Białe, małe kłamstewka - Philippa East - ebook + audiobook + książka

Białe, małe kłamstewka ebook i audiobook

East Philippa

3,4

Opis

Anne White odwróciła wzrok tylko na sekundę... To wystarczyło, aby straciła z oczu swoją 8-letnią córkę. Wydaje się, że tylko na chwilę, ale... poszukiwania nie przynoszą rezultatów. Setki apeli, tysiące ogłoszeń, kilkudziesięciu policjantów w akcji i nic... Wszelki ślad po dziewczynce zaginął.

Po 7 latach, kiedy Anne już niemal traci wiarę w odnalezienie córki, Abigail przychodzi na posterunek. Tak zwyczajnie, prosto z ulicy przyprowadza zaginione niedawno dziecko. Gdzie była, co się z nią działo przez ostatnie kilka lat? Co tak naprawdę wydarzyło się tego straszliwego dnia, kiedy zniknęła, między matką a córką? Czy ktoś jej zagraża? Kogo lub czego boi się Abigail? Czy w rodzinie jest bezpieczna?

Tej wciągającej mrocznej opowieści nie można przegapić!

Philippa East dorastała w Szkocji, gdzie studiowała psychologię i filozofię na Uniwersytecie w Oxfordzie. Po ukończeniu studiów przeniosła się do Londynu, aby szkolić się na psychologa klinicznego, i przez ponad dziesięć lat pracowała w publicznej służbie zdrowia NHS, zajmując się pacjentami z problemami psychicznymi. Teraz mieszka na wsi w hrabstwie Lincolnshire z mężem i kotem. Jest psycholożką i terapeutką, ale też pisarką. Nagrodzone opowiadania Philippy były publikowane w różnych czasopismach literackich. Białe kłamstewka to jej debiutancka powieść.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 371

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 26 min

Lektor: Anna Dzilińska

Oceny
3,4 (156 ocen)
31
44
50
26
5
Sortuj według:
KMyk85

Nie oderwiesz się od lektury

Niezwykle wciągająca, pełna niuansów i kipiąca od niedomówień. Nie dla poszukiwaczy akcji i sensacji, ale dla miłośników psychologii - jak najbardziej!
00
bella79

Z braku laku…

niestety nie czyta się najlepiej tej ksiazki-jest dosyć meczacy styl choc historia jest ciekawa.Przemęczylam końca bo byłam ciekawa zakończenia .
00
krystab

Nie oderwiesz się od lektury

Lubię takie książki. Czytałam z zainteresowaniem
00

Popularność




Wpro­wa­dze­nie

Mimo roz­wie­szo­nych wszę­dzie pla­ka­tów i wielu apeli poli­cja przez długi czas znaj­do­wała tylko urywki, frag­menty infor­ma­cji, które nie­wiele wno­siły do poszu­ki­wań. Kilka sekund ziar­ni­stego, rwą­cego się nagra­nia z kamer, kilka kla­tek, które wyod­ręb­niono z trwa­ją­cych wiele godzin nagrań. Obraz małej dziew­czynki sto­ją­cej na rucho­mych scho­dach sta­cji metra, szpi­cza­sta bródka unie­siona do góry, twarz skie­ro­wana ku jasnym świa­tłom.

Całymi latami nie mia­łam nic oprócz tych chwil. Tych frag­men­tów naszych wspo­mnień i prze­pa­ści. Jako rodzina spę­dzi­li­śmy wiele lat, żywiąc bez­na­dziejne nadzieje na jej odzy­ska­nie. Wszystko – praca, szkoła, uro­dziny i święta – były prze­siąk­nięte tą stratą.

Tak przy­naj­mniej było wcze­śniej, przez sie­dem lat od jej znik­nię­cia. Gdy to się skoń­czyło, zaczęła się reszta, która dopro­wa­dziła do owej nocy na moście.

Musia­łam wtedy roz­li­czyć się z tego, co zro­bi­łam. A potem z tego, czego nie zro­bi­łam.

Roz­dział pierw­szy

Roz­dział pierw­szy

Ponie­dzia­łek, 27 maja, dzień 1

ANNE

Zna­leźli mnie w sypialni mojej córki zagrze­baną po łok­cie w pudłach. Minęło dwa­dzie­ścia pięć minut od tej jed­nej sur­re­ali­stycz­nej roz­mowy tele­fo­nicz­nej aż do chwili, w któ­rej mój mąż i bliź­niacy dotarli do domu. Wystar­cza­jąco dużo czasu, żebym popeł­niła błąd. Usły­sza­łam trza­śnię­cie drzwi wej­ścio­wych, tupot na scho­dach, cięż­kie buty Roberta i bliź­nia­ków.

– Anne?

– Mamu­siu?

– Tak mi przy­kro z powodu wazonu. – To była pierw­sza rzecz, jaką powie­dzia­łam, zanim zdą­żyli poru­szyć temat cudow­nych wia­do­mo­ści. – Wyśli­zgnął mi się, to był wypa­dek.

Zdy­szani chłopcy stali w drzwiach oto­czeni zapa­chem chloru. Poszli popły­wać, ale musieli szyb­ciej skoń­czyć, bo dotarły do nich wie­ści.

– Wazon? – spy­tał Robert.

– Na dole – wydu­si­łam. Nie byłam w sta­nie opo­wie­dzieć mu wprost o strasz­li­wej rze­czy, którą zro­bi­łam.

Wciąż sły­sząc w uszach głos poli­cjanta, pod­nio­słam róże – krysz­ta­łowy wazon z pięk­nymi czer­wo­nymi różami, które dosta­łam od męża na dzie­wiątą rocz­nicę – i chcia­łam posta­wić je na kominku. Być może na­dal byłam w szoku i nie potra­fi­łam trzeźwo myśleć, ale jedyne, co przy­szło mi do głowy, to posta­wie­nie róż na kominku, żeby były sym­bo­lem naszego powi­ta­nia jej w domu. Była to jedyna rzecz, jakiej chcia­łam, jedyna, o jakiej marzy­łam i na jaką mia­łam nadzieję, odkąd skoń­czyła osiem lat, przez sie­dem bole­snych lat od jej zagi­nię­cia. Teraz moje serce pękło i jedyne, czego pra­gnę­łam, to żeby zoba­czyła jakiś piękny widok, chcia­łam, żeby wszystko wyglą­dało ide­al­nie. Zaha­czy­łam jed­nak wazo­nem o kra­wędź kominka i w jed­nej chwili mia­łam róże w ręce, a w dru­giej usły­sza­łam brzęk tłu­ką­cego się szkła i zoba­czyłam kwiaty roz­sy­pane na pod­ło­dze i kominku.

Teraz sko­rupy wazonu znaj­do­wały się w koszu, a poła­mane róże w zle­wie, ale jedyne, co się liczyło, to to, że Robert do mnie pod­szedł, żeby mnie przy­tu­lić, że uklęk­nął na pod­ło­dze i wziął mnie w ramiona, taką szczę­śliwą i pełną ulgi, że została zna­le­ziona.

Zde­ner­wo­wani bliź­niacy sta­nęli obok nas, przy­glą­dali się nam z zacie­ka­wie­niem nie­bie­skimi oczami.

– Ale co robisz? – spy­tał Lau­rie.

Robert deli­kat­nie mnie puścił. Teraz mógł przyj­rzeć się doku­men­tom, poroz­rzu­ca­nym u moich kolan. Tele­fon zadzwo­nił, gdy byłam sama w domu. Zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nie zasko­czył mnie głos, któ­rego nie zna­łam. Miej­scowy poli­cjant prze­ka­zał mi tak nie­praw­do­po­dobną, nie­wia­ry­godną wia­do­mość, że raz po raz musia­łam go pro­sić, żeby powtó­rzył, żeby ponow­nie prze­ka­zał mi tę infor­ma­cję.

Nie żyje? Żyje?

Nie, pani White. Nie…

Pew­nie wyglą­da­łam strasz­nie, klę­cząc w jej pokoju – zaru­mie­niona i zde­ner­wo­wana, z zabru­dzo­nymi dłońmi – wie­dzia­łam jed­nak, czego chcę. Zało­ży­łam pasemko wło­sów za ucho. Nie wcho­dzi­li­śmy do tego pokoju od wielu mie­sięcy, ale były tu wszyst­kie dowody, papie­rowy ślad pro­wa­dzący wstecz.

– Możesz mi pomóc? – spy­ta­łam. – Jej pokój nie może prze­cież tak wyglą­dać. Pro­szę cię, Rober­cie, nie może tak wyglą­dać. – Pra­gnę­łam domu, sank­tu­arium, a nie wystawy demon­stru­ją­cej to, co poszło nie tak. Nie mogłam dopu­ścić do tego, by tak to teraz wyglą­dało.

Sam i Lau­rie też uklę­kli na pod­ło­dze obok mnie.

– Ale jesteś pewna, że ona nie będzie tego chciała? – spy­tał Sam. Pochy­li­łam się do przodu, żeby krew napły­nęła mi do głowy; w tej małej prze­strzeni było tyle rze­czy. Przez tak długi czas nie wie­dzie­li­śmy, co zro­bić z jej poko­jem. Zmień go, zostaw, nawet moja sio­stra Lil­lian nie umiała dora­dzić. Moja sio­stra, która zawsze miała odpo­wiedź na każde pyta­nie. Na początku sta­ra­li­śmy się zosta­wić wszystko w nie­na­ru­szo­nym sta­nie, gotowe na jej powrót, ale tak trudno było na to patrzeć, na zabawki, książki i ubra­nia, nie­ustan­nie przy­po­mi­na­jące, że jej tu nie ma. Myślę, że zaczęło się od zdjęć, któ­rych poli­cja potrze­bo­wała do pla­ka­tów i biu­le­ty­nów infor­ma­cyj­nych, od zdjęć ze szkoły, które roz­ło­ży­li­śmy na łóżku. Na początku małe zmiany, małe dodatki. Z cza­sem jed­nak, rok po roku, zgro­ma­dzi­li­śmy tu tak wiele rze­czy, że teraz pokój przy­po­mi­nał cen­trum koor­dy­na­cyjne na komi­sa­ria­cie. Tablica kor­kowa nad biur­kiem z małymi, pła­skimi kar­tecz­kami, które ofi­ce­ro­wie roz­da­wali pod koniec każ­dego spo­tka­nia, mówiąc: Jeśli jest coś, czego pań­stwo potrze­bują, jeśli coś przyj­dzie pań­stwu do głowy, pro­szę dzwo­nić. Ściany pokryte wycin­kami pra­so­wymi na temat jej porwa­nia i innych porwań, które mogłyby w jakiś spo­sób rzu­cić świa­tło na sprawę. Dalej kom­pu­te­rowe symu­la­cje wyglądu mojej pięk­nej córki w wieku dzie­wię­ciu, dzie­się­ciu, dwu­na­stu lat; liczne pudła z pla­ka­tami, które Robert dru­ko­wał co roku, wszyst­kie ślady naszych poszu­ki­wań.

Nie chcia­łam, żeby zoba­czyła cały ten ból, despe­ra­cję i stratę. Potrze­bo­wała domu, tego, by jej rodzina ją przy­wi­tała: nor­mal­no­ści i szczę­ścia, teraz już ból miał się skoń­czyć.

Poło­ży­łam dłoń na pod­ło­dze, łapiąc rów­no­wagę, i spoj­rza­łam na Roberta, mojego męża, który ponow­nie wsta­wał.

– Czy możesz, pro­szę, przy­nieść jej rze­czy ze stry­chu? – spy­ta­łam. Wszystko tam scho­wa­li­śmy. – Chcę, żeby je zoba­czyła, chcę, żeby je miała. – Bez słowa, bez kwe­stio­no­wa­nia tej prośby, mój mąż roz­ło­żył dra­binę. Na myśl o tym, jaki jest dobry, poczu­łam ścisk w gar­dle i musia­łam prze­łknąć ślinę, by pozbyć się tej klu­chy. To wła­śnie o tym marzy­li­śmy przez tyle lat, Robert cały czas stał u mego boku, dla­czego więc tak strasz­nie się bałam, że to może się zmie­nić?

Lau­rie ude­rzył mnie w ramię sto­sem papie­rów, które zebrał, a ja wło­ży­łam je do sto­ją­cego obok mnie pra­wie peł­nego pudła. Czy oni naprawdę rozu­mieli, co my tu robi­li­śmy? Ile Robert był w sta­nie im wyja­śnić? Sio­stra, którą ledwo co znali, wra­cała do domu – czy to w ogóle do nich docie­rało? Sta­no­wiła dla nich nie­wiele wię­cej niż imię, zdję­cia, wspo­mnie­nia – a teraz miała się tu zja­wić we wła­snej oso­bie. Spoj­rza­łam na nich, na moich synów, na dzieci, które razem z Rober­tem spło­dzi­li­śmy, na stwo­rze­nia, które sce­men­to­wały nasz zwią­zek. Jak cudowna była taka nasza rodzina, a teraz znowu będzie nas piątka – ponow­nie się ze sobą spo­tkamy. A jej pokój, pokój mojej córki, będzie wypeł­niony jej obec­no­ścią.

Mój tele­fon wydał z sie­bie prze­raź­liwy pisk, wzdry­gnę­łam się. Wyję­łam go z kie­szeni, na ekra­nie poja­wiło się imię Lil­lian, mojej sio­stry, do któ­rej zadzwo­ni­łam, jesz­cze zanim poin­for­mo­wa­łam Roberta. Osoba, do któ­rej zawsze dzwo­ni­łam jako pierw­szej, star­sza o sześć lat. Znała mnie, poma­gała, zawsze wie­działa, co robić.

Zosta­wi­łam jej wia­do­mość – znie­kształ­coną, sza­loną, deli­ryczną – i teraz moja sio­stra do mnie oddzwa­niała. Prze­su­nę­łam śli­skim pal­cem po ekra­nie. Usły­sza­łam nad sobą skrzy­piące deski stry­chu.

– Lil­lian?

– Annie.

– Poli­cja, w Lon­dy­nie. Zna­leźli ją.

– Wiem, sły­sza­łam. Dosta­łam twoją wia­do­mość. Ale Annie, czy oni są pewni?

– Lil­lian, to ona. Powie­dzieli, że ona została, że została… – ale prze­rwa­łam. Wie­dzia­łam, że te infor­ma­cje mogą mnie przy­tło­czyć – musia­łam sku­pić się na tym, co się liczyło, na tym, co miało zna­cze­nie: wra­cała do domu. Teraz była jesz­cze z poli­cją w Lon­dy­nie, ale dom – Lin­coln­shire – znaj­do­wał się nie wię­cej niż trzy godziny drogi stam­tąd.

– Przy­je­dziemy do was – powie­dzia­łam. – To tylko kilka godzin, dobrze? Możemy pod­rzu­cić wam bliź­niaki?

– Annie, oczy­wi­ście. Zro­bimy wszystko, co zechcesz.

W moim mózgu tło­czyło się tyle obaw i stra­chu, ona jed­nak spra­wiała, że to wszystko wyda­wało się takie pro­ste – i takie wła­śnie powinno być, bo w sumie dla­czego nie? Spra­wimy, że ta sytu­acja będzie dosko­nała, że wszystko będzie dobrze. Gdy się roz­łą­cza­łam, Robert wła­śnie scho­dził ze stry­chu.

– Chcesz to? – spy­tał, sta­nąw­szy w drzwiach. Miał ramiona pełne ubrań – małych spód­ni­czek i sukie­nek. Zacho­wa­li­śmy je, ale scho­wa­li­śmy je głę­boko – ubra­nia zagi­nio­nego dziecka. Ale ona nie była już zagi­niona.

– Tak, tak, włóż je do szu­flad. – Zerwa­łam się z miej­sca i otwo­rzy­łam szu­fladę, nacią­ga­jąc sobie ścię­gno kola­nowe.

– W porządku, Anne. Spo­koj­nie.

Ale ja prze­cież musia­łam być gotowa.

– Co wiesz? Co on ci powie­dział? – Popro­si­łam detek­tywa, żeby zadzwo­nił rów­nież do mojego męża. Chcia­łam, żeby Robert wie­dział o wszyst­kim, co robię – nie ufa­łam sobie na tyle, by samo­dziel­nie mu o wszyst­kim opo­wie­dzieć.

– Tyle, ile mógł. Wszystko, co wie­dzą.

– Czyli powie­dział – nie mogłam powstrzy­mać moich nóg przed drże­niem – o tym, że tak po pro­stu weszła na komi­sa­riat poli­cji w Lon­dy­nie, i o domu, i o małej dziew­czynce Toni, i że ona nie… że Abi­gail ni­gdy…

Słowa zaczęły plą­tać mi się w gar­dle, spoj­rza­łam na bliź­niaki, zajęte zdra­py­wa­niem cia­sto­liny z wycin­ków z gazet, tak małe i nie­winne w obli­czu takich wia­do­mo­ści. Robert podał mi stos odzieży, wło­ży­łam ją do pustej szu­flady. Nie było szans, by te ubra­nia wciąż były dobre na moją córkę, nie wie­dzia­łam, co z nimi zro­bić, a chcia­łam, żeby wszystko prze­bie­gło dobrze. I będzie dobrze. Robert był tu, obok mnie, poma­gał. Zmu­si­łam się do wyko­ny­wa­nia powol­nych ruchów, do oddy­cha­nia, do wdy­cha­nia zapa­chu Roberta, tej leśnej, piż­mo­wej woni męż­czy­zny, któ­rego kocha­łam z wza­jem­no­ścią, który spro­wa­dził do mojego życia tyle dobra. Byli­śmy rodziną, prze­ży­li­śmy te sie­dem lat: ja, mój mąż i nasze wspa­niałe bliź­niaki. Jed­nak nawet gdy trzy­ma­łam jej ubra­nia ze świa­do­mo­ścią, że za kilka godzin będzie tu z nami – praw­dziwa, żywa, w swoim domu – nie potra­fi­łam powstrzy­mać innych słów i obra­zów, które pchały się do mojej głowy.

– Ale, Rober­cie, ten czło­wiek…

– Wiem.

– Rober­cie… – Oddech uwiązł mi w gar­dle. – Oni nie wie­dzą, gdzie on jest, na­dal gdzieś tam jest, może być wszę­dzie…

Szu­flada utknęła w pro­wad­nicy i zaskrzy­piała, gdy spró­bo­wa­łam ją zamknąć. Robert zła­pał mnie za rękę, jego mocny chwyt mnie usta­bi­li­zo­wał.

– Anne. – Odwró­cił mnie w swoją stronę, tak żebym patrzyła pro­sto w te cie­płe, pro­stoduszne, szczere oczy. Zmu­si­łam się do wytrzy­ma­nia jego spoj­rze­nia i po raz milio­nowy chcia­łam mu tyle powie­dzieć. Od zawsze we mnie wie­rzył.

– Anne – zwró­cił się do mnie. – Rozu­miem, też jestem przy­tło­czony, ale zna­leźli ją, jest bez­pieczna. Cokol­wiek z nią się działo, ty i ja jeste­śmy w tym razem i wszystko będzie dobrze.

Chcia­łam upaść, zanu­rzyć się w jego sło­wach i pozwo­lić, by mnie objął, trzy­mał, by spra­wił, że będzie dobrze.

Ni­gdy by tego nie powie­dział, gdyby wie­dział o kłam­stwie.

Roz­dział drugi

Roz­dział drugi

Ponie­dzia­łek, 27 maja, dzień 1

Jess

Usły­sza­łam ryk sil­nika samo­chodu skrę­ca­ją­cego na naszą drogę.

– Już są! – wykrzyk­nę­łam.

Sie­dzie­li­śmy, cze­ka­li­śmy, mie­li­śmy wra­że­nie, jakby trwało to całymi godzi­nami.

Nie cze­ka­łam, aż ciotka zadzwoni do drzwi. Nie mogłam usie­dzieć, musia­łam wyjść na zewnątrz, bez względu na ciem­ność i mżawkę. Szara, desz­czowa prze­rwa seme­stralna. Wysko­czy­łam na kory­tarz, zła­pa­łam trampki i wybie­głam z domu w chwili, w któ­rej wujek Robert pod­jeż­dżał do kra­węż­nika. Mama i tata byli tuż za mną.

Cio­cia Anne i bliź­niaki wysie­dli pierwsi, Sam i Lau­rie, moi sied­mio­letni kuzyni. Jej przy­rodni bra­cia, kiedy zagi­nęła, byli nie­mow­lę­tami. I dopiero teraz mnie to ude­rzyło – teraz mieli pra­wie tyle lat, ile Abi­gail wtedy. Ona miała osiem lat, ja też, ale wyda­rzyło się to sie­dem lat temu. Teraz ja i moja kuzynka mia­ły­śmy po pięt­na­ście.

Chłopcy stali, trzy­ma­jąc swoje ple­caki jak spa­do­chrony, ich włosy mokły w desz­czu.

– Dzię­kuję – powie­działa cio­cia Anne do mojej mamy – swo­jej sio­stry, popy­cha­jąc chłop­ców w jej stronę. – Nie zgo­dzili się, żeby­śmy przy­je­chali tam wszy­scy. Nawet jeśli jeste­śmy rodziną.

Teraz wujek Robert wysiadł od strony kie­rowcy, wypro­sto­wał swoje umię­śnione ciało. Nie był praw­dzi­wym ojcem Abi­gail, tylko jej ojczy­mem, ale wie­dzia­łam, że kochał ją tak samo jak my.

– Oczy­wi­ście – zgo­dziła się mama, wycią­ga­jąc rękę do bliź­nia­ków. – Mogą zostać tak długo, jak będzie trzeba. Fra­ser i ja zro­bimy, co w naszej mocy, żeby wam pomóc.

– Uwa­żają, że to będzie za dużo… – cią­gnęła cio­cia. – Podobno jest wzbu­rzona i… – Prze­rwała, spo­glą­da­jąc na blade twa­rze bliź­nia­ków.

W samo­cho­dzie wciąż pra­co­wał sil­nik. Wujek stał obok, deszcz padał na jego sze­ro­kie ramiona. Uśmiech­nął się do mnie, pró­bu­jąc dodać mi otu­chy.

– Jest po pro­stu zdez­o­rien­to­wana – powie­dział. – Na początku tak wła­śnie myśleli. Kiedy musieli jej wszystko wyja­śnić.

W samo­cho­dzie paliło się świa­tło, rzu­ca­jące blask na nasze twa­rze. Wzbu­rzona, zdez­o­rien­to­wana – nie mogłam zro­zu­mieć, o co cho­dziło ciotce i wuj­kowi. Obję­łam się rękami i zaczę­łam się kiwać. Mia­łam na sobie tylko koszulkę, a było bar­dzo zimno.

– A co ze mną? – spy­ta­łam. – Może powin­nam poje­chać z wami?

– Wrócę po chłop­ców – oznaj­mił wujek. Nie usły­szał mnie przez ryk sil­nika. – Kiedy ja i Anne wró­cimy do domu z Abi­gail.

Moja kuzynka. Wróci do domu.

– Wiozą ją teraz z Lon­dynu i otwo­rzą spe­cjalne miesz­ka­nie dla ofiar. Prze­wi­dy­wany czas przy­by­cia na miej­sce to wpół do jede­na­stej wie­czo­rem. To jed­nak nie była odpo­wiedź na moje pyta­nie.

– A co ze mną? – spy­ta­łam ponow­nie. Moc­niej obję­łam się rękami. Wyobra­zi­łam sobie, jak ją obej­muję. – Będzie chciała się ze mną zoba­czyć. – Pamię­ta­łam, jak Abi­gail zła­mała rękę. Mia­ły­śmy wtedy po sześć lat. Pośli­zgnęła się na mokrej dra­bince i spa­dła z dużej wyso­ko­ści na drew­niane pod­kłady, które były twarde jak asfalt. Wujek Robert ją pod­niósł, szybko zawiózł na ostry dyżur w Lin­coln i wró­ciła do domu z jaskra­wo­ró­żo­wym gip­sem. Kiedy jej ręka zdro­wiała przez kolejne dwa mie­siące, moja bolała mnie od łok­cia aż do nad­garstka. Zawsze łączyła nas tak bli­ska więź. Czy­ta­ły­śmy sobie w myślach. Czu­ły­śmy to samo.

Mój kuzyn Lau­rie szu­kał cze­goś w ple­caku. Mama zro­biła krok naprzód.

– Jess, będziesz musiała pocze­kać. Nie wszystko naraz.

– W takim razie kiedy? – Znów spoj­rza­łam na wujka, na jego przy­sa­dzi­stą syl­wetkę, na wielką, ogo­loną głowę. W pół­mroku nie potra­fi­łam dostrzec jego miny. Zaczę­łam roz­cie­rać nagie ramiona, bo od mżawki poja­wiła się na nich gęsia skórka.

Tata spoj­rzał na zega­rek.

– Jedzie­cie pro­sto tam? – spy­tał. Zawsze lubił znać szcze­góły. – W to miej­sce – do tego miesz­ka­nia dla ofiar? – Było kwa­drans po dzie­wią­tej.

– Fra­se­rze, musimy – odparła cio­cia Anne. – Jak by się poczuła, gdyby ją tam przy­pro­wa­dzili, a nas by tam nie było? – Na ulicy roz­legł się ryk kolej­nego sil­nika. – Tam był jakiś męż­czy­zna – mówiła dalej cio­cia. – Prze­trzy­my­wał ją przez cały ten czas.

Na chwilę oświe­tliły mnie reflek­tory samo­chodu. Musia­łam osło­nić oczy przed ostrym świa­tłem. Męż­czy­zna? Ale prze­cież teraz ją od niego zabrali. Wieźli ją do domu, była bez­pieczna.

– Coś jesz­cze wie­cie? – spy­tał tata. – Co jesz­cze mówili? – Roz­ma­wiano o tym nawet w obec­no­ści bliź­nia­ków.

Cio­cia wró­ciła do samo­chodu i zaczęła szu­kać cze­goś pod fote­lem pasa­żera.

– Że mamy coś przy­wieźć – odparła.

– Coś, co ona pamięta, coś, o czym będziemy mogli poroz­ma­wiać. Coś, co zna.

Wró­ciła do samo­chodu i wycią­gnęła w naszą stronę pła­ski album – w tych cza­sach rzadko widuje się coś takiego. W środku znaj­do­wały się foto­gra­fie.

– Tatu­siu, moja książka! – Lau­rie na­dal grze­bał w swoim ple­caku, ale nikt nie zwra­cał na niego uwagi.

Cio­cia otwo­rzyła album, lśniące zdję­cia nie­malże wyśli­zgnęły się z jej dłoni.

– Wybra­li­śmy naj­lep­sze – rze­kła. – Te, na któ­rych była naj­szczę­śliw­sza.

– Tatu­siu! – Głos Lau­riego był coraz bar­dziej piskliwy. Dzie­ciak dener­wo­wał się, że nikt go nie słu­cha. – Nie mam jej.

Cio­cia zaczęła poka­zy­wać zdję­cia, ale było zbyt ciemno, żeby­śmy mogli coś zoba­czyć, a w świe­tle latarni wszystko wyglą­dało na poma­rań­czowe.

– I jesz­cze to. – Cio­cia wyjęła z samo­chodu coś małego, mięk­kiego i nie­bie­skiego.

Moje serce natych­miast pod­sko­czyło. Oczy­wi­ście. Od razu to roz­po­zna­łam – kró­li­czek Abi­gail. Razem z nim poja­wił się kolejny rój wspo­mnień: my bie­gnące łeb w łeb, każde zadra­pa­nie na kola­nie, jakie kie­dy­kol­wiek miała. Bie­ga­nie, zabawa, wspólne spa­nie. Tata zawsze był zdu­miony tym, jak żywe mia­łam wspo­mnie­nia, a ja zawsze mu odpo­wia­da­łam, że to dla­tego, że potem już nic nie było, że dla mnie mię­dzy wtedy a teraz nic się nie działo.

– Zatrzy­ma­li­śmy go – powie­działa cio­cia. No pew­nie, pomy­śla­łam. Co innego mogli­by­ście zro­bić?

– Tato – mówił Lau­rie – tej, którą mi czy­ta­łeś… – Sku­pi­li­śmy się na czymś innym, a on był taki mały, nie rozu­miał powagi sytu­acji.

Nie­bie­ski, plu­szowy kró­li­czek wyglą­dał na tak nie­wiel­kiego w dło­niach mojej cioci, był mniej­szy, niż pamię­ta­łam. Wycią­gnę­łam rękę, by go dotknąć, i cio­cia Anne objęła swo­imi dłońmi moje, ści­ska­jąc miękką zabawkę mię­dzy naszymi pal­cami.

– Jess, masz coś, coś jesz­cze, co mogli­by­śmy ze sobą zabrać? Sądzę, że im wię­cej weź­miemy, tym lepiej.

Wpa­try­wa­łam się w nią. Dla­czego lepiej? Prze­cież wszy­scy tu byli­śmy, rodzina Abi­gail, i cze­ka­li­śmy. Dla­czego mia­łaby potrze­bo­wać cze­goś wię­cej?

– Tatu­siu! Zapo­mnia­łem naszej książki! – Słowa Lau­riego brzmiały jak poły­kane przez deszcz.

Wujek Robert obszedł maskę samo­chodu. Tata pod­szedł bli­żej i poło­żył mu dłoń na ramie­niu.

– Dzięki, Fra­se­rze – powie­dział wujek.

Ciotka Anne wciąż na mnie patrzyła, jej pyta­nie wisiało w powie­trzu, sil­nik cały czas pra­co­wał.

– Jess – powtó­rzyła. – Przy­cho­dzi ci coś do głowy?

Sierść kró­lika nagle przy­pra­wiła mnie o dresz­cze, jakby ktoś prze­jeż­dżał pal­cem po moim karku. Mama stała i na nas patrzyła.

I wtedy dłoń Lau­riego ześli­zgnęła się po uchu ple­caka i cała jego zawar­tość wysy­pała się na chod­nik.

– Lau­rie – jęk­nął Sam. – Zobacz, co zro­bi­łeś!

Mama wycią­gnęła rękę, by zła­pać lecące ubra­nia. Chod­nik był mokry, wszystko szybko prze­sią­kało wodą.

– Nie martw się – powie­dział tata. – Już dobrze, dobrze.

Obaj moi kuzyni wyglą­dali na zroz­pa­czo­nych. Jed­nak wujek Robert uśmiech­nął się jak boha­ter, ukuc­nął i zaczął zbie­rać poroz­rzu­cane piżamy, szczo­teczkę do zębów, parę małych skar­pe­tek.

– W porządku, Lau­rie, jutro ją prze­czy­tamy. – Mama pomo­gła mu scho­wać wszystko z powro­tem do ple­caka. Wujek wziął na swe silne ręce naj­pierw Lau­riego, a potem jesz­cze Sama. – W porządku. Wszystko w porządku. Bądź­cie grzeczni, chłopcy, na pewno nie­długo się zoba­czymy.

Cio­cia na­dal na mnie patrzyła. Wciąż trzy­ma­łam kró­liczka.

– Anne, kocha­nie – rzekł wujek – musimy już jechać.

Kiw­nęła głową, ale się nie poru­szyła. Mama wycią­gnęła rękę do bliź­nia­ków:

– Chodź­cie, wej­dziemy do środka. – Wujek Robert ponow­nie otwo­rzył drzwi samo­chodu.

Tata dotknął mojego łok­cia.

– No dobrze, Jess. Wejdź do środka.

Wci­snę­łam kró­liczka z powro­tem w dłoń ciotki.

– Nie potrze­bu­je­cie nic wię­cej – powie­dzia­łam. – Będzie­cie tam. Będzie miała was.

To powinno wystar­czyć. Powinna wie­dzieć, że to wystar­czy. Ciotka na mnie nie patrzyła – szu­kała wzro­kiem mojej mamy w ciem­no­ści.

– Ale Lil­lian, co ja mam jej powie­dzieć? Co ja mam jej, u dia­bła, powie­dzieć?

Roz­dział trzeci

Roz­dział trzeci

Ponie­dzia­łek, 27 maja, dzień 1

ANNE

Sie­dząc na tapi­ce­ro­wa­nym krze­śle z plamą po her­ba­cie w kształ­cie serca na pod­ło­kiet­niku, trzy­ma­jąc w trzę­są­cych się rękach wydru­ko­wane przez poli­cjanta strony – jedną dla mnie i jedną dla Roberta – pró­bo­wa­łam czy­tać: Ponowne spo­tka­nie. Zacho­waj­cie spo­kój i mów­cie koją­cym gło­sem. Zacho­waj spo­kój, zacho­waj spo­kój, ja jed­nak myśla­łam, że nie powin­ni­śmy przy­jeż­dżać tak wcze­śnie, bo wtedy nie musie­li­by­śmy spę­dzić bli­sko godziny w tym klau­stro­fo­bicz­nym miesz­ka­niu z poli­cjan­tem, który dopro­wa­dzał mnie na skraj zała­ma­nia ner­wo­wego. Z każdą minutą spę­dzoną w tym miej­scu czu­łam, że jestem o krok bli­żej, i moje zde­ner­wo­wa­nie rosło jesz­cze bar­dziej.

– Została już prze­słu­chana i prze­ba­dana – mówił poli­cjant – więc będą pań­stwo mogli zabrać ją do domu.

Był młody i miły, miał długą, owalną twarz: sier­żant McCar­thy, poli­cjant z Lin­coln­shire, cał­kiem nowy w tej spra­wie, przy­dzie­lony do niej na prośbę zespołu z Lon­dynu. Fakt, że nie darzy­łam go sym­pa­tią, był zupeł­nie irra­cjo­nalny. Wyglą­dał i mówił naj­nor­mal­niej w świe­cie, poza tym wszy­scy poli­cjanci byli bar­dzo mili i robili co w ich mocy, by nam pomóc, dla­czego więc ten jeden miałby zacho­wy­wać się ina­czej? A jed­nak za każ­dym razem, gdy jego szare oczy się we mnie wpa­try­wały, myśla­łam tylko o tym, że on nie wie­rzy w to, co zostało powie­dziane.

– Czy teraz będzie dobrze? – Szare oczy ponow­nie na mnie spoj­rzały. – Zakła­damy, że są pań­stwo gotowi?

Zmu­si­łam się, żeby wytrzy­mać jego spoj­rze­nie. Nie mogłam stra­cić odwagi. Zro­bi­łam wszystko, aby dom wyglą­dał ide­al­nie, przy­go­to­wa­łam jej pokój i wszę­dzie umie­ści­łam jej opra­wione zdję­cia, teraz jed­nak myśla­łam, jakie zna­cze­nie mają ładne poduszki, to, jak wygląda jej pokój, albo to, czy odku­rzy­łam schody? Jeśli bomba ma wybuch­nąć, to i tak wybuch­nie.

– Tak – powie­dział Robert. Na ścien­nym zega­rze była godzina dwu­dzie­sta druga dwa­dzie­ścia. – Ale bada­nie… wie­cie, że nic jej nie jest, tak?

Detek­tyw zmie­nił kolej­ność nota­tek na kola­nach, tak jakby znaj­do­wały się na nich wszyst­kie odpo­wie­dzi doty­czące Abi­gail. Doci­snę­łam nad­garstki do szorst­kich pod­ło­kiet­ni­ków krze­sła. Nie chcia­łam, żeby mówił o mojej córce. Sama chcia­łam mu o niej opo­wie­dzieć: ona jest moja i jest ide­alna, kocha­łam ją, jesz­cze zanim się uro­dziła, i od tej pory kocham ją tak samo mocno.

– Tak – powie­dział. – Pod wzglę­dem fizycz­nym wszystko jest w porządku.

Fizycz­nym. Ale prze­cież mogła zostać skrzyw­dzona na tak wiele spo­so­bów. Wró­ci­łam do słów na mojej kartce: Podą­żaj za otrzy­ma­nymi od dziecka wska­zów­kami. Nie zakła­daj, że chce być od razu doty­kane. Na kartce nie było jed­nak żad­nych szcze­gó­łów na temat tego, co dziecko mogłoby powie­dzieć, jakie mogłoby wysu­nąć oskar­że­nia.

Zmu­si­łam się do spoj­rze­nia na poli­cjanta.

– Ale co z tym czło­wie­kiem? Gdzie on jest? – zapy­ta­łam oskar­ży­ciel­skim tonem, ale to tylko dla­tego, że znowu wpa­try­wał się we mnie tymi sza­rymi oczami, a potem w Roberta, tak jakby potra­fił zaj­rzeć w każdy zaką­tek naszego życia. Ponow­nie pomy­śla­łam: nie wiesz, co czuję do mojej córki, i nie możesz oce­niać moich błę­dów. Jed­nak nie powie­dzia­łam tego na głos – ści­snę­łam tylko leżą­cego na moich kola­nach kró­liczka.

Robert powtó­rzył po mnie:

– Wie­cie, gdzie on jest?

Zegar na ścia­nie wska­zy­wał dwu­dzie­stą drugą dwa­dzie­ścia. Sier­żant McCar­thy pokrę­cił głową.

– Szu­kamy, ale jesz­cze go nie zna­leź­li­śmy. – Mokry żwir za oknem zachrzę­ścił pod kołami samo­chodu. – No dobrze – rzekł poli­cjant. – Przy­je­chali.

***

Gdy drzwi do miesz­ka­nia się otwo­rzyły, wszy­scy wsta­li­śmy. Album ze zdję­ciami ześli­zgnął mi się z kolan i nawet nie pró­bo­wa­łam go pod­nieść. Cały czas trzy­ma­łam kró­liczka – mia­łam przy­naj­mniej jego. Sta­nie i wycią­ga­nie go w jej stronę, żeby wie­działa, że to my, i powstrzy­ma­nie się od łez wyma­gało ode mnie wszyst­kich sił. Ja i Robert prze­ćwi­czy­li­śmy wcze­śniej tyle zwro­tów, ale wyle­ciały z głowy. Nagle zapra­gnę­łam rzec tyle słów, z któ­rymi żyłam przez te wszyst­kie lata, zasta­na­wia­jąc się, czy kie­dy­kol­wiek będę miała oka­zję, by je wypo­wie­dzieć. Wresz­cie, tu i teraz, nade­szła moja szansa – zanim Abi­gail zdą­żyła się ode­zwać, mogłam obie­cać, że napra­wię to, co się stało, spra­wię, że wszystko będzie dobrze, i że wtedy nic innego nie będzie mieć zna­cze­nia, oprócz tego, że jest teraz w domu, ura­to­wana i bez­pieczna. I że wszystko zosta­nie wyba­czone.

Szli przez pokój. Poli­cjantka, która ją eskor­to­wała, była ładna i wdzięczna, i miała miłą twarz, a obok niej szła ona: moja córka. Robert zła­pał mnie za rękę i wie­dzia­łam, że jest zszo­ko­wany jej wyglą­dem, bo, mój Boże, wyglą­dała zupeł­nie ina­czej. Przez te wszyst­kie lata wyobra­ża­łam sobie ją tak, jak ją zapa­mię­ta­łam: lekką i zwinną jak balet­nica, ze złotą skórą, róża­nymi ustami, z war­ko­czem o naj­cud­niej­szym odcie­niu blondu. Szczę­śliwą, pro­mienną, pełną miło­ści – taką wer­sję swo­jej córki pamię­ta­łam. Teraz miała matowe i postrzę­pione włosy, pulchne ramiona i uda. Jej twarz była tak blada, że znik­nęły z niej wszyst­kie piegi – cecha cha­rak­te­ry­styczna naszej rodziny. Obecna Abi­gail była inna, jak ta jej strona, którą wypar­łam lub o któ­rej zapo­mnia­łam – lub jak zupeł­nie inna osoba.

Na zmiany fizyczne mogłam jed­nak nie zwró­cić uwagi, mogłam je zaak­cep­to­wać lub prze­oczyć – ale to, co wyda­rzyło się póź­niej, roz­sa­dziło cały mój okra­szony dobrymi inten­cjami sce­na­riusz. Eskor­tu­jąca ją poli­cjantka nawet jej nie dotknęła – wie­działa, że nie należy tego robić – miła dłoń chciała tylko deli­kat­nie popchnąć ją do przodu, ale Abi­gail wyrwała się od tego dotyku ruchem tak bru­tal­nym, że nawet Robert się wzdry­gnął.

I wraz z tym gestem w mej krtani wyschło każde słowo.

Zatrzy­mały się przed nami.

– W porządku – rze­kła poli­cjantka, ale potem zaczęła mi się zle­wać w tle wraz z innymi oso­bami w pokoju – sier­żan­tem McCar­thym i jakimś innym doro­słym – i nagle zna­leź­li­śmy się tam sami, tylko my troje, trój­kąt naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­nej miło­ści.

Abi­gail pod­cią­gnęła spodnie – ciem­no­fio­le­towe dżinsy, któ­rych ni­gdy bym dla niej nie wybrała. Byłam bar­dzo świa­doma obec­no­ści Roberta i tego, że puścił moją dłoń.

Kiedy Abi­gail otwo­rzyła swoje blade, spierzch­nięte usta, odnio­słam wra­że­nie, iż zatrzy­mał się cały mój świat, i pomy­śla­łam: oto chwila, w któ­rej wszystko się roz­pada. To tutaj przy­cho­dzi fala pły­wowa, siła, z którą ni­gdy nie umia­łam sobie pora­dzić i któ­rej ni­gdy nie wyprze­dzi­łam.

Wycią­gnęła drugą rękę i nie­malże leni­wym gestem wzięła ode mnie kró­liczka.

– Więc teraz jadę z wami do domu?

Te słowa były tak nie­winne, tak pozba­wione emo­cji, tak dokład­nie odwrotne do tego, czego się spo­dzie­wa­łam. To tak, jakby w tym pomiesz­cze­niu utwo­rzyła się próż­nia, wysy­sa­jąca wszystko, o co się opie­ra­łam, i zosta­wia­jąca mnie zamar­z­niętą, z dzwo­nie­niem w uszach i kom­plet­nie zagu­bioną wobec tego, co miało nadejść. Dopiero kiedy sier­żant McCar­thy wystą­pił do przodu, zro­zu­mia­łam, że popeł­ni­łam potworny błąd: to wła­śnie była chwila – dokład­nie ta chwila – w któ­rej powin­nam była ją przy­tu­lić.

***

Usia­dła na przed­nim sie­dze­niu samo­chodu, a my dopil­no­wa­li­śmy, żeby włą­czyć ogrze­wa­nie, tak by nie było jej zimno. Przez całą drogę do domu moje serce sza­mo­tało się niczym kró­lik, pró­bu­jący wydo­stać się z klatki.

– Jedziemy do tego samego domu? – Abi­gail pochy­liła się do przodu, nacią­ga­jąc pas bez­pie­czeń­stwa. Chciała widzieć każdą mijaną drogę i prze­cznicę. W bocz­nym lusterku widzia­łam frag­menty jej twa­rzy: usta, prze­bar­wie­nia na zębach, i myśla­łam, co u dia­bła mogłoby je spo­wo­do­wać. Póź­niej się dowie­dzia­łam, że to wina papie­ro­sów, od któ­rych się uza­leż­niła.

Robert kiw­nął głową.

– Tego samego.

Na­dal wycią­gała szyję, tak jakby mu nie wie­rzyła, a ja myśla­łam, czy ona nie rozu­mie, że wraca do domu? Przy drzwiach wej­ścio­wych, w desz­czu, mia­łam pro­blemy z tra­fie­niem klu­czem do zamka. W środku czu­łam się tak, jak­by­śmy w kory­ta­rzu się ze sobą plą­tali, jakby nie było dla nas wszyst­kich miej­sca. Oparła białą dłoń o ścianę, by zła­pać rów­no­wagę, spoj­rzała w górę scho­dów i przez drzwi – tak jakby się oba­wiała, że zaraz coś się na nią rzuci. Tak bar­dzo się cie­szy­łam, gdy wresz­cie zapro­wa­dzi­li­śmy ją do czy­stego salonu, ze zna­jo­mym sto­li­kiem kawo­wym, tele­wi­zo­rem i kanapą, na któ­rej mogli­śmy usiąść.

Sta­nęła na środku pokoju, dło­nie po bokach zaci­snęła w małe pię­ści.

– Gdzie Sam i Lau­rie? – zapy­tała. – Bliź­niaki? – Pamię­tała więc swo­ich braci, cho­ciaż gdy widziała ich po raz ostatni, byli nie­mow­lę­tami. W jej gło­sie pobrzmie­wało jed­nak powąt­pie­wa­nie, tak jak­by­śmy chcieli ją oszu­kać, przy­wo­żąc ją do domu bez bliź­nia­ków.

– Nie martw się – powie­dział Robert. – Są z cio­cią Lil­lian i wuj­kiem Fra­se­rem. – Uśmiech­nął się. – Mają już sie­dem lat, wiesz?

Nie odpo­wie­działa, spró­bo­wa­łam więc wypeł­nić ciszę sło­wami:

– Jesteś głodna? Chcesz coś do picia? Her­bata, sok, ciastko? – Cokol­wiek, byleby ta sytu­acja stała się bar­dziej nor­malna, bo wła­śnie tylko tego dla nas chcia­łam, nowego początku, szczę­śli­wej rodziny, którą od zawsze powin­ni­śmy być.

Usia­dła na kana­pie, wzdry­gnęła się i prze­je­chała dło­nią po mięk­kiej skó­rze, tak jakby coś jej ona potwier­dziła: może to, że to naprawdę jej dom.

– Meble są te same. – Teraz dobrze widzia­łam jej stopy, mogłam przyj­rzeć się jej butom: pro­stym, sta­ro­mod­nym bia­łym tramp­kom. Wbi­jała pięty w dywan. Kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów od jej stopy leżał pognie­ciony pła­tek róży, który prze­ga­pi­łam pod­czas sprzą­ta­nia. Na kominku znaj­do­wał się osad po wodzie. Czyż­bym nie widziała, że wszystko jesz­cze mogło się wyda­rzyć? Moje serce biło tak szybko, że odczu­wa­łam ból.

Robert usiadł ostroż­nie w fotelu obok, jakby sta­ra­jąc się nie wystra­szyć dzi­kiego, pło­chli­wego stwo­rze­nia. Jego łagod­ność zawsze ją uspo­ka­jała, nie wia­domo jed­nak, czy teraz też tak będzie, prawda?

– Abi­gail? Czy możemy ci coś przy­nieść? Cokol­wiek? – Sie­działa tam, jej wzrok szu­kał mojego, a sama jej obec­ność wyma­gała ode mnie, jej matki, miliona słów, które powin­nam była móc powie­dzieć; mały kró­li­czek wyśli­zgi­wał jej się z rąk, ja jed­nak byłam jak zamar­z­nięta, nie mogłam się ruszyć, wycią­gnąć ręki i zro­bić nic, by to zmie­nić. Następ­nie, w dziw­nym zwol­nio­nym tem­pie, Abi­gail opa­dła na poduszki, szorst­kimi wło­sami wycie­rała miękką skórę. Jej oczy zaczęły się zamy­kać jak u dziecka, głowa się prze­chy­liła, głos był już stłu­miony z wycień­cze­nia.

– Niczego nie potrze­buję – powie­działa. – Dzię­kuję. Jestem po pro­stu bar­dzo, bar­dzo zmę­czona.

***

Zna­leź­li­śmy jej jedną ze sta­rych koszu­lek Roberta i czy­stą parę moich leg­gin­sów; jesz­cze nie mie­li­śmy dla niej nowych ubrań. Prze­brała się w swoim pokoju, za zamknię­tymi drzwiami, a potem poszła pro­sto do łóżka, nawet nie umyła zębów. Zale­d­wie kilka minut póź­niej, gdy cicho zapu­ka­li­śmy, ona już spała. Padła.

Krótko przed pół­nocą Robert poje­chał po bliź­niaki, a ja poszłam do naszej chłod­nej łazienki i liczy­łam dłu­gie odde­chy, aby spo­wol­nić bicie serca. Gdy już do sie­bie doszłam, wytar­łam oczy, wydmu­cha­łam nos i wró­ci­łam do jej pokoju.

Obie­ca­łam Rober­towi, że jej nie obu­dzę, i nie musiał się mar­twić; spała bar­dzo głę­boko, oddy­chała powoli i regu­lar­nie. W jej sypialni uno­sił się zapach stę­chli­zny od wszyst­kich ksią­żek i zaba­wek, które ścią­gnę­li­śmy ze stry­chu; kurz dra­pał mnie w gar­dle. Nagle zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy odda­jąc jej pokój w takim sta­nie, postą­pi­li­śmy wła­ści­wie. Zawsze tak bar­dzo róż­ni­łam się od Lil­lian: doko­ny­wa­łam wybo­rów, któ­rych ni­gdy nie byłam pewna, a jeśli kie­dy­kol­wiek potra­fi­łam zaufać wła­snemu osą­dowi, to od czasu zagi­nię­cia Abi­gail nie byłam już do tego zdolna. W łagod­nym świe­tle, które padało za mną z pół­pię­tra, prze­szłam obok stosu ubrań, które moja córka zosta­wiła na stołku u stóp łóżka. Rozróż­ni­łam fio­le­towe dżinsy, bie­li­znę, pro­stą nie­bie­ską akry­lową bluzę. Usia­dłam bar­dzo ostroż­nie, by nie zro­bić żad­nego hałasu.

W ciszy i ciem­no­ści czu­łam się o wiele lepiej. Gdy spała, wyglą­dała na tak deli­katną i spo­kojną: była tą uro­czą i kochaną Abi­gail, którą pamię­ta­łam. Tak bar­dzo bałam się tego, że się wygada, ale osta­tecz­nie prze­cież nic nie powie­działa. Czy w takim razie mogłam zało­żyć, że po pro­stu o tym zapo­mniała? Czy ja też powin­nam spró­bo­wać zapo­mnieć? Poło­ży­łam dłoń na koł­drze, opuszki pal­ców odna­la­zły gład­kie guziki i stopy. Moja córka zna­la­zła drogę powrotną do nas, do szczę­śli­wego domu, do szczę­śli­wej rodziny, a rada Lil­lian sprzed wielu lat miała teraz więk­szy sens niż kie­dy­kol­wiek: skoro zapo­mniała, to po co ją teraz z tym kon­fron­to­wać? Skoro cała nasza trójka nic nie powie, to może będzie tak, jak gdyby ni­gdy nic się nie wyda­rzyło? Abi­gail poru­szyła się pod świeżo wypraną pościelą, a leżący na poduszce kró­li­czek ponow­nie ześli­zgnął się na dół, jego dłu­gie uszy zwi­sały z kra­wę­dzi łóżka. Abi­gail potrze­bo­wała nas, swo­jej rodziny, która wes­prze ją swoją siłą – co do tego nie było żad­nych wąt­pli­wo­ści. A roz­ma­wia­nie o tym mogłoby zruj­no­wać to, co mamy. W takim razie lepiej to zosta­wić, zako­pać, nie wspo­mi­nać o tym – tak będzie bez­piecz­niej.

Sto­jący na noc­nym sto­liku mały zegar Abi­gail roz­bły­snął, gdy wska­zówka minu­towa prze­kro­czyła godzi­nową: roz­po­czął się nowy dzień. Nie budząc córki, deli­kat­nie poło­ży­łam obok niej zabawkę, wygła­dzi­łam pościel i wsta­łam.

Roz­dział czwarty

Roz­dział czwarty

Środa, 29 maja, dzień 3

Jess

Zanim pozwo­lono mi się z nią zoba­czyć, minęły dwa dni. Całe dwa dni. Cią­gle wier­ci­łam mamie dziurę w brzu­chu, ale ona wciąż tylko powta­rzała, że to skom­pli­ko­wane – coś jak sta­tus kiep­skiego związku na por­talu spo­łecz­no­ścio­wym. Wku­rzał mnie fakt, że mama miała zawsze tak sztywne zasady i uwa­żała, że ma rację. Co mogłoby być prost­sze od rela­cji mojej i Abi­gail? Prze­cież przy­jaź­ni­ły­śmy się nie­mal od nie­mow­lęc­twa.

Cho­dzi­łam po pię­trze i po par­te­rze, nie wie­dząc, co ze sobą zro­bić. Nie mogłam nawet skon­tak­to­wać się z Leną – była poza zasię­giem, wyje­chała na last minute ze swoją mamą i jej nowym part­ne­rem na jakąś śród­ziem­no­mor­ską wyspę, na któ­rej komórki prak­tycz­nie nie dzia­łały. Bez niej i bez Abi­gail musia­łam trzy­mać całą eks­cy­ta­cję w piersi, która gro­ziła wybu­chem.

Aż wresz­cie, w środę, ruszy­li­śmy w drogę, mama i tata z przodu samo­chodu, ja z tyłu. Gdy prze­jeż­dża­li­śmy przez mia­sto, widzia­łam miej­sca i sklepy, które mija­łam cały czas: Costa, Oxfam, WHSmith, agen­cja nie­ru­cho­mo­ści, fry­zjer, nowy butik dla panien mło­dych. Niby były takie same, a jed­nak inne.

Na kola­nach mamy leżała kupiona przez nas karta. To wszystko było tak for­malne. Jak­by­śmy zostali zapro­szeni na przy­ję­cie uro­dzi­nowe. To pomysł mamy, ale wybrać kartę musiała cała nasza trójka. Patrzy­łam, jak tata prze­gląda wydru­ko­wane już tek­sty na różne oka­zje: „Gra­tu­la­cje”. „Kon­do­len­cje”. „Nowy dom”. Na taką oka­zję, jak ta, nikt nie dru­kuje żad­nych tek­stów. Osta­tecz­nie mama wybrała kartę pustą w środku, żeby samo­dziel­nie coś wymy­ślić. I co mie­li­śmy napi­sać? Powie­dzia­łam mamie, że może po pro­stu: Uści­ski od kuzynki Jess, cioci Lil­lian i wujka Fra­sera. Teraz mama gła­dziła pal­cami kra­wę­dzie kartki, odwra­ca­jąc kopertę za każ­dym razem, gdy dotarła do rogu. Koperta zda­wała się tak ostra, że mogłaby poka­le­czyć ręce.

Zamknę­łam oczy. Pod moimi powie­kami poja­wiła się kuzynka, jej jasne włosy. Tak rze­czy­wi­sta, tak bli­sko, że wła­ści­wie ją czu­łam. Wspo­mnie­nia zaczęły napły­wać jak przy­pływ. Poob­cie­rane kolana, ugry­zie­nia po koma­rach, ska­ka­nie na ska­kance, robie­nie gwiazdy. Jej twarz z bli­ska bar­dzo przy­po­mi­nała moją: taki sam nos, takie samo pie­go­wate czoło, usta, tylko włosy miała inne, jasno­żółte, pod­czas gdy moje były ciem­no­brą­zowe. Ręka w rękę i oddech w oddech, my dwie w wieku trzech, pię­ciu, ośmiu lat…

Otwo­rzy­łam oczy. Sie­dzący z przodu rodzice zaczęli się kłó­cić.

– Powin­ni­śmy byli wyjść wcze­śniej. Wie­dzia­łeś, że będą korki. – To była mama.

A tata odpo­wie­dział:

– Wiem, ale doje­dziemy tam naj­póź­niej na wpół do szó­stej. – Minę­li­śmy kościół i ruszy­li­śmy w stronę ulicy jed­no­kie­run­ko­wej.

– Tak, Fra­se­rze. Ale oni kazali być na piątą. Widzia­łam, jak to zapi­su­jesz.

Tata zaci­snął palce na kie­row­nicy.

– Lil­lian – odparł. – Nie teraz.

– Wiesz, że spóź­nie­nie może ją zde­ner­wo­wać.

– Słu­chaj… – Tata włą­czył wycie­raczki, które roz­ma­zały wodę na szy­bie. – Wiem tylko, że jeste­śmy jej rodziną i popro­sili nas, żeby­śmy przy­je­chali. Ja będę tak cho­ler­nie szczę­śliwy, gdy ją zoba­czę, że na pewno nie będę mar­twił się kil­koma minu­tami spóź­nie­nia.

Zatrzy­ma­li­śmy się na świa­tłach, zacią­gnął hamu­lec ręczny. Dzię­kuję, tato, chcia­łam powie­dzieć.

Nawet kiedy poprzed­niego wie­czoru pukał do moich drzwi, żeby mi powie­dzieć, bym się przy­go­to­wała, jego twarz była rado­sna i uro­czy­sta. Tata wła­śnie taki był, zawsze chciał roz­ma­wiać, czę­sto się uze­wnętrz­niał. Prze­strzegł mnie, że teraz Abi­gail ina­czej wygląda i ina­czej się zacho­wuje. Czy byłam na to przy­go­to­wana? Nie mogłam tak po pro­stu do niej pod­biec, rzu­cić się i przy­tu­lić. Potrze­bo­wała czasu. Poki­wa­łam głową, uda­jąc, że się z tym zga­dzam. Ale on ni­gdy nie znał Abi­gail tak jak ja.

Świa­tło zmie­niło się na zie­lone, ponow­nie ruszy­li­śmy. Ale moi rodzice nagle uci­chli. Mama wyglą­dała przed okno od strony pasa­żera. Nie widzia­łam jej twa­rzy, zauwa­ży­łam tylko, że ma bar­dzo sztywny kark.

Skrę­ci­li­śmy w Spring­field Road, wycią­gnę­łam szyję, by zoba­czyć, co się przed nami znaj­duje. Wokół nie­wiel­kiego ogródka przed domem cioci i wujka zgro­ma­dzili się ludzie. Od razu ich roz­po­zna­łam. To byli dzien­ni­ka­rze, któ­rzy posta­wili koł­nie­rze swo­ich płasz­czy, by chro­nić się przed przed­wcze­snym wio­sen­nym desz­czem. Od tygo­dni, ba, od mie­sięcy, pisali o jej zagi­nię­ciu. Teraz mieli napi­sać naj­lep­sze arty­kuły w swo­jej karie­rze, trak­tu­jące o szczę­śli­wym zakoń­cze­niu tej histo­rii. Zasta­na­wia­łam się, co Lena będzie o tym wszyst­kim sądzić. Nie chciała uwie­rzyć, że to się tak skoń­czy. Kiedy mia­ły­śmy po trzy­na­ście lat i się kłó­ci­li­śmy, ja zaczę­łam krzy­czeć, że roz­wód jej rodzi­ców jest głupi, a ona odwrza­snęła: Jess, czy ty tego nie rozu­miesz? Praw­dziwe życie nie ma szczę­śli­wego zakoń­cze­nia. W praw­dzi­wym życiu moi rodzice się roz­wiodą, a twoja kuzynka ni­gdy nie wróci do domu! Wyba­czy­łam jej te słowa dopiero po wielu tygo­dniach, ale jakie to miało teraz zna­cze­nie? Miała rację.

Pas bez­pie­czeń­stwa był mocno zaci­śnięty wokół mojego ramie­nia. Dzien­ni­ka­rze wyglą­dali na żąd­nych krwi.

– Pod­jedź od tyłu – zapro­po­no­wa­łam tacie.

Kiw­nął głową w mil­cze­niu i zaczął krę­cić kie­row­nicą. Kiedy samo­chód pod­sko­czył na progu zwal­nia­ją­cym, mama zła­pała się deski roz­dziel­czej. Nie musiała nic mówić – wystar­czył ten gest.

– Prze­pra­szam – rzekł tata.

Zapar­ko­wa­li­śmy przy wąskiej, wybo­istej uliczce z tyłu domu. Było tutaj pusto, sły­sze­li­śmy tylko szcze­ka­nie jakie­goś psa. Wysie­dli­śmy z samo­chodu. W powie­trzu uno­siła się deli­katna mgła, ale mimo to mogłam dostrzec miej­sce, w któ­rym koń­czyła się ulica, a zaczy­nała się poro­śnięta krza­kami ścieżka. Pro­wa­dziła do torów linii kole­jo­wej, jed­nak pociągi pośpieszne wcale się tutaj nie zatrzy­my­wały. Pamię­tam, że Abi­gail zawsze chciała tam iść. Ni­gdy nam na to nie pozwo­lono, cio­cia Anne była nie­ugięta – kie­dyś jakaś dziew­czynka spa­dła ze znaj­du­ją­cego się tam mostu. Mimo wszystko Abi­gail sta­wała tam i gapiła się na tory, aż wresz­cie łapa­łam ją za rękę i cią­gnę­łam do tyłu, w górę ulicy, do skle­piku albo na plac zabaw.

Koperta w dłoni mamy była już zgnie­ciona, na kre­mo­wym papie­rze znaj­do­wały się fałdy. Podała mi kartę i spoj­rzała na dom, na ściany z brą­zo­wej cegły i białe okna. Scho­wała ręce do kie­szeni, tak jakby szu­kała drob­nia­ków albo bile­tów auto­bu­so­wych.

– Czego szu­kasz? – spy­tał tata.

– Ja nie… niczego. – Mama wzięła ode mnie kartę.

Tata prze­je­chał dło­nią po zaro­ście na policzku, tak jakby chciał wygła­dzić sytu­ację mię­dzy sobą a mamą.

– Po pro­stu wejdźmy do środka – powie­dzia­łam.

Nacią­gnę­łam rękawy bluzy i scho­wa­łam kciuki w man­kie­tach – ten gest zawsze dener­wo­wał mamę. Teraz jed­nak nie sko­men­to­wała, po pro­stu zapięła zamek płasz­cza i weszła przez małą drew­nianą bramę, pro­wa­dzącą do ogrodu z tyłu domu cioci i wujka. Poszłam za nią, a tata ruszył jako ostatni, uważ­nie zamknął za sobą bramę, tak jakby w środku znaj­do­wało się coś, co mogłoby chcieć uciec. Weszli­śmy na śli­ski taras i mama zapu­kała do szkla­nych drzwi. Z wewnątrz dobie­gły nas jakieś odgłosy, zoba­czy­łam poru­sza­jące się kształty. Cze­ka­li­śmy.

– Zapu­kaj raz jesz­cze – popro­sił tata. – Może nie sły­szeli.

– Anne wie, że przyj­dziemy od strony ogrodu. Napi­sa­łam do niej z samo­chodu.

– No cóż, i tak zapu­kaj ponow­nie. – Wła­śnie wycią­gał rękę, by zapu­kać nad jej ramie­niem, gdy drzwi się otwo­rzyły i sta­nęła w nich cio­cia Anne.

Spo­dzie­wa­łam się, że będzie pro­mie­niała ze szczę­ścia. A ona miała pod­krą­żone oczy i nie­zdrowo zaru­mie­nione policzki – tak jak świeżo upie­czony rodzic. Była tro­chę potar­gana i blada. Pró­bo­wa­łam spoj­rzeć ponad jej ramie­niem, żeby dostrzec Abi­gail.

Ciotka zapro­siła nas do środka, weszli­śmy do dusz­nej kuchni. Tata nadep­nął mi na piętę i wymam­ro­tał prze­pro­siny, ja byłam wci­śnięta w dra­piący weł­niany płaszcz mamy. Sta­li­śmy stło­czeni mię­dzy nie­bie­skimi meblami kuchen­nymi a lśnią­cymi płyt­kami na ścia­nie. Mama nie podała karty żad­nej kon­kret­nej oso­bie, ale wresz­cie wujek Robert wycią­gnął rękę i ją od niej ode­brał. Bliź­niaki wpa­try­wały się we mnie wiel­kimi oczami. Woda w czaj­niku się zago­to­wała, kilka razy coś w nim stuk­nęło i się wyłą­czył. Na stole stały czy­ste kubki i dzba­nek mleka, jed­nak nikt nie wstał, żeby nalać gorą­cej wody.

Roz­pię­łam rzep kurtki, robiąc w pomiesz­cze­niu ogromny hałas. Było tu za gorąco, o wiele za gorąco. Odgar­nę­łam grzywkę z twa­rzy. Obok cioci Anne, w drzwiach na kory­tarz, stała jakaś postać.

Nie potra­fi­łam ode­rwać od niej wzroku. Mimo wszystko nikt się nie poru­szył.

Powie­dzieli, że będzie wyglą­dać ina­czej, ale moim zda­niem wyglą­dała tak samo. W porządku, była blada i z pew­no­ścią ważyła teraz wię­cej ode mnie, była też niż­sza. Miała włosy dziw­nego koloru i była dość ory­gi­nal­nie ubrana. W marsz­czą­cych się leg­gin­sach i wiel­kiej koszuli wujka jej syl­wetka wyglą­dała nie­cie­ka­wie, kolo­ry­stycz­nie też było kiep­sko, ale dla mnie to wszystko sta­no­wiło jedy­nie kostium, przez który dosko­nale mogłam ją dostrzec. Prze­pchnę­łam się obok mamy, obok krze­seł, stołu i cze­ka­ją­cego czaj­nika.

Zatrzy­ma­łam się przed nią. Sły­sza­łam, jak nabiera powie­trza i je wypusz­cza – mogłoby się zda­wać, że oddy­chała jed­no­cze­śnie ze mną. Wytrzy­my­wa­łam jej wzrok, ona wytrzy­my­wała mój.

– Witaj w domu, Abi­gail – powie­dzia­łam.

W całej tej prze­pa­ści cza­so­wej mia­łam wra­że­nie, że tamte lata się koń­czą, że zaczy­nają się powoli nawi­jać. Nastą­piła bar­dzo krótka cisza, a potem:

– Cześć, Jess – odparła.

Uśmiech­nę­łam się i wypo­wie­dzia­łam magiczne słowa sprzed bar­dzo dawna, gdy były­śmy naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami. Słowa, które dzia­łały w taki sam spo­sób, nawet gdy mia­ły­śmy już po pięt­na­ście lat.

– No to chodź – rze­kłam. – Chodźmy do two­jego pokoju.

***

Dom pach­niał tak samo jak zawsze – sosną z jakie­goś środka do mycia, ole­jem i tro­ci­nami z kom­bi­ne­zonu robo­czego wujka. Gdy wcho­dzi­ły­śmy po scho­dach, uno­sił się za nami cichy głos cioci:

– … dom był pusty, poli­cji nie udało się go zna­leźć… – Pozwo­li­łam, by te słowa się od nas odbiły.

Zatrzy­ma­ły­śmy się na pół­pię­trze. Przez otwarte drzwi od pokoju chłop­ców widać było pię­trowe łóżko, obok znaj­do­wała się sypial­nia cioci i wujka. Naprze­ciwko była łazienka, a na końcu kory­ta­rza pokój dla gości. Abi­gail wska­zała drzwi po pra­wej.

– Tu jest mój pokój.

Miała rację. Znaj­do­wał się tu od zawsze. Nie spo­dzie­wa­łam się jed­nak żad­nych zmian. Popchnęła drzwi i zapro­wa­dziła mnie do środka. Obrazki, misie, gry plan­szowe, książki. Ska­kanki, koty­liony, nie­bie­ski kró­lik u wez­gło­wia. Arty­kuły, doku­menty, pla­katy z cza­sów poszu­ki­wań znik­nęły, po raz kolejny roz­ło­żone zostały rze­czy nale­żące do ośmio­let­niej Abi­gail.

Sta­łam w drzwiach, na progu, tak jakby moje wej­ście do tego pokoju miało spra­wić, że czar pry­śnie. A potem, naj­de­li­kat­niej jak potra­fi­łam, weszłam do środka i sta­nę­łam obok Abi­gail przy jej toa­letce z dzie­ciń­stwa. Na wypo­le­ro­wa­nym drew­nie mała szklana żabka sie­działa na pod­kładce w kształ­cie lilii, wyba­łu­szone oczy były zezo­wate i wyglą­dały głu­pio.

– Albert McSkrzek – powie­działa.

Wzię­łam go do ręki, zro­bi­łam nim kilka sko­ków po toa­letce i deli­kat­nie poło­ży­łam obok Abi­gail. Gdy prze­je­chała pal­cem po łagod­nym zakrzy­wie­niu jego grzbietu, zauwa­ży­łam ślady niko­tyny na jej opuszku – nasz dzia­dek zawsze miał takie palce.

– Kum-kum – powie­działa.

Uśmiech­nę­łam się sze­roko.

Spoj­rzała na mnie, tak jakby pró­bo­wała zgad­nąć, co teraz zro­bię. Nad jej łóż­kiem znaj­do­wała się książka, którą zawsze czy­ta­ły­śmy. Baśnie braci Grimm. Wyję­łam ją, usia­dłam na łóżku, a gdy Abi­gail usia­dła obok mnie, otwo­rzy­łam tom mię­dzy nami, kła­dąc go na naszych kola­nach. Wyczu­wa­łam zapach potu nasto­latki, prze­chy­li­łam się w jej stronę i wtedy mate­rac się zapadł. Wie­dzia­łam, że nie chce być przy­tu­lana, jesz­cze nie teraz, pozwo­li­łam jed­nak, by nasze ramiona się zetknęły, by jej potar­gane włosy poła­sko­tały mnie po policzku. Kiedy prze­wra­ca­ły­śmy strony w hip­no­tycz­nym ryt­mie, migały przed nami całe światy, histo­rie, któ­rymi dawno temu żyły­śmy. Ni­gdy nie pozwo­li­łam sobie o nich zapo­mnieć. Czu­łam jej cie­pło na mojej ręce.

– Kie­dyś je sobie czy­ta­ły­śmy – przy­po­mnia­łam.

Pogła­dziła dło­nią obrazki – piękne akwa­rele, które tak dobrze zna­łam.

– Żabi król – powie­działa. – Jaś i Mał­go­sia.

Pamię­tała. Ulga przy­po­mi­nała małe bąbelki w mojej piersi. Pochy­li­łam się i pomo­głam jej prze­wra­cać kartki.

– Tę zawsze lubi­łaś – tę o ośle i kocie. Muzy­kanci z Bremy.

– Tak. Ze zło­dzie­jami.

Znowu zaczę­łam odwra­cać strony, szu­ka­jąc kolej­nych opo­wie­ści, które mogła znać, takich, pod wpły­wem któ­rych by się uśmiech­nęła.

– Nie­które były prze­ra­ża­jące – przy­zna­łam. – Ale ty ni­gdy się nie bałaś.

Nagle Abi­gail pozwo­liła, by książka ześli­zgnęła się jej z kolan, i zerwała się z łóżka. Mate­rac się prze­su­nął, musia­łam zła­pać rów­no­wagę. Co się stało? Tak jakby jakieś moje słowo ją dotknęło, o coś zaha­czyło. Pode­szła do okna i odsu­nęła zasłony, wyj­rzała na wąską uliczkę, na któ­rej zapar­ko­wa­li­śmy. Tak jakby na­dal się zasta­na­wiała, kiedy przy­je­cha­li­śmy. A może cze­kała na kogoś innego?

Drzwi od pokoju zaskrzy­piały, pod­sko­czy­łam.

– Dziew­czynki?

Mama przy­szła spraw­dzić, co u nas. Zegar na sto­liku noc­nym wska­zy­wał za dzie­sięć osiem­na­stą. Wie­dzia­łam, że wkrótce będziemy musieli wra­cać do domu. Mama twier­dziła, że za pierw­szym razem nie możemy zbyt długo sie­dzieć. Nie chcie­li­śmy prze­cież zde­ner­wo­wać ani zmę­czyć Abi­gail. Ani nas samych. Oczy mamy mówiły: Nie martw się, będzie łatwiej, ona wciąż się przy­zwy­czaja, nie miej jej tego za złe…

Nie rozu­miesz?, chcia­łam jej odpo­wie­dzieć. Mię­dzy nami wszystko jest takie samo. Ani ja się nie zmie­ni­łam, ani ona. Ale Abi­gail nie odzy­wała się ani sło­wem, stała tylko z czo­łem przy­ci­śnię­tym do okna. W tej chwili dostrze­głam ją taką, jaką widziała ją moja mama – dziwną, obcą osobę, nie­wie­dzącą, co ze sobą zro­bić, cho­ciaż była tutaj, w domu, we wła­snym pokoju.

Cicho wsta­łam i odło­ży­łam książkę na półkę. Czu­łam się pusta. Nie byłam nawet w sta­nie się poże­gnać, prze­ły­ka­łam tylko ślinę, gdy moja kuzynka się odwró­ciła i oparła dło­nie na para­pe­cie okna. Nie było szans, żeby mama spo­dzie­wała się tego, co teraz nastąpi – mnie też to zasko­czyło. Były to słowa, które Abi­gail tak czę­sto wypo­wia­dała, kiedy miała osiem lat.

– Cio­ciu Lil­lian, pro­szę, czy Jess może zostać na noc?

***

Sie­dzia­ły­śmy w jej pokoju niczym małe myszy, pod­czas gdy na dole doro­śli się kłó­cili, pró­bu­jąc usta­lić, co robić. Nie pla­no­wali tego, nie mieli żad­nego planu dzia­ła­nia na taką sytu­ację. A co, jeśli to było o wiele za wcze­śnie – ale prze­cież Abi­gail oso­bi­ście o to popro­siła? Prze­wró­ci­łam oczami, a moja kuzynka zachi­cho­tała. Dosko­nale pamię­ta­łam ten śmiech.

Wresz­cie wujek Robert wsta­wił do jej pokoju łóżko polowe, a cio­cia Anne poście­liła w pokoju gościn­nym łóżko dla mamy i taty. Zna­la­zła dla nas zapa­sowe szczo­teczki do zębów, mogłam spać w koszulce. I tak zosta­li­śmy na noc. Wszy­scy pod jed­nym dachem.

Gdy sie­dzia­łam ze skrzy­żo­wa­nymi nogami na łóżku polo­wym, a mię­dzy nami na pod­ło­dze stała jej lampka z Myszką Miki, nie musia­łam się zasta­na­wiać, gdzie była, z kim, i co jej ten ktoś robił. Wystar­czyło mi, że ją widzia­łam. Wresz­cie cio­cia przy­pro­wa­dziła bliź­niaki, żeby życzyć sobie dobrej nocy. Chłopcy sta­nęli w drzwiach. Kiedy Abi­gail znik­nęła, chłopcy mieli tylko dzie­więć mie­sięcy, byli zbyt mali, by cokol­wiek pamię­tać. Ja jed­nak dosko­nale wszystko pamię­ta­łam. Słu­cha­ły­śmy, jak doro­śli hała­sują w swo­ich poko­jach, szy­ku­jąc się do snu. Kiedy w domu wresz­cie zapa­dła cisza, zosta­ły­śmy tylko my dwie.

– Są tu wszyst­kie twoje rze­czy – powie­dzia­łam, roz­glą­da­jąc się wokół. Tak jak­bym dopiero teraz zwró­ciła na to uwagę. Uklę­kłam na łóżku polo­wym i prze­je­cha­łam pal­cem po przy­pię­tych do ściany marsz­czo­nych koty­lio­nach. Teraz, z bli­ska, widzia­łam ślady po masie kle­ją­cej, do któ­rej Anne i Robert przy­cze­piali swoje notatki i zdję­cia.

Ten koty­lion był nagrodą za zaję­cie dru­giego miej­sca w kon­kur­sie tańca. Abi­gail miała wów­czas sie­dem lat. Zaśmia­łam się.

– Nie­na­wi­dzi­łaś baletu.

Podra­pała się po policzku.

– Wiem. Ale mama chciała, żebym na niego cho­dziła.

Usia­dłam z powro­tem.

– Uwiel­bia­łaś czy­tać, książki były dla cie­bie naj­waż­niej­sze. I pięk­nie ryso­wa­łaś. Bar­dzo czę­sto wymy­śla­ły­śmy wła­sne zabawy.

Poki­wała głową, usia­dła na swo­jej koł­drze.

– Pamię­tam. Jess, opo­wiedz mi raz jesz­cze, jak to mię­dzy nami było.

Więc opo­wie­dzia­łam. Mówi­łam jej o zaba­wach, które wymy­śla­ły­śmy, tych, w które się anga­żo­wa­ły­śmy za każ­dym razem, gdy była smutna. Prze­bie­ranki, uda­wa­nie, „pew­nego razu”. Nocami, gdy wza­jem­nie nie pozwa­la­ły­śmy sobie zasnąć, bo nie chcia­ły­śmy się ze sobą żegnać, wymy­śla­ły­śmy tysiące świa­tów. Kiedy opo­wia­da­łam, wra­cały do mnie skrawki innych wspo­mnień: kłót­nie, napady zło­ści, cio­cia Anne, która tra­ciła cier­pli­wość. Jed­nak nasze zabawy spra­wiały, że wszystko znowu było w porządku.

– Teraz może być tak samo – zapew­ni­łam. – Tak jak wcze­śniej. – Tyle czasu cze­ka­łam, żeby jej to powie­dzieć. Teraz były­śmy już razem i nic nie mogło nas zra­nić. Tak jak w tej zaba­wie w „ufasz mi?”. Nic wię­cej nie doda­łam, ale chyba wie­działa, o co mi cho­dziło. Cze­ka­łam na cie­bie.

Wtu­li­łam się w cie­pły śpi­wór. Moje powieki sta­wały się coraz cięż­sze, było mi tak cie­pło, czu­łam się taka szczę­śliwa. Sły­sza­łam jej spo­kojny, rów­no­mierny oddech. Po chwili wyłą­czy­łam lampę i leża­ły­śmy w łagod­nej ciem­no­ści. Być może na chwilę się zdrzem­nę­łam, bo kiedy następ­nym razem spoj­rza­łam na Abi­gail, sie­działa na swoim łóżku i wpa­try­wała się w ścianę, tak jakby to był tele­wi­zor albo scena. Widzia­łam ją w świe­tle wpa­da­ją­cym do pokoju z pół­pię­tra, prze­do­sta­ją­cym się pod drzwiami sypialni. W owej chwili nie wyglą­dała jak Abi­gail. Ja sama nie czu­łam się tak jak ja. Mię­dzy nami coś się zmie­niło, coś weszło do bańki, którą zro­bi­łam.

Może to wła­śnie dzięki temu zada­łam to pyta­nie. Odczu­łam nagłą potrzebę wypeł­nie­nia pustki. Na mojej skó­rze poja­wiła się gęsia skórka tak jak wtedy, gdy opo­wia­da­ły­śmy sobie straszne histo­rie i wty­ka­ły­śmy latarki pod brody. Teraz mój szept był zaspany i powolny:

– Abi­gail, jak to było?

Przez chwilę na­dal w bez­ru­chu wpa­try­wała się w ścianę. Zasta­na­wia­łam się, czy usły­szała moje pyta­nie, czy uda­wała, że nie sły­szy. Zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy ona nie zasnęła. Widzia­łam jed­nak jej świe­cące w ciem­no­ści oczy. Pochy­liła się w moją stronę i odwró­ciła głowę.

– Nijak – odparła.

Roz­dział piąty

Roz­dział piąty

Pią­tek, 31 maja, dzień 5

ANNE

Tam­tej nocy Abi­gail spała o wiele spo­koj­niej. Wiem o tym, bo ja nie spa­łam, cho­dzi­łam po pół­pię­trze, nasłu­chi­wa­łam długo po tym, jak Robert powie­dział, żebym poszła do łóżka. Wyobra­ża­łam je sobie tam, nasze dwie córki, śpiące razem tak jak wtedy, gdy były dziećmi. Od zawsze łączyły je takie rela­cje: nikt nie potra­fił ich uspo­koić tak jak one sie­bie. Więź mię­dzy nimi była nie­moż­liwa do zerwa­nia – nawet teraz. Gdy słu­cha­łam szep­tów Jess, moje serce wresz­cie zwol­niło i mogłam po cichu iść do swo­jego pokoju po dru­giej stro­nie kory­ta­rza. Zosta­wi­łam otwarte drzwi, wie­dzia­łam, że Abi­gail znaj­duje się tuż obok.

Kiedy się obu­dzi­łam, mia­łam w gło­wie jedną jasną myśl. Leżący obok mnie Robert na­dal spał, pod koł­drami jego masywne ciało przy­po­mi­nało kopiec. Pomy­śla­łam o Jess, która spała w pokoju Abi­gail, o Lil­lian i Fra­se­rze w pokoju obok, o tym, że wszy­scy byli­śmy tu razem. Dla­czego więc nie wyko­rzy­stać oka­zji? Nie będzie lep­szej szansy na poka­za­nie, ile ona dla nas zna­czy. Ostroż­nie, żeby nie obu­dzić męża, odsu­nę­łam koc i wyszłam z cie­pła. Naj­pierw zało­ży­łam bluzę na koszulę nocną, a potem się roze­bra­łam i porząd­nie ubra­łam. Wszy­scy jesz­cze spali, w domu pano­wał chłód. Zeszłam na dół.

W kuchni zaczę­łam otwie­rać każdą szafkę, wyję­łam miski, tale­rze, noże i łyżki. Wycią­gnę­łam wszyst­kie płatki, jakie tylko udało mi się zna­leźć. W kre­den­sie było pięć dże­mów o róż­nych sma­kach: tru­skaw­ko­wym, more­lo­wym, z czar­nej porzeczki, mali­no­wym i wiśnio­wym, ulu­bio­nym Abi­ga­ile. Usta­wi­łam wszyst­kie, żeby mogła wybrać, co zechce. Z tyłu szafki wyję­łam masel­niczkę – dosta­li­śmy ją z oka­zji ślubu i ni­gdy jej nie uży­li­śmy – i odwi­nę­łam twardą kostkę masła ze sre­berka. W lodówce zna­la­złam sok poma­rań­czowy, jabł­kowy i mleko; wysta­wi­łam jogurty, do każ­dego doda­łam łyżeczkę. Kiedy woda się zago­to­wała, zapa­rzy­łam duży dzba­nek her­baty, a z rolki ręcz­ni­ków kuchen­nych ode­rwa­łam osiem kawał­ków i zro­bi­łam z nich ser­wetki.

Usły­sza­łam kroki na scho­dach, deli­katne, ciche, i się wypro­sto­wa­łam. Poczu­łam, jak zalewa mnie fala miło­ści.

– Mamu­siu? – Byłam gotowa na przy­wi­ta­nie jej, mojej pięk­nej córki. Gdy drzwi do kuchni się otwo­rzyły, zoba­czy­łam blond włosy, chude ramiona, nagie stopy. – Mamu­siu? – Kształt był nie­ostry i roz­ma­zany. – Co się dzieje? – To nie Abi­gail. A Sam.

W porządku. Zmu­si­łam się do uśmie­chu.

– Chodź, usiądź tutaj. – Wycią­gnę­łam krze­sło. – Czy to nie wygląda pięk­nie?

Zaczął trzeć oczy, na jego czole poja­wiła się cie­niutka zmarszczka.

– Czy to dla cioci Lil­lian?

Pokrę­ci­łam głową. Po co o tym mówić? Tylko dla­tego, że spra­wi­łam, iż kuch­nia wygląda ide­al­nie?

– Nie. To dla Abi­gail. Śnia­da­nie powi­talne.

Popchnę­łam go do przodu i posa­dzi­łam na krze­śle. Godzina na mikro­fa­lówce się zmie­niła. Sam oparł łok­cie na stole, sto­pami wier­cił po gołej kuchen­nej posadzce.

– Mamu­siu, ja spa­łem. Obu­dzi­łaś mnie.

Na zewnątrz dopiero jaśniało – było zbyt wcze­śnie, by przy­je­chali dzien­ni­ka­rze – sły­sza­łam jed­nak śpiew kosów i skrzek kawek. W kuchni było chłodno, nie wie­dzia­łam, dla­czego boj­ler się nie włą­czył. Sam bawił się nożem, zosta­wiał kciu­kiem ślady na wypo­le­ro­wa­nym ostrzu.

– Samie – zaczę­łam. – Zostaw to. – Odło­żył nóż. Zegar na mikro­fali poka­zał 5:41. Wiem, absur­dal­nie wcze­śnie. Sam się wzdry­gnął, jego palce ześli­zgnęły się z noża, a potem ze stołu. – Mamu­siu – wymam­ro­tał. – Wra­cam do łóżka.

Cała rodzina poja­wiła się przy stole dopiero trzy godziny póź­niej – Lil­lian i Fra­ser, Robert i chłopcy, zie­wa­jąca Abi­gail w szla­froku, który jej dałam, a obok zaspana Jess, ścią­ga­jąca rękawy koszuli.

Abi­gail usia­dła do posiłku z resztą nas do swo­jej czę­ści płat­ków i tosta. Ze swo­jego miej­sca na dru­gim końcu stołu wyda­wała mi się zado­wo­lona – zajęta mle­kiem, masłem i dże­mem. Jedząc śnia­da­nie, odczu­wa­łam ulgę. Dopiero gdy zaczę­łam sprzą­tać, uświa­do­mi­łam sobie coś tak bole­snego, że poczu­łam ścisk w sercu. Nie­wiele zja­dła.

***

Resztę dnia spę­dziła owi­nięta w mój gruby różowy szla­frok, oglą­da­jąc tele­wi­zję i drze­miąc. Po wizy­cie Bra­dych była zmę­czona. Z kanapy słu­chała moich pytań: „czy chcesz pić”, „czy chcesz spać”, „czy pamię­tasz o swoim kró­liczku?”, „czy umiesz obsłu­gi­wać pilota?”. Odpo­wia­dała, nie zmie­nia­jąc wyrazu twa­rzy. Wie­dzia­łam, że za dużo wyma­gam, że ją duszę, mia­łam jed­nak wra­że­nie, jakby teraz na wierzch wycho­dziło sie­dem lat pra­gnie­nia bycia jej matką. Na każde z moich pytań odpo­wia­dała „tak”, zawsze jed­nak przed tym sło­wem była prze­rwa, krótka, pełna napię­cia.

Tak samo odpo­wie­działa na suge­stię Roberta. Pomysł, który cho­dził za nim przez cały tydzień, odkąd poja­wiły się pierw­sze nagłówki. Wie­dzia­łam, ile to dla niego zna­czyło. Chciał mieć moż­li­wość powie­dze­nia: pro­szę, oto my, rodzina, która ni­gdy się nie pod­dała, która ni­gdy nie prze­stała pró­bo­wać i dzię­ku­jemy za to, że wresz­cie nam ją odda­li­ście. To nie tak, że go nie rozu­mia­łam. Prze­cież moje śnia­da­nie miało sym­bo­li­zo­wać to samo, prawda? Gdy wkro­czył do naszego życia, obie­cał, że będzie ją chro­nić. Taki był waru­nek naszej miło­ści. Ostat­nie sie­dem lat spę­dził jed­nak z wyrzu­tami sumie­nia wywo­ła­nymi zła­ma­niem obiet­nicy danej Abi­gail. Teraz została jed­nak odna­le­ziona, była bez­pieczna w domu. Miał pełne prawo się z tego cie­szyć.

Gdy poru­szał ten temat z Abi­gail, bliź­niacy się wokół niego tło­czyli, sia­dali obok niego na opar­ciu fotela w salo­nie, a ja obser­wo­wa­łam ich wszyst­kich od drzwi.

Pod szla­fro­kiem Abi­gail na­dal miała koszulkę i leg­ginsy, w któ­rych spała. Nada­wały się już do pra­nia, ale nie kupi­li­śmy jej jesz­cze innych ubrań. Moja córka wró­ciła do domu, a my nie mie­li­śmy dla niej nawet ubrań.

Robert objął ręką ramię Lau­riego i zaczął łagod­nie prze­ma­wiać do Abi­gail, wyja­śniać jej wszystko, zapew­niać ją – wyj­dziemy tylko na kilka minut, niech zro­bią parę zdjęć, a ona nawet nie będzie musiała nic mówić, on przy­go­tuje oświad­cze­nie za nas wszyst­kich, takie, że zaak­cep­tuje je nawet sier­żant McCar­thy. Mógł to zała­twić jed­nym szyb­kim tele­fo­nem.

– I co, Abi­gail? Co o tym sądzisz?

Przy­tu­liła poduszkę i na niego spoj­rzała. Przez chwilę się wahała, nabrała powie­trze przez nos, spoj­rzała na mnie, a potem powie­działa: „tak”. Robert dodał, że w ten spo­sób z pew­no­ścią będzie łatwiej. Dzien­ni­ka­rze prze­staną na nas polo­wać i zosta­wią nasz dom w spo­koju – a jed­nak następ­nego ranka obu­dzi­łam się z bólem brzu­cha.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki