Wydawca: Ya! Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 188 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Białe jak śnieg - Salla Simukka

Po raz kolejny Salla Simukka udowadnia, że skandynawska sensacja nie ma sobie równych. Lumikki, niczym Sara Lund ze słynnego filmowego Dochodzenia, tropi sektę w samym sercu zabytkowej Pragi. Tym razem bohaterka trylogii Salli Simukki próbuje uratować młodą kobietę ze szponów niebezpiecznej grupy. W scenerii starego miasta, wśród krętych uliczek, rozgrywa się dramat, którego stawką jest życie. Czy Lumicce uda się ocalić dziewczynę, która twierdzi, że jest jej siostrą? Czy pokona szajkę planującą zbiorowe samobójstwo członków sekty?

Opinie o ebooku Białe jak śnieg - Salla Simukka

Fragment ebooka Białe jak śnieg - Salla Simukka

Sal­la Si­muk­ka

BIAŁE JAK ŚNIEG

przełożył Se­ba­stian Mu­sie­lak

Tytuł ory­gi­nału: Val­kea kuin lumi

Co­py­ri­ght © Sal­la Si­muk­ka, 2013

Ori­gi­nal edi­tion pu­bli­shed by Tam­mi Pu­bli­shers.

Po­lish edi­tion pu­bli­shed by agre­ement with Tam­mi Pu­bli­shers and Eli­na Ahl­back Li­te­ra­ry Agen­cy, Hel­sin­ki, Fin­land.

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Se­ba­stian Mu­sie­lak, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

16 czerw­caCZWAR­TEK

1

I’m only hap­py when it ra­ins.

Shir­ley Man­son za­pew­niała pul­sującym w uszach Lu­mik­ki głosem, że słucha tyl­ko smut­nych pio­se­nek i ko­cha wyłącznie złe wieści, a jej je­dyną po­ciechą jest czar­na noc. Z bez­chmur­ne­go nie­ba moc­no przy­pie­kało słońce. Tem­pe­ra­tu­ra do­cho­dziła do dwu­dzie­stu ośmiu stop­ni w cie­niu i po ple­cach Lu­mik­ki lał się pot. Spo­co­ne miała też ra­mio­na i łydki. Gdy­by do­tknęła języ­kiem dłoni, po­czułaby w ustach słony smak. Rze­mie­nie san­dałów cisnęły nie­miłosier­nie. Sto­py rwały się na wol­ność.

Lu­mik­ki przy­siadła na ka­mien­nym mur­ku i zdjęła buty. Pod­kur­czyła nogi i kiwała pal­ca­mi. Japońscy turyści dziw­nie na nią pa­trzy­li. Co, gołych stóp nie wi­dzie­liście, czy co? Dzień do­bry państwu, po­chodzę z kra­iny Mu­minków. One również chodzą boso.

Po­su­cha. Ani kro­pli desz­czu od pięciu dni.

Je­stem szczęśliwa tyl­ko, kie­dy pada. Lu­mik­ki nie mogła zawtórować Shir­ley, bo by skłamała. Była szczęśliwa, choć świe­ciło słońce. I nie tęskniła do kom­pli­ka­cji. Wca­le nie było jej do­brze je­dy­nie wówczas, gdy spra­wy przy­bie­rały zły obrót. Shir­ley, sama się nu­rzaj w tych mrocz­nych kli­ma­tach. Lu­mik­ki wyłączyła mu­zykę. Jej uszy na­tych­miast wypełnił tu­ry­stycz­ny zgiełk.

Włoski, hisz­pański, an­giel­ski z ame­ry­kańskim ak­cen­tem, nie­miec­ki, fran­cu­ski, japoński, ro­syj­ski... Lu­mik­ki nie mogła wyłowić z tej języ­ko­wej ka­ko­fo­nii po­je­dyn­cze­go słowa, tym bar­dziej całego zda­nia. Tak zresztą było le­piej – oszczędzało jej to bier­ne­go uczest­nic­twa w jałowych roz­mo­wach, w których po­wta­rza­no ciągle te same banały. Lu­mik­ki do­brze wie­działa, co mówią w tej chwi­li wszy­scy turyści.

„Co za wi­dok!”

Praw­da. Trud­no za­prze­czyć. Nie­sa­mo­wi­ta pa­no­ra­ma Pra­gi. Czer­wo­ne da­chy, zie­lo­ne drze­wa, wieże kościołów, mo­sty, mie­niąca się słońcem Wełtawa. Wi­dok, który za­pie­rał Lu­mik­ki dech w pier­siach. Była tu od pięciu dni i wciąż nie miała dosyć. Co dzień wcho­dziła na inny punkt wi­do­ko­wy tyl­ko po to, żeby pa­trzeć z góry na mia­sto i na­pa­wać się nie­wytłuma­czal­nym szczęściem.

Ta­kie szczęście bie­rze się z po­czu­cia wol­ności, ode­rwa­nia i sa­mot­ności. Lu­mik­ki przy­je­chała do Pra­gi sama. Nie mu­siała się ni­ko­mu spo­wia­dać. Nikt do niej nie dzwo­nił i nie pytał o rozkład dnia. Nie miała żad­nych obo­wiązków. O nad­chodzącym roku ma­tu­ral­nym i ewen­tu­al­nej pra­cy na resztę wa­ka­cji pomyśli po po­wro­cie do Fin­lan­dii. Tym­cza­sem jest tyl­ko ona, lejący się z nie­ba żar i mia­sto, które głęboko od­dy­cha hi­sto­rią.

Szes­na­sty czerw­ca. Lu­mik­ki ma jesz­cze ty­dzień na zwie­dza­nie Pra­gi, a po­tem wróci do Fin­lan­dii na tra­dy­cyj­ny zjazd ro­dzi­ny ojca w noc świętojańską, or­ga­ni­zo­wa­ny w tym roku na wy­sep­ce nie­da­le­ko Tur­ku. Oj­ciec był prze­ko­na­ny, że Lu­mik­ki przy­je­dzie, więc nie miała ser­ca mu odmówić. Zda­je się, że nie ma żad­nych planów na ju­han­nu­sa? Nie wy­najęła na ten week­end dom­ku z koleżan­ka­mi i ko­le­ga­mi z kla­sy. Czy po­ja­wił się ktoś wyjątko­wy i Lu­mik­ki miała w związku z tym ja­kieś inne pla­ny?

Nie, nic ta­kie­go. Najchętniej jed­nak spędziłaby ju­han­nu­sa sama na stan­cji, wsłuchując się w ciszę. Nie tęskniła za przyśpiew­ka­mi przy wódce, za młody­mi ziem­nia­ka­mi ani za śle­dziem. Nie miała naj­mniej­szej ocho­ty od­gry­wać roli grzecz­nej córuni z do­bre­go li­ceum, bez prze­rwy się uśmie­chać, uczest­ni­czyć w po­gawędkach o ni­czym, udzie­lać wy­mi­jających od­po­wie­dzi na py­ta­nia o przyszłość i o chłopa­ka, od­py­chać zbyt gor­li­wie garnących się do ści­ska­nia przy­szy­wa­nych wujków.

Ro­zu­miała jed­nak, że oj­ciec chciałby ją tam wi­dzieć. Mat­ka również. Lu­mik­ki wyszła ze szpi­ta­la za­le­d­wie trzy mie­siące temu. Zo­stała po­strze­lo­na, na szczęście kula tyl­ko drasnęła udo. Gor­sze były od­mrożenia, których na­ba­wiła się, leżąc nie­przy­tom­nie w śnie­gu. A wszyst­ko przez to, że przy­pad­ko­wo na­depnęła na od­cisk han­dla­rzom nar­ko­tyków, gdy na prośbę koleżanki ze szkoły, Eli­sy, próbowała wyjaśnić powiąza­nia jej ojca i ta­jem­nicę pod­rzu­co­ne­go do ich ogródka pla­sti­ko­we­go wor­ka pełnego za­krwa­wio­nych bank­notów. Spra­wa sko­rum­po­wa­ne­go po­li­cjan­ta z wy­działu antynar­ko­tykowego do­pro­wa­dziła w końcu Lu­mik­ki na eks­klu­zyw­ne przyjęcie człowie­ka zna­ne­go jako Biały Niedźwiedź. Tam do­wie­działa się, że pod tym pseu­do­ni­mem ukry­wają się w isto­cie dwie ko­bie­ty, iden­tycz­ne bliźniacz­ki. Lu­mik­ki mu­siała ucie­kać z przyjęcia, bo roz­po­znał ją Bo­rys Sokołow, człowiek Białego Niedźwie­dzia.

Dzięki jej ze­zna­niom Sokołow i oj­ciec Eli­sy tra­fi­li za krat­ki, jed­nak na Białego Niedźwie­dzia po­li­cja nic nie miała. Wszyst­ko to działo się na początku mar­ca, a gdy było już po wszyst­kim, Lu­mik­ki obie­cała so­bie, że od te­raz nie będzie się już nig­dy mie­szać do cu­dzych spraw. Ści­ga­no ją, strze­la­no do niej i o mały włos nie prze­ro­bio­no na mrożonkę.Dzięki, wy­star­czy. Dosyć krwi. Dosyć nerwów i ucie­ka­nia po ubi­tym śnie­gu w śli­zgających się gla­nach.

Ro­dzi­ce chcie­li na jakiś czas za­trzy­mać Lu­mik­ki w domu, w Rii­himäki. Za­mie­rza­li na­wet roz­wiązać umowę wy­naj­mu jej ka­wa­ler­ki, ale nie zgo­dziła się na to. Wiosną roz­no­siła ga­ze­ty, aby częścio­wo po­kryć czynsz z własnej kie­sze­ni, czym prze­ko­nała ro­dziców do za­trzy­mania stan­cji „na wszel­ki wy­pa­dek”. Jed­nak w pierw­szych ty­go­dniach po wyjściu ze szpi­ta­la mogła je­dy­nie zaglądać tam od cza­su do cza­su – o sa­mo­dziel­nym miesz­ka­niu w Tam­pe­re nie było mowy. Przy­stała na to i dojeżdżała do szkoły pociągiem. Później jed­nak zaczęła zo­sta­wać w ka­wa­ler­ce na Tam­me­li na noc i stop­nio­wo prze­wo­ziła tam z po­wro­tem swo­je rze­czy, aż w maju oświad­czyła ro­dzicom, że od tej pory będzie przy­jeżdżać do Rii­himäki je­dy­nie w od­wie­dzi­ny. Ko­niec te­ma­tu. Ro­dzi­ce nie mie­li nic do po­wie­dze­nia. Nie mo­gli prze­cież za­trzy­mać w domu pełno­let­niej córki. Lu­mik­ki opłacała czynsz ze swo­ich oszczędności i nie­wiel­kie­go sty­pen­dium. W wa­ka­cje po­sta­no­wiła się gdzieś wy­rwać. Za­re­zer­wo­wała so­bie tani lot do Pra­gi, zna­lazła przez in­ter­net nie­dro­gie schro­ni­sko młodzieżowe, spa­ko­wała do ple­ca­ka je­dy­nie naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy i po­je­chała.

Le­d­wie sa­mo­lot wy­star­to­wał, Lu­mik­ki po­czuła wielką ulgę. Cho­ciaż na chwilę wy­rwie się z Fin­lan­dii. Uwol­ni od męczącej na­do­pie­kuńczości ro­dziców. Od nagłych skoków tętna na wi­dok każdego mężczy­zny w ciem­nym ubra­niu. Lu­mik­ki zma­gała się ze stra­chem przez całe życie. Nie cier­piała się bać. Gdy wy­sia­dała z sa­mo­lotu na lot­ni­sku w Pra­dze, czuła, że ciężkie jarz­mo lęku już nie­co zelżało. Że się wy­pro­sto­wała i pew­niej sta­wia kro­ki.

Dla­te­go była szczęśliwa. Dla­te­go obróciła te­raz twarz do słońca, za­mknęła oczy i z uśmie­chem de­lek­to­wała się za­pa­cha­mi środ­ko­wo­eu­ro­pej­skie­go mia­sta. Wyciągnęła z ple­ca­ka wi­dokówkę z mo­stem Ka­ro­la w noc­nej ilu­mi­na­cji. Po­sta­no­wiła na­pi­sać kil­ka słów do Eli­sy – a w za­sa­dzie do Jen­ny, bo po wy­da­rze­niach z mar­ca obie z matką zmie­niły dla bez­pie­czeństwa imio­na i na­zwi­sko. W świe­cie nar­ko­biz­ne­su grało się o bar­dzo wy­so­kie staw­ki i ry­zy­ko było ogrom­ne. Jed­nak Lu­mik­ki w myślach wciąż na­zy­wała koleżankę jej daw­nym imie­niem.

Eli­sa z matką prze­niosły się do Oulu, gdzie Jen­na cho­dziła do szkoły fry­zjer­skiej. Od cza­su do cza­su pisała, co u niej słychać. Zde­cy­do­wała się wresz­cie od­wie­dzić ojca w więzie­niu i po­dob­no nie było wca­le tak źle, jak się oba­wiała. Czuła, że musi zo­ba­czyć tatę i z nim po­roz­ma­wiać. W li­stach robiła na Lu­mik­ki wrażenie za­ska­kująco spo­koj­nej i bar­dziej doj­rzałej niż po­przed­nio. Po wy­da­rze­niach mar­co­wych Eli­sa mu­siała szyb­ko wy­do­rośleć i na­uczyć się od­po­wie­dzial­ności. Prze­stała być królową im­prez i córeczką ta­tu­sia, a naj­dziw­niej­sze w tym wszyst­kim było to, że nowa tożsamość pa­so­wała jej znacz­nie le­piej niż po­przed­nia. Lu­mik­ki była pew­na po­dzi­wu, że Eli­sa tak do­brze się od­na­lazła w zupełnie no­wej dla sie­bie rze­czy­wi­stości.

W za­sa­dzie to ona sfi­nan­so­wała wy­cieczkę Lu­mik­ki do Pra­gi, wysyłając jej tysiąc euro z tych trzy­dzie­stu tysięcy, które zna­lazła w wor­ku na swo­jej działce. Lu­mik­ki po­wie­działa ro­dzi­com, że opłaciła wy­jazd z własnych oszczędności. Rze­czy­wiście je miała, ale dzięki Eli­sie nie mu­siała z nich ko­rzy­stać. Wolała jak naj­szyb­ciej wydać pie­niądze, na których była ludz­ka krew. Choć leżały bez­piecz­nie pod dru­gim dnem szu­fla­dy, nie dawały Lu­mik­ki spo­ko­ju.

Coś przesłoniło słońce. Na za­pach mia­sta nałożył się na­gle moc­ny aro­mat ka­dzi­dełka z nutą ko­nop­ne­go mydła. Lu­mik­ki otwo­rzyła oczy. Obok niej stała około dwu­dzie­sto­let­nia dziew­czy­na w białych lnia­nych spodniach i luźnej blu­zie z długi­mi ręka­wa­mi z tej sa­mej tka­ni­ny. Kasz­ta­no­we włosy związane w dwa war­ko­cze miała upięte na czub­ku głowy. Jej sza­re oczy spoglądały na Lu­mik­ki nie­pew­nie. Dziew­czy­na ner­wo­wo międliła pal­ca­mi pa­sek po­ciem­niałej ze sta­rości skórza­nej to­reb­ki.

Lu­mik­ki po­czuła lek­kie roz­drażnie­nie.

Tak, to ta sama dziew­czy­na, którą do­strze­gała w tłumie tu­rystów już od dwóch dni i która przyglądała się jej uważnie, sądząc za­pew­ne, że Lu­mik­ki tego nie wi­dzi. Ona jed­nak zwróciła na to uwagę, bo dziw­nym zbie­giem oko­licz­ności dziew­czy­na zja­wiała się w tych sa­mych punk­tach wi­do­ko­wych wte­dy, kie­dy ona. Wyglądała na może dwa lata starszą od Lu­mik­ki i chy­ba także zwie­dzała mia­sto w po­je­dynkę. Znu­dzo­na sa­mot­nym podróżowa­niem hip­ster­ka, która szu­ka chętnych na pójście do par­ku, żeby na kocu przy ta­nim, ciepłym wi­nie roz­pra­wiać o głębo­kiej współzależności wszyst­kie­go we wszechświe­cie.

Można i tak, ale Lu­mik­ki przy­je­chała do Pra­gi aku­rat po to, żeby pobyć sama. Nie miała ocho­ty na za­wie­ra­nie no­wych zna­jo­mości.

Dziew­czy­na otwo­rzyła usta, Lu­mik­ki zaczęła więc szyb­ko układać w myślach zwięzły i uprzej­my, ale chłodny ko­mu­ni­kat, żeby ją spławić. Chłód działa za­wsze, bez pudła.

Gdy jed­nak z ust hip­ster­ki padło kil­ka szwedz­kich słów, Lu­mik­ki do­stała gęsiej skórki i po­czuła na ple­cach zim­ny pot, choć z nie­ba lał się żar.

– Chy­ba je­stem twoją siostrą.

Je­stem twoją krwią. Je­stem two­im ciałem. Je­steś moją krwią. Je­steś moim ciałem.

Sta­no­wi­my jedną ro­dzinę. Je­steśmy mat­ka­mi i oj­ca­mi, ro­dzi­ca­mi i dziećmi, sio­stra­mi i braćmi, ciot­ka­mi i wu­ja­mi, stry­ja­mi i krew­ny­mi. Płynie w nas ta sama krew i ta sama wia­ra, moc­niej­sza niż skała i głębsza niż oce­an. Bóg wy­brał nas na członków tej sa­mej ro­dziny, tej sa­mej świętej społecz­ności.

Chwyćmy się za ręce. Sio­stry i bra­cia, nasz czas niedługo nastąpi. Je­zus nas we­zwie, a my bez wa­ha­nia przyj­mie­my Jego we­zwa­nie. Nie będzie­my się bać, gdyż na­sza wia­ra jest sil­na.

Na­sza wia­ra jest biała jak śnieg. Jest czy­sta i ja­sna. Nie ma w niej miej­sca na zwątpie­nie. Na­sza wia­ra jest światłem, które swą ja­snością oślepi grzesz­ników. Spa­li ich swym żarem.

Je­steśmy ro­dziną, która będzie za­wsze trzy­mać się ra­zem. Je­steśmy Świętą Białą Ro­dziną i wkrótce Bóg nas wy­na­gro­dzi za naszą cier­pli­wość.

2

Dziew­czy­na błądziła spoj­rze­niem po ka­wiar­nia­nych sto­li­kach, ta­ra­so­wych pa­ra­so­lach i twa­rzach tu­rystów. Szczupłymi, białymi pal­ca­mi nie­spo­koj­nie gładziła szklankę wody z lo­dem, po­zo­sta­wiając smu­gi na oszro­nio­nej po­wierzch­ni. Upiła za­le­d­wie mały łyk. Lu­mik­ki w tym cza­sie zdążyła opróżnić już dwie pełne szklan­ki, które były do­dat­kiem do jej espres­so.

Wy­brały tę strasz­nie drogą ka­wia­renkę dla tu­rystów na zam­ko­wym dzie­dzińcu, bo w po­bliżu nie było in­ne­go przy­ja­zne­go miej­sca. Lu­mik­ki miała mętlik w głowie. Nie wie­działa, jak ubrać w słowa dzie­siątki kotłujących się w niej pytań.

– Po­win­nam chy­ba spróbować jakoś to wytłuma­czyć – dziew­czy­na nie­pew­nie ode­zwała się po szwedz­ku.

Właśnie tak, raz po­proszę.

Lu­mik­ki nie po­wie­działa jed­nak tego na głos, niech dziew­czy­na sama się wy­po­wie. Nie za­da­waj po­moc­ni­czych pytań – upo­mniała się w myślach.

– Ja... Czy mogę mówić po an­giel­sku? Mój szwedz­ki jest trochę... kiep­ski.

Lu­mik­ki skinęła głową. Dziew­czy­na mówiła z sil­nym cze­skim ak­cen­tem, szwedz­ki nie był jej języ­kiem oj­czy­stym. Na pew­no jed­nak nie bez po­wo­du zde­cy­do­wała się za­cze­pić Lu­mik­ki aku­rat w tym języku.

– Je­stem Len­ka – przed­sta­wiła się po an­giel­sku. – Mam dwa­dzieścia lat.

Lu­mik­ki spoj­rzała na pal­ce dziew­czy­ny, wciąż ner­wo­wo obej­mujące szklankę. Na pra­wym ser­decz­nym do­strzegła le­d­wo wi­doczną pręgę. Jak­by po obrączce albo pierścion­ku. Len­ka po­wie­działa jej, że miesz­ka w Pra­dze od uro­dze­nia. Dzie­ciństwo i okres do­ra­sta­nia spędziła z matką, która zmarła, gdy dziew­czy­na miała piętnaście lat. Mat­ka zginęła w wy­pad­ku. Uto­piła się nocą w rze­ce.

Głos Len­ki zmie­nił się i ucichł. Dziew­czy­na pa­trzyła chwilę na ka­tedrę po­nad głowa­mi tu­rystów, po czym dokończyła:

– A po­tem... ktoś się mną za­opie­ko­wał. Mam te­raz nową ro­dzinę.

– Masz męża? – spy­tała Lu­mik­ki.

Len­ka pokręciła gwałtow­nie głową.

– Nie, nie, nic z tych rze­czy. Wzięli mnie do sie­bie do­brzy lu­dzie. Wie­rzysz w do­bro?

Dziew­czy­na zadała py­ta­nie tak nie­ocze­ki­wa­nie i z taką po­wagą, że Lu­mik­ki mu­siała upić łyk kawy, za­nim mogła od­po­wie­dzieć.

– Są do­bre postępki. I do­bre in­ten­cje. – Len­ka spoj­rzała jej pro­sto w oczy. Lu­mik­ki nie po­tra­fiła zin­ter­pre­to­wać tego wy­ra­zu twa­rzy. Zamyśle­nie czy złość? Wolałaby, żeby dziew­czy­na zaczęła po­wo­li prze­cho­dzić do rze­czy, ale nie chciała jej popędzać.

Jak­by czy­tając w jej myślach, Len­ka rzekła:

– Kie­dy byłam bar­dzo mała, mama nie chciała mi opo­wie­dzieć o ojcu, cho­ciaż py­ta­nia­mi do­pro­wa­dzałam ją pew­nie do szału. Po­wta­rzała mi w kółko, że nie mam taty. Wie­działam, że to kłam­stwo. Każdy ma ojca. W dniu mo­ich dzie­siątych uro­dzin po­sa­dziła mnie na krześle i sama opo­wie­działa mi o nim. Do­wie­działam się wte­dy, że w wa­ka­cje przed moim uro­dze­niem mama po­znała pew­ne­go tu­rystę. Mężczy­zna był Fi­nem i mówił po szwedz­ku. Na­zy­wał się Pe­ter An­ders­son.

Lu­mik­ki znów po­czuła na ple­cach zim­ny dreszcz, choć w ka­wiar­ni było gorąco jak w pie­kar­ni­ku. Bez­wied­nie zaczęła szu­kać cech ojca w fi­zjo­no­mii Len­ki. Czy jej pro­sty, wąski nos nie przy­po­mi­na trochę jego nosa? Ciem­ne brwi? Za­rys podbródka? Przez chwilę miała wrażenie, że za­miast twa­rzy Len­ki wi­dzi twarz ojca, ale ilu­zja szyb­ko prysnęła.

– Po­dob­no ro­mans był namiętny, ale krótki. Mężczy­zna miał żonę w kra­ju, ciąża była oczy­wistą wpadką. Jed­nak gdy mat­ka zo­rien­to­wała się, że będzie miała dziec­ko, po­sta­no­wiła je uro­dzić. Nie zde­cy­do­wała jed­nak, aby o swo­jej de­cy­zji po­in­for­mo­wać bio­lo­gicz­ne­go ojca. Fi­no­wi, czy­li mo­je­mu ojcu, po­sta­no­wiła o tym nie mówić. Pierw­sze moje zdjęcie posłała mu, gdy miałam już dwa lat­ka. – Len­ka prze­rwała na chwilę, by łap­czy­wie napić się kil­ka łyków wody. Lu­mik­ki miała wrażenie, że krzesło, na którym sie­dzi, za­czy­na się za­pa­dać. Słyszała słowa dziew­czy­ny, ale ni­jak nie mogła ufor­mo­wać z nich treści. Oj­ciec miał drugą córkę. Tu­taj. A ona starszą siostrę. – Oj­ciec chciał się ze mną spo­tkać, ale mat­ka się nie zgo­dziła. Przez lata przy­syłał li­sty, kart­ki, zdjęcia, drob­ne pre­zen­ty, pie­niądze. Mat­ka nie od­pi­sy­wała, więc od­zy­wał się co­raz rza­dziej, aż w końcu w ogóle prze­stał pisać. Ale wte­dy mat­ka opo­wie­działa mi tyl­ko o ojcu, a nie o jego li­stach. Te zna­lazłam sama, kie­dy miałam dwa­naście lat. Mat­ka trzy­mała je w sza­fie, w pu­dle z pościelą. Zdążyłam przeglądnąć tyl­ko kil­ka z nich i obej­rzeć parę pre­zentów, nim mat­ka weszła do po­ko­ju. Wściekła się na mnie, że bez py­ta­nia grze­bię w jej rze­czach. Wy­rwała mi pudło z rąk i wy­sy­pała całą za­war­tość do pie­cy­ka. Płakałam cały wieczór. – Len­ka mówiła bez­barw­nym, ci­chym głosem, ale drżące dłonie zdra­dzały, że tych kil­ka zdań spo­ro ją kosz­to­wało. Za­milkła na dłuższą chwilę, wyraźnie nie wiedząc, co po tym wszyst­kim mogłaby jesz­cze po­wie­dzieć.

Obok nich sie­działa hałaśliwa grup­ka włoskich li­ce­alistów, którzy pili colę i ro­bi­li za­wo­dy, kto najgłośniej bek­nie. Para Ame­ry­kanów otwar­cie na­rze­kała na trud­ności z prze­li­cze­niem cen na do­la­ry i usta­le­niem, co opłaca się kupić. Lu­mik­ki re­je­stro­wała to wszyst­ko, ale odgłosy zda­wały się do­bie­gać z od­da­li, jak­by z in­ne­go wy­mia­ru. Opo­wieść Len­ki jak za­cza­ro­wa­ny puz­zel wypełniła na­gle białą plamę w życio­ry­sie Lu­mik­ki. Od za­wsze bo­wiem czuła, że ro­dzi­ce coś przed nią ukry­wają. Cho­dziło o jakąś grubą sprawę, o której w ich domu się nie roz­ma­wiało, choć cza­sem po­wie­trze w miesz­ka­niu gęstniało tak, że le­d­wie dawało się od­dy­chać. Drażliwość ojca. Smut­ne, zapłaka­ne oczy mat­ki. Roz­mo­wy, które się ury­wały, kie­dy Lu­mik­ki wcho­dziła do po­ko­ju.

Mimo to Lu­mik­ki nie po­tra­fiła so­bie wy­obra­zić, aby jej oj­ciec mógł zro­bić coś ta­kie­go. Pe­ter An­ders­son był mężczyzną nad­zwy­czaj powściągli­wym, za­wsze po­praw­nym i opa­no­wa­nym. Wie­lu lu­dzi ma dwa ob­li­cza: ofi­cjal­ne i do­mo­we, które różnią się od sie­bie tym, że to dru­gie nie boi się oka­zy­wać smut­ku, zmęcze­nia i złości, ser­decz­ności i eu­fo­rii. Lu­mik­ki za­wsze wy­da­wało się, że oj­ciec ma wyłącznie jed­no, ofi­cjal­ne ob­li­cze. Wszędzie za­cho­wy­wał się tak samo. Jak za­ku­ty w twar­dy pan­cerz.

Czy mógłby mieć przed laty namiętny ro­mans? Czy był w ogóle zdol­ny do od­czu­wa­nia namiętności? Nig­dy słowem nie wspo­mniał, że był w Pra­dze. To dziw­ne. Z pew­nością chciałby pod­po­wie­dzieć córce, gdzie war­to pójść i co ko­niecz­nie po­win­na tam zo­ba­czyć. Len­ka opo­wia­dała jej o Pe­te­rze An­ders­so­nie, którego Lu­mik­ki nie znała. Na ra­zie jed­nak nic jej jesz­cze nie od­po­wie­działa. Bar­dzo możliwe, że oj­ciec miał ce­chy cha­rak­te­ru, z których jego córka w ogóle nie zda­wała so­bie spra­wy. Czy kie­dy­kol­wiek możemy po­wie­dzieć, że do­brze po­zna­liśmy dru­gie­go człowie­ka? Na­wet osobę nam naj­bliższą?

– Kie­dy mama zginęła, bałam się, że już nig­dy nie do­wiem się ni­cze­go o swo­im ojcu. W końcu wie­działam tyl­ko tyle, że to jakiś Pe­ter An­ders­son, który miesz­ka w Fin­lan­dii i mówi po szwedz­ku. Na­zwi­sko jest tak po­wszech­ne, że w su­mie nie­wie­le mogło pomóc. Aż na­gle zo­ba­czyłam cie­bie.

– Ale skąd wie­działaś? – Lu­mik­ki nie mogła po­wstrzy­mać py­ta­nia. – Prze­cież nig­dy wcześniej się nie spo­tkałyśmy.

Po raz pierw­szy w kąci­kach ust Len­ki po­ja­wił się nikły uśmiech.

– Za­nim mama spa­liła wszyst­kie li­sty i po­da­run­ki od ojca, zdążyłam zo­ba­czyć two­je zdjęcie. Miałaś na nim osiem lat. Na od­wro­cie było na­pi­sa­ne po szwedz­ku: „Two­ja sio­strzycz­ka Lu­mik­ki”. Tak mi to zdjęcie za­padło w pamięć, z naj­drob­niej­szy­mi szczegółami, że gdy tyl­ko cię zo­ba­czyłam, od razu wie­działam, że to ty. Wyglądałaś dokład­nie tak, jak na tam­tej fo­to­gra­fii. Chciałam się jed­nak upew­nić, więc dwu­krot­nie poszłam za tobą, żeby ci się przyj­rzeć. Mam na­dzieję, że nie je­steś zła?

Lu­mik­ki pokręciła głową. Chciała tym ru­chem cze­muś za­prze­czyć, ale sama nie była pew­na, cze­mu właści­wie.

Wie­działa na­to­miast, że od tej pory nic już nie będzie jak daw­niej.

3

Ten sam brązowy od­cień włosów, który skłaniał się bar­dziej ku chłod­nej sza­rości niż ciepłemu kasz­ta­no­wi. Len­ka miała długie włosy. Gdy­by roz­plotła upięte na głowie war­ko­cze, włosy sięgałyby jej na pew­no do pośladków. Lu­mik­ki była ostrzyżona na chłopa­ka, czy ra­czej na Ca­rey Mul­li­gan. Tyl­ko że z ko­lo­ru włosów nie należy wyciągać żad­nych wniosków. Tym bar­dziej, gdy jest to naj­pow­szech­niej­szy ko­lor włosów ko­biet w Eu­ro­pie Środ­ko­wej.

Sza­re oczy. U Len­ki trochę ciem­niej­sze niż u niej. Górna war­ga może po­dob­nie miękko za­oblo­na, gdy­by się bliżej przyj­rzeć. Jed­nak pro­por­cje twa­rzy były inne. Len­ka miała wyraźnie wyższe czoło, a Lu­mik­ki krótszy i mniej­szy nos.

Wzrost – mniej więcej jed­na­ko­wy. Len­ka była może o cen­ty­metr wyższa. Stały obok sie­bie przed lu­strem w ka­wiar­nia­nej to­a­le­cie i przyglądały się so­bie dokład­nie. Len­ka trzy­mała ją za ramię i Lu­mik­ki czuła się trochę nie­swo­jo. Nie lubiła do­ty­ku ob­cych. Zresztą na­wet pośród zna­jo­mych strzegła swo­jej pry­wat­nej prze­strze­ni i tyl­ko nie­licz­nym po­zwa­lała na zbliżenie czy do­tyk. Uścisk Len­ki był moc­ny, kur­czo­wy. Cera była równie biała jak pal­ce dłoni. Lu­mik­ki zdążyła się już trochę opa­lić.

Z wyglądu mogły ucho­dzić za sio­stry. Ale wca­le nie mu­siały. Żadna ce­cha nie wska­zy­wała jed­no­znacz­nie na ge­ne­tycz­ne po­kre­wieństwo. Poza tym ani jed­na, ani dru­ga nie była szczególnie po­dob­na do Pe­te­ra An­ders­so­na.

Lu­mik­ki po­chy­liła się i obmyła twarz i szyję zimną wodą. Orzeźwio­na po­czuła, że jej mózg za­czy­na zno­wu pra­co­wać. Len­ka puściła jej ramię.

– I co po­wiesz? – spy­tała dziew­czy­na.

Pa­trzyła na Lu­mik­ki z cie­ka­wością i wy­cze­ki­wa­niem. Ni­czym psiak żebrzący o piesz­czotę. Lu­mik­ki najchętniej nic by nie mówiła. Tego było za dużo. Za dużo nowości. Za dużo sen­sa­cji. Nie zdążyła się jesz­cze za­sta­no­wić, co da­lej. Jak się te­raz za­cho­wać, co robić.

A nie zno­siła sy­tu­acji, w których nie wie­działa, co robić.

– Jak­by to po­wie­dzieć... Całkiem spo­ro tego, jak na je­den raz – rzekła w końcu, wy­cie­rając szyję pa­pie­ro­wym ręczni­kiem. Za kołnie­rzyk uciekła strużka wody i spłynęła po ple­cach ni­czym złe prze­czu­cie.

– Wiem. Ja miałam wie­le lat na prze­myśle­nie so­bie tego wszyst­kie­go. Ty usłyszałaś to do­pie­ro przed chwilą.

– Właśnie. Oj­ciec nig­dy nie wspo­mi­nał... Nie wie­działam, że w ogóle ist­nie­jesz. Oj­ciec... – Len­ka znów położyła rękę na ra­mie­niu Lu­mik­ki. Pew­nie zin­ter­pre­to­wała jej wa­ha­nie jako wzbu­rze­nie. Częścio­wo słusznie, bar­dziej jed­nak cho­dziło o to, że Lu­mik­ki nie chciała jesz­cze ujaw­niać zbyt wie­lu szczegółów ze swo­je­go życia. Naj­pierw musi usta­lić prawdę.

Zarówno Len­ka, jak i jej opo­wieść, bu­dziły w Lu­mik­ki nie­ja­sne po­dej­rze­nia, biła z nich jakaś ner­wo­wość. Zbie­gi oko­licz­ności wy­da­wały się tak nie­sa­mo­wi­te, że aż nie­możliwe. A jed­nak szczegóły się zga­dzały... Lu­mik­ki nie po­tra­fiła uspo­koić i uporządko­wać kotłujących się w jej głowie myśli.

– Mogę mieć do cie­bie prośbę? Nie mów o tym jesz­cze swo­je­mu ojcu. Na­sze­mu ojcu. Nie chciałabym, żeby znów do­wia­dy­wał się o mnie przez oso­by trze­cie. Sama chcę mu tow­szyst­ko po­wie­dzieć, gdy na­dej­dzie właściwy czas – oznaj­miła Len­ka.

Lu­mik­ki skinęła głową. Na tę prośbę przy­stała z łatwością. Mówiąc otwar­cie, na­wet jej przez myśl nie przeszło, aby za­raz łapać za komórkę i dzwo­nić do ojca z py­ta­niem, czy to praw­da, że ma w Pra­dze drugą córkę. W ich ro­dzi­nie nie było ta­kie­go zwy­cza­ju. Nie­wy­god­ne spra­wy nie były po­ru­sza­ne, omi­ja­no je sze­ro­kim łukiem, próbując do­ciec praw­dy w inny sposób. Ro­dzi­na z ta­jem­ni­ca­mi. Byłby to pew­nie niezły te­mat na fa­scy­nującą książkę dla młodzieży, rze­czy­wi­stość jed­nak ciążyła im ni­czym wiel­ki głaz, który przy­gnia­tał ich wszyst­kich do zie­mi i bar­dzo utrud­niał pa­trze­nie so­bie w oczy.

– Jak na­uczyłaś się szwedz­kie­go? – spy­tała Lu­mik­ki, prze­chodząc na oj­czy­sty język ojca.

Len­ka uśmiechnęła się nieśmiało i od­po­wie­działa po szwedz­ku:

– Za­brzmi to pew­nie głupio, ale gdy się do­wie­działam, że tata mówi po szwedz­ku, zaczęłam się go uczyć z in­ter­ne­tu i książek. Oglądałam na YouTu­be frag­men­ty szwedz­kich pro­gramów dla dzie­ci i sma­ko­wałam niektóre słowa. Wy­da­wały mi się dziw­nie zna­jo­me. Smul­tron. Fånig. Längtan. Pan­n­ka­ka. Może jed­nak mamy w ge­nach jakiś ślad po języku ro­dziców.

Lu­mik­ki po­sta­no­wiła nie ko­men­to­wać, że po­dob­ny pogląd moc­no trąci ja­ki­miś cza­ra­mi w sty­lu new age, które nie mają nic wspólne­go ani z ge­ne­tyką, ani z psy­cho­lo­gią roz­wo­jową człowie­ka. W końcu Len­ka może so­bie wie­rzyć, w co tyl­ko chce.

Do to­a­le­ty weszła nie­miec­ka tu­ryst­ka i dziw­nie na nie spoj­rzała. Z dwo­ru dało się słyszeć dźwięk dzwonów ka­te­dry świętego Wita. Ze­gar wybił pełną go­dzinę. Len­ka za­marła.

– Czy to już dru­ga? – spy­tała.

Lu­mik­ki skinęła głową. W oczach Len­ki po­ja­wił się nie­pokój, pal­ce zno­wu zaczęły ner­wo­wo sku­bać pa­sek tor­by. Dziew­czy­na w se­kundę prze­isto­czyła się w za­szczu­te zwierzę. Wy­czu­wal­ne przed chwilą ciepło, zaczątki ja­kiejś swo­bo­dy zniknęły w oka­mgnie­niu.

– Muszę le­cieć – stwier­dziła Len­ka. – Wi­dzi­my się ju­tro. O dwu­na­stej.

– W tym sa­mym miej­scu?

Len­ka ro­zej­rzała się ner­wo­wo.

– Nie. Nie tu­taj. To nie jest do­bry po­mysł. Wiesz, gdzie jest Za­mek Wy­szeh­radz­ki? Do­je­dziesz me­trem. Tam się spo­tka­my.

Lu­mik­ki nie zdążyła od­po­wie­dzieć, za­pro­po­no­wać spo­tka­nia gdzieś bliżej, nie zdążyła także za­py­tać, dokąd dziew­czy­nie tak się spie­szy. Len­ka wy­biegła z to­a­le­ty, po­zo­sta­wiając Lu­mik­ki samą przed lu­strem, wpa­trzoną w swo­je skon­ster­no­wa­ne od­bi­cie.

Ko­bie­ta bębniła pal­ca­mi o blat. Dębowy stół, le­d­wo mie­siąc temu od­no­wio­ny, wyrówna­ny i wy­la­kie­ro­wa­ny. Spoj­rze­niem po­wiodła po ścia­nach ga­bi­ne­tu. Dy­plo­my, wyróżnie­nia, wy­cin­ki z ga­zet, naj­większe osiągnięcia i punk­ty zwrot­ne jej ka­rie­ry w barw­nym pa­kie­cie, którego po­zaz­drościłby nie­je­den. Ale jej to nie wy­star­czyło. Jej było za­wsze mało, jed­nak nie mogło być in­a­czej. Nie w tej branży. Tu ko­niecz­ny jest nie­na­sy­co­ny głód. Tu musi być wszyst­kie­go ciągle więcej i więcej: roz­miarów, jakości, gro­zy, po­ry­wu, wzru­szeń, wściekłości, sym­pa­tii. W tej branży człowiek musi wciąż gonić za nowością. Musi trzy­mać rękę na pul­sie, a jesz­cze le­piej – wy­czu­wać go wcześniej i ude­rzać wte­dy, gdy nikt się jesz­cze ni­cze­go nie spo­dzie­wa.

Tu trze­ba mieć te­ma­ty, o których mówią wszy­scy. Tu i te­raz. I jesz­cze ju­tro.

Ko­bie­ta chwy­ciła komórkę, zdjęła obu­dowę, wyjęła kartę SIM i na jej miej­sce za­mon­to­wała inną. Po­now­nie włączyła te­le­fon i wy­brała nu­mer. Nikt nie może się nig­dy do­wie­dzieć, że kie­dy­kol­wiek pod nie­go dzwo­niła.

Mężczy­zna ode­brał pra­wie od razu.

– Już jest go­to­wy? – spy­tał.

– Jesz­cze nie.

– Pamiętaj, że nie może wie­dzieć za dużo.

– Wiem, wiem, pamiętam. Siedzę w tym fa­chu od tak daw­na, że do­sko­na­le znam wszyst­kie reguły. Im mniej będzie wie­dział, tym jego re­ak­cje będą bar­dziej au­ten­tycz­ne. A tego właśnie chce­my – au­ten­tycz­ności. Chce­my praw­dzi­wych emo­cji.

– Chy­ba zda­jesz so­bie sprawę, na jak wiel­kie nie­bez­pie­czeństwo się naraża? Może zro­bić so­bie krzywdę, może na­wet zginąć.

– Mu­si­my pójść na to ry­zy­ko. Osta­tecz­nie męczeńska śmierć to też nie jest wca­le taki zły sce­na­riusz. Przy­cho­dzi mi na­wet do głowy jed­na sta­ra hi­sto­ria, która wle­cze się do dzi­siaj właśnie przez to męczeńskie tło.

Śmiech.

– Aku­rat mnie nie po­win­naś mówić ta­kich rze­czy. Mógłbym się jesz­cze ob­ra­zić.

– Liczę na two­je po­czu­cie czar­ne­go hu­mo­ru.

– Poza hu­mo­rem nie mam nic czar­ne­go. A za­tem wszyst­ko idzie zgod­nie z pla­nem?

– Tak.