Białoruś imperium kontrastów - Artur Zygmuntowicz - ebook
Opis

„Litwo! Ojczyzno moja!” – te słowa zna praktycznie każdy Polak, ale nie każdy wie, że Mickiewiczowska Litwa to dzisiejsza Białoruś, a obecną Litwę wtedy nazywano Żmudzią. Na terenie obecnej Białorusi urodzili się Tadeusz Kościuszko, Eliza Orzeszkowa, Ryszard Kapuściński, Pola Raksa, Andrzej Kondratiuk i Andrzej Bobola, jak również Chaim Weizmann, pierwszy prezydent Izraela. I wielu, wielu innych nieprzeciętnych. A co wie o Białorusi przeciętny Polak? Jeśli nie jest widzem Biełsatu, wie niewiele, głównie to, że państwem rządzi wielokadencyjny Aleksander Łukaszenka.

Białoruś imperium kontrastów” to książka wymykającą się definicjom. Jest jednocześnie reportażem, publikacją podróżniczą, zbiorem zabawnych anegdot oraz błyskotliwych obserwacji socjologicznych, do których materiał został zebrany przez autora podczas czterech podróży do tego kraju, w tym dwóch rowerowych. A jaka jest Białoruś?

To jedno z państw najrzadziej odwiedzanych przez polskich turystów, mimo że leży za miedzą i łączy nas wielowiekowa wspólna historia. Z sympatią, jaką nas, Polaków, darzą Białorusini, możemy się spotkać jedynie w Gruzji lub na Węgrzech. Zaproszenie wprost z ulicy do domu czy na wesele nie jest niczym nadzwyczajnym.

Na Białorusi wszystko jest godne uwagi, oprócz dość siermiężnej gastronomii, którą znamy z Polski czasów przemian. Białoruś to kraj, w którym prezydent w telewizji uczy, jak się prawidłowo zbiera ziemniaki, jeździ na łyżwach czy remontuje dworce, a podczas gospodarskich wizyt widowiskowo zwalnia z pracy urzędników lub dyrektorów państwowych przedsiębiorstw. Białoruś to nowoczesna, imponująca stolica i wsie, które niewiele zmieniły się od stu lat. Białoruś to jednocześnie sowiecki skansen z wszechobecnymi pomnikami Lenina, a nawet Dzierżyńskiego, i kraj z fantastycznymi obiektami sportowymi dostępnymi dla każdego, kto tylko chce trenować – od kajakarstwa po hokej. Białoruś to i nasza historia – Nowogródek Mickiewicza, Nieśwież Radziwiłłów, królewskie Grodno czy niesamowity Pińsk Kapuścińskiego. To przyroda Puszczy Białowieskiej i zaczarowane, dzikie Polesie z rozlewiskami Prypeci porównywanej z Amazonką. Białoruś to kraj, w którym „Czterech pancernych i psa” puszcza się w telewizji częściej niż w Polsce, a przeciętny Iwan lepiej zna polską literaturę niż przysłowiowy Kowalski. Białoruś to połączenie ognia i wody niespotykane gdzie indziej.

Podróż na Karaiby będziecie wspominać przez pół roku. Wizytę na Białorusi – przez całe życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 264

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Książkę ‌dedykuję

synowi Jakubowi

Wstęp

„Litwo! ‌Ojczyzno moja!” – te ‌słowa zna ‌każdy ‌Polak, ale nie ‌każdy wie, ‌że mickiewiczowska ‌Litwa to ‌w większości ‌dzisiejsza ‌Białoruś, a obecną ‌Litwę ‌wtedy nazywano Żmudzią. ‌Na terenie obecnej Białorusi ‌urodzili się Tadeusz Kościuszko, ‌Eliza Orzeszkowa, ‌Ryszard Kapuściński, ‌Pola Raksa, ‌Andrzej ‌Kondratiuk i Andrzej Bobola, jak ‌również Chaim Weizmann, ‌pierwszy prezydent ‌Izraela. I wielu, wielu innych ‌nieprzeciętnych. ‌A co ‌wie ‌o Białorusi przeciętny Polak? ‌Jeśli nie jest widzem ‌Biełsatu, wie niewiele, głównie ‌to, że państwem ‌rządzi wielokadencyjny Aleksander ‌Łukaszenka. 

Białoruś jest ‌jednym z najrzadziej odwiedzanych ‌państw ‌przez polskich turystów, mimo ‌że ‌leży za miedzą, mimo ‌że łączy nas wielowiekowa ‌wspólna historia i mimo ‌sympatii, ‌jaką ‌Polaków darzą Białorusini. ‌Zaproszenie wprost z ulicy ‌do ‌domu czy ‌na wesele nie ‌jest niczym ‌nadzwyczajnym.

Na Białorusi ‌wszystko ‌jest godne ‌uwagi, oprócz ‌dość siermiężnej gastronomii, ‌którą znamy z Polski ‌czasów przemian. ‌Białoruś to kraj ‌zarządzany ręcznie ‌przez prezydenta dyktatora, ‌który ‌prześladuje ‌niezależnych dziennikarzy, ale ‌ci nie pozostają dłużni ‌i mimo ogromnych trudności ‌robią swoje. Białoruś ‌to kraj, w którym ‌władza jednego dnia ‌mówi o zjednoczeniu z Rosją, ‌a następnego rozpoczyna ‌kampanię bil­bordową podkreślającą niezależność ‌i odmienność Białorusi. ‌Białoruś ‌to kraj, w którym ‌prezydent w telewizji uczy, ‌jak się ‌prawidłowo zbiera ziemniaki, jeździ ‌na łyżwach czy remontuje ‌dworce, a podczas ‌gospodarskich wizyt widowiskowo zwalnia z pracy urzędników lub dyrektorów państwowych przedsiębiorstw. Białoruś to kraj, w którym większość obywateli, łącznie z prezydentem, nie zna języka narodowego, a oficjalnym członkiem delegacji rządowych jest nieletni syn prezydenta. Białoruś to nowoczesna, imponująca stolica i wsie, które niewiele zmieniły się od stu lat. Białoruś to zarówno sowiecki skansen z wszechobecnymi pomnikami Lenina, a nawet Dzierżyńskiego, jak i kraj z fantastycznymi obiektami sportowymi dostępnymi dla każdego, kto tylko chce trenować – od kajakarstwa po hokej. Białoruś to i nasza historia – Nowogródek Mickiewicza, Nieśwież Radziwiłłów, królewskie Grodno czy niesamowity Pińsk Kapuścińskiego. To również przyroda Puszczy Białowieskiej i zaczarowane, dzikie Polesie z rozlewiskami Prypeci, porównywanej z Amazonką. Białoruś to jeden z rekordzistów w spożyciu alkoholu per capita, ale jednocześnie kraj, w którym na ulicy nie spotkacie pijanego proszącego o parę groszy, jakich pełno w Polsce. Białoruś to kraj, w którym „Czterech pancernych i psa” puszcza się w telewizji częściej niż w Polsce, a przeciętny Iwan zna polską literaturę klasyczną nie gorzej niż przeciętny Kowalski. Białoruś to kraj, w którym ten, kto zarabia trzysta dolarów miesięcznie, na utrzymanie wydaje czterysta, a sto odkłada na czarną godzinę. Białoruś to połączenie ognia i wody, niespotykane gdzie indziej. Podróż na Karaiby będziecie wspominać przez pół roku – wizytę na Białorusi przez całe życie.

PODRÓŻ PIERWSZA

Granica

Przekraczanie polsko-białoruskiej granicy jest przygodą samą w sobie. Dla tych, którzy podróżowali do Związku Radzieckiego, jest przypomnieniem niespotykanego gdzie indziej wyjątkowego klimatu, służbowej atmosfery pełnej powagi i skupienia, atmosfery wielkiej odpowiedzialności mundurowych, którzy przez cały proces z kamienną twarzą wypełniają swoje obowiązki. Dla wychowanych w innej rzeczywistości to doskonała lekcja historii, tragikomedia w jednym akcie i przygoda, o której przez długi czas będą opowiadać przy biesiadnych stołach. Tomasz Dzierżanowski, kolega rowerzysta, który przejechał pół świata, powiedział kiedyś, że granica mówi więcej o kraju, do którego się jedzie, niż kilkudniowy w nim pobyt. Coś w tym jest…

Oczywiście, raz na jakiś czas zdarza się bardziej wyluzowany celnik czy uśmiechnięty żołnierz, ale to rzadkość. Trzeba mieć szczęście, by na takiego trafić. Żarty zatem niewskazane. Powtarza się to, co pamiętam z czasów Związku Radzieckiego – pogranicznik patrzy na twarz turysty wnikliwie, wręcz chłoszcząc go po gębie spojrzeniem, potem przenosi wzrok na zdjęcie w paszporcie, potem znów patrzy w oczy, potem znów zerka na zdjęcie. I tak kilka razy. Dokładnie. Uważnie. Bez pośpiechu, bo On tu jest panem czasu. Jemu się nie śpieszy – o wyznaczonej godzinie skończy służbę i szlus, a tymczasem patrzy uważnie, czasami przejedzie palcem po zdjęciu, czy aby nie wklejone przez fałszerza. Paszport styrany częstymi podróżami budzi czujność podwójną – urzędnik patrzy na wizy, pieczątki, sprawdza autentyczność dokumentu wzrokiem, dotykiem i skanując w specjalnej maszynie. Nie wącha go na szczęście. Obserwuję ten rytuał z rozrzewnieniem – tu nic się nie zmieniło. Cofnąłem się w czasie i jestem w przeszłości. Hura, jestem w przeszłości! Nie mam czterdziestu czterech lat, tylko siedemnaście i właśnie przekraczam po raz pierwszy granicę upadającego Związku Radzieckiego. Jadę z przyjacielem Robertem Karczewskim pociągiem do Mińska, by przesiąść się na samolot do Ałma Aty ze śródlądowaniem w Czelabińsku. Wtedy bilet lotniczy na trasie Mińsk – Ałma Ata kosztował tyle co kolejowy, ulgowy bilet drugiej klasy z Białegostoku do Warszawy. Byliśmy królami życia! Byliśmy młodzi, piękni i szczupli! Byliśmy też zaopatrzeni w tekstylia, które po upłynnieniu dały zwrot kosztów podróży i spory zysk, pozwalający poczuć się przez chwilę bogaczami... I gdy dzielę się swoimi wspomnieniami z towarzyszką podróży Lilianną, nagle dociera do mnie, że to nie tylko przeszłość mnie dopadła. Jest przecież rok 2016, rok wielkich problemów, które wzięły się z otwartych granic, i tu, na białoruskiej granicy widzę łatwą do wyobrażenia i wielce prawdopodobną przyszłość Europy, przyszłość opuszczonych szlabanów, przyszłość siatek, ogrodzeń, drutów, załadowanej broni i wież kontrolnych. Jestem więc jednocześnie w przeszłości i przyszłości, a skoro jestem tu i tam, to można to wytłumaczyć jedynie rozdwojeniem jaźni. I to uczucie rozdwojenia, uczucie niewytłumaczalnego, uczucie niedającej się połączyć wody z ogniem, towarzyszyć mi będzie przez cztery kolejne wizyty w królestwie łaskawie panującego Aleksandra Łukaszenki. Tomek Dzierżanowski miał rację – granica mówi dużo więcej, niż to się z pozoru wydaje.

Zatem pełna powaga i żadnych żartów. Bo tu nie zwykła odprawa graniczna, tylko misterium – święty obrządek. Msza biała, msza czarna, missa pagana. Spowiedź, żal za grzechy i komunia. Ostatnia wieczerza i pierwsza wieczerza. Allah akbar. Chwała na wysokościach, abrakadabra i Hare Kryszna, Hare Hare. Tu i szabat szalom, i moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina… Tu jest wszystko. Wszystko z wyjątkiem „gospodi pomiłuj”… Ale każde nabożeństwo ma swój koniec i wreszcie Kapłan Pogranicznik-Mistrz Ceremonii daje gestem znać – iluminat może przejść dalej.

Tu nie ma żartów. W 1992 roku, w stanie upojenia alkoholowego założyłem się, że w dwadzieścia cztery godziny dojadę autostopem z Białegostoku przez Litwę i Łotwę do Petersburga. Na granicy łotewsko-rosyjskiej, na pytanie rosyjskiego celnika, co przewożę w plecaku, odpowiedziałem, chcąc być zabawnym, że oczywiście broń i narkotyki. Celnik zabrał mój paszport i kazał czekać. Zapadł zmrok, zrobiło się zimno, a ja stałem, stałem i stałem… Przetrzymali mnie przez osiem godzin na zewnątrz. Plecaka oczywiście nie sprawdzali. Do Petersburga dojechałem wyziębiony, chory i niezdolny do jakiegokolwiek zwiedzania. Cztery dni w łóżku. Tak się kończą głupie żarty.

Na granicy, jak to na granicy, ważny jest paszport. Na turystycznym przejściu granicznym w Białowieży, jeśli udajemy się tylko do białoruskiej części puszczy, nie obowiązuje wiza, a jedynie specjalne zezwolenie, dlatego dwójka rowerzystów z wizami wzbudziła jeszcze większe zainteresowanie. Dokąd? Po co? A gdzie będziecie nocować? Do Brześcia? Autem nie lepiej? Deszcz ma padać… Nie wiadomo, czy to przejaw troski, czy czujność mundurowych…

Paszport to jedno, ale ważny jest też pewien dokument wielkości dwóch kart do gry, zwany czule karteczką. Na karteczce wpisuje się dane z paszportu, adres zamieszkania, telefon i jeszcze inne informacje. Dwukrotnie, bo karteczka ma dwie identyczne części. Jedna zostaje na granicy i jest zeskanowana do systemu z datą przekroczenia, a drugą podróżny zabiera ze sobą. Jeśli pobyt trwa dłużej niż pięć dni, na odwrocie karteczki należy przybić choć raz pieczęć hotelu czy innej kwatery, w której się nocowało. Brak pieczęci oznacza sporą karę na granicy w drodze powrotnej. A co ma zrobić nocujący w namiocie lub prywatnie? Zgłosić się na milicję w miejscowości pobytu lub na najbliższej komendzie. I tam mu przystemplują. Brak pieczęci oznacza karę i podejrzenie, że mamy coś do ukrycia. Zgubienie karteczki to też kara na granicy. Zgubisz paszport – pomogą Ci, skontaktują z ambasadą, podwiozą nawet, dadzą jeść i pić, po ludzku zrozumieją. Za brak karteczki – kara. Witamy na Białorusi! I może to trzeba leczyć, ale ja ten klimat uwielbiam.

Paszport i ważniejsza od niego karteczka, bo jej zgubienie oznacza kłopoty

Bo jest też druga strona medalu. Ten sam celnik, czy żołnierz, zaraz po zdjęciu munduru… Ups, mało nie zacząłem tu Państwu streszczać „Efektu Lucyfera” Filipa Zimbardo, ale na szczęście ugryzłem się w język. Lepiej posłużyć się przykładem. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych kolega Rafał Lewicki poprosił, abym wybrał się z nim do Grodna, bo nigdy nie był za wschodnią granicą. Jechaliśmy pociągiem z Kuźnicy Białostockiej. Celnik białoruski przetrzepał podróżnych z wyjątkową gorliwością, fundując zdumionemu Rafałowi niezapomniane widowisko, nas ostentacyjnie ignorując – nasze plecaki nie wzbudziły jego zainteresowania. Pogoda w Grodnie była mocno butelkowa, a my spędziliśmy ponad godzinę na szukaniu jakiejś czynnej restauracji. Restauracje były czynne, tyle tylko, że w godzinach od 13.00 do 15.00 nie pracowały, z powodu przerwy obiadowej! Tego nie wymyśliłby nawet John Cleese. W końcu zrezygnowany i wyziębiony Rafał poszedł z ćwiartką wódki do hotelu, a ja szukałem dalej. Zdany na wiedzę taksówkarza podjechałem pod jakiś lokal prowadzony przez Azera, ale tam właśnie mieli awarię hydrauliki i dopiero położona na uboczu restauracja „Złoty Cielak” pracowała bez przerwy obiadowej. W środku było pełno ludzi, gwarno i siwo od dymu. Zamówiłem karafkę białej pod szaszłyk i zjadłem z apetytem, zastanawiając się, jak tu ściągnąć Rafała. Jechać po niego nie chciałem, obawiając się utraty stolika. Gdy zaczynałem drugą karafkę i kolejny (wyśmienity) szaszłyk, do lokalu wszedł krokiem zdecydowanym człowiek o obliczu spragnionym. Usiadł stolik dalej i zaczął od szklaneczki z wódką, wykonując w moją stronę gest pozdrowienia. Znałem skądś tego pana, ale nie mogłem przypomnieć sobie skąd. Odpowiedziałem tym samym gestem z uniesionym kieliszkiem. Minutę później siedzieliśmy razem. Towarzysz przedstawił się, po czym zaczął mnie dopytywać, skąd się znamy, bo znamy się na pewno. Kolejna karafka pomogła. Mój miły towarzysz od kieliszka był tym celnikiem, który kontrolował nasz wagon.

– Zaraz, zaraz, ale was było dwóch! – przypomniał mi o istnieniu Rafała pijany kolega celnik i nie zwlekając, zarządził rozchodniaczka, po czym z restauracyjnego telefonu zamówił taryfę. Pojechaliśmy do hotelu i wyciągnęliśmy Rafała z łóżka. Byłem pewien, że wracamy do knajpy, ale okazało się, że wylądowaliśmy u niego w mieszkaniu. Żona naszego przyjaciela zdawała się być przyzwyczajona do takich akcji i z uśmiechem na twarzy nakryła suto do stołu. Impreza zaczęła się od nowa. O powrocie do hotelu nie było mowy, mimo kilkunastu prób z naszej strony. I zamiast spać każdy w swoim, co prawda postradzieckim, ale swoim osobistym łóżku, spaliśmy we dwóch na rozkładanej, ciasnej, rozklekotanej i horrendalnie niewygodnej kanapie. Następnego dnia mocno walczyliśmy z gościnnością i z trudem, ale jednak udało się nam zostać w hotelu. Tyle tylko, że we trzech, na dwóch zsuniętych łóżkach, bo skoro my nie chcieliśmy do niego, to on został z nami. Obficie oblewaliśmy udane zakupy kilku aparatów marki Zenit, które później sprzedaliśmy na białostockim bazarze przy ulicy Bema z pokaźnym zyskiem. Oczywiście aparatów w żadnym sklepie nie było, ale nasz przyjaciel wykonał kilka telefonów i się znalazły. I jak tu ich nie kochać? A co do przerwy obiadowej w restauracjach białoruskich, to i dziś, co prawda rzadko, ale jednak, można spotkać się z tą jakże uroczą praktyką.

Dziadek Mróz

Po kontroli granicznej udaliśmy się z Lilianną do punktu informacji turystycznej, który znajduje się jakieś sto metrów od bramy granicznej. Tak jest – od bramy, nie od szlabanu, jak po polskiej stronie, tylko od elektrycznie otwieranej, ciężkiej bramy, którą sforsować mógłby jedynie czołg, co biorąc pod uwagę miejsce – turystyczne przejście w puszczy – jest nadmiarem troski o bezpieczeństwo. Ostatnim ogniwem ludzkim był żołnierz, właściwie chłopak koło dwudziestu lat, mały, szczupły, istne chucherko, któremu powagi dodawała ogromna czapka z rondem wielkości orlego gniazda. On też uważnie sprawdził paszporty i pozwolił jechać dalej. Miła pani z punktu informacyjnego udzieliła kilku wskazówek, pomijając najważniejszą, że powinniśmy wykupić bilet wstępu do Parku Narodowego. W Polsce kupuje się bilet na ścieżkę dydaktyczną rezerwatu ścisłego, a na Białorusi obowiązuje bilet na cały teren puszczy, ale o tym dowiedzieliśmy się dopiero w drodze powrotnej. Szczęściem nikt nas nie skontrolował i uniknęliśmy kary.

Jedną z najbardziej reklamowanych i popularnych atrakcji po białoruskiej stronie jest siedziba Dziadka Mroza. Dziadek Mróz jeszcze do niedawna występował w jednym egzemplarzu, ale się rozmnożył i oprócz rosyjskiego, który ma swoją siedzibę w rosyjskim mieście Wielki Ustiug, funkcjonuje również białoruski Dziadek Mróz. Młodym wyjaśniam, że Dziadek Mróz został mocno spopularyzowany w czasach radzieckich, jako alternatywa dla Świętego Mikołaja, a sama postać pochodziła ze słowiańskiej tradycji. W Polsce powojennej nowy bohater przepadł, mimo usilnych starań propagandy. W literaturze można trafić na ślady tej działalności – o próbach wciśnięcia Polakom Dziadka Mroza pisał, na przykład, Leopold Tyrmand w „Dzienniku 1954”. Ale do rzeczy. Białowieska siedziba Dziadka Mroza jest miejscem tak kuriozalnym, zaskakującym, niedorzecznym, kiczowatym i nijak niepasującym do kontekstu, że… trzeba je koniecznie zobaczyć! Siedzibę Dziadka Mroza stanowi ogrodzony teren z wielką, ozdobną bramą i kilkoma drewnianymi budynkami w stylu nieokreślonym, na potrzeby sprawozdania można to nazwać stylem rosyjskiej bajki. Na miejscu jest też parking i punkty handlowe z pamiątkami, ale przyjechaliśmy za wcześnie i były jeszcze nieczynne. Jest też przyzwoita knajpa. Bilet – jak na warunki białoruskie – drogi, po przeliczeniu około dwudziestu złotych. Jeden z domków na terenie to osobiste mieszkanie Dziadka Mroza. Gołe ściany pomalowane białą farbą, jakieś sprzęty typu samowar i stary gramofon, naczynia i mebelki. Wszystko pomalowane na biało, że niby pokryte szronem. Oczywiście po terenie w określonych godzinach śmiga clou programu – koleś przebrany za Dziadka Mroza i jego wnuczka-pomocnica Śnieżynka. Przez okrągły rok, więc jest klawo. Poza domkami można obejrzeć kilkanaście rzeźb przedstawiających zwierzęta i postaci z bajek, w tym Czerwonego Kapturka z fizys lalki z sex shopu. Klasa sama w sobie. Wyróżnia się też koza chodząca na tylnych nogach, z koszykiem pod pachą i w ludowym stroju. Dla fantazji nie ma granic. Mnie przypadł do gustu dynamiczny z postawy, drewniany łoś wielkości naturalnej, ciągnący sanie. Łoś jest z drewna, ale poroże ma prawdziwe, przykręcone wulgarnymi w tym zestawieniu śrubami, których nie chciało się artyście zamaskować. Co ciekawe, rzeźby zwierząt i postaci z bajek, podobnie wykonane, można zobaczyć na placach zabaw w wielu białoruskich miastach. Bez biletu.

Lilianna i Ernest zapraszają do białoruskiej siedziby Dziadka Mroza

Wnętrze mieszkania Dziadka Mroza

Mój ulubieniec w siedzibie Dziadka Mroza – dynamiczny łoś, zapewne szybszy od fińskich reniferów

Koza? Osioł? „Bajeczna” cena biletu za oglądanie takich „cudowności” ma swój urok...

Siedzibę białoruskiego Dziadka Mroza odwiedzają tłumy i biznes się kręci. Wyjaśnienie tego fenomenu wydaje się ponad siły. Dzieciom się pewnie podoba, bo wizytę można zorganizować tak (za dodatkową opłatą, rzecz jasna), że Dziadek Mróz będzie miał prezent dla naszej pociechy. Czysta komercha, jak każda inna tego typu. Bo czymże jest Rovaniemi? Kto był, ten wie, ile trzeba zapłacić za zdjęcie ze „Świętym Mikołajem”. Ale widocznie istnieje zapotrzebowanie na takie miejsca, bo w Polsce też, dokładnie we wsi Kołacinek, funkcjonuje polska siedziba Świętego Mikołaja i Dziadka Mroza. Różnica jest taka, że to cudo na Białorusi, mimo całego kiczu, jest jednak miejscem dość sympatycznym, a przedsiębiorstwo w Polsce o zastrzeżonej nazwie Kraina Świętego Mikołaja to coś absolutnie bez klimatu, niewarte funta kłaków. Jest jeszcze jedna przewaga po stronie białoruskiej, przewaga natury ogólnej w obsłudze turystów. Było zimno i padał deszcz, chcieliśmy rozgrzać się herbatą, ale nie mieliśmy jeszcze wymienionych pieniędzy.

– Złotówki? Dolary? Pieniądz to pieniądz – powiedziała sympatyczna barmanka i skasowała jednego dolara za dwie herbaty. W Polsce nie ma tak lekko.

Przypomniał mi się dowcip z czasów radzieckich – lata temu, o ile dobrze pamiętam, w Woroneżu rubaszny kompan od wypitki powiedział:

– Wiesz, kiedy radziecki chłopak orientuje się, że nie jest już dzieckiem, tylko dorosłym? Gdy chce, aby jego życzenia spełniała Śnieżynka, a nie Dziadek Mróz.

Przy bramie do siedziby Dziadka Mroza umówieni byliśmy z naszym białoruskim towarzyszem podróży – Ernestem Brykiem, synem Jana. O Erneściu słów kilka później.

W końcu jadąc przez piękną puszczę elegancko wyasfaltowaną ścieżką turystyczną, dojechaliśmy już we trójkę do wsi Kamieniuki, która pełni rolę centrum turystycznego i jest bramą wjazdową do białoruskiej części puszczy. Na miejscu jest zarówno muzeum z wypchanymi zwierzętami, jak i zagroda z żywymi, ale dla rowerzystów ważniejsza będzie informacja, że oficjalnych tras rowerowych po białoruskiej części Puszczy Białowieskiej jest kilka, w sumie prawie sto kilometrów po drogach utwardzonych, asfaltowych, jednym słowem wygodnych. A co do krajobrazów, to nie sposób tego oddać w tekście – tam po prostu trzeba być. Chociaż raz. Po naszej czy po białoruskiej stronie – wszystko jedno, ale to jest miejsce, gdzie dopiero można zrozumieć znaczenie słowa „puszcza”.

W Kamieniukach wymieniliśmy dolary na ruble i przez moment poczuliśmy się jak bogacze – Białoruś była jeszcze przed denominacją rubla i za dwa banknoty studolarowe dostaliśmy pół kilo miejscowej waluty. Poezja. Po szybkim obiadku – obowiązkowe pielmieni – pojechaliśmy dalej.

Lilianna, Ernest i klub „Luźna Guma”

Powinienem przedstawić Państwu podróżujących ze mną. Nieformalny klub rowerowy „Luźna Guma”, którego jestem honorowym prezesem (funkcja bez żadnych przywilejów, niestety), powstał jako alternatywa dla mody na bicie rekordów, objeżdżanie świata dookoła, „pokonywanie siebie i przekraczanie granic ludzkich możliwości”. Członkostwo w klubie jest łatwe do zdobycia – wystarczy z Honorowym Prezesem wybrać się chociaż raz na przejażdżkę i chociaż raz pobiesiadować. W skrajnych przypadkach można się załapać po wspólnym przejechaniu stu metrów i wypiciu symbolicznych stu gram. Abstynenci i niepijący alkoholicy z drugiego punktu regulaminu są zwolnieni. Nasze klubowe wypady to, w zależności od wolnego czasu, sobotnia przejażdżka po wałach nad Odrą albo dłuższe wyjazdy, choćby do sąsiednich Czech. Czasami jadą dwie osoby, czasami dziesięć. Nie staramy się spieszyć, odpoczywamy tyle, ile potrzeba, zawsze znajdziemy czas na obiad, na zwiedzanie, na rozmowę z miejscowymi czy leżenie na trawie. Ma być luz, w końcu to „Luźna Guma”. Trasy nie są długie. W zależności od warunków – bo z sakwami inaczej się jedzie po asfalcie, a inaczej po żwirze czy błocie – dziennie pokonujemy od trzydziestu do osiemdziesięciu kilometrów. Nocujemy ekonomicznie, w obiektach turystycznych. Klub się rozrasta. Warszawa, Łódź, Wałbrzych, Świdnica, Białystok, Drohiczyn, Poznań, Oblęgorek, Piotrków Trybunalski, Szczecinek – w tych miejscach działają członkowie „Luźnej Gumy”. Lilianna trafiła do klubu w 2015 roku. Wybraliśmy się ekipą na trasę Hrensko – Praga, wzdłuż Łaby. Łaba to taka rzeka w Czechach. Rzeka to taka woda, co płynie od źródła do innej rzeki lub do morza. Morze to taka wielka słona woda. Słoność jest nie tylko cechą charakterystyczną morza, ale i cen nad morzem. Ceny nad morzem są słone i, co ciekawe, wywołują kwaśne miny u turystów i jednocześnie słodki sen u żyjących z turystów. Ale dosyć dygresji.

Lilianna jechała wtedy na pożyczonym, ponaddwudziestoletnim miejskim rowerze z Holandii, czule nazywanym Kobzetą (chociaż nikt nie wie, co znaczy słowo Kobzeta). Jakim cudem Kobzeta nie rozsypała się na trasie, wie tylko jej konstruktor. I jakim cudem Lilianna po drodze nie wrzuciła Kobzety do Łaby, tego też nie sposób pojąć. W każdym razie przez całą trasę nie słyszałem z jej ust ani słowa narzekania, ani słowa żalu, że ciężko, że niewygodnie, że nie ma już sił. Z uśmiechem na twarzy pokonała całą trasę. Ale na Białoruś wybrała się już na porządnym, turystycznym rowerze. Lilianna ma pogodne, spokojne i łagodne usposobienie, ale pociąga ją przebywanie z dziwakami – gdyby tak nie było, już po wyprawie do Czech odpuściłaby sobie ciąg dalszy. Po Białorusi też jej nie przeszło i jeździ z klubem dalej. Na co dzień pracuje w aptece i z uśmiechem wydaje cherlakom pigułki. I pewnie sama coś łyka od czasu do czasu, skoro z nami jeździ. Na wyjazdach odpowiada za apteczkę.

Ernest Bryk jest synem Janka Bryka – mojego starego jak świat znajomego, ożenionego z Białorusinką i mieszkającego w Brześciu, a pochodzącego z Wilanowa pod Siemiatyczami. W mianowniku wieś nazywa się Wilanowo, nie Wilanów. Ten drugi Wilanów, leżący pod Warszawą, znany jest dzięki innemu Jankowi, niejakiemu Sobieskiemu. Nie wiem dokładnie, kto zacz, ale patrząc po sklepowych półkach, sądzę, że chłop miał gorzelnię. Przyjdzie sprawdzić w internecie. Wracając do Ernesta – gdy go widziałem ostatni raz, miał trzy lata i wyglądał inaczej: nie miał dredów i tatuaży. Obecnie Ernest studiuje turystykę w Białej Podlaskiej i dzięki przyłączeniu się do wyjazdu miał okazję (sic!) po raz pierwszy poznać kawałek Białorusi (Ernest ma białoruskie obywatelstwo) od strony rowerowej. A ponieważ jest dorosły, mógł zrealizować drugi punkt regulaminu klubowego i walnąć setę z prezesem. Tym samym powstał pierwszy, jednoosobowy oddział klubu „Luźna Guma” za granicą Polski.

Ernesta z Białorusią łączy jedynie paszport. Wysoki chłop, potężnie zbudowany, z dredami i kolekcją tatuaży, wśród których wyróżnia się jeden przedstawiający bulbę (czyli ziemniaka, mającego na terenie Białorusi miejsce wyjątkowe), zwracał uwagę spotkanych na trasie, szczególnie w mniejszych miejscowościach. Tak więc Ernest jest w połowie Polakiem, a może więcej niż w połowie, bo jego mama – Ola – też ma częściowo polskie korzenie. Ernest jest bezkrytyczny wobec Polski (pewnie mu przejdzie, jak się dowie, co to ZUS) i jednocześnie fanatycznie nienawidzi prezydenta Białorusi, czemu daje upust, używając mało wybrednych określeń. Chociaż czasami przejdzie mu przez usta życzliwe słowo o panu Łukaszence. Ale o tym później.

Z tą dwójką przyszło mi podróżować. I oby jeszcze nie raz.

Kamieniec Litewski

Ścieżek rowerowych Białoruś nie potrzebuje. Ruch samochodowy na drogach bocznych, a już szczególnie w dni świąteczne, jest tak nikły, że rowerzysta czuje się jak pan na włościach. Całą szosę ma dla siebie. Ale turystów rowerowych nie widać, a jeśli już się pojawiają, to bardzo sporadycznie w okolicach największych atrakcji, typu puszcza, Mir czy Nieśwież. I nie są to z reguły Białorusini. Ten, kto jako pierwszy postawi na obsługę grup rowerowych, ma moment idealny – na razie konkurencji brak, a możliwości są. W każdym razie do Kamieńca Litewskiego dojechaliśmy w krótkim czasie. Igor Sokołowski w książce „Białoruś dla początkujących” pisze, że Kamieniec to miasto doskonałe dla japońskiego turysty, bo wszystkie atrakcje położone są blisko siebie w obrębie stu metrów. Tak jest w istocie. Stojąc na środku placu, można na japońską modłę zrobić zdjęcie trzynastowiecznej, ceglanej baszcie obronnej, pomnikowi żubra i Włodzimierza Wasylewicza, założyciela miasta, a także cerkwi pod wezwaniem Szymona Słupnika.

Zabytki owszem, szczególnie baszta jest godna uwagi, ale na Liliannie, która pierwszy raz przekroczyła wschodnią granicę, piorunujące wrażenie zrobiła miejska tablica chwały ze zdjęciami przodowników pracy – tradycja pozostała po radzieckich czasach. Ta w Kamieńcu nosi tytuł „Najlepsi z najlepszych” i widać, że jest aktualizowana. Kogóż tu mamy? Najlepszego w mieście nauczyciela, najlepszego bibliotekarza, mechanika-traktorzystę, księgowego… W sumie zdjęcia, od piersi w górę, dwudziestu czterech wyróżnionych osób. Ernest, dla którego takie widoki to codzienność, dopiero po naszej reakcji zorientował się, że jest to coś, czego nie widział poza Białorusią, i cieszył się z tego, że nas to cieszy, ale nie potrafił wyjaśnić, według jakich kryteriów trafia się w takie miejsce. Zatem hi hi, hi i ha, ha ha, aż nagle przyszła refleksja i powiało Gogolem – bo tu nie ma się z czego śmiać czy kpić. Czy nasze, zaszczepione przez korporacje rankingi „pracownika miesiąca”, pozostałe z socjalizmu odznaczenia za wysługę lat i inne wymysły to coś mniej śmiesznego? Ile razy miałem okazję obserwować, jak „pracownik roku” miesiąc po wręczeniu tytułu zostaje zwolniony bez mrugnięcia okiem przez tego samego dyrektora, który dopiero co na forum gratulował mu sukcesu? No właśnie – nie raz, nie dwa, nie trzy… Zatem: „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie!”.

Myśl ta wracała do mnie w tej podróży później nie raz. Białorusini i Polacy mieszkający na Białorusi nie kryli sympatii do Polski, do Polaków z kraju, ale przyciśnięci do muru przyznawali w końcu, że mimo całej sympatii do nas boli ich dość powszechnie okazywane poczucie wyższości, czy to przez zwykłych ludzi, czy przez media, przez polityków. Poczucie wyższości wobec Wschodu i jednocześnie bezkrytyczny, powszechny zachwyt nad wszystkim co zachodnie, ale nie tylko zachwyt, lecz bosa pańszczyźniana uniżoność wobec pana w butach i na koniu. Trudno się z nimi nie zgodzić. Pamiętam pierwszy w Polsce bar sieci McDonald’s i totalne rozczarowanie smakiem. Piszę bar, bo jak miejsce, gdzie jest samoobsługa, żre się z papieru i sprząta po sobie, można nazwać restauracją? Ale do rzeczy. Zawiedziony smakiem stwierdziłem wtedy, że w Polsce to się nie przyjmie, bo ludzie spróbują tego raz i rozczarowani więcej nie wrócą. Ależ byłem naiwny… Dziś na moim sporym wrocławskim osiedlu w promieniu dwustu metrów od McDonalda mamy pierogarnię, dwie pizzerie, bar wietnamski i chiński, lokal z kebabem, jakieś trzy miejsca serwujące domowe polskie obiady i bar sałatkowy – wszystko lepsze, zdrowsze, smaczniejsze i tańsze niż u Wuja Sama. I gdzie jest zawsze i o każdej porze największy ruch? Zgadza się – w McDonaldzie. To tylko skromny przykład (kulinarnego) serwilizmu wobec Zachodu, zaobserwowany przez amatora. Socjolog z politologiem wskazaliby wiele więcej i znacznie poważniejszych dziedzin oraz miejsc, w których kłaniamy się Zachodowi w pas. Do samej ziemi.

Tablica chwały w Kamieńcu, a na jej tle Ernest Bryk, Jan Bryk i autor – niejaki Zygmuntowicz

Jak widać, tablice chwały funkcjonują nie tylko w miastach – w kołchozie Czarnawczyce też są najlepsi z najlepszych

Kamieniec jest miastem niewielkim, niecałe dziewięć tysięcy mieszkańców, z bazą noclegową skromną – jedno gospodarstwo agroturystyczne, przy czym określenie „agroturystyka” jest w tym wypadku przesadzone – na jednej posesji stoją po prostu dwa domy: w jednym mieszka gospodarz, w drugim goście. Oprócz naszej trójki „agrousadźba” gościła innych rowerzystów. Stojące pod wiatą rowery robiły wrażenie – na oko minimum dwanaście tysięcy złotych najgorszy z nich. Okazało się, że przyjechała spora ekipa z Ukrainy. Wieczorem właściciel gospodarstwa przyszedł do nas z butelką, wyjaśniając na wstępie, że „z banderowcami nie będzie pił”. Zastanawialiśmy się później, dlaczego wyjechał z takim tekstem. Być może myślał, że przeciętny Polak każdego Ukraińca z założenia uważa za banderowca i chciał się podlizać. Być może był pod wpływem rosyjskiej propagandy telewizyjnej, a na Białorusi ogląda się więcej rosyjskiej niż białoruskiej telewizji. A w rosyjskiej telewizji nie kończy się wojna propagandowa. Być może znał tych ludzi wcześniej i rzeczywiście coś wiedział. A może podsłuchał ich rozmowę? Nie wiem. W każdym razie skutecznie popsuł nam humor.

Herbatka z Adamem Mickiewiczem i jego żoną

Na trasie z Kamieńca do Brześcia leżą Czarnawczyce, spora wieś w części zamieszkana przez Polaków. Obecnie to senna miejscowość, ale kiedyś się działo, oj, działo – jak mawiają młodzi. Marcin Radziwiłł, syn Jana Mikołaja, człowiek nieprzeciętnej inteligencji, erudyta i naukowiec zajmował się medycyną i fizyką, a gdy już zaczynał „odlatywać” na skutek choroby umysłowej, zajął się próbami odkrycia kamienia filozoficznego. W międzyczasie nauczył się hebrajskiego, ściągnął do Czarnawczyc Żydów, zbudował im synagogę, zajmował się studiami nad Talmudem, popadł w mistycyzm. Religijność nie przeszkadzała mu jednocześnie zajmować się napadami i grabieżą, trzymaniem haremu złożonego ze zdobycznych i kupionych kobiet oraz więzieniem żony i dzieci. W końcu jego fantazja tak dała się we znaki, że został ubezwłasnowolniony przez własną rodzinę i zamknięty w odosobnieniu na resztę życia. Żeby było weselej, przez pewien czas kuratelę nad nim sprawował krewny, Hieronim Radziwiłł, bezwzględny sadysta i damski bokser, a jednocześnie miłośnik teatru i baletu. Dzieje tych dwóch Radziwiłłów to oddzielny materiał na kilka powieści i parę filmów. W każdym razie Marcin Radziwiłł musiał dokazywać rzeczywiście ponad miarę i – znów odwołam się do slangu młodzieżowego – ostro „przeginać pałę”, bo trzeba pamiętać, że Radziwiłłowie mogli sobie na wiele pozwolić, mając w nosie prawo i króla, który mógł ich w nos pocałować. Skoro więc Radziwiłłowie wzięli się za Radziwiłła, to musiało być tam wesolutko.

Dziś po Radziwiłłach pozostał jedynie kościół, dość dobrze zachowany, w którego wnętrzu na styku łuków sklepienia można zobaczyć radziwiłłowskie herby. Na murze kościelnym białoruska władza zamontowała tablicę, że kościół jest zabytkowy i pod ochroną państwa, ale o jego stan miejscowi muszą dbać na własną rękę.

W Czarnawczycach mieszka pewien Polak noszący piękne nazwisko – Adam Mickiewicz – i siłą rzeczy nie potrafiliśmy odmówić sobie przyjemności poznania kogoś, kto tak się nazywa. Zawsze będzie można się pochwalić, że piło się herbatę z Adamem Mickiewiczem. Zaprowadził nas do jego domu sympatyczny i chudy jak patyk polski organista, który z początku był nieufny, ale po dłuższej rozmowie się przełamał. W domu Mickiewiczów zostaliśmy poczęstowani herbatą i ciastem. Serdecznie i bez pretensji. Rodzice pana Adama zostali po wojnie na terenie ZSRR, mimo że mieli możliwość przeniesienia się do Polski Ludowej. Dlaczego zostali? Po pierwsze – teren ten za czasów rodziców i dziadków pana Adama kilkakrotnie przechodził z rąk do rąk i nikt się nie spodziewał, że władza, która przyszła w 1945, zostanie na tak długo. A po drugie – i to był (i dalej jest) powód równie ważny, jeśli nie ważniejszy – nie chcieli zostawić bez opieki grobów swoich przodków. Potem rozpadł się ZSRR, pojawiła nadzieja na zmiany, lata leciały. Wczesny Łukaszenka prowadził politykę skrajnie nieprzyjazną wobec mniejszości polskiej, jednocześnie powtarzając oficjalnie, że takiej mniejszości (ani żadnej innej) na terenie Białorusi nie ma. Mniejszości nie było, ale władza zwalczała ją, jak mogła. Zaprawieni życiem w Związku Radzieckim przetrwali i działania Łukaszenki, dziś ciesząc się o wiele większą swobodą. Przyzwyczaili się; starsze dzieci są już dorosłe, nie ma co życia zaczynać od nowa, tym bardziej że pojawiły się nowe możliwości – okolice odwiedza sporo gości z Polski i Mickiewiczowie myślą o prowadzeniu agroturystyki. Teren już jest i jeśli dobrze zrozumiałem, środki na budowę też. A poza tym czasy oporu Mickiewiczowie wspominają z sentymentem i nostalgią, bo mimo że nie było lekko, to ludzie byli bardziej zżyci, życzliwi, bezinteresowni… A dziś pojawiły się inne wyzwania. Kolejne, najmłodsze pokolenie jest luźniej z polskością związane, między sobą woli rozmawiać po rosyjsku, a to Mickiewiczów martwi. Gdy dopytujemy, przyznają, że oni między sobą też nie rozmawiają po polsku, tylko po rosyjsku. I mówią nam o tym z widocznym zawstydzeniem, jakby bali się nieprzychylnej oceny.

Sentymenty, wspomnienia, stare symbole i więzi międzyludzkie wynikające ze wspólnego losu wewnętrznych banitów już nie mają swojej mocy. Wychowanie w polskości nie jest takie proste – to, co jeszcze im wystarczało, czyli: kościół, Częstochowa, Ojczyzna, Orzeł Biały i Papież, na młode pokolenie już nie działa. Czy mają na to receptę? Niekoniecznie. Zdarza się też, opowiada pan Adam, że młodzi po studiach w Polsce wracają na Białoruś. Mimo że mogą zostać – Karta Polaka daje takie same możliwości jak obywatelstwo. Dlaczego wracają, podczas gdy młodzi Białorusini masowo kombinują, aby zdobyć Kartę Polaka i wynieść się za Bug? Powodem bywa rozdźwięk między Polską z opowieści rodziców i dziadków a tą poznaną w prawdziwym życiu. Bo tu Polska to Bóg, Honor, Ojczyzna, proszę, dziękuję, a tam ZUS, kredyt, korpo, problemy z przedszkolem, powszechna „zajebistość”, pytania: „A ty kto? Ruski?” i „k…. mać” zamiast przecinka. Później, gdy spotykamy w trasie kolejnych młodych Polaków, powtarza się często marzenie: w Polsce zarabiać, na Białorusi żyć. Dla odmiany młodzi Białorusini, nieprzekarmieni romantycznymi opowieściami, biorą bez sentymentu to, co oferuje dzisiejsza Rzeczpospolita. Ich dzieci, wychowane w Polsce, będą już Polakami. Tak to obok siebie istnieją dwa zjawiska – depolonizacja Polaków i polonizacja Białorusinów. Skąd to znamy? Stany, Anglia, Belgia, Kanada, Niemcy – wszędzie tam rodzą się dzieci, które nie wrócą do kraju rodziców i będą go nazywać „starym krajem”. Wycieczka Kraków – Wieliczka – Zakopane owszem, nawet wakacje na Mazurach spędzą, ale żyć będą już tam – bo tam, a nie w Polsce są u siebie…

Herbata się skończyła, ciasto tak samo i mimo nacisków gospodarzy, żeby zostać na obiad, zbieramy się do drogi, wcześniej robiąc na pamiątkę zdjęcie w ogrodzie. Po drodze dzielę się z Lilianną i Ernestem spostrzeżeniem, że mimo krytycznej oceny prezydenta Łukaszenki Mickiewiczowie wypowiadali się o nim z szacunkiem, bez zacietrzewienia, bez obelg, wulgaryzmów i chamskich określeń, typowych dla naszych krajowych dyskusji o polityce i politykach.

Do Brześcia pojechaliśmy przez wieś Skoki, w której urodził się autor „Powrotu posła” – Julian Ursyn Niemcewicz. Dla higieny umysłu, po wspomnieniach szalonego pana na Czarnawczycach, w Skokach możemy powspominać inną historię, z bohaterami w głównej roli, których ominęło szaleństwo, ale którzy bezbarwni nie byli. Ojciec Juliana Ursyna, Marceli, był – jak to mówią – chłopem z jajami, co udowodnił, płodząc szesnaścioro dzieci. Miało to wpływ na decyzję o budowie pałacu (druga połowa osiemnastego wieku), który decyzją władz białoruskich właśnie odnowiono i zamieniono na muzeum. Wcześniej Marceli mieszkał w dworku drewnianym, mniej przestronnym, ale stale powiększająca się rodzina wymagała innej siedziby. Znacznie większej.