Wydawca: Wydawnictwo Czarne Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Białe. Zimna wyspa Spitsbergen ebook

Ilona Wiśniewska  

4.05882352941176 (17)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 300 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Białe. Zimna wyspa Spitsbergen - Ilona Wiśniewska

Spitsbergen to największa wyspa norweskiego archipelagu Svalbard w Arktyce i najbardziej na północ wysunięte siedlisko ludzkie na świecie. Mieszkają tu obywatele prawie pięćdziesięciu krajów, którzy przyjechali żyć i pracować w ciągłym zimnie, śniegu, ciemnościach nocy polarnej albo wiecznym słońcu dnia polarnego. Jedną z takich osób jest Polka – Ilona Wiśniewska, która z pasją odkrywcy i znajomością realiów pełnokrwistego mieszkańca opowiada historię niezwykłych miejsc Spitsbergenu. Opisuje opuszczone osady, kopalnie węgla, hotele, ale też międzynarodowy bank nasion czy Polską Stację Polarną w Hornsundzie. "Białe" to swoista kronika dalekiej Północy i zapis losów współczesnych osadników, a nade wszystko galeria barwnych postaci zamieszkujących lodowaty archipelag, których języki, tradycje i temperamenty tworzą niepowtarzalny tygiel kulturowy. "Trzeba mieć w sobie dużo odwagi, by zamierzyć książkę reporterską z miejsca, gdzie – jak zauważa sama autorka – latem jest jasno i zimno, a zimą ciemno i bardzo zimno, ludzi dwa i pół tysiąca, a niedźwiedzi polarnych pół tysiąca więcej, dróg raptem ze czterdzieści kilometrów i ani jednego drzewka, ani jednego kota. Czy w takiej przestrzeni może dziać się coś interesującego? Sięgnijcie po tę książkę, by się przekonać – jak wiele i jak bardzo! Bo tu wszyscy są skądś, przywieźli kawałki swoich światów, a ich splątane losy tworzą odrębny mikrokosmos i dużo mówią o świecie w ogóle. W tej z pozoru statycznej przestrzeni odkrywamy ślady wielkiej historii, ludzkich miłości i dramatów." Leszek Będkowski, „Polityka”

Opinie o ebooku Białe. Zimna wyspa Spitsbergen - Ilona Wiśniewska

Fragment ebooka Białe. Zimna wyspa Spitsbergen - Ilona Wiśniewska

W serii ukazały się ostatnio:

Lidia Ostałowska Bolało jeszcze bardziej

Igor T. Miecik 14 : 57 do Czyty. Reportaże z Rosji

Marcin Kącki Lepperiada

Peter Hessler Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach

Dariusz Rosiak Człowiek o twardym karku. Historia księdza Romualda Jakuba Wekslera­-Waszkinela

Peter Godwin Strach. Ostatnie dni Roberta Mugabe

Elisabeth Åsbrink W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa

Swietłana Aleksijewicz Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy

Andrzej Muszyński Południe

Wojciech Górecki Abchazja

Katarzyna Kobylarczyk Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty

Maciej Wasielewski Jutro przypłynie królowa

Emma Larkin Spustoszenie. Nieopowiedziana historia o katastrofie i dyktaturze wojskowej w Birmie

Norman Lewis Grobowiec w Sewilli. Podróż przez Hiszpanię u progu wojny domowej

Gellert Tamas Mężczyzna z laserem. Historia szwedzkiej nienawiści

Angelika Kuźniak Papusza

Peter Robb Sycylijski mrok

Michał Książek Jakuck. Słownik miejsca

Luca Rastello Przemytnik doskonały. Jak transportować tony kokainy i żyć szczęśliwie

Stefano Liberti Na południe od Lampedusy. Podróże rozpaczy

V. S. Naipaul Indie. Miliony zbuntowanych

Magdalena Grochowska Wytrąceni z milczenia (wyd. 2 zmienione)

Florian Klenk Kiedyś był tu koniec świata

Angelika Kuźniak Marlene (wyd. 2)

Elisabeth Åsbrink Czuły punkt. Teatr, naziści i zbrodnia

Frank Westerman Czysta biała rasa. Cesarskie konie, genetyka i wielkie wojny

Barbara Demick W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy

Paweł Smoleński Oczy zasypane piaskiem

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci

Mateusz Janiszewski Dom nad rzeką Loes

Norman Lewis Neapol ’44. Pamiętnik oficera wywiadu z okupowanych Włoch

Witold Szabłowski Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji (wyd. 2 rozszerzone)

Peter Harris Słuszny opór. Konstruktorzy bomb, rebelianci i legendarny proces o zdradę stanu

Liao Yiwu Bóg jest czerwony. Opowieść o tym, jak chrześcijaństwo przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach

Dariusz Rosiak Wielka odmowa. Agent, filozof, antykomunista

W serii ukażą się m.in.:

Iza Klementowska Samotność Portugalczyka

Drauzio Varella Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii

Ilona Wiśniewska

Białe

Zimna wyspa Spitsbergen

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka Fotografia na okładce © by Ilona Wiśniewska Fotografia na wyklejce © by Birger Amundsen Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Ilona Wiśniewska, 2014

Opieka redakcyjna Łukasz Najder Redakcja Tomasz Zając Korekta Anna Brynkus-Weber / d2d.pl, Zuzanna Szatanik / d2d.pl Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl Skład Alicja Listwan / d2d.pl

ISBN 978-83-7536-842-0

Cena: 29,90 zł

Mamie i Tacie

Wstęp

Na Spitsbergen przyleciałam pierwszy raz w sierpniu 2009 roku. Wiedziałam, że muszę na północ, a Longyearbyen – największa osada na wyspie – leżało możliwie najdalej. Arktyczne lato było chłodniejsze od tego europejskiego o jakieś trzydzieści stopni, więc dało się zebrać myśli. Bryły, kolory, odgłosy, wszystko było inaczej. W środku nocy zimne słońce świeciło tuż nad linią lodowatego morza, a powietrze nie miało żadnego zapachu. Ludzie niby ci sami, ale planeta jakby inna.

Na miejscu poznałam Birgera Amundsena – redaktora naczelnego lokalnej gazety. Powiedział, że pierwszy raz przypłynął tutaj prawie czterdzieści lat temu i odtąd wie, że to jego miejsce na ziemi. Powiedział też, że coś jest na rzeczy z tymi rejonami polarnymi, bo siedzą w człowieku. A potem wyjechał i już się tego lata nie spotkaliśmy. Przedtem zaproponował jednak, żebym zamieszkała w jego domu, skoro ten i tak będzie stał pusty. Dodał, że drzwi nigdy nie zamyka, mogę tak po prostu przyjść.

Przyszłam więc i przez kolejne dni patrzyłam przez okno na miasteczko, w którym nie było ani jednego drzewa, ani jednego kota i ani jednej nocy. Birger zadzwonił najpierw zapytać, jak się mieszka przy ulicy 222, a potem dzwonił już regularnie. Szybko się okazało, że te trzydzieści lat, które nas ­różni, to nic takiego.

W Longyearbyen mieszkam od 2010 roku. Pracuję w archiwum tutejszego muzeum i zazwyczaj jest mi zimno. Na Spitsbergenie przez cztery miesiące nie ma słońca, a przez kolejne pięć nie zachodzi. Łatwo tu zapomnieć, że świat jest gdzie indziej.

Bańka

Galina Władimirowna Łapij, dwudziestosześcioletnia kelnerka na statku wycieczkowym Maksim Gorkiy, tak jak stała, wyskoczyła za burtę. Nikt nie słyszał upadku z dziesięciu metrów, a ona nie krzyczała. Do brzegu pozostawało kilkaset metrów, więc nawet gdyby ktoś się w porę zorientował, że kobieta zniknęła, było jasne, że nie mogła przeżyć. W Morzu Arktycznym umiera się po kilku minutach.

Spitsbergen to największa wyspa archipelagu Svalbard, w sześćdziesięciu jeden procentach pokrytego lodem. W jego skład wchodzą jeszcze trzy główne wyspy: Edge’a, Barentsa i Ziemia Północno-Wschodnia plus kilka mniejszych, rozciągniętych między 71 i 81 stopniem szerokości geograficznej północnej a 10 i 31 stopniem długości geograficznej wschodniej. Do bieguna północnego jest stąd około tysiąca trzystu kilometrów. Latem jest tutaj jasno i zimno, a zimą ciemno i bardzo zimno. Dwa i pół tysiąca ludzi, a niedźwiedzi polarnych pół tysiąca więcej. W staronorweskim sval znaczy chłodny, a bard to brzeg.

Galina wyskoczyła za burtę u wybrzeży Spitsbergenu, kilkanaście kilometrów od Longyearbyen. Dopłynęła do kamienistego brzegu i doczołgała się do jednej z drewnianych chatek. Tam nasmarowała ciało znalezionym olejem silnikowym, żeby ochronić się przed zimnem, i tak leżała kilka dni.

A potem wstała i wyszła. Był lipiec 1985 roku. Na Spitsbergenie, zarówno wtedy, jak i dziś, norweskich i radzieckich miast powstałych wokół kopalni węgla kamiennego nie dzielą żadne granice. Kiedyś była to ziemia niczyja, czyli wszystkich. Na mocy podpisanego w 1920 roku traktatu spitsbergeńskiego ochronę nad archipelagiem sprawuje Norwegia, ale wszyscy obywatele krajów sygnatariuszy mogą tutaj pracować, wydobywać surowce albo prowadzić badania naukowe. Dla wielu zza żelaznej kurtyny przez lata była to też droga na Zachód.

– Pracowałem w terenie i nagle zobaczyłem w oddali błąkającą się kobietę. – Kåre Moy, wówczas inżynier w norweskiej kompanii węglowej Store Norske, pamięta, że tego dnia świeciło słońce. – Wyglądała na zagubioną turystkę, ale, co niespotykane w tej szerokości geograficznej, miała na sobie sukienkę. Dopiero gdy się zbliżyła, dostrzegłem, że jest boso, a z jej zakrwawionych stóp wystaje żywe mięso.

Moy zabrał kobietę łodzią do szpitala w Longyearbyen i następnego dnia przyszedł w odwiedziny z prezentem – zegarkiem na rękę. Dzień wcześniej zauważył, że ten, który miała, nie wytrzymał próby wody. Kobietę przesłuchiwano i zachęcano, żeby od razu zaczęła się ubiegać o azyl. Nie była pierwszym uchodźcą na Svalbardzie, więc chciano przyspieszyć procedury, żeby uniknąć kolejnych międzynarodowych napięć. Chodziło o to, aby jak najszybciej wyciszyć sprawę, wywożąc ją w głąb Norwegii, gdzie mogłaby zacząć nowe życie. Ale Galina nie chciała. Przeżyła upadek z wysokości, nie utonęła w lodowatej wodzie, przeleżała bez nadziei kilka dni i postanowiła wrócić do domu. Gdy po tygodniu wypuszczono ją ze szpitala, od razu wsiadła na pokład samolotu linii Aerofłot i słuch o niej zaginął.

Dziewięć lat późnej Birger, wówczas dziennikarz działu dokumentalnego norweskiego radia NRK P2 w Oslo, postanowił ją znaleźć i zapytać dlaczego.

– Byłem na Spitsbergenie tego lata i przeczytałem gdzieś krótką notkę o kobiecie, która wyskoczyła ze statku. Nic więcej. Jakby na porządku dziennym było to, że ktoś przeżywa kąpiel w Morzu Arktycznym i znika – mówi.

W głowie każdego Norwega układał się ten sam scenariusz: oto w walce o lepsze życie człowiek decyduje się na desperacki krok. Więc dlaczego potem nagle zmienia zdanie? Czy ktoś go zmusił? Po długich poszukiwaniach, zarówno po norweskiej, jak i po rosyjskiej stronie, Birger ustala: Galina Władimirowna Łapij, urodzona 21 czerwca 1959 roku, miejsce zamieszkania: Nikopol na Ukrainie. To wszystko. Wsiada więc w pociąg jadący na południe, nie znając słowa w żadnym ze słowiańskich języków, i w dwuosobowej kuszetce poznaje Saszę. Ten proponuje z marszu, żeby się porozumiewać po niemiecku, mimo że jego znajomość tegoż ogranicza się do „Ich Mutter sprechen Sie deutsch” i „Hitler”. Chce pomóc w odnalezieniu Galiny, bo ma podobno rozległe kontakty. Prosto z dworca jadą do Olega, hipnotyzera i psychoterapeuty w jednym, który jako uczony ma wiedzieć wszystko. I ku zaskoczeniu inostrańca – wie. Jakieś pięć, sześć lat temu szukała u niego pomocy kobieta mająca coś wspólnego ze Spitsbergenem, którą interesowało się KGB, policja i psychiatrzy. Oleg nie wdaje się w szczegóły, ale pamięta, gdzie mieszkała tych kilka lat temu.

Nikopol. Sto trzydzieści tysięcy mieszkańców. Płasko i szeroko. Wędkarze nad Dnieprem, ciężkie powietrze i układanka z bloków. Jeden z nich, czteropiętrowy, zasłonięty drzewami, odpowiada podanemu adresowi.

Dzwonek.

Cisza.

Dzwonek.

Głos zza drzwi.

Sasza odpowiada. Pokazuje ręką, że mają czekać. Siadają na ławce. Wróble dziobią coś przy śmietniku. Po kilku minutach z bloku wychodzi kobieta.

– Galina.

– Birger.

– Kamera?

– Mikrofon. Czy byłaś w 1985 roku na Spitsbergenie? – pyta po angielsku.

– Spitsbergen. Da.

– Mam pozdrowienia od Kårego.

– Da. – Galina wyjmuje z kieszeni papierowe zawiniątko, w którym jest zegarek. Nie działa. Nie ma też paska.

I tak stoją. Birger nie pamięta, czy się uśmiechał. Ona nie uśmiechała się na pewno, ale było widać, że zaskoczył ją tymi pozdrowieniami. Pyta, czy mógłby przyjść następnego dnia.

– Go into my house? Da, da.

Następnego dnia Galina czeka na niego w mieszkaniu w czerwonej, nietwarzowej sukience, z matką Walentiną i zakąską. Pokój gościnny jest wąski, na swój sposób ładny. Na ścianie wisi zdjęcie mężczyzny. Kobiety sadzają gościa na kanapie.

– Galino, dlaczego?

– I very, very love my mother. Very, very love, love, love mother. – Galina wtrąca angielskie słowa, kiedy nie chce, żeby matka rozumiała. Pamięta jeszcze podstawy z czasów, gdy podawała turystom posiłki na statku.

Matka milczy. Mucha bzyczy. Drzewo na zewnątrz nie szumi. Galina odpala papierosa.

– Wpadłam do morza w fiordzie północnych wiatrów. On niósł mnie po sobie z jękiem wzdłuż i w poprzek. Północny wiatr i prądy nie złamały mojej woli – mówi, jakby się wynurzała, nabierała powietrza i znowu schodziła pod wodę. – Gdzie ja jestem, dobrzy ludzie? Pomóżcie mi, iść nie mogę! Tylko echo mi odpowiada: „Jak chcesz żyć, to nie leż na mokrym brzegu ranna i mokra”. – Milknie, gasi papierosa i zaraz wypluwa z siebie kolejny strumień zdań: – Jestem zmęczona i brodzę po brzegu. Dookoła woda i sine góry. Podstępna pułapka. Wszystko tu jest obce. Boże miłościwy, nie zostawiaj mnie tu samej, w tym dzikim kraju! Nie mam czucia w nogach. To już nie są moje nogi. – Mruczy coś niezrozumiale pod nosem i znowu milknie.

I tak siedzą naprzeciwko siebie w ciszy. Ona pali i się poci. Birger jest rozczarowany, bo spodziewał się spotkać inną kobietę. Przejechał taki kawał i wróci z niczym. W fotelu obok matka wciąga nosem nie swój dym. Zegar tyka trochę za głośno. Galina wygląda na wyczerpaną. Patrzy na swoje odbicie w lustrze tylnej ścianki regału. Lustro zniekształca jej rysy. Co się stało po Spitsbergenie? Nie odpowiada. Szepcą z matką, zasłaniając usta dłońmi.

– Ty mów, mamo.

– Co mam mu powiedzieć?

– Opowiedz mu, co się stało. Ja nie mogę.

– Dlaczego?

– No nie mogę. Zaraz zacznę płakać. Chcesz, żeby mi się pogorszyło? Mów, no!

– Moja córka wróciła z Norwegii do szpitala w Moskwie. Kiedy ją zobaczyłam, siedziała na wózku inwalidzkim. Zapytałam ją, czy żyje. Przez kolejny miesiąc leżała w szpitalu, a jej stopy były lodowate. Lekarze mówili, że jest bardzo silna, bo w takiej wodzie nie miała prawa przeżyć. Potem zabrałam ją do domu. – Drobna kobieta o smutnych oczach opowiada, jak to zbyt późno zrozumiała, że jej córka jest chora. – Rok po wydarzeniach na Spitsbergenie, 9 maja, Galina wstała rano zdenerwowana i poszła pod pomnik z wiecznym ogniem, gdzie zaczęła palić swoje ubrania. Krzyczała, żeby Reagan odstąpił od gwiezdnych wojen. Że jak nie przestanie, to ona go dopadnie. Po tym spędziła w szpitalu psychiatrycznym pół roku z orzeczeniem schizofrenii.

Galina w tym czasie milczy. Wdech–wydech, aż do filtra, i od nowa. W końcu, gasząc niedopałek w popielniczce, mówi:

– Ja w tym czasie nie myślałam. O ludziach, o matce, about every, every. I not think. Not think. I don’t want think. Tam było coś nie tak, na tym statku. Nic nie jadłam od dziesięciu dni, wypijałam co najmniej trzydzieści filiżanek kawy dziennie i wypalałam po dwie, trzy paczki papierosów. Nie spałam w nocy, wszystko wydawało się inne niż wcześniej i w końcu nie mogłam już tego dłużej wytrzymać. Musiałam wydostać się z tego statku. Dlatego.

A że Spitsbergen? Koniec świata to dobry początek.

*

– Longyearbyen to jest bańka. – Marcela zdejmuje rękawiczki i nakłada na papierową tackę nachosy z ostrym sosem.

Jest 2012 rok, sobota, początek lipca, godzina 22.40, słońce świeci nad morzem wprost z północy i chwilowo nie wieje od dryfującego w fiordzie lodu, więc czuć delikatne ciepło. Termometr pokazuje plus osiem. Na Spitsbergenie jest środek lata i dnia polarnego, który zaczął się pod koniec kwietnia, a skończy w sierpniu.

– Z jednej strony masz tu wszystko: dziką naturę na wyciągnięcie ręki, podatek dochodowy 15,8 procent, uniwersytet, Globalny Bank Nasion, hotel Radisson Blu, chór, aerobik w wodzie, festiwale, galerię sztuki, grupę cyrkową, świeże awokado i ser halloumi. – Otwiera z sykiem puszkę coli light. – Z drugiej strony jesteś w najdalej wysuniętym na północ miasteczku na świecie, gdzie jest ciemno przez jedną trzecią roku, prawo zabrania posiadania kotów, nie ma pająków, najwyższa roślina to trzydziestocentymetrowa trawa, warzywa kupujesz pakowane próżniowo i, o, zamiast na ławce siedzisz nad morzem na euro­palecie! Prawdziwy świat toto nie jest.

Amerykanin John Munroe Longyear założył tu pierwszą kopalnię węgla kamiennego w 1906 roku. Zaczynał od baraku na dwudziestu pięciu mężczyzn. Ci harowali pod ziemią, a potem topili śnieg i podgrzewali go na ogniu, żeby się umyć. Po jakimś czasie dołączyły do nich kobiety z dziećmi, konie, krowy i świnie. W 1917 roku mieszkańców było już stu czterdziestu jeden, a po pięciu latach ich liczba niemal się podwoiła. Amerykanie sprzedali Longyear City Norwegom i osada zmieniła nazwę na Longyearbyen, czyli miasto Longyeara. Na początku mogli tu mieszkać tylko zatrudnieni przez norweską kompanię węglową Store Norske, a zwykli ludzie zaczęli przyjeżdżać w ostatnim dwudziestoleciu XX wieku. Z siedmiu kopalni do dziś w mieście działa jedna, a poza miastem druga w Svea, trochę na południe. Według urzędu podatkowego mieszkańców Longyearbyen jest dokładnie 2077, w tym 423 obcokrajowców z 44 krajów. Najliczniejszą mniejszość stanowią Tajowie – 106 zarejestrowanych. Potem w kolejności: Szwedzi (91), Rosjanie (46), Duńczycy (28), Niemcy (25), Chorwaci (15), Filipińczycy (12), Chilijczycy (8). Po jednym przedstawicielu mają Argentyna, Australia, Azerbejdżan, Botswana, Indie, Kolumbia, Malezja, Meksyk, Syria, Tunezja, Urugwaj i Węgry, a w danych uchował się nawet jeden mieszkaniec Czechosłowacji. W Longyearbyen nie można się planowo urodzić ani umrzeć. Nie ma sali porodowej w szpitalu ani czynnego cmentarza (w latach 1917–1950 pochowano tu zaledwie trzydzieści trzy osoby). Kobiety w ciąży muszą na kilka tygodni przed rozwiązaniem polecieć na ląd. Zwłoki też odsyła się na kontynent. Jeśli nieboszczyk sobie życzył, może wrócić w urnie, ale trumien się tutaj nie chowa od przeszło pół wieku. Prawo pozwala na rozsypanie prochów nad otwartym morzem albo nad górami, byle nie w sąsiedztwie zabudowań. Do 1990 roku ciała tych, którzy zmarli w ciągu zimy, przechowywano w przedwojennej stacji transformacyjnej koło kościoła i odsyłano na ląd pierwszym statkiem wiosną. Teraz każdego zmarłego odprawia się najbliższym samolotem. Można tu być tak długo, jak długo jest się w stanie samemu o siebie zadbać, dlatego średnia wieku mieszkańców nie przekracza czterdziestki. Traktat pozwala wszystkim na pracę na równych prawach, więc miasto to ziemia obiecana dla tych, dla których norweski rynek pracy jest niedostępny. Niektórzy spędzają tu lata, Norwegię kontynentalną znając tylko z okien samolotu.

Marcela Cárdenas Menchaca ma trzydzieści dziewięć lat i pochodzi z Monterrey w północnym Meksyku. Swoim przyjazdem wprowadziła spore zamieszanie, zwłaszcza wśród zatwardziałych polarnych kawalerów, bo wcześniej nikt tu nie chodził w kozakach na obcasie po tundrze i nie jeździł skuterem śnieżnym w sukience. Nie nosi czapki, bo jej się włosy źle układają. Nie gotuje, bo nie lubi zmywać, za to zawsze ma butelkę sosu tabasco w torebce, bo nic tu nie smakuje jak powinno. Podróżuje od dziesięciu lat. Ten przystanek miał trwać rok, a kończy się już drugi. Przeprowadziłyśmy się do Longyearbyen mniej więcej w tym samym czasie i żadna z nas nie za bardzo wiedziała, co począć z samotnością. Poznał nas ze sobą wspólny znajomy, twierdząc, że jesteśmy z tak kompletnie różnych bajek, że na pewno się polubimy. Miał rację.

W lipcu na zachodnim Spitsbergenie jest zielono. Tundra kwitnie maleńkimi kwiatkami, mchem i kudłatą trawą. Jak się położyć z nosem przy ziemi, to czuć jej zapach. Powietrze jest tak przejrzyste, że odległości wydają się mniejsze niż w rzeczywistości. Ptaki, których miliony przylatują tutaj wiosną na lęg, wysiadują jaja wprost na ziemi albo wysoko na półkach skalnych, a gdy młode podrosną, prowadzą je z gór do morza. Jak na tak nieprzyjazne warunki, ssaków jest sporo. Stałym elementem krajobrazu są renifery (inne niż na lądzie, z krótszymi kopytami, masywniejsze), lisy polarne i foki. Niedźwiedzie polarne spotyka się rzadko, bo wędrują po całym archipelagu, a morsy i wieloryby też raczej obserwują ludzi z oddali. Latem renifery i lisy zmieniają białe grube futro na cieńsze szare i pęcznieją jak dmuchawce, a kłębki ich sierści turlają się po ziemi, niesione przez wiatr.

Już niemal zupełnie szary lis przebiega bezszelestnie po kamieniach, zatrzymuje się, wciąga powietrze nosem, drapie się za uchem tylną łapą i biegnie dalej. To smażony łosoś tak pachnie.

– No, kiedy będzie to jedzenie? – pyta kilka osób niemal jedno­cześnie, każda z innym norweskim akcentem.

– W swoim czasie. – Katja przewraca rybę na tacce udającej grill. Schowała się za jedną z europalet, ale mimo to wiatr wywiewa żar spod ryby. – Chodźcie mi tu podmuchać, zamiast marudzić – dodaje tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Ja robię sałatkę! – Patricia pokazuje palce oblepione awokado.

– Ja sprawdzam, czy nie ma niedźwiedzi! – Silvia rozgląda się po okolicy ze strzelbą przewieszoną przez ramię.

– Ja jestem fatalna w kuchni, wiesz przecież. – Marcela rozkłada ręce.

Katja w milczeniu osłania tackę rękami w rękawiczkach i dmucha. Czasu jest sporo, bo słońce zajdzie dopiero we wrześniu.

Katja Eklund przyleciała na Spitsbergen z Berlina, Patricia Battig z Tucumán w Argentynie, a Silvia Galli z maleńkiej wioski we włoskiej części Szwajcarii. Konserwator zabytków, historyk, pediatra i menedżer. Wszystkie mają trójkę z przodu i jakąś historię z tyłu. Katja i Patricia pracują razem w Svalbard Museum, Silvia w szkole z uczniami mającymi problemy rozwojowe, a Marcela jako menedżer Svalbard Hotellu w centrum.

– Dobra, dawać talerzyki. – Katja jest chyba najwyższą kobietą w mieście, więc kto nie sięga wzrokiem ponad jej ramię, ten bez gadania podaje tackę i godzi się na nałożony kawałek.

Ma troje dzieci i w planie czwarte. Norwegię wybrała ze względu na kierunek studiów (konserwacja zabytków), a Svalbard, bo nagle okazał się po drodze i ma przy okazji mnóstwo ciekawych znalezisk do skatalogowania. Przyjechała z mężem Viktorem, dwuletnim Odinem i półrocznym Thorem. Saga urodziła się trzy lata później. Odin przyszedł na świat kilka tygodni za wcześnie z lekkim porażeniem mózgowym. Nie lubi, jak otacza go zbyt wiele bodźców i zbyt wielu ludzi. Katja chce, żeby dzieci były samodzielne i silne, dlatego daje im takie imiona. Sama jest typem kobiety, którą niełatwo zranić, ale łatwo doprowadzić do łez.

Północ i ryba dochodzą niemal jednocześnie. Ciało chce spać, ale mózg jest jak świeżo obudzony szczeniak. Słońce rozwija na spokojnej wodzie żółty dywan, jest cicho i przejrzyście, a jedyny odgłos to ruch żuchw i plastikowych sztućców na papierowych talerzykach. Co tu mówić. W tym milczeniu jest więcej tęsknoty i jednoczesnej jej akceptacji niż w próbie opowiedzenia czegokolwiek w nie swoim języku.

Marcela zerwała zaręczyny i wyjechała do Europy. Nie chciała, żeby jej życie było zaplanowane z góry. Chciała, żeby ją zaskakiwało. Najpierw studiowała w Barcelonie, potem w Paryżu i to właśnie tam zdecydowała się objechać kontynent. O Skandynawii usłyszała gdzieś po drodze – że jest tam piękna przyroda i są też piękni mężczyźni. Kiedy po wyjściu z tunelu w centrum Sztokholmu w wystawach sklepowych zobaczyła blond manekiny z boskimi twarzami wyciosanymi z plastiku, a potem dowiedziała się, że te manekiny są robione na wzór prawdziwych mężczyzn, już wiedziała, że jest w domu. Szwecji brakowało jednak tego zapierającego dech piękna krajobrazu, więc przeniosła się do Oslo. Ale przedtem nauczyła się około dwustu najpotrzebniejszych zdań po norwesku i po przyjeździe do Norwegii założyła firmę produkującą tortille, bo te, które proponowali rodzimi producenci, jej zdaniem koło prawdziwych nawet nie leżały. Na Svalbard wybrała się wiosną 2009 roku, żeby zobaczyć niedźwiedzie. Wtedy nie zobaczyła żadnego, ale niezrażona niczym rok później spakowała kilka walizek, turkusowe zasłony, osiem kolorowych poduszek, płaszcze i pasujące do nich dodatki, po czym przyleciała tutaj zostać fotografem przyrody, mimo że aparat kupiła kilka dni przed wyjazdem. Po paru tygodniach miała już pracę, rower i pierwsze zdjęcia niedźwiedzia oprawiającego fokę. Wystarczy, że coś postanowi. Reszta dzieje się sama.

– Mamy w Meksyku takie powiedzenie: „Dodaj więcej śmietany do tacos”. Ciągle nam czegoś mało i zawsze chcemy więcej – mówi, zapinając kurtkę pod szyją, bo nagle zrywa się wiatr. Świat należy do Marceli i ona ten świat smakuje jak świeżą tortillę.

Per Christian wszedł w zasięg wzroku Patricii na weselu ich wspólnych przyjaciół w Argentynie. Dobrze tańczył. Wtedy już pracował w Longyearbyen, a ona w biurze turystycznym, w którym mapa świata nie sięgała wyżej niż do północnych krańców Norwegii. Na Svalbard przyjechała raz, potem drugi, a po półtora roku rozmów na Skypie spakowała jedną walizkę i wskoczyła na główkę z argentyńskiego lata do arktycznej zimy. To było jakieś sześćdziesiąt stopni różnicy, które na początku tak ją sparaliżowały, że bała się wyjść z domu. Nauczyła się języka, znalazła pracę i urodziła Marcusa, który zaczął mówić jednocześnie po norwesku i hiszpańsku. Patricia ma promienną twarz i śmiejące się ciemne oczy. Na szyi nosi łańcuszek z Matką Boską, a na palcu pierścionek z niedźwiedziem polarnym.

Silvia najpierw była tu na rejsie jachtem, a potem wróciła na stałe, bo już nie chciała być lekarzem. Wynajęła mieszkanie z widokiem na morze, zasadziła rośliny i kupiła rower. Mówi biegle w pięciu językach, norweski wchłania jak powietrze, a zdradza się tylko tym, że nie wymawia „h” na początku wyrazów. Włoska uroda i szwajcarska precyzja. Silvia, jak coś obieca, zawsze dotrzymuje słowa.

Ze względu na trudne warunki pracy i życia do Longyearbyen z reguły przyjeżdża się na kilkuletnie kontrakty, dlatego mało kto się tu do siebie naprawdę przywiązuje. Na ulicy najpierw się uśmiechamy, a dopiero potem patrzymy do kogo. Na uśmiechach jednak często się kończy, dlatego jak już się znajdzie kogoś, z kim dobrze pomilczeć, lepiej się go trzymać. My znalazłyśmy się przez przypadek i dajemy sobie prawo do samotności. Tutaj przyjaźnie zaczynają się tak szybko, jak kończą, bo prędzej czy później i tak wszyscy wyjadą.

Nawet w tym niezachodzącym słońcu w końcu zaczyna ciągnąć zimnem spod europalet, więc zbieramy naczynia i pakujemy resztki do plastikowych reklamówek z logo Svalbardbutikken, lokalnego supersamu. Mniej więcej w tym samym czasie na horyzoncie pojawia się statek. To Costa Pacifica, największy wycieczkowiec w tej szerokości geograficznej, na którego pokładzie jest ponad cztery tysiące pasażerów. Do rana zacumuje w porcie, a miasto na kilka godzin opanują turyści w żółtych kurtkach. Tego dnia liczba ludzi w Longyearbyen szaleńczo się zwielokrotni, ulice będą nieprzejezdne, główny deptak nie do pokonania rowerem, a kawiarnia Fruene i muzeum zanotują astronomiczne obroty. Ale to będzie jutro.

Do domu jest jakieś siedem kilometrów pod górkę. Zaczyna tak wiać, że rower kręci się w miejscu, a z oczu wywiewa łzy. Nie da się jechać. Przy słonecznej pogodzie łatwo zapomnieć, że w Arktyce to wiatr ustala zasady.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Kolofon

WYDAWNICTWO ZARNE SP. Z O.O.www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38­-300 Gorlice tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75 e­-mail: mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl,dominik@czarne.com.pl, honorata@czarne.com.pl,ewa@czarne.com.pl, edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38­-307 Sękowa tel. +48 18 351 00 70 e­-mail: redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata.kur@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Hoża 42/1, 00-516 Warszawa tel./fax +48 22 621 10 48 e­-mail: agnieszka@czarne.com.pl,dorota@czarne.com.pl,zofia@czarne.com.pl

Dział marketingu: katarzyna@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl,agnieszka.wilczak@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52 e­-mail: info@d2d.pl

Wołowiec 2014 Wydanie I Ark. wyd. 9,7

Cena: 29,90 zł