Białe piekło - M.J. McGrath - ebook
lub
Opis

Powieść, która zauroczy miłośników bestsellerowego autora Henninga Mankella.

"Porywająca, tajemnicza historia z Arktyki, a zarazem debiut książkowy nieprzyzwoicie utalentowanej pisarki".

New York Times

Myśliwy nie odpuszcza na szlaku!

Edie Kiglatuk, pół Inuitka, pół biała, jest najlepszym przewodnikiem w dalekim zakątku Arktyki. Jednak jako kobieta nie cieszy się pełnym szacunkiem starszyzny rządzącej w izolowanej społeczności tubylców na Wyspie Ellesmere`a. Gdy podczas prowadzonej przez nią wyprawy jeden z jej uczestników zostaje śmiertelnie postrzelony, morderstwem zajmuje się sierżant policji Derek Palliser. Edie odkrywa, czego turyści, którymi się zajmowała, tak naprawdę szukali w Arktyce. Zbiega się to w czasie, gdy, ku jej rozpaczy, bliska jej osoba popełnia samobójstwo. Choć wydarzenia te na pozór nie wiążą się ze sobą, doświadczenie arktycznego myśliwego mówi Edie, że jest inaczej. Postanawia – z pomocą Dereka lub bez niej – odnaleźć klucz do tych powiązań. W tym celu musi jednak opuścić swoją małą wioskę i wyruszyć na dalekie krańce tundry.

Niezwykła debiutancka powieść, osadzona w obcej kulturze pośród arktycznego krajobrazu pełnego lodu i skał. Mówiąca o duchach przodków i nigdy nie gnijących kościach. To pełna zaskakujących zwrotów akcji historia, którą nie pogardziliby miłośnicy najwspanialszych tajemniczych intryg Henninga Mankella. Stanowi początek ekscytującej serii mrocznych kryminałów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 506


M.J. McGrath

Białe piekło

Tłuma­cze­nie: Anna Wol­na

Tytuł ory­gi­nału: Whi­te Heat

Co­py­ri­ght © Me­la­nie McGrath 2011

First pu­bli­shed 2011 by Man­tle an im­print of Pan Mac­mil­lan, a di­vi­sion of Mac­mil­lan Pu­bli­shers Li­mi­ted

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o., War­sza­wa 2014

All ri­ghts re­se­rved

Tłuma­cze­nie: Anna Wol­na

Re­dak­tor pro­wadzący: Agniesz­ka Trzeb­ska-Cwa­li­na/Ha­chet­te Pol­ska

Re­dak­cja: Anna Sta­wińska/Qu­en­di Lan­gu­age Se­rvi­ces

Ko­rek­ta: Do­ro­ta Maj­cher/Agen­cja Wy­daw­ni­cza Sy­ner­gy

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: Krzysz­tof Kiełbasiński

Fo­to­gra­fia wy­ko­rzy­sta­na na I stro­nie okładki: © Re­tro­vi­zor/Istock­pho­to.com

Skład i łama­nie: Wio­let­ta Ko­wal­ska/Vio­let De­sign

Wy­daw­ca:

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

ul. Fok­sal 17, 00-372 War­sza­wa

tel. 22 826 08 82, faks 22 380 18 01

e-mail:biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

ISBN: 978-83-7881-286-9

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Ar­tur Wik­to­ro­wicz / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Dla Si­mo­na Bo­oke­ra

Roz­dział pierw­szy

Edie Ki­gla­tuk położyła kawałek lodu na pal­ni­ku, by go sto­pić na her­batę. Za­sta­na­wiała się, dla­cze­go pro­wa­dzo­na przez nią wy­pra­wa łowiec­ka oka­zała się porażką. Przede wszyst­kim ci dwaj mężczyźni, z którymi miała do czy­nie­nia tym ra­zem, do ni­cze­go się nie nada­wa­li. Poza tym ani Fe­liks Wa­gner, ani jego asy­stent, Andy Tay­lor, naj­wy­raźniej nie przej­mo­wa­li się, czy uda im się coś ustrze­lić. Ostat­nie dwa dni spędzi­li głównie na ga­pie­niu się w mapy i ro­bie­niu za­pisków w no­tat­ni­kach. Może przy­wiodła ich tu tyl­ko fa­scy­na­cja kołem pod­bie­gu­no­wym; może chcie­li za­sma­ko­wać praw­dzi­we­go, dzi­kie­go życia wśród Eski­mosów, jak to obie­cy­wała bro­szu­ra re­kla­mo­wa. Mimo wszyst­ko, pomyślała Edie, jeżeli nie uda im się zdo­być cze­goś do je­dze­nia, to długo nie pożyją.

Nalała wrzącej wody do ter­mo­su, do którego wcześniej wsy­pała qun­gik. Bia­li lu­dzie na­zy­wa­li to her­batą la­bra­dorską. Resztę wody zo­sta­wiła dla sie­bie. Aby zna­leźć rosnący w tun­drze qun­gik, trze­ba było udać się trzy tysiące ki­lo­metrów na południe od Uming­mak Nuna, Wy­spy El­le­sme­re’a, na której właśnie się znaj­do­wa­li. Z ja­kie­goś po­wo­du jed­nak południow­cy sądzi­li, że her­ba­ta la­bra­dor­ska jest bar­dziej au­ten­tycz­na, więc Edie za­wsze po­da­wała ją swo­im klien­tom pod­czas wy­praw. Sama wolała pić En­glish Bre­ak­fast, przy­go­to­waną na wo­dzie z lo­dow­ca, moc­no posłod­zoną cu­krem i wzbo­ga­coną odro­biną fo­cze­go sadła. Zresztą ro­dzaj her­ba­ty był nie­istot­ny, li­czyło się to, że woda po­cho­dziła ze sto­pio­nej góry lo­do­wej. Je­den z jej klientów po­wie­dział kie­dyś, że woda na południu zdążyła prze­lać się przez je­li­ta di­no­zau­ra, za­nim tra­fiła do kranów – za to woda lo­dow­co­wa właści­wie od sa­me­go za­ra­nia dziejów spo­czy­wała w za­mar­z­niętej po­sta­ci, nie­tknięta przez żadne zwierzę i żad­ne­go człowie­ka. „Ko­lej­ny powód, dla którego południow­cy byli go­to­wi wyłożyć dzie­siątki tysięcy do­larów, żeby po­je­chać tak da­le­ko na północ”, pomyślała Edie. W przy­pad­ku Wa­gne­ra i Tay­lo­ra na pew­no nie cho­dziło o po­lo­wa­nie.

Już wkrótce obaj mie­li na własnej skórze po­znać Ark­tykę, o ja­kiej na­wet nie śnili. Na ra­zie jed­nak o tym nie wie­dzie­li. Gdy Edie przy­go­to­wy­wała her­batę, wiatr zmie­nił kie­ru­nek; ze wscho­du, znad gren­landz­kiej cza­py lo­do­wej, nad­ciągały po­dmu­chy szkwału, za­po­wia­dając zbliżającą się śnieżycę. Miała na­dejść wkrótce, ale zo­stało jesz­cze wy­star­czająco dużo cza­su, by nalać her­baty do ter­mosów i wrócić na żwi­rową plażę, gdzie prze­wod­nicz­ka zo­stawiła swych pod­opiecz­nych, aby roz­bi­li obóz.

Wrzu­ciła ko­lej­ny kawałek lodu do pusz­ki i sięgnęła do ple­ca­ka po kawałek igu­na­qu. Od­kroiła kil­ka plastrów sfer­men­to­wa­ne­go je­li­ta mor­sa. Żucie igu­na­qu zaj­mo­wało trochę cza­su, na czym zresztą częścio­wo po­le­gał jego sens. Po­wo­li wgry­zając się zębami w mięso, ko­bie­ta znów wróciła myślami do pie­niędzy, a stamtąd do swe­go pa­sier­ba, Jo­ego Inuk­pu­ka. To właśnie z jego po­wo­du znaj­do­wała się na wy­spie w to­wa­rzy­stwie dwóch mężczyzn, którzy nie po­tra­fi­li strze­lać. W do­dat­ku je­den z nich, ten chu­der­la­wy asy­stent, Andy Tay­lor, był wyjątko­wo nie­znośny. Jako prze­wod­nicz­ka za­ra­biała le­piej niż jako na­uczy­ciel­ka w szko­le, gdzie spędzała po­zo­stałą część swo­je­go cza­su, a Joe po­trze­bo­wał pie­niędzy, żeby zro­bić dy­plom pielęgnia­rza. Nie mógł li­czyć na żadną po­moc ze stro­ny Sam­my’ego, swe­go ojca i byłego męża Edie, ani też od swej mat­ki, Min­nie. Nie było rady, tyl­ko ona mogła mu pomóc fi­nan­so­wo. Ko­bie­ta rzad­ko kie­dy się bała – niełatwo jest prze­stra­szyć kogoś, kto kie­dyś po­lo­wał na niedźwie­dzie po­lar­ne – ale prze­rażało ją to, jak bar­dzo pragnęła, by Joe mógł po­je­chać do szkoły. Ark­ty­ka pełna była wy­kwa­li­fi­ko­wa­nych qa­lu­na­atów; białych le­ka­rzy, białych pielęgnia­rzy, praw­ników czy inżynierów. Większość z nich była zresztą całkiem w porządku, ale nad­szedł czas, by Inu­ici również zaczęli się kształcić. Joe był wy­star­czająco by­stry i wyglądało na to, że mu zależy. Edie była prze­ko­na­na, że odro­bi­na szczęścia do klientów i go­spo­dar­ności po­zwo­li jej ze­brać w ciągu lata fun­du­sze po­trzeb­ne na opłace­nie cze­sne­go za pierw­szy rok. Pro­wa­dze­nie po­lo­wań nie było zresztą ni­czym trud­nym; trochę jak­by wy­ru­szała w trasę z dwójką ma­luchów. Znała tę oko­licę le­piej, niż własną kie­szeń; znała na pamięć każdy lo­do­wiec, każdy fiord i każdy oz w pro­mie­niu ośmiu­set ki­lo­metrów. I w pro­mie­niu ośmiu­set ki­lo­metrów nie było ni­ko­go, kto dorówny­wałby jej jako myśliwy.

Gdy lód roz­to­pił się do końca, Edie odkręciła ko­rek pierw­sze­go ter­mo­su. Na­gle półmrok roz­darł ostry, świszczący huk. Za­sko­czo­na wypuściła ter­mos z rąk. Gorący płyn roz­prysnął się w po­wie­trzu i za­stygł, opa­dając na zie­mię set­ka­mi lo­do­wych, drżących krysz­tałów. Jako łowca, prze­wod­nicz­ka na­tych­miast roz­po­znała nie­spo­dzie­wa­ny dźwięk, cha­rak­te­ry­stycz­ny odgłos na­bo­ju sied­mio­mi­li­me­tro­we­go wy­strze­lo­ne­go z myśliw­skiej strzel­by, na przykład Re­ming­ton 700. Taką właśnie broń mie­li ze sobą jej pod­opiecz­ni.

Edie zmrużyła oczy i spoj­rzała w dal, szu­kając ja­kiejś wskazówki. Plażę jed­nak zasłaniała góra lo­do­wa. Nie­co da­lej na wschód roz­ciągała się ogrom­na, pu­sta, bez­li­to­sna tun­dra. Po­dmuch wia­tru roz­wiał mgłę lo­dową unoszącą się nad zie­mią. Edie po­czuła przypływ iry­ta­cji. Co ci dwaj qa­lu­na­aci so­bie wy­obrażają? Prze­cież mie­li roz­bić obóz. Za­chciało im się strze­lać do zwie­rzy­ny? Ra­czej mało praw­do­po­dob­ne, zważyw­szy na ich ogólny brak en­tu­zja­zmu. Może jakiś niedźwiedź za­nad­to się zbliżył i wy­strze­li­li ostrze­gaw­czo w po­wie­trze, cho­ciaż w ta­kim przy­pad­ku jej pies, Gru­bogłowy, za­re­ago­wałby pierw­szy. Był bar­dzo wrażliwy na za­pach niedźwie­dzia i po­tra­fił go wy­czuć z od­ległości dwóch ki­lo­metrów. Edie nie miała wyjścia, mu­siała do­wie­dzieć się, co się stało. Od­po­wia­dała za swo­ich pod­opiecz­nych, dopóki znaj­do­wa­li się z dala od osa­dy w Au­ti­saq. A ostat­ni­mi cza­sy prze­wod­nicz­ka bar­dzo poważnie trak­to­wała swo­je obo­wiązki.

Pod­niosła ter­mos, zła na sie­bie, że upuściła go i wylała wodę. Spraw­dziła strzelbę i ru­szyła przez głębo­kie za­spy w kie­run­ku sku­te­ra śnieżnego. Szła równym, spo­koj­nym tem­pem. Gru­bogłowy, uwiązany przy przy­cze­pie, pod­niósł łeb i za­ma­chał ogo­nem. Gdy­by wy­czuł cho­ciaż ślad za­pa­chu niedźwie­dzia, już daw­no zdążyłby osza­leć. Edie pogłaskała psa i zdjęła na­czy­nia z pleców. Gdy pa­ko­wała je pod płachtę, krótki, zdu­szo­ny okrzyk prze­le­ciał koło jej ucha i odbił się od dry­fującej po mo­rzu kry. Gru­bogłowy zaczął szcze­kać. Ko­bie­ta po­czuła, jak sztyw­nieją jej mięśnie, a ser­ce za­czy­na walić jak osza­lałe. Do tej pory nie przeszło jej przez myśl, że ktoś może być ran­ny.

Jakiś głos wołał o po­moc. Któryś z tych cho­ler­nych idiotów naj­wy­raźniej za­po­mniał, że w tra­sie trze­ba za­cho­wy­wać ciszę. Krzyk mógł wywołać la­winę su­che­go śnie­gu albo spra­wić, że ścia­na lodu osu­nie się wprost na nie­ostrożnego de­li­kwen­ta i wszyst­kich wokoło. Mógł przy­ciągnąć uwagę po­lującego nie­opo­dal niedźwie­dzia. Przez chwilę za­sta­na­wiała się, czy nie krzyknąć do tego idio­ty, żeby prze­stał wrzesz­czeć. Wiatr wiał jed­nak od stro­ny jej pod­opiecz­nych. Głos poniósłby się w prze­ciwną stronę.

Syknęła na psa, żeby się za­mknął.

– Iku­liaq! – po­wie­działa do sie­bie. – Uspokój się!

Któryś z mężczyzn mu­siał mieć wy­pa­dek. Cza­sem się to zda­rzało. Pra­co­wała jako prze­wod­nicz­ka od dwu­na­stu lat; wi­działa więcej wy­padków, niż można zna­leźć pstrągów na tar­li­sku. Mie­li roz­bu­cha­ne do gra­nic możliwości ego i byli po raz pierw­szy w Ark­ty­ce, ob­ju­cze­ni po uszy no­wo­cze­snym sprzętem i nad­mierną pew­nością sie­bie. Nie wie­dzie­li przy tym, jak ko­rzy­stać z jed­ne­go ani z dru­gie­go. Sądzi­li, że będzie dokład­nie tak samo, jak na po­lo­wa­niu na kacz­ki w Iowa, na które wy­bra­li się pod­czas ostat­nie­go Święta Dziękczy­nie­nia, czy na no­wo­rocz­nym ubo­ju je­le­ni w Wy­oming. A po­tem wychodzi­li na sku­te lo­dem mo­rze i nic już nie było ta­kie pro­ste. Może same niedźwie­dzie nie zdołałyby ich wy­star­czająco prze­stra­szyć, ale prze­szy­wający mróz, bez­li­to­sny wiatr, ostre słońce i nie­ustający ryk Ark­ty­ki nad­szarpnął mo­ra­le nie­jed­ne­mu śmiałkowi. Próbo­wa­li więc ukryć strach pod płasz­czy­kiem non­sza­lanc­kiej bra­wu­ry do­pra­wio­nej al­ko­ho­lem. I wte­dy do­cho­dziło do wy­padków.

Od­pa­liła sku­ter i okrążyła górę lo­dową, po czym prze­cięła wzgórze tu­ni­qu, gru­be­go lodu ciśnie­nio­we­go. Je­chała pod wiatr, który sypał krysz­tałki lodu w jej twarz i oczy. Gdy założyła go­gle, igiełki prze­niosły się na de­li­katną skórę wokół ust. Edie czuła się nie­mal jak la­lecz­ka vo­odoo, którą oglądała kie­dyś w te­le­wi­zji. Po­wta­rzała so­bie, że jeżeli nikt nie jest ciężko ran­ny, to będą mo­gli prze­cze­kać burzę i we­zwać po­moc, kie­dy po­go­da już się uspo­koi. Wy­bu­du­je schron śnieżny, żeby było im ciepło, a poza tym ma ap­teczkę i wy­star­czająco dużo wie­dzy, żeby ją do­brze wy­ko­rzy­stać.

Przez chwilę za­sta­na­wiała się, co star­szy­zna pomyśli o tym wy­pad­ku. Poza Sam­mym właści­wie nikt nie po­chwa­lał po­mysłu, żeby ko­bie­ta zo­stała prze­wod­ni­kiem. Sta­le szu­ka­li po­wodów, żeby za­brać jej li­cencję. Jak dotąd, nie udało im się nic wskórać. Do­brze wie­dzie­li, tak jak zresztą i ona, że jest naj­lep­szym prze­wod­ni­kiem na całym kole pod­bie­gu­no­wym. Nig­dy jesz­cze nie stra­ciła ani jed­ne­go człowie­ka, nie mówiąc już o qu­alu­na­acie.

Na­wet nie za­uważyła, kie­dy wje­chała na warstwę wy­bo­iste­go lodu. Wstrząsy przy­wołały ją do porządku. Jak mówił jej dzia­dek Eliasz, gdy­ba­nie to cho­ro­ba białych. Z dru­giej stro­ny, Edie była w połowie biała, więc może nie mogła nic na to po­ra­dzić. Tak czy siak, te­raz w ni­czym jej to nie pomoże. Jeżeli ma jakoś za­ra­dzić tej sy­tu­acji, musi sku­pić się na tym, co działo się tu i te­raz. Na kole pod­bie­gu­no­wym nie ma miej­sca na nic poza chwilą obecną.

Po dru­giej stro­nie wzgórza ciśnie­nio­we­go uj­rzała wy­nu­rzającą się z mro­ku ludzką syl­wetkę. To ten chu­dzie­lec, asy­stent Wa­gne­ra. Edie przez chwilę nie mogła so­bie przy­po­mnieć jego imie­nia. Przy­po­mi­nał jej Fli­pa z du­etu Flip i Flap, ale był po­zba­wio­ny ja­kie­go­kol­wiek uro­ku. Andy, Andy Tay­lor, tak się na­zy­wał. Ma­chał do niej jak osza­lały. Gdy skie­ro­wała się na żwi­rową plażę, pod­biegł z po­wro­tem do swo­je­go sze­fa, który leżał wyciągnięty na ple­cach. Edie za­par­ko­wała sku­ter przy lo­do­wej wy­dmie i ru­szyła przez po­kry­te śnie­giem łupko­we skały. Tay­lor da­lej ma­chał rękami, po­spie­szając ją, du­pek je­den. Prze­wod­nicz­ka wciąż szła równym tem­pem. Bieg równa się pot równa się hi­po­ter­mia. Fa­cet twier­dził, że był kie­dyś na Ala­sce. I na­wet tyle się tam nie do­wie­dział?

Zbliżając się, zdała so­bie sprawę, że jest dużo go­rzej, niż so­bie wy­obrażała. Myśli wi­ro­wały jej w głowie z tak za­wrotną prędkością, że mu­siała na chwilę za­mknąć oczy i się za­sta­no­wić. Na­gle zro­zu­miała pa­nikę Tay­lo­ra. Ran­ny mężczy­zna się nie ru­szał. Pod jego pra­wym ra­mie­niem zbie­rała się duża kałuża gorącej krwi, roz­ta­piając leżący dokoła śnieg i za­sty­gając w pur­pu­ro­wym sor­be­cie. W po­wie­trzu uno­siła się cien­ka strużka pary, a od cza­su do cza­su z leżącego na śnie­gu ciała do­bie­gał dziw­ny, bul­goczący dźwięk.

– Co się stało?

– Byłem po dru­giej stro­nie. – Z ust Tay­lo­ra popłynął po­tok słów. – Usłyszałem wy­strzał, przy­biegłem. – Machnął ręką w kie­run­ku śladów, które zni­kały pod po­dmu­cha­mi wia­tru. – Zo­bacz, zo­bacz co z nim.

„Myśl, ko­bie­to”. Po­mi­mo to­wa­rzy­stwa – a może właśnie z jego po­wo­du – czuła się zda­na całko­wi­cie na sie­bie. Po pierw­sze, mu­siała za­dzwo­nić przez te­le­fon sa­te­li­tar­ny do Ro­ber­ta Pat­my albo do Jo­ego. Do ko­cha­ne­go Jo­ego, który od roku był wo­lon­ta­riu­szem w kli­ni­ce Pat­my i umiał już tyle, co jego szef. Spoj­rzała na ran­ne­go. Nie, jak się nad tym chwilę za­sta­no­wić, to naj­pierw musi za­ta­mo­wać krwa­wie­nie.

Wróciła do sku­te­ra, wyjęła ap­teczkę, i przedarła się z po­wro­tem przez po­krytą śnie­giem plażę. Tay­lor klęczał obok Fe­lik­sa Wa­gne­ra z wy­ra­zem prze­rażenia na twa­rzy. Prze­bie­rał dłońmi po cie­le ran­ne­go, roz­luźniając ma­te­riał opi­nającej go par­ki. Edie uklękła obok nie­go i ge­stem dłoni kazała mu się prze­sunąć.

– Ten strzał wziął się znikąd, przy­sięgam. – Głos Tay­lo­ra był wy­so­ki i płacz­li­wy. Przez jego twarz prze­biegł jakiś skurcz, jakaś nagła roz­pacz. Powtórzył swo­je słowa, jak­by wy­czu­wając, że nie mogą być one prawdą. – Znikąd. – Pokręcił głową. Spod kap­tu­ra mignął dia­men­to­wy kol­czyk. Światło załamało się na nim, spo­wi­jając twarz chu­de­go mężczy­zny zim­nym bla­skiem.

Edie jesz­cze nig­dy nie wi­działa tak ciężko ran­ne­go człowie­ka. Z ust Wa­gne­ra wy­do­by­wała się pia­na; mężczy­zna od­dy­chał ciężko i prze­wra­cał nie­widzącymi ocza­mi. Jego twarz na­brała si­ne­go ko­lo­ru. W po­wie­trzu uno­siła się woń ury­ny, ale Edie nie była w sta­nie stwier­dzić, który z nich się zmo­czył. Zresztą nie miało to żad­ne­go zna­cze­nia. Od­sunęła parkę Wa­gne­ra i przyj­rzała się ra­nie. Wyglądało to tak, jak­by kula prze­biła mo­stek tuż nad ser­cem. Na szczęście krew nie tyle try­skała, co sączyła się z rany, więc Edie uznała, że po­cisk mu­siał ominąć naj­ważniej­sze tętni­ce. Z tego, co wie­działa o ra­nach, wy­ni­kało, że życiu Wa­gne­ra za­grażała te­raz przede wszyst­kim odma płucna. Zwróciła się do Tay­lo­ra.

– Na­prawdę nie wi­działeś ni­ko­go ani ni­cze­go?

– Ja tego nie zro­biłem, jeżeli o to ci cho­dzi. – Głos mu się załamał. Wyciągnął dłonie przed sie­bie, jak­by chciał się pod­dać. – Mówiłem ci, że byłem gdzie in­dziej, chciałem się odlać.

Prze­wod­nicz­ka spoj­rzała mu w oczy. Przy­po­mniała so­bie, że nie po­do­bał jej się właści­wie od chwi­li, gdy wy­siadł z sa­mo­lo­tu. Ostat­nie kil­ka mi­nut nie zdołało zmie­nić jej zda­nia.

– Do ja­snej cho­le­ry, ja nie mam z tym nic wspólne­go – ciągnął Tay­lor.

– My­lisz się – po­wie­działa, prze­nosząc swą uwagę z po­wro­tem na ran­ne­go. – Obo­je mamy z tym bar­dzo wie­le wspólne­go.

Puls Wa­gne­ra był szyb­ki i słaby. Mężczy­zna ob­fi­cie się pocił. Edie wi­dy­wała cza­sem zwierzęta w po­dob­nym sta­nie. To wstrząs. Ra­czej z tego nie wyj­dzie, na­wet jeżeli płuco się nie za­pad­nie. Te­raz naj­ważniej­sze było jed­nak, by w końcu za­ta­mo­wać krew i za­pew­nić mu trochę ciepła. Z uwa­gi na umiej­sco­wie­nie rany było ra­czej mało praw­do­po­dob­ne, że Wa­gner sam się po­strze­lił, ale in­tu­icja pod­po­wia­dała Edie, że Tay­lor też tego nie zro­bił. Spoj­rzała na nie­go prze­lot­nie. Na jego dłoniach nie było widać żad­nych śladów po pociągnięciu za spust; żad­nych czer­wo­nych, pul­sujących plam wokół kciu­ka i pal­ca wska­zującego. To nie chu­dzie­lec strze­lał, chy­ba że Edie bar­dzo się myliła. Po­chy­liła się nad raną i oczyściła ją z frag­mentów po­trza­ska­nej kości. Skinęła na Tay­lora, by pod­szedł bliżej. Wa­gner dy­szał przez chwilę, po czym się uspo­koił.

Przez chwilę wyglądało na to, że Tay­lor za­raz ze­mdle­je.

– Zaciśnij ranę i przy­trzy­maj, ja pójdę za­dzwo­nić po po­moc.

– Zaciśnij? Ale czym?

– Dłonią, czym­kol­wiek, co to ma za­zna­cze­nie? – Cho­ler­ny kre­tyn. „Jak mu­sisz, to możesz na­wet zro­bić to fiu­tem”, pomyślała ko­bie­ta, ściągając z szyi sza­lik do za­ta­mo­wa­nia krwo­to­ku. Tay­lor chwy­cił go lewą ręką i zro­bił, co do nie­go należało.

– A co, jeśli mor­der­ca wróci?

Edie spoj­rzała na nie­go su­ro­wo.

– Prze­cież je­steś myśli­wym, praw­da?

Te­le­fon sa­te­li­tar­ny scho­wa­ny był w ocie­pla­nym po­krow­cu na dnie ko­sza, tam, gdzie go za­pa­ko­wała. Rada star­szy­zny Au­ti­saq zarządziła, że każdy miej­sco­wy prze­wod­nik, który pro­wa­dził eks­pe­dy­cje z udziałem ob­co­kra­jowców, miał za­wsze mieć przy so­bie te­le­fon. Poza tym Edie nig­dy go ze sobą nie za­bie­rała. Mróz spra­wiał, że ba­te­rie za­wo­dziły, a połącze­nie często się ury­wało. Nig­dy zresztą nie miała po­wo­du, żeby z nie­go ko­rzy­stać. Aż do dziś.

Edie usłyszała głos Sam­my’ego. Wzięła głęboki od­dech. Dla­cze­go aku­rat jej były mąż mu­siał mieć dzi­siaj dyżur? Spoj­rzała na ze­ga­rek. Sam­my po­wie­działby, że to ko­lej­ny zwy­czaj południowców. Do­cho­dziła czter­na­sta.

– Mie­liśmy wy­pa­dek pod­czas po­lo­wa­nia. – Na ra­zie po­sta­no­wiła nie wcho­dzić w szczegóły. – Dość poważny. Rana klat­ki pier­sio­wej. Jeżeli będzie­my mieć szczęście, to fa­cet się nie wy­krwa­wi, ale wygląda na to, że może mieć wstrząs. Po­trzeb­ny mi Ro­bert Pat­ma i sa­mo­lot.

– Gdzie je­steście?

– Na Cra­ig. Kon­kret­nie Uim­ma­ti­sat­saq. Pat­ma wie, gdzie to jest. Joe za­brał go tam kie­dyś na ryby.

Sam­my we­ssał po­wie­trze przez zęby. Po odgłosie jego od­de­chu Edie wie­działa, że kręci głową.

– Nie rozłączaj się, sprawdzę rozkład lotów i pro­gnozę.

Cze­kając na od­po­wiedź, Edie zaj­rzała do ko­sza. Wyjęła z nie­go kawałek po­li­ure­ta­nu i nożem od­kroiła z nie­go nie­wiel­ki kwa­drat.

W słuchaw­ce coś za­trza­skało. Przez chwilę prze­wod­nicz­ka słyszała ci­che odgłosy dru­giej roz­mo­wy; dwo­je lu­dzi roz­ma­wiało języ­kiem, którego nie ro­zu­miała. W końcu usłyszała głos Sam­my’ego.

– Edie, na­cho­dzi śnieżyca.

– Wiem. – Ten człowiek po­tra­fił być wku­rzający. – Prze­lot­na, jak to na wiosnę.

– Nie możemy wysłać sa­mo­lo­tu, dopóki śnieżyca nie przej­dzie.

– A ka­ret­ka po­wietrz­na z Iqa­lu­it?

– Roz­ma­wiałem z nimi. Wszyst­kie są zajęte.

Edie za­sta­no­wiła się przez chwilę.

– Może wy­star­czy, że ktoś tu do nas przy­je­dzie. Ro­bert Pat­ma mógłby wziąć sku­ter.

Po dru­giej stro­nie za­padła ci­sza. Po chwi­li roz­legł się jakiś głos.

– Kig­ga. – To Joe. Edie roz­luźniła się nie­co.

Kig­ga­vi­tu­in­naq, sokół. Tak ją na­zy­wał. Za­wsze po­wta­rzał, że Edie żyje w swo­im własnym świe­cie, gdzieś pod chmu­ra­mi. Tak na­prawdę nie była już jego ma­cochą, przy­najm­niej z for­mal­ne­go punk­tu wi­dze­nia. Ale wciąż na­zy­wał ją Kig­ga.

– Ro­bert Pat­ma wy­je­chał wczo­raj na południe. Jego mat­ka zginęła w wy­pad­ku, oj­ciec leży w szpi­ta­lu. Mie­li wysłać kogoś na zastępstwo, ale jak dotąd nikt się nie po­ja­wił.

Edie jęknęła ze znie­cier­pli­wie­niem. „Oni”, czy­li władze fe­de­ral­ne, byli win­ni wszyst­kie­mu, co działo się wokoło. „Nie wsta­wi­li mi no­wej szy­by w oknie”, albo „Du­chy złościły się na moją siostrę, więc nie po­zwo­liły im wy­le­czyć jej na czas z gruźlicy”.

– Niech no tyl­ko wyj­dzie to na jaw, a Au­ti­saq może się pożegnać z pro­wa­dze­niem eks­pe­dy­cji. – Była zła, ale nie na Ro­ber­ta, tyl­ko na sys­tem, który spra­wiał, że ich sy­tu­acja była tak nie­pew­na.

– Wiem, wiem – po­wie­dział Joe znie­cier­pli­wio­ny. Miał jej za złe, że sku­pia się na tak nie­istot­nych rze­czach, choćby przez chwilę. – Ran­ny od­dy­cha, tak?

– Le­d­wo. Trze­ba go usta­bi­li­zo­wać i za­ta­mo­wać krwa­wie­nie.

– Masz jakiś pla­stik?

– Właśnie odcięłam kawałek.

Na mo­ment połączyła ich jakaś ener­gia. Miłość, po­dziw, może połącze­nie obu tych uczuć.

– No cóż, za­pa­kuję naj­po­trzeb­niej­szy sprzęt na sku­ter kli­ni­ki i sam po was przy­jadę – po­wie­dział Joe. – W tym cza­sie, jeżeli śnieżyca mi­nie, wyślą po nas sa­mo­lot. Rób to, co ro­bisz i nie da­waj mu nic do je­dze­nia ani pi­cia. – Jego głos stał się bar­dziej przy­ja­zny. – Kig­ga, co­kol­wiek zro­bisz, i tak nic gor­sze­go już się nie sta­nie.

– Joe… – Chciała po­wie­dzieć pa­sier­bo­wi, żeby na sie­bie uważał, ale on zdążył się już rozłączyć.

Edie wróciła do mężczyzn, zdjęła wo­rek bi­wa­ko­wy z sań Tay­lo­ra i rozłożyła go nad ran­nym mężczyzną. Zaczął padać śnieg. Za dwie go­dzi­ny roz­sza­le­je się śnieżyca. Ko­bie­ta ode­pchnęła lek­ko Tay­lo­ra i po­chy­liła się nad Wa­gne­rem. Spraw­dziła puls i tem­pe­ra­turę, wyjęła kawałek po­li­ure­ta­nu z kie­sze­ni, roz­cięła po­lar ran­ne­go nożem i za­cisnęła ranę pla­sti­kiem. Przez głowę prze­biegła jej myśl. Za­le­d­wie trzy dni temu ten krępy, ni­ski mężczy­zna sądził, że cze­ka go przy­go­da życia; że będzie mógł o niej opo­wia­dać w klu­bo­wym ba­rze w ro­dzin­nej Wi­chi­cie. Te­raz wyglądało na to, że Fe­liks Wa­gner już nig­dy nie zo­ba­czy na­wet drzwi do klu­bu. Edie odwróciła się do Tay­lo­ra.

– Mu­sisz pil­no­wać, żeby do rany nie do­stało się po­wie­trze. In­a­czej płuco może się zapaść. Ja przy­go­tuję nam te­raz schro­nie­nie. O tej po­rze roku śnieżyce są bar­dzo gwałtow­ne, wo­rek bi­wa­ko­wy nam nie star­czy. Gdy­by coś się działo, to mnie zawołaj, okej?

– Nie za­mie­rzasz szu­kać tego, który strze­lał? – za­py­tał Tay­lor.

Edie przełknęła złość. Nie było nic gor­sze­go od upier­dli­we­go ma­ru­dy.

– Słuchaj, chcesz, żeby twój ko­le­ga przeżył, czy wo­lisz bawić się w de­tek­ty­wa?

Tay­lor wes­tchnął. Edie pa­trzyła, jak mężczy­zna zni­ka pod płachtą. Wsiadła na sku­ter i po­je­chała w kie­run­ku sta­rych zasp tuż obok kli­fu na tyłach plaży, po czym ru­szyła w górę sto­ku, aż na sam szczyt, wy­pa­trując śladów stóp i łusek na­bo­ju. Nie za­mie­rzała jed­nak mówić o ni­czym Tay­lorowi. Mimo to wolała upew­nić się, że zabójcy nie było już w oko­li­cy. Na pagórku wiatr wiał dużo moc­niej niż na dole. Jeżeli snaj­per zo­sta­wił ja­kie­kol­wiek ślady, to daw­no znikły już one pod grubą warstwą śnie­gu. Prze­wod­nicz­ka zawróciła. Prze­jeżdżając obok ska­li­stej wy­chod­ni, za­uważyła jakiś kształt w śnie­gu. Na­cisnęła ha­mul­ce, ze­sko­czyła ze sku­tera i cofnęła się kil­ka metrów. W śnie­gu widać było za­rys śladu buta. Głaz osłonił go przed sil­nym wia­trem. Edie przyj­rzała mu się bliżej, przy­po­mi­nając so­bie od­cisk butów Tay­lora. Wyglądały zupełnie in­a­czej. Mężczy­zna mu­siał prze­cho­dzić tędy całkiem niedaw­no. Może Wa­gner? Jeżeli nie, to naj­praw­do­po­dob­niej były to ślady człowie­ka, który strze­lał. Ko­bie­ta stała przez chwilę nad od­ciskiem, za­pa­miętując ząbko­wa­ne brze­gi i nie­wy­raźny za­rys cze­goś, co wyglądało jak niedźwiedź po­lar­ny pośrod­ku po­de­szwy. Śnieg po­wo­li za­ma­zy­wał kształt. Edie spoj­rzała w dal i zo­ba­czyła, jak po­ry­wi­sty wiatr wypełnia po­zo­stałe wgłębie­nia. Szlak pro­wa­dził w kie­run­ku tun­dry. Mor­der­ca daw­no zdążył już zniknąć, o ile oczy­wiście ślady należały do nie­go.

Edie wróciła na plażę i sku­piła się na zna­le­zie­niu od­po­wied­nie­go śnie­gu do wznie­sie­nia schro­nu. Blo­ki zbyt twar­de­go śnie­gu nie chciały się ze sobą spa­jać; jeżeli śnieg był zbyt miękki, schron mógł się za­wa­lić. Kie­dyś prze­czy­tała w zna­le­zio­nym w szko­le podręczni­ku, że naj­lep­szy śnieg do bu­do­wa­nia ma gęstość 0,3–0,35 g/cm3 i twar­dość 150–200 g/cm3. Za­pa­miętała te licz­by dla­te­go, że wydały jej się kom­plet­nie abs­trak­cyj­ne, wręcz ab­sur­dal­ne. W te­re­nie trze­ba było so­bie sa­me­mu prze­li­czać. Na szczęście udało jej się zna­leźć ide­al­ny, trójwar­stwo­wy śnieg w za­spie na północ­nym skra­ju plaży. Pra­co­wała przez jakiś czas, tnąc blo­ki śnie­gu nożem wy­ko­na­nym z kła mor­sa, tak by po­wstały z nie­go podłużne, pro­stokątne cegłówki. Rzu­cała je jed­na po dru­giej na sa­nie, po czym prze­wo­ziła je par­tia­mi spod kli­fu do miej­sca, gdzie cze­kał na nią Tay­lor. Zajęło jej to spo­ro cza­su, bo nie chciała się spo­cić. Gdy skończyła, za­nur­ko­wała z po­wro­tem pod płachtę bi­wa­ku. Wa­gner od­dy­chał płytko, ci­cho. Spraw­dziła po­de­szwy jego butów. Nie było na nich żad­ne­go niedźwie­dzia.

– Da­lej krwa­wi?

Tay­lor pokręcił głową.

– W ta­kim ra­zie chodź mi pomóc.

Po­ka­zała mu, jak układać śnie­go­we cegły i jak je uszczel­niać. Sama do­ko­pała się do lodu i wygładziła podłoże. Ra­zem wy­bu­do­wa­li nie­wiel­ki, spa­dzi­sty tu­nel, tak żeby ciepłe po­wie­trze nie ucie­kało ze schro­nu. Kon­struk­cja była dość pry­mi­tyw­na, ale Edie była pew­na, że się spraw­dzi. Wspólny­mi siłami prze­trans­por­to­wa­li Wa­gne­ra do środ­ka i położyli go na ster­cie skór ka­ri­bu. Edie wyjęła mu z kie­sze­ni białe, pla­sti­ko­we pióro kul­ko­we, kie­szon­ko­wy nóż i kil­ka mo­net. Wrzu­ciła wszyst­ko do swo­jej tor­by, po czym wyszła na zewnątrz, by po­zbie­rać swo­je rze­czy i odwiązać Gru­bogłowe­go. Wiatr stał się przej­mująco zim­ny, mógł mieć na­wet mi­nus czter­dzieści pięć stop­ni, a po­wie­trze zgęstniało od śnie­gu. Edie po­sta­wiła małą, prostą przy­budówkę przy schro­nie, we­pchnęła do niej psa i za­sta­wiła wejście. Weszła do środ­ka i nalała do kubków resztkę gorącej her­ba­ty.

– No, to wy­pij­my za te wspa­niałe ta­ra­pa­ty – wzniosła to­ast, po­dając na­czy­nie Andy’emu Tay­lo­ro­wi.

Mężczy­zna spoj­rzał na nią po­nu­ro. Może jej nie zro­zu­miał. A może po pro­stu nią gar­dził.

– To z Fli­pa i Fla­pa.

– Wiem o tym. – Tay­lor pokręcił głową, cmo­kając ni­czym obu­rzo­na kacz­ka, której ktoś zakłócił spokój. – Cho­le­ra, czy ty w ogóle zda­jesz so­bie sprawę, jak bar­dzo nie na miej­scu są te żarty?

Edie zmarsz­czyła nos i wle­piła wzrok w dłonie. Nie na miej­scu, jak dupa mor­sa. Le­d­wie po­wstrzy­mała się, by go nie ude­rzyć. Gdy­by był Inu­kiem, już daw­no roz­kwa­siłaby mu nos. W ta­kich sy­tu­acjach opo­wia­dało się hi­sto­rie, piło gorącą her­batę i żar­to­wało. Ta­kie dro­bia­zgi trzy­mały człowie­ka przy zdro­wych zmysłach. Ko­lej­ny kwa­drans upłynął im w ci­szy. Śnieżyca wciąż jesz­cze była da­le­ko. Za­no­siło się na długie cze­ka­nie.

– Mu­si­my coś zjeść – ode­zwała się ko­bie­ta po ja­kimś cza­sie.

Od ostat­nie­go posiłku minęło kil­ka go­dzin, a poza tym stra­ci­li dużo ener­gii na bu­dowę schro­nu. De­cy­zje po­dej­mo­wa­ne o pu­stym żołądku rzad­ko kie­dy były do­bre. Dolała her­ba­ty do kubków i wyjęła wo­rek stru­no­wy z ple­ca­ka. Od­kroiła pla­ster mięsa i podała go Tay­lo­ro­wi. Mężczy­zna z nie­uf­nością przyj­rzał się przy­sma­ko­wi.

Edie od­kroiła dru­gi pla­ster i zaczęła żuć. Spoj­rzała na Tay­lo­ra i pod­niosła kciu­ki do góry.

– To do­bre.

Tay­lor od­gryzł kawałek i zaczął po­wo­li przeżuwać. Po chwi­li jego twarz wy­krzy­wiła się w gry­ma­sie obrzy­dze­nia. Wy­pluł mięso na ręka­wiczkę.

– Co to jest, do cho­le­ry?

– Igu­naq. Sfer­men­to­wa­ne je­li­to mor­sa. To bar­dzo zdro­we. Po­ma­ga za­cho­wać ciepło.

– Kur­wa mać – wy­mam­ro­tał Tay­lor. Przez chwilę wyglądał, jak­by miał zwy­mio­to­wać.

– Rób jak uważasz – mruknęła Edie, po­chy­liła się do przo­du, wzięła kawałek na wpół przeżute­go igu­na­qu Tay­lo­ra i wsunęła go do ust. Mężczy­zna zro­bił taką minę, że prze­wod­nicz­ka nie­mal popłakała się ze śmie­chu. Ach, ci południow­cy. Tak łatwo ich wy­pro­wa­dzić z równo­wa­gi.

Wiatr wył, a Edie żuła. Tay­lor sie­dział w ci­szy. Grad ude­rzał o ścia­ny schro­nu śnieżnego ni­czym od­legły grzmot. Ko­bie­ta wciąż żuła. Tay­lor był nie­spo­koj­ny.

– Czy ten człowiek, który niby ma przy­je­chać, wie, co robi? – spy­tał w końcu. Mu­siał krzy­czeć, żeby Edie go usłyszała. – Skąd wia­do­mo, że fak­tycz­nie się tu po­ja­wi?

Dziw­ne py­ta­nie południow­ca. Dla­cze­go Joe miałby w ogóle wyjeżdżać, gdy­by nie był ab­so­lut­nie pe­wien, że do­trze do celu?

– Nie jest aż tak źle – po­wie­działa.

W Tay­lo­rze ki­piała wściekłość.

– Jeżeli nie jest aż tak źle, to dla­cze­go nikt nie przysłał sa­mo­lo­tu, do cho­le­ry?

– Wiatr wie­je od wscho­du.

– I co z tego?

Mężczy­zna otarł twarz ręka­wiczką. „W jego głosie słychać agresję, a może fru­strację”, pomyślała Edie. Z dru­giej stro­ny, mogła się mylić. Ciężko było zro­zu­mieć południow­ca. Wyjaśniła cier­pli­wie, że wiatr będzie się zbie­rał w prze­smy­kach między wzgórza­mi i przy­bie­rał na sile. Będzie co­raz bar­dziej zlo­ka­li­zo­wa­ny, ka­ta­ba­tycz­ny1, jak małe tor­na­do. Sa­mo­lot mu­siałby le­cieć pro­sto przez śro­dek tych sil­nych wiatrów, co było bar­dzo ry­zy­kow­ne. Przy zie­mi jed­nak nie wiało aż tak moc­no. Podróż sku­te­rem była trud­na – zbyt trud­na, żeby mo­gli prze­trans­por­to­wać ran­ne­go Wa­gne­ra – ale Joe miał doświad­cze­nie w jeździe w ta­kich wa­run­kach i wziął ze sobą od­po­wied­ni sprzęt me­dycz­ny oraz wiedzę, której ona nie po­sia­dała.

Edie od­kroiła ko­lej­ny kawałek igu­na­qu i zaczęła żuć. Za­uważyła, że Tay­lor nie­co się uspo­koił.

– Wiesz, że nie miałem z tym nic wspólne­go?

– Jeżeli chcesz wie­dzieć, to nie sądzę, że to two­ja wina. – Przez mo­ment za­sta­na­wiała się, czy powie­dzieć mu o śla­dzie, ale w końcu stwier­dziła, że na ra­zie na to nie zasłużył. – Ale ciężko będzie to udo­wod­nić.

Po­wiew wia­tru załomo­tał nad schro­nem. Odro­bi­na szcze­li­wa spadła z da­chu pro­sto na Wa­gne­ra, który znów zaczął char­czeć.

– A co, jak ten twój ko­le­ga nas nie znaj­dzie?

Edie od­kroiła ko­lej­ny kawałek igu­na­qu.

– Na­prawdę po­wi­nie­neś coś zjeść.

– Cho­le­ra ja­sna, prze­cież mamy tu ran­ne­go człowie­ka!

Edie spoj­rzała na Wa­gne­ra.

– Chy­ba nie jest głodny.

Tay­lor zdjął czapkę i prze­cze­sał włosy.

– Czy cie­bie co­kol­wiek ru­sza? – za­py­tał.

Ko­bie­ta za­sta­no­wiła się nad tym przez chwilę. Nie było to może spe­cjal­nie cie­ka­we py­ta­nie, ale Tay­lor po raz pierw­szy po­wie­dział coś in­try­gującego. Za­wsze to jakiś postęp.

– Jest taki film…

– Film? – Tay­lor aż za­pisz­czał. Edie zdała so­bie sprawę, że jak na wa­run­ki, w których się znaj­do­wa­li, całkiem nieźle się bawiła.

– Występuje tam Ha­rold Lloyd. W każdym ra­zie jest taka sce­na, w której Lloyd wisi na rusz­to­wa­niu przy ścia­nie ta­kie­go ogrom­ne­go wieżowca. Jak­by wi­siał na skra­ju kli­fu, którym potrząsa wiatr.

Andy Tay­lor spoj­rzał na nią jak na wa­riatkę.

– Mówisz o cho­ler­nym fil­mie?

Lu­dzie za­wsze popełnia­li ten błąd. Edie sta­le mu­siała im to wyjaśniać.

– No tak, to niby tyl­ko film, ale Ha­rold Lloyd sam występował we wszyst­kich sce­nach ka­ska­der­skich.

Tay­lor się roześmiał, ale ra­czej nie ozna­czało to nic do­bre­go.

– Tak po pro­stu – ciągnęła. – Żad­nych du­bli, żad­nych ka­ska­derów, żad­nych trików ope­ra­tor­skich, nic.

Chu­dy qa­lu­na­at otarł czoło i pokręcił głową. Za­cisnął usta i przez dłuższą chwilę mil­czał. Czas płynął po­wo­li. Wiatr wył prze­raźli­wie nad ich głowa­mi. Tay­lor po­ru­szył się nie­spo­koj­nie.

– Czy wasi lu­dzie w ta­kich chwi­lach nie opo­wia­dają hi­sto­rii, ta­kich o zwierzętach i ich przod­kach? – „Wasi lu­dzie. Śmiesz­ny je­steś”, pomyślała Edie. „Jed­no z nas sie­dzi tu­taj i płaci, żeby być jed­nym z »wa­szych lu­dzi«, i nie je­stem to ja”.

– Prze­cież właśnie to robię.

– Nie, nie, cho­dziło mi o ta­kie praw­dzi­we hi­sto­rie, ta­kie eski­mo­skie.

– Ach. – Edie usłyszała w pra­wym uchu zna­jo­me dzwo­nie­nie. Gdy była małą dziew­czynką, dzia­dek opo­wia­dał jej, że ta­kie dzwo­nie­nie to znak, że du­chy przodków prze­chodzą przez jej ciało. „Posłuchaj”, szep­tał. „Je­den z two­ich przodków ma ci coś do po­wie­dze­nia”. Edie za­mknęła swo­je czar­ne ni­czym węgiel oczy, które Sam­my’emu przy­po­mi­nały zaćmie­nie słońca. Har­mo­nij­ne łuki brwi uniosły się ni­czym li­nia ho­ry­zon­tu nad jej sze­ro­kim, płaskim czołem. Pomyślała o swo­jej bab­ce, An­nie, która przy­była tu­taj aż z Qu­ebe­cu i po­znała na po­lo­wa­niu Elia­sza, a on po­rzu­cił swój dom w Etah na Gren­lan­dii, by móc z nią być. Pomyślała też o swo­jej mat­ce, Mag­gie, która po­le­ciała aż do Iqa­lu­it, by szu­kać swe­go mężczy­zny. Nie zna­lazła go, bo ją oszu­kał; wca­le go tam nie było. Pomyślała też o pra­dziad­ku Elia­sza, We­la­to­ku, który to­wa­rzy­szył białym lu­dziom i do­tarł aż na Zie­mię Baf­fi­na, by w końcu osie­dlić się i umrzeć w Etah.

– No do­bra, niech będzie hi­sto­ria o przod­kach – po­wie­działa. – Może ty za­czniesz?

– Co? – Tay­lor spoj­rzał na nią za­sko­czo­ny.

– Opo­wiedz mi o swo­im pra­pra­dziad­ku.

– O moim pra... kim? – Andy był zdez­o­rien­to­wa­ny. Wy­krzy­wił twarz w dziw­nym skur­czu, jak­by próbował wy­cisnąć z niej sok. – No, nie wiem. – Machnął dłonią. – Mój dzia­dek ze stro­ny mat­ki po­cho­dził z Ir­lan­dii. Ale nie ba­wi­liśmy się w do­ku­men­to­wa­nie ro­dzin­nej hi­sto­rii, jeżeli o to ci cho­dzi.

Edie za­sko­czył agre­syw­ny, po­gar­dli­wy ton jego głosu.

– Jak można żyć, nie wiedząc, skąd się po­cho­dzi?

– Całkiem nieźle, na­prawdę całkiem nieźle.

– Mój pra­pra­dzia­dek nie raz to­wa­rzy­szył białym podróżni­kom.

– Su­per – par­sknął Tay­lor sar­ka­stycz­nie. – Niezły po­mysł na ro­dzin­ny biz­nes. Ko­lej­ne po­ko­le­nia wciąż zo­sta­wiają lu­dzi sa­mym so­bie, by umar­li z dala od ja­kiej­kol­wiek cy­wi­li­za­cji.

– Na­zy­wał się We­la­tok – ciągnęła Edie, igno­rując jego słowa. – Był prze­wod­ni­kiem nie­ja­kie­go Fa­ir­fak­sa.

Andy Tay­lor drgnął.

– Ja­sne. – Sięgnął do kie­sze­ni i wyjął z niej pier­siówkę. Upił kil­ka łyków i potrząsnął bu­telką w po­wie­trzu.

– Może sta­ry do­bry Fe­liks też chciałby się trochę napić?

– On śpi.

Mężczy­zna scho­wał pier­siówkę z po­wro­tem do kie­sze­ni. Wie­działa, dla­cze­go jej nie poczęsto­wał. Inu­ici i al­ko­hol to pie­kiel­ne połącze­nie. Zresztą i tak by odmówiła. Daw­no już skończyła z pi­ciem.

– Nasz przy­ja­ciel Fe­liks wie co nie­co o tych daw­nych ark­tycz­nych od­kryw­cach. Dla nie­go to praw­dzi­wi bo­ha­te­ro­wie – Pe­ary, Ste­fans­son, Scott, Fa­ir­fax, Fro­bi­sher. Całkiem to cie­ka­we – pod­su­mo­wał Tay­lor.

– Wspo­mi­nał kie­dyś o We­la­to­ku?

Andy wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Tak sądziłam. Nig­dy nie zwra­ca­no na nas spe­cjal­nej uwa­gi.

Wa­gner zaczął ci­cho jęczeć. Edie pomyślała o swo­im pa­sier­bie, który prze­dzie­rał się te­raz przez sku­te lo­dem mo­rze. Za­sta­na­wiała się, jaka cze­ka go przyszłość tu­taj, w Ark­ty­ce, gdy na do­bre zruj­nują ją de­we­lo­pe­rzy, po­szu­ki­wa­cze ropy i podróżnicy. Wszyst­ki­mi kie­ro­wała chci­wość. Edie wie­działa o tym do­brze, choć sama nig­dy jej nie od­czu­wała. No, może była chci­wa miłości, na­wet sek­su, ale nig­dy nie pragnęła majątku. Inu­ici mie­li tyl­ko tyle, ile było trze­ba, po­lo­wa­li tyle, ile było trze­ba, je­dli tyle, ile było trze­ba i zo­sta­wia­li po so­bie tyle, ile było trze­ba, żeby ich dzie­ci i wnu­ki ob­da­rzały ich sza­cun­kiem. Umiar, nie nad­miar.

Znów za­padła ci­sza. Po ja­kimś cza­sie prze­wod­nicz­ka usłyszała, jak Gru­bogłowy dra­pie o ścia­ny swo­jej śnieżnej budy. Andy Tay­lor zasnął. Wa­gner się nie po­ru­szał, ale wciąż od­dy­chał. Edie za­rzu­ciła na ple­cy parkę z fo­czej skóry i wczołgała się do tu­ne­lu. Na zewnątrz po­wie­trze wi­ro­wało od wbi­jających się w skórę krysz­tałków i lo­do­wa­te­go dymu, a wiatr wył ni­czym zra­nio­ny niedźwiedź. Edie po omac­ku obeszła schron, wyjęła nóż i wycięła dziurę w psiej bu­dzie. Gru­bogłowy wy­sko­czył na zewnątrz, przy­wi­tał ją ra­do­snym szczek­nięciem, po czym rzu­cił się w mrok, by wy­biec na spo­tka­nie z chłopcem. Edie pa­trzyła, jak zni­ka w kłębach śnie­gu i przez mo­ment ma­rzyła, by za­mie­nić się z nim miej­sca­mi, porzu­cić wszyst­kie swo­je ludz­kie ogra­ni­cze­nia i kom­plek­sy.

Wczołgała się z po­wro­tem do schro­nu i obu­dziła Tay­lo­ra. Ryk sku­te­ra usłysze­li do­pie­ro, gdy Joe był już bar­dzo bli­sko.

– Co się stało? – Za­nim kto­kol­wiek zdążył od­po­wie­dzieć, młody mężczy­zna był już przy ran­nym. Zdjął ręka­wicz­ki i położył dwa pal­ce na szyi Wa­gne­ra, od­mie­rzając puls na ar­te­rii szyj­nej. Wyjął z ple­ca­ka błękit­ny, le­kar­ski ze­szyt i coś za­no­to­wał.

Edie zadała nie­me py­ta­nie i pod­niosła kciuk do góry, ale Joe tyl­ko wzru­szył ra­mio­na­mi. Przyglądała mu się, gdy badał ranę. Po raz ko­lej­ny po­czuła, jak roz­pie­ra ją duma.

– Jak dużo krwi stra­cił?

– Bar­dzo dużo, na­wet po­nad litr.

Joe wyjął z ple­ca­ka chu­s­tecz­ki an­ty­bak­te­ryj­ne i zde­zyn­fe­ko­wał dłonie. Pięć mi­nut później Fe­liks Wa­gner miał już założoną kroplówkę z ko­de­iną, która miała uśmie­rzyć ból. Joe stwier­dził, że jego stan był poważny. Ran­ny do­znał wstrząsu hi­po­wo­le­micz­ne­go. Jego szan­se zależały od tego, jak sil­ny był wstrząs, a to można było usta­lić tyl­ko w szpi­ta­lu. W naj­gor­szym wy­pad­ku mogło dojść do nie­wy­dol­ności ne­rek, a wte­dy resz­ta or­ganów, je­den po dru­gim, prze­sta­nie funk­cjo­no­wać. Mogło to trwać od kil­ku go­dzin do ty­go­dnia, ale to aku­rat nie miało żad­ne­go zna­cze­nia. Re­zul­tat będzie ten sam. Chy­ba że Wa­gner będzie miał dużo szczęścia.

– Po­trze­bu­je­my tego sa­mo­lo­tu, Sam­my. – Edie znów włączyła te­le­fon sa­te­li­tar­ny.

– U nas wciąż sza­le­je bu­rza.

– Może Thu­le mogłoby pomóc. – Prze­wod­nicz­ka wie­działa, że pro­si o wie­le. W ame­ry­kańskiej ba­zie lot­ni­czej po dru­giej stro­nie mo­rza, na Gren­lan­dii, znaj­do­wały się większe sa­mo­lo­ty, le­piej przy­sto­so­wa­ne do ark­tycz­nych wa­runków niż sa­mo­lo­ty trans­por­to­we Twin Ot­ter z Au­ti­saq. Za­zwy­czaj niechętnie in­ter­we­nio­wa­li w spra­wach, które uważali za pro­blem Ka­na­dyj­czyków, chy­ba że cho­dziło o wy­buch gruźlicy, odry albo in­nej zakaźnej cho­ro­by, ale Wa­gner był prze­cież Ame­ry­ka­ni­nem.

Po chwi­li Sam­my wrócił do te­le­fo­nu z od­po­wie­dzią, ale Edie le­d­wo słyszała jego głos. Gdy po­pro­siła, żeby powtórzył, stra­ciła połącze­nie. Po kil­ku mi­nu­tach te­le­fon znów za­dzwo­nił. Sy­gnał był słaby, ale ko­bie­ta gdzieś po­nad trza­ska­mi słyszała da­le­ki głos mężczy­zny, który mówił coś o wi­docz­ności.

– Sam­my, posłuchaj! – Edie mu­siała krzy­czeć, by zagłuszyć wiatr. – Co z Thu­le? – W słuchaw­ce znów za­padła ci­sza.

– La­tają? – Joe spoj­rzał na nią z na­dzieją.

Tay­lor otwo­rzył usta, jak­by chciał coś po­wie­dzieć.

– Le­piej nic nie mów – po­wie­działa Edie, unosząc dłoń. – Proszę.

Skończy­li pić her­batę i cze­ka­li. Na zewnątrz wciąż sza­lała śnieżyca, ale wiatr po­wo­li prze­no­sił się na północ­ny zachód i nie­co zelżał. Prze­wod­nicz­ka zaczęła śpie­wać ja­kieś sta­re pieśni. Joe przyłączył się do niej i na­wet Andy Tay­lor zaczął ci­cho nucić.

Po ja­kimś cza­sie Gru­bogłowy znów zaczął się rzu­cać i szcze­kać. Edie przy­cisnęła ucho do zie­mi i wy­czuła wi­bra­cje sil­ni­ka. Mar­tie. To mu­siała być ona. Nikt poza jej ciotką nie był na tyle sza­lo­ny, żeby le­cieć pro­sto przez ogon bu­rzy śnie­go­wej.

Za­nim zdążyli się obej­rzeć, pa­cjent, sku­te­ry i sprzęt znaj­do­wały się już na pokładzie Ot­te­ra, którym lata Mar­tie Ki­gla­tuk. Mar­tie była dużą ko­bietą, przy­najm­niej na inu­ic­kie stan­dar­dy, miała ciemną, szla­chetną kar­nację i gru­by głos ni­czym z kreskówki. Poza tym była naj­lepszą przy­ja­ciółką Edie.

Sa­mo­lot le­ciał ni­sko nad czapą lo­dową Południo­we­go Przylądka, po czym skręcił na zachód wzdłuż brze­gu Wy­spy El­le­sme­re’a. Wkrótce prze­jaśniło się na tyle, że Edie mogła pa­trzeć, jak zie­mia pod nimi ucie­ka w dal. Rzad­ko kie­dy latała. Za każdym ra­zem była za­sko­czo­na, jak bar­dzo Ark­ty­ka się kur­czy, kra po krze, lo­dowiec po lo­dowcu. Dla Mar­tie, która wi­działa to każdego dnia, było to ni­czym pa­trzenie, jak uko­cha­ni, star­si ro­dzi­ce po­wo­li i nie­ubłaga­nie od­chodzą do świa­ta duchów. Co roku więcej śmier­ci i umie­ra­nia, co­raz mniej życia. Za piętnaście lat, kie­dy Joe będzie w jej wie­ku, może już w ogóle nie będzie żad­nej Ark­ty­ki.

Wzgórza po­wo­li łagod­niały, aż w końcu przeszły w płaskie, mo­no­ton­ne wy­brzeże. Położona na północy osa­da Au­ti­saq wyłoniła się zza ho­ry­zon­tu ni­czym sma­ga­ne wia­trem i upływem cza­su szczęki mor­skie­go zwie­rza, kur­czo­wo ucze­pio­ne ska­li­ste­go brze­gu. Joe krzyknął.

– Za­pi­na­my pasy, moi dro­dzy, będzie­my lądować! – zawołała Mar­tie.

Edie po­czuła, jak za­ty­kają się jej uszy. Po chwi­li usłyszała zdu­szo­ny głos Joe, tym ra­zem pełen prze­rażenia. Gdy obej­rzała się przez ramię, zo­ba­czyła, że z ust Fe­lik­sa Wa­gne­ra wy­do­sta­je się pia­na. Ran­ny prze­wra­cał ocza­mi na wszyst­kie stro­ny, a jego ciałem wstrząsały sil­ne drgaw­ki. Joe gorączko­wo po­ka­zy­wał Andy’emu Tay­lo­ro­wi, żeby go przy­trzy­mał, a sam chwy­cił za strzy­kawkę. Czas za­krzy­wił się i wygiął. Edie czuła, jak sa­mo­lot szy­bu­je ostro w dół; słyszała krzy­ki i krótkie in­struk­cje. Próbowała po­lu­zo­wać pas, żeby pomóc, ale nie mogła utrzy­mać zam­ka w dłoniach. Tuż za nią Joe robił Wa­gne­ro­wi masaż ser­ca i sztucz­ne od­dy­cha­nie, a sa­mo­lot scho­dził do lądo­wa­nia.

– Zakładać pasy, ale to już! – krzyknęła na­gle Mar­tie. – Tu­arvi­rit! Szyb­ko!

Mężczyźni od­sko­czy­li od ciała ran­ne­go.

Chwilę później pasażero­wie usłysze­li zna­jo­me ude­rze­nie i chrzęszcze­nie żwiru pod kołami. Edie na­tych­miast obróciła się, by zo­ba­czyć, jak ramię Fe­lik­sa Wa­gne­ra wy­su­wa się spod koca. Bezwładne pal­ce kołysały się wraz z szarp­nięcia­mi ha­mującego sa­mo­lo­tu.

Mar­tie za­trzy­mała się przy końcu pasa i wyłączyła sil­nik.

– I co tam z tyłu?

– Mamy pro­blem – po­wie­dział Joe. Zdążył już ze­sko­czyć z fo­te­la i klęknąć przy cie­le Wa­gne­ra. Był załama­ny. – Qa­lu­na­at właśnie umarł.

– Iquq, cho­le­ra. – Mar­tie wyj­rzała przez okno. Do sa­mo­lo­tu zbliżał się ko­mi­tet po­wi­tal­ny: Sam­my Inuk­puk i jego brat, Si­me­onie, bur­mistrz Au­ti­saq.

– No to pójdę prze­ka­zać dobrą no­winę.

Mar­tie otwo­rzyła drzwi pi­lo­ta i zeszła na pas do lądo­wa­nia. Po krótkiej roz­mo­wie zaczęła ma­chać do Edie, żeby otwo­rzyła główne drzwi i obniżyła scho­dy, by Sam­my i Si­me­onie mo­gli wejść na pokład.

– Czy chu­dy qa­lu­na­at ro­zu­mie inuk­ti­tut? – za­py­tał Si­me­onie. Był bar­dziej prze­biegły i wy­ra­cho­wa­ny niż jego brat.

Andy Tay­lor ani drgnął.

– To chy­ba naj­lep­sza od­po­wiedź – mruknęła prze­wod­nicz­ka. Nie lubiła Si­me­onie­go, na­wet kie­dy był jej szwa­grem, i ra­czej nie za­no­siło się na to, że kie­dykolwiek zmie­ni zda­nie.

– Ma z tym coś wspólne­go? – za­py­tał bur­mistrz.

Edie wie­działa, że mężczy­zna już zaczął kal­ku­lo­wać, obmyślać ofi­cjalną wersję hi­sto­rii, ma­ni­pu­lując fak­ta­mi tak, by służyły in­te­re­som Si­me­onie­go Inuk­pu­ka i ni­ko­go in­ne­go.

Jesz­cze raz przy­po­mniała so­bie całe zda­rze­nie. Andy Tay­lor miał ze sobą dwie strzel­by, Re­ming­ton 700 i We­ather­by Ma­gnum. Fe­liks Wa­gner uparł się, żeby za­brać trzy – Re­ming­tona, Spring­fiel­da 30-60 i Win­che­ste­ra, praw­do­po­dob­nie 308. Obaj mężczyźni strze­la­li z bro­ni rano, pod­czas krótkie­go po­lo­wa­nia na zające, ale od tam­te­go cza­su nie mie­li po­wo­du ich używać. Przez mo­ment za­sta­na­wiała się nad tym, czy Fe­liks Wa­gner sam się nie po­strze­lił, ale rana znaj­do­wała się w ta­kim miej­scu, że było to mało praw­do­po­dob­ne. Poza tym Edie zna­lazła ślad buta z niedźwie­dziem odciśniętym na po­de­szwie. Do głowy przyszła jej pew­na teo­ria.

– Moim zda­niem ktoś pod­czas po­lo­wa­nia po­my­lił Wa­gne­ra ze zwie­rzyną i przy­pad­ko­wo go za­strze­lił – po­wie­działa w inuk­ti­tut. Myśliwy pew­nie właśnie wra­cał do Au­ti­saq albo in­nej osa­dy. Przez kil­ka dni będzie się ukry­wał, aż w końcu nie wy­trzy­ma i się przy­zna. To nie byłby pierw­szy raz; poza tym qa­lu­na­at pod­pi­sy­wa­li spe­cjal­ny do­ku­ment, który zwal­niał osadę z od­po­wie­dzial­ności w ra­zie wy­pad­ku. Oczy­wiście było to przy­kre wy­da­rze­nie, ale jesz­cze nie ka­ta­stro­fa. Star­szy­zna wzru­szy ra­mio­na­mi i po­wie: „ay­ay­nu­aq, nic nie można na to po­ra­dzić”, a ro­dzi­na Wa­gne­ra do­sta­nie okrągłą sumkę z ubez­pie­cze­nia. Wkrótce wszy­scy za­pomną o spra­wie. Ark­ty­ka jest pełna nie­bez­pie­czeństw. Edie dołożyła wszel­kich sta­rań, żeby Fe­liks Wa­gner to zro­zu­miał.

Si­me­onie za­kasłał i spoj­rzał prze­lot­nie na Tay­lo­ra. Chciał się upew­nić, czy chu­dy qa­lu­na­at przy­pad­kiem nie zro­zu­miał.

– Gdy­ba­nie to cho­ro­ba białego człowie­ka – po­wie­dział, wstając. – Za­bierz dru­gie­go do ho­te­lu i upew­nij się, że ma wszyst­ko, cze­go po­trze­bu­je.

Edie skinęła głową.

– Jesz­cze jed­no – chu­dzie­lec nie ma te­le­fo­nu sa­te­li­tar­ne­go, praw­da?

– Nie ma.

– To do­brze, w ta­kim ra­zie nie pozwól mu nig­dzie dzwo­nić. – Odwrócił się do Andy’ego Tay­lo­ra i prze­szedł na an­giel­ski. – Bar­dzo nam przy­kro z po­wo­du tego wy­pad­ku. Nie­ste­ty, nie będzie pan mógł opuścić Au­ti­saq, dopóki nie zba­da­my spra­wy. Mu­si­my spraw­dzić kil­ka szczegółów, ale proszę się nie mar­twić, to nic ważnego.

Andy Tay­lor mrugnął. Zro­zu­miał, cze­go się od nie­go ocze­ku­je.

Joe po­chy­lił się nad uchem bur­mi­strza.

– Wuj­ku, to nie wina Edie – wy­szep­tał.

Inuk­puk zi­gno­ro­wał go i prze­szedł z po­wro­tem na inuk­ti­tut.

– Ju­tro odbędzie się spo­tka­nie star­szy­zny. Wte­dy zde­cy­du­je­my, ja­kie kro­ki należy podjąć – po­wie­dział i opuścił sa­mo­lot. W jego głosie po­brzmie­wały nie­bez­piecz­ne nuty.

Joe pokręcił głową.

– Aitia­th­li­ma­qt­si arit. Ty też się wal.

Po po­wro­cie do ho­te­lu Tay­lor nie wyglądał na za­in­te­re­so­wa­ne­go dzwo­nie­niem gdzie­kol­wiek. Chciał tyl­ko wziąć prysz­nic i położyć się spać. „Nie jest oswo­jo­ny ze śmier­cią”, pomyślała Edie, patrząc, jak mężczy­zna ciągnie swój ple­cak wzdłuż ko­ry­ta­rza. Czuła dziw­ny nie­pokój; miała wrażenie, że ona i Joe wplątali się w jakąś nie­jasną sy­tu­ację. Po­win­na chy­ba wrócić do domu i po­cze­kać na nie­go. Nie po­tra­fiła po­wie­dzieć, o co właści­wie cho­dzi, ale nie po­do­bał jej się ton głosu Inuk­pu­ka. Nig­dy mu spe­cjal­nie nie ufała, na­wet gdy był jej krew­nym. Te­raz ufała mu jesz­cze mniej.

Edie wy­ru­szyła do domu do­pie­ro wte­dy, kie­dy za drzwia­mi po­ko­ju Tay­lo­ra roz­legło się chra­pa­nie. Gdy do­tarła na ga­nek, wie­działa już, że jej pa­sierb cze­ka na nią w środ­ku. Jej dom za­wsze ożywał, gdy prze­by­wał w nim Joe. Otwo­rzyła drzwi we­ran­dy, ro­ze­brała się i weszła do sa­lo­nu.

Joe sie­dział na ka­na­pie i oglądał na DVD film z Char­liem Cha­pli­nem. Ak­tor od­gry­wał scenę ba­le­tu za po­mocą dwóch wi­delców wbi­tych w bułki. Edie usiadła obok pa­sier­ba i zaczęła gładzić jego włosy.

– Ciągle myślę, że to moja wina, Kig­ga.

– Żar­tu­jesz? Nikt tak prze­cież nie myśli, ro­dzi­na Wa­gne­ra też nie będzie mieć pre­ten­sji. W prze­ciw­nym ra­zie będą mieć do czy­nie­nia ze mną. – Char­lie Cha­plin wciąż kręcił wi­del­ca­mi pi­ru­ety i pas de bo­urrées. – To był wy­pa­dek. Ktoś z Au­ti­saq albo ja­kiejś in­nej osa­dy się po­my­lił. Może był zbyt da­le­ko, może się trochę napił. Zda­rza się.

– Na­prawdę tak sądzisz? – za­py­tał Joe.

– Pew­nie – po­wie­działa. – Zo­ba­czysz, spra­wa szyb­ko przy­cich­nie.

Bułko­wa­te ba­le­ri­ny ukłoniły się, a Joe wyłączył od­twa­rzacz. Po­wie­trze zadrżało od żalu.

– Je­dy­ny pro­blem jest taki, że nie żyje człowiek, Kig­ga.

Edie spoj­rzała na Jo­ego za­wsty­dzo­na. Przy nim za­wsze sta­wała się naj­lepszą wersją sie­bie. Joe po­tra­fił o to dbać.

– Po pro­stu cały czas myślę, że to nie po­win­no tak po pro­stu przy­cichnąć – po­wie­dział, kręcąc głową.

Roz­dział dru­gi

Es-a-de-eł-o. – Edie li­te­ro­wała na głos, za­pi­sując słowo na białej ta­bli­cy. Nie spała zbyt do­brze i ciężko jej było się sku­pić. Cały czas myślała o śmier­ci Wa­gne­ra i ze­bra­niu star­szy­zny, na którym będzie mu­siała zdać re­lację z podjętych przez sie­bie kroków.

Pau­lo­osie Al­la­ka­ria­lak pod­niósł rękę.

– Sadło. – Edie pod­kreśliła słowo pal­cem.

Pau­lo­osie zaczął ma­chać.

– Proszę pani, czy tego qa­lu­na­ata ktoś zabił?

Ko­bie­ta otarła czoło dłonią. Cho­le­ra, jeśli na­wet Pau­lo­osie wie, to wiedzą wszy­scy. Cza­sa­mi miała wrażenie, że cała wio­ska uwięzio­na jest w jed­nej, wspólnej głowie.

– Nie te­raz, Pau­lo­osie. – Edie wska­zała pal­cem słowo na ta­bli­cy. – Wiesz, co tu jest na­pi­sa­ne?

Chłopiec spoj­rzał na nią pu­stym wzro­kiem. Bied­ne dziec­ko. Cza­sa­mi Edie za­sta­na­wiała się, czy to co robi, ma sens. Całymi dnia­mi wbi­jała oko­licz­nej młodzieży do głowy słowa, których naj­praw­do­po­dob­niej nig­dy nie użyją, roz­ma­wiając po an­giel­sku – fisz­bi­ny, ru­mo­wi­sko, lo­do­wy, sadło – słowa, które znaj­do­wały o wie­le lep­sze, pre­cy­zyj­niej­sze od­zwier­cie­dle­nie w inuk­ti­tut; słowa, które wyglądały o wie­le ład­niej, gdy za­pi­sa­no je abu­gidą, a nie al­fa­be­tem. Oczy­wiście rząd fe­de­ral­ny w Ka­na­dzie miał na­dzieję, że część dzie­ci ukończy szkołę śred­nią, a może na­wet wy­je­dzie na stu­dia wyższe na południe, tak jak za­mie­rzał to zro­bić Joe, ale mało który Inuk miał ta­kie am­bi­cje. Wy­jazd na południe ozna­czał roz­sta­nie z ro­dziną, przy­ja­ciółmi i ze wszyst­kim tym, co bez­piecz­ne i zna­jo­me, na rzecz mia­sta, gdzie bu­dyn­ki tłoczyły się przy uli­cach, sa­mo­cho­dy wjeżdżały je­den w dru­gi ni­czym pstrągi na let­nim tar­li­sku, i przez co naj­mniej sześć mie­sięcy w roku było nie­znośnie ciepło. Po co mie­li się do tego wszyst­kie­go zmu­szać? Żeby w końcu wrócić do domu z na­dzieją, że uda im się do­stać pracę, która dotąd za­wsze przy­pa­dała qa­lu­na­atom?

Praw­da tym­cza­sem była taka, że większość z tych dzie­ci, które wpa­try­wały się w Edie, założy własną ro­dzinę, jesz­cze za­nim będą mo­gli głoso­wać. Wiel­kim suk­ce­sem będzie, jeżeli uda im się wy­je­chać do Iqa­lu­it, sto­li­cy pro­win­cji, nie mówiąc już o Południu. Większość z nich nig­dy nie będzie miała oka­zji prze­li­te­ro­wać słowa „sadło” po an­giel­sku. A prze­cież w tym sa­mym cza­sie, kie­dy sie­dzie­li w rzędach i uczy­li się, jak po an­giel­sku po­wie­dzieć „fisz­bi­ny”, mo­gli być na zewnątrz, na­by­wać tra­dy­cyj­ne umiejętności i po­zna­wać, co to zna­czy być Inu­kiem.

Za­dzwo­nił dzwo­nek na przerwę. Po dro­dze do po­ko­ju na­uczy­ciel­skie­go Edie wpadła na pe­wien po­mysł. Dy­rek­tor szkoły, John Tis­da­le, pew­nie uznałby to za ka­ry­god­ny prze­jaw „pe­da­go­gi­ki al­ter­na­tyw­nej”, za który gro­ziła kara dys­cy­pli­nar­na, ale prze­cież nie mu­siał o ni­czym wie­dzieć. Zresztą Edie się nim nie przej­mo­wała. Wie­le razy już wzy­wał ją do swo­je­go ga­bi­ne­tu za łama­nie za­sad – jego za­sad, południo­wych za­sad – więc zdążyła się do tego przy­zwy­czaić. Poza tym po­dej­rze­wała, że Tis­da­le tak na­prawdę po ci­chu przy­kla­sku­je jej me­to­dom, mimo że ofi­cjal­nie udzie­la jej ciągłych re­pry­mend. Sam zdążył już wie­le się na­uczyć. Kil­ka lat temu, gdy przy­je­chał do Au­ti­saq z misją „sze­rze­nia oświa­ty w Ark­ty­ce”, za­py­tała go, po co, jego zda­niem, edu­ku­je się inu­ic­kie dzie­ci.

– Po to, żeby mogły zna­leźć swo­je miej­sce w świe­cie – od­po­wie­dział. Nieźle był wte­dy pom­pa­tycz­ny.

Edie cze­kała przez chwilę, aż z twa­rzy na­uczy­cie­la znik­nie wy­raz sa­mo­za­do­wo­le­nia.

– Może nie zda­je pan so­bie z tego spra­wy, ale tu­tej­szy świat to jak naj­bar­dziej ich świat.

Tis­da­le za­pa­miętał so­bie, że ko­bie­ta będzie spra­wiać kłopo­ty, ale ona nie przej­mo­wała się jego pro­tek­cjo­nal­nym na­sta­wie­niem. Wie­działa, że wkrótce na­dej­dzie czas bo­le­sne­go zde­rze­nia z rze­czy­wi­stością. I nie myliła się – już po kil­ku ty­go­dniach dy­rek­tor po­czuł, że wkro­czył na nie­zna­ny grunt. I wte­dy z pod­ku­lo­nym ogo­nem zwrócił się do Edie.

Zda­rzyło się to na­wet wcześniej, niż się spo­dzie­wała, tuż po wygłoszo­nym na ze­bra­niu ro­dziców ka­za­niu na te­mat nie­bez­pie­czeństw związa­nych z pełnymi prze­mo­cy gra­mi kom­pu­te­ro­wy­mi. Ależ to była pysz­na za­ba­wa! Wszy­scy się z nie­go śmia­li. Czyżby dy­rek­tor nie za­uważył, gdzie się znaj­du­je? Tu­taj, na Północy, prze­moc była nie­odłączną częścią życia; kryła się w palącym słońcu, w sro­gim wie­trze, w zdra­dli­wym, wszech­obec­nym lo­dzie. Inu­ici żyli dzięki temu, że za­bi­ja­li żyjące zwierzęta, które w większości przy­padków za wszelką cenę próbowały uniknąć śmier­ci. Aby prze­trwać, mu­sie­li po­sta­wić na prze­moc. A ich dzie­ci też zasługi­wały na to, żeby umieć prze­trwać.

Poza tym większość uczniów w Au­ti­saq nie miała ani cza­su, ani pie­niędzy, by grać w gry kom­pu­te­ro­we. W swo­im wol­nym cza­sie mu­siały zakładać pułapki na par­dwy, zające i lisy albo po­ma­gać ro­dzi­com w po­lo­wa­niu na foki. In­a­czej mówiąc, gdy nie prze­by­wały w szko­le, zaj­mo­wały się głównie prze­mocą.

Dzień po spo­tka­niu dy­rek­tor zna­lazł na swo­im gan­ku truchło lisa. Za­miast jed­nak na­tych­miast wsiąść w sa­mo­lot do domu – jak zro­biłaby większość południowców – za­pu­kał naj­pierw do drzwi Edie, by za­py­tać, co zro­bił nie tak. I cho­dził tak od drzwi do drzwi, nie dając za wy­graną, aż w końcu, po la­tach, zdał so­bie sprawę, że mi­sja „sze­rze­nia oświa­ty w Ark­ty­ce” do­ty­czy także i jego.

Dla­te­go też uda­wał, że nie po­chwa­la no­wo­cze­snych, al­ter­na­tyw­nych me­tod edu­ka­cji, tak samo jak uda­wał, że zga­dza się z poglądami lo­kal­nej lud­ności. Robił to jed­nak tyl­ko po to, by nie de­ner­wo­wać swo­ich przełożonych w Ot­ta­wie. Edie zwie­siła głowę, żeby nie mu­sieć z ni­kim roz­ma­wiać, i szyb­kim kro­kiem ru­szyła do komórki na tyłach swe­go domu, gdzie trzy­mała mięso. Za­brała z niej małą fokę gren­landzką, którą upo­lo­wała kil­ka ty­go­dni temu, prze­wiązała ją sznu­rem i zaciągnęła z po­wro­tem pod szkołę. Za­cze­kała, aż ni­ko­go nie będzie w oko­li­cy, po czym prze­szmu­glo­wała mar­twe zwierzę bocz­nym wejściem do kla­sy. Bezwładne ciało bezgłośnie sunęło przez li­no­leum, po­zo­sta­wiając po so­bie tyl­ko nie­znacz­ny ślad, który równie do­brze mógł należeć do jed­ne­go z uczniów ciągnącego za sobą obu­wie.

Dzie­ci wpadły do kla­sy i na­tych­miast za­uważyły leżące na po­sadz­ce zwierzę. Ich twa­rze rozbłysły; wy­czuły, że to już ko­niec abs­trak­cyj­nych roz­ważań o ja­kimś dzi­wacz­nym języku. Edie po­pro­siła dwóch naj­star­szych chłopców, by po­mo­gli jej położyć fokę na stół. Dała im dwa noże i po­zwo­liła im zająć się pa­tro­sze­niem zwierzęcia. Star­si mie­li po­ka­zy­wać młod­szym, jak ob­cho­dzić się z nożem, a także za­pi­sy­wać na ta­bli­cy na­zwy wszyst­kich części mięsa, których do­ty­ka­li, jak również cza­sow­ni­ki opi­sujące każdą czyn­ność. Po an­giel­sku i w inuk­ti­tut.

Za­działało. Już wkrótce stół zaczął się zapełniać równo pociętymi kawałkami mięsa, a dzie­ci do­pin­go­wały się na­wza­jem, by wkra­wać się głębiej i od­ci­nać cieńsze pla­stry, prze­krzy­kując się i prze­py­chając do ta­bli­cy, by czym prędzej na­pi­sać na niej „wątro­ba”, „wąsy” albo „fu­tro”. Pa­tro­sze­nie foki i wy­mie­nia­nie jej części ciała było dla nich wesołą, bar­dzo inu­icką za­bawą. Na­wet Pau­lo­osie Al­la­ka­ria­lak się w nią włączył. Za­po­mniał już o tam­tym białym człowie­ku i o tym, że nie po­tra­fił od­czy­tać słowa „sadło”.

W cza­sie lun­chu Edie udała się do Skle­pu Północ­ne­go, brnąc mo­zol­nie przez śnie­gi. Chciała kupić trochę pla­sti­ko­wych to­reb i fo­lii spożyw­czej, żeby za­pa­ko­wać po­sie­ka­ne mięso, za­nim jesz­cze się roz­mro­zi. Otwo­rzyła drzwi na ga­nek śnieżny, otrze­pała buty ze śnie­gu, z przy­zwy­cza­je­nia rzu­ciła okiem na ta­blicę ogłosze­niową (nic o Wa­gne­rze) i weszła do środ­ka.

Z for­mal­ne­go punk­tu wi­dze­nia Sklep Północ­ny działał na za­sa­dzie spółdziel­czej i należał do lud­ności Au­ti­saq. Każdemu więc przysługi­wało pra­wo udziału w zy­skach, jeżeli ta­ko­we kie­dy­kol­wiek miałyby się po­ja­wić. Skle­pem zarządza­li Mike i Etok Nun­ga­qo­wie.

Mike był życz­li­wym, spo­koj­nym człowie­kiem. In­te­re­so­wał się geo­lo­gią, w związku z czym za­sy­py­wał gra­dem pytań każdego spe­cja­li­zującego się w tej dzie­dzi­nie na­ukow­ca, który choć na chwilę za­trzy­mał się w Au­ti­saq. Kil­ka lat wcześniej pe­wien ame­ry­kański geo­log, w po­dzięko­wa­niu za jakąś drobną przysługę, po­da­ro­wał mu swo­je­go lap­to­pa. Od tego cza­su, gdy tyl­ko ktoś miał pro­blem z kom­pu­te­rem, od razu biegł do Mike’a. Nie żeby zda­rzało się to zbyt często. Młodsi Inu­ici mie­li cza­sa­mi kon­so­le do gry, ale poza tym mało kto po­sia­dał własny sprzęt, a w całej osa­dzie tyl­ko kom­pu­te­ry użytku pu­blicz­ne­go były podłączo­ne do in­ter­ne­tu – je­den w biu­rze bur­mi­strza, je­den w kli­ni­ce i je­den w szkol­nej bi­blio­te­ce.

Poza wy­ko­py­wa­niem frag­mentów skał i zaj­mo­wa­niem się kom­pu­te­ra­mi Mike Nun­gaq miał jesz­cze jedną pasję – uwiel­biał plot­ko­wać. Nie było w tym jed­nak ani krzty złośliwości; po pro­stu lubił wie­dzieć, kto, co, z kim i kie­dy robi. Taki już był, nie po­tra­fił się po­wstrzy­mać. Aby dowie­dzieć się, co tak na­prawdę dzie­je się w osa­dzie, wy­star­czyło iść do Mike’a.

Żona Mike’a, Etok, nie po­chwa­lała ta­kie­go za­cho­wa­nia. W Au­ti­saq i oko­li­cach mówio­no o niej Uismu­itis­sa­lia­qun­gak, Oso­ba o Krzy­wych Zębach Strasz­nych jak u Niedźwie­dzi­cy. Przy niej lu­dzie się pil­no­wa­li. Wyglądała nie­szko­dli­wie, ale gdy tyl­ko ktoś za­czy­nał plot­ko­wać, jej oczy sku­wał lód, a war­gi wy­krzy­wiały się w nie­bez­piecz­nym gry­ma­sie, odsłaniając potężne kły, które nie­jed­ne­go mor­sa mogłyby wpędzić w kom­plek­sy. Jed­nak mimo ogrom­nych wysiłków Etok, plot­ki i pomówie­nia miały się do­brze, try­skając wart­kim po­to­kiem spo­między półek Skle­pu Północ­ne­go i roz­le­wając się aż po naj­od­le­glej­sze krańce osa­dy, często zmie­niając się przy tym z nie­win­nych złośliwości w obrzy­dli­we oszczer­stwa i ka­ry­god­ne baj­du­rze­nie. Niektórzy miesz­kańcy Au­ti­saq re­gu­lar­nie od­wie­dza­li sklep wyłącznie po to, by po­znać naj­now­sze sen­sa­cje lub – co spra­wiało im jesz­cze większą radość – za­siać nowe, so­czy­ste ziar­no. Mike był zbyt miły, by za­uważyć, że lu­dzie go wy­ko­rzy­stują, ale Etok bez ce­re­gie­li wy­rzu­cała klientów za drzwi, gdy tyl­ko oka­zy­wało się, że nie za­mie­rzają wydać ani cen­ta i przy­szli do skle­pu szu­kać pro­blemów. Była nie­ugięta; nie zniechęcało jej na­wet to, że następne­go dnia i tak wrócą, a cała za­ba­wa za­cznie się od nowa.

Za­zwy­czaj Edie pod­cho­dziła naj­pierw do kasy, żeby przy­wi­tać się z Mike’em jesz­cze przed zro­bie­niem za­kupów, ale dzi­siaj wie­działa, że sprze­daw­ca będzie wy­py­ty­wał o Wa­gne­ra, a wca­le nie miała ocho­ty opo­wia­dać. Ru­szyła więc pro­sto do znaj­dującej się na tyłach skle­pu półki z wy­ro­ba­mi pla­sti­ko­wy­mi, pomiędzy środ­ka­mi czy­stości a pro­duk­ta­mi do kon­ser­wa­cji sku­terów śnieżnych. W skle­pie nie było fo­lii w roz­mia­rze XL, którą Edie wi­działa na re­kla­mach, więc wzięła opa­ko­wa­nie zwykłego alu­mi­nium i kil­ka pla­sti­ko­wych to­reb. Odwróciła się i zo­ba­czyła matkę Pau­lo­osie­go Al­la­ka­ria­la­ka, Nan­cy. Choć Nan­cy Al­la­ka­ria­lak była wesołą ko­bietą, dręczyło ją po­czu­cie winy za to, że obar­czyła swo­je­go syna al­ko­ho­lo­wym syn­dro­mem płodo­wym. Z całego ser­ca chciała mu zadośćuczy­nić. Dokładała więc wszel­kich sta­rań, żeby jej syn do­brze się uczył i chętnie roz­ma­wiała o jego postępach z Edie. Tego dnia jed­nak uśmiechnęła się tyl­ko bla­do i znikła pomiędzy półkami.

To był zły znak. Naj­wy­raźniej już wszy­scy wie­dzie­li, że pod okiem Edie zmarł qa­lu­na­at.

Ko­bie­ta położyła rolkę pla­sti­ko­wych to­re­bek i folię na la­dzie. Etok stała zwrócona ple­ca­mi do kasy, sor­tując pocztę. Odwróciła się, zo­ba­czyła Edie i znikła za drzwia­mi ma­ga­zy­nu. Mike Nun­gaq po­pa­trzył za nią, po czym pod­szedł do lady.

– Cześć, Edie. Ładna dzi­siaj po­go­da. – Na­po­tkał jej wzrok i się uśmiechnął. Gdy po­da­wał jej resztę, przy­trzy­mał jej dłoń nie­co dłużej, niż było to ko­niecz­ne.

– Już za­czy­nają mnie uni­kać.

– No coś ty – po­wie­dział Mike. – Cho­dzi ci o tę sprawę z wczo­raj? Lu­dzie są po pro­stu nie­co za­nie­po­ko­je­ni, to wszyst­ko. Star­szy­zna się spo­tka i od razu będzie le­piej.

Edie po­taknęła i od­wza­jem­niła uśmiech. Do­ce­niała jego próby po­cie­sza­nia. Za­sta­na­wiała się jed­nak, czy rada star­szy­zny spoj­rzy na sprawę w ten sam sposób. Mo­gli prze­cież ode­brać jej li­cencję prze­wod­ni­ka, a Si­me­onie za­pew­ne nie cofnąłby się przed zemstą. Kie­dy wy­buchła spra­wa Idy i Sam­wil­lie­go Brownów, ubie­gał się aku­rat o re­elekcję.

Dopóki Edie nie zaczęła węszyć, miesz­kańcy Au­ti­saq byli go­to­wi uznać śmierć Sam­wil­lie­go za nieszczęśliwy wy­pa­dek. Mężczy­zna nie był zbyt po­pu­lar­ny, poza tym wszy­scy wie­dzie­li, że bije żonę. Edie jed­nak za­in­ter­we­nio­wała – „mie­szając się w nie swo­je spra­wy”, jak to ujął Si­me­onie Inuk­puk – a Ida zo­stała ska­za­na za za­mor­do­wa­nie męża. Wszy­scy byli zgod­ni, że mężczy­zna prze­grał wy­bo­ry z po­wo­du złej pra­sy, a cała spra­wa na długo położyła się cie­niem na jego ka­rie­rze po­li­tycz­nej. Do­pie­ro po czte­rech la­tach udało mu się uzy­skać fo­tel bur­mi­strza. Edie często za­sta­na­wiała się, czy to nie on wysłał jej pogróżki tuż po tym, jak roz­począł się pro­ces Idy.

Jej były szwa­gier miał swo­je po­wo­dy, by jej nie zno­sić. Ob­wi­niał ją za to, że roz­padło się jej małżeństwo z Sam­mym. „Całe te two­je pra­wa ko­biet zamąciły ci w głowie”, po­wie­dział wte­dy. A co z pra­wem mężczy­zny do tego, by jego ko­bieta była przy nim? Si­me­onie nie przej­mo­wał się tym, że ona i Sam­my sta­no­wi­li dla sie­bie za­grożenie – ra­zem pili na umór, do upadłego. Pew­nie obo­je już daw­no leżeli­by w gro­bie, gdy­by się wte­dy nie roz­sta­li. Zresztą kto wie, może Si­me­oniemu Inuk­pu­ko­wi byłoby to na rękę. Nie przej­mo­wał się prze­cież swoją ro­dziną. Sam­my za­wsze był wo­bec nie­go lo­jal­ny, ale Si­me­onie nig­dy mu się za to nie od­wdzięczył.

Edie wie­działa, że ma wie­le do stra­ce­nia. Nie cho­dziło jed­nak o samo śledz­two. Joe miał rację. Wa­gner zmarł tysiące ki­lo­metrów od domu. Jego ro­dzi­na miała pra­wo wie­dzieć, co tak na­prawdę się stało. Edie bała się jed­nak, że Si­me­onie wy­ko­rzy­sta śmierć qa­lu­na­ata, by prze­ko­nać star­szyznę do ode­bra­nia jej li­cen­cji. Poza Sam­mym właści­wie nikt w ra­dzie nie po­pie­rał idei za­trud­nia­nia ko­biet jako prze­wod­ników; część członków star­szyzny za­pew­ne od lat szu­kała ja­kiejś wymówki, żeby się jej po­zbyć. Z jej klęski mo­gli się tyl­ko cie­szyć.

Edie zresztą nie­spe­cjal­nie się tym przej­mo­wała. Lata pi­cia ode­brały jej reszt­ki ja­kiej­kol­wiek dumy. Pro­blem po­le­gał na tym, że bez tych do­dat­ko­wych pie­niędzy nie mogła pomóc Jo­emu w opłace­niu cze­sne­go za szkołę pielęgniarską. Pra­ca w szko­le le­d­wo po­zwa­lała jej się utrzy­mać. Pa­sierb tym­cza­sem nie mógł li­czyć na swo­ich ro­dziców. Min­nie, jego mat­ka, sys­te­ma­tycz­nie prze­pi­jała swój zasiłek, a Sam­my miał dość sta­ro­modną wizję tego, czym po­wi­nien zaj­mo­wać się praw­dzi­wy inu­ic­ki mężczy­zna – i na pew­no nie było to pielęgniar­stwo. Poza tym nie chciał, żeby jego syn choć na chwilę opuścił Au­ti­saq. Sam­my przez wie­le lat pa­trzył, jak war­tościo­we rze­czy prze­cie­kają mu przez pal­ce – kil­ka do­brych prac, dwie żony i cała masa pie­niędzy. Poza al­ko­ho­lem, ame­ry­kański­mi se­ria­la­mi o po­li­cjan­tach i uko­cha­ny­mi sy­na­mi nie zo­stało mu już zbyt wie­le.

Po szko­le Edie wróciła do domu, mi­jając po dro­dze sklep i mały kościół, w którym ostat­ni raz była na po­grze­bie swo­jej mat­ki. Na gan­ku leżały tra­pe­ry Sam­my’ego, a na kołku przy drzwiach wi­siała jego nie­bie­ska, rządowa kurt­ka. Minęły dwa lata, odkąd go wy­rzu­ciła, ale były mąż do tej pory trak­to­wał dom Edie jako bez­pieczną przy­stań. Początko­wo próbowała go do tego zniechęcić, ale w końcu się pod­dała – głównie dla­te­go, że kie­dy Sam­my był u niej, Joe również częściej ją od­wie­dzał.

Z sa­lo­nu do­bie­gał ją za­pach piwa zmie­sza­ny z dziw­nym, che­micz­nym aro­ma­tem. Edie zdjęła buty, czapkę, sza­lik i kurtkę, po czym otwo­rzyła drzwi do domu. Sam­my i Joe sie­dzie­li na ka­na­pie i oglądali te­le­wizję.

– Cześć al­lum­mii­paa, ko­cha­nie. – Jej słowa skie­ro­wa­ne były do Joe, ale Sam­my spoj­rzał na nią z pełnym na­dziei uśmie­chem na ustach. Edie nie tęskniła za cza­sa­mi, gdy i do nie­go mówiła „ko­cha­nie” – w każdym ra­zie nie zda­rzało jej się to często – ale Sam­my tęsknił. Gdy­by miał w tej spra­wie coś do po­wie­dze­nia, to wciąż by­li­by małżeństwem, a ona wciąż byłaby pi­jaczką.

– Za­niosłem rze­czy do po­ko­ju, Kig­ga – po­wie­dział Joe. Ostat­nio wciąż się prze­miesz­czał. Kil­ka nocy u Sam­my’ego, ty­dzień lub dwa z Min­nie, ale od ja­kie­goś cza­su co­raz częściej bywał u Edie, co bar­dzo ją cie­szyło.

– Roz­stałeś się z Lisą, Sam­my? – Przez ostat­nie dwa lata Sam­my zmie­niał ko­bie­ty jak ręka­wicz­ki. Lisa była jego ostat­nią part­nerką. Z ja­kie­goś po­wo­du, gdy tyl­ko któraś z nim ze­rwała, Sam­my biegł lizać rany do swo­jej byłej żony. Tym ra­zem wzru­szył lek­ko ra­mio­na­mi i spoj­rzał w bok.

– Przy­kro mi – po­wie­działa. Nie chciała być dla nie­go nie­miła, ale cza­sa­mi wy­ry­wała jej się jakaś kąśliwa uwa­ga, zupełnie bez­wied­nie. Po­dej­rze­wała, że gdzieś, bar­dzo głęboko i nie wia­do­mo dla­cze­go, wciąż jest zła na tę całą sy­tu­ację, co ozna­czało, że gdzieś, bar­dzo głęboko i nie wia­do­mo dla­cze­go, wciąż coś do nie­go czu­je i usil­nie próbuje to igno­ro­wać.

– Te­le­wi­zor mi się ze­psuł – po­wie­dział Sam­my.

Edie wyjęła z ple­ca­ka kawałek fo­cze­go mięsa i położyła go na bla­cie w kuch­ni, po czym na­sta­wiła czaj­nik.

– A poza tym roz­stałem się z Lisą.

Wszy­scy wy­bu­chli śmie­chem. Na­wet on zaczął trak­to­wać swo­je życie miłosne jako niezły żart. Oczy­wiście, dopóki to on żar­to­wał.

– I co, masz już nową dziew­czynę?

Sam­my po­taknął, zmie­sza­ny.

– Kto to? – za­py­tała Edie nie­co zbyt po­spiesz­nie.

– Nan­cy.

– Nan­cy Al­la­ka­ria­lak? Mama Pau­lo­osie­go?

– Aha.

Spoj­rze­nia całej trójki skrzyżowały się na mo­ment, po czym wszy­scy odwrócili wzrok. W ta­kich chwi­lach czu­li się, jak­by zno­wu byli ro­dziną. To było dziw­ne; dziw­ne i nie­po­kojące. Joe wstał, żeby pójść do po­ko­ju.

– Zawołaj mnie, jak będzie trze­ba wy­cho­dzić. – Spra­wy Sam­my’ego i Edie go nie in­te­re­so­wały.

Gdy Joe znikł za drzwia­mi po­ko­ju, w sa­lo­nie za­padła krótka ci­sza.

– Nie miałam jesz­cze oka­zji, żeby ci po­dziękować. Wiesz, cho­dzi o Fe­lik­sa Wa­gne­ra. – Edie zmie­niła te­mat.

Sam­my pociągnął łyk piwa i nic nie po­wie­dział.

– Roz­ma­wiałeś z An­dym Tay­lo­rem? – za­py­tała.

– Si­me­onie nie­daw­no od nie­go wrócił. Wygląda na to, że chce jak naj­szyb­ciej za­po­mnieć o całej spra­wie i wy­je­chać na południe. – Upił łyk her­ba­ty, którą po­sta­wiła przed nim Edie, po czym wrócił do swo­jej bu­tel­ki.

– Pew­nie po­li­cja prze­pro­wa­dzi śledz­two, praw­da? – za­py­tała Edie. – Wezwą De­re­ka Pal­li­se­ra.

Sam­my chrząknął i wbił wzrok w podłogę.

– Ra­czej nie – po­wie­dział. Słychać było, że coś wie, ale nie chce się z tym zdra­dzić. Edie rzu­ciła mu długie, twar­de spoj­rze­nie. – Posłuchaj – wes­tchnął Sam­my bez­rad­nie. – To nie ja kon­tro­luję radę.

Wszy­scy do­brze wie­dzie­li, kto kon­tro­lu­je radę. Był to nie kto inny, jak star­szy brat Sam­my’ego, Si­me­onie. Były mąż Edie za­wsze stał w cie­niu bra­ta i nie za­mie­rzał go te­raz opusz­czać. Gdy tyl­ko na ho­ry­zon­cie po­ja­wiało się choćby wid­mo kon­fron­ta­cji, zwłasz­cza z Si­me­oniem, Sam­my od­wra­cał się w drugą stronę i ucie­kał. Zaj­rzał do bu­tel­ki, żeby upew­nić się, że już nic w niej nie zo­stało. Wstał.

– Edie, sta­raj się trzy­mać z dala od kłopotów, proszę cię. Choć ten je­den raz się nie wy­chy­laj.

Ko­bie­ta od­cze­kała chwilę, aż mężczy­zna znaj­dzie się poza zasięgiem słuchu.

– Pew­nie, je­stem świet­na w nie­wy­chy­la­niu się – po­wie­działa w po­wie­trze.

Włożyła na sie­bie swoją naj­lepszą parkę i na­sma­ro­wała war­ko­cze ole­jem, po czym zawołała Joe. Ra­zem uda­li się do biu­ra bur­mi­strza. Star­szy­zna po­pro­siła ich o sta­wie­nie się na spo­tka­niu, by przed­sta­wi­li własną wersję wy­da­rzeń. Z góry za­po­wie­dzia­no im jed­nak, że nie będą mie­li żad­ne­go wpływu na wy­nik ob­rad. Edie miała złe prze­czu­cia. Wie­działa, że cała spra­wa zo­sta­nie wy­ko­rzy­sta­na do roz­gry­wek po­li­tycz­nych. Rada ciągle mówiła o otwar­tości i współpra­cy, ale jak tyl­ko przy­cho­dziło co do cze­go, jej człon­ko­wie zwie­ra­li sze­re­gi ni­czym sta­do prze­rażonych piżmowołów. Otwo­rzy­li drzwi do sali, w której ze­brała się rada i we­szli do środ­ka. Sam­my był już na miej­scu. Po jego le­wej sie­dział dzia­dek Pau­lo­osie­go, Sa­mu­elie, a po dru­giej ku­zyn Sam­my’ego, Otok. Edie znała trzech czy czte­rech in­nych członków rady z imie­nia, ale nie łączyły ją z nimi żadne bliższe kon­tak­ty. Stojące u szczy­tu stołu krzesło z drew­na i fo­czej skóry należało kie­dyś do dziad­ka Edie, Elia­sza, ale te­raz zaj­mo­wał je Si­me­onie Inuk­puk. Mężczy­zna skinął na Edie i Jo­ego, którzy zajęli miej­sca na spe­cjal­nie przy­nie­sio­nych z biu­ra krzesłach. Po­pro­sił o ciszę. Oprócz Edie w po­miesz­cze­niu znaj­do­wała się tyl­ko jed­na ko­bie­ta, asy­stent­ka Si­me­oniego, She­ila Sil­liq, która miała robić no­tat­ki.

Si­me­onie po­dziękował im za przy­by­cie. Star­szy­zna chciała tyl­ko usłyszeć ich wersję wy­da­rzeń, oczy­wiście od każdego z osob­na. Edie mogła zacząć, bo to ona była na miej­scu w chwi­li wy­pad­ku.

Kątem oka Edie spo­strzegła, że Sam­my przygląda jej się groźnym wzro­kiem.

– Do­brze, opo­wiem o tym „wy­da­rze­niu” – po­wie­działa, usil­nie myśląc o tym, że ma się nie wy­chy­lać.

Do mo­men­tu, w którym odgłos strzału roz­darł po­wie­trze, nie działo się prak­tycz­nie nic. Rano po­lo­wa­li na zające, zresztą bez większe­go suk­ce­su. Później zje­dli lunch, a wcze­snym popołudniem, ja­kieś dwie go­dzi­ny przed całym zajściem, Edie zo­sta­wiła swych pod­opiecz­nych na za­wietrz­nej stro­nie ozu Uim­ma­ti­sat­saq na wy­spie Cra­ig, w oko­li­cy przerębli. Myśliwi stwier­dzi­li, że chcie­li­by spróbować coś złowić i obie­ca­li, że roz­biją obóz. Za­czy­nała im się kończyć woda, a Edie wie­działa, gdzie zna­leźć naj­bliższą górę lo­dową, zo­sta­wiła więc ich i wy­ru­szyła w drogę. Obaj mężczyźni mie­li ze sobą broń, w oko­li­cy nie było śladów niedźwie­dzi, a po­go­da była do­bra, więc Edie nie mar­twiła się o ich bez­pie­czeństwo. Poza tym stwier­dziła, że nie będzie jej co naj­wyżej go­dzinę. Z przy­zwy­cza­je­nia za­brała ze sobą swo­je­go psa. Żaden z jej pod­opiecz­nych nie wie­dział, jak się z nim ob­cho­dzić, więc i tak by im się nie przy­dał.

Edie prze­rwała na chwilę i spoj­rzała na twa­rze mężczyzn siedzących do­okoła stołu, ale Inu­ici od dziec­ka uczy­li się, jak skry­wać emo­cje. W małych wspólno­tach, gdzie wszy­scy zależeli od sie­bie, było to ko­niecz­ne. Człon­ko­wie star­szy­zny nie oka­zy­wa­li żad­nych uczuć. Edie wzięła głęboki od­dech i kon­ty­nu­owała opo­wieść.

Gdy skończyła, Si­me­onie po­gra­tu­lo­wał jej do­sko­nałej pamięci. Ko­bie­ta oparła się o krzesło i cze­kała na py­ta­nia. Tym­cza­sem bur­mistrz pod­su­mo­wał jej hi­sto­rię, dodał kil­ka ko­men­ta­rzy dla She­ili Sil­liq i od razu prze­szedł do Jo­ego. Edie zro­zu­miała, że nie będzie żad­nych pytań. Ani ona, ani Joe nie mo­gli w żaden sposób wpłynąć na de­cyzję rady. Star­szy­zna od­gry­wała tyl­ko przed­sta­wie­nie.

Joe opo­wie­dział, jak wyglądał jego dzień. Był aku­rat w biu­rze bur­mi­strza i od­bie­rał prze­syłkę ark­tycz­nych kon­domów, które przysłano kil­ka dni wcześniej wraz z in­ny­mi za­pa­sa­mi. Pre­zer­wa­ty­wy pa­ko­wa­no w uro­cze pudełka, które przy­po­mi­nały małe foki, piżmowoły i mor­sy. Południow­cy chcie­li do­brze, ale nie­mal z każdej ich ak­cji prze­bi­jał pro­tek­cjo­nal­ny ton. Tym ra­zem chcie­li zachęcić Inu­itów ze wschod­niej Ark­ty­ki do bez­piecz­ne­go współżycia, a prze­cież wszy­scy wie­dzie­li, że żeby seks znów był bez­piecz­ny, należałoby zli­kwi­do­wać oko­licz­ne bazy lot­ni­cze.

Sam­my we­zwał go do po­miesz­cze­nia ra­dio­we­go. Joe za­stał go stojącego przy apa­ra­tu­rze. Oj­ciec robił wszyst­ko, żeby nie wyglądać na zde­ner­wo­wa­ne­go. Wyjaśnił, co stało się na Cra­ig, nie wdając się w zbędne spe­ku­la­cje. Po­szedł spraw­dzić pro­gnozę po­go­dy, a Joe przej­rzał re­jestr lotów, licząc na to, że któryś sa­mo­lot będzie aku­rat w oko­li­cy i do­ko­na ewa­ku­acji. Jego na­dzie­je oka­zały się płonne. Wy­szedł na ko­ry­tarz. Sam­my po­wie­dział, że z po­wo­du po­go­dy żaden sa­mo­lot na Cra­ig nie po­le­ci. To wte­dy Joe za­pro­po­no­wał, że sam wsiądzie na sku­ter i po­je­dzie do ran­ne­go. Wrócił do po­ko­ju i za­dzwo­nił do swo­jej byłej ma­co­chy.