Wydawca: Wydawnictwo Świętego Wojciecha Kategoria: Religia i duchowość Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 367 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Biblioteka Kaznodziejska nr 05/2015 -

W 5. numerze Biblioteki Kaznodziejskiej:

- Monika Zuber, Cud miłości

- ks. Andrzej Muńko, Kilka cegieł

- ks. Jacek Zjawin, List gończy św. Mateusza

- br. Tadeusz Ruciński FSC, NABOŻEŃSTWA RÓŻAŃCOWE DLA DZIECI. ODKRYWAMY SKARBY MODLITWY

Opinie o ebooku Biblioteka Kaznodziejska nr 05/2015 -

Fragment ebooka Biblioteka Kaznodziejska nr 05/2015 -

Biblioteka Kaznodziejska nr 05/2015

Wydawnictwo "Święty Wojciech"

Od redakcji

"Zapamiętajmy te trzy słowa jako znak: czynić, słuchać, mówić. Ktoś, kto jedynie mówi i czyni, nie jest prawdziwym prorokiem, nie jest prawdziwym chrześcijaninem, bo ostatecznie wszystko upadnie, jako że nie stoi na skale miłości Bożej, nie jest trwałe jak skała. Ktoś, kto umie słuchać i ze słuchania czyni na mocy słowa pochodzącego od kogoś innego, a nie własnego, ten pozostanie stały. Choćby to była jakaś skromna osoba, która nie wydaje się ważna, ale przecież ile jest w Kościele takich wielkich osób! Iluż wielkich biskupów, księży, wiernych, którzy umieją słuchać i czynią to, co słyszą!" – tak mówił papież Franciszek w homilii wygłoszonej 25 czerwca 2015 roku w kaplicy Domu św. Marty na Watykanie. Papieska zachęta do słuchania, a nie tylko mówienia i działania nabiera jeszcze większej aktualności na początku września, gdy rozpoczynamy nowy rok szkolny i nowy rok pracy formacyjnej w naszych wspólnotach parafialnych. Czas ten niesie ze sobą pokusę skupienia się na mówieniu i działaniu – wygłaszamy programowe kazania i konferencje, a równocześnie rozpoczynamy szereg działań duszpasterskich w naszych parafiach. Mówienie i działanie jest ważne, ale potrzeba jeszcze słuchania. Słuchajmy więc dzieci z którymi spotkamy się na katechezie w szkole czy spotkaniu formacyjnym w salce parafialnej, słuchajmy młodzieży, która rozpocznie przygotowanie do bierzmowania albo przyjdzie na spotkanie duszpasterstwa młodych, słuchajmy dorosłych, którzy zabiorą głos na pierwszym powakacyjnym spotkaniu rady duszpasterskiej, czy zebraniu rodziców dzieci, przygotowujących się do pierwszej komunii świętej. Słuchajmy chorych, gdy będziemy im zanosić pierwszopiątkową komunię świętą i słuchajmy tych, którzy pojadą z nami na jesienną pielgrzymkę do bliższego czy dalszego sanktuarium. Słuchajmy penitentów w konfesjonale i tych, którzy przyjdą porozmawiać do kancelarii parafialnej. Mniej mówmy a więcej słuchajmy. Wtedy nasze działania będą bardziej przemyślane i skuteczne.

Zachęcając – w myśl słów Franciszka – do słuchania, proponujemy kolejną porcję materiałów duszpasterskich na wrzesień i październik. Obok tradycyjnych pomocy do kazań na niedziele i święta oraz na duszpasterskie "sytuacje", których w najbliższych miesiącach nie zabraknie (rozpoczęcie roku szkolnego, święto Narodzenia NMP, nabożeństwa fatimskie, święta Podwyższenia Krzyża Świętego i św. Stanisława Kostki oraz wspomnienie św. Jana Pawła II) proponujemy bardzo obszerny zeszyt z materiałami na październik. Znajdziemy w nim nie tylko – jak co roku – tak zwane "Czytania na październik", przygotowane tym razem przez Monikę Waluś – pełne duszpasterskiego wyczucia i kobiecej wrażliwości, ale także propozycje na nabożeństwa różańcowe z udziałem dzieci, przygotowane przez brata Tadeusza Rucińskiego FSC (każde opowiadanie kończy się pytaniami, na które dzieci biorące udział w nabożeństwach muszą znaleźć odpowiedź – pomocą są obrazki z pytaniami dla dzieci, które duszpasterze mogą rozdać dzieciom po nabożeństwie oraz kolorowa plansza z naklejkami, ilustrującymi kolejne tajemnice do umieszczenia w prezbiterium kościoła). Więcej informacji na temat tych pomocy znajdziemy na naszej stronie internetowej: www.bkaznodziejska.pl oraz na kolorowych stronach w tym numerze "Biblioteki Kaznodziejskiej". Już dziś zapraszamy też do skorzystania z materiałów duszpasterskich na Adwent, które redakcja "Biblioteki Kaznodziejskiej" przygotowuje wraz z "Małym Przewodnikiem Katolickim" i wydawcą naszego czasopisma.

Zanim zaczniemy działać, słuchajmy, a nasza duszpasterska aktywność przyniesie dobre owoce! I niech dobry Bóg nam w tym wszystkim błogosławi!

SUGESTIE HOMILETYCZNE

Nawracajcie się

i wierzcie w Ewangelię

23 niedziela okresu zwykłego • 6 IX

6 września 2015

rok B

I czytanie: Iz 35,4-7a

Psalm: 146

II czytanie: Jk 2, 1-5

Ewangelia: Mk 7,31-37

23

NIEDZIELA

OKRESU ZWYKŁEGO

Przełamywanie barier

Wiele już uczyniliśmy dobrego w kwestii przełamywania barier między ludźmi ze względu na ich przekonania religijne i polityczne. Wciąż pomagamy niepełnosprawnym, aby żyło się im wygodniej. Uczymy się akceptować czyjąś inność w kontekście nauki Ewangelii. Wielkim wyzwaniem jest dla nas zasada miłości nieprzyjaciół – to chyba najtrudniejsze zadanie wynikające z powołania chrześcijańskiego. W bezpośrednim spotkaniu z człowiekiem, który ma poważny problem ze zdrowiem, czujemy się lekko zażenowani – nie wiemy, jak się zachować, aby nie urazić bliźniego. Takie osoby często pozostają na marginesie społeczności. Nierzadko same na ów margines odchodzą. Tymczasem Izajasz wzywa takich ludzi, aby byli odważni, gdyż Pan przygotował dla nich wielkie rzeczy: niewidomi przejrzą, głusi usłyszą, niemocą złożeni będą skakać, a niemi mówić.

„Duch Święty nazywany jest palcem Boga. Gdy więc Pan włożył palce do uszu głuchoniemego, poprzez dar Ducha Świętego otworzył jego umysł do posłuszeństwa wiary” (św. Grzegorz Wielki).

„Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”

Program duszpasterski Kościoła w Polsce

Sugestie słuchacza

Sławomir Zatwardnicki

Dlaczego Jezus wziął go na bok? Czy dla dobra głuchoniemego? Czy sam potrzebował się usunąć? Rozumiem, że gest włożenia palca do uszu i dotknięcie języka – to sposób porozumiewania się z tym, który nie słyszy i nie mówi. Ale czemu Jezus wkłada rękę do ucha głuchego, a potem dotyka języka swojego, a nie niemówiącego mężczyzny? Czy to ma jakieś znaczenie? I czemu nie wystarczyło wskazać na język, ale trzeba było (właśnie: trzeba czy nie?) dotknąć go śliną? Współczesnym takie praktyki mogą kojarzyć się jako nazbyt „inwazyjne”, „nie wypada” tak robić... Ciekawe, co tak ważnego się w tym zachowaniu Pana skrywa i jak można by to wyrazić adekwatnie do współczesnej wrażliwości.

Dlaczego Jezus, jak skwapliwie zanotował ewangelista, „westchnął”? Czy była to forma modlitwy (swego rodzaju akt strzelisty), czy raczej skutek zetknięcia się z chorobą z jednej strony i z niedowiarstwem z drugiej? Do kogo Chrystus kieruje słowo „Effatha” – do „nieba” (do Ojca?) czy do człowieka, którego leczy?

A przede wszystkim: uzdrowienie to wydaje się wyróżniać spośród innych właśnie nietypową „formą”. Proszą Go, żeby położył rękę – do tego ich przyzwyczaił; a Ten bierze delikwenta na bok i odprawia pewien „rytuał”. Czy należy to tak rozumieć, że „pacjent” nie mógł być w inny sposób uzdrowiony? Potrzebował tej intymności i cielesnych znaków miłości? Zdaje się, że dziś, w dobie „niekonwencjonalnego leczenia” należałoby może wyjaśnić, że nie chodziło o „przepływ energii”.

Jak zawsze na kaznodzieję zaczaiła się pokusa, by wszystkie „fizyczne” uzdrowienia opisane w Ewangelii „tłumaczyć” na działanie „duchowe”, sakramentalne. Może jednak wskazane byłoby zastanowić się, czy i dziś Chrystus uzdrawia głuchych i niemych? Jeśli nie, to dlaczego? A jeśli tak, to gdzie i kiedy?

Warto chyba podkreślić, że w tych „masowych” uzdrowieniach dokonywanych przez Mesjasza – każdego człowieka traktował on indywidualnie. To Dobra Nowina dla dzisiejszego człowieka również: Bóg, który stał się człowiekiem, „dostosowuje” się do wrażliwości i potrzeb każdego. Nie jesteśmy „kościelną masą”, lecz członkami Jego Ciała.

W czym można by spodziewać się tej „szczególności” oraz intymności (spotkanie „osobno”, poza tłumem)? Proszę o świadectwo.

HOMILIA DO DOROSŁYCH

Ciuciubabka

ks. Robert Klemens COr

Chyba niewielu jest ludzi, którzy chętnie pozwalają na zakrycie sobie oczu. Nawet gdy chodzi o zabawę w tzw. ciuciubabkę, niechętnie dajemy się zaprosić wiedząc, że będzie to związane z czasowym pozbawieniem widzenia. Jeśli organizowane są spotkania mające na celu zintegrowanie grupy, proponuje się ćwiczenie polegające na podpowiadaniu osobie z zawiązanymi oczami jak ma dojść do wyznaczonego celu. Robi to osoba, która widzi drogę. Konieczne jest wtedy bezwzględne zaufanie i poddanie prowadzącemu. Ale „niewidzący” nie ma innego wyjścia – musi się zdać na swego przewodnika.

Będąc uczestnikiem spotkania osób głuchych, ze zdumieniem obserwowałem ich umiejętność porozumiewania się znakami języka migowego i wybuchy śmiechu, które były reakcją na dowcipy opowiadane w ten sposób. Czułem się dziwnie, nie wiedząc jaka była treść opowiadanych anegdot. Ale byłem też świadkiem sytuacji, w której osoba niesłysząca nie mogła się porozumieć ze słyszącym człowiekiem, bo ten nie znał języka migowego.

Słyszymy, widzimy, mówimy i jesteśmy zdrowi ale dookoła nas są ludzie, którzy nie mają – z różnych powodów – możliwości słyszenia, widzenia, mówienia czy po prostu – nie mają zdrowia. Żyjemy obok siebie, chociaż czasem nie zauważamy się nawzajem. „Zdrowy” nie umie się zachować, boi się, albo nie chce mieć nic wspólnego z chorym. Chory się wstydzi, krępuje albo obawia narażać się na przykrości. I chociaż razem współżyjemy, to jednak wiele trzeba zrobić, żebyśmy żyli ze sobą a nie obok siebie, jedni na drugich spoglądając ze strachem albo złością. Trudne to zadanie, bo nie może wypływać z wyrachowania – jak zajmę się niepełnosprawnym to dostanę „dodatek pielęgnacyjny” – albo dodatkowe punkty na świadectwie (taki interesowny wolontariat). Takie współistnienie jest nieuczciwe i niegodne. Nie może to też wiązać się z litością czy jakąś pychą – natychmiast zostanie rozszyfrowane i odrzucone, szczególnie przez osobę chorą.

Co więc powinno konstytuować nasze współistnienie?

Odpowiedź znajdziemy w dzisiejszych czytaniach mszalnych. Już prorok Izajasz z nadzieją i całą mocą zapowiada otwarcie oczu niewidomym, uszu głuchym i języka niemym, gdy Bóg „przychodzi z wielką mocą, by was zbawić”. Potem cały psalm responsoryjny wychwala Boga, który „dochowuje wiary, karmi głodnych, przywraca wzrok ociemniałym, dźwiga poniżonych, itd.”. A w Jakubowym liście otrzymujemy zachętę „niech wiara wasza w Pana naszego Jezusa Chrystusa uwielbionego nie ma względu na osoby”. Bo „Bóg wybrał ubogich tego świata na bogatych w wierze, oraz na dziedziców królestwa przyobiecanego tym, którzy Go miłują”.

Także Jezus w Ewangelii wędrując nad Jeziorem Galilejskim spotyka się z człowiekiem pozbawionym możliwości mówienia i słyszenia. Prośba ze strony tych, którzy przyprowadzili głuchoniemego do Jezusa i miłość do człowieka, potwierdzona w wielu innych uzdrowieniach, spowodowały, że „wziął go na bok osobno od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka, a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: Effatha, to znaczy: Otwórz się”. I stał się cud! Głuchoniemy odzyskał słuch i mógł normalnie mówić. Dlaczego Jezus go uzdrowił? Bo widział w nim człowieka – ukochane dziecko Boga, które potrzebuje umocnienia, pokrzepienia, odwagi i zapewnienia, że jest Ktoś obdarowujący je nieustannie miłością.

Chcąc naśladować Mistrza z Nazaretu nie liczmy, że będziemy dokonywali tak spektakularnych uzdrowień, ale spróbujmy zbliżyć się do osób niepełnosprawnych z miłością – tak jak Mistrz z Nazaretu.

Bycie, towarzyszenie, pomoc człowiekowi „upośledzonemu” ma sens tylko wtedy, gdy wynika z miłości i jest przepełnione miłością. Właśnie wtedy będzie to autentyczne i pożądane. Dlaczego do Jezusa przychodzili chorzy, cierpiący i niepełnosprawni? Oczywiście najprościej można odpowiedzieć: bo mieli nadzieję, że ich uzdrowi – owszem. Ale też Jezus nigdy nikogo z nich nie zlekceważył, nie obśmiał, nie obraził. Nad każdym pochylał się z miłością. Jeśli więc chcemy Go naśladować konieczne jest „doskonalenie się w miłości”.

Odbywać się ono może w sposób najprostszy przez kontakt z ludźmi niepełnosprawnymi. Oni mają w sobie tak wielkie bogactwo głębokich emocji, niezwykłych umiejętności i – czasem bardzo głęboko skrywane albo celowo wyciszone – przeogromne pokłady miłości, którą gotowi są obdarować każdego. Nie wolno z niej drwić ani się nią bawić. Trzeba na nią odpowiedzieć miłością tak jak Jezus.

Jak trudną to jest umiejętnością przekonujemy się każdorazowo gdy żyjąc wśród tzw. „normalnych ludzi” uczestniczymy w konfliktach, kłótniach i wyrządzamy sobie wzajemnie krzywdę. Okazuje się bowiem, że miłość jest fundamentem relacji budowanych z osobami niepełnosprawnymi ale i z każdym człowiekiem, który staje obok nas. Żeby się nią nieustannie napełniać, pielęgnując ją jednocześnie, potrzeba nam ciągłego proszenia Jezusa „żeby położył na nas ręce”. Jeśli uczyni się to z wiarą, ufnością i miłością, to On dotknie naszych oczu, uszu, ust a nade wszystko serca by je otworzyć i napełnić swoją miłością, która będzie się domagała rozdawania wszystkim innym.

Żeby zrozumieć co czuł człowiek nie mogący porozumieć się z otoczeniem trzeba by zatkać sobie szczelnie uszy i zakneblować usta. Żeby „zobaczyć” jak „widzi” niewidomy trzeba by zupełnie zasłonić sobie oczy i próbować tak funkcjonować nie dla zabawy ale „na poważnie”. Żeby poczuć się jak uzdrowiony z dzisiejszej Ewangelii, trzeba być kochanym i samemu kochać a wtedy już nie będziemy musieli się bawić w ciuciubabkę lecz będziemy mogli otwierać się na innych.

HOMILIA DO DOROSŁYCH

Dotyk Boga

ks. Robert Klemens COr

Dotyk, dotknięcie, zmysł dotyku – znamy dobrze to uczucie fizycznego zetknięcia się z kimś, fizycznego dotknięcia drugiego człowieka. Dziecko, które dotyka dłoni, oczu, włosów matki czy ojca... głaskane i przytulane w płaczu... dotknięcie chorego, kojące, pomagające przezwyciężyć ból... narzeczeni trzymający się za ręce...

Dotyk, dotknięcie, to na pewno ważny sposób komunikowania, mówiący o bliskości, o wzajemności, o wspólnocie życia.

Moc Jezusa

Jezus dotknął dziś głuchoniemego. Wziął go na bok, osobno. Tak działa Bóg – dyskretnie, bez zbytniej sensacji, z zapewnieniem spokoju. Jakby chciał powiedzieć: jestem tu dla ciebie, pomogę ci, chcę tego, czego ty pragniesz. Włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka. Westchnął, patrząc w niebo i rzekł: otwórz się. I stało się: głuchoniemy zaczął słyszeć i mówić. A ludzie pełni byli zdumienia.

O mocy Bożego działania człowiek wie od dawna. Był o tym przekonany Izajasz, który zalecał małodusznym odwagę i mówił, że Bóg usunie kalectwo i cudownie przywróci zdrowie. „Odwagi, nie bójcie się!”.

Dziś Bóg kieruje do nas słowa: Odwagi, nie bójcie się! Dziś i my spotykamy Jezusa, który nas dotyka i leczy. On sam przychodzi, by nas zbawić. Każdy sakrament jest dotknięciem Jego łaski. W spowiedzi św. i w Eucharystii doświadczamy najczęściej tego dotyku Boga. Wspominamy też sakrament chrztu, kiedy woda dotknęła nas Bożym dziecięctwem, i bierzmowanie, kiedy Duch Święty namaścił nas swoją mocą. W sakramencie Eucharystii Jezus otwiera dziś nasze uszy na dobro i miłość, zachęca nas, byśmy pośród tylu chorych i dziwacznych przekazów współczesnego świata usłyszeli przesłanie ewangeliczne.

Różne traktowanie

Spotkanie z Jezusem powinno mieć w naszym życiu praktyczne konsekwencje. Warto dziś usłyszeć naukę św. Jakuba, by nie czynić różnic między nami, by nie stawać się sędziami przewrotnymi. Apostoł dawał przykład przyjmowania przy stole człowieka przystrojonego w pierścienie: usiądź na zaszczytnym miejscu, i ubogiego w zabrudzonej szacie: stań sobie tam.

W naszym świecie nie brakuje przykładów takiego przewrotnego, dwulicowego postępowania, które często zamienia się w dyskryminację. Niekiedy dotyczy to także osób chorych, cierpiących, słabszych, którym dajemy gorsze miejsce, gorsze słowo, uśmiech, przysługę. Miłość wyklucza faworyzowanie jednych kosztem drugich. Bóg domaga się od nas równego traktowania innych.

Na sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej znajduje się słynny fresk Michała Anioła przedstawiający stworzenie człowieka. Centralnym punktem malowidła są dłonie – Bóg palcem dotyka palca Adama. Dotyk Boskiej dłoni wyraża wielką tajemnicę stworzenia w bardzo prosty i czytelny sposób.

Nad Jeziorem Galilejskim Jezus dotknął głuchoniemego. To też było dzieło stworzenia. Ten człowiek doświadczył nowego życia, nowego dobra. Każdy z nas może od Boga nauczyć się dotyku, który przemienia, pozwala piękniej żyć, daje nadzieję i radość.

HOMILIA DLA MŁODZIEŻY

Dobrze uczynił wszystko

s. Urszula Kłusek SAC

Kogo słuchacie? Jakie słowa do was docierają? Wbrew pozorom to wcale niełatwe pytania. Słuchamy dużo. Często słuchamy nieustannie. Nie potrafimy pozostać w ciszy i posłuchać, co ona ma nam do powiedzenia. W naszych głowach i duszach jest mnóstwo słów, zdań, stwierdzeń, komunikatów, wiadomości, komentarzy i poleceń. Ale czy jest w nas Słowo!?

Czym jest dla ciebie słowo? Jakie słowo jest ci najdroższe? Jakie zakorzeniło się i zadomowiło w twoim sercu? Jakie słowo słyszysz w sobie, gdy szukasz odpowiedzi na pytania: Kim jestem? Co jest sensem mojego życia? Dokąd zdążam? Co w życiu jest najważniejsze? A może nie zadajesz takich pytań, bo są zbyt trudne i zbyt wiele wysiłku wymaga znalezienie odpowiedzi, otwarcie się na słowo, które nasyci i zaowocuje wewnętrznym pokojem?

Dlaczego nie potrafimy znaleźć odpowiedniego słowa, słowa, które otwierałoby nas na prawdziwą miłość i życie? Odpowiedź jest prosta, ale jednocześnie bardzo trudna. Jesteśmy głusi! Nie fizycznie, ale duchowo! Jesteśmy wewnętrznie głusi, ślepi i niemi! To nie jest nasz wybór. To jest nasza wrodzona słabość. Przychodzimy na świat dotknięci raną grzechu pierworodnego, która czyni nas wewnętrznie głuchymi na słowo Boże. Oczywiście łaska chrztu świętego i związana z nią łaską uświęcająca otwiera nas, daje słuch wiary, ale jest on ciągle słaby i delikatny. I niestety ciągle łatwiej i chętniej słuchamy słów złego Ducha niż słowa Pana. Powtarza się sytuacja z raju. Tam pierwsi ludzie bardziej zawierzyli słowom pokusy niż słowu Bożemu. Jesteśmy tacy sami. Tacy sami, dopóki Pan nas nie dotknie i nie otworzy nam oczu tak, jak to uczynił względem głuchoniemego z dzisiejszej Ewangelii. Może ktoś z was myśli teraz, że on jest wolny od tej głuchoty duszy i serca, bo przecież – choć wielu rówieśników dawno zerwało z Kościołem, ja tutaj jestem. Modlę się, chodzę na niedzielną mszę św. czasem nawet się spowiadam. Dobrze, że tak jest, ale to nie są dowody na to, że masz dobry słuch wewnętrzny. Łatwo to sprawdzić: co myślisz, co czujesz wtedy, gdy zrobisz coś naprawdę złego? Czy czujesz się wtedy ukochanym dzieckiem Boga? Kimś w pełni wartościowym i pięknym w Jego oczach? A co wtedy, gdy przychodzą trudne doświadczenia: nieuleczalna choroba, śmierć, zawód miłosny – czy czujesz się kochany przez Boga, otoczony Jego czułą miłością i troską? Jeśli tak, twój słuch wiary jest idealny. Jeśli nie, trzeba żeby ktoś przyprowadził cię do Jezusa, a On, żeby powiedział Ci: Effatha, to znaczy, otwórz się, by cię dotknął sobą, by dotknął twego serca i uczynił cię osobą, która duchem widzi i duchem mówi, chwaląc Pana, wielbiąc Go za wielkie dzieła Jego miłości.

Każdy z nas, podobnie jak głuchoniemy z dzisiejszej Ewangelii, potrzebuje bliskiego i intymnego spotkania z Panem. Takiego, w którym On dotknie nas, dotknie tak, że odczujemy ciepło Jego miłości. Ktoś może powiedzieć: wszystko to prawda, pragnę spotkać Pana Jezusa, poczuć, że On mnie kocha, ale cały czas natrafiam tylko na pustkę, na ciemność i własne zagubienie. Może do mnie On nie przyjdzie? Może nie zasługuję na taką Jego miłość, która przemienia i dotyka? Tak, nie zasługujesz na taką miłość, tak samo jak nie zasługiwał na nią głuchoniemy z Ewangelii, jak nie zasługuję na nią ja i każdy inny człowiek. Nikt z nas nie zasługuje na miłość Boga! I nikt, nigdy nie może na nią zasłużyć! I tak długo, jak długo myślimy, że możemy na miłość Bożą zasłużyć, tak długo jesteśmy ślepi i głusi. Bóg nas kocha, ponieważ jest miłością. On dobrze uczynił wszystko! Tylko miłość, czyni wszystko dobrze. Dlatego na miłość Jezusa nie zasługujemy, ale możemy ją przyjąć. Otworzyć się na nią i o nią z zaufaniem prosić. Bóg nas kocha. Zawsze. Niezmiennie. Nieskończenie. A naszym zadaniem jest poszukiwanie tej miłości i pragnienie usłyszenia Jej wołania, Jej słów. Jak to zrobić? Słuchając słowa Bożego. Problem w tym, że słowa Bożego nie słuchamy. Kto z was ma w domu Pismo Święte? Kto codziennie je czyta, choćby kilka, kilkanaście minut? Na wszystko znajdujemy czas, ale nie znajdujemy go na to, żeby usiąść przy Słowie i posłuchać, co ono ma nam do powiedzenia. Jeśli nas nie ma przy Słowie, jeśli nie poświęcamy czasu na spotkanie z Jezusem przez lekturę słowa Bożego, On nie może nas dotknąć i uzdrowić. Nie może, bo my Mu na to nie pozwalamy! A On szanuje naszą wolność. Jeśli poświęcisz czas na czytanie słowa Bożego, na modlitwę, na spotkanie z Bogiem, wcześniej, czy później przyjdzie czas, w którym Pan dotknie cię bardzo intymnie i głęboko. Dotknie głębin twego serca i doświadczysz, jak bardzo On cię kocha. I wtedy otworzą się twoje oczy i usta, będziesz widzieć Pana i opowiadać o Jego miłości. Pan czeka i pragnie cię otworzyć. Czy pozwolisz Mu na to? Czy znajdziesz czas dla Pana?

HOMILIA DO DZIECI

Otwórz swe oczy, uszy i serce

Lidia Lasota

Dzisiaj w Ewangelii pojawiło się bardzo trudne i na pewno nieznane wam słowo. Kto mi powie, co to za słowo? (Dzieci odpowiadają).

Effatha z języka aramejskiego czyli tego języka, którym posługiwał się Pan Jezus znaczy po prostu „Otwórz się”. Dzisiaj nie mówię wam Dzień dobry! Ani witajcie! Tylko Effatha! Powtórzcie głośno: Effatha – otwórz się!

Tak powiedział Jezus do człowieka, który był głuchoniemy od urodzenia. Nie słyszał i nie mówił. Pan Jezus powiedział tylko jedno: Effatha, dotknął jego oczu i uszu i zupełnie go uzdrowił.

Posłuchajcie teraz fragmentu opowiadania autorstwa Beaty Kołodziej z książki „Szymek na ścieżkach Ewangelii”.

Do winnicy najprzyjemniej jest podjechać na osiołku.

– Kłapciate Ucho, ruszaj wreszcie! No ruszaj! Proszę, cię! Co z tobą? Głuchy jesteś? – wołał siedząc na swoim osiołku Szymek.

– Cześć Szymek, czyżbyś miał kłopoty z osiołkiem? – zapytał jego przyjaciel Szczepan.

– Albo ogłuchł, albo ma zatkane uszy... – mruknął Szymek.

– Albo nie ma ochoty na przejażdżkę. Może źle się czuje? Albo potrzebuje czegoś? Może po prostu chce mu się pić... – wyjaśnił Szczepan.

Osiołek Kłapciate Ucho na te słowa bryknął tak ochoczo, że Szymek wylądował na ziemi. Po chwili rozcierał bolący pośladek, a Szczepan poił osiołka.

– Ojej, ale pije... Skąd wiedziałeś, że o to mu chodziło? – zdziwił się Szymek.

– Po prostu nie jestem ślepy. To było widać... – odpowiedział Szczepan.

– Ja też mam oczy, a nie widziałem... – zmartwił się Szymek.

– Bo byłeś ślepy na potrzeby przyjaciela. Myślałeś tylko o sobie. Nieładnie. Trzeba otworzyć serce na innych. Wtedy lepiej widać i lepiej słychać. – upominał kolegę Szczepan.

– Nie wiedziałem, że trzeba patrzeć sercem. – dziwił się Szymek.

– Od tego warto zaczynać... Pamiętasz tego głuchoniemego z Galilei?

– Pewnie! Słyszałem, że Jezus powiedział jedno słowo: Effatha, otwórz się.

– Gdy otworzył serce na Jezusa – wtedy stał się cud. – kontynuował Szczepek.

– No, tak! Głuchoniemy mógł słyszeć i widzieć... – zauważył Szymek.

– Effatha, Szymku. Otwórz serce przed Jezusem. On nauczy cię jak patrzeć na innych! Inaczej będziesz ślepy nawet jeśli masz zdrowe oczy! – zakończył Szczepan.

Jak widać głuchoniemym może być też i ten, który mówi i słyszy, ale nie słucha Pana Boga ani innych ludzi. Żeby usłyszeć, co mówi Pan Bóg potrzebna jest cisza. A jak wiadomo dzieci uwielbiają hałasować, czasami ten hałas zupełnie nie ma sensu.

Ksiądz Jan Twardowski tak o tym napisał:

„Gdy dzieci hałasują, mamusię boli głowa, a tatuś jest rozdrażniony. Nie można mówić pacierza, nie można odrabiać lekcji, nie można zrobić nic dobrego. Kiedy jest cichutko można zrobić wiele dobrego, słyszy się głos swojego sumienia, który mówi, czy jestem dobry czy zły. Jak jest cicho słyszy się zegar, a zegar mówi, ile jeszcze mamy czasu, aby się poprawić. Ale jak o tym wszystkim powiedzieć dzieciom?”

Dlatego dzisiaj my zasiejemy ciszę „jak makiem zasiał”. Macie tu ode mnie szczyptę ciszy i przekażcie ją dalej. (Każde dziecko w paluszkach przekazuje następnemu szczyptę ciszy). Zapamiętajcie takie polskie powiedzenie: „Mowa jest srebrem, a milczenie złotem” i nie warto „pleść dwa po dwa, trzy po trzy”. Warto ważyć słowa.

Do Pana Boga nie wystarczy mówić, trzeba słuchać, co On ma nam do powiedzenia.

Chciałbym żebyście otworzyli swoje ręce, dłonie, serca dla drugiego człowieka.

Wszystkim mówcie Effatha – otwórz się na twojego bliźniego, a świat wokół nas będzie lepszy. Nie traćcie czasu, nie zajmujcie się głupstwami, tylko ważnymi sprawami – a u Pana Boga liczy się tylko jedno – miłość do bliźniego!

24 niedziela okresu zwykłego • 13 IX

13 września 2015

rok B

I czytanie: Iz 50,5-9a

Psalm: 116A

II czytanie: Jk 2,14-18

Ewangelia: Mk 8,27-35

24

NIEDZIELA

OKRESU ZWYKŁEGO

Dni chwały i cierpienia

Trudny jest temat prześladowania, cierpienia, śmierci. Prorok Izajasz pouczał Izraelitów, że Sługa Jahwe, czyli Mesjasz, będzie cierpiał. Mówił także o tym apostołom sam Chrystus – powiedział im wprost, że On, Mesjasz, będzie wzgardzony, wyszydzony, umęczony i ukrzyżowany. Gdy Piotr zanegował te słowa, Pan przyrównał go do szatana.

Nie ma wspólnoty idealnej, w której byliby sami rozmodleni, uczciwi, pokorni, grzeczni. Nie ma też samych dni radosnych – są dni pełne mozolnej pracy, trudnych rozmów, smutnych wydarzeń. Są dni chwały i dni cierpienia.

„Jeśli chcesz być uczniem Pana, musisz zatem wziąć swój krzyż i naśladować Pana, to jest przyjąć trudności i cierpienia swoje, albo swoje ciało, które jest uformowane na kształt krzyża” (Tertulian).

Na spotkaniach w małych grupach zastanawiamy się, w jaki sposób zdynamizować wspólnotę parafialną. Podczas Tygodnia Wychowania oraz kwartalnych dni modlitw za dzieci, młodzież i wychowawców uwzględniamy ich obecność i udział w liturgii.

„Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”

Program duszpasterski Kościoła w Polsce

Sugestie słuchacza

Olaf Szczypiński

W dzisiejszej liturgii słowa moje zainteresowanie wzbudza fragment Listu św. Jakuba Apostoła. Jest on dobrze znany i często spotykany w kontekście uzasadniania dobrych uczynków wobec bliźnich albo polemiki z protestantami. Intryguje mnie jednak inna wymowa tego fragmentu. Świętemu Jakubowi nie chodzi przecież o to, aby spełniać dobre uczynki, czy też „uczynki z wiary”, dla nich samych. Sednem tej nauki nie jest więc dobry czyn jako taki. Podobnie rzecz ma się z wiarą, co św. Jakub podkreśla z całą stanowczością. Jej istotą nie jest wiara sama w sobie, bo tak pojęta jest według niego martwa.

W tym szerszym kontekście chciałbym usłyszeć odpowiedź na następujące pytania: Co jest zatem sensem wiary chrześcijańskiej? Czy jej uzasadnieniem nie jest właśnie życie, na które składają się nasze zachowania w określonych sytuacjach? Czy raczej wiara jest tą przyczyną, która powinna kształtować nasze postępowanie? Jaki ma to związek z doświadczeniem cierpienia, wpisanym nierozerwalnie w żywot wyznawcy Chrystusa? Dlaczego św. Jakub nazywa wiarę bez uczynków martwą? Czy ma na myśli to, że jest ona martwa wówczas, gdy nie kształtuje naszego życia?

Rozważając dzisiejszy fragment Listu św. Jakuba, na myśl przychodzą mi słowa Tertuliana opisujące zdumienie pogan wspólnotą chrześcijańską: „Zobaczcie, jak oni się miłują”. Można je wykorzystać jako klucz do zrozumienia tego czytania i pokazania racji przemawiających za ukazaniem wiary, jako rzeczywistości nadającej kształt naszemu – mojemu – życiu.

Słowa św. Jakuba pokazują mi, że tego świadectwa miłości, o którym implicite pisze w Liście autor, muszę się uczyć. Wiara powinna kształtować moje życie, tak aby światło świeciło przed ludźmi, aby widzieli moje dobre uczynki i chwalili Boga, który jest w niebie. Wydaje się bowiem, że tego światła potrzebuje dzisiejszy świat.

HOMILIA DO DOROSŁYCH

Jesteś chrześcijaninem?

ks. Szymon Bajon

Każdego dnia wypowiadamy wiele słów. Spotykamy wiele osób, z każdą z nich przychodzi nam wymienić kilka zdań. Konstruujemy w nich swoje opinie o otaczającym nas świecie, o innych ludziach, czasem także o sobie samych. Gdy mówimy o sobie, używamy nieraz zdań zaczynających się od słowa: jestem. To zdania określające w jakimś stopniu naszą tożsamość. „Jestem altruistą”, „jestem wrażliwy”, „jestem samotny”... Każde z tych i wielu podobnych im zdań mówią coś o nas. W świetle dzisiejszych czytań mszalnych warto zastanowić się nad tym, czy wśród wypowiadanych przez nas opinii o sobie, pojawia się także ta: „Jestem chrześcijaninem”? A jeśli tak, to co to właściwie dla nas znaczy?

Oczywiście, z jurydycznego punktu widzenia, chrześcijaninem jest ten, kto przyjął chrzest w imię Trójcy Świętej uznając tym samym zbawienie w Chrystusie. Jednak samo przyjęcie chrztu nie wystarczy, aby móc, z wewnętrznym przekonaniem, powiedzieć: „jestem chrześcijaninem”. Stwierdzenie to niesie za sobą poważne konsekwencje, które domagają się przyjęcia konkretnych postaw.

Dialog, który Jezus przeprowadza ze swoimi uczniami w drodze do wiosek pod Cezareą Filipową, daje nam pewne podpowiedzi, mogące pomóc nam w sprecyzowaniu istoty bycia chrześcijaninem. Jezus pyta najpierw uczniów o to, co mówią o Nim inni. Jest to pytanie, które każe uczniom zastanowić się, co wiedzą oni o Jezusie, za kogo jest On uważany. Po odpowiedzi, jaką dają uczniowie, Jezus zadaje kolejne pytanie, pytanie kluczowe: „A wy, za kogo Mnie uważacie?”. Odpowiedź na to pytanie nie jest już tak łatwa. Wymaga ona konfrontacji ze samym sobą, określenia swojej relacji z Jezusem. Piotr odpowiada: „Ty jesteś Mesjaszem”.

Być chrześcijaninem to nie tylko mieć jakąś wiedzę o Jezusie. Nie wystarczy znać nauczanie Kościoła. Być chrześcijaninem, to odpowiedzieć Jezusowi na Jego pytanie: „Kim Ja dla ciebie jestem?” i w odpowiedzi tej uznać w Nim swojego Pana i Zbawiciela. Mając świadomość słabości swojej wiary, swojej niedojrzałości, umieć powiedzieć: „W Tobie jest moje zbawienie. Nie zawsze umiem wypełnić to, do czego mnie wzywasz, nie zawsze udaje mi się być wiernym, ale chcę – chcę byś mnie prowadził”.

A więc – jesteś chrześcijaninem? Jeśli potrafisz w tym momencie twierdząco odpowiedzieć na to pytanie, to trzeba nam pójść nieco dalej. Ewangelia dzisiejsza zawiera bowiem jeszcze jeden ważny akapit. Jezus mówi: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje”.

Chrześcijanin to ten, kto nawiązuje osobistą relację z Chrystusem i pozwala Mu się prowadzić, kształtować. Kto stara się uczyć spoglądać na swoje życie i na świat Jego Bożymi oczami – a więc nie zatrzymuje się tylko na swoich wizjach i planach, ale otwiera się na poznanie Bożej woli, Bożych planów.

Jezus proponuje nam pełne miłości prowadzenie przez życie. Życie, które niesie nie tylko radości i beztroskę, ale również krzyż i cierpienie. Być chrześcijaninem oznacza nie wybierać z życia wiary, z Ewangelii tylko tego co miłe i przyjemne, ale przyjmować wszystko. To mieć świadomość, że nie ma takiego cierpienia, przez które Jezus nie mógłby nas przeprowadzić. I tylko wtedy, gdy przyjmiemy to cierpienie i pozwolimy się przez nie przeprowadzić, przyniesie ono dla nas owoce. W przeciwnym razie będzie ono dla nas tylko czymś wyniszczającym nas. Niesienie naszego krzyża możliwe jest tylko z Jezusem.

Ksiądz Adrian Galbas w rozważaniach „Wierność Chrystusa – wierność kapłana”, które wygłoszone zostały w czasie Poznańskiej Drogi Krzyżowej w roku 2010, przy drugiej stacji wygłosił następujące słowa: „To chyba jest jedna z największych pokus, na które wystawiona jest nasza wiara; ta fałszywa alternatywa, że gdy zwiążę swoje życie z Chrystusem, to będę musiał nieść krzyż, a gdy porzucę Chrystusa, będę wolny od krzyża. Tak liczni nas dzisiaj w ten sposób kuszą! Tylko, że to jest blef, a codzienność wystarczająco go weryfikuje! Bo krzyż zawsze będzie: krzyż młodości, kiedy jeszcze nie wszystko można i krzyż starości, kiedy już nie wszystko można, krzyż braku pracy i krzyż nadmiaru pracy, krzyż celibatu i krzyż małżeństwa, krzyż wspólnoty i krzyż samotności, wreszcie krzyż choroby, cierpienia, umierania i śmierci. Zawsze będzie! Każdy go dźwiga! Wierzący i nie, pobożny i nie. Ktoś, kto jest w Kościele i ktoś kto jest poza Kościołem! Prawdziwa alternatywa jest więc całkiem inna: jeśli zwiążę swoje życie z Chrystusem – mój krzyż będzie miał podpórkę w Jego ramionach i w Jego miłości, jeśli porzucę Chrystusa, będę dźwigał swój krzyż samotnie. Nie chciejmy kapłaństwa bez krzyża i nie chciejmy Chrystusa bez krzyża, bo będziemy mieli krzyż bez Chrystusa!”.

Być chrześcijaninem to przyjąć i nieść swój krzyż z Chrystusem. A więc – jesteś chrześcijaninem?

Jeśli tak, jeśli chociaż chcesz nim być, to zwróć jeszcze uwagę na słowa Świętego Jakuba, jakie zawarte są w czytanym dziś fragmencie jego listu: „Wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie”. Być chrześcijaninem, to przynosić owoce swojej wiary, to czynnie realizować przykazanie miłości Boga i bliźniego. Czy więc ci, których spotykasz na co dzień, odczuwają, że jesteś chrześcijaninem?

Wyznając swoją chrześcijańską tożsamość przyjmujemy konsekwencje, które wyrażają się w konkretnych postawach. Ale bycie chrześcijaninem to także, a może przede wszystkim, niesamowita radość. Radość z bliskości Chrystusa, z przyjaźni z Nim. I to jest największe szczęście, jakiego może doświadczyć człowiek.

Życzę ci takiego szczęścia!

HOMILIA DO DOROSŁYCH

Kim jestem dla was?

ks. Jarosław Czyżewski

Każde słowo Ewangelii ma znaczenie. Czasem – wydawać by się mogło – nic nie znaczący szczegół kryje w sobie cenną myśl. Dla przykładu informacja, że w czasie burzy na Jeziorze Galilejskim Pan Jezus spał na wezgłowiu mówi nam, że Nauczyciel śpiąc w tyle łodzi, znajdował się w miejscu najmniej bezpiecznym. Z kolei św. Łukasz, mimo że tak dokładny i skrupulatny, pomija imię drugiego ucznia idącego z Kleofasem do Emaus, przez co pozwala każdemu z nas wejść w tę scenę. Tymczasem w dzisiejszej Ewangelii klucz do jej zrozumienia znajduje się paradoksalnie w miejscowości, gdzie ma miejsce opisywana scena. Ewangelista na samym początku zapisał, jakby mimochodem, że Pan Jezus zabrał uczniów, by zadać im tak ważne pytanie, do Cezarei Filipowej, położonej daleko na północy Ziemi Świętej. Biskup Grzegorz Ryś zauważa, że wybór ten nie był przypadkowy (por. G. Ryś, Rekolekcje. Modlitwa, post, jałmużna, Kraków 2013, s. 267-271; tenże, Skandal miłosierdzia, Kraków 2012; s. 46-47). W miejscu tym bowiem ścierały się wierzenia wielu różnych ludów i kultur. Było to miejsce ważne dla samych Żydów ze względu nie niedalekie położenie góry Hermon, z której swoje źródło bierze Jordan. Za ziemskiego życia Pana Jezusa najsilniejszy był tam kult rzymskich bóstw i kult Cezara. W przeszłości z kolei czczono także greckiego bożka o imieniu Pan oraz syryjskiego Baala. Zatem Pan Jezus zabiera uczniów do miejsca, w którym było tak wiele różnych świątyń i czczono tak wiele bóstw i w tej scenerii pyta uczniów: „A wy za kogo Mnie uważacie?”.

Ewangelia opisuje nie tylko wydarzenia z przeszłości, ale ma swoje odniesienie do mojego życia tu i teraz. Liturgia niejako „odnawia” wydarzenia z przeszłości. Dlatego Pan Jezus i nam zadaje teraz, w czasie tej Mszy św. to pytanie: „A wy za kogo Mnie uważacie?”; Kim Ja jestem dla was? I pyta nas także w otoczeniu bożków, którym ulegamy: bożka egoizmu, pieniądza, przyjemności, posiadania, władzy, urody, wiedzy. Co odpowie każda i każdy z nas? Święty Piotr dał taką odpowiedź: „Ty jesteś Mesjaszem”. Mesjaszem, czyli zbawicielem, wybawicielem od tych wszystkich bożków, które mnie zniewalają. Mesjaszem, czyli Tym, który mnie wybawia od tego co mnie krępuje i zabiera życie – grzechu. „A wy za kogo Mnie uważacie?”.

HOMILIA DO MŁODZIEŻY

Gdzie znaleźć moc i siłę?

ks. Jacek Zjawin

Po dziadku, z rzeczy materialnych, odziedziczyliśmy „królową szos”, dziś już 50-letni samochód osobowy marki „Warszawa”. Starsi pamiętają, młodsi niech zajrzą do internetu, by zobaczyć przepiękną, masywną sylwetkę tej polskiej limuzyny. Kiedy otrzymaliśmy ją w spadku, była po okresie około 10 lat stania „pod gruszą” i wymagała gruntownego remontu. Koniecznością było lakierowanie całej karoserii, a wcześniej rozebranie jej na czynni ki pierwsze. Pamiętam moment, kiedy pojechaliśmy do lakiernika odebrać karoserię – byliśmy zachwyceni kolorystyką i efektownym połyskiem, jednak brakowało ciągle tego najważniejszego silnika. Przed nami było jeszcze wiele pracy i wysiłku, by doprowadzić „Warszawę” do stanu używalności. Dziś odpoczywa sobie w garażu i jest od czasu do czasu uruchamiana, ale wspomniany moment pozostał mocno w mojej pamięci. Przepiękna ale co z tego, skoro bez silnika – trzeba ją holować.

Wspomniałem tę rodzinną historię po to, abyśmy na nowo odkryli coś bardzo istotnego. Otóż nasze chrześcijaństwo przypomina czasami przepiękną, błyszczącą karoserię, w której jednak ...brakuje silnika. Mam na myśli pobożność, która jest w wierze bardzo istotna. Wiele wysiłku wkładamy w to, by pamiętać o codziennej modlitwie i starannie ją odmawiać. Przykładamy się też do pobożnego przeżywania niedzielnej Eucharystii, dbamy o świadome w niej uczestniczenie. Pamiętamy o comiesięcznej spowiedzi świętej, o chrześcijańskim świętowaniu niedzieli i uroczystościach w roku liturgicznym. Rodzice troszczą się o to, by w odpowiednim czasie zanieść dziecko do chrztu świętego, potem przygotować do pierwszej komunii świętej i bierzmowania. Wielką troską otacza się przygotowanie do sakramentu małżeństwa, a potem przeżycie tego wyjątkowego dnia. Pogrzeb chrześcijański również należy do pewnej obrzędowości, która pomaga nam przyjąć i przeżyć fakt odejścia osoby bliskiej z tego świata. To wszystko może być jednak pozbawione wewnętrznego napędu i może przypominać przepiękną karoserię samochodu holowanego od lakiernika.

Co jest wewnętrznym motorem pobożności chrześcijańskiej? Wiara w to, że w śmierci jest życie. Brzmi prosto i wydaje się oczywistością, ale czy rzeczywiście tak jest? Kiedy patrzę na moją codzienność, widzę jak umiejętnie uciekam przed krzyżem. Setki sytuacji, kiedy wybieram rozwiązania łatwiejsze i przyjemniejsze, są najlepszym dowodem na to, że nie wierzę w obecność życia w śmierci. Wydaje mi się, że jak stracę coś cennego (czas, dobre imię, pieniądze), to tym co pozostanie będzie już tylko nicość czyli śmierć. Ewangelia mówi jednak o czymś zupełnie innym.

Sługa Jahwe z pierwszego czytania nie opiera się i nie cofa, podaje swoje plecy bijącym i policzki rwącym mu brodę, nie zasłania swojej twarzy przed zniewagami i opluciem, bo wierzy, że w totalnej porażce dopuszczonej przez Boga jest totalne zwycięstwo. Jezus Chrystus nazywa Piotra „szatanem”, bo ten chce go zatrzymać przed cierpieniem, odrzuceniem i śmiercią. Chrystus wierzy jednak, że po trzech dniach zmartwychwstanie. Święty Jakub w drugim czytaniu wskazuje na istotny związek wiary z uczynkami i nie chodzi mu o pobożność, ale o konkretne życiowe decyzje, które będą wzięciem krzyża i wejściem w śmierć z wiarą w zmartwychwstanie. To jest motor chrześcijaństwa, to jest sedno Dobrej Nowiny.

Nasze chrześcijaństwo może przypominać rzecz piękną i efektowną ale bezużyteczną. Chrystus chce, aby stało się napędem naszego życia i każdego dnia dodawało nam energii do życia lepszego, piękniejszego i spełnionego. Jeśli przyjmiemy Dobrą Nowinę o krzyżu i spróbujemy nią żyć odkryjemy zupełnie nowe wymiary codzienności i nową życiową moc.

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

WYDAWCA

Drukarnia i Księgarnia Św. Wojciecha Sp. z o.o.

ul. Chartowo 5

61-245 Poznań

www.swietywojciech.pl

Redakcja "Biblioteki Kaznodziejskiej"

www.bkaznodziejska.pl

tel. 61 659 37 44

bkaznodziejska@swietywojciech.pl

Prenumerata

tel. 61 659 37 56

prenumerata@swietywojciech.pl

ISSN 0208-7413

Plik opracował i przygotował Woblink