Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2005

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 17 godz. 2 min Lektor: Leszek Filipowicz

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 17 godz. 2 min Lektor: Leszek Filipowicz

Opis ebooka Biała lwica - Henning Mankell

W kwietniu 1992 roku w Republice Południowej Afryki grupa prawicowych fanatyków planuje zamach na Nelsona Mandelę i mozolnie budowaną demokrację. W tym samym czasie policja w Ystad przyjmuje zgłoszenie o zaginięciu agentki nieruchomości, Louse Akerblom. Komisarz Wallander szybko dochodzi do wniosku, że kierowane przez niego śledztwo w tej sprawie nie będzie łatwe ani rutynowe. Zaginiona nie ma wrogów, ma za to szczęśliwą rodzinę, licznych przyjaciół i aktywnie działa na rzecz Kościoła metodystów. Sytuacja gmatwa się jeszcze bardziej, gdy policjanci odnajdują ciało Louse, na której dokonano okrutnej egzekucji, i odkrywają na miejscu zbrodni odcięty palec czarnoskórego mężczyzny. Biała lwica, doskonałe połączenie wzorowo skonstruowanej powieści detektywistycznej i politycznego thrillera, przyniosła Mankellowi światową sławę. Niesłabnące napięcie, doskonała orientacja autora w stosunkach społecznych i politycznych panujących w Afryce oraz żywe, niebanalne sylwetki bohaterów - wszystko to przyczyniło się do olbrzymiego sukcesu powieści.

Opinie o ebooku Biała lwica - Henning Mankell

Fragment ebooka Biała lwica - Henning Mankell

HENNING

MANKELL

biała lwica

przełożyła HALINA THYLWE

Tytuł oryginału: Den vita lejoninnan

Copyright © 1993 by Henning MankellPublishedby agreement with Ordfronts Forlag AB,Stockholm and Leonhardt & Høier Literary Agency aps, København.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2005Copyright © for the Polish translation by Halina Thylwe, 2005

Wydanie IWarszawa 2005

w serii ukazały się:Marek Krajewski Koniec świata w BreslauHenning Mankell Fałszywy tropHenning Mankell Morderca bez twarzyHenning Mankell Piąta kobietaAleksandra Marinina Ukradziony senAleksandra Marinina Męskie gryAleksandra Marinina Śmierć i trochę miłościJoanna Szymczyk Ewa i złoty kot

Moim przyjaciołom w Mozambiku

Dopóki różnie będziemy oceniać ludzi w naszym kraju, zależnie od koloru ich skóry, nie opuści nas przypadłość, którą Sokrates nazywa kłamstwem duszy.

Jan Hofmeyr, premier Afryki Południowej, 1946

Angurumapo simba, mcheza nani? (Kto się odważy bawić, kiedy ryczy lew?)

przysłowie afrykańskie

Afryka Południowa1918

Prolog

Późnym popołudniem 21 kwietnia 1918 roku w niczym się niewyróżniającej kawiarni w dzielnicy Kensington w Johannesburgu spotkało się trzech młodych mężczyzn. Najmłodszy, Werner van der Merwe, dopiero co skończył dziewiętnaście lat, najstarszy, Henning Klopper, liczył dwadzieścia dwa lata, a Hans du Pleiss miał za kilka tygodni obchodzić dwudzieste pierwsze urodziny. Właśnie tego popołudnia postanowili omówić szczegóły przyjęcia urodzinowego. Żaden z nich nie przypuszczał, ba, nie miał najbledszego pojęcia, że ich spotkanie w kawiarni na Kensingtonie będzie miało historyczne znaczenie. Temat przyjęcia w ogóle nie został poruszony. Nawet Henning Klopper, który przedstawił propozycję mającą w przyszłości odmienić całe południowoafrykańskie społeczeństwo, nie zdawał sobie sprawy z siły oddziaływania ani z konsekwencji swoich nie do końca przetrawionych myśli.

Tych trzech młodych mężczyzn, mimo odmiennych temperamentów i charakterów, łączyło coś absolutnie rozstrzygającego. Byli Burami. Wszyscy pochodzili z szacownych rodów, które przybyły do Afryki Południowej w latach osiemdziesiątych XVII wieku wraz z jedną z pierwszych dużych fal emigrantów, bezdomnych holenderskich hugenotów. Kiedy nasilające się wpływy angielskie przybrały formę jawnego ucisku, Burowie udali się w długą podróż zaprzężonymi w woły wozami w głąb kraju, na bezkresne równiny Transwalu i Oranii. Dla tych trzech młodych mężczyzn, tak jak dla wszystkich Burów, wolność i niezależność stanowiły warunek podstawowy zachowania ich języka i kultury. Wolność dawała gwarancję, że nie dojdzie do niechcianego stopienia się ze znienawidzoną ludnością pochodzenia angielskiego, nie wspominając o obcowaniu z czarnymi mieszkańcami kraju i mniejszością hinduską, która utrzymywała się głównie z handlu w przybrzeżnych miastach, takich jak Durban, Port Elizabeth i Kapsztad.

Henning Klopper, Werner van der Merwe i Hans du Pleiss byli Burami. Nie mogli tego wyrzucić z pamięci. Ba, szczycili się tym. Z najwcześniejszego dzieciństwa wynieśli wiedzę, że są narodem wybranym. Było to coś tak oczywistego, że rzadko o tym mówili podczas codziennych spotkań w tej małej kawiarence. Stanowiło istotę ich przyjaźni i wzajemnego zaufania, ich myśli i odczuć.

Byli zatrudnieni w biurze Południowoafrykańskiej Spółki Kolejowej i po pracy chodzili do kawiarni. Przeważnie rozprawiali o dziewczętach, o wielkiej wojnie w Europie, która osiągnęła punkt kulminacyjny, i oddawali się marzeniom o przyszłości. Ale tego dnia Henning Klopper siedział zatopiony w myślach. Koledzy patrzyli na niego zdziwieni, przywykli do tego, że jest najbardziej rozmowny w ich gronie.

– Źle się czujesz? – spytał Hans du Pleiss. – Masz malarię?

Henning Klopper przecząco pokręcił głową.

Hans du Pleiss wzruszył ramionami i spojrzał na Wernera van der Merwe.

– Henning myśli – powiedział Werner. – Zastanawia się, jak jeszcze w tym roku mógłby podnieść swoją pensję z czterech do sześciu funtów miesięcznie.

Ciągle wracali do tego tematu: jak nakłonić opornych szefów do podwyższenia ich skromnych poborów. Nie wątpili, że w przyszłości obejmą wysokie stanowiska w Południowoafrykańskiej Spółce Kolejowej. Wszyscy trzej wierzyli w swoje możliwości, byli inteligentni i energiczni. Problem polegał na tym, że w ich mniemaniu trwało to nieznośnie długo.

Henning Klopper sięgnął po filiżankę i wypił łyk kawy. Opuszkami palców sprawdził, czy biały kołnierzyk jest na właściwym miejscu, po czym niespiesznie przesunął dłonią po włosach, które czesał z przedziałkiem pośrodku.

– Opowiem wam o czymś, co się wydarzyło czterdzieści lat temu – powiedział powoli.

Werner van der Merwe, mrużąc oczy, spojrzał na niego zza okularów.

– Jesteś za młody, Henning. Tak odległe wspomnienia będziesz miał za dwadzieścia parę lat. Nie wcześniej.

Henning Klopper pokręcił głową.

– Nie chodzi o moje wspomnienia. Nie chodzi ani o mnie, ani o moją rodzinę, tylko o angielskiego sierżanta, George'a Strattona.

Hans du Pleiss zaniechał prób zapalenia cygaretki.

– Od kiedy zacząłeś się interesować Anglikami? – spytał. – Dobry Anglik to martwy Anglik, bez względu na to, czy jest sierżantem, politykiem czy sztygarem.

– On jest martwy – odparł Henning Klopper. – Sierżant Stratton jest martwy. Możesz być całkowicie spokojny. Chcę opowiedzieć o jego śmierci. Zmarł czterdzieści lat temu.

Hans du Pleiss otworzył usta, żeby zgłosić kolejną uwagę, ale Werner van der Merwe szybko położył mu dłoń na ramieniu.

– Poczekaj. Daj Henningowi dojść do słowa.

Henning Klopper wypił łyk kawy, po czym starannie osuszył serwetką wargi i cienkie jasne wąsy.

– Było to w kwietniu tysiąc osiemset siedemdziesiątego ósmego roku – zaczął. – Podczas brytyjskiej wojny przeciwko zbuntowanym afrykańskim plemionom.

– Przegranej wojny – wtrącił Hans du Pleiss. – Tylko Anglicy są w stanie przegrać z dzikusami. Pod Isandlwaną i Rorke's Drift armia angielska udowodniła, do czego się nadaje. Dzikusy rozniosły ją w pył.

– Pozwól mu kontynuować – zirytował się Werner van der Merwe. – Nie przerywaj.

– To, o czym chcę opowiedzieć, wydarzyło się w okolicach Buffalo River – podjął Henning Klopper – rzeki, którą tubylcy nazywają Gongqo. Oddział Mounted Rifles podległy Strattonowi rozbił tam obóz i zajął pozycje na otwartym polu. Przed nimi było wzgórze – nazwy nie pamiętam – za którym czekała źle uzbrojona grupa wojowników z plemienia Khosa. Żołnierze Strattona nie mieli powodów do niepokoju. Zwiadowcy stwierdzili, że tamci są niezorganizowani i prawdopodobnie szykują się do odwrotu. Poza tym Stratton i jego podkomendni spodziewali się tego dnia posiłków w postaci co najmniej jednego batalionu. Nagle znany z opanowania sierżant Stratton zaczął się żegnać z żołnierzami. Ci, którzy to widzieli, mówili, że sprawiał takie wrażenie, jakby miał atak wysokiej gorączki. Potem wyciągnął pistolet i na oczach całego oddziału strzelił sobie w głowę. Miał dwadzieścia sześć lat. Był cztery lata starszy ode mnie.

Henning Klopper raptownie umilkł, jakby go zaskoczył koniec tej opowieści. Hans du Pleiss puścił kółko dymu z cygaretki i czekał na dalszy ciąg. Werner van der Merwe pstryknął palcami na czarnego kelnera, który wycierał stół w innej części lokalu.

– To wszystko? – zdziwił się Hans du Pleiss.

– Tak – odparł Henning Klopper. – A co, to mało?

– Chyba przydałoby się nam więcej kawy – zauważył Werner van der Merwe.

Utykający na jedną nogę czarny kelner z ukłonem przyjął zamówienie i zniknął za wahadłowymi drzwiami prowadzącymi do kuchni.

– Angielski sierżant dostaje udaru słonecznego i strzela sobie w głowę – powiedział Hans du Pleiss. – Dlaczego nam o tym mówisz?

Henning Klopper ze zdumieniem patrzył na przyjaciół.

– Nie rozumiecie? Naprawdę nie rozumiecie?

Jego zdumienie było szczere, niczego nie udawał. Kiedy w domu rodzinnym przez przypadek przeczytał w jakimś piśmie o śmierci sierżanta Strattona, natychmiast przyszło mu do głowy, że go to dotyczy. W losie sierżanta Strattona dostrzegł swój własny los. Speszył się, ponieważ ta myśl wydawała się nieprawdopodobna. Cóż mógł mieć wspólnego z sierżantem służącym w angielskiej armii, który najwyraźniej wpadł w obłęd, wycelował lufę pistoletu w skroń i wystrzelił?

Jego uwagę przykuł nie tyle los Strattona, ile sens ostatnich linijek artykułu. Pewien szeregowiec, świadek zdarzenia, dużo później wyjawił, że sierżant Stratton w ostatnim dniu życia bez przerwy mruczał pod nosem jedno i to samo zdanie, raz po raz, jakby wypowiadał zaklęcie. „Prędzej popełnię samobójstwo niż dam się wziąć żywcem wojownikom z plemienia Khosa”.

Właśnie tak Henning Klopper postrzegał swoją sytuację Bura w zdominowanej przez Anglików Afryce Południowej. Nagle zdał sobie sprawę, że stoi przed takim samym wyborem jak sierżant Stratton.

Uległość. Nie ma nic gorszego niż życie w warunkach, na które nie ma się żadnego wpływu. Wszyscy moi krewni, myślał, mój naród, muszą się podporządkować angielskiemu prawu, angielskiej tyranii, angielskiej pogardzie. Naszej kulturze zagraża zmasowany atak i degradacja. Anglicy nie spoczną, póki nas nie złamią. Największe niebezpieczeństwo uległości to przyzwyczajenie, rezygnacja obezwładniająca jak trucizna, której działania być może nie zauważamy. Stajemy się niewolnikami, ginie ostatnia ostoja, mętnieje świadomość.

Nigdy dotąd nie dzielił się z Hansem du Pleissem i Wernerem van der Merwe swoimi myślami. Zwrócił uwagę, że w ich rozmowach o krzywdach wyrządzonych przez Anglików coraz częściej pojawiają się gorzkie i ironiczne komentarze. Nie było w nich tej wściekłości, która zmusiła jego ojca do wojny przeciwko Anglikom.

To go wprawiło w popłoch. Kto, jeśli nie ludzie z jego pokolenia, stawi Anglikom opór? Kto będzie bronił praw Burów, jeśli on, Hans du Pleiss albo Werner van der Merwe tego nie zrobią?

Opowieść o sierżancie Strattonie utwierdziła go w tym przeświadczeniu. „Prędzej popełnię samobójstwo niż się poddam. A ponieważ chcę żyć, trzeba wyeliminować przyczyny zniewolenia”. Prosta, trudna i jednoznaczna alternatywa.

Nie wiedział, dlaczego wybrał właśnie ten dzień, żeby opowiedzieć przyjaciołom o sierżancie Strattonie. Po prostu owładnęło nim uczucie, że dłużej nie może czekać. Czas nagli. Nie mogą godzinami przesiadywać w kawiarni, oddając się marzeniom i planując urodzinowe imprezy. Są sprawy o wiele ważniejsze, związane z ich i nie tylko ich przyszłością. Anglicy, którzy źle się czują w Afryce Południowej, mogą wrócić do ojczyzny albo załatwić sobie placówkę gdzie indziej w tym pozornie bezkresnym brytyjskim imperium. Ale Henning Klopper, tak jak inni Burowie, był skazany wyłącznie na Afrykę Południową. Blisko dwieście pięćdziesiąt lat temu spalili za sobą wszystkie mosty, uciekli przed prześladowaniami religijnymi i uznali Afrykę Południową za raj. Ich wyrzeczenia sprawiły, że poczuli się narodem wybranym. Przyszłość odnaleźli właśnie tu, na południowym skrawku afrykańskiego kontynentu. Albo przyszłość, albo podległość równoznaczną z powolną, acz nieuchronną zagładą.

Stary kelner przykuśtykał z kawą. Niezdarnie wymienił brudne porcelanowe filiżanki na czyste i postawił dzbanek na stole.

Henning Klopper zapalił papierosa i popatrzył na przyjaciół.

– Nie rozumiecie? – powtórzył. – Nie rozumiecie, że stoimy przed takim samym wyborem jak sierżant Stratton?

Werner van der Merwe zdjął okulary i przetarł je chusteczką.

– Chcę cię wyraźnie widzieć, Henning. Chcę się upewnić, że to rzeczywiście ty siedzisz naprzeciwko mnie.

Henning Klopper wpadł w złość. Dlaczego nie chcą go zrozumieć? Czy to możliwe, żeby tylko on o tym myślał?

– Nie widzicie, co się dookoła dzieje? – spytał. – Kto ma bronić naszych praw, jeśli nie my? Czy mamy czekać, aż nas osłabią, wdepczą w ziemię i pozostanie nam tylko zrobić to, co George Stratton?

Werner van der Merwe wolno pokręcił głową.

– Przegraliśmy wojnę – odparł. – Jest nas mało, zgodziliśmy się na obecność zbyt wielu Anglików w kraju, który kiedyś należał do nas. Musimy z nimi jakoś koegzystować. Nic innego nie wchodzi w grę. Jest nas za mało. I będziemy w mniejszości, nawet gdyby nasze kobiety zajmowały się wyłącznie rodzeniem dzieci.

– Nie chodzi o liczebność – oburzył się Henning Klopper. – Chodzi o wiarę. O odpowiedzialność.

– Nie tylko – zauważył Werner van der Merwe. – Już rozumiem, co chciałeś nam powiedzieć. Masz rację. Nie musisz mi przypominać, kim jestem. Ale to mrzonki. Rzeczywistość jest inna i twoi sierżanci jej nie zmienią.

Hans du Pleiss słuchał z uwagą. Położył cygaretkę na popielniczce i spojrzał na Henninga Kloppera.

– Coś ci chodzi po głowie – powiedział. – Co, twoim zdaniem, mamy zrobić? Naśladować rosyjskich komunistów? Uzbroić się i zaciągnąć do partyzantki? Nie zapominaj, że nie tylko Anglików jest za dużo. Ogromne zagrożenie dla naszego sposobu życia stanowią tubylcy, czarni.

– Oni nigdy nie odegrają żadnej roli – odparł Henning Klopper. – Są od nas tak zależni, że zawsze będą robić, co im każemy, i myśleć tak, jak nam się spodoba. Przyszłość to walka z wpływami Anglików.

Hans du Pleiss dopił kawę i zawołał na kelnera, który bez ruchu czekał przy drzwiach do kuchni. Nie licząc kilku starszych mężczyzn pochłoniętych partią szachów, byli w kawiarni sami.

– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie – stwierdził Hans du Pleiss. – O czym myślisz?

– Henning Klopper zawsze ma dobre pomysły – wtrącił Werner van der Merwe. – Czy to dotyczy sprawniejszego planowania stacji rozrządowych Południowoafrykańskiej Spółki Kolejowej, czy adorowania pięknych kobiet.

– Możliwe – odrzekł z uśmiechem Henning Klopper.

Nareszcie miał wrażenie, że przyjaciele zaczęli go słuchać. Choć nie przemyślał wszystkiego do końca, postanowił im powiedzieć, nad czym od dawna się zastanawiał.

Stary kelner podszedł do ich stolika.

– Trzy kieliszki porto – zamówił Hans du Pleiss. – Picie ulubionego wina Anglików napawa mnie wstrętem. Na szczęście produkuje się je w Portugalii.

– Anglicy są właścicielami wielu największych portugalskich destylarni porto – zauważył Werner van der Merwe.

– Przeklęte Angole są wszędzie. Wszędzie.

Kelner zaczął zbierać filiżanki po kawie. Kiedy Werner van der Merwe wspomniał o Anglikach, niechcący potrącił stolik. Przewrócił się dzbanuszek i śmietanka obryzgała Wernerowi koszulę.

Przy stoliku zaległa cisza. Werner van der Merwe spojrzał na kelnera, po czym szybko wstał, chwycił go za ucho i brutalnie wytargał.

– Pochlapałeś mi koszulę! – wrzasnął i wymierzył kelnerowi policzek.

Starszy mężczyzna aż się cofnął od silnego ciosu i pospiesznie ruszył do kuchni po porto.

Werner van der Merwe usiadł i osuszył koszulę chusteczką.

– Gdyby nie Anglicy – mruknął – Afryka byłaby rajem. A tubylców mielibyśmy tylu, ilu byśmy potrzebowali.

– Zrobimy z Afryki raj – powiedział Henning Klopper.

– Zostaniemy najważniejszymi ludźmi w kolejnictwie. Będziemy też najważniejszymi Burami. Przypomnimy wszystkim naszym rówieśnikom, czego się od nas oczekuje. Musimy przywrócić naszą dumę. Anglicy muszą zrozumieć, że nigdy się nie poddamy. Nie jesteśmy tacy jak George Stratton, nie będziemy uciekać.

Przerwał, kiedy kelner stawiał na stoliku trzy kieliszki i pół butelki porto.

– Nie prosiłeś o wybaczenie, kaffir – zauważył Werner van der Merwe.

– Przepraszam za swoją niezdarność – odrzekł kelner po angielsku.

– W przyszłości nauczysz się afrikaans – kontynuował Werner van der Merwe. – Każdy kaffir mówiący po angielsku stanie przed sądem polowym i będzie rozstrzelany jak pies. Idź już. Wynocha!

– Niech nam zafunduje to porto – zaproponował Hans du Pleiss. – Poplamił ci koszulę. Gwoli sprawiedliwości powinien zapłacić za wino z własnej kieszeni.

Werner van der Merwe pokiwał głową.

– Zrozumiałeś, kaffir?

– Naturalnie zapłacę za wino – powiedział kelner.

– Z radością – dodał Werner van der Merwe.

– Z radością zapłacę za wino – powtórzył kelner.

Kiedy zostali sami, Henning Klopper podjął wątek. Zajście z kelnerem poszło w niepamięć.

– Pomyślałem o założeniu związku. Albo klubu. Oczywiście tylko dla Burów. Moglibyśmy dyskutować, lepiej poznać naszą historię. Mówilibyśmy wyłącznie w naszym języku, śpiewalibyśmy nasze piosenki, czytalibyśmy naszych autorów, jedli nasze potrawy. Jeśli zaczniemy tutaj, na Kensingtonie w Johannesburgu, może z czasem zarazimy inne miasta, Pretorię, Bloemfontein, King William's Town, Pietermaritzburg, Kapsztad. Cały kraj. Potrzebny jest ruch narodowego przebudzenia. Przypomnienie ludziom, że Burowie nigdy się nie poddadzą, że nikt nie złamie naszego ducha nawet po naszej śmierci. Wydaje mi się, że wiele osób na to czeka.

Wznieśli kieliszki.

– Znakomity pomysł – przyznał Hans du Pleiss. – Mam nadzieję, że znajdziemy trochę czasu na kontakty z pięknymi kobietami.

– Naturalnie – powiedział Henning Klopper. – Wszystko zostanie tak jak dawniej. Dodamy tylko coś, co wyparliśmy. Coś, co nada naszemu życiu całkiem nową treść.

Henning Klopper zauważył, że używa wzniosłych, nieco patetycznych słów. Ale w tej sytuacji było to uzasadnione. Za słowami kryły się wielkie idee, rozstrzygające o przyszłości wszystkich Burów. Dlaczego więc nie miałby sobie pozwolić na wzniosłość?

– Czy kobiety też będą w tym związku? – zapytał nieśmiało Werner van der Merwe.

Henning Klopper pokręcił głową.

– To męska sprawa. Nasze kobiety nie będą biegały na spotkania. Nie leży to w naszej tradycji.

Trącili się kieliszkami. Henning Klopper nagle sobie uświadomił, że przyjaciele zachowują się tak, jakby to oni wpadli na pomysł przywrócenia czegoś, co zostało zaprzepaszczone po przegranej szesnaście lat temu wojnie. Ale się nie zirytował. Przeciwnie, ulżyło mu. To znaczy, że myślał dobrze.

– Nazwa – powiedział Hans du Pleiss – statut, zasady naboru, forma spotkań. Na pewno wszystko zapiąłeś na ostatni guzik.

– Jeszcze na to za wcześnie – odparł Henning Klopper. – Musimy się poważnie zastanowić. Teraz, kiedy czym prędzej trzeba przywrócić Burom wiarę w siebie, powinniśmy zachować cierpliwość. Jeśli zaczniemy działać zbyt szybko, ryzykujemy niepowodzenie. Nie możemy sobie na to pozwolić. Związek młodych Burów rozsierdzi Anglików. Zrobią wszystko, żeby nas powstrzymać, będą nam przeszkadzać i grozić. Musimy się dobrze przygotować. Powiedzmy, że w ciągu trzech miesięcy podejmiemy decyzję. Przez ten czas będziemy o tym rozmawiać. Przecież spotykamy się tutaj codziennie. Możemy zapraszać przyjaciół i posłuchać ich opinii. Ale przede wszystkim musimy sprawdzić samych siebie.

Czy jesteśmy na to gotowi? Czy jesteśmy gotowi coś poświęcić dla naszego narodu? – Umilkł i wędrował spojrzeniem po twarzach przyjaciół. – Robi się późno. Jestem głodny, chcę pójść do domu i zjeść obiad. Jutro będziemy kontynuować rozmowę.

Hans du Pleiss rozlał resztkę wina do trzech kieliszków i wstał.

– Wypijmy za sierżanta Strattona. Okażmy niezłomność Burów, wznosząc toast na cześć martwego Anglika.

Henning Klopper i Werner van der Merwe wstali z kieliszkami w dłoniach.

W mroku przy kuchennych drzwiach stary Afrykanin obserwował trzech młodych mężczyzn. Miał poczucie krzywdy. Wiedział, że przeminie ono lub utonie w niepamięci, która uśmierza ból. Następnego dnia znowu poda im kawę.

5 czerwca 1918 roku Henning Klopper założył z Hansem du Pleissem, Wernerem van der Merwe i kilkoma innymi przyjaciółmi związek Młoda Afryka Południowa.

Parę lat później, kiedy liczba członków znacznie wzrosła, Henning Klopper zaproponował zmianę nazwy na Broederbond, czyli Bractwo1. Teraz mogli do niego należeć nie tylko mężczyźni poniżej dwudziestego piątego roku życia. Natomiast kobietom nigdy nie zezwolono na członkostwo.

Najważniejsza zmiana dokonała się w sali konferencyjnej hotelu Carlton w Johannesburgu późnym wieczorem 26 sierpnia 1921 roku. Zdecydowano przekształcić Bractwo w związek tajny, wprowadzić ceremonię inicjacyjną i wymagać od członków bezwzględnej lojalności wobec jego najważniejszego celu: obrony Burów, praw narodu wybranego w Afryce Południowej, ich ojczyźnie, w której pewnego dnia będą niepodzielnie panować. Bractwo miało działać w ukryciu.

Trzydzieści lat później wpływy Bractwa objęły niemal całkowicie najważniejsze sfery życia południowoafrykańskiego społeczeństwa. Nikt nie mógł zostać prezydentem, nie będąc jego członkiem lub nie otrzymując jego błogosławieństwa. Bractwo stało za każdą nominacją lub awansem na najwyższe stanowiska w państwie. Księża, sędziowie, profesorzy, właściciele czasopism, biznesmeni – wszyscy mający wpływy i władzę – byli członkami Bractwa, wszyscy ślubowali mu wierność i składali przysięgę milczenia, zobowiązując się do obrony narodu wybranego.

Bez tego związku nigdy nie weszłaby w życie doktryna apartheidu, ogłoszona w roku 1948. Premier Jan Smuts i jego United Party2 nie mieli zahamowań. Dzięki wsparciu Bractwa ujęli różnice między tak zwanymi rasami niższymi i białym narodem panów w represyjny system regulacji prawnych i rozporządzeń, które oddawały los Afryki Południowej w ręce Burów. Mógł istnieć tylko jeden naród wybrany. To przesądzało o wszystkim innym.

W 1968 roku Bractwo obchodziło w największej tajemnicy jubileusz pięćdziesięciolecia działalności. Henning Klopper, jedyny żyjący współzałożyciel związku, wygłosił przemówienie, które zakończył słowami: „Czy naprawdę rozumiemy, czy w pełni sobie uświadamiamy ogrom sił zgromadzonych dzisiejszego wieczora w tych czterech ścianach? Pokażcie mi bardziej wpływową organizację od naszej?!”

Pod koniec lat siedemdziesiątych wpływy Bractwa na politykę południowoafrykańską drastycznie się skurczyły. Apartheid, oparty na systematycznym ucisku czarnych i kolorowych, zaczął się kruszyć wskutek własnych niedorzecznych założeń. Biali liberałowie nie chcieli albo nie mogli się już dłużej biernie przyglądać nadciągającej katastrofie.

Ale przede wszystkim mieli tego dosyć czarni i kolorowa większość. Miarka się przebrała. Opór narastał, konfrontacja wydawała się nieunikniona.

W tym czasie inne ugrupowania Burów zaczęły myśleć o przyszłości. Naród wybrany nigdy się nie podda. Prędzej umrą, niż usiądą przy jednym stole z Afrykaninem albo kolorowym. Taki był ich punkt wyjścia. Mimo malejącego znaczenia Bractwa to fanatyczne przesłanie nigdy nie odeszło w niebyt.

W 1990 roku Nelson Mandela opuścił Robben Island, gdzie przesiedział blisko trzydzieści lat jako więzień polityczny. Kiedy świat wiwatował, wielu Burów uznało jego uwolnienie za wypowiedzenie wojny. Prezydent de Klerk stał się znienawidzonym zdrajcą.

W najgłębszej tajemnicy zebrała się wówczas grupa mężczyzn, gotowych wziąć na siebie odpowiedzialność za przyszłość Burów. Byli bezwzględni. I przeświadczeni, że to Bóg powierzył im to zadanie. Nigdy się nie poddadzą. Ani nie pójdą w ślady sierżanta George'a Strattona. Zamierzali bronić swoich świętych praw na wszelkie możliwe sposoby. Na tajnym spotkaniu podjęli decyzję. Wywołają wojnę domową, która skończy się rzezią.

W tym samym roku, w wieku dziewięćdziesięciu czterech lat, zmarł Henning Klopper. Na kilka lat przed śmiercią często mu się śniło, że jest sierżantem George'em Strattonem. I za każdym razem, kiedy przykładał lufę pistoletu do skroni, budził się zlany potem. Choć był stary i nie bardzo się przejmował tym, co się dookoła dzieje, zdawał sobie sprawę, że w Afryce Południowej nastały nowe czasy. Zupełnie mu obce. Leżąc w ciemnościach, próbował sobie wyobrazić przyszłość. Ale ciemności były nieprzeniknione. Niekiedy przejmował go niepokój. Jak przez mgłę widział siebie, Hansa du Pleissa i Wernera van der Merwe w małej kawiarni na Kensingtonie i słyszał własne słowa o odpowiedzialności za przyszłość Burów.

Dzisiaj, myślał, też siedzą gdzieś przy stoliku młodzi mężczyźni, młodzi Burowie, i rozmawiają o tym, jak wywalczyć przyszłość dla siebie i jak jej bronić. Naród wybrany nigdy się nie podporządkuje, nigdy się nie podda.

Mimo niepokoju, który go czasami opadał nocami w mrocznej sypialni, Henning Klopper zmarł przekonany, że następne pokolenia nie zachowają się tak jak sierżant George Stratton nad Gongqo w kwietniu 1878 roku.

1 Afrykanerski Związek Braci (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

2 Przypuszczalnie chodzi o Zjednoczoną Południowoafrykańską Partię Narodową.

Kobieta z Ystadu

1

Pośredniczka w handlu nieruchomościami Louise Åkerblom wyszła ze Sparbanken1 w Skurupie tuż po trzeciej po południu w piątek 24 kwietnia. Na moment przystanęła na chodniku i głęboko wciągając w płuca świeże powietrze, zastanawiała się, co powinna zrobić. Najchętniej już teraz skończyłaby pracę i wróciła do Ystadu. Rano zadzwoniła do niej pewna wdowa, która chciała wystawić dom na sprzedaż. Louise obiecała, że go dzisiaj obejrzy. Ile czasu jej to zajmie? Około godziny. Nie dłużej. No i musi kupić chleb. Zwykle mąż, Robert, piekł chleb na ich potrzeby, ale akurat w tym tygodniu nie zdążył. Przecięła plac i skręciła w lewo, do piekarni. Kiedy otworzyła drzwi, zabrzmiał staroświecki dzwonek. Była jedyną klientką i kobieta stojąca za ladą, Elsa Person, zapamięta, że Louise Åkerblom miała dobry humor i cieszyła się z nadejścia wiosny.

Postanowiła zrobić rodzinie miłą niespodziankę i prócz żytniego chleba kupiła napoleonki, które zjedzą na deser po kolacji. Wróciła pod bank, gdzie na zapleczu zaparkowała samochód. Po drodze spotkała młode małżeństwo z Malmo, któremu właśnie sprzedała dom. Wpłacili pieniądze należne byłemu właścicielowi, podpisali umowę kupna i zaciągnęli pożyczkę. Podzielała ich radość z posiadania własnego domu. Ale jednocześnie się niepokoiła. Czy poradzą sobie ze spłatą rat i odsetek? Czasy były ciężkie, mało kto czuł się bezpiecznie na swojej posadzie. Co się stanie, jeśli on straci pracę? Bardzo dokładnie zapoznała się z ich sytuacją finansową. W odróżnieniu od wielu innych młodych ludzi nie robili bezmyślnych debetów na kontach. Poza tym świeżo upieczona małżonka sprawiała wrażenie osoby oszczędnej. Powinni udźwignąć kupno domu. Choć kto wie, czy za jakiś czas nie okaże się, że znów jest na sprzedaż. Może ona albo Robert się tym zajmie? W ciągu kilku lat sprzedawała te same domy dwa i trzy razy. Nie było w tym nic niezwykłego.

Wsiadła do samochodu i zadzwoniła z radiotelefonu do biura w Ystadzie. Ale Robert już poszedł do domu. Słuchała jego głosu na automatycznej sekretarce. Informował, że Biuro Pośrednictwa w Obrocie Nieruchomościami Åkerblomów w sobotę i w niedzielę jest nieczynne i zaprasza od poniedziałku od ósmej rano.

W pierwszej chwili zdziwiła się, że wyszedł tak wcześnie, po czym sobie przypomniała, że tego popołudnia miał się spotkać z rewidentem. Powiedziała: „No to cześć, rzucę tylko okiem na dom pod Krageholmem i wracam do Ystadu. Jest kwadrans po trzeciej, będę koło piątej” – i odłożyła słuchawkę. Robert mógł jeszcze wpaść do biura po rozmowie z rewidentem.

Wzięła z sąsiedniego fotela plastikową koszulkę i wyjęła mapę, którą sporządziła na podstawie opisu wdowy. Dom stał przy bocznej drodze między Krageholmem i Vollsjo. Dojazd, oględziny i powrót zajmą jej co najmniej godzinę.

Zaczęła się wahać. To może poczekać, pomyślała. Pojadę nadbrzeżem do Ystadu, na chwilę się zatrzymam i popatrzę na morze. Dzisiaj już sprzedałam jeden dom. I wystarczy.

Nucąc psalm, uruchomiła silnik i wyjechała ze Skurupu. Kiedy miała skręcać na Trelleborg, zmieniła zdanie. Nie zdąży obejrzeć tego domu ani w poniedziałek, ani we wtorek. Może wdowa się zniechęci i powierzy sprzedaż komu innemu? Nie mogą sobie na to pozwolić. Nie wiodło im się najlepiej. Konkurencja coraz bardziej dawała się we znaki. Nikogo nie było stać na odmowę, chyba że szukanie chętnych na jakiś obiekt mijało się z celem.

Westchnęła i skręciła w przeciwną stronę. Nadbrzeżna droga i morze poczekają. Od czasu do czasu zerkała na mapę. W przyszłym tygodniu kupi uchwyt, żeby nie wykręcać głowy, sprawdzając, czy nie błądzi. Dom wdowy powinna znaleźć bez trudu, mimo że nigdy obok niego nie przejeżdżała. Za rok ich firmie stuknie dziesięć lat.

Ojej, pomyślała, czas mija tak szybko, za szybko. Zdążyła urodzić dwoje dzieci i ciężko się napracować. Kiedy zaczynali, była dobra koniunktura. Dzisiaj nie mieliby szans zaistnieć na rynku. Powinna odczuwać pewną satysfakcję. Bóg okazał łaskę jej rodzinie. Jeszcze raz porozmawia z Robertem o większych darowiznach na rzecz organizacji charytatywnej Ratujcie Dzieci. Na pewno będzie się wahał, zawsze skrupulatniej niż ona liczył pieniądze, ale w końcu go przekona. Zwykle jej się to udawało.

Zatopiona w myślach o rodzinie i minionych dziesięciu latach przegapiła boczną drogę, gdzie powinna była skręcić, i wcisnęła pedał hamulca. Roześmiała się, pokręciła głową, rozejrzała na wszystkie strony i zawróciła.

Skania jest piękna, pomyślała. Piękna, przestronna i pełna niespodzianek. Równina nagle mogła się zmienić w głęboką nieckę, a leżące tam domostwa w malutkie wysepki. Zawsze się zdumiewała, ilekroć dokonywała oględzin okolicznych posesji lub pokazywała je potencjalnym nabywcom.

Zatrzymała się na poboczu tuż za Erikslundem i spojrzała na mapę. Wszystko w porządku. Skręciła w lewo, na Krageholm. Ucieszyła się, że pomknie tą pofałdowaną i krętą drogą przez las i zobaczy połyskujące w oddali jezioro. Była tutaj nieraz i nigdy nie miała dosyć.

Po siedmiu kilometrach zaczęła się rozglądać za kolejną krzyżówką. Wedle wskazówek wdowy miała tu gdzieś być bita, całkowicie przejezdna gruntowa droga. Zobaczyła ją, przyhamowała i skręciła w prawo. Mniej więcej kilometr dalej, po lewej, powinien być ten dom.

Kiedy przejechała trzy kilometry i droga nagle się skończyła, zrozumiała, że zabłądziła.

Naszła ją pokusa, żeby dać sobie z tym spokój i natychmiast wracać do Ystadu. Odrzuciła jednak tę myśl, dotarła do głównej drogi i po pięciuset metrach znów skręciła w prawo. Ale i tutaj nie było domu, który odpowiadałby opisowi. Westchnęła, zawróciła i postanowiła kogoś spytać. Za kępą drzew zauważyła jakiś budynek. Zatrzymała się, wyłączyła silnik i wysiadła z samochodu. Owionęło ją świeże powietrze. Ruszyła ku typowej w Skanii, pobielonej wapnem, starej zagrodzie. Z czterech zabudowań zostały dwa. Pośrodku podwórza była studnia z czarną pompą.

Przystanęła z wahaniem. Domostwo sprawiało wrażenie opuszczonego. Może jednak powinna wrócić do Ystadu? Może wdowa nie będzie zła?

Zapukam, pomyślała. Nic mnie to nie kosztuje.

Idąc ku domowi, minęła duży czerwony budynek gospodarczy. Nie mogła się oprzeć, żeby tam nie zajrzeć przez na wpół otwarte drzwi. Zdziwiła się. W środku stały dwa samochody. Choć nie znała się na samochodach, nie miała wątpliwości, że widzi najdroższy model mercedesa i równie cenne bmw.

A więc ktoś jest w domu, pomyślała. Ktoś, kto ma dużo pieniędzy.

Zapukała. Cisza. Zapukała jeszcze raz, mocniej, i znowu nic. Próbowała coś zobaczyć przez okno, ale bez skutku, bo zasłonki były zaciągnięte. Zapukała po raz trzeci i poszła sprawdzić, czy po drugiej stronie nie ma przypadkiem tylnych drzwi.

Za domem był zapuszczony sad. Jabłoni nikt nie przycinał co najmniej od dwudziestu, trzydziestu lat. Pod gruszą stały na wpół zbutwiałe meble ogrodowe. Sroka zatrzepotała skrzydłami i odfrunęła.

Nie zauważyła żadnych drzwi i wróciła na podwórze. Zapukam jeszcze raz, pomyślała. Jeśli nikt nie otworzy, wracam do Ystadu. Zdążę się jeszcze na chwilę zatrzymać nad morzem.

Załomotała do drzwi.

Nadal żadnej reakcji.

Raczej przeczuła, niż usłyszała, że ktoś pojawił się za jej plecami. Szybko się odwróciła.

Na podwórzu, pięć metrów od niej, stał jakiś mężczyzna i patrzył na nią. Zauważyła szramę na jego czole.

Nagle zrobiło jej się nieswojo. Skąd on się tu wziął? Dlaczego go nie usłyszała? Podwórze było wysypane żwirem. Podkradł się do niej?

Zrobiła kilka kroków w jego stronę.

– Przepraszam za najście – powiedziała, siląc się na spokojny ton. – Jestem pośredniczką w handlu nieruchomościami. Zabłądziłam. Chciałam spytać o drogę.

Mężczyzna milczał.

Może nie jest Szwedem, może jej nie zrozumiał? W jego wyglądzie było coś obcego, co nasunęło jej myśl, że być może to cudzoziemiec.

Musi stąd jak najszybciej odejść. Nieruchomy mężczyzna o zimnych oczach napawał ją strachem.

– Nie będę dłużej przeszkadzać – powiedziała. – Jeszcze raz przepraszam za najście.

Ruszyła i natychmiast zatrzymała się w pół kroku. Mężczyzna nagle się ożywił. Wyjął coś z kieszeni. Nie zauważyła co. Dopiero po chwili zorientowała się, że to pistolet.

Powoli podniósł broń i wycelował w jej głowę.

Dobry Boże, pomyślała.

Dobry Boże, pomóż mi. On chce mnie zabić.

Dobry Boże, pomóż.

Była za kwadrans czwarta 24 kwietnia 1992 roku.

2

W poniedziałek rano 27 kwietnia komisarz Kurt Wallander przyszedł do komendy wściekły. Nie pamiętał, kiedy ostatnio był w równie podłym humorze. Złość znalazła nawet wyraz na jego twarzy w postaci plastra na policzku skaleczonym przy goleniu.

Pomrukiem odpowiadał na „dzień dobry” kolegów. Wszedł do swojego pokoju, z hukiem zamknął drzwi, zdjął słuchawkę z widełek i tępo wpatrywał się w okno.

Wallander miał czterdzieści cztery lata. Uchodził za zdolnego policjanta, upartego i niekiedy wielce przenikliwego.

Tego ranka rozsadzała go wściekłość i czuł narastające zniechęcenie. Najchętniej wykreśliłby z pamięci wczorajszy dzień. Przede wszystkim z powodu ojca, który mieszkał samotnie tuż za Loderupem. Jego stosunek do ojca zawsze był skomplikowany. W miarę upływu lat Wallander z niekłamaną przykrością musiał przyznać, że coraz bardziej się do niego upodabnia. Sama myśl, że na starość miałby być taki jak on, przyprawiała go o mdłości. Czy będzie równie opryskliwy i nieobliczalny? Czy ni stąd, ni zowąd będzie miewał napady szaleństwa?

W niedzielę po południu jak zwykle złożył mu wizytę. Grali w karty, a potem pili kawę na werandzie. Nagle ojciec go poinformował, że zamierza się ożenić. W pierwszej chwili Wallander pomyślał, że się przesłyszał.

– Nie – odparł. – Nie zamierzam się żenić.

– Nie mówię o tobie – stwierdził ojciec. – Mówię o sobie.

Wallander spojrzał na niego z niedowierzaniem.

– Niedługo skończysz osiemdziesiąt lat. Nie ożenisz się.

– Jeszcze nie umarłem – przerwał mu ojciec. – Zrobię, co zechcę. Zapytaj z kim.

– Z kim?

– Sam powinieneś się tego domyślić. Wydawało mi się, że policjantom płacą za wyciąganie wniosków.

– Nie znasz żadnych rówieśnic. Z nikim się nie spotykasz.

– Jedną znam. A kto powiedział, że trzeba się żenić z rówieśnicami?

Wallander od razu się zorientował, że istnieje tylko jedna odpowiedź. Pięćdziesięcioletnia Gertruda Andersson, która przychodziła do ojca trzy razy w tygodniu, żeby posprzątać i zrobić pranie.

– Chcesz się ożenić z Gertrudą? – zdziwił się. – Czy ty w ogóle spytałeś ją o zdanie? Między wami jest trzydzieści lat różnicy. Jak zniesiesz obecność drugiej osoby? Nigdy ci się to nie udawało. Nawet z mamą.

– Na stare lata złagodniałem – ciepło zauważył ojciec.

Wallander nie mógł w to uwierzyć. Ojciec się żeni? Złagodniał na stare lata? Akurat! Był bardziej nieznośny niż kiedykolwiek.

Potem się pokłócili. W końcu ojciec cisnął filiżankę w rabatkę tulipanów i zamknął się w atelier, gdzie zwykł malować ten sam powtarzający się motyw: jesienny pejzaż o zachodzie słońca, z głuszcem na pierwszym planie albo bez głuszca, zależnie od gustu zamawiającego.

Wallander pojechał do domu. Prowadził zdecydowanie za szybko. Nie dopuści do tego szalonego przedsięwzięcia. Jak to możliwe, żeby Gertruda Andersson, która od roku pracowała u ojca, nie zdawała sobie sprawy, że życie z kimś takim jest nie do wytrzymania?

Zaparkował na Mariagatan, w śródmieściu Ystadu, i postanowił natychmiast zadzwonić do siostry Kristiny do Sztokholmu. Poprosi ją, żeby przyjechała. Nikt nie miał wpływu na ojca, ale może Gertrudzie Andersson uda się przemówić mu do rozsądku.

Nie zadzwonił do siostry. Ktoś włamał się do jego mieszkania. Po paru minutach stwierdził, że złodzieje zabrali nową wieżę, odtwarzacz płyt kompaktowych, wszystkie płyty, telewizor, magnetowid, zegarki i aparat fotograficzny. Przez dłuższą chwilę siedział na krześle jak sparaliżowany i zastanawiał się, co robić. W końcu wybrał numer do komendy i poprosił o połączenie z inspektorem Martinssonem. Wiedział, że jest na służbie.

Długo czekał, aż Martinsson się odezwie. Pewnie popijał kawę z policjantami, którzy mieli przerwę w szeroko zakrojonej podczas weekendów kontroli drogowej.

– Tu Martinsson. O co chodzi?

– To ja. Byłoby dobrze, gdybyś tu przyszedł.

– Gdzie? Do twojego pokoju? Myślałem, że masz dzisiaj wolne.

– Jestem w domu.

Martinsson najwyraźniej uznał, że to ważne. Nie zadał żadnych dodatkowych pytań.

– Dobrze. Już jadę.

Reszta niedzieli minęła na technicznych oględzinach mieszkania i sporządzeniu raportu. Martinsson, młodszy współpracownik Wallandera, bywał niechlujny i impulsywny. Ale Wallander cenił kolegę za niezwykłą przenikliwość, którą czasami przejawiał. Po wyjściu Martinssona i technika policyjnego Wallander prowizorycznie naprawił drzwi.

Większą część nocy przeleżał, nie śpiąc, i myślał, że jeśli tylko dorwie tych złodziei, zetrze ich na miazgę. Kiedy nie miał już siły dłużej się zadręczać utratą płyt, zastanawiał się z coraz większą rezygnacją, co począć z ojcem.

O świcie wstał, zaparzył kawę i odszukał umowę ubezpieczenia mieszkania. Zirytował go niezrozumiały język, odłożył polisę i zaczął się golić. Kiedy się zaciął, pomyślał, czyby nie pójść na chorobowe i nie przeleżeć w łóżku z kołdrą na głowie. Ale pobyt w domu, w którym nie mógł nastawić żadnej płyty, wydawał się nie do zniesienia.

Teraz było wpół do ósmej. Siedział w swoim pokoju za zamkniętymi drzwiami. Pojękując, zmusił się do pracy i położył słuchawkę na widełki. Natychmiast rozbrzmiał dzwonek telefonu.

– Przykro mi z powodu włamania – powiedziała Ebba z recepcji. – Czy naprawdę zabrali ci wszystkie płyty?

– Zostawili kilka na siedemdziesiąt osiem obrotów. Posłucham ich dzisiaj wieczorem, jeśli zdobędę patefon.

– To okropne.

– Jest, jak jest. Z czym dzwonisz?

– Ktoś chce z tobą koniecznie porozmawiać.

– O czym?

– O czyimś zaginięciu.

Wallander spojrzał na stertę papierów piętrzących się na biurku.

– A Svedberg nie może się tym zająć?

– Svedberg poluje.

– Na co?

– Nie wiem, jak to nazwać. Szuka młodego byczka, który uciekł z zagrody pod Marsvinsholmem. Biega po E14.

– A od czego są policjanci z drogówki? Co to za podział obowiązków?!

– Bjork go wysłał.

– O Jezu!

– To co, mogę wpuścić do ciebie tego człowieka, który chce zgłosić zaginięcie?

Wallander skinął głową do słuchawki.

– Wpuść.

Pukanie, które rozległo się kilka minut później, było tak dyskretne, że Wallander miał wątpliwości, czy się nie przesłyszał. Ale ledwie zawołał „proszę!”, drzwi natychmiast się otworzyły.

Wallander zawsze uważał, że najważniejsze jest pierwsze wrażenie. Mężczyzna, który wszedł do jego pokoju, niczym się nie wyróżniał. Wallander dawał mu trzydzieści pięć lat. Był w granatowym garniturze, miał jasne krótkie włosy i nosił okulary.

Od razu dostrzegł coś jeszcze. Mężczyzna był wyraźnie niespokojny. Zdaje się, że nie tylko on miał za sobą nieprzespaną noc.

Wstał i wyciągnął rękę.

– Inspektor Kurt Wallander.

– Robert Åkerblom – przedstawił się mężczyzna. – Zaginęła moja żona.

Wallandera zaskoczyła taka rzeczowość.

– Zacznijmy od początku – powiedział. – Proszę siadać. Krzesło jest, niestety, popsute. Czasami odpada lewa poręcz. Nie ma się czym przejmować.

Mężczyzna usiadł i nagle się rozpłakał. Przejmująco, rozpaczliwie.

Wallander zastygł w bezruchu. Postanowił poczekać.

Po kilku minutach mężczyzna się uspokoił, otarł łzy i wysiąkał nos.

– Przepraszam. Louise coś się musiało stać. Nigdy by dobrowolnie nie zniknęła.

– Napije się pan kawy? – spytał Wallander. – Może uda się zorganizować jakieś ciastka.

– Nie, dziękuję.

Wallander skinął głową i wyjął z szuflady notes. Używał zwykłych kołonotatników, które kupował w księgarni za własne pieniądze. Nie nauczył się korzystać z całej masy formularzy rozsyłanych po kraju przez Główny Zarząd Policji. Kiedyś zamierzał skrobnąć kilka słów do „Szwedzkiej Policji” i zaproponować autorom formularzy, żeby od razu wpisywali odpowiedzi.

– Na początek poproszę o pana dane personalne – powiedział.

– Nazywam się Robert Åkerblom – powtórzył mężczyzna. – Wspólnie z żoną Louise prowadzę Biuro Pośrednictwa w Obrocie Nieruchomościami.

Wallander notował, kiwając głową. Biuro mieściło się tuż obok kina Saga.

– Mamy dwie córki – kontynuował Robert Åkerblom – cztero – i siedmioletnią. Mieszkamy w bliźniaku na Akarvagen dziewiętnaście. Ja jestem stąd, żona pochodzi z Ronneby.

Przerwał, z wewnętrznej kieszonki marynarki wyjął zdjęcie i położył na biurku. Przedstawiało kobietę o dość pospolitym wyglądzie. Uśmiechała się do fotografa. Wallander zorientował się, że zostało zrobione w atelier. Patrząc na jej twarz, pomyślał, że Louise i Robert pasowali do siebie.

– To zdjęcie sprzed trzech miesięcy – wyjaśnił Robert Åkerblom. – Dokładnie tak wygląda.

– I zaginęła?

– Tak. W piątek była w Sparbanken w Skurupie, finalizowała transakcję, a potem miała obejrzeć nieruchomość wystawioną na sprzedaż. Ja spędziłem popołudnie z naszym rewidentem w jego biurze. Zanim pojechałem do domu, wróciłem do firmy. Na automatycznej sekretarce żona zostawiła wiadomość, że będzie około piątej. Powiedziała, że dzwoni kwadrans po trzeciej. Od tamtej pory nie dała znaku życia.

Wallander zmarszczył czoło. Jest poniedziałek. Nie pokazała się od trzech dni. Trzy dni bez kontaktu z dwójką małych dzieci.

Instynkt mu podpowiadał, że to nie jest zwykłe zaginięcie. Wiedział, że większość zaginionych prędzej czy później wraca i że wszystko z czasem zyskuje naturalne wytłumaczenie. Nierzadko po prostu zapominali poinformować bliskich, że wyjeżdżają na kilka dni albo tydzień. Wiedział również, że stosunkowo niewiele kobiet zostawia swoje dzieci. I to go zaniepokoiło.

Poczynił zapiski w kołonotatniku.

– Czy zachował pan wiadomość na automatycznej sekretarce?

– Tak – odparł Robert Åkerblom. – Ale nie pomyślałem o tym, żeby wziąć taśmę.

– Później się tym zajmiemy. Czy wiadomo, skąd dzwoniła?

– Z radiotelefonu.

Wallander odłożył długopis i przyglądał się mężczyźnie. Jego niepokój wydawał się całkowicie szczery.

– Nie potrafi pan wyjaśnić nieobecności żony?

– Nie.

– Czy nie mogła wybrać się w odwiedziny do przyjaciół?

– Nie.

– Do krewnych?

– Nie.

– Nie widzi pan jakiejś innej możliwości?

– Nie.

– Mam nadzieję, że się pan nie obrazi, jeśli zadam osobiste pytanie.

– Nigdy się nie kłóciliśmy. O to panu chodziło?

Wallander pokiwał głową.

– Tak. Mówi pan, że nie ma żony od piątku po południu. Ale czekał pan ze zgłoszeniem zaginięcia trzy dni.

– Nie miałem odwagi – przyznał Robert Åkerblom.

Wallander popatrzył na niego ze zdziwieniem.

– Pójście na policję znaczyłoby tyle, co pogodzenie się z tym, że stało się coś strasznego - wyjaśnił Robert Åkerblom. – Dlatego nie miałem odwagi.

Wallander wolno skinął głową. Świetnie go rozumiał.

– Zakładam, że pan jej szukał.

Robert Åkerblom przytaknął.

– Co jeszcze pan zrobił? – spytał Wallander, notując.

– Modliłem się do Boga – całkiem zwyczajnie odparł Robert Åkerblom.

Wallander przerwał pisanie.

– Modlił się pan do Boga?

– Jesteśmy metodystami. Wczoraj modliliśmy się razem z pastorem Turesonem, żeby Louise nie spotkało nic złego.

Wallander poczuł kamień w żołądku. Próbował ukryć niepokój.

Matka dwójki dzieci, która należy do Kościoła niezależnego, nie znika ot tak, pomyślał. Chyba że doznała nagłego zamroczenia umysłu. Albo pogrążyła się w religijnej kontemplacji. Matka dwójki dzieci nie idzie do lasu, żeby się powiesić. Owszem, to się zdarza, ale bardzo rzadko.

Wallander wiedział, co to znaczy. Louise Åkerblom uległa nieszczęśliwemu wypadkowi lub padła ofiarą przestępstwa.

– Naturalnie brał pan pod uwagę nieszczęśliwy wypadek?

– Obdzwoniłem wszystkie szpitale w Skanii – odpowiedział Robert Åkerblom. – Nigdzie jej nie ma. Poza tym powinni dać znać, gdyby coś się stało. Louise zawsze nosi przy sobie dowód osobisty.

– Czym jeździ?

– Granatową toyotą corollą, rocznik dziewięćdziesiąty. Numer rejestracyjny MHL449.

Wallander zapisał, po czym szczegółowo wypytał Roberta Åkerbloma o zajęcia żony w piątek 24 kwietnia. Przestudiowali mapy.

Miał coraz gorsze przeczucia. Na Boga, pomyślał, oby to nie było zabójstwo. Wszystko, tylko nie to.

Za kwadrans jedenasta Wallander odłożył długopis.

– Nie ma powodu nie wierzyć, że Louise się odnajdzie - powiedział z nadzieją, że w jego głosie nie słychać wahania. – Ale, naturalnie, potraktujemy pana zgłoszenie z całkowitą powagą.

Robert Åkerblom zgarbił się. Wallander obawiał się, że znowu zacznie płakać. Nagle zrobiło mu się go ogromnie żal. Chciał go pocieszyć, ale jak mógłby to zrobić, nie ujawniając jednocześnie swoich obaw. Wstał.

– Odsłucham wiadomość na automatycznej sekretarce, a potem pojadę do banku w Skurupie. Czy ma pan kogoś do pomocy przy dziewczynkach?

– Nie potrzebuję pomocy – odparł Robert Åkerblom.

– Sam sobie poradzę. Jak pan myśli, co się stało Louise?

– Na razie myślę tylko tyle, że niedługo będzie w domu. Kłamię. Wcale tak nie myślę. Mam taką nadzieję. Wallander pojechał za Robertem Åkerblomem. Jak tylko odsłucha wiadomość i przejrzy biurko Louise, wróci do komendy i porozmawia z Bjorkiem. Mimo że obowiązywały ich określone procedury poszukiwania osób zaginionych, chciałby mieć natychmiast do dyspozycji wszelkie możliwe środki. Za zniknięciem Louise Åkerblom mogła kryć się zbrodnia.

Biuro Pośrednictwa w Obrocie Nieruchomościami Åkerblomów mieściło się w lokalu dawnego sklepu spożywczego. Wallander pamiętał ten sklep z pierwszych lat swojej bytności w Ystadzie, dokąd jako młody policjant przeniósł się z Malmo. Teraz były tutaj dwa biurka, gabloty ze zdjęciami nieruchomości, stół i krzesła. Na stole leżały teczki ze szczegółowymi informacjami, które mogli zgłębiać zainteresowani kupnem. Na ścianie wisiały dwie mapy sztabowe, upstrzone różnokolorowymi szpilkami. Na zapleczu znajdowało się małe pomieszczenie kuchenne.

Weszli od podwórza. Wallander zdołał dostrzec na drzwiach od ulicy przyklejoną skoczem kartkę: „Dzisiaj biuro nieczynne”.

– Które biurko jest pańskie? – zapytał.

Robert Åkerblom wskazał je ręką. Wallander usiadł przy drugim. Na blacie był kalendarz, zdjęcia córek, kilka teczek i stojak na długopisy. Miał wrażenie, że ktoś niedawno robił porządki.

– Kto tu sprząta?

– Trzy razy w tygodniu przychodzi sprzątaczka – odparł Robert Åkerblom. – Ale codziennie sami odkurzamy i opróżniamy kosze na śmieci.

Wallander pokiwał głową i zaczął się rozglądać po lokalu. Wyróżniał go tylko niewielki krucyfiks na ścianie przy drzwiach do kuchenki.

Wskazał na automatyczną sekretarkę.

– Od razu będzie ta wiadomość – powiedział Robert Åkerblom. – W piątek po trzeciej nikt więcej się nie nagrał.

Pierwsze wrażenie, pomyślał Wallander. Słuchaj uważnie.

„No to cześć, rzucę tylko okiem na dom pod Krageholmem i wracam do Ystadu. Jest kwadrans po trzeciej, będę koło piątej”.

Zadowolona. Ożywiona i zadowolona. W jej głosie nie ma poczucia zagrożenia ani lęku.

– Jeszcze raz – poprosił. – Ale przedtem chciałbym posłuchać zapowiedzi.

Robert Åkerblom cofnął taśmę.

„Witamy w Biurze Pośrednictwa w Obrocie Nieruchomościami Åkerblomów. Chwilowo jesteśmy nieobecni z powodów służbowych. Zapraszamy jak zwykle w poniedziałek od godziny ósmej rano. Po sygnale można nagrać wiadomość lub wysłać faks. Dziękujemy za telefon i polecamy się łaskawej pamięci”.

Wallander słyszał w głosie Roberta Åkerbloma pewien wysiłek. Jakby czuł się nieswojo, mówiąc do mikrofonu sekretarki.

Potem znów odsłuchiwał wiadomość od Louise, próbując się doszukać czegoś między wierszami. Nie miał pojęcia, co by to mogło być. Ale szukał. Po dziesiątym razie skinął na Roberta Åkerbloma. Wystarczy.

– Wezmę to nagranie. W komendzie podrasujemy poziom dźwięku.

Robert Åkerblom dał mu kasetę.

– Chciałbym pana o coś poprosić – powiedział Wallander. – W tym czasie, kiedy będę przeglądał szuflady biurka pańskiej żony, proszę spisać plan jej zajęć w piątek. Z kim i gdzie miała się spotkać, którędy mogła jechać, w jakich godzinach i który dom zamierzała obejrzeć w okolicach Krageholmu.

– Nic nie wiem o tym domu – odparł Robert Åkerblom.

Wallander spojrzał na niego pytająco.

– Louise odebrała telefon od właścicielki, narysowała mapkę i zabrała ją ze sobą – wyjaśnił Robert Åkerblom. – Dzisiaj miała wpisać wszystkie dane. Gdybyśmy przyjęli ofertę pośrednictwa, jedno z nas pojechałoby tam, żeby zrobić zdjęcia.

Wallander zastanawiał się przez chwilę.

– Inaczej mówiąc, tylko Louise wie, gdzie jest ten dom.

Robert Åkerblom skinął głową.

– Kiedy właścicielka miała zadzwonić ponownie? – spytał Wallander.

– Dzisiaj. Dlatego Louise chciała go obejrzeć w piątek.

– Powinien pan tu być, kiedy się odezwie. To ważne. Proszę powiedzieć, że żona widziała dom, ale niestety dzisiaj nie ma jej w pracy, ponieważ się rozchorowała. Niech pan zapyta, jak tam dojechać, i niech pan zapisze numer telefonu. Potem proszę się natychmiast ze mną skontaktować.

Robert Åkerblom pokiwał głową i zabrał się do sporządzania rozkładu zajęć Louise.

Wallander wysuwał kolejno szuflady biurka. Nie znalazł nic godnego uwagi. Ani jedna szuflada nie sprawiała wrażenia nienaturalnie pustej. Podniósł zieloną podkładkę na blacie. Leżał tam przepis na kotlety mielone, wyrwany z jakiegoś czasopisma. Potem przyjrzał się fotografii córek.

Wstał i poszedł do kuchenki. Jedną ścianę zdobił kalendarz i makatka z cytatem z Biblii. Na półce stał nienapoczęty słoik kawy i różne gatunki herbaty. Otworzył lodówkę. Litr mleka i kostka margaryny.

Pomyślał o Louise. Jej głos brzmiał pewnie. Musiała mówić ze stojącego samochodu. Gdyby prowadziła, dałoby się wyczuć podzielność uwagi. Później, w komendzie, okaże się, że miał rację. Poza tym należała do osób ostrożnych i przestrzegających prawa, które nie ryzykują ani swojego, ani cudzego życia, rozmawiając przez telefon podczas jazdy.

Jeśli zgadza się czas i miejsce, Louise jest w Skurupie. Załatwiła formalności w banku i wybiera się do Krageholmu. Ale najpierw dzwoni do męża. Cieszy się z udanej transakcji. Jest piątek po południu, koniec pracy, pogoda dopisuje. Ma powody do zadowolenia.

Znów usiadł przy biurku i zaczął przeglądać kalendarz. Robert Åkerblom wręczył mu rozkład zajęć.

– Mam jeszcze jedno pytanie – powiedział Wallander. – To ważne. Jakiego usposobienia jest pańska żona?

Pilnował się, żeby używać czasu teraźniejszego, jakby nic się nie stało. Ale myślał o Louise w czasie przeszłym.

– Wszyscy ją lubią – odparł Robert Åkerblom. – Jest pogodna, często się śmieje, szybko nawiązuje kontakty z ludźmi. Nie przepada za prowadzeniem interesów. Sprawy finansowe i skomplikowane negocjacje zostawia mnie. Łatwo się wzrusza. Jest wrażliwa na cudze cierpienie.

– Czy ma jakieś cechy szczególne?

– Szczególne?

– Każdy ma swoje dziwactwa.

– Niczego takiego nie zauważyłem – przyznał po namyśle Robert Åkerblom.

Wallander skinął głową i wstał. Była za kwadrans dwunasta. Chciał porozmawiać z Bjorkiem przed lunchem.

– Odezwę się dzisiaj po południu – powiedział. – Proszę się nie zamartwiać. Może pan sobie przypomni coś ważnego, o czym powinienem wiedzieć.

– Co się stało? – spytał Robert Åkerblom, ściskając Wallanderowi dłoń na pożegnanie.

– Przypuszczalnie nic. Wszystko się na pewno wyjaśni.

Wallander złapał Bjorka w ostatniej chwili. Właśnie wybierał się do domu na lunch. Jak zwykle wydawał się zagoniony. Wallander wyobrażał sobie, że funkcja komendanta to nic godnego pozazdroszczenia.

– Przykro mi z powodu tego włamania – powiedział Bjork, przybierając współczujący wyraz twarzy. – Oby nie napisali o tym w gazetach. Włamanie do mieszkania inspektora policji. Nie wyglądałoby to najlepiej. Mamy kiepską wykrywalność. Szwedzka policja plasuje się na dalekim miejscu w światowej statystyce.

– Jest, jak jest. Muszę z tobą porozmawiać.

Stali na korytarzu przed gabinetem Bjorka.

– To pilne – dodał.

Bjork kiwnął głową i weszli do gabinetu.

Wallander wyjaśnił, o co chodzi. Dokładnie zrelacjonował przebieg spotkania z Robertem Åkerblomem.

– Religijna matka dwójki dzieci – skwitował Bjork. – Nie ma jej od piątku. Niedobrze.

– Otóż to. Niedobrze.

Bjork przyglądał mu się z uwagą.

– Podejrzewasz zabójstwo?

Wallander wzruszył ramionami.

– Nie wiem, co o tym myśleć. W każdym razie jestem pewien, że to nie jest zwykłe zaginięcie. Dlatego powinniśmy od razu przystąpić do działania, pomijając rutynowe procedury, jakie stosujemy w takich wypadkach.

Bjork skinął głową.

– Zgadzam się. Kogo chcesz do pomocy? Nie zapominaj, że brakuje nam ludzi. Hanssonowi udało się złamać nogę w najmniej odpowiednim momencie.

– Martinssona i Svedberga. A propos, czy Svedberg dopadł tego byczka, który hasał po E14?

– Jakiś chłop złapał go na lasso – ponuro odparł Bjork.

– Svedberg ześlizgnął się do rowu i skręcił nogę w kostce. Ale jest na chodzie.

Wallander wstał.

– Jadę do Skurupu – powiedział. – Spotkajmy się o wpół do piątej, żeby zebrać do kupy wszystkie informacje. Ale już teraz musimy wszcząć poszukiwania jej samochodu.

Położył kartkę na biurku Bjorka.

– Toyota corolla – przeczytał Bjork. – Zajmę się tym.

Wallander ruszył do Skurupu. Ponieważ potrzebował trochę czasu na przemyślenie sprawy, powoli sunął nadbrzeżną szosą.

Zerwał się wiatr. Po niebie przetaczały się postrzępione chmury. Do portu wpływał prom z Polski.

W Mossby Strandzie zatrzymał się na opustoszałym parkingu przed zamkniętym na głucho kioskiem. Siedział w samochodzie i myślał o pontonie, który w ubiegłym roku właśnie tutaj dopłynął do brzegu z dwoma martwymi mężczyznami, i o poznanej w Rydze kobiecie, Bajbie Liepie, o której - mimo szczerych chęci – nie udało mu się zapomnieć.

Najmniej ze wszystkiego życzyłby sobie teraz zabójstwa kobiety.

Najbardziej życzyłby sobie spokoju.

Pomyślał o planach matrymonialnych ojca. I o włamaniu, i o muzyce, której został pozbawiony. Czuł się tak, jakby mu ktoś odebrał ważną część jego życia.

Pomyślał o córce, Lindzie, studiującej wieczorowo w Sztokholmie, z którą – tak mu się przynajmniej wydawało – zaczynał tracić kontakt.

Za dużo rzeczy miał na głowie.

Wysiadł z samochodu, zaciągnął suwak kurtki i zszedł na brzeg. Było chłodno. Marzł.

Odtworzył w myślach przebieg rozmowy z Robertem Åkerblomem. Rozważał różne hipotezy. Czy mimo wszystko mogło istnieć jakieś naturalne wyjaśnienie? Czy Louise mogła popełnić samobójstwo? Przypomniał sobie jej głos. Jej zapał.

Tuż przed pierwszą Kurt Wallander wsiadł do samochodu i pojechał do Skurupu.

Wyciągnął tylko jeden wniosek.

Był przekonany, że Louise Åkerblom nie żyje.

3

Kurt Wallander miał stale powracający sen na jawie, który przypuszczalnie dzielił z wieloma ludźmi. Śnił, że dokonuje genialnego napadu na bank, czym wprawia w zdumienie cały świat. Snowi towarzyszyła ciekawość, ile pieniędzy zwykło się przechowywać w średniej wielkości banku. Mniej, niż się sądzi, ale i tak aż nadto? Nie wiedział dokładnie, jak by to zrobił, w każdym razie nie przestawał o tym myśleć.

Uśmiechnął się, ale zaraz spoważniał, zdjęty wyrzutami sumienia.

Był pewien, że nie odnajdą Louise Åkerblom żywej. Nie dysponował żadnymi dowodami, nie znał miejsca zbrodni. Nie miał absolutnie nic, a mimo to wiedział, że się nie myli.

Raz po raz stawała mu przed oczami fotografia córek.

Jak wytłumaczyć coś, czego wytłumaczyć się nie da? Czy Robert Åkerblom nadal będzie się modlił do swojego Boga, który tak okrutnie zawiódł i jego, i jego dzieci?

Krążył po banku w Skurupie, czekając, aż urzędnik asystujący Louise Åkerblom przy transakcji w piątkowe popołudnie wróci od dentysty. Piętnaście minut wcześniej rozmawiał z dyrektorem, Gustavem Halldenem, którego miał okazję kiedyś poznać. Powiedział mu, że potrzebuje informacji w związku z zaginięciem pewnej kobiety, i poprosił o dyskrecję.

– Nie wiemy na pewno, czy stało się coś poważnego – wyjaśnił.

– Rozumiem – odparł Hallden. – To tylko przypuszczenia.

Wallander skinął głową. Tak właśnie było. Ale gdzie jest granica między wiedzą a przypuszczeniami?

Jego rozmyślania przerwał czyjś głos.

– Chciał się pan ze mną spotkać – powiedział niezbyt wyraźnie mężczyzna stojący za jego plecami.

Wallander odwrócił się.

– Główny księgowy Moberg?

Mężczyzna skinął głową. Jak na głównego księgowego, wydawał się zaskakująco młody. Ale nie tylko jego wiek przyciągnął uwagę Wallandera. Policzek mężczyzny był mocno spuchnięty.

– Nie bardzo mogę mówić – wymamrotał Moberg.

Wallander nic nie zrozumiał.

– Poczekajmy – kontynuował Moberg – aż przestanie działać znieczulenie.

– Niestety, mam bardzo mało czasu. Chyba że mówienie sprawia panu ból.

Moberg pokręcił głową i zaprowadził Wallandera do niewielkiej salki w głębi banku.

– Tutaj to załatwialiśmy – poinformował Moberg. – Siedzi pan na tym samym miejscu co Louise Åkerblom. Wiem od Halldena, że to o niej chce pan porozmawiać. Zaginęła?

– Przyjęliśmy zgłoszenie o jej zaginięciu. Prawdopodobnie pojechała odwiedzić krewnych i zapomniała o tym powiedzieć domownikom.

Wyczytał ze spuchniętej twarzy Moberga, że potraktował jego wyjaśnienie dość sceptycznie. Jasne, pomyślał. Zaginiony to zaginiony. Nie można zaginąć w połowie.

– Co chciałby pan wiedzieć? – zapytał Moberg i napił się wody, której sobie nalał z karafki stojącej na stole.

– Co się wydarzyło w piątek po południu. Ze szczegółami. Czas, co Louise Åkerblom mówiła, jak się zachowywała, kto kupił ten dom, kto go sprzedał. Czy znał ją pan wcześniej?

– Spotkaliśmy się cztery razy w związku z transakcjami kupna-sprzedaży nieruchomości.

– Proszę opowiedzieć o piątku.

Moberg wyjął kalendarzyk z wewnętrznej kieszeni marynarki.

– Byliśmy umówieni kwadrans po drugiej. Louise przyszła kilka minut wcześniej. Zamieniliśmy parę słów o pogodzie.

– Czy sprawiała wrażenie spiętej albo zdenerwowanej?

– Nie – odparł po namyśle Moberg. – Przeciwnie. Wyglądała na zadowoloną. Przedtem odbierałem ją jako osobę dosyć chłodną. Ale w piątek było inaczej.

Wallander skinieniem głowy zachęcił go, żeby kontynuował.

– Przyszli nabywcy, młode małżeństwo Nilsonów, pełnomocnik spadkobierców majątku po zmarłym, i dopełniliśmy formalności proceduralnych. Wszystkie dokumenty były w należytym porządku, wpis hipoteczny, wpis do księgi wieczystej, kwity pożyczkowe, czek bankowy. Szybko się z tym uporaliśmy. Przed rozstaniem chyba życzyliśmy sobie nawzajem miłego weekendu. Ale nie jestem tego pewien.

– Czy Louise Åkerblom gdzieś się spieszyła? – spytał Wallander.

– To możliwe… Ale głowy nie dam. Wiem natomiast, że nie od razu odjechała. – Wskazał okno wychodzące na niewielki parking. – Zauważyłem, że tutaj zostawiła samochód, ale wsiadła do niego dopiero w piętnaście minut po wyjściu z banku. Rozmawiałem akurat przez telefon i wszystko widziałem. Wydaje mi się, że prócz aktówki miała jakąś torbę.

– Jak wyglądała ta torba?

Moberg wzruszył ramionami. Znieczulenie zaczęło mijać.

– Jak może wyglądać torba? Chyba była papierowa, nie plastikowa.

– I potem odjechała?

– Najpierw do kogoś zadzwoniła z radiotelefonu.

Do męża, pomyślał Wallander. Na razie wszystko się zgadza.

– Było po trzeciej – podjął Moberg. – O wpół do czwartej miałem następne spotkanie, do którego musiałem się przygotować. Moja rozmowa telefoniczna przeciągała się.

– Widział pan, jak odjeżdża?

– Nie, w tym czasie byłem już w swoim biurze.

– Więc po raz ostatni widział ją pan rozmawiającą przez radiotelefon?

Moberg skinął głową.

– Jaki miała samochód?

– Słabo się znam na markach. W każdym razie był czarny. Albo granatowy.

Wallander zamknął kołonotatnik.

– Gdyby pan sobie jeszcze coś przypomniał, proszę się natychmiast z nami skontaktować. Wszystko może być ważne.

Dostał namiary uczestników transakcji, opuścił bank i zatrzymał się na placu. Papierowa torba. Przypomniał sobie, że na ulicy równoległej do torów kolejowych jest cukiernia. Przeciął plac i skręcił w prawo.

Dziewczyna stojąca za ladą pracowała w ostatni piątek. Nie rozpoznała Louise Åkerblom z fotografii, którą jej pokazał.

– Niedaleko jest piekarnia – powiedziała.

– Gdzie?

Okazało się, że piekarnia leży w tej samej odległości od banku co cukiernia, tyle że po lewej od placu. Podziękował i wyszedł.

W piekarni starsza kobieta spytała, czego sobie życzy. Wyjął zdjęcie i przedstawił się.

– Chciałbym się dowiedzieć, czy pani poznaje tę kobietę. Niewykluczone, że była tutaj w piątek tuż po trzeciej.

Kobieta włożyła okulary i dokładnie studiowała fotografię.

– Czy coś się stało? – zainteresowała się. – Kto to jest?

– Proszę mi tylko powiedzieć, czy pani ją rozpoznaje.

Kobieta skinęła głową.

– Wydaje mi się, że kupiła kilka ciastek. Tak, z całą pewnością. Kupiła napoleonki. I chleb.

– Ile napoleonek? – spytał po namyśle.

– Cztery. Pamiętam, bo chciałam je włożyć do kartonu, ale powiedziała, że wystarczy torebka. Spieszyła się.

– Czy zauważyła pani, dokąd poszła po wyjściu z piekarni?

– Nie. Musiałam się zająć innymi klientami.

– Dziękuję. Bardzo mi pani pomogła.

– Co się stało?

– Nic – odparł Wallander. – To jedynie rutynowe pytania.

Wyszedł ze sklepu i ruszył na tył banku, gdzie Louise Åkerblom zaparkowała samochód. Tutaj ślad się urywa, pomyślał. Nagrywa wiadomość na automatyczną sekretarkę i jedzie obejrzeć dom, którego lokalizacji jeszcze nie znamy. Jest w dobrym humorze, kupiła ciastka i wróci około piątej.

Spojrzał na zegarek. Za trzy trzecia. Louise Åkerblom była w tym miejscu trzy dni temu.

Wallander poszedł do samochodu, który postawił przed bankiem, wsiadł, włączył kasetę, jedną z niewielu, które mu zostały po włamaniu, i próbował dokonać podsumowania. Słuchając Placida Dominga, pomyślał, że każdy z członków rodziny Åkerblomów miał dostać po napoleonce. Ciekawe, czy modlą się także przed deserem. Zastanawiał się, jakie to uczucie wierzyć w Boga. W związku z tym nasunął mu się pewien pomysł. Musi odbyć jeszcze jedną rozmowę. Powinien zdążyć przed odprawą w komendzie.

Co powiedział Robert Åkerblom?

Pastor Tureson?

Wallander zapalił silnik i pojechał w kierunku Ystadu. Na E14 przekroczył dozwoloną prędkość. Zadzwonił do Ebby i poprosił ją, żeby się skontaktowała z pastorem Turesonem i poinformowała, że inspektor Wallander chce się z nim bezzwłocznie widzieć. Kiedy dojeżdżał do Ystadu, Ebba oddzwoniła. Pastor Tureson jest w kościele metodystów i chętnie się z nim spotka.

– Chyba nic ci się nie stanie, jeśli od czasu do czasu zajrzysz do kościoła – zauważyła Ebba.

Wallander przypomniał sobie kilka nocy, które rok temu spędził z Bajbą Liepą w ryskim kościele. Nic jednak nie powiedział. Nawet gdyby chciał, nie miał teraz czasu o niej myśleć.

Pastor Tureson był wysokim krzepkim mężczyzną o bujnych siwych włosach. Wallander mógł się przekonać o jego sile, kiedy uścisnęli sobie dłonie.

W skromnym wnętrzu Wallander nie miał uczucia przytłoczenia, jakie go zawsze ogarniało, ilekroć wchodził do kościoła. Usiedli na krzesłach przed stołem ołtarzowym.

– Dzwoniłem do Roberta kilka godzin temu – powiedział pastor Tureson. – Biedny człowiek, jest zdruzgotany. Czy jeszcze jej nie znaleźliście?

– Nie.

– Nie rozumiem, co się mogło stać. Louise nie należy do osób, które narażają się na niebezpieczeństwo.

– Czasem nie da się tego uniknąć.

– Co ma pan na myśli?

– Są dwa rodzaje zagrożeń. Takie, na które sami się wystawiamy, albo takie, na które jesteśmy wystawieni. To niezupełnie to samo.

Pastor Tureson bezradnie rozłożył ręce. Jego niepokój wydawał się autentyczny, szczerze współczuł mężowi i córkom.

– Proszę mi opowiedzieć o Louise. Jaka była? Czy znał ją pan od dawna? Jaka była rodzina Åkerblomów?

Pastor Tureson spojrzał na Wallandera z powagą.

– Pyta mnie pan tak, jakby to już był czas przeszły.

– Złe nawyki – usprawiedliwił się Wallander. – Oczywiście chciałbym się dowiedzieć, jaka jest Louise.

– Jestem pastorem w tej gminie od pięciu lat. Jak pan zapewne słyszy, pochodzę z Goteborga. Kiedy tutaj przyjechałem, Åkerblomowie byli już członkami naszego Kościoła. Oboje są z rodzin metodystów, spotkali się dzięki wspólnej wierze. Obecnie wychowują w niej swoje córki. Robert i Louise to porządni ludzie. Pracowici, oszczędni, szczodrzy. Trudno opisać ich inaczej i trudno mówić o każdym z osobna. Wierni są zdezorientowani zniknięciem Louise. Czułem to podczas naszej wczorajszej modlitwy na jej intencję.

Idealna rodzina, pomyślał Wallander. Żadnej szczeliny w murze. Mogę przepytać tysiąc innych ludzi i wszyscy powiedzą to samo. Louise Åkerblom nie ma słabych stron. Jedynie jej zniknięcie odbiega od normy.

Coś tu się nie zgadza. Nic się nie zgadza.

– Czy pan inspektor myśli o czymś szczególnym? – zapytał pastor Tureson.

– Myślę o słabościach – przyznał Wallander. – Bóg pomoże nam pokonać własne słabości. Czy to nie jeden z podstawowych wyznaczników wszystkich religii?

– Owszem.

– Tymczasem Louise Åkerblom wydaje się osobą całkowicie ich pozbawioną. Jest chodzącą doskonałością. Czy tacy ludzie naprawdę istnieją?

– Louise taka właśnie jest.

– Jak anioł?

– Niezupełnie. Kiedyś, robiąc kawę na nasz wieczorek, sparzyła się i przypadkiem usłyszałem, jak zaklęła.

Wallander postanowił zacząć od początku.

– Nie wchodzi w grę konflikt między nią a mężem? – spytał.

– Zdecydowanie nie.

– A jakiś inny mężczyzna?

– Wykluczone. Mam nadzieję, że nie zada pan tego pytania Robertowi.

– Czy mogły ją ogarnąć wątpliwości natury religijnej?

– To absolutnie niemożliwe. Coś bym o tym wiedział.

– Czy mogła mieć jakiś powód, żeby popełnić samobójstwo?

– Nie.

– Czy mogła doznać nagłego zamroczenia?

– Niby dlaczego? Louise jest całkowicie zrównoważona.

– Większość z nas ma jakieś tajemnice – powiedział Wallander po chwili milczenia. – Czy Louise Åkerblom mogła coś ukrywać nawet przed mężem?

Pastor Tureson pokręcił głową.

– Oczywiście, że każdy ma jakieś tajemnice. Często bardzo mroczne. Jestem jednak przekonany, że w życiu Louise nie było nic takiego, co by mogło ją skłonić do porzucenia rodziny. Na pewno nie chciałaby nikogo niepokoić.

Wallander nie miał więcej pytań.

Coś tu się nie zgadza, pomyślał. Coś się nie zgadza w tym idyllicznym obrazku.

Wstał i podziękował pastorowi Turesonowi.

– Jeśli Louise nie wróci – powiedział – porozmawiam z innymi członkami gminy.

– Na pewno wróci. Nie ma innej możliwości.

Pięć po czwartej Wallander wyszedł z kościoła metodystów. Zaczęło padać, wiał chłodny wiatr. Drżąc z zimna, wsiadł do samochodu. Był zmęczony. Jakby sama myśl, że dwie małe dziewczynki miałyby stracić matkę, pozbawiła go sił.

O wpół do piątej zebrali się w gabinecie Bjorka. Martinsson siedział na kanapie, Svedberg podpierał ścianę i jak zwykle drapał się po łysinie, jakby się łudził, że znajdzie tam jakieś włosy. Wallander usiadł na krześle. Bjork stał za biurkiem i rozmawiał przez telefon. Kiedy skończył, poprosił Ebbę, żeby przez najbliższe pół godziny nikogo z nim nie łączyła. Z wyjątkiem Roberta Åkerbloma.

– Co mamy? – spytał Bjork. – Od czego zaczniemy?

– Nic nie mamy – odparł Wallander.

– Poinformowałem o sprawie Svedberga i Martinssona – podjął Bjork. – Szukamy jej samochodu. Podjęliśmy wszystkie rutynowe działania, jakie wdrażamy w tych sytuacjach, w których oceniamy czyjeś zaginięcie jako poważne.

– Nie oceniamy – przerwał mu Wallander. – To jest poważne. Gdyby doszło do nieszczęśliwego wypadku, już byśmy coś o tym wiedzieli. A nie wiemy. Mamy więc do czynienia z przestępstwem. Niestety, jestem pewien, że Louise Åkerblom nie żyje.

Martinsson zamierzał o coś spytać, ale Wallander nie dopuścił go do głosu i zdał relację z tego, co do tej pory udało mu się zebrać. Musi przekonać kolegów do swoich racji. Ktoś pokroju Louise Åkerblom nie porzuca rodziny z własnej woli.

Zostawiła wiadomość na automatycznej sekretarce, że będzie w domu około piątej, i coś jej w tym przeszkodziło. Coś albo ktoś.

– Tak, trudna sprawa – skwitował Bjork.

– Pośredniczka w handlu nieruchomościami, metodystka, matka dzieciom – powiedział Martinsson. – Może za dużo miała na głowie? Kupuje ciastka, jedzie w stronę domu, nagle się rozmyśla i skręca na Kopenhagę.

– Musimy znaleźć samochód – odezwał się Svedberg. – Inaczej nie ruszymy z miejsca.

– Przede wszystkim musimy odszukać dom, który miała obejrzeć – wtrącił Wallander. – Czy nie było telefonu od Roberta Åkerbloma?

Nie. Nie było.

– Jeśli rzeczywiście pojechała gdzieś w okolice Krageholmu, powinniśmy pójść tym tropem, dopóki jej nie znajdziemy albo dopóki ślad się nie urwie.

– Peters i Noren przepatrzyli boczne drogi wokół Krageholmu – poinformował Bjork. – I nic. Przy okazji odkryli skradzioną ciężarówkę.

Wallander wyjął z kieszeni kasetę z automatycznej sekretarki. Nie bez kłopotu udało im się zdobyć odpowiedni magnetofon. Pochylili się nad biurkiem i słuchali głosu Louise Åkerblom.

– Taśmę trzeba dokładnie sprawdzić – powiedział Wallander. – Wątpię, żeby technicy mieli jakieś zastrzeżenia, ale niczego nie wolno nam lekceważyć.

– Jedno jest jasne – zauważył Martinsson. – Kiedy nagrywała tę wiadomość, nie czuła się zagrożona, nikt jej do niczego nie zmuszał, nie była ani zdenerwowana, ani zdesperowana.

– Coś się więc musiało stać między trzecią a piątą – powiedział Wallander. – W trójkącie Skurup, Krageholm, Ystad. Trzy dni temu.

– Jak była ubrana? – spytał Bjork.

Wallander nagle sobie uświadomił, że nie zadał jej mężowi jednego z podstawowych pytań.

– Myślę, że mimo wszystko może istnieć jakieś naturalne wytłumaczenie – odezwał się Martinsson. – Powiedziałeś, Kurt, że ludzie jej pokroju nie znikają z własnej woli. Ale napaści i morderstwa zdarzają się bardzo rzadko. Wydaje mi się, że powinniśmy działać tak jak zwykle. Bez histerii.

– Wcale nie histeryzuję – zaprotestował Wallander. – Wiem, co mówię. Niektóre wnioski same się nasuwają.

Bjork już miał się włączyć, kiedy zadzwonił telefon.

– Przecież prosiłem, żeby nikt nam nie przeszkadzał – mruknął.

Wallander szybko położył dłoń na słuchawce.

– To może być Åkerblom. Chyba będzie lepiej, jeśli ja z nim porozmawiam.

Odebrał i przedstawił się.

– Mówi Robert Åkerblom. Czy znaleźliście Louise?

– Nie. Jeszcze nie.

– Przed chwilą zadzwoniła wdowa. Mam mapę. Sam zacznę jej szukać.

– Niech pan jedzie ze mną – zdecydował Wallander po namyśle. – Będę za chwilę. Czy mógłby pan w tym czasie skopiować mapę w kilku egzemplarzach? Pięć wystarczy.

– Dobrze.

Wallander pomyślał, że ludzie prawdziwie wierzący są zazwyczaj praworządni i posłuszni autorytetom. Nikt nie mógłby powstrzymać Roberta Åkerbloma przed poszukiwaniem żony na własną rękę.

Wallander z trzaskiem odłożył słuchawkę na widełki.

– Mamy mapę – powiedział. – Pojedziemy dwoma samochodami. Robert Åkerblom zabierze się ze mną.

– Nie weźmiemy kilku radiowozów? – zapytał Martinsson.

– Na razie niepotrzebne nam kolumny – odparł Wallander. – Najpierw musimy obejrzeć mapę i przygotować plan. Potem wyślemy patrole.

– Dzwońcie, gdyby coś się działo – powiedział Bjork. – Tutaj albo do mnie do domu.

Wallander biegł korytarzem. Musi jak najszybciej ustalić, czy ślady nie zaprowadzą ich donikąd. Możliwe, że Louise Åkerblom gdzieś tam jest.

Svedberg wytarł chusteczką krople deszczu z maski samochodu Wallandera, żeby mogli na niej położyć mapę, którą narysował Robert Åkerblom na podstawie opisu wdowy.

– E14 – stwierdził Svedberg. – Zjazd na Katslosę i Kadesjo. W lewo na Knickarp, potem w prawo, znów w lewo i gdzieś niedaleko ma być bita droga.

– Nie tak szybko – przyhamował go Wallander. – Gdybyście byli w Skurupie, którędy byście pojechali?

Istniało kilka możliwości. Wdali się w krótką dyskusję. W końcu Wallander zapytał Roberta Åkerbloma.

– Myślę, że Louise wybrałaby boczną drogę – odparł bez wahania. – Nie lubiła tłoku ani pośpiechu na E14. Chyba pojechałaby przez Svaneholm i Broddę.

– Nawet gdyby czas ją gonił? Chciała być w domu koło piątej.

– Tak, nawet wtedy.

– Pojedziecie tamtędy – Wallander zwrócił się do Martinssona i Svedberga. – Będziemy w stałym kontakcie.

Opuścili Ystad. Martinsson i Svedberg ruszyli pierwsi. Mieli do przebycia dłuższy odcinek. Robert Åkerblom wpatrywał się przed siebie. Wallander od czasu do czasu na niego zerkał. Widział, że niespokojnie pociera dłonie, jakby nie mógł się zdecydować, czy je spleść, czy nie.

Czuł rosnące napięcie. Co właściwie spodziewają się znaleźć?

Wyhamował przed zjazdem na Kadesjo, przepuścił ciężarówkę i przypomniał sobie, że dwa lata temu jechał tędy do położonej na odludziu posesji, gdzie zamordowano starsze małżeństwo. Wzdrygnął się i nie po raz pierwszy pomyślał o zmarłym przed rokiem starszym koledze Rydbergu. Ilekroć śledztwo, które prowadził, wykraczało poza utarte ramy, brakowało mu jego doświadczenia i mądrych rad.

Co się dzieje w naszym kraju? Co się stało ze zwyczajnymi złodziejami i oszustami? Skąd się bierze to niebywałe okrucieństwo?

Mapa leżała koło dźwigni zmiany biegów.

– Dobrze jedziemy? – spytał Wallander, żeby przerwać ciszę.

– Tak – odparł Robert Åkerblom, nie odrywając oczu od szosy. – Za następnym pagórkiem skręcimy w lewo.

Wjechali w krageholmski las. Po lewej, między drzewami, połyskiwało jezioro. Wallander zwolnił i zaczęli wypatrywać bocznej bitej drogi.