15 osób interesuje się tą książką

Opis

Schyłek carskiej Rosji. Lena i Aleksander pochodzą z różnych światów, a ich losy zdają się przesądzone. Dziewczyna, wychowywana przez ojca alkoholika i brutala, ucieka z domu i tuła się po niebezpiecznych i ubogich zakątkach Petersburga, by zapewnić byt sobie i młodszemu bratu. Aleksander pochodzi z bogatej arystokratycznej rodziny i robi karierę wojskową. Pewnego dnia drogi tych dwojga przecinają się w dramatycznych okolicznościach, a wybuch rewolucji październikowej zmienia losy nie tylko ich, ale i całego kraju.

Białe róże z Petersburga to opowieść o miłości, wplątanej w wielką historię i silniejszej od wyznawanych zasad. Kiedy dobro i zło zamieniają się miejscami, a człowieczeństwo wystawione jest na trudną próbę, pozostaje wiara, że jedynie miłość może ocalić prawdziwe wartości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 498

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 3 min

Lektor: Elżbieta Kijowska

Popularność


Redakcja

Anna Seweryn

Projekt okładki

Joanna Jax

Ilustracje na okładce

© Unique Vision, Romas_Photo, YuriyZhuravov / shutterstock.com

© Tetiana Ch | shutterstock.com(plan Petersburga)

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2019

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 600 472 609

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2019

Tekst © Joanna Jax

ISBN 978-83-7835-755-1

Dobro to siła, za złem zawsze kryje się słabość.

Dorocie Kleszewskiej

1903

1.

Bal z okazji dwusetnej rocznicy założenia Petersburga przez Piotra Wielkiego, wydany przez cara Mikołaja II, trwał dwie noce i był największym wydarzeniem towarzyskim sezonu. Nastała zima, Newa zamarzła, a miasto okryło się śnieżnym puchem, który nadawał mu baśniowego wyglądu. Ci, którym nie dane było otrzymać zaproszenia od carskiej rodziny, a tych była zdecydowana większość, wzdychali z rozmarzeniem i pewnego rodzaju żalem, że nie mogą uczestniczyć w tak doniosłym wydarzeniu, inni dusili się z wściekłości, że car się bawi, gdy tymczasem oni przymierają głodem.

Pierwszego wieczoru odbył się w Ermitażu koncert, gdzie wystawiano fragmentyBorysa Godunowa, a potem baletuJezioro łabędzie. Gwiazdą wieczoru zaś była sama Anna Matwiejewna Pawłowa. Drugi wieczór, na który czekała większość gości, obfitował w występy z udziałem najlepszych tancerzy pułków gwardyjskich. Szeptano, iż wybierała ich osobiście caryca Aleksandra, wzbudzając tym faktem zazdrość dobrze urodzonych panien, które wieczorem, wtulając głowy w obleczone batystem poduszki z monogramami, myślały o tym swoistym przeglądzie przystojnych mężczyzn jak o wytwornym menu, pełnym różnorakich potraw, a każda z nich miło łaskotała podniebienie.

Od kilku miesięcy nie mówiono w arystokratycznych domach o niczym innym, tylko o tym wielkim wydarzeniu. Jako że był to bal kostiumowy, zalecono, by goście przybyli w strojach stylizowanych na wiek XVII, na cześć Aleksego Michajłowicza –ojca założyciela Petersburga. Kobiety wciąż rozprawiały o swoich przebraniach z równie dużym przejęciem, jak o liście gości, którzy mieli zjawić się w Pałacu Zimowym. Zastanawiały się, czy swoje suknie uszyć z brokatu, jedwabiu, a może z aksamitu. Przyozdobić je perłami czy może wykwintniej byłoby wysadzić je diamentami? Przebrać się za bojarynie, damy dworu czy może za zwykłe chłopki? Te, które zdecydowały się na strój wieśniaczek, nie ustawały w wysiłkach, by ich suknie nie wyglądały zbyt skromnie i w rezultacie niewiele one przypominały te nad wyraz ubogie kobiety. Mężczyźni wystąpili w strojach hetmanów, kanonierów i bojarów albo sokolników i w istocie można było poczuć, że czas się cofnął i w Petersburgu nastąpił powrót do XVII wieku.

Cesarz ukazał się gościom jako car Aleksy I Michajłowicz, a jego małżonka tego dnia przybrała postać carycy Marii Iljiniczny Miłosławskiej. W kuluarach szeptano, iż jej suknia warta była milion rubli. Kiedy więc caryca Aleksandra pojawiła się wraz ze swoim małżonkiem w drzwiach, taksowano ją dyskretnie wzrokiem, by policzyć diamenty przyszyte do gorsu, po czym w myślachszacowano ich wartość, bowiem publiczne rozprawianie na podobny temat było w bardzo złym guście.

Tego dnia dziesięcioletni Aleksander Fiodorowicz Oboleński jechał powozem z rodzicami i również miał na sobie kostium. Podobno przebrano go za małego cara Aleksandra, ale niewiele go to obchodziło. Jego myśli zajęte były zupełnie czymś innym, a mianowicie atrakcjami, jakie tym razem zaserwuje carska para dzieciom. Co zrozumiałe, maluchy nie uczestniczyły w przedstawieniach i od razu udawały się do specjalnie przygotowanych dla nich sal Pałacu Zimowego, by pod okiem guwernantek i niań bawić się we własnym gronie. Kiedy ostatnim razem podobny bal zorganizowała hrabina Szeremietiew, w jednym z pokoi ustawiono drewnianą ślizgawkę, z której to zjeżdżali wprost na małe dywaniki. Na wypolerowanym parkiecie, w pałacu nad Fontanką, sunęli na nich niczym Aladyn na czarodziejskich dywanach. Matka wspominała mu, że będzie pokaz sztucznych ogni, cyrkowcy i mnóstwo słodyczy, i Aleksander był bardzo ciekawy tych wszystkich niespodzianek. Zastanawiał się jedynie, które zabawy przystoją dziesięcioletniemu chłopcu, a na które jest już zbyt poważny. Miał jednak nadzieję, że przy tej sforze dzieci nikt nie będzie zwracał uwagi na podobne kwestie, chociaż sam czuł, iż na ślizgawkę jest już nieco za duży.

Powóz Oboleńskich utknął na Bulwarze Konnogwardyjskim, wiodącym do Pałacu Zimowego, ponieważ gości zmierzających na bal do cara było mnóstwo. Od czasu do czasu matka Aleksandra wychylała się z powozu, by przywitać się z damami zmierzającymi do pałacu w innych pojazdach. Zawsze była przesadnie wylewna i obdarowywała komplementami swoje, jak je nazywała, przyjaciółki lub kuzynki. Kiedy tylko jednak skończyła rozmowę, sarkała pod nosem.

– Przecież Sonia Dołgoruka ma z siedemdziesiąt lat, a ubrała się w kostium młodziutkiej bojaryny Anny Golicyny, a przecież ta zmarła na cholerę, gdy miała siedemnaście lat – parsknęła Irina Aleksandrowna Oboleńska.

– To tylko zabawa – mruknął Fiodor Mikołajewicz Oboleński, którego kompletnie nie interesowały takie kwestie.

Przebrał się za carskiego ordynansa, bo taki kostium wybrała mu małżonka, ale wcale nie miał ochoty iść na żaden bal. Młody Aleksander sądził, iż to dlatego, że ojciec nie darzył specjalną estymą cara Mikołaja II, z rozrzewnieniem wspominając jego ojca i poprzednika, nader rzutkiego, acz surowego Aleksandra III. Być może miałby nieco inne zdanie o Mikołaju II, gdyby młody car nie ożenił się potajemnie z „tą Niemką”, jak pogardliwie mówił ojciec o carycy Aleksandrze. Nie budziła jego zaufania, może dlatego, że była zamknięta w sobie, rzadko kiedy się odzywała i Fiodor Oboleński uznał to za przejaw wyniosłości i pogardy dla narodu Imperium Rosyjskiego. Nie brał pod uwagę najprostszej przyczyny powściągliwości carycy, a mianowicie jej nieśmiałości.

– Ty jakoś traktujesz tę zabawę śmiertelnie poważnie – mruknęła Irina, niezbyt zadowolona z faktu, że nie ma z kim wymienić ploteczek.

– Wy, kobiety, będziecie zajmowały się mariażami i fasonami sukien, my, mężczyźni, polityką. Tak więc nie licząc dobrego jadła i alkoholu, będzie to dzień podobny do innych – odparł z westchnieniem Fiodor, który ostatnio snuł bardzo ponure proroctwa dotyczące przyszłości Imperium Rosyjskiego. Przywiązany był doproizwołu, czyli samowoli, władzy i arystokracji,i samodzierżawia, a wszelkie propozycje reform odrzucał, nazywając swoich niektórych krewnych i przyjaciół „cholernymi liberałami”.

– Na balu najważniejsze są tańce, a nie polityczne dysputy – mruknęła Irina Aleksandrowna.

– Nie samymi tańcami żyje człowiek – odparł jej mąż i skupił się na wzornictwie powozów zmierzających na bal.

Mały Aleksander niewiele rozumiał z tego, o czym rozprawiał jego ojciec. Wiedział jedynie, że Fiodor Mikołajewicz nie lubił jakichkolwiek zmian. Pomyślał, iż być może z tego powodu był ciągle niezadowolony, bo nawet Aleksander zauważał wkraczającą szybkim tempem nowoczesność, co zawsze wiązało się z pewnymi zmianami. Nie było dnia, by gazety nie donosiły o kolejnych wynalazkach, a wśród nich poczesne miejsce zajął chociażby telefon, który coraz częściej stanowił wręcz nieodzowny element wyposażenia arystokratycznych domów. Każda techniczna nowinka, z jaką spotykali się starsi, wywoływała u nich ból głowy. I nie tylko ze strachu przed użytkowaniem tego typu urządzeń, bowiem telefon wydawał dziwne dźwięki i przemawiał do nich nie wiadomo jakim sposobem, ale nie mieli pojęcia, jak się zachować, by było to zgodne z etykietą. Aleksander uważał to za głupie, gdyż nie widział powodu, dla którego należy marnować kilka dni na rozważania, gdzie ów magiczny przedmiot ulokować i kto ma prawo lub też obowiązek pierwszy podnieść słuchawkę.

Kiedy tylko podjechali przed pałac i Aleksandra oddano pod opiekę pałacowych niań, zapomniał o sporach rodziców, jakie toczyli w powozie i jedynie rozglądał się ciekawie, szukając zapowiadanych atrakcji. A przede wszystkim zastanawiał się, jakimi prezentami zostaną obdarowane dzieci, gdy już bal się skończy, a one będą szykowały się do powrotu do domu. Nie dopytywał jednak o upominki, bo wiedział, że byłoby to nader niestosowne. Najmniej cieszył się z tańców, bo chociaż wszystkie dobrze urodzone dzieci uczyły się tańczyć od wczesnych lat i opanował tę sztukę w stopniu bardzo przyzwoitym, z całego serca tego zajęcia nie lubił. Podobnie jak wielu innych, które robić należało, a do których młody Aleksander Fiodorowicz Oboleński nie miał szczególnego zacięcia. Wiedział jednak, iż nie ma wyjścia, bo – jak mawiał jego ojciec – przywiązanie do tradycji i historii jest gwarantem przetrwania starego porządku świata. A ów stary porządek oznaczał błogie nieróbstwo, majętność i próżniaczy tryb życia. I, niestety, tańce.

Podczas tańców jego partnerką była Anna Pawłowna Golicyna i nawet przepowiadano, iż kiedyś zostanie jego żoną. Matka wówczas się denerwowała i mówiła, że Anna pochodzi z tych biedniejszych Golicynów, ale za to nazwisko pasuje do niej jak ulał, bowiem gdy dorośnie będzie „goła jak noworodek”, jeśli jej ojciec nie zaprzestanie inwestowania w niepewne interesy. Aleksander lubił Annę Pawłownę, ale z racji wieku o małżeństwie w ogóle nie myślał i miał o nim nikłe pojęcie. Wiedział jedynie, że po ślubie małżonkowie mieszkają razem, a potem do ich wspólnego domu przywożą małe, wrzeszczące stworzenia, które potem dorastają i ponownie łączą się w pary. Oczywiście nie w sposób dowolny, bowiem krąg osób, z którymi nawiązywało się stosunki, był ściśle określony.

***

Pamiętał, gdy dwa lata wcześniej, otrzymał surową reprymendę od matki za zabawę z dzieckiem ze wsi. Chłopiec nazywał się Iwan, miał tyle lat, co on i zaczynał pobierać naukę pisania i czytania w szkole, jaką otworzyła dla biednych hrabina Szeremietiew. Spędzali wówczas na wsi całe lato, w majątku Oboleńskich, w Mikołajewie. Często jednak opuszczał bramy dziedzińca i szedł do wsi, bo tam nie trzeba było pilnować etykiety, a chłopcy z okolicznych domostw mieli ciekawsze pomysły na zabawy. To właśnie w Mikołajewie pierwszy raz poszedł sam do chaty wieśniaków, chociaż bał się wejść do jej wnętrza. Wydawała mu się mała i bardzo biedna. Jednak najbardziej obawiał się tego, iż pokryty strzechą dach runie na niego i zabije go, bowiem wszystkie chałupy w osadzie sprawiały wrażenie, jakby za chwilę miały się rozlecieć.

Niekiedy patrzył na chłopców w podobnym do niego wieku i zastanawiał się, jak to jest biegać cały czas boso i ubierać się ciągle w jedno odzienie. Wieś jednak jawiła mu się jako bajkowa kraina, stworzona przez Boga, by cieszyć oczy złocistymi łanami zbóż, szumem listowia w zagajnikach i przyjemnie drażnić nozdrza zapachem łąki. Niekiedy nosił ze sobą siatkę na długim kijku i zapamiętale łapał kolorowe motyle, by potem z żalem wypuszczać je na wolność. Przyszpilanie ich do drewnianej deski, by stworzyć niepowtarzalną kolekcję, uważał za barbarzyństwo, chociaż nie miał oporów, by wziąć z ogrodowego stolika „Moskowskije wiedomosti” i utłuc potężną, połyskującą w słońcu muchę.

Na jednej z takich eskapad poznał Iwana Dragonowa i bez namysłu zaprosił go do ogrodu, gdzie usytuowano piaskownicę, huśtawki i miejsce, gdzie dzieci mogły do woli pić kompot i zajadać się słodyczami. Matka zrugała go wówczas, Iwana wygoniła i na tym zakończyła się ich znajomość. Iwan bardzo mocno różnił się od pozostałych dzieci w ogrodzie, przede wszystkim dlatego, że był bosy, miał brudne ubranie i portki związane powrozem. Nawet Aleksander widział, że chłopak odstaje od reszty, ale nie zważał na to, bo Iwan tak samo, jak inne dzieci pałaszował ciastka i skakał po siatkowej trampolinie, podobnej do tej, jaką Aleksander widział w cyrku Cinisellego.

– To jest inny świat, Sasza – powiedziała wówczas do niego matka. – Odgrodzony szklaną ścianą. Możesz wszystko przez nią zobaczyć, ale nie masz prawa przez nią przechodzić. Nosisz takie samo nazwisko, jak książę Oboleński, a to zobowiązuje.

Niewiele z tego pojmował.

– Jakby była ze szkła, tobym sobie rozbił głowę.

– To metafora, Sasza.

Tego określenia nie zrozumiał już wcale, ale więcej za ową szklaną ścianę nie przechodził. Nie zwykł także dyskutować z matką. Jeśli zakazała mu chodzić do wsi samemu i zadawać się z tamtejszymi dziećmi, należało posłuchać i nie robić tego więcej. Tęsknił trochę i za wiejskimi pejzażami, i za Iwanem, który chociaż biedny, odznaczał się nadzwyczajną bystrością umysłu i przebiegłością, czego Aleksander nawet mu zazdrościł.

Pamiętał też czas spędzony w Liwadii, w pałacu hrabiny Szeremietiew, i wspominał go bardzo dobrze. Pałac w Liwadii nie był tak okazały, jak ten, w którym car spędzał letnie miesiące, ale już sama jego bliskość dodawała splendoru rodzinie. Pałac, w którym on gościł, również posiadał patio na wzór arabski, tak jak carski, wewnętrzny dziedzińczyk i choć nie był zbudowany z marmuru krymskiego ani nie posiadał wieży florenckiej, jego fasada wręcz raziła bielą na tle intensywnie błękitnego nieba i soczystej, nieco egzotycznej roślinności. Wokół domu zaś rozciągał się wypielęgnowany ogród, pełen śródziemnomorskiej roślinności, która znacznie różniła się od tej na północy kraju, i przez pierwsze dni pobytu Aleksander patrzył jedynie na nią, podziwiając palmy i oleandrowe żywopłoty.

Często jeździł z innymi dzieciakami na nadmorską plażę, gdzie mogli kąpać się i podziwiać kunszt, z jakim Bóg stworzył świat. Morskie dno i plaża usiane były drobnymi kamieniami i nie sprzyjały zanadto zabawie, ale lubił zbierać nietuzinkowe okazy, w skupieniu oglądając ich kształt i fakturę. W tym czasie rodzice spacerowali po nabrzeżu wraz z przybyłymi do hrabiny gośćmi, a gdy już się zmęczyli, co następowało nadzwyczaj szybko, zasiadali do pikniku, który organizowała im służba. Na białych obrusach, rozłożonych na nieco wyschniętej trawie, pojawiał się złocony samowar, patery z owocami i kosze z maślanymi bułeczkami.

Niekiedy wszyscy udawali się na kort tenisowy. Aleksander lubił tę grę, bo odkąd pamiętał, cieszyła go każda zabawa, która wiązała się z rywalizacją. Oczywiście najbardziej podobało mu się, gdy wygrywał. Ojciec klepał go wówczas po ramieniu i mawiał:

– Moja krew, zrobi karierę w wojskowości. Sasza ma zacięcie i jest uparty.

Aleksander uśmiechał się wówczas, ale nie myślał o tym, czy chciałby zostać oficerem, jak niegdyś jego ojciec. W ogóle nie zastanawiał się nad swoją przyszłością, bo był na to zbyt mały, poza tym wiadomo było, iż takową dla swoich dzieci zawsze planowali rodzice.

***

Jesienią powrócili do Petersburga, do swojego okazałego domu przy Nabrzeżu Francuskim. Trzypiętrowy budynek o jasnej fasadzie i kunsztownie zdobionych portykach witał gości kolumnadą przy wejściu, wykusze zaś zdobiły płaskorzeźby na wpół ubranych kobiet, których krągłe piersi rozbudzały chłopięcą wyobraźnię. Na najniższej kondygnacji, jedynie częściowo podpiwniczonej, znajdowały się pomieszczenia, w których służba przygotowywała wszystko, co potrzebne było do życia mieszkańcom tego okazałego domu, chociaż zapewne nieco ubożsi ludzie zadowoliliby się jedną setną tych wszystkich dobrodziejstw.

Naukę Aleksander pobierał w domu, ale nie mógł się doczekać, gdy w końcu będzie mógł chodzić do prawdziwej szkoły. Wiedział jednak, że przyjdzie mu na to jeszcze poczekać. Najbardziej lubił nauczyciela francuskiego, Siergieja Nankina, bo nie był tak poważny jak Jekatierina Pastuszkina czy Betsy White, jego nauczycielka angielskiego. Nankin uwielbiał kobiety i wciąż o nich opowiadał, chociaż zapewne rodzice uznaliby to za niezbyt stosowne, jak również fakt, iż ich syn potrafił biegle wymienić po francusku wszystkie części kobiecej garderoby, począwszy od biżuterii, a na ozdobnych podwiązkach kończąc.

***

Aleksander był długo wyczekiwanym synem Fiodora i Iriny Oboleńskich i niekiedy mawiano, że jest dzieckiem cudu. Nie miał pojęcia, co to znaczy. Kiedy zapytał o to babkę, Tatianę Mikołajewnę Oboleńską, ta ściszyła głos i powiedziała:

– Twoja siostra, Katia, urodziła się osiem lat przed tobą. A potem dopiero ty, Sasza. Nikt nie wierzył, że twoja matka będzie miała jeszcze dzieci. A tu, proszę, jaki dorodny chłopak się urodził. To cud…

Pokazał wówczas babce swoje bezzębne oblicze, bo właśnie wypadły mu przednie zęby i myślał sobie, że babcia Oboleńska nie mówi mu prawdy, bo przecież liczba dzieci zależała od zamożności ich rodziców. Nie miał wtedy pojęcia, jak przychodzą na świat noworodki, sądził, iż nabywa się je w jednym z luksusowych domów towarowych, wraz z wyposażeniem, czyli nianiami, nauczycielkami oraz całą stertą zabawek.

Ze swoją siostrą, Katią, zawsze miał dobre relacje. Dzieliła ich zbyt duża różnica wieku, by mogli się razem bawić, ale lubił ją, zwłaszcza gdy kradła słodycze z kredensu w jadalni i potem równo się z nim dzieliła. Naprawdę nie oszukiwała i głośno liczyła:

– Jeden cukierek dla ciebie, Sasza. Jeden dla mnie.

– A jak nie po równo wyjdzie? – z troską pytał Aleksander.

– Wtedy ty dostaniesz jednego więcej, a następnym razem ja – odpowiadała.

Kiwał wówczas głową i cieszył się, że siostra jest wobec niego uczciwa. Niekiedy opowiadała mu o tym, co zdołała podsłuchać w ogrodzie albo salonie, ale prawdę powiedziawszy, niewiele rozumiał, że ktoś jest „czerwony” albo jakaś ciotka stała się chyba „feministką”, bo czyta „Żenskoje dieło”.

Dzieciństwo Aleksandra upływało spokojnie i beztrosko, chociaż noszenie nazwiska dość dalekiego krewnego, który miał tytuł księcia, nieco go męczyło. Niekiedy matka Iriny Oboleńskiej, Jekatierina Daszkowska, mawiała, że krew książęca w ich rodzinie jest już tak rozwodniona, iż TYM Oboleńskim daleko do gałęzi rodziny, z której wywodził się książę, tak samo, jak nadanie mu imienia Aleksander nie uczyniło z niego carewicza. Ojciec jednak bardzo przeżywał posiadanie jednego z najbardziej znakomitych nazwisk i starał się go nie splamić niestosownym zachowaniem.

Fiodor nie cierpiał swojej teściowej, bowiem uznawał ją za przedstawicielkę zubożałej mocno szlachty, która przez swoją nieodpowiedzialność już prawie zniknęła z powierzchni Rosji i stała się takim samym pospólstwem, jak reszta społeczeństwa. Aleksander zaś lubił tę babcię zdecydowanie bardziej od babci Oboleńskiej, bo nie traktowała wszystkiego z tak śmiertelną powagą, jak chociażby jego wstąpienie do Korpusu Paziów, które miało nastąpić dopiero za kilka lat.

2.

W czasie, gdy trwał bal w Pałacu Zimowym i był szeroko komentowany zarówno przez petersburską socjetę, jak i zwykłych śmiertelników, ciężko pracujących na swój byt, po drugiej stronie Dużej Newy, w dwupiętrowej kamienicy dzielnicy Wyborska, siedmioletnia Elena Siergiejewna Woronina, w domu nazywana Leną, siedziała na zydelku, tuż przy pokoju rodziców, i ściskała w dłoni szmacianą lalkę, Aleksandrę. Zza zamkniętych drzwi dobiegał do jej uszu krzyk matki, który chwilami zamieniał się w skowyt. Mała Lena nie miała pojęcia, dlaczego jej mama wydawała tak potworne odgłosy i jedyne, z czym jej się to skojarzyło, to z ogromnym cierpieniem umierającego człowieka. Nie rozumiała również, z jakiego powodu jej ojciec, Siergiej Woronin, który był lekarzem, siedział teraz w saloniku i pił wódkę, zamiast pomóc swojej cierpiącej połowicy. W swoim małym umyśle picie alkoholu potrafiła skojarzyć jedynie z awanturami i biciem. Pomyślała więc po chwili, iż zapewne to z powodu tej strasznej wódki ojciec nie chciał pomóc wyjącej z bólu matce.

Kiedy już nie mogła znieść owych krzyków i wołania o pomoc, zsunęła się z zydelka i pobiegła do saloniku.

– Papo, mama chyba umiera. Pomóż! – krzyknęła rozpaczliwie.

Ogorzały na twarzy mężczyzna uśmiechnął się rubasznie i zupełnie nie przejął słowami córki.

– Od tego się nie umiera. Ciebie także to kiedyś czeka. Właśnie przychodzi na świat dziecko i mam nadzieję, że tym razem będzie to chłopak. A kiedy dorośnie, sprawi, że rodzina Woroninów znowu będzie mogła być dumna ze swojego nazwiska.

Dziewczynka nie miała ochoty słuchać kolejny raz o tym, jak jeszcze pięćdziesiąt lat temu dziadek Siergieja Woronina był kimś i posiadał dworek w Byszkowicach, niedaleko Petersburga. Oczywiście ów tajemniczy i bogaty dziadek dysponował także powozem, dużym areałem ziemskim i miał kilkudziesięciu poddanych, którym potem car wspaniałomyślnie zwrócił wolność, jak wszystkim innym w Rosji.

Pobiegła więc z powrotem przed pokój rodziców i dalej nasłuchiwała z trwogą jęków matki.

Z reguły Lena nie biegała po domu. Drewniane podłogi w ich mieszkaniu głośno skrzypiały i dziewczynka obawiała się, iż mocniejsze stąpnięcie jej drobnych stóp sprawi, iż deski pękną, a ona wpadnie w ciemną czeluść i zapewne dostanie się aż do piekła. Nauczyła się więc stąpać po domu delikatnie, jak baletnice, które przysposabiano do tego fachu bez mała od niemowlęctwa. Owe bezszelestne poruszanie się po domu miało także inną zaletę. Kiedy jej ojciec, Siergiej Woronin, zasypiał, nie budziła go odgłosami skrzypiących desek, chociaż zapewne nie byłby w stanie się ocknąć, nawet gdyby jechała na słoniu.

Po kilku godzinach, które małej Lenie wydawały się bardzo długie, z pokoju wyszła otyła, spocona kobieta. Otarła z czoła pot i oznajmiła:

– Siergiej Woronin ucieszy się. Ma syna.

Lena nie śmiała wejść bez pozwolenia do pokoju, ale wkrótce na nieco chwiejnych nogach zjawił się ojciec i zabrał ją do środka. Pobladła mama leżała na swoim łóżku i trzymała zawiniątko. Spod płóciennych fałd wystawała mała główka, pokryta ciemnymi włosami. Ojciec wziął od matki becik, po czym podniósł go i oznajmił:

– Michaile Woroninie, witaj na świecie.

– Jesteś pijany, jeszcze go upuścisz. Proszę, zostaw go – wydusiła z siebie słabym głosem matka.

Ojciec jednak nie zważał na jej słowa, tylko wymachiwał nowym członkiem rodziny, jak carską flagą i krzyczał, że w końcu doczekał się syna. Najpewniej zbyt mocne bujanie w powietrzu nie spodobało się najmłodszemu z Woroninów, bo dzieciak rozdarł się jeszcze głośniej niż jego matka kilkadziesiąt minut wcześniej. Siergiej oddał chłopczyka swojej żonie i ze łzami w oczach wyszedł z pokoju, zapewne po to, by wychylić kolejny kieliszek.

Akuszerka opuściła pokój wraz z doktorem Woroninem i Lena została sama z matką i maleństwem, które, czując bliskość swojej rodzicielki, natychmiast się uspokoiło.

– Podejdź, Lenko – powiedziała ciepło Tatiana. – To twój braciszek, Misza.

Dziewczynka powoli podeszła do łóżka i przyjrzała się dziecku. Było malutkie jak jej lalka, ale poruszało powiekami i wymachiwało rączkami. Lena uznała, że Misza jest najśliczniejszym dzieckiem nie tylko w całym Petersburgu, ale nawet na całym świecie. Wgapiała się w chłopczyka, prawie nie mrugając, i żałowała, że jest zbyt mała, by go nosić na rękach, jak mama czy tata. Od czasu do czasu dotykała go jedynie i nie mogła się nadziwić, że jej braciszek ma taką delikatną i gładką skórę. Chociaż miała zaledwie siedem lat, wiedziała już, że będzie go kochać całym sercem do końca swojego życia.

– Idź do ojca, Lenko. Nakarmię go i położę spać. Sama też się zdrzemnę. Jestem bardzo zmęczona… – westchnęła Tatiana.

Dziewczynka uśmiechnęła się i opuściła pokój matki. Zastanawiała się, jak to możliwe, że tak piękne dzieciątko przysporzyło swojej matce tylu cierpień. Czy ona, przychodząc na świat, także sprawiła tyle kłopotów?

W saloniku oprócz Siergieja Woronina zastała także Stiepana Pomiakina, jego przyjaciela. Stiepan był prawnikiem i miał sześcioro dzieci. Pięć córek, które Lena uważała za kompletnie głupie, bez względu na ich wiek, i syna, także Stiepana, który może głupi nie był, ale straszył często Lenę, mówiąc o tym, że kiedyś na placu Siemionowskim, zwanym niekiedy „placem egzekucji”, zamiast zwykłych obywateli będzie wisieć carska rodzina. Młody Stiepan Pomiakin był od niej starszy i zapewne wiedział, co mówi, ale ona bała się przekazywanego przez niego proroctwa. Bo jakże miałby wyglądać świat bez cara i carskiej rodziny? Widokiem wisielców nie przejmowała się zanadto, bo na placu Siemionowskim można było ich oglądać dość często. Nie był to obraz szczególnie przyjemny, jednak można było do niego przywyknąć. Co innego, gdyby miał się tam znaleźć car i caryca. Wtedy świat mógłby się skończyć, bowiem Lena traktowała rodzinę carską niemal jak bogów. Mama mówiła jej niekiedy, że przyjaciel ojca jest „czerwony”, i dziwiła się, iż ojciec go tak poważał, bowiem Siergiej Woronin wciąż marzył o powrocie do starych czasów, gdy jego rodzina posiadała dworek i powóz, a tymczasem stary Pomiakin gardził takimi ludźmi. Lena niewiele z tego rozumiała, tylko wpatrywała się niekiedy w pana Pomiakina i czekała, aż zrobi się czerwony. Tymczasem to jej ojciec przybierał na twarzy podobną barwę, gdy wypił za dużo wódki.

Mama Leny często jej mówiła, że gdy urodzi się syn, to ojciec przestanie zaglądać do kieliszka, bo marzył o męskim potomku, ale dziewczynka doszła do wniosku, iż Tatiana Woronina nie miała racji, bo Misza pojawił się na świecie, a ojciec wciąż pił.

***

Ojciec Leny był lekarzem. Jak często powtarzał, leczył jedynie biedotę, która nie śmierdziała rublem. Chyba dlatego niespecjalnie przejmował się, gdy szedł do pacjenta na rauszu. Kiedy była już nieco starsza, zastanawiała się czasami, ilu osobom pomógł jej ojciec, a ilu wysłał na tamten świat i czy przypadkiem nie usuwał ludziom niewłaściwych organów.

Zamieszkiwali niedaleko Dużej Newy, tuż nieopodal mostu Grenadierów, jednak ojciec zawsze mówił, że choć tylko rzeka dzieli ich od najbogatszych ulic Petersburga, nie sposób na nie dotrzeć. Ich kamienica miała kanarkowy kolor, była już nieco poszarzała od sadzy i gdzieniegdzie odpadał z niej tynk. Mieszkali na wysokim parterze, a okna niewielkiego salonu wychodziły na rzekę i most. Pozostałe dwa pokoje i kuchnia posiadały okna, z których można było obserwować niewielkie podwórko, jak żywo przypominające okazałą studnię. W oficynie zamieszkiwali szewc, kolejarz kolei moskiewskiej i krawcowa, z której usług niekiedy korzystali. Czasami na podwórzu wybuchały awantury, ponieważ żona szewca i krawcowa nienawidziły się okrutnie, chociaż nikt do końca nie wiedział, co było źródłem ich konfliktu. Jej matka, Tatiana, nie wnikała w to ani nie słuchała plotek krążących po kamienicy, ale ojciec orzekł jednoznacznie, że w grę może wchodzić jedynie chłop, bo tylko o „spodnie” kobiety mogły się tak zażarcie awanturować. Jako że krawcowa była wdówką, a szewc niespecjalnie cenił sobie małżeńską wierność, Siergiej Woronin zawyrokował, iż szewc dogadza w nocy żonie, za dnia zaś zadowala krawcową.

Lena wiedziała, że oprócz ponurych, ciemnych uliczek, cuchnących rybami i ściekami, istnieją inne, przy których stoją okazałe pałace i urzędy i po których spacerują kobiety w pięknych sukniach i wytwornych kapeluszach. Jednak tylko wtedy, gdy pogoda temu sprzyja, bowiem przy brzydkiej aurze owe damy poruszają się powozami i nie spędzają czasu na spacerach, ale w domach swoich równie bogatych przyjaciółek, gdzie rozprawiają o sukniach i mariażach. Tak mówiła jej mama, gdy niekiedy pokonywały most na wyspę Wasilewską albo jeszcze kolejny, by dotrzeć do Newskiego Prospektu, najbardziej reprezentacyjnej ulicy Petersburga. Opowiadała jej też o przepastnych pałacach nad Fontanką, gdzie całymi dniami ludzie tam mieszkający oddają się rozrywkom, a obiad trwał nawet trzy godziny.

Lena nie miała pojęcia, jak to się dzieje, że jedni pracują od rana do nocy, jak na przykład ich sąsiad, który znalazł zajęcie w fabryce porcelany, a biedny był niczym mysz kościelna, gdy tymczasem tam, po drugiej stronie Newy, jest zupełnie inny świat. Pełny przepychu i bogactwa. I dany bez żadnej pracy. Sądziła także, że ludziom mieszkającym w tych pałacach i okazałych domach obce są problemy, z jakimi musieli mierzyć się lokatorzy ich kamienicy i zapewne tam nikt nie wszczynał awantur z powodu małżeńskich zdrad.

Ona musiała przywyknąć do świata, który nie był kolorowy i błyszczący, a częściej ponury i szary. Mijając niekiedy wąskie ulice z ciągnącymi się wzdłuż nich brzydkimi kamienicami, myślała, że właśnie przechodzi przez szpaler stojących potworów, które niechybnie wyplują ze swojej gardzieli nieco mniejsze potworki w postaci obszarpanych bezzębnych mężczyzn z tłustymi kłakami albo kobiety z krzykliwym makijażem na twarzy, przypominającym te, jakie noszą cyrkowcy. A może poczuje jedynie odór nadgniłych liści kapusty albo zepsutych ryb, których szczątki spływały okolicznymi rynsztokami do i tak bardzo mętnej Newy.

Jej rodzina plasowała się nieco wyżej niż biedota pracująca po osiemnaście godzin w fabrykach i dużo niżej niż arystokratyczna śmietanka Petersburga. Rodzice nie należeli także do grona ludzi parających się zawodami niekoniecznie legalnymi i moralnie słusznymi. A takich wielu kręciło się po mieście, począwszy od drobnych paserów, a na sutenerach kończąc. Matka zajmowała się domem, ojciec zaś pracował w szpitalu, za niezbyt wygórowaną pensję, zaś popołudniami i wieczorami odwiedzał pacjentów prywatnie. Nie przyjmował ich w domu, chociaż żona namawiała go, by ich sypialnię przerobił na gabinet, ale ojciec nie chciał o tym słyszeć i mówił, że żadni gałganiarze nie będą kręcili się po jego domu.

Pacjenci płacili mu marnie, więc i on niespecjalnie się starał. Niekiedy zabierał ze sobą Lenę, by – jak mówił matce – nauczyć ją życia. Dziewczynka była drobna i szczupła, jednak dzielnie szła za swoim ojcem, targając ogromną i niezwykle ciężką lekarską torbę. Czasami przyglądała się, jak ojciec wycinał czyraki, opatrywał ropiejące rany albo badał cuchnących pacjentów. Kiedyś zapytała go o ów świdrujący w nozdrzach smród. Odpowiedział ściszonym głosem, że tak właśnie pachnie nadchodząca śmierć. Potem, ilekroć wchodziła do jakiegoś domostwa, pociągała nosem i gdy poczuła ów specyficzny odór, wiedziała, że wizyta jej ojca była zbędna, bowiem pacjent i tak niebawem umrze. Zdarzało się jej wygłaszać podobne tezy na głos i niebawem okrzyknięto ją dzieckiem z darem przepowiadania przyszłości, bowiem często jej słowa okazywały się prorocze.

– Eleno Siergiejewna, czy on przeżyje? Powiedzże, dziecko. Niech ja się tak nie męczę i nie wydaję na lekarstwa, bo bieda u nas straszna – zapytała ją kiedyś stara handlarka ryb.

Lena pociągnęła nosem, ale jedyne, co czuła, to zapach rybny, zmieszany z wonią potu i alkoholu.

– Będzie żył – powiedziała wtedy, zupełnie poważnie, bo zapachu śmierci nie wyczuła.

W istocie mąż handlarki wyszedł cało i zdrowo z choroby, a wieść o cudownych zdolnościach jasnowidzenia Leny rozeszły się po ich dzielnicy. Mama była bardzo poirytowana takimi sugestiami i pewnego dnia zabroniła ojcu, by zabierał ze sobą córkę do chorych.

– Stary jesteś, a głupi. Przecież ona jest jeszcze mała, w mig złapie jakieś cholerstwo. Jeszcze mi dzieciaka wykończysz. A nie dość na tym, uznają ją za czarownicę, a ciebie za szarlatana – sarkała matka.

Ojciec faktycznie przestał ją ze sobą zabierać do pacjentów. Potem, gdy była nieco starsza, dowiedziała się, że Siergiejem Woroninem wcale nie kierowała troska o nią, ale chęć ukrycia przed żoną i córką swoich grzechów.

1905

1.

Niechęć Fiodora Oboleńskiego do cara Mikołaja II wzrosła, gdy w kraju zaczęło dochodzić do różnych niepokojących zjawisk. W fabrykach robotnicy masowo przystępowali do strajków i protestów, w gazetach donoszono o pogromach Żydów w Kiszyniowie i Homlu, gdzieniegdzie buntowało się chłopstwo, a w Armenii i Finlandii odradzały się ruchy narodowościowe. Osiągnęła zaś apogeum, gdy Mikołaj II postanowił wtrącić się w konflikt z Japonią na Dalekim Wschodzie. Fiodor uważał, że car miał we własnym kraju roboty po uszy, ze wszelkiej maści wichrzycielami, i powinien tutaj eksploatować swoją gwardię, a nie wysyłać ją na wojnę z jakimiś skośnookimi prymitywami.

Aleksander nie zwykł podsłuchiwać, o czym debatują dorośli, ale trudno było nie słyszeć podniesionych i podekscytowanych głosów obecnych w domu mężczyzn. Siedzieli w oranżerii, palili cygara albo papierosy i popijali wódkę P.A. Smirnow. A z każdym wypitym kieliszkiem ich głosy były coraz bardziej podniesione. Zapewne dlatego, że to, co miało okazać się sukcesem cara Mikołaja, stało się jego porażką. Car został zmuszony do podpisania traktatu pokojowego z Japonią, co było aktem tyleż poniżającym, co zadziwiającym, biorąc pod uwagę chociażby wielkość obu państw.

– Car jest zbyt pobłażliwy dla tych wszystkich odszczepieńców i buntowników. I jeszcze ten blamaż w Japonii. Przegrać z takimi… – prychnął Fiodor.

Obecny w oranżerii hrabia Golicyn oznajmił, że Fiodor nie ma racji i Mikołaj powinien pójść śladem swojego dziadka, wprowadzić reformy i ulżyć nieco ludowi, ponieważ może niebawem dojść do rewolucji, zaś porażka w Japonii jedynie pokazuje słabość starego systemu, bowiem Dawid w oczywisty sposób przechytrzył Goliata.

Hrabia Golicyn był to mężczyzna niewysoki, o dość pokaźnym brzuchu, na którym opinała się aksamitna kamizelka. Aleksander często zerkał ukradkiem na hrabiego i zastanawiał się, kiedy guziki w jego kamizelce w końcu puszczą i wyswobodzą z ucisku jego brzuch, niczym car swoich poddanych. Nigdy jednak nie doczekał się podobnego widoku, chociaż byłby to zapewne jeden z zabawniejszych momentów podczas wizyt hrabiego w ich domu.

– Mamy armię, jedną z najlepszych w świecie. Powinniśmy zapanować nad zbuntowanym chłopstwem i robotniczymi protestami, zamiast wdawać się w awantury w Japonii – orzekł Fiodor, który uważał, iż stary porządek należy utrzymać za wszelką cenę.

– Jesteśmy skostniali i nienowocześni. W żadnym kraju Europy Zachodniej, na których tak bardzo chcemy się wzorować, nie ma tak autorytarnych rządów, jak u nas – mruknął dowódca carskiej gwardii przybocznej. – Co stanie się, jeśli i żołnierze dołączą do rebelii?

– I ty to mówisz, Wasiliju? Przecież ty musisz zadbać o to, by oficerowie stali murem za carem. Bez względu na to, co o nim myślę, car jest ostoją starego porządku. Macie Ochranę, niech działają, niech szukają i niech każdego człowieka wrogo nastawionego do cara zatrzymają i powieszą w Twierdzy Szlisselburskiej.

– Za mało ich jest, a wywrotowców coraz więcej. Car musi pójść na ustępstwa, bo inaczej wszyscy przegramy – oznajmił hrabia Golicyn i wychylił kolejny kieliszek wódki.

Podobne dyskusje toczyły się niemal na każdym spotkaniu towarzyskim. Oczywiście kobiety rozmawiały na inne, nieco lżejsze tematy, wierząc, że ich wpływowi mężowie zdołają zapobiec najgorszemu.

***

Jednakże żadne dyskusje prowadzone w kuluarach, jak i na pałacowych salonach nie uchroniły kraju przed buntem robotniczym. Na początku roku pokojowa demonstracja robotników przemaszerowała pod Pałac Zimowy, prosić cara o wstawiennictwo u właścicieli fabryk, aby nie nękali w tak dramatyczny sposób swoich pracowników. Jednakże Mikołaj II nie zamierzał im pomóc i nakazał rozwiązanie siłowe. Najpierw otworzono ogień do demonstrantów, a potem zablokowano największy most na Newie, oddzielający bogatą część Petersburga od dzielnic robotniczych, gdzie zamieszkiwała biedota.

Aleksander Oboleński właśnie wracał w towarzystwie służącego do domu z pałacu nad Fontanką, gdzie był na urodzinach najmłodszego syna hrabiego, gdy policjant zatrzymał ich powóz.

– Proszę się zatrzymać – powiedział stójkowy. – Doszło do buntu i musimy zaprowadzić porządek.

Zanim zdążył dokończyć zdanie, do uszu młodego Aleksandra dotarły odgłosy strzelaniny. Służący nakazał mu skulić się pod siedzeniem, by żadna zbłąkana kula go nie dosięgła, ale ciekawość młodego chłopca była silniejsza. Po kilkunastu minutach wychylił głowę z powozu i zobaczył, jak policja wraz z gwardią carską ostrzeliwuje zgromadzony na placu przed carskim pałacem tłum. Pierwszy raz Aleksander widział tyle krwi i trupów leżących na chodnikach, ulicach i samym placu. Wszędzie unosił się dziwny zapach prochu, pomieszany z zapachem krwi i ludzkiego potu. Kilka metrów od ich powozu leżały zwłoki małego chłopca, najwyżej siedmioletniego, który miał wciąż otwarte oczy. Jednak nieruchome i jakby wyrażające zawód faktem, iż w tak młodym wieku musiał pożegnać się z życiem. I chyba wtedy Aleksander po raz pierwszy uświadomił sobie, że kariera wojskowa, o jakiej marzył dla niego ojciec, będzie wiązała się właśnie z takimi sprawami. On będzie musiał strzelać, a potem patrzyć na nieruchome oczy i zbroczone krwią ciała swoich ofiar.

Matka bardzo się przejęła faktem, że Aleksander musiał wracać w takich warunkach do domu, i oznajmiła, iż następnego dnia nie pójdzie do hrabiny Szeremietiew na naukę tańca. Bardziej, co zrozumiałe, ubolewała, że Aleksandrowi mogło się coś stać aniżeli nad tym, co chłopiec mógł zobaczyć na ulicach Petersburga.

– Tłuszcza, bydlęta, barbarzyńcy – powtarzała, obdarzając syna niespotykanymi dotąd czułościami.

Miał ochotę powiedzieć jej o tym martwym chłopcu i innych trupach leżących na ulicach, ale po chwili zrezygnował z tego, by rodzice nie uznali go za mięczaka. Tej nocy miał koszmary i budził się co rusz, wystraszony, a nawet przerażony. Nie tylko majaczyły mu sceny z popołudnia, ale również czarne wizje matki, która prorokowała, że niedługo ci straszni ludzie wedrą się do ich pięknego domu i wszystkich ich wybiją. Potem uspokajał się, bo przecież istniała ta mityczna szklana ściana, która odgradzała go od tych niebezpieczeństw. Jeśli więc on nie mógł przechodzić na drugą stronę, oni także nie mogli tego robić i zapewne dobrze o tym wiedzieli. W jego wyobraźni ta ściana była nieskończenie długa i sięgała nieba, a im większa się robiła, tym bardziej Aleksander się uspokajał.

W ciągu kilku następnych dni w mieście zapanował porządek, a strzały umilkły.

***

Wiosną wyjechali do Mikołajewa, z zamiarem powrotu do Petersburga z końcem lata. Aleksander lubił wieś, bo tam miał nieco więcej swobody, ale tego roku została mu ona mocno ograniczona. We wsiach dochodziło do buntów, chłopi demolowali wszelkie budynki użyteczności publicznej, a nawet zasadzano się na dworki posiadaczy ziemskich. Podobno nienawidzili takich, jak jego rodzina. Chłopak jednak uważał, iż owa plotka jest mocno przesadzona, bowiem do jego ojca mówili barin, czyli „jaśnie pan”, a gdy powozem przez wieś jechała jego babka, klękali przy drodze, niczym pątnicy przy świętych obrazach. Jakże zatem mogli być fałszywi i nieszczerzy? Aleksandrowi nie wydawało się to prawdopodobne, by ludzie potrafili aż tak udawać, jeśli nie pracowali w teatrach i nie brali udziału w spektaklach.

Którejś nocy obudziły go krzyki. Nie potrafił odgadnąć, czy głos należał do Katii, czy matki, a może do jednej ze służących, usłyszał jedynie słowo „pożar”. Zerwał się na równe nogi i wypadł ze swojego pokoju. Domownicy i służba biegali w tę i z powrotem po korytarzu i nie bardzo wiedzieli, co mają robić. Nawet Fiodor nie potrafił zapanować nad sytuacją, tylko zakrywał twarz rękoma i jęczał, że wszystkiemu winny jest car.

– Uspokój się, mój mężu! – wysyczała Irina Oboleńska. – Trzeba ugasić pożar. Zbierz całą służbę, poślij Wołodię do wsi, po chłopów. Niech biorą wiadra i przychodzą, a wy tymczasem spróbujcie zatrzymać ogień, żeby nie zajęły się inne budynki.

Fiodor momentalnie jakby się otrząsnął, ponieważ rzadko kiedy jego żona mówiła podobnym tonem. Wybiegł z domu, nakazując służbie, by uczyniła to samo. Aleksander siedział w pokoju narożnym i spoglądał na łunę unoszącą się nad zagajnikiem oddzielającym ich dworek od zabudowań gospodarczych. Wkrótce zobaczył Wołodię, ich kamerdynera, jak idzie z grupą chłopów dzierżących w dłoniach wiadra. Wołodia trzymał w ręku lampion, by oświetlał im drogę, jednak gdy dotarli na dziedziniec, unoszący się nad zagajnikiem słup ognia powodował, że żadna lampa już nie była im potrzebna. Aleksander miał ochotę wybiec z domu i pomóc przy gaszeniu, ale matka zabroniła mu tego kategorycznie.

Po latach doszedł do wniosku, iż matka trzęsła się nad nim tak bardzo, że pewnego dnia jego największym marzeniem było wymknąć się spod jej kurateli i popełnić jakieś szaleństwo. W najmniejszym stopniu to przesadne niańczenie nie nauczyło go ostrożności, wręcz przeciwnie, wzbudziło pociąg do nadmiernego ryzyka.

Nad ranem pożar ugaszono i zaczęto liczyć straty. Matka oświadczyła jednak, że wracają do Petersburga, bo następnym razem zbuntowani chłopi mogą podpalić ich dom.

– Policja i Ochrana już się nimi zajęła – oznajmił Fiodor. – Nic nam tu nie grozi. Mniej bezpiecznie będę się czuł w Petersburgu. Mam tylko nadzieję, że nie dojdzie do kolejnej pugaczowszczyzny, kiedy to chłopski bunt, choć brutalnie stłumiony przez oddziały kozackie i baszkirskie, doprowadził do śmierci wielu osób i spowodował niemały zamęt.

– Tam jest wojsko i car. I straż ogniowa, a tutaj? – zirytowała się Irina.

– Ja nie wierzę carowi Mikołajowi. Jak ma się coś zacząć, to on niczego nie zdoła zrobić – westchnął Fiodor.

***

Car jednak coś zrobił, ale nie to, czego oczekiwał konserwatywny Oboleński. Mikołaj II częściowo ugiął się pod postulatami demonstrujących robotników i wydałManifest październikowy, a w nim obiecał swobody obywatelskie, reformy i utworzenie parlamentu ustawodawczego, czyli Dumy. Po jakimś czasie Fiodor Oboleński doszedł do wniosku, że skoro już takie ciało powstało, dobrze byłoby się do niego dostać i wówczas być może jego głos zostanie w końcu usłyszany. Pragnął mieć wpływ na losy kraju, bowiem uważał, iż jego pomysły są jedynie słuszne, a każde inne świadczą o braku miłości do ojczystego kraju i jego specyfiki. Wkrótce jego marzenie się spełniło, ale nie do końca tak, jak sobie to wyobrażał, ponieważ wszyscy deputowani pragnęli przemawiać i nie zawsze mówili to, co podobało się Fiodorowi. Tymczasem jego głos, choć uważał go za jedyny wart wysłuchania, grzązł w potoku przemów i dyskusji. Bez względu jednak na toczące się w Dumie spory na końcu i tak decydujący głos miał car Mikołaj II.

Syn Fiodora Oboleńskiego, Aleksander, chociaż był młody, już miał własne zdanie, ale był zbyt zapatrzony w ojca, by zadawać mu trudne pytania albo spierać się z nim. A pytań miał wiele, ponieważ potrafił już zauważać niesprawiedliwość na świecie i nie wiedział, skąd się wziął początek tych podziałów. Cieszył się jednak, że jemu poszczęściło się w życiu i miał okazję urodzić się w uprzywilejowanej grupie społecznej.

Niekiedy hrabia Golicyn, który uchodził za dość postępowego, klepał go po ramieniu i mówił:

– Tacy jak wy będą zmieniać świat. Bylebyście się za daleko nie zapędzili w tych zmianach.

Aleksander nic nie odpowiadał, bo uważał, że nie przystoi mu wdawać się w dyskusję z hrabią, ale w głębi duszy uważał, że świat się zmieni i bez jego udziału.

2.

– Tatiano Woronino! Tatiano Woronino, gdzie jest doktor? – zapytał zdyszany Pomiakin, wbiegając do mieszkania znajdującego się przy Samsoniewskim Prospekcie, nieopodal mostu Grenadierów.

Tatiana trzymała na rękach Miszę i nie odezwała się ani słowem. Wskazała jedynie brodą na stojącą w saloniku otomanę, na której spał Siergiej.

– Trzeba go obudzić, setki ludzi jest rannych. Car kazał strzelać do robotników, trzeba im pomóc. Opatrzyć rannych, zoperować… Niechże Tatiana coś zrobi – jęknął Pomiakin.

– A co ja mogę? – prychnęła. – Nie wiem, jak jutro do pracy pójdę. Miszą opiekowała się Raszkina, a Lenę odprowadzała do szkoły. Ale nie mam pojęcia, czy teraz zechce, jeśli jej mąż i syn na demonstrację poszli. Nie wiem, czy im coś się nie stało, a boję się wyjść z domu z dziećmi. Jak pan chce, to niech pan sam spróbuje.

– Tatiano Woronino, mnie to zajmie całe wieki, a muszę lecieć do innych. Proszę mu powiedzieć, że teraz już na pewno wybuchnie rewolucja. I on będzie nam potrzebny.

– Stiepanie Pomiakinie, mój mąż jest wrogiem rewolucji, chyba że wszczęłaby ją drobna szlachta, by przywrócić sobie przywileje – z westchnieniem odparła Tatiana.

– Niechże pani nie mówi takich rzeczy! Pani nie zna swojego męża, toż on jest rewolucjonista od czubków stóp aż po głowę – żachnął się.

Tatiana wiedziała jednak, że to Pomiakin nie znał zbyt dobrze jej męża, jeśli wygłaszał podobne opinie. A może jej mąż, żyjąc wciąż w świecie marzeń, potęgowanych przez moc alkoholu, sam nie wiedział, która droga byłaby właściwsza, by je spełnić? Niewykluczone, iż pewnego dnia doszedł do wniosku, że jeśli on niewiele ma, inni powinni mieć równie mało i ucieszyłby się z ich upadku równie silnie, co z odzyskania przez siebie rodowych dóbr. Tatiana nie chciała mu powtarzać – co czyniła, gdy nie pił tak wiele – że jego rodzina straciła majątek, bo jej męska część wykazywała nadmierną skłonność do gorzałki, gier karcianych i ładnych, choć pazernych kobiet.

Tatiana nie chciała przyznać się Pomiakinowi, że jej mąż, gdy jest pijany, wykazuje się wyjątkową brutalnością. Nieraz ją poturbował, a ostatnio nawet wyżywał się na dzieciach, bijąc je grubym skórzanym pasem, który nosił jego ojciec, gdy był grenadierem. Lena również wolała, by matka nie budziła ojca. Bała się go i jego razów. Ostatnio tak bardzo ją zbił, że nie mogła wysiedzieć w szkolnej ławce. Mamy wtedy nie było, bo nie wróciła jeszcze z pracy, ale później Lena nie pisnęła ani słowa, dzielnie znosząc ból pośladków, które następnego dnia po laniu zamieniły jej siedzenie w pejzaż przypominający niebo o zachodzie słońca, przykryte ciemnymi chmurami. Wiedziała, iż w sobotę matka zechce wykąpać ją w dużej balii i zapewne zauważy dowody frustracji swego małżonka, ale Lena była gotowa skłamać i zrzucić winę na własną głupotę, polegającą na nadmiernym upodobaniu do ślizgania się po zamarzniętej Newie. Obawiała się, że w przeciwnym razie mama będzie krzyczała na ojca i on wtedy zbije i ją.

Siergiej Woronin pracował z każdym miesiącem coraz krócej, za to coraz więcej przesiadywał w resursie, pijąc namiętnie mocne trunki i oddając się karcianym grom, z których to potyczek najczęściej wychodził bez jednej kopiejki. Mimo że Lena miała dopiero dziewięć lat, doskonale wiedziała, dlaczego przegrywał. Gra w karty wymagała czujności i sprytu, tymczasem odurzony alkoholem ojciec po prostu dawał się ogrywać. Z czasem, gdy w domu niekiedy brakowało nawet na chleb, a ona chodziła spać z pustym żołądkiem, matka postanowiła podjąć pracę.

Kiedyś, gdy ojciec nie pił tyle i wiodło im się całkiem znośnie, Tatiana Woronina uwielbiała układać bukiety z kwiatów i robiła to tak ładnie, że niekiedy proszono ją o zrobienie jakiejś wymyślnej wiązanki dla młodych par, których nie stać było na kupno takowej w kwiaciarni. Właściwie oprócz tego nie potrafiła nic, a do fabryki pracować iść nie chciała za żadne skarby świata. Po drugiej stronie Newy, przy Twerskiej, znalazła pracę u człowieka prowadzącego kwiaciarnię. I choć Andriej Dwerkin nie dostarczał kwiatów do carskiego pałacu, miał wśród klientów wielu arystokratów, a ci, podobnie jak car, nie musieli oszczędzać i życzyli sobie, aby w ich domach co kilka dni pojawiały się świeże kwiaty. Tak więc matka otrzymała pracę, o jakiej marzyła, chociaż widać było po jej twarzy, że ma poczucie winy, bo zostawiała swoje dzieci pod opieką obcych. Wolała jednak, by to oni zajęli się jej dziećmi niż wiecznie pijany mąż, który albo z fajką w ustach zasypiał na otomanie, albo z byle powodu sięgał po grenadierski pas swojego ojca. Siergiej Woronin stoczył się już tak bardzo, że pewnego dnia to na matce spoczął obowiązek utrzymania całego domu.

– Niechże pani go dobudzi, to ważne – odparł szybko Pomiakin, wyrywając Tatianę z zamyślenia o jej ciężkim losie, po czym pośpiesznie wyszedł z mieszkania Woroninów.

Lena patrzyła na matkę i wiedziała, że ta zastanawia się, co zrobić. Z jednej strony, bała się obudzić męża, z drugiej nie wiedziała, jak ten zareaguje, gdy dowie się, że był u niego Pomiakin, a ona odprawiła go z kwitkiem.

– Siergiej, wstawaj – powiedziała, delikatnie potrząsając go za ramię. – Potrzebny jesteś.

– Do czego? – burknął przez sen.

– Ludzi mordują na placu przy Zimowym. Jest wielu rannych, Pomiakin tu był. Trzeba im pomóc.

– Daj mi spokój, kobieto! Nic mnie to nie obchodzi! Niech ich wszystkich wybiją! – warknął i przekręcił się na drugi bok.

Tatiana nie podjęła kolejnej próby obudzenia męża. Córce także nie pozwoliła tego robić. Zabrała więc dzieci z saloniku i poszła do kuchni.

– Mamo, dlaczego nie uciekniemy od niego? – zapytała Lena, bo gdy jej matka usiadła przy stole, zamiast się z nimi pobawić, zaczęła płakać.

– Nie mamy dokąd, Lenko – wychlipała i otarła chusteczką oczy.

Potem wstała zza stołu i zaczęła przygotowywać dla nich kolację, składającą się jedynie z gotowanej kaszy. Lena patrzyła na przygarbioną matkę, która choć zupełnie młoda, zdawała się starzeć w zastraszającym tempie. Na jej zaplecionych w warkocz włosach pojawiły się siwe kosmyki, a na twarzy malował się głęboki smutek. Tam, gdzieś za rzeką, ludzie przeżywali piekło i opłakiwali zabitych przez Kozaków bliskich, oni zaś mieli piekło we własnym domu. Dziewczynka przyrzekła sobie, że pewnego dnia, gdy już dorośnie, będzie tak bogata, iż zabierze matkę i braciszka od tego zapijaczonego tyrana. Siergiej był jej ojcem i winna mu była szacunek, ale od kilku lat jedyne uczucie, jakie do niego żywiła, to nienawiść. Niekiedy bywała ona tak silna, że kiedy ojciec spał, zmożony alkoholem i wyczerpany wymierzaniem im razów, modliła się do złoconej ikony, wiszącej nad kanapą, aby Siergiej Woronin już nigdy więcej się nie obudził.

1912

1.

Anna Pawłowna Golicyna wyrosła na piękną pannę i Aleksander musiał stwierdzić, że będzie mu przyjemnie, jeśli pewnego dnia przyjmie jego oświadczyny. W Annie wszystko zdawało się harmonią. Fizjonomia idealnie współgrała z jej spokojnym usposobieniem, a spojrzenie błękitnych oczu z uśmiechem i rumianymi policzkami. Mocno podkreślona kibić i wysoka postura sprawiały, iż wyglądała niczym bogini. Ubierała się najczęściej w jasne jedwabne suknie z mocno zdobionym gorsetem. Suknie tego sezonu były coraz swobodniejsze i wygodniejsze, choć bezlitośnie obnażały niedostatki figur kobiet mniej hojnie obdarowanych przez naturę. Anna Golicyna nie musiała się jednak tym zamartwiać, bowiem ona posiadała doskonałe proporcje, biust obfity i biodra świadczące o tym, że jest w stanie wydać na świat dużą liczbę potomstwa.

Kapitał, jakim obdarzyła ją natura, był zdecydowanie wyższy niż ten, którym dysponował jej ojciec. Z każdym rokiem ubożeli, a stary Paweł Iwanowicz Golicyn, zamiast skorzystać z fachowych rad, wolał sam się wszystkim zająć, uważając się za człowieka obeznanego i nowoczesnego, któremu wykształceni w swoim fachu plenipotenci nie są potrzebni. Jego córki, a dochował się ich aż czterech, w większości ufały w nadzwyczajne zdolności ojca do robienia interesów, oprócz najmłodszej, Anny. Ona jedna bez ogródek mówiła rodzicom, że ojciec nie nadaje się do przeprowadzania intratnych transakcji, co udowodnił przez ostatnie dziesięć lat, czyniąc z nich bez mała bankrutów. Wyprzedawał majątek, by mogli wieść żywot jak najlepsza śmietanka Petersburga, resztę zaś inwestował w niepewne interesy, na których zarabiać miał krocie, najczęściej jednak tracił wszystko, nie zyskując nawet rubla.

– Sprzeda się tę ziemię pod lasem letnikom z Moskwy i damy sobie radę. A ja włożę pieniądze do banku. Ale nie jako drobny ciułacz czy rentier, ale udziałowiec. No, pomyślcie, jeśli stopa procentowa pożyczek bankierskich i weksli jest wyższa niż lokat, to kto zgarnia cały zysk? Wiecie kto? – zapytał przy popołudniowej herbacie pięciu kobiet, wpatrzonych w niego jak w posąg świętego Jerzego.

Milczały jednak wszystkie, bowiem wpojono im, iż rozmowy o pieniądzach nie przystoją damom. Paweł Iwanowicz powiódł wzrokiem po córkach i żonie, po czym machnął ręką.

– A co wy tam wiecie? Nic nie wiecie.

– Coraz więcej wyprzedajemy, coraz mniej kupujemy, papo – odezwała się nieśmiało Anna.

– A na co nam tyle bezużytecznej ziemi? Ani tam zboża nie posiejesz, ani ziemniaków nie posadzisz – mruknął.

– Ale to zawsze ziemia. Nasz kapitał i nasz posag… – jęknęła Anna.

– Nie moja to wina, że mam same córki i muszę kombinować. A słyszeliście, że zmarł Fiodor Mikołajewicz Oboleński? Co ja mówię, zmarł? Został zamordowany. Będziemy musieli pojechać na pogrzeb.

– Jak to zamordowany? – zapytała pobladła z trwogi jedna z córek Golicyna, Jekatierina.

– Jakiś bandzior strzelił mu w głowę. Na schodach jego własnego domu. I uciekł. Podobno czerwony. Wszystkie petersburskie gazety będą od jutra o tym pisać. Członek parlamentu zamordowany przez komunistę.

– Myślisz, że to robota buntowników? – zapytała Anna.

– Tak, to bolszewicy. Jestem tego bardziej niż pewny. Oni nie cofają się przed niczym – grobowym tonem odparł Paweł.

***

Aleksander Fiodorowicz Oboleński w dniu pogrzebu swojego ojca nie zauważał nikogo. Nawet pięknej Anny Golicyny, która zwykła robić na nim silne wrażenie. Pogrążony był nie tylko w żałobie po stracie ojca, ale też w poczuciu winy, że ten zginął przez niego. Wiedział, kim był morderca, podobnie jak policja i Ochrana, ale ów człowiek zniknął bez śladu tuż po zabójstwie i nadal pozostawał nieuchwytny.

Nazywał się Iwan Dragonow i przybył do Petersburga z ich mikołajewskiego majątku, by szukać szczęścia w wielkim mieście. Poznali się dawno temu, na jakichś letnich wakacjach, ale znajomość ich, choć sympatyczna, dość szybko się zakończyła po interwencji matki Aleksandra. Spotkali się po latach w Petersburgu, nieopodal resursy dla kadry oficerskiej, której szeregi niechybnie miał zasilić Aleksander. Obecnie służył w Pułku Kawalergardów Gwardii Jej Wysokości Marii Fiodorowny i miał niebawem otrzymać stopień oficerski, jako jeden z najmłodszych członków oddziału. Aleksandra zaskoczyła obecność ubogiego i niezbyt dobrze ubranego mężczyzny w okolicy tak elitarnego klubu, ale okazało się, iż owo spotkanie wcale nie było przypadkowe.

– Aleksandrze Fiodorowiczu, czy pamiętasz mnie? – zagadnął wówczas Dragonow.

Aleksander nie miał pojęcia, skąd miałby znać człowieka podobnego stanu i jedyne, co wpadło mu do głowy, to iż jest on jednym z ich poddanych z majątku w Mikołajewie. I chociaż chłopi już od wielu lat byli ludźmi w teorii wolnymi, większość i tak wiedziała, że wciąż pozostają na łasce swych panów, którzy mogą ich albo hojnie wynagrodzić, albo mocno wybatożyć.

– Czy przyjechałeś z Mikołajewa? – zapytał zdziwiony Aleksander, próbując jednocześnie odszukać w pamięci postawnego młodego mężczyznę o jasnych włosach i lodowato błękitnych oczach.

– Tak, barin. Ja jestem z majątku hrabiego Oboleńskiego. Pracy szukam w mieście i pomyślałem, że kompan z dzieciństwa zechce udzielić mi wsparcia. Nazywam się Iwan Dragonow.

– Iwan? – Aleksander uśmiechnął się, ale prawdę powiedziawszy, niezbyt zręcznie czuł się na środku ulicy w towarzystwie tego obszarpańca.

– Nie mam teraz czasu, ale przyjdź do naszego domu jutro po południu. Postaram ci się pomóc – zbył go Aleksander i dodał: – Podam ci adres.

– Wiem, gdzie mieszkasz – odparł Dragonow i pożegnali się.

Aleksander nigdy nie pomyślał, że ktoś taki jak Iwan Dragonow zadzwoni do frontowych drzwi. Każde dziecko wiedziało, iż idąc do takiego domu z prośbą o pomoc czy jałmużnę, należy udać się do wejścia dla służby. Nikt nie był tak bezczelny, by próbować to robić jak osoby z towarzystwa. A jednak Iwan Dragonow był zbyt dumny, by udać się do wejścia znajdującego się na tyłach domu. W dodatku zachowywał się hałaśliwie, bezczelnie i wdał się w pyskówkę z kamerdynerem. Zwabiony krzykami Fiodor wyszedł ze swojego gabinetu, by sprawdzić, któż ośmielił się zakłócić domowy mir. Jego żona, Irina, na szczęście wciąż przebywała w sypialni, bo zwykła późno wstawać, a potem jeść w łóżku śniadanie, choć w zasadzie zbliżała się pora obiadu.

– Wynoś się, łachmyto! – wykrzyknął Fiodor, nie rozpoznając chłopa ze swojego majątku, a i niespecjalnie zastanawiając się, skąd przybył ten obszarpaniec.

– Przyszedłem z wizytą do Aleksandra Fiodorowicza Oboleńskiego! – warknął Dragonow.

– Tłumaczyłem mu, że barin Aleksander przebywa teraz w koszarach, ale on uparł się, iż na niego poczeka. Najlepiej w salonie, przy samowarze. Da, jaśnie pan, wiarę, jaka bezczelność? – mówił zdenerwowanym głosem kamerdyner, Wołodia Isonowicz, który choć pełnił służbę u Oboleńskich od lat bez mała czterdziestu, jeszcze nigdy nie spotkał się z podobną butą.

– Wynocha, łajzo, powiedziałem! Bo do twierdzy każę zaprowadzić! – Fiodor wciąż krzyczał.

Iwan Dragonow nie przejął się zanadto wyzwiskami i nie był dłużny Fiodorowi:

– A co ja z gorszego ciała jestem ulepiony, chamie? Waż na słowa, bo mnie wściekłość może ogarnąć i możesz swoich słów pożałować!

Fiodor zrobił się purpurowy na twarzy, co było zjawiskiem u niego nagminnym, gdy wpadał w złość. Chwycił stojący w stojaku parasol i zaczął okładać nim przybyłego do ich domu człowieka. Dragonow jednak nie wystraszył się i nie uciekł, ale wydobył zza pazuchy swojej kapoty rewolwer i wystrzelił wprost w głowę Oboleńskiego. Ojciec Aleksandra zalał się krwią, która rozbryznęła się także na szyby w drzwiach, zrobione z ciętego kryształu, i na liberię Wołodii.

A potem Dragonow jakby ocknął się z szaleństwa, jego dziki wzrok zamienił się w przerażony, schował broń do kieszeni i zaczął uciekać. Zanim Wołodia wszczął alarm, Dragonow zniknął. W takim mieście, jak Petersburg, nie było to trudne, bo owa metropolia oprócz Pałacu Zimowego i pomniejszych pałaców przy Fontance miała także swoje ciemne zaułki, robotnicze osiedla przypominające wysypiska śmieci, do jakich nawet policjanci obawiali się wchodzić i niezliczoną liczbę szop, wychodków i piwnic, w których sprawca mógł bezpiecznie się ukryć.

Jeszcze tego samego dnia informacja o brutalnym morderstwie i rysopis zabójcy trafiły do wszystkich największych gazet Petersburga, a w Dumie nawet uczczono śmierć deputowanego minutą ciszy. Późnym popołudniem przesłuchano zdruzgotanego śmiercią ojca Aleksandra, który niemal od razu domyślił się, kim był ów obszarpany człowiek, wizytujący jego dom i pytający o niego. Podał dane Iwana Dragonowa i od tej chwili zabójcę przestano już nazywać „nieznanym sprawcą”.

Jadąc powozem do cerkwi, gdzie miały rozpocząć się pełne przepychu uroczystości pogrzebowe deputowanego Fiodora Mikołajewicza Oboleńskiego, Aleksandra wciąż nękały wyrzuty sumienia i były one silniejsze od rozpaczy. Nie łudził się, że policja i Ochrana szybko odnajdą Dragonowa. Ten człowiek mógł być w tej chwili już daleko od Petersburga, na przykład w drodze na Kaukaz albo do Paryża. Poprzysiągł sobie jednak, że pewnego dnia dorwie tego łotra i osobiście zastrzeli albo podetnie mu gardło swoją szablą.

Zarówno matka, jak i Katia nie obwiniały go za śmierć Fiodora, zrzucając to na coraz bardziej bestialskie zachowania pospólstwa, dla którego nie istniała żadna świętość. W końcu Aleksander chciał jedynie pomóc temu nieszczęśnikowi, któremu – jak mówiła hrabina Szeremietiew – niedawno jakaś zaraza wykończyła rodziców i dwóch braci. Hrabina uznała również, że dla tego wiejskiego chłopaka cios był na tyle silny, że ten popadł w szaleństwo, jak hrabia Paweł Szeremietiew po odrzuceniu przez Irinę Naryszkinową, która mimo dwóch rozwodów wciąż nie chciała hrabiego. Sprawa hrabiego była wstydliwa i na tyle poważna, że młodego Szeremietiewa wysłano do sanatorium dla nerwowo chorych doktora Kriukowa pod Moskwą. Aleksander nie upatrywał jednak w przyczynach postępku Dragonowa czynników natury psychicznej, ale uznał, iż młody człowiek cierpiał jedynie na chorą nienawiść do klasy wyższej od jego.

Aleksander od lat obserwował tę chorobę, która trawiła robotników i chłopów. Uważał, że winę za to ponosi car i właściciele majątków czy fabryk. Żyli nie tylko ponad stan, a niektórzy wręcz w rozpuście, nie bardzo wiedząc, jak zaspokoić swoją próżność i zabić nadmiar wolnego czasu. To nie mogło dobrze się skończyć. Niegdyś, gdy był małym chłopcem i wsłuchiwał się w słowa ojca, wydawało mu się, iż arystokracja rosyjska to niemal pomazańcy boscy, zesłani na ziemię, by rozwijać jej piękno. To prawda, gdyby nie poczucie piękna i estetyki, zapewne nie powstałyby te wspaniałe dzieła, nie istnieliby uczeni czy pisarze i muzycy. Teraz, gdy osiągnął już pewien wiek i zdobył solidne wykształcenie, uważał, iż tym maluczkim po prostu nie dano szansy, by stali się uczonymi lub artystami. Jednakże wzdragał się na myśl, że owi niepiśmienni chłopi i kiepsko wykształceni robotnicy mieliby przejąć teraz władzę. Złotym środkiem zapewne byłoby zmniejszenie tej ogromnej przepaści, jaka dzieliła arystokrację i bogatą szlachtę od ubogich chłopów i zapracowanych robotników. Przepaść, którą tak bardzo chełpił się ojciec. A im większa ona była, tym większą stary Oboleński czuł dumę z własnej klasy, przyjmując oznaki uwielbienia od chłopów jako rzecz oczywistą i szczerą. Nie widział, że pod powłoką poddaństwa rodzi się zwykłe poczucie niesprawiedliwości, które potem doprowadza do tragedii. Niemniej jednak ta forma buntu, jaką zastosował Dragonow, była dla Aleksandra nie do przyjęcia, bo równie dobrze mogli powrócić do barbarzyńskich czasów, w których o władzy decydowała siła pięści, a nie rozumu.

– Jakże jest mi przykro – powiedziała Anna Golicyna, ściskając drobną dłonią rękę Aleksandra.

W tłumie żałobników zapewne by jej nie rozpoznał nawet wówczas, gdy podeszła do niego, ale jej rumiane policzki nader mocno kontrastowały z czarną krepą żałobnej sukni, jaką wypadało ubrać na podobną okoliczność.

– Dziękuję, moja droga Anno – wydukał i nie powiedział nic więcej.

Na cmentarzu Łazarskim, gdzie dokonywano pochówku, zgromadziło się mnóstwo osób, w tym również członkowie Dumy. Po Annie zaczęli podchodzić do niego inni żałobnicy i raczyli podobnymi słowami wyrażającymi żal albo dodawali otuchy, by nie pogrążać go mocniej w rozpaczy. On jednak w głowie i sercu wciąż miał poczucie żalu do samego siebie i wściekłość na Iwana Dragonowa, któremu naprawdę zamierzał pomóc. Oczywiście nie mógł mu zaoferować żadnego intratnego stanowiska, ale ten wcale nie musiał skończyć w fabryce, gdzie w brudzie i hałasie niszczyłby swoje zdrowie. Dragonow skończył przecież szkołę, którą założyła hrabina Szeremietiew. Teraz zapewne tego szczerze żałowała.

2.

W czasie, gdy elegancki kondukt pogrzebowy odprowadzał w ostatnią drogę szanowanego i dystyngowanego hrabiego Oboleńskiego, wypełniając ulice lśniącymi powozami zaprzęgniętymi w równie lśniące konie, Lena Siergiejewna Woronina żegnała osobę najbliższą swemu sercu – matkę. Jednakże ona nie mogła sprawić Tatianie Woroninie tak wystawnego pogrzebu, jak Aleksander Oboleński swojemu ojcu. Zamiast karawanu, przypominającego bogato zdobione karoce z czasów Ludwika XVI, miała w ten dzień do dyspozycji wóz drabiniasty, na którym spoczęła skromna trumna nieboszczki, i wynajętego wozaka, który powoli przemierzał wąskie uliczki, by dotrzeć do cmentarza dla uboższej części społeczeństwa Petersburga.

Kondukt składał się z kilku osób, w tym ojca, który nawet w tym dniu nie odmówił sobie kieliszka. Siergiej Woronin zalewał się łzami i chwiał na nogach. Na szczęście podtrzymywał go radca Pomiakin i dzięki temu ojciec Leny nie wylądował na kamiennym trotuarze. Lena ściskała ze rękę brata i wpatrywała się jak zahipnotyzowana w trumnę matki, jakby oczekiwała, że jej wzrok ją wskrzesi. Jedyne, co tego dnia było piękne, to kwiaty ofiarowane przez pryncypała matki, Dwerkina, który zasypał zdezelowany wóz białymi różami. Nie zrobił z nich wiązanki, twierdząc, że nikt nie potrafił przygotować ich tak dobrze, jak Tatiana Woronina, niechże więc tam, gdzie trafi, będzie mogła sama sobie zrobić bukiet. Ojciec Leny przyglądał się podejrzliwie Dwerkinowi, który, co prawda, płakał nieco mniej histerycznie niż on, ale ogromne łzy wciąż spływały mu po policzkach, aż do białej koszuli wystającej spod czarnego surduta.

Mały Misza także łkał, twierdząc, że teraz ojciec ich pozabija i już nic go nie powstrzyma. Pewnie obwiniłby Siergieja Woronina o śmierć matki, ale Tatiana chorowała na raka i ojciec nawet próbował ją leczyć. A kiedy nie przyniosło to skutku, chodził pijaniusieńki po rozmaitych zielarkach i wróżkach, by użyły swojej mocy do uzdrowienia jego małżonki. Jedna z nich, o której mówiono, że żyje już trzysta lat, powiedziała mu bezlitośnie nieco skrzekliwym głosem:

– Panie Woronin, ona ze zgryzoty umiera.

Ojciec Leny postanowił więc zmienić się. Nie pić i nie podnosić ręki na domowników. Cóż jednak z tego, jeśli wytrwał w swoim postanowieniu zaledwie trzy dni, bo Tatiana w tym czasie umarła. Wtedy już nic go nie powstrzymywało przed piciem, nawet dzieci, których szczerze nie znosił, bo przeszkadzały mu w codziennym upajaniu się alkoholem i błogim lenistwie.

Dudnienie ziemi, wysypywanej przez grabarza na skromną sosnową trumnę, było dla Leny gorsze niż odgłos razów wymierzanych przez ojca. Patrzyła do dołu i czuła się winna, że nie zdążyła zostać bogatą kobietą i zabrać matki z domu przy Samsoniewskim Prospekcie. A potem spojrzała na przerażonego Miszę i doszła do wniosku, iż nie mogą już mieszkać pod jednym dachem z ojcem. Nie miała pojęcia, co zrobi, ale była zdecydowana opuścić dom, gdy tylko Siergiej Woronin kolejny raz podniesie na nich rękę.

Nie było stypy ani pompatycznych przemówień, jak na pogrzebie Fiodora Oboleńskiego. Po krótkiej ceremonii wszyscy rozeszli się do domów. W saloniku ich mieszkania wciąż czuć było woń wygaszonej niedawno gromnicy, zmieszaną z odorem wódki. Siergiej Woronin nalał sobie kieliszek zaraz po przyjściu i zanim zdążył zdjąć świąteczne pantofle. A gdy już go wychylił, wyciągnął z kredensu album z fotografiami i wyrwał z niego zdjęcie Tatiany z czasów, gdy była piękna, młoda i szczęśliwa. Całował je i miął w dłoniach, płacząc jak małe dziecko odstawione od matczynej piersi.

– Teraz to płaczesz! – krzyknął nagle Misza. W jego głosie czuć było złość. – A kiedy żyła, maltretowałeś ją!

Stary Woronin w jednej chwili przestał łkać i spojrzał zaczerwienionymi oczami na syna.

– Ty gówniarzu, jak śmiesz tak mówić do ojca! – ryknął jak zraniony niedźwiedź i sięgnął po swoją ulubioną dyscyplinę.

Podniósł się z fotela i zataczając się, zaczął zmierzać w kierunku Miszy. Lena stanęła między nimi.

– Zostaw go, papo – powiedziała błagalnie.