały większego znaczenia niż plac zabaw. Był to teren życia, który musieliśmy poznać, żeby pewnie sobie na nim radzić, żeby móc interpretować i przewidywać wiążące się znim niebezpieczeństwa. Słowem, musieliśmy przystosować się do miejsca, w którym się urodziliśmy. W taki właśnie sposób nasi rodzice nauczyli nas kochać góry: sprawiając, że czuliśmy się ich częścią. W gruncie rzeczy góry są jak ludzie: żeby je kochać, najpierw trzeba je poznać, a kiedy się je pozna, wiadomo, kiedy się złoszczą, a kiedy są zadowolone, jak się z nimi obchodzić, jak się z nimi bawić, jak o nie dbać, gdy ktoś wyrządza im krzywdę, kiedy lepiej im nie przeszkadzać… Należy też pamiętać, że góry, natura, ziemia są nieporównywalnie większe od ciebie. Nie można nigdy zapominać, że jesteś jedynie maleńkim punktem, punkcikiem w przestrzeni, w nieskończoności, i że to one w każdej chwili mogą zdecydować, czy zetrzeć ten punkt, czy też nie.

Mając osiem lat, wybrałem się na wyprawę, która zapadła mi w pamięć i o której często sobie przypominam, kiedy biegam.

Pojechaliśmy do La Coruñii. Wysiedliśmy z pociągu. Powietrze było świeże. Nie padało, ale wydawało się, że w każdej chwili mogą się pojawić pierwsze krople deszczu. Wyciągnęliśmy rowery i zaczęliśmy pedałować. Ja miałem rower górski należący do mojej mamy. Był dość nowy i chociaż ledwo dotykałem stopami pedałów, nie schodziłem z niego, bo tak zachwycały mnie różnokolorowe dekoracje, które oplatały szprychy obu kół. Moja siostra miała siedem lat, a ze swoim rowerem nie rozstawała się od trzech. Mimo że jej bicykl był w perfekcyjnym stanie, ona znacznie urosła w ciągu tych lat imusiała bardzo szybko pedałować, żeby utrzymać tempo. Mama jeździła na starym szosowym rowerze peugeot z przerzutkami na ramie, a do tego na tylnym kole miała przymocowany plecak ze wszystkim, co jest potrzebne trzem osobom pedałującym po Galicji.

Wyruszyliśmy na południe i bez większych problemów posuwaliśmy się naprzód. Ja, na swoim wielkim rowerze, jechałem jako pierwszy, za mną moja siostra uwijająca się szybciej niż wioślarz na galerze, a mama poruszała się w górę i w dół, kontrolując, czy wszystko z nami w porządku.

Przemoczeni – przez cały dzień mżyło – zbiliżaliśmy się do Santiago de Compostela. Podczas jednego z postojów, patrząc na starą drogową mapę Michelina, moja matka powiedziała:

– Kilian, musisz podążać za tą linią – wskazała na szosę – i nie zjeżdżać przy żadnym skrzyżowaniu, aż zobaczysz drogę prowadzącą w prawo, jasne?

Zrozumiałem doskonale i zacząłem pedałować, koncentrując się na białej przerywanej linii na drodze. Mama z siostrą jechały daleko za mną. Zaczęły się skrzyżowania, samochody wyprzedzały mniez prawej i lewej strony, kierowcy autokarów i ciężarówek trąbili i krzyczeli na mnie. Ale ja nadal jechałem, wiernie trzymając się wskazówek, i koncentrowałem się na tym, by nie zjechać z linii. Nagle zobaczyłem matkę, biegnącą z rowerem w ręku po lewej stronie jezdni. Głośno krzyczała, żebym zjechał ze środka drogi.

– Kilian! Ale co ty wyprawiasz? Zjedź na bok!

Trzymając się namalowanej na drodze linii, kierowałem się prosto na drugi pas jezdni, która prowadziła do Santiago. Posłuszny słowom matki, nie zjechałem z niej nawet na centymetr. Zbliżyłem się do miejsca, w którym stała moja matka– cała spocona z wysiłku uściskała mnie, a potem naprawiła koło, które przebiła w pościgu za mną.

Następne trzy dni były ciężką batalią z północnym wiatrem. Jechaliśmy po krętej trasie, którą tworzyły drogi nad wybrzeżem, a wiatr z wielką mocą ciągnął nas do tyłu. Moja siostra z trudem jechała na swoim małym rowerze, a matka kontrolowała jednocześnie mnie,a pedałowałem na pełnych obrotach, i ją. Mimo wszystko pewnego wieczoru, kiedy niebo było bezchmurne, a powietrze rześkie, dotarliśmy do przylądka Finisterre, gdzie byliśmy świadkami pięknego zachodu słońca.

Nie pomyśleliśmy tylko, że kiedy zajdzie słońce, zniknie światło. Zaczęliśmy wracać, a ja miałem w głowie tylko to, co powiedziała mi mama: „Dojedź do kempingu z zieloną bramą z zatkniętymi dwiema flagami. Ja przyjadę tam z Nailą”.

Zacząłem pedałować i dając swoim nogom maksymalny wycisk, przemierzałem kilometryi kilometry. Po mojej prawej zaczęły znikać plaże i pojawiły się góry. „To dziwne, wydawało mi się, że kemping jest trochę bliżej”, myślałem, w miarę jak noc robiła się coraz bardziej czarna, a droga coraz bardziej się wznosiła. Dotarłem do przełęczy i zacząłem zjeżdżać na drugą stronę. Naprzeciwko ani po prawej stronie nie było widać żadnego światła ani chociażby oznaczenia, że gdzieś w pobliżu jest jakiś kemping. Nagle, za zakrętem, zobaczyłem, jak wyprzedza mnie czerwony samochód, po czym zatrzymuje się przede mną. Od strony kierowcy wysiadł niski i gruby mężczyzna, który nie przestawał się śmiać. Po chwili z drugiej strony wysiadła moja matka, jeszcze w butach do jazdy na rowerze.

– Nie widziałeś kempingu? – zganiła mnie.

– Mmm… nie, nie widziałem. Widziałem plaże, a potem góry – powiedziałem, myśląc o wszystkim, co zobaczyłem po drodze.

– A po lewej stronie? – zapytała, patrząc na mnie zdumiona.

Czułem się jak ostatni głupek. Istniało pięćdziesiąt procent szans, że kemping znajduje się po lewej stronie drogi, ale ja nawet przez chwilę o tym nie pomyślałem. Śmiejąc się z samego siebie, wsiadłem do samochodu właściciela kempingu i pojechaliśmy. W namiocie siostra przygotowywała dla nas kolację.

Nazajutrz wstaliśmy wcześnie, aby dotrzeć do La Coruñii tego samego wieczoru, ponieważ kolejnego dnia rano mieliśmy pociąg powrotny do Puigcerdà. Tym razem wyruszyliśmy wszyscy razem, żeby uniknąć kolejnych incydentów, ale na ostatnim podjeździe przed przybyciem do miasta rower mojej matki, który niejedno przeszedł, powiedział „dosyć”: zablokowały się przerzutki i łańcuch. Ponieważ w plecaku, ważącym w sumie dwadzieścia kilogramów, nie mieliśmy niczego do reperowania rowerów, musieliśmy udać się do małego sklepu w najbliższej miejscowości, żeby kupić olej.

Po wielu próbach i poruszeniu wszystkim, co mogliśmy poruszyć ręcznie, udało nam się odblokować łańcuch, ale rower nie chciał się zatrzymać. Jako że mama, żeby zjechać z górki, nie mogła postawić stóp na pedałach – jeśli nie chciała, by jej nogi przypominały pralkę, która wykonuje właśnie program ekspresowego suszenia – jechała z przodu z nogami na kierownicy, a my za nią, pilnując, by nie doszło do żadnego wypadku.

Tamtą noc spędziliśmy w hostelu w centrum miasta, a następnego dnia bardzo wcześnie udaliśmy się na stację kolejową. W drodze do La Coruñii mieliśmy problem, by zabrać rowery, dlatego tym razem byliśmy przezorni i zapakowaliśmy je w hostelu. Nie mieliśmy żadnego futerału ani kartonów, więc musieliśmy wrzucić je do worków na śpiwory. W tym przemyślanym systemie tkwił jednak problem, polegający na przetransportowaniu rowerów na stację. Moja siostra i ja nie byliśmy w stanie podnieść tobołków, które były większe od nas. Obmyśliliśmy następujący plan: ja szedłem z mamą z jednym rowerem do połowy drogi i tam czekałem z pakunkiem. Ona wracała i po dwóch wyprawach na miejscu znalazł się i rower, i Naila. Tak samo pokonaliśmy drugi odcinek aż do stacji.

Uczciwość moja i mojej siostry pozbawiła nas okazji na zarobienie pierwszych pieniędzy. Ludzie, którzy nas mijali, widząc chłopca i dziewczynkę samych, zmęczonych po kilku dniach wysiłku i w pobrudzonych ubraniach, w dodatku siedzących obok wielkiego śpiwora, litowali się nad nami i proponowali nam pieniądze na jedzenie. My patrzyliśmy na przechodniów ze zdumieniem, nie bardzo rozumiejąc, co kazało im myśleć, że jesteśmy tak biedni, skoro niedawno jedliśmy śniadanie, i naturalnie odmawialiśmy przyjęcia pieniędzy.

Ostatecznie cała nasza trójka dotarła na stację kolejową, gdzie na polecenie konduktora musieliśmy wyciągnąć roweryz worków i pozostać przy drzwiach, przesuwając je w prawo i w lewo, żeby pasażerowie mogli wyjść i wejść na każdej stacji. Po upływie kilku godzin jakaś pani z obsługi zlitowała się nad nami i zaproponowała, byśmy wstawili rowery do przedziału służbowego. W ten sposób mogliśmy się przespać i spokojnie dotrzeć do domu.

Wycieczki z zabawy przerodziły się w hobby, a z hobby w sport. Rywalizacja zaś pojawiła się wraz z rozpoczęciem szkoły średniej, jako że zapisałem się do Centro de Tecnificación de Esquí de Montaña (Ośrodek Technologii Skialpinizmu), żeby dać upust całej swojej energii. I zaczęły się biegi, wyścigi tam i tu; najpierw wzdłuż i wszerz Pirenejów, a potem po całej Europie. Pojawiły się pierwsze wyniki, a wraz z nimi chęć, by je poprawić. Z pomocą Maite Hernández, Jordiego Canalsa i całej drużyny z Centro de Tecnificación, nie zapominając o mojej matce, która zabierała mnie w różne miejsca, żebym mógł trenować rano, przed pójściem do szkoły, wydawało się, że moja kariera już się rozpoczęła i największe sukcesy są dopiero przede mną, mimo że wygrałem wszystko w kategoriach juniorskich.

Jednak życie zawsze rzuca nam kłody pod nogi: 22 grudnia 2006 roku, dokładnie dzień po tym, jak pierwszy raz pokonałem swojego idola, Agustíego Roca, wracałem do domu ze szkoły nauki jazdy, przeskakując z jednej ulicy na drugą, jak robiłem już wiele razy. Moje stopy jednak nie złapały równowagi i upadłem z impetem na ziemię. Poczułem silny ból w lewym kolanie i w prawej ręce.

Jakoś dotarłem do domu i usiadłem na sofie, czekając, aż zmniejszy się opuchlizna i ustąpi ból. Nic takiego jednak się nie stało i w środku nocy kolano było tak spuchnięte, że mimo moich protestów zabrano mnie do szpitala.

– Złamałeś sobie rzepkę w kolanie i kości śródręcza – poinformowała mnie lekarka. Gdy słuchałem tych słów, walił się mój świat. – Najlepsza będzie jak najszybsza operacja i założenie ci obręczy. Miejmy nadzieję, że wszystko się uda.

Decyzja wydawała się trudna, a ja w tamtym momencie nie mogłem trzeźwo myśleć. Byłem w najlepszej formie swojej krótkiej sportowej kariery i mając osiemnaście lat, nie znajdowałem żadnego możliwego wyjścia. Czy moja kariera dobiegła końca? Czy wyleczę tę kontuzję? Na pewno wrócę do uprawiania sportu, ale czy mógłbym wrócić do formy, którą osiągnąłem z takim wysiłkiem? Chciałem to wiedzieć, i to jak najszybciej. Nie mieściło mi się w głowie, że mógłbym spędzić rok bez rywalizowania, bez trenowania i bez uprawiania sportu. Co robić? Mój umysł zajęty był stawianiem pytań i szukaniem na nie odpowiedzi, podczas gdy wokół rzepki zakładano mi obręcz.

Musiałem szukać innych rozwiązań. Na wypadek gdybym nie mógł wrócić do rywalizacji na najwyższym poziomie, musiałem szukać innych motywacji i celów, októre mógłbym walczyć. W ten sposób trzy miesiące, które spędziłem z nogą w gipsie, poświęciłem na znalezienie wszystkich możliwych informacji na temat skialpinizmu. Szukałem badań i testów technicznych, jakie wykonywano w biegach narciarskich, a które można zastosować w moim sporcie. W książkach do psychologii szukałem informacji, jak być lepszym taktycznie. Całe noce siedziałem przed ekranem komputera, surfując po stronach poświęconych fizjologii i strategii sportowej, by lepiej poznać swoje ciało. Spędzałem bezsenne noce, dręcząc się zbyt wieloma pytaniami pozostającymi bez odpowiedzi.

W marcu udałem się do szpitala, żeby zdjęli mi gips. Ogromnie się rozczarowałem, widząc swoją nogę po raz pierwszy od tak długiego czasu. Nie, nie, to nie jest moja noga! To niemożliwe! Moja noga była silna i dobrze umięśniona. To niemożliwe, że ten kawałek włochatego drutu jest moją nogą! O Boże! Wtedy, owszem, zobaczyłem wszystko w ciemnych barwach! Pocieszałem się, myśląc, że przynajmniej dzięki wiedzy przyswojonej w czasie tych trzech miesięcy intensywnego poszukiwania informacji mógłbym, w ten czy inny sposób, nadal być blisko związany ze sportem.

Pierwsze sesje z fizjoterapeutą były straszne. Nie potrafiłem zgiąć nogi bez elektrostymulacji; nie mogłem utrzymać się na nogach bez pomocy kuli. Jak miałem znów biegać, skoro nie potrafiłem nawetdobrze stać? Jednak stopniowo było coraz lepiej i noga stawała się coraz grubsza. Tydzień później mogłem już stanąć bez pomocy laski, a skoro utrzymywałem się na nogach, to oznaczało też, że mogłem zrobić to na nartach, prawda? Spróbowałem. Poszedłem na trasę narciarską i po raz pierwszy od czterech miesięcy włożyłem buty. Pomyślałem, że lekarzom ani trochę nie spodobałaby się informacja, że jeździłem na nartach, ale koniec końców tylko stałem na nogach. To tak samo, jakbym zamknął się w domu i ćwiczył… Zacząłem wspinać się po trasie i mimo żałosnej formy zdałem sobie sprawę, że mogę to zrobić, że mogę na powrót być tym, kim byłem. Poczułem, że w moich żyłach znów zaczyna krążyć adrenalina. Dotarłem na szczyt trasy z ekscytacją kogoś, kto właśnie zwyciężył na królewskim dystansie wigrzyskach olimpijskich. Zacząłem śpiewać, tańczyć i krzyczeć, czując się, jakbym był jedynym człowiekiem na Ziemi. Po takim czasie bez żadnego wysiłku fizycznego zniszczenie neuronów musiało być dość wysokie. Kiedy adrenalina opadła, świadomość wróciła na swoje miejsce i pojawiło się podstawowe pytanie: „Jak, do diabła, mam teraz zejść?”.

Ekscytacja wywołana myślą, że mogłem wrócić do jazdy na nartach, nie pozwoliła mi pomyśleć, że po wspięciu się czekało mnie oczywiście zejście. Zacząłem schodzić, ale na barana – jeden z kolegów zaoferował mi swoje plecy. W połowie drogi zdaliśmy sobie jednak sprawę, że nie był to najlepszy pomysł, i dalej schodziłem już tylko za pomocą jednej nogi, tej zdrowej, chorą zaś miałem zgiętą, żeby uniknąć ocierania jej o podłoże.

Wtedy wyznaczyłem sobie cel: przekonać lekarzy i fizjoterapeutów, żebym mógł zacząć trenować. Początek był trudny; kiedy z uśmiechem od ucha do ucha opowiedziałem lekarce, że poszedłem na narty i nie poszło mi wcale źle, odpowiedź była miażdżąca:

– Znów cię zagipsuję!

– Nie, nie, nie, proszę! Zrobię wszystko, co będzie trzeba. Siłownia, basen… ale nie gips, proszę!

Gdy przekonałem się, że u lekarzy nic nie wskóram, skoncentrowałem się na swoim fizjoterapeucie. Powiedział mi, że kiedy zegnę nogę pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, mógłbym wsiąść na rower stacjonarny, a poza tym powinienem korzystać z basenu, żeby chodzić wwodzie. Od tamtej chwili zacząłem robić wszystko, byle tylko zgiąć nogę: siadałem, żeby wywierać na nią nacisk, wieszałem sobie coraz większe ciężarki, żeby stawy zrobiły się bardziej ruchliwe i, krok po kroku, zrobiłem postęp w postaci kilku stopni.

Co do basenu, poszedłem tam pewnego dnia, ale zobaczyłem, że chodzenie w wodzie w otoczeniu emerytów nie jest najzabawniejszą rzeczą na świecie, więc doszedłem do wniosku, że można inaczej zinterpretować słowa fizjoterapeuty: on mówił o chodzeniu w wodzie. Koniec końców basen to woda, a woda i śnieg pochodzą od tego samego, zmienia się tylko stan skupienia… Czy to moja wina, że fizyka jest tak kapryśna? Zacząłem więc chodzić po śniegu z nartami przytwierdzonymi do stóp, aż po trzech tygodniach osiągnąłem wymarzone dziewięćdziesiąt stopni, a potem wsiadłem już na rower stacjonarny. Pierwsza sesja nie wyszła najgorzej ifizjoterapeuta powiedział mi, że mogę udać się na siłownię w Puigcerdà, by tam wziąć udział w sesjach na rowerze stacjonarnym.

Poszedłem na siłownię, pewnie, i wytrzymałem piętnaście minut na rowerze, oglądając teledyski na ekranie telewizora, który miałem przed sobą. Doszedłem jednak do wniosku, że w gruncie rzeczy dziewięćdziesiąt stopni to dziewięćdziesiąt stopni na rowerze stacjonarnym i na rowerze szosowym. Spojrzałem za okno, świeciło słońce, temperatura była dobra. Wróciłem do domu, wziąłem rower i wyszedłem na przejażdżkę: jedna przełęcz, druga przełęczi tak zacząłem łączyć jazdę na nartach z rowerem. W rzeczywistości robiłem wszystko, co mi zalecali: chodzenie w wodzie i jeżdżenie na rowerze, chociaż na wszelki wypadek lepiej było nie opowiadać o okolicznościach, jeśli nie okazało się to konieczne. Problem pojawił się, kiedy lekarka zobaczyła klasyfikację mistrzostw Katalonii w skialpinizmie.

– Ponieważ to blisko mojego domu, poszedłem zobaczyć, jaka panuje atmosfera, a skoro w poprzednim roku tak dobrze mi poszło… I okazało się, że mieli dla mnie numer startowy, a ja nie umiem odmawiać i nie mogłem oponować. Zacząłem spokojnie, nie miałem zamiaru kończyć wyścigu, ale okazało się, że łatwiej było dotrzeć do mety, niż wjechać tam samochodem, ponieważ drogi sąw bardzo złym stanie. Ale schodziłem tylko na jednej nodze. Bardzo uważałem i nie forsowałem jej zbytnio… – opowiedziałem jej ze zwieszoną głową, ale i z uśmiechem, który mnie zdradzał.

– Dobrze. W każdym razie, skoro nie masz nic do roboty – kontynuowała – przynajmniej uważaj, żeby nie upaść do czasu, aż wyciągniemy ci to żelastwo z kolana.

I tak, mając wolną rękę, zacząłem trenować jak szalony i w końcu odzyskałem formę sprzed nieszczęsnego upadku,a nawet ją przekroczyłem.

* * *

Nadchodzi w życiu taki dzień, kiedy musisz zdecydować, do którego pociągu chcesz wsiąść, a kiedy już w nim jesteś, nie możesz myśleć, co by się stało, gdybyś wsiadł do innego. Trzeba czerpać radość i maksymalnie wykorzystywać wszystko, co oferuje nam dany pociąg. Nie możemy poznać tego, co skrywają pozostałe, chociaż wiele razy obudzimy się w nocy, bo śniło się nam, że są lepsze. W rzeczywistości perfekcja istnieje tylko w nas samych, w tym, co sami uważamy za perfekcyjne. Wszystkie ścieżki powiodą nas w różne miejsca, ale to nasze kroki pozwolą nam znaleźć szczęście.

Decyzja została podjęta: w wieku osiemnastu lat musisz wybrać życie, pracę, karierę, rodzinę, jedzenie do lodówki, samochód, mieszkanie, konto w banku, to, czy chcesz mieć zwierzęta, jaką chcesz kołdrę, meble kuchenne, sztućce i serwetki, wybrać platformę telewizyjną, umowę z operatorem telefonii komórkowej, co chcesz zjeść na obiad, jak zabić czas w niedzielne popołudnia, wybrać przyszłość, wybrać życie. Ale ja nie wybrałem tego wszystkiego. Ja wybrałem inne życie.

Mieszkałem w liczącym osiemnaście metrów kwadratowych studiu w Gran Hotelu wFont-Romeu. Dzieliłem pokój z kolegą, chociaż na podłodze spało zazwyczaj pięć czy sześć osób. Mieścił się on na parterze ogromnego budynku z początku wieku. Pokój był po prawej stronie wielkiego holu, gdzie znajdowały się duże schody w kształcie ślimaka, z marmurowymi poręczami, pamiętającymi czasy splendoru francuskiej burżuazji. Chociaż teraz ten hol, pusty i ciemny, bardziej przypominał imitację hotelu zLśnienia. Drzwi do pokoju zrobione były z grubego drewna, pokrytego warstwą farby nieokreślonego koloru, która zaczynała pękać. Ponad pięćdziesięcioro drzwi, które znajdowały się w tym skrzydle budynku, wyróżniało się jedynie zamkamii małą, aluminiową, pozłacaną tabliczką, na której można było dostrzec namalowany mazakiem numer „18”. Po wejściu do środka po lewej stronie dostrzegało się ubikację oddzieloną nieszczelnymi drzwiami, a po prawej łazienkę z umywalką, lustrem i małą wanną, w której można było się zmieścić jedynie na stojąco. Pokój miał kształt kwadratu, posiadał tylko jedno okno, które jednak zajmowało całą północną ścianę i często było na wpół otwarte, na wypadek gdybyśmy po powrocie do domu zastali zamknięte drzwilub zgubili klucze nie wiadomo gdzie, co zresztą zdarzało się wcale nierzadko. Podłoga pokryta była grubą niebieską wykładziną, wyciętą przez nas samych, a jedynym meblem było łóżko piętrowe tuż przy ścianie po lewej stronie. Po prawej znajdowała się kuchnia z trzema palnikami i piekarnikiem, gdzie trzymaliśmy dwa garnki, patelnię do paelli i blachę. Obok kuchenki piętrzyły się produkty spożywcze: paczka czekoladowych płatków kukurydzianych, pięć opakowań herbatników, dwa opakowania po pięćdziesiąt dekagramów spaghetti i trzy makaronu, pojemniczek z solą i oregano, butelka oleju (mała lodówka rzadko kiedy była pełna), dwa opakowania sosu pomidorowego, kilogramowa paczka tartego sera oraz porcja sera Beaufort – tak wyglądała nasza dieta. Właściwie zazwyczaj przygotowywaliśmy garnek makaronu z sosem pomidorowym i odgrzewaliśmy go po powrocie z treningu, kiedy zaczynaliśmy słabnąć. Najważniejsze było przyjmowanie możliwie największejliczby kalorii, aby biegając, móc wytrzymać jak najdłużej.

Naprzeciwko łóżka piętrowego, na krześle, mieliśmy mały telewizor, zawsze z włączoną tą samą płytą DVD,La tecnica dei campioni(Technika mistrzów). Film analizował techniki stosowane przez najwybitniejszych w tamtych czasach skialpinistów. Przed pójściem na trening taka sesja wideo dodawała nam motywacji, aby wyjść i dawać z siebie dwieście procent, próbując naśladować skręty Stéphane’a Brosse’a czy Guido Giacomellego.

Ubrania leżały na podłodze, pod oknem, w dwóch stosach: z tyłu spodnie, koszulki i swetry na co dzień,a z przodu stroje treningowe, kombinezony do jazdy na nartach, termiczne koszulki, spodnie, rękawiczki, czapki… Obok ubrań mieliśmy swoisty warsztat ze sprzętem: płyta i wosk do nart, nożyczki, noże, kawałki różnych materiałów, piła radialna, sznurki… Dzięki temu tworzyliśmy i burzyliśmy, uzbrajaliśmy i rozbrajaliśmy wszystko, co mieliśmy. Pozostała część pokoju była zajęta przez to, co nazywaliśmy „naszymi pierwszymi dziewczynami”: rowery, buty i narty, które w naszym studiu cieszyły się specjalnymi względami. Na ścianie powiesiliśmy plakat z dwudziestej edycji Pierra Menta, wyścigu narciarskiego, w którym uczestniczą dwuosobowe drużyny, trwającego cztery dni i znanego jako Tour de France skialpinizmu. Wygrywali go najwięksi biegacze w historii. To wyścig, w którym trzeba było wziąć udział przynajmniej raz w życiu i o którym marzyliśmy każdego dnia, trenując, śpiąc i jedząc. Na drzwiach wejściowych umieściliśmyManifest Skyrunnera, tekst, który dodawał nam sił, byśmy podczas biegu wytrzymywali jak najdłużej, kiedy pogoda nam nie sprzyjała.

I tak, w tym wynajmowanym pokoju, a także w naszych umysłach przepełnionych wielkimi chęciami, by niszczyć nasze ciała przez długie godziny treningów, zrodziła się Fuenri’s Factory. Grupa przyjaciół z dwiema ideami w głowach: metry i jeszcze więcej metrów. Reszta nas nie obchodziła. Było nam wszystko jedno, jak i gdzie spać, co jeść albo, jeśli było to konieczne, nie jeść. Najważniejsze, żeby trenować i rywalizować na najwyższym poziomie.

Pamiętam, że wyruszałem z domu na rowerze z przywiązanymi do plecaka nartami i przejeżdżałem sześćdziesiąt kilometrów, żeby dotrzeć do miejsc,w których leżał śnieg, jeździć na nartach aż do zmierzchu i nocą wracać do domu z zamarzniętym przednim światłem. Pamiętam, że rozkładaliśmy namiot na parkingu w Astún w wieczór poprzedzający wyścig o mistrzostwo Hiszpanii i budziliśmy się przy temperaturze minus piętnastu stopni, nie mogąc złożyć namiotu przytwierdzonego do zlodowaciałej ziemi. Pamiętam mnóstwo sobotnich nocy spędzonych na siedzeniach samochodu albo w bagażniku w śpiworze, aby móc startować w zawodach w niedzielę.

Wszystko w naszym życiu kręciło się wokół rywalizacji. Spaliśmy i jedliśmy tyle, ile było trzeba, żeby móc trenować, i trenowaliśmy na najwyższych obrotach, żeby móc rywalizować i starać się uzyskiwać jak najlepsze rezultaty. Nasze łączne wpływy finansowe, które ograniczały się do stypendiów za wyniki i nagród za wyścigi, przeznaczane były na opłacenie mieszkania i kupowanie najlepszego sprzętu, który potem rozbieraliśmy w naszym warsztacie, aby był możliwie najlżejszy. Żeby kupić buty, często zmienialiśmy sklepy, ponieważ wstydziliśmy się przychodzić czwarty tydzień z rzędu po kolejną parę. Moment kulminacyjny nastąpił w marcu. Nie mieliśmy światła w studiu, bo uznaliśmy, że lepiej było mieć dobrą parę kijków niż prąd. Pewnej środy ja i Álvaro, współlokator oraz kompan z wyścigów, siedzieliśmy na podłodze z dwustoma euro przeznaczonymi na wynajem za tamten miesiąc, rozrzuconymi po wykładzinie. Zastanawialiśmy się, czy ważniejsze jest wręczenie ich Madame Levy, właścicielce, czy zainwestowanie w podróż jeszcze tego samego popołudnia do Arêches Beaufort, które w tamtym czasie było dla nas centrum świata. Następnego dnia rozpoczynał się tam wyścig Pierra Menta.

Nie trzeba nawet mówić, że obajz góry wiedzieliśmy, jaka będzie decyzja. Po upływie kilku minut już pakowaliśmy walizki i narty do białego peugeota partnera. Zabraliśmy Nailę, moją siostrę, i Mireię, moją najlepszą przyjaciółkę, które tworzyły drużynę, i skierowaliśmy się na A9, żeby siedem godzin później wjechać do Arêches. Tam rozpoczęła się gehenna, czyli przekonywanie organizatorów, żeby pozwolili nam wziąć udział w wyścigu. Oczywiście zapisy cieszyły się dużą popularnością i mimo że chciałem startować w kategorii juniorskiej, liczba miejsc była ograniczona, a termin zgłoszeń upłynął już jakiś czas temu. Jednak nie traciliśmy nadziei i po kilku godzinach biegania tam i z powrotem, po rozmowach ze wszystkimi organizatorami, zdobyliśmy numer startowy. Numer startowy Pierra Menta. Tu się zaczynał nasz sen. Przenocowaliśmy w pokoju dziewczyn, ponieważ wydaliśmy dwieście euro na zapisy i nie mogliśmy już pozwolić sobie na zmarnowanie pieniędzy na hotel.

Wyścig był genialny, atmosfera niesamowita. Mieliśmy co wspominać: zwycięstwo w niedzielę i drugie miejsce w klasyfikacji generalnej juniorów, a przede wszystkim potężną dawkę adrenaliny, gdy wstaliśmy tamtego ranka, wiedząc, że liczy się tylko rywalizacja.

Tytuł oryginału:

Correr o morir

Copyright © Kilian Jornet 2011–2012

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2013

Copyright © for the translation by Barbara Bardadyn 2013

The translation of this work was supported by a grant from the Institut Ramon Llull.

Translated from Catalan by Barbara Bardadyn

Redakcja –Sonia Miniewicz

Korekta –Kamil Misiek/Editor.net.pl, Joanna Mika-Orządała

Opieka redakcyjna –Przemek Romański

Skład– Agnieszka Szatkowska, Joanna Pelc

Fotografie na okładce –Damien Rosso (www.droz-photo.com)–front,

Stephan Repke–tył

Adaptacja okładki– Paweł Szczepanik

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazubez pisemnej zgody wydawcy.

ISBN EPUB: 978-83-7924-119-4

ISBN MOBI: 978-83-7924-120-0

www.wsqn.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSQN

Spis treści
Okładka
Strona tytułowa
Manifest skyrunnera
1 Kim chcesz być, gdy dorośniesz?
2 Adrenalina startu
3 Nie tylko rywalizacja
4 Wietrzne miasto
5 Między wodami
6 Zwycięstwo zmysłów
7 Biec daleko, żeby znaleźć samego siebie
8 Szczyt zdobywa sie wtedy, gdy już uwało nam się z niego zejść
9 O czym myślę, kiedy myślę o bieganiu?
10 Zabić swoje demony
Przypisy
Podziękowania
Zdjęcia
Strona redakcyjna