Biała Gorączka - James Ellroy - ebook
Opis

"Ostatnia odsłona doskonałego KWARTETU LOS ANGELES mistrza czarnego kryminału! PIEKŁO W MIEŚCIE ANIOŁÓW! Los Angeles, rok 1958. Zabójstwa, pobicia, łapówki i szantaże to standardowe procedury porucznika Kleina z policji w Los Angeles. W swoim piekiełku rządzi niepodzielnie aż do chwili, gdy federalni zarządzają przeprowadzenie śledztwa w sprawie korupcji wśród miejscowej policji. Dla podgrzania atmosfery Klein zostaje wystawiony jako przynęta. Gorączce poddają się wszyscy: lokalni politycy, szefowie policji, gangsterzy oraz narkotykowi bossowie. Wszyscy są mocno zdeterminowani, by fakty nie ujrzały światła dziennego. Ucieczka ze świata bezwzględnych ambicji, zachłanności i wszelkiego wypaczenia może okazać się bardzo trudna. Klein jednak za wszelką cenę próbuje się z niego wydostać… Przykuwająca uwagę, wciągająca powieść kryminalna, która nikogo nie pozostawi obojętnym! „Biała Gorączka przepełniona jest realizmem i dbałością o szczegół. James Ellroy w najlepszym wydaniu”. The Plain Dealer „To najlepsza książka Ellroya”. Associated Press"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 509

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

WHITE JAZZ

Copyright © 1992 by James Ellroy

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Violetta Dobosz

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Korekta: Barbara Meisner, Anna Just

ISBN: 978-83-7999-389-5

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Helen Knode

Koniec końców posiadłem miejsce swych narodzin i dałem się posiąść jego mowie.

ROSS MACDONALD

Jedyne, co mam, to pragnienie, by pamiętać. Cofnięty czas / gorączkowe sny – budzę się, wyciągając ręce, boję się, że zapomnę. Na zdjęciach ta kobieta jest zawsze młoda.

Los Angeles, jesień, rok 1958.

Gazetowy druk: połączenie drobniutkich punkcików. Nazwiska, zdarzenia – tak brutalne, że aż się proszą, by je ze sobą powiązać. Po wielu latach historia pozostaje jednak niespójna. Nazwiska należą do zmarłych lub zbyt winnych, by o nich wspominać.

Jestem stary, boję się, że zapomnę:

Zabijałem niewinnych ludzi.

Łamałem święte przysięgi.

Czerpałem zyski ze strachu.

Gorączka – żar tamtego czasu. Chcę poddać się muzyce – wirować w jej rytm i z nią spadać.

„LA Herald-Express”, 17 października 1958:

DOCHODZENIE W SPRAWIE SZWINDLI NA RINGU;WIELKA ŁAWA PRZYSIĘGŁYCHPRZESŁUCHA ŚWIADKÓW

Wczoraj rzecznik Prokuratury Federalnej Los Angeles oświadczył, że agenci federalni badają sprawę „przenikania gangów” do środowiska boksu zawodowego w południowej części miasta, chcąc umożliwić wielkiej ławie przysięgłych przygotowanie aktów oskarżenia.

Prokurator federalny Welles Noonan, dawny doradca Komisji ds. Oszustw McClellana, oznajmił, że oficerowie śledczy departamentu sprawiedliwości, kierując się informacjami dostarczonymi przez anonimowe źródła, mają wkrótce przesłuchać barwną postać „mafijnego półświatka” Los Angeles, Mickeya Cohena. Krążą pogłoski, że Cohen, który przed trzynastoma miesiącami opuścił więzienie, usiłował wpłynąć na kontrakty kilku miejscowych zawodowych bokserów. Obecnie przesłuchiwani są pozostający pod federalnym nadzorem Reuben Ruiz, bokser wagi koguciej, będący jedną z głównych atrakcji hali Olympic, oraz Sanderline Johnson, liczący się w rankingach były zawodnik wagi muszej, obecnie pracujący jako krupier w jednym z klubów pokerowych w Gardenie. Biuro prasowe departamentu sprawiedliwości określiło zarówno Ruiza, jak i Johnsona mianem „przychylnych świadków”. W rozmowie z reporterem „Heralda”, Johnem Eislerem, prokurator Noonan powiedział: „To śledztwo jest jeszcze w powijakach, mamy jednak poważne podstawy, by wierzyć, że zakończy się sukcesem. Oszustwa na ringu nie są niczym innym jak tylko właśnie oszustwami. Ich patologiczne macki łączą się z innymi gałęziami przestępczości zorganizowanej, zaś jeśli nasze dochodzenie doprowadzi do wydania aktów oskarżenia, wówczas może okazać się konieczne przeprowadzenie znacznie szerzej zakrojonego śledztwa dotyczącego działalności gangsterskiej w Południowej Kalifornii. Świadek Johnson zapewnił pracujących dla mnie śledczych, że machlojki w świecie boksu to nie jedyne przestępstwa, o jakich mu wiadomo; moglibyśmy więc zacząć dalsze przesłuchania od niego. Na razie jednak koncentrujemy nasze wysiłki wyłącznie na boksie”.

SZCZEBLE DO POLITYCZNEJ KARIERY

Dochodzenie w sprawie matactw w świecie boksu zawodowego spotkało się z pewnym sceptycyzmem. „Uwierzę w jego sens, gdy wielka ława przysięgłych wręczy akty oskarżenia” – powiedział William F. Degnan, emerytowany agent FBI zamieszkały obecnie w Santa Monica. „Dwaj świadkowie nie gwarantują jeszcze powodzenia śledztwa. I z przymrużeniem oka traktuję wszystko, co pisze prasa: pachnie mi to tak zwaną grą pod publikę”.

Opinie pana Degnana zdają się podzielać niektórzy pracownicy Prokuratury Okręgowej Los Angeles. Poproszony o komentarz na temat śledztwa, pragnący zachować anonimowość, jeden z prokuratorów oświadczył: „Tu chodzi tylko i wyłącznie o politykę. Noonan przyjaźni się z (zamierzającym startować w wyborach prezydenckich senatorem z Massachusetts) Johnem Kennedym, a w roku 1960 chce ubiegać się o stanowisko prokuratora generalnego Stanu Kalifornia. To dochodzenie ma stanowić koło zamachowe jego kampanii, jako że z ramienia Partii Republikańskiej będzie z pewnością kandydował Bob Gallaudet (który pełni tymczasowo obowiązki prokuratora okręgowego Los Angeles, a już za dziesięć dni najprawdopodobniej obejmie ten urząd na całą kadencję). Tak naprawdę śledztwo federalne ma jedynie wywołać wrażenie, że lokalna policja i prokuratura nie radzą sobie z przestępczością na własnym podwórku. Uważam, że całe to zamieszanie wokół Noonana i wielkiej ławy przysięgłych to jedynie szczebel w drabinie do jego politycznej kariery”.

Prokurator federalny Welles Noonan, lat 40, odmówił skomentowania powyższych spekulacji, znalazł się jednak niespodziewany sojusznik, który z wyraźnym zapałem podjął się jego obrony. Rzecznik swobód obywatelskich Morton Diskant, demokratyczny kandydat na radnego Piątej Dzielnicy, powiedział naszej gazecie: „Nie wierzę, że Departament Policji Los Angeles jest zdolny do utrzymania porządku bez naruszania swobód obywateli miasta Los Angeles. Z tego samego powodu nie ufam tutejszej Prokuraturze Okręgowej. W szczególności zaś nie darzę zaufaniem Roberta Gallaudeta, głównie przez poparcie, jakiego udzielił (republikańskiemu radnemu Piątej Dzielnicy) Thomasowi Bethune’owi, mojemu obecnemu przeciwnikowi. Stanowisko Gallaudeta w sprawie osiedla Chavez Ravine pozbawione jest wszelkich skrupułów. Zamierza on wyrzucić z domów żyjących w nędzy Latynosów, by pozyskać teren pod budowę stadionu Dodgersów – jest to kaprys w moim mniemaniu iście zbrodniczy. Z drugiej strony Welles Noonan udowodnił wszystkim, że w takim samym stopniu zależy mu na ściganiu przestępców, co na poszanowaniu swobód obywatelskich. Boks to brudny sport, który czyni z istot ludzkich chodzące warzywa. Brawo dla prokuratora Noonana za to, że stanął na wysokości zadania i podjął słuszną walkę”.

ŚWIADKOWIE POD STRAŻĄ

Prokurator federalny Welles Noonan udzielił odpowiedzi na oświadczenie Mortona Diskanta. „Dziękuję panu Diskantowi za wsparcie, nie chciałbym jednak, by stronnicze komentarze zaćmiły obraz sprawy. Zaś sprawą tą jest boks i najlepszy sposób na zerwanie jego powiązań z przestępczością zorganizowaną. Prokuratura Federalna nie zamierza podważać autorytetu Departamentu Policji LA ani w żaden sposób ośmieszać tej instytucji czy umniejszać jej roli”.

Tymczasem dochodzenie w świecie boksu trwa. Świadkowie Ruiz i Johnson pozostają w areszcie zapobiegawczym w śródmiejskim hotelu, strzeżeni przez agentów federalnych i oddelegowanych funkcjonariuszy Departamentu Policji LA, porucznika Davida Kleina i sierżanta George’a Stemmonsa jr.

Felieton „Hollywoodzka Kawalkada” w magazynie „Cicho sza!”, 28 października 1958:

MIZANTROP MICKEY ŚLIZGA SIĘ,WIJE I LECI NA ŁEB NA SZYJĘNA WARUNKOWYM ZWOLNIENIU!

Uwaga, koty wy moje: Meyer Harris Cohen, miłościwy, małodusznie mściwy Mickster we wrześniu ’57 uwolnił się spod federalnej opieki. Odsiedział 3 z zasądzonych 5 lat za uchylanie się od płacenia podatków; jego parszywa kompania rozpierzch­ła się, a życie dawnego króla gangsterów zaczęła znaczyć seria poślizgów wiodąca przez Miasto Upadłych Aniołów, którym niegdyś władał za pomocą spluw, szwindli i sfingowanej serdeczności. Posłuchajcie, dzieci, i poczujcie smród dartej w tych poślizgach gumy: nieoficjalnie, w tajemnicy i bardzo cicho sza!

Kwiecień ’58: dawny pachołek Cohena, Johnny Stompanato zostaje dźgnięty przez córkę Lany Turner, podstępną czternastolatkę, która powinna przymierzać raczej sukienki na szkolną zabawę niż czaić się pod sypialnią mamusi z kosą w ręku. Przykra sprawa, Mickster: w latach 1949-1951 Johnny był twoim głównym gorylem i być może on zdołałby powstrzymać ten twój powięzienny ślizgany slalom. A poza tym – fuj, fuj – naprawdę nie powinieneś był sprzedawać tych pieprzno-miłosnych listów, które Lana pisała do Johnny’ego – doszły nas słuchy, że najechałeś miłosne gniazdko „Stompa” w Benedict Canyon, gdy fura z Johnnym na pokładzie nie zdążyła jeszcze zjechać z drogi do Parku Sztywnych.

Inne zdrożne występki Mickstera:

Pod czujnym okiem swego kuratora Mickey poczynił kilka prób, by wyjść z poślizgów na prostą. Kupił lodziarnię, która wkrótce stała się oazą bandziorów i zbankrutowała, gdy rodzice przestali tam puszczać swe pociechy; sfinansował też własny program, somnambuliczny show w klubie Largo. Usnąć można z nudów: palone dowcipy na temat Ike’a i jego wyczynów na polu golfowym, gagi o Lanie T. i Johnnym S. z naciskiem na Oscara, nagrodę Akademii, za pełnowymiarowe przyrodzenie Stompa Wielkiego. Można też umrzeć z rozpaczy: Mickster czczony jako Jezus w krucjacie Billy’ego Grahama w Koloseum!!! W hucpie swej Mickey wyrzeka się swego żydowskiego dziedzictwa dla takich nędznych sztuczek!!! Hańba, Mickster, hańba!!! I tu scenariusz zaczyna mrocznieć…

Punkt 1:

Agenci federalni wkrótce dadzą Mickeyowi popalić za próby wpływania na kontrakty miejscowych boksujących patafianów.

Punkt 2:

Czterej goryle Mickeya – Carmine Ramandelli, Nathan Palevsky, Morris Jahelka i Antoine „Ryba” Guerif – zniknęli tajemniczo, sprzątnięci prawdopodobnie przez sprawcę bądź sprawców nieznanych, zaś Mickey (co bardzo dziwne, kotki moje) trzyma swą (zwykle rozpuszczoną) japę na kłódkę.

Plotki mnożą się przez pocztę pantoflową półświatka: dwaj żyjący żołnierze Cohena (Chick Vecchio i jego brat Salvatore „Touch” Vecchio, niespełniony aktor, podobno trěs kobiecy) planują wymknąć się spod egidy Mickeya i prowadzić swą nikczemną działalność na własną rękę. Cienko przędziesz, Mickster – doszły nas słuchy, że twoim jedynym źródłem utrzymania są automaty sprzedające papierosy, gumki zwykłe i z wypustkami oraz jednoręcy bandyci, maszyny upchnięte w zadymionych salach na tyłach jazzowych klubów Czarnogrodu. I znowu hańba, Mickey! Wyzyskujesz szwarców! Marne, groszowe geszefciki – ty, który niegdyś rządziłeś szwindlami w tym mieście z takim zatrważającym zapałem!

Rozumiecie już, koty i kociaki? Mickey Cohen zyskał ksywkę Poślizgowski i trzeba mu teraz mamony, szmalcu, starej dobrej kasiory! Co też tłumaczy naszą najbardziej soczyście smakowitą sensację, którą odkrywamy przed wami pospiesznie i pieprznie jako pierwsi!

Słuchajcie:

Meyer Harris Cohen robi teraz w biznesie filmowym!!

Usuń się w cień, C.B. DeMille: cudowny, bezdusznie-dobroduszny Mickster finansuje teraz sub rosa, tani horror kręcony w Griffith Park! Zaoszczędził nieco zdartego z czarnuchów grosza i przystąpił do spółki z Variety International Pictures przy produkcji Ataku atomowych wampirów. Ależ to sensacja, rewelacja, to się po prostu w głowie nie mieści!

Co więcej, mili moi:

Zawsze chętny, by zarobić parę parszywych cenciaków, Mickey obsadził rozzzkosznego kochasia, Toucha Vecchio, w jednej z głównych ról – a Touch pali się, płonie, ginie w ogniu własnej żądzy do gwiazdy owej produkcji, bożyszcza białogłów, Rocka Rockwella. Poza planem zdjęciowym stuprocentowego homosa! Usłyszeliście to od nas pierwsi!

No i wreszcie, kochani:

Na scenę wkracza Howard Hughes: Pan Samolotowo-Narzędziowy Magnat, śliniący się na widok każdej hollywoodzkiej ślicznotki. Kiedyś miał udziały w Studiach R.K.O. Teraz jest niezależnym producentem znanym z tego, że lgną do niego zadzierzyste dzierlatki, a to na mocy „kontraktów na wyłączność”, oferujących rólki w filmach w zamian za częste nocne wizyty. Uwaga: doszły nas słuchy, że główna gwiazda Mickeya dała drapaka od skapcaniałego seksoholika, który właśnie sam nakręcał swą śrubę – zwyczajnie olała kontrakt z Hughesem i zatrudniła się jako kelnerka w Scrivner’s Drive’In, gdzie pracowała, dopóki nie spotkała Mickeya, którego właśnie wzięła chętka na czekoladowy koktajl.

Zadurzyłeś się, Mickster?

Masz złamane serce, Howard?

Hollywoodzka kawalkada zmienia bieg i kierunek jazdy, wystosowując list otwarty do Departamentu Policji Los Angeles.

Drodzy Panowie Policjanci!

Wśród opuszczonych domów niedaleko Hollywood znaleziono ostatnio trzech włóczęgów, uduszonych i okaleczonych. A teraz cicho sza! Doszły nas słuchy, że przebywający wciąż na wolności zabójca wygryzł im tchawice, do czego musiał użyć wielkiej siły. Prasa poświęciła tym ordynarnie ohydnym zabójstwom skąpą ilość uwagi; jedynie ścigający sensacje „LA Mirror” wydaje się zainteresowany faktem, że trzech obywateli Los Angeles spotkał tak okrutny los. Śledztwa nie prowadzi wydział do spraw zabójstw naszej okręgowej policji; jak dotąd nad sprawą pracuje tylko dwóch śledczych z komisariatu w Hollywood. Tak, moje drogie koty, to rodowód ofiar decyduje o intensywności prowadzonego dochodzenia – a jeśli krew pijący psychopata zaatakował tylko trójkę zwykłych obywateli, to komendant detektywów Departamentu Policji Edmund J. Exley nie zamierza marnować czasu na szeroko zakrojone śledztwo. Często jedynie znane nazwisko ofiary jest w stanie uzmysłowić istnienie zbrodni opinii publicznej i w ten sposób wywołać oddźwięk w aparacie sprawiedliwości. „Cicho sza!” nazwało ten zabójczy pomiot szatana „Wilkołakiem” i postanowiło zaapelować do Departamentu Policji Los Angeles, by nasi dzielni stróże prawa znaleźli go i załatwili gorącą randkę w zielonej sali San Quentin. Tam gotują na gazie, zaś ten morderca zasługuje na cztery palniki naraz.

Czekajcie na dalsze wiadomości o Wilkołaku i pamiętajcie, że usłyszeliście o nim po raz pierwszy tutaj: nieoficjalnie, w tajemnicy i bardzo cicho sza!

ISAMO ŻYCIE

1

Robota: przeprowadzić nalot na bukmacherską melinę i wpuścić dziennikarzy – niech narobią trochę szumu, żeby mniej go było wokół dochodzenia w sprawie walk bokserskich.

Jakiś cieplak, jak go przycisnęliśmy, wszystko zakapował: czternaście linii telefonicznych, ustawione wyścigi konne. W notatce służbowej Exley pisał, że mamy zademonstrować siłę, a potem jechać wybadać świadków w hotelu – dowiedzieć się, co zaplanowali federalni.

W rozmowie dodał: – Jeśli coś pójdzie nie tak, nie pozwólcie reporterom robić zdjęć. Jesteś prawnikiem, poruczniku. Pamiętaj, że Bob Gallaudet lubi załatwiać sprawy czysto.

Nienawidzę Exleya.

Exley uważa, że kupiłem sobie prawniczy dyplom za pieniądze z łapówek.

Powiedziałem: czterech ludzi, spluwy i Junior Stemmons jako współdowodzący operacją. Exley na to:

– Macie być w garniturach; to się znajdzie w telewizji. I żadnych zbłąkanych kul – pracujecie dla mnie, nie dla Mickeya Cohena.

Któregoś dnia wepchnę mu listę moich łapówek do gardła.

Junior wszystko ustawił. Idealnie: uliczka w Czarnuchowie zamknięta i pilnowana przez mundurowych. Dziennikarze, wozy patrolowe i czterech facetów w garniturach, ładujących swoje dwunastki.

Sierżant George Stemmons junior ćwiczący „na sucho” szybkie strzały.

Zamieszanie: na werandach czarnuchy z oczami jak u lalek wudu. Mój wzrok na obiekcie docelowym – zaciągnięte zasłony, zastawiony samochodami podjazd – moje skupione spojrzenie i ocena sytuacji: rudera z pustaków – ale uwaga: stalowe drzwi.

Gwizdnąłem; Junior podszedł, wywijając na palcu pistoletem.

– Nie chowaj go, może ci się przydać.

– Nie, mam w wozie karabin. Sforsujemy drzwi, potem…

– Nie sforsujemy drzwi, są stalowe. Zaczniemy w nie grzmocić, a oni spalą papiery. Nadal polujesz na ptaki?

– Jasne. Dave, o co…?

– Masz w samochodzie amunicję? Ten drobny śrut na ptaki?

Junior się uśmiechnął. – Chodzi o to wielkie okno. Strzelam, zasłona zatrzymuje kule, a my wchodzimy.

– Zgadza się. Zawiadom resztę. I powiedz tym błaznom z kamerami, żeby to kręcili. Z pozdrowieniami od Exleya.

Junior pobiegł, wyjął naboje, załadował na nowo. Kamery gotowe; gwizdy; oklaski: zebrani wokół menele.

Ręce w górę, odliczanie:

Osiem: Junior powiadamia pozostałych.

Sześć: ludzie na stanowiskach.

Trzy: Junior mierzy w okno.

Jeden: – Teraz!

Szkło eksplodowało TRACH!, łup łup łup; siła odrzutu powaliła Juniora na ziemię. Wszystkich tak zatkało, że nikt nie zdołał krzyknąć: ZA GRUBY ŚRUT!.

Zasłony w strzępach.

Wrzaski.

Bieg, skok przez parapet. Chaos: bryzgająca krew, konfetti z banknotów i kwitów poświadczających zakłady. Stoliki z telefonami poprzewracane, popłoch: przy tylnych drzwiach bukmacher próbujący walczyć na pięści.

Jakiś czarnuch plujący szkłem.

Jakiś młody meks bez kilku palców.

„Grubośrutowy” Stemmons: – Policja! Nie ruszać się albo będziemy strzelać!

Łapię go, wrzeszczę: – To były strzały wewnątrz budynku, między kolesiami doszło do pieprzonej rozróby. Weszliśmy przez okno, bo uznaliśmy, że drzwiami nie da rady. Pogadaj o tym ładnie z facecikami z mediów i powiedz, że będę im dłużny pewne informacje. Zbierz chłopaków i upewnij się, kurwa, na sto procent, że wiedzą, co dalej robić. Zrozumiałeś?

W końcu Junior mi się wyrwał. Tupot stóp – szturmujący okno policjanci w cywilkach. Hałas na przykrywkę: wyciągnąłem zapasowego gnata. Dwa strzały w sufit, po których wytarłem broń – dowód rzeczowy.

Rzuciłem pistolet. Chaos coraz większy: podejrzani rozciąg­nięci na podłodze, zakuci w kajdanki.

Jęki, krzyki, wymachiwanie bronią / smród krwi.

„Znalazłem” pistolet. Wbiegli dziennikarze; Junior już im wcis­nął, co trzeba. Teraz na werandę, zaczerpnąć świeżego powietrza.

– Wisisz mi tysiąc sto dolców, panie prawniku.

Znajomy głos: Jack Woods. Człowiek renesansu: bukmacher, pospolity bandzior, płatny morderca.

Podszedłem bliżej. – Widziałeś akcję?

– Właśnie tu podjeżdżałem… Powinieneś tego gówniarza Stemmonsa trzymać na smyczy.

– Jego tatko jest inspektorem. A ja, będąc mistrzem młodego, jako porucznik mogę zajmować kapitański etat. Postawiłeś coś?

– No.

– Dużo?

– Sam robię w tym biznesie i z dobrego serca przyjmuję zakłady, żeby potem zainwestować tutaj. Dave, wisisz mi tysiąc sto zielonych.

– Skąd wiesz, że wygrałeś?

– Wyścig był ustawiony.

Zamieszanie – dziennikarze, okoliczni mieszkańcy. – Wyciągnę twój kwit z teczki z dowodami.

– C’est la guerre1. À propos, jak się ma twoja siostra?

– Meg? W porządku.

– Pozdrów ją ode mnie.

Syreny, nadjeżdżające radiowozy.

– Jack, lepiej stąd spadaj.

– Miło cię było zobaczyć, Dave.

Posterunek przy Newton Street – trzeba było gnojków spisać.

Sprawdzanie kartotek: w sumie dziewięć wydanych nakazów aresztowania za poważne wykroczenia. Ten bez palców okazał się wybitny: gwałt, napad z bronią w ręku, oszustwa. Blady, jak to w szoku, prawie jak trup – medyk dał mu kawę i aspirynę.

Spisałem też podrzuconą spluwę, kwity poświadczające zakłady i gotówkę – odejmując tysiąc sto dolców Jacka Woodsa. Junior, kontakty z mediami: pan porucznik przekaże wam informacje.

Dwie godziny babrania się w papierach.

16:30 – z powrotem na komendę. Wiadomości: Meg prosiła, żebym do niej wpadł; Welles Noonan kazał się stawić do pilnowania świadków w hotelu, punkt osiemnasta. Exley: „Szczegółowy raport”.

Szczegółowy raport – maszyna do pisania, znów babranina:

Naomi Avenue 4701, godz. 14:00. Przygotowani do zajęcia bukmacherskiej meliny sierż. George Stemmons jr i ja usłyszeliśmy strzały dochodzące z wnętrza budynku. Nie poinformowaliśmy pozostałych funkcjonariuszy w obawie przed wybuchem paniki. Rozkazałem strzelić w okno od frontu; sierż. Stemmons przekazał pozostałym zmyłkową historię o naszym ataku śrutem. W środku znaleziono rewolwer kaliber .38; aresztowaliśmy sześciu bukmacherów. Podejrzanych spisano na posterunku przy Newton Street; ranni zostali opatrzeni, a gdy to było konieczne, hospitalizowani. Po sprawdzeniu kartotek okazało się, że na całą szóstkę wydano nakazy aresztowania za różnego rodzaju wykroczenia. Podejrzani zostaną umieszczeni w areszcie śledczym, po czym zapoznają się z zarzutami z paragrafów 614.5 i 859.3 Kodeksu karnego Stanu Kalifornia. Następnie wszyscy będą przesłuchani w sprawie strzałów, jakie padły w miejscu akcji, i bukmacherskich powiązań. Przesłuchania te poprowadzę osobiście – jako szef wydziału muszę zagwarantować wiarygodność zeznań. Zainteresowanie prasy będzie minimalne: dziennikarze na miejscu akcji byli nieprzygotowani na tak błyskawiczny rozwój wydarzeń.

Podpisano: porucznik David D. Klein, nr odznaki 1091, szef wydziału ds. przestępstw obyczajowych i hazardu.

Kopie do: Juniora, Exleya.

Telefon…

– Obyczajówka, Klein, słucham.

– Davey? Masz minutkę dla starego kumpla-złodziejaszka?

– Mickey, Jezu Chryste.

– Wiem, wiem, mam dzwonić do ciebie do domu. Hm… Davey… nie oddałbyś przysługi Samowi G.?

G. jak Giancana. – Czemu nie. O co chodzi?

– Znasz tego krupiera, którego teraz pilnujecie?

– No.

– Cóż… grzejnik w jego sypialni się obluzował…

2

Rozkoszniaczek Reuben Ruiz: – To jest życie. Łatwo mógłbym się do takiego przyzwyczaić.

Hotel Embassy: salon, sypialnie, telewizor. Ósme piętro, pełna obsługa: jedzenie i gorzała.

Ruiz bełcze szkocką, wierci się jak idiota. Sanderline Johnson z opuszczoną szczęką ogląda kreskówki.

Junior ćwiczy kowbojskie sztuczki.

Spróbowałem zagadnąć. – Ty, Reuben…

Reuben, trenując proste: – No, poruczniku…

– Ty, Reuben, a czy Mickey C. próbował dobrać się do twojego kontraktu?

– Mickey, jak to się ładnie mówi, przekonująco argumentował, że mój menedżer powinien mu mnie odsprzedać. Przysłał braci Vecchio, żeby z nim pogadali, ale wymiękł, jak Luis powiedział im: „Wy, zabijcie mnie, a i tak się nie zwolnię”. Chcesz znać moje zdanie? Mickey nie ma już dostatecznie twardych jaj, żeby posługiwać się przemocą.

– Za to ty masz cojones2, żeby kapować.

Proste, sierpowe. – Mam brata, który dał nogę z woja, i może nawet czeka go odsiadka. Mam przed sobą trzy walki w Olympic, a Welles Noonan może wszystko spierdolić przez te swoje pozwy. Moja rodzina, jak to się mówi, stanowi wielopokoleniowy klan złodziei i wszyscy, jak to się mówi, przysparzamy kłopotów wymiarowi sprawiedliwości, więc ja, że tak powiem, lubię zawierać znajomości z, jak to się mówi, przedstawicielami społeczności stróżów prawa.

– Myślisz, że Noonan ma coś konkretnego na Mickeya?

– Nie, poruczniku, nie wydaje mi się.

– Mów mi Dave.

– Będę mówił „panie poruczniku”, bo mam już przyjaciół w społeczności stróżów prawa.

– Takich jak?

– Takich jak Noonan i jego koleś z FBI Shipstad. No, a zna pan Uczniaka Johnny’ego Duhamela?

– Jasne. Walczył w turnieju o Złote Rękawice, przeszedł na zawodowstwo, a potem się wycofał.

– Jak się przegra pierwszą zawodową walkę, to lepiej się wycofać. Powiedziałem mu to, bo Johnny to mój stary kumpel. A teraz to posterunkowyUczniak Johnny Duhamel z pieprzonego Departamentu Policji Los Angeles, ni mniej, ni więcej, członek zacnego oddziału do walki z przestępczością zorganizowaną. Trzyma się z tym – jak go tam nazywacie? legendarnym? – kapitanem Dudleyem Smithem. A więc mam, kurwa…

– Ruiz, nie wyrażaj się.

Junior – wkurzony. Johnson zagapiony w telewizor – Myszka Mickey uciekła Kaczorowi Donaldowi.

Junior wyłączył fonię. – Znałem Johnny’ego Duhamela, jak wykładałem w akademii. Chodził na moje zajęcia z gromadzenia materiału dowodowego i był cholernie dobrym studentem. Nie podoba mi się, jak zwykli kryminaliści spoufalają się z policjantami. Comprende, pendejo?3

– Pendejo, hę? Skoro ja jestem głupkiem, to ty jesteś debilowatym kowbojem, co bawi się swoim gnatem jak ta pedziowata mysz z telewizji.

Delikatne szarpnięcie za krawat, sygnał dla Juniora: SPOKÓJ.

Zamarł z ręką na pistolecie.

Ruiz: – Przyjaciół nigdy za wiele, Dave. Czy chciałbyś się czegoś ode mnie dowiedzieć?

Podkręciłem głośność w telewizorze. Johnson gapił się w skupieniu – Kaczka Daisy uwodziła Kaczora Donalda.

Ruiz: – Hm, Dave, zrobiłeś to, żeby mnie podpytać?

Blisko, niemal na ucho: – Jak chcesz mieć jeszcze jednego przyjaciela, to gadaj. Co ma Welles Noonan?

– Ma, jak to się mówi, aspiracje.

– To wiem. Gadaj.

– No cóż… Słyszałem Shipstada, jak rozmawiał z tym drugim gościem z FBI. Noonan ponoć się boi, że to bokserskie dochodzenie ma zbyt mały rozmach. Tak czy siak, obmyśla plan B.

– I?

– I chce się zabrać za szwindle w LA ogółem, głównie w South­side. Prochy, jednoręcy bandyci, no wiesz, nielegalne automaty sprzedające i tego typu bzdury. Słyszałem jeszcze, jak Shipstad mówił coś o tym, że departament nie przesłuchuje ani nie śledzi kolorowych w sprawach zabójstw ich współbraci i że Noonan spróbuje to wykorzystać, żeby ten nowy prokurator okręgowy… jak on się tam nazywa?

– Bob Gallaudet.

– Właśnie, Bob Gallaudet. Tak czy inaczej, Noonan robi wszystko, żeby facet miał jak najgorsze notowania, bo chce stanąć przeciwko niemu w wyborach na prokuratora generalnego.

Czarnogród, automaty… ostatnia twierdza Mickeya C.

– A co z Johnsonem?

Rżenie. – No sam popatrz na tego bezmózgiego Mulata. Uwierzysz, że kiedyś był królem ringu?

– Reuben, gadaj.

– Okej, gadam. To praktycznie skończony kretyn, ale ma kapitalną pamięć. Potrafi zapamiętać ułożenie kart w talii, więc ktoś kazał dać mu robotę w Żyle Złota w Gardenie. Jest dobry w zapamiętywaniu rozmów, a niektórzy goście wcale nie byli przy nim, jak to się mówi, dyskretni. Słyszałem, że Noonan chce wykorzystać te jego pamięciowe sztuczki przed wielką ławą przysięgłych, czyli że…

– Już rozumiem.

– To dobrze. Ja, co prawda, porzuciłem kłopoty i złą drogę, ale moja rodzina wciąż kroczy po tej niedobrej. Nie powinienem mówić ci tego wszystkiego, ale skoro jesteś moim przyjacielem, myślę, że nie wygadasz się przed federalnymi, co, Dave?

– Nie wygadam się. A teraz jedz kolację i odpocznij trochę, okej?

Północ, zgaszone światła. Ja pilnowałem Johnsona, Junior Ruiza – taka była moja sugestia.

Johnson z lekturą do poduszki: I Ty możesz posiąść tajemną bożą moc. Przysunąłem sobie krzesło i patrzyłem na jego wargi: wkrocz na ścieżkę prowadzącą do Jezusa, zwalczaj żydowsko-komunistyczny spisek zmierzający do skundlenia chrześcijańskiej Ameryki. Prześlij datek na adres skrzynki pocztowej bla, bla, bla…

– Sanderline, mogę cię o coś zapytać?

– Hę… tak jest, sir.

– Wierzysz w to, co czytasz?

– Hę… tak jest, sir. Tu piszą, że ta kobieta, co ożyła, mówi, że Jezus gwarantuje tym, co wyślą najwyższe datki, co roku nowy samochód w niebie.

JASNA DUPA…

– Sanderline, czy zdarzyło ci się zdrowo oberwać w ostatnich kilku walkach?

– Hę… nie. Bobby’ego Calderona pokonałem, a z Ramonem Sanchezem przegrałem przez niejednomyślny werdykt sędziów. Sir, czy myśli pan, że pan Noonan postawi nam porządny lunch podczas przesłuchań przed sądem przysięgłych?

Kajdanki. – Załóż je. Ja idę się wysikać.

Johnson wstał i przeciągnął się, ziewając. Sprawdziłem grzejnik – grube rury – obluzowany.

Otwarte okno – osiem pięter w dół – uśmiechnięty zidiociały Mulat.

– Sir, jak pan myśli, czym jeździ sam Jezus?

Rąbnąłem jego głową o ścianę; i wyleciał przez okno, wrzeszcząc.

3

Wydział zabójstw Departamentu Policji Los Angeles orzekł: samobójstwo, sprawa zamknięta.

Prokurator okręgowy: prawdopodobnie samobójstwo.

Potwierdzenie – Junior, Ruiz: Sanderline Johnson to świr.

Ja:

Przyglądałem mu się, jak czyta, przysnąłem, obudziłem się – Johnson oznajmił, że umie latać. Znalazł się za oknem, nim zdążyłem na głos wyrazić swe niedowierzanie.

Przesłuchanie: fedzie, Departament Policji LA, ludzie z Prokuratury Okręgowej. Fakty: Johnson, lądując, rozbił zaparkowane de soto, zginął na miejscu, świadków brak. Bob Gallaudet wydawał się zadowolony: droga do kariery politycznej przeciwnika została zablokowana. Ed Exley: do raportu w jego gabinecie, 10:00.

Welles Noonan: haniebnie niekompetentny policjant; żałos­na namiastka prokuratora. Podejrzenia: moje dawne pseudo – „Egzekutor”.

Ani słowa o paragrafie 187 Kodeksu karnego – rozmyślne zabójstwo.

Ani słowa o przeprowadzeniu śledztwa poza Departamentem Policji.

Ani słowa o federalnym oskarżeniu.

Pojechałem do domu, wziąłem prysznic, przebrałem się – nie plątał się tam jeszcze żaden reporter. Do śródmieścia: sukienka dla Meg – kupuję jej kieckę za każdym razem, gdy zabiję człowieka.

10:00

Oczekiwanie: Exley, Gallaudet, Walt Van Meter – szef sekcji wywiadowczej. Kawa, ciastka, pierdoły…

Usiadłem. Exley: – Poruczniku, znasz pana Gallaudeta i kapitana Van Metera.

Gallaudet z uśmiechem od ucha do ucha: – Jesteśmy z Davem na „ty” od czasów studiów prawniczych i nie będę tu udawał wściek­łości z powodu wydarzeń ostatniej nocy. Widziałeś „Mirrora”, Dave?

– Nie.

– „Federalny świadek ginie po upadku z okna”. A z boku: „Samo­bójcze oświadczenie: Alleluja, umiem latać!”. Jak ci się to podoba?

– Bzdury.

Exley, chłodno: – Omówimy to z porucznikiem później. W pewnym sensie łączy się to z tematem naszego spotkania, więc przejdźmy do rzeczy.

Bob wziął łyk kawy. – Czyli do politycznej intrygi. Walt, powiedz mu.

Van Meter zakaszlał. – Cóż… Wywiad wykonał już wcześniej pewną polityczną pracę operacyjną i obserwuje teraz obrany cel – czerwonego prawnika, który nieustannie oczerniał nasz Departament i pana Gallaudeta…

Exley: – Mów dalej.

– No… w przyszłym tygodniu pan Gallaudet powinien zostać wybrany na pełną kadencję. Sam był kiedyś policjantem i potrafi się z nami dogadać. Ma poparcie departamentu i części radnych miejskich, ale jest…

Wtrącił się Bob: – Morton Diskant. Idzie łeb w łeb z Tomem Bethunem w wyścigu do fotela radnego Piątej Dzielnicy i od tygodni obrzuca mnie błotem. Wiecie przecież, że pracuję w prokuraturze dopiero od pięciu lat i wskoczyłem na stanowisko prokuratora okręgowego, korzystając z rezygnacji Ellisa Loewa. Słyszałem, że ten Diskant spiknął się z Wellesem Noonanem, który z kolei może ścigać się ze mną w wyborach w roku 1960. Bethune natomiast ma poglądy podobne do naszych. To bardzo zacięty wyścig. Diskant stawia Bethune’a i mnie w jednym rzędzie jako prawicowych dupków, podczas gdy dzielnica, z której kandyduje, jest w jednej czwartej murzyńska i sporo czarnuchów znajduje się na listach wyborców. Resztę dopowiedzcie sobie sami.

Spróbowałem: – Diskant podburza czarnych sprawą Chavez Ravine i gadaniem w stylu: „Głosujcie na mnie, żeby wasi meksykańscy bracia nie zostali wygnani z ruder w dzielnicy slumsów, gdzie klasa rządząca chce zbudować dla siebie stadion”. Na razie jest pięć do czterech za stadionem w głosowaniu urzędującej rady miasta, a ostateczne rozstrzygnięcie ma nastąpić jakoś w listopadzie, już po wyborach. Bethune pełni swą funkcję tymczasowo, podobnie jak Bob, a jeśli przegra, będzie musiał odejść jeszcze przed głosowaniem. Wtedy na jego miejsce wskoczy Diskant i nastąpi impas. Wszyscy tu jesteśmy cywilizowanymi białymi ludźmi, którzy wiedzą, że Dodgersi świetnie wpływają na interesy, więc bierzmy się do roboty.

Exley, z uśmiechem: – Poznałem Boba w pięćdziesiątym trzecim, kiedy pracował w Prokuraturze Okręgowej jako sierżant. Zdobył dyplom prawniczy i w tym samym dniu zapisał się do Partii Republikańskiej. Teraz wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będzie prokuratorem okręgowym jedynie przez dwa lata. W sześćdziesiątym obejmie stanowisko prokuratora generalnego, a potem co? Czy urząd gubernatora ci wystarczy?!

Śmiech dokoła. Van Meter: – Poznałem Boba, kiedy był zwyk­łym posterunkowym, a ja sierżantem. A teraz mamy „Walta” i „pana Gallaudeta”.

– Wciąż jestem „Bob”. A ty mówiłeś kiedyś do mnie „synu”.

– I znów tak będę mówił, Robercie. Jeśli tylko porzucisz pomysł zalegalizowania hazardu w niektórych dzielnicach.

Głupota – to nigdy nie przejdzie przez stanowe ustawodawstwo. Karty, automaty, zakłady bukmacherskie – ograniczone do specjalnych rewirów – opodatkowane. Gliniarze nienawidzili tego pomysłu – Gallaudet był „za” z powodu głosów.

– Porzuci go. W końcu jest politykiem.

Zero śmiechu – tylko Bob zakasłał, zażenowany. – Wygląda na to, że bokserskie dochodzenie wzięło w łeb. Johnson nie żyje, więc federalni nie mają żadnego świadka po swojej stronie, a odnoszę wrażenie, że Reubena Ruiza to Noonan użył tylko ze względu na jego wartość marketingową. Zgadzasz się ze mną, Dave?

– Owszem, w pewnych kręgach jest całkiem znany i lubiany. Mickey C. najwyraźniej próbował nieśmiało dobrać się do jego kontraktu, więc Noonan pewnie chciał wykorzystać też Mickeya i jego marketingową wartość.

Exley, błyskawiczna reakcja: – A wiemy, że gdy chodzi o Mi­ckeya Cohena, jesteś po prostu ekspertem.

– Jesteśmy starymi znajomymi, szefie.

– W jakim sensie?

– Udzielam mu darmowych porad prawnych.

– Takich jak?

– Takich jak: „Nie zadzieraj z Departamentem Policji”. Takich jak: „Uważaj na komendanta detektywów Exleya, bo on nigdy nie mówi wprost, czego właściwie chce”.

Gallaudet, spokojnie: – No, już dość. Burmistrz Poulson poprosił mnie, żebym zwołał to spotkanie, a to on płaci nam pensje. Ja zaś mam pewien pomysł: musimy przeciągnąć Ruiza na naszą stronę. Wykorzystamy go jako naszego rzecznika, żeby ugłaskać Meksykanów z Chavez Ravine; w razie gdyby sprawa eksmisji mocno się skomplikowała, będzie naszym orędownikiem. Czy on nie ma czasem kartoteki za jakieś kradzieże?

Skinąłem głową. – Jako nieletni był zatrzymany za włamanie. Słyszałem, że należał kiedyś do gangu, i wiem, że jego bracia żyją z włamów do dziś. Masz rację – powinniśmy go wykorzystać i obiecać, że jego rodzina nie będzie mieć kłopotów, jeśli tylko zgodzi się na współpracę.

Van Meter: – Mnie się to podoba.

Gallaudet: – A co z Diskantem?

Walnąłem z grubej rury. – To czerwony, więc musi mieć jakichś komuchowatych kolesiów. Znajdę ich i przycisnę. A potem podrzucimy ich telewizji, żeby go obsmarowali.

Bob, kręcąc głową: – Nie. To zbyt zagmatwane i mamy za mało czasu.

– Dziewczynki, chłopcy, gorzała… potrzebna nam jakaś jego słabostka. Posłuchajcie, nawaliłem ostatniej nocy. Pozwólcie więc, że odpokutuję.

Cisza: długa, dudniąca.

Van Meter, pod nosem: – Słyszałem, że lubi młode panienki. Podobno bardzo dyskretnie zdradza żonę. Lubi studentki. Młode idealistki.

Bob, z gasnącym chytrym uśmieszkiem: – Dudley Smith mógłby to ustawić. Już wcześniej takie rzeczy robił.

Exley, z dziwnym naciskiem: – Nie, tylko nie Dudley. Klein, ty nie znasz odpowiednich ludzi?

– Znam ludzi z „Cicho sza!”. Mogę załatwić Pete’a Bonduranta, żeby cyknął fotki, i Freda Turentine’a do założenia podsłuchu. Mój wydział zrobił w zeszłym tygodniu nalot na burdelik i mamy akurat odpowiednią dziewczynę, która nie ma na kaucję.

Spojrzenia dokoła. Exley z półuśmiechem: – A zatem proszę odprawić swą pokutę, poruczniku.

Bob G. – dyplomata: – On pożyczał mi na studiach swoje ściągi. Więc bądź dla niego miły, Ed.

Wyszli – Gallaudet tanecznym krokiem, Van Meter jak skazaniec.

Spytałem: – Czy federalni będą chcieli przeprowadzić śledztwo?

– Wątpię. W zeszłym roku Johnson przebywał na trzymiesięcznej obserwacji w Camarillo i lekarze powiedzieli Noonanowi, że facet jest niezrównoważony. Sześciu agentów szukało świadków zdarzenia, ale zaprowadziło ich to donikąd. Byliby głupi, gdyby chcieli ciągnąć dochodzenie. Jesteś czysty, ale nie podoba mi się, że tak to wygląda.

– Masz na myśli moje haniebne zaniedbanie?

– Mam na myśli twoje długoletnie, dość powszechnie znane powiązania ze światem przestępczym. Będę dla ciebie łaskawy i powiem tylko, że „znasz” Mickeya Cohena, czyli głównego bohatera śledztwa, które przez twoje zaniedbanie legło w gruzach. Ludzie o bujnej wyobraźni mogą wysnuć dość pochopne wnioski o „przestępczym spisku”, a w Los Angeles takich ludzi nie brakuje. Widzisz zatem, jak…

– Posłuchaj, szefie…

– Nie, to ty posłuchaj. Przydzieliłem tobie i Stemmonsowi to zadanie, bo wierzyłem w twoje kompetencje i chciałem, żebyś jako prawnik ocenił, co knują w naszej jurysdykcji federalni. Usłyszałem natomiast: „Alleluja, umiem latać” i „Śledczy drzemie, a świadek rzuca się z okna”.

Hamując śmiech: – I co z tego wynika?

– Ty mi powiedz. Spróbuj zgadnąć, co poza tym bokserskim dochodzeniem planowała Prokuratura Federalna.

– Moim zdaniem po śmierci Johnsona nie może planować wiele. Ruiz powiedział mi, że Noonan kombinował coś niejasno, żeby rozszerzyć śledztwo na nielegalne interesy w Southside – narkotyki i automaty na monety w Czarnogrodzie. Jeśli to dochodzenie dojdzie do skutku, nasz departament może nie wypaść najlepiej. Ale jeśli coś takiego będzie miało nastąpić, Noonan najpierw to obwieści – on uwielbia nagłówki w gazetach. Będziemy mogli się przygotować.

Exley się uśmiechnął. – Tym monetarnym interesem w Southside para się Mickey Cohen. Ostrzeżesz go, żeby zwijał manatki?

– Gdzieżbym śmiał. A tak przy okazji, czytałeś mój raport na temat tamtej bukmacherskiej meliny?

– Tak. Gdyby nie te strzały, byłaby to całkiem dobra akcja… O co chodzi? Patrzysz tak, jakbyś czegoś ode mnie chciał.

Nalałem kawy. – Daj mi motywację do tej roboty z Diskantem.

– Nie masz prawa o nic mnie prosić.

– Po robocie będę je miał.

– Zatem słucham.

Wstrętna kawa. – Robota w obyczajówce już mnie nudzi. Byłem ostatnio u chłopaków od kradzieży i zauważyłem na tablicy informacyjnej ciekawą sprawę.

– Mówisz o skoku na skład ze sprzętem elektrycznym?

– Nie, chodzi mi o magazyn futer Hurwitza. Wyparowały tam futra wartości miliona dolców, zero tropów, a Junior Stemmons w zeszłym roku zdybał Sola Hurwitza na grze w kości. To wykolejony hazardzista, więc założę się, że chodzi o wyłudzenie ubezpieczenia.

– Odpada. To sprawa Dudleya Smitha, który zresztą hipotezę oszustwa ubezpieczeniowego wykluczył. Poza tym jesteś szefem wydziału, a nie oficerem śledczym.

– Więc nagnij trochę regulamin. Ja zapuszkuję komucha, a ty przydzielisz mi tę sprawę.

– Nie, to robota Dudleya. Mówisz o sprawie sprzed trzech dni, Smith został już do niej przydzielony. Zresztą nie chcę, żebyś miał do czynienia z chodliwym towarem, jakim są futra.

Dosrał mi – trzeba to odeprzeć. – Widzę, że miłość między tobą a Dudem nie wygasła. On chciał swojego komendanta detektywów i ty nim zostałeś.

– Szefowie wydziałów zawsze w końcu się nudzą i chcą prowadzić dochodzenia. Czy jest jakiś szczególny powód, dla którego zależy ci właśnie na tej sprawie?

– Kradzieże to czysta robota. Nie miałbyś takich podejrzeń co do moich znajomości, gdybym nad nimi pracował…

Exley wstał. – Jeszcze jedno pytanie, zanim wyjdziesz.

– Tak?

– Czy to któryś z twoich znajomych kazał ci wypchnąć Sanderline’a Johnsona przez okno?

– Nie. Ale czy nie cieszysz się, że wyskoczył?

Spędziłem tę noc w pokoju w Biltmore – kilku pismaków czyhało pod moim domem. Zero snów, kompleksowa obsługa: 6:00 – śniadanie i gazety. Nowe nagłówki: „Prokurator federalny gromi niedbałego policjanta”, „Komendant detektywów wyraża żal z powodu samobójstwa świadka”. Cały Exley – jego prasowe manipulacje, jego żal. Strona trzecia, znowu Exley: żadnych tropów w sprawie kradzieży futer Hurwitza – gang świetnie posługujący się narzędziami elektrycznymi skradł futra wartości ponad miliona dolarów. Fotki: obandażowany strażnik, Dudley Smith chciwym wzrokiem spoglądający na norki.

Kradzieże – przyjemne z pożytecznym: przyskrzynić złodziei i świsnąć im towar.

A robota z komuchem: telefony.

Fred Turentine, facet od podsłuchów – o tak, za pięć stów. Pete Bondurant – o tak, za tysiąc zielonych – i to on opłaci fotografa. Pete, mocno zakorzeniony w „Cicho sza!” – uwielbiał oszczerstwa i skandale.

Szefowa straży aresztu dla kobiet była mi coś winna; wyrównała nasze rachunki dzięki niejakiej La Verne Benson. La Verne – po raz trzeci zatrzymana za prostytucję – brak kaucji, brak wyznaczonej daty procesu. La Verne do telefonu – powiedzmy, że zgubimy twoją kartotekę – o tak! tak! tak!

Nerwowość – jak zwykle po zabiciu człowieka. Nerwowość i drażliwość – wsiadłem do samochodu.

Przejechałem koło domu – reporterzy – tu schronienia nie znajdę. W górę Mulholland, zielone światła, zero ruchu – na liczniku 90, 100, 110. Wozem zarzuca, najpierw tyłem, potem przodem – zwalniam, myślę.

O Exleyu.

Błyskotliwy, bezwzględny. W 1953 roku zastrzelił czterech czarnych – to zamknęło sprawę Nite Owl. Wiosna 1958 – materiał dowodowy wykazał, że zabił niewłaściwych ludzi. Dochodzenie wznowiono; poprowadzili je Exley i Dudley Smith – najszerzej zakrojone śledztwo w historii LA. Rozliczne zabójstwa, brudne intrygi, zazębiające się spiski – Exley wyjaśnił wszystko raz na zawsze. W międzyczasie jego ojciec, magnat budowlany, popełnił samobójstwo; teraz inspektor Ed miał pieniądze. Thad Green zrezygnował ze stanowiska komendanta detektywów; komendant Parker pominął w hierarchii Dudleya i na stanowisko to mianował Edmunda Jenningsa Exleya, lat 36.

Miłość nie wygasła – Exley i Dudley – wciąż złączeni nienawiścią do świata.

Żadnych reform w dochodzeniówce – tylko Exley stał się zimny jak góra lodowa.

Zielone światła do samego domu Meg – tylko jej samochód od frontu. Meg w kuchennym oknie.

Przyjrzałem się jej przez chwilę.

Zmywanie naczyń – rytmiczne ruchy rąk – być może muzyka w tle. Uśmiech – twarz prawie taka jak moja, ale delikatniejsza. Nacisnąłem na klakson…

No tak – szybkie poprawki – okulary, włosy. I uśmiech – pełen niepokoju.

Wbiegłem po schodach; Meg zdążyła otworzyć drzwi. – Czułam, że przyniesiesz mi prezent.

– Dlaczego?

– Ostatnim razem, gdy pisali o tobie w gazetach, kupiłeś mi sukienkę.

– Bystra z ciebie Kleinówna. No dalej, rozpakuj.

– Czy to nie straszne? Widziałam migawki w telewizji.

– To był półgłówek. No już, otwieraj.

– Dave, musimy o czymś porozmawiać…

Popchnąłem ją lekko do środka. – No dalej.

Szelest, odgłos darcia – papier w strzępach. Okrzyk i pęd do lustra – zielony jedwab, rozmiar akurat.

– Podoba ci się?

Obrót – okulary jej prawie spadły. – Zasuniesz mi zamek?

Założyła sukienkę, zaciągnąłem suwak. Idealna – Meg mnie ucałowała, obejrzała się w lustrze.

– Jezu, ty i Junior! Oboje nie możecie się na siebie napatrzeć…

Obrót, wspomnienie: bal maturalny, rok 1935. Nasz stary powiedział, idź z siostrą – faceci, którzy się koło niej kręcili, nie byli odpowiedni.

Meg westchnęła. – Jest piękna. Zresztą jak wszystko, co od ciebie dostaję. A jak tam Junior Stemmons?

– Miło, że ci się podoba, a Junior Stemmons to głupek. W ogóle się nie nadaje do pracy przy dochodzeniach i gdyby jego ojciec nie zrobił ze mnie szefa obyczajówki, wykopałbym go z powrotem na posadę wykładowcy w Akademii Policyjnej.

– Niezbyt silna osobowość?

– Zgadza się, a do tego wrażliwość hot doga, która inne wady jeszcze uwypukla, i nerwowość, jakby za każdym razem robił nalot na melinę z prochami wraz z brygadą narkotykową. Gdzie jest twój mąż?

– Przegląda jakieś szkice budynku, który właśnie projektuje. A skoro już mowa o budynkach…

– Cholera. Nasze kamienice, tak? Zaleganie z czynszem? Ucieczki lokatorów?

– Jesteśmy właścicielami slumsów, więc niech cię to nie dziwi. Chodzi o dom w Compton. Trzy rodziny zalegają z komornym.

– Więc poradź coś. To ty pracujesz w obrocie nieruchomości.

– Dwa mieszkania są do tyłu o miesiąc, jedno o dwa miesiące. Po dziewięćdziesięciu dniach możemy się postarać o nakaz eksmisji, ale do tego konieczna będzie sprawa w sądzie. A to ty jesteś prawnikiem.

– Kurwa, nie znoszę procesów sądowych. Możesz usiąść?

Usiadła i wyciągnęła się – zielony fotel, zielona sukienka. A na tle tej zieleni jej włosy – czarne – o ton ciemniejsze od moich.

– Potrafisz się procesować całkiem nieźle, ale jak cię znam, to wyślesz po prostu jakichś goryli z lewymi papierami.

– Tak jest łatwiej. Wyślę Jacka Woodsa albo któregoś z chłopaków Mickeya.

– Uzbrojonego?

– Tak, i diablo groźnego. A teraz powiedz mi jeszcze raz, jak bardzo podoba ci się ta sukienka. Powiedz to, żebym mógł iść do domu i trochę się przespać.

Wyliczanka – nasza stara zabawa: – Po pierwsze, strasznie podoba mi się ta sukienka. Po drugie, kocham mojego starszego braciszka, mimo że to on skupił w sobie całą rodzinną urodę i większość rozumu. Po trzecie, żeby było krócej, powiem, że znów rzuciłam palenie, nudzi mnie moja praca i mój mąż i zamierzam zacząć się puszczać, zanim stuknie mi czterdziestka i stracę resztę swoich wdzięków. Po czwarte, gdybyś znał jakichś facetów poza gliniarzami i bandziorami, poprosiłabym, żebyś mnie z nimi poznał.

Moja odpowiedź: – Ja mam urodę hollywoodzką, ty tę prawdziwą. Nie sypiaj tylko z Jackiem Woodsem, bo ludzie jakoś dziwnie lubią do niego strzelać, a za pierwszym razem, gdy ty i Jack próbowaliście się spiknąć, nie trwało to zbyt długo. Znam co prawda kilku prokuratorów, ale oni zanudziliby cię na śmierć.

– Kto mi więc pozostał? Dałam już raz plamę jako kochanica gangsterów.

Pokój się zakołysał – byłem wykończony. – Nie wiem. Chodź, odprowadź mnie.

Zielony jedwab – Meg pogładziła tkaninę. – Przypomniały mi się zajęcia z logiki w liceum. No wiesz, przyczyna i skutek.

– Taaa?

– Tak sobie myślę… hm, gazety piszą o śmierci jakiegoś oprycha, a ja dostaję prezent.

Pokój kołysał się coraz mocniej. – Daj spokój.

– Trombino i Bracanto, potem Jack Dragna. Skarbie, chyba da się żyć z tym wszystkim, co zrobiliśmy…

– Wiesz, niemożliwe, żebyś kochała mnie tak jak ja ciebie…

4

Dziennikarze pochłaniający u moich drzwi jedzenie na wynos.

Zaparkowałem na tyłach, włamałem się do własnego domu przez okno w sypialni. Jazgot – reporterzy pieprzący cały czas o mnie. Zgaszone światła, uchylone okno: niech mówią, żebym nie musiał myśleć o problemach z Meg.

Fakt: jestem szkopem, nie Żydem – nazwisko mojego staruszka zostało skrócone na Ellis Island4. 1938 – Departament Policji Los Angeles; 1942 – Piechota Morska. Służba na Pacyfiku; 1945 – powrót do policji. Komendant Departamentu Policji odchodzi, zastępuje go William Worton – czysty jak łza generał dywizji Piechoty Morskiej. Semper fi5: formuje szwadron z byłych marines. Esprit de corps6: łamiemy strajki, pakujemy niegrzecznych skazańców na zwolnieniu warunkowym z powrotem do więzienia.

Studia prawnicze, praca w charakterze wolnego strzelca – odprawa dla szeregowca nie wystarcza na czesne na Uniwersytecie Południowokalifornijskim. Windykator, poborca pieniędzy z zakładów dla Jacka Woodsa – „Egzekutor”. Praca dla Mickeya C.: brutalne tłumienie związkowych fanaberii. Hollywood kusi – jestem wysoki, przystojny.

Z kariery nici, ale przynajmniej mam prawdziwą robotę. Rozpracowuję szantaż na Liberace – dwóch asfaltów o wielkich fiutach i kompromitujące fotki. I tak jestem w Hollywood, i z Mickeyem C. Dostaję robotę na komendzie, zostaję sierżantem. Kończę studia, zdobywam dyplom, zostaję porucznikiem.

Wszystko się zgadza.

W zeszłym miesiącu minęło mi dwadzieścia lat służby, nabyłem prawo do emerytury – prawda. Za kasę, którą zarobiłem jako „Egzekutor”, kupiłem kilka slumsów – prawda. Rżnąłem Anitę Ekberg i jedną rudą z programu estradowego Spade’a Cooleya – fałsz.

Dalej były same bzdury; rozmowa zeszła na Chavez Ravine. Zamknąłem okno i próbowałem zasnąć.

Bez skutku.

Otworzyłem okno – dziennikarze wsiąkli. Włączyłem telewizor – tylko obraz kontrolny. Wyłączyłem, skończyły mi się pomysły – MEG…

Zawsze było w naszym życiu coś przerażająco niewłaściwego – i dotykaliśmy się nawzajem od tak dawna, że nie sposób pamiętać. Ja osłaniałem ją przed pięściami ojca; ona powstrzymywała mnie, żebym go nie zabił. Razem w college’u, potem wojna, listy. Wszystkie nasze związki z innymi mężczyznami i kobietami kończyły się fiaskiem.

Burzliwe lata powojenne – „Egzekutor”. Meg – kumpelka, pomagier windykatora. Przygoda z Jackiem Woodsem – nie przeszkadzałem im. Studia pochłaniały cały mój czas – Meg robiła, co chciała. Poznała dwóch zbirów: Tony’ego Trombino i Tony’ego Bracanto.

Czerwiec 1951 – nasi rodzice giną w wypadku samochodowym.

Ta nasza zuchwałość, ochota…

Motelowy pokój – tuż po pogrzebie Franza i Hildy Kleinów. Nadzy, jak nas Pan Bóg stworzył. Lgniemy do siebie – każdy pocałunek to przypływ mdłości.

Meg wreszcie przerwała – nie dokończyliśmy. Zamieszanie: nasze ciuchy, słowa, zgaszone światło.

Wciąż tego pragnąłem.

Ona nie.

Zaczęła się prowadzać z Trombinem i Bracantem.

Gnojki bratały się z Jackiem Dragną – mafiosem numer 1 Miasta Aniołów. Jack pokazał mi zdjęcie: Meg – sińce, malinki – Trombino i Bracanto potwierdzili.

Potwierdziło się coś jeszcze – Trombino i Bracanto orżnęli mafię na grze w kości.

Jack powiedział: pięć kawałków za ich głowy – zgodziłem się.

Wszystko ustawiłem – taki niby szantaż: „Zrobimy tego bukmachera na szaro”. 6 sierpnia, North Ogden 1648 – Tony 1 i Tony 2 w dodge’u z czterdziestego dziewiątego roku. Wślizguję się na tylne siedzenie i strzelam, pozbawiając ich mózgów.

Nagłówki: „Wojna gangów” – natychmiast aresztowany główny goryl Dragny. Alibi dał mu proboszcz parafii Dragny. Sprawa gangsterskich porachunków nierozwiązana – niech się pieprzone bandziory wytłuką nawzajem.

Dostałem swoją zapłatę – i premię w postaci nagrania: facet wściekający się na mętów, którzy skrzywdzili jego siostrę. Głos Dragny – zniekształcony. Mój: „Ja ich, kurwa, zabiję. Zabiję ich, kurwa, i to za darmo”.

Zadzwonił Mickey Cohen. Jack powiedział, że mam wobec Firmy dług – kilka przysług i zostanie wyrównany. Jak się do mnie odezwie, dostanę zapłatę – czysty interes.

Byłem załatwiony.

Jack dzwonił:

2 czerwca 1953: stuknąłem producenta prochów w Vegas.

26 marca 1955: zabiłem dwóch czarnuchów, którzy zgwałcili żonę jednego z mafiosów.

Wrzesień 1957, pogłoski: Jack D. ciężko chory na serce.

Zadzwoniłem do niego.

Jack D. powiedział: „Wpadnij do mnie”.

Spotkaliśmy się w motelu przy plaży, gdzie zwykle się pieprzył na zabój. Istny raj: gorzała, pornosy, dziwki za drzwiami.

Błagałem go: anuluj mój dług.

Jack powiedział: – Te dziwki pieprzą się po lesbijsku.

Udusiłem go poduszką.

Orzeczenie koronera / stanowisko mafii: atak serca.

Mój nowy zleceniodawca – Sam Giancana. Jego rzecznik – Mickey C.: policyjne przysługi, zabójstwa na zlecenie.

Meg zaczęła coś wyczuwać. Nie mogłem zrzucać niczego na nią, musiałem dźwigać ten ciężar sam. Ogarnął mnie sen – niespokojny, taki, po którym budzę się spocony.

Telefon – łapię za słuchawkę: – Tak?

– Dave? Tu Dan Wilhite.

Wydział narkotyków – jego szef. – O co chodzi, kapitanie?

– Chodzi o… Cholera, znasz J.C. Kafesjiana?

– Wiem, kto to jest. I wiem, kim jest dla Departamentu Policji.

Wilhite, cicho: – Jestem teraz na miejscu przestępstwa. Nie mogę nawet porządnie pogadać i nie mam kogo stąd do niego wysłać, więc zadzwoniłem do ciebie.

Zapaliłem światła. – Mów, zaraz tam pojadę.

– Chodzi o… cholera, o włamanie do domu J.C.

– Adres?

– South Tremaine 1684. To w bok od…

– Wiem, gdzie to jest. Ktoś pewnie wezwał dupków z Wilshire i dopiero oni zadzwonili do ciebie, zgadza się?

– Zgadza się. To była żona J.C. Cała rodzina spędzała wieczór poza domem, ale Madge wróciła pierwsza. Zobaczyła, że miało miejsce włamanie i zadzwoniła na posterunek przy Wilshire. J.C., Tommy i Lucille – córeczka – wrócili do domu pełnego śledczych, którzy nie mieli pojęcia o naszych… hm… układach z rodzinką. Najwyraźniej wlazł tam do nich jakiś pieprzony przypadkowy świr, a ci goście z Wilshire są naprawdę upierdliwi. J.C. zadzwonił do mojej żony, ona podzwoniła do ludzi i mnie znalazła. Dave…

– Zaraz tam jadę.

– Świetnie. Weź kogoś ze sobą i pamiętaj, że jestem twoim dłużnikiem.

Rozłączyłem się i zacząłem dzwonić po posiłki – Riegle, Jensen – brak odpowiedzi. Gówniane szczęście – Junior Stemmons: – Halo?

– To ja. Jesteś mi potrzebny.

– To służbowe wezwanie?

– Nie, przysługa dla Dana Wilhite’a. Chodzi o ugłaskanie J.C. Kafesjiana.

Junior zagwizdał. – Słyszałem, że jego syn to niezły psychol.

– South Tremaine 1684. Czekaj na mnie na zewnątrz, szczegóły na miejscu.

– Będę tam. Hej, oglądałeś wieczorne wiadomości? Bob Gallaudet nazwał nas „przykładnymi funkcjonariuszami”, ale Welles Noonan powiedział, że są z nas „niekompetentne darmozjady”. Mówił, że do samobójstwa Johnsona przyczyniła się zamawiana przez nas do pokoju gorzała. Mówił…

– Jedź tam już.

Na sygnale, przysługa dla Wilhite’a – pomóc pracującemu dla Departamentu Policji handlarzowi narkotyków. Wydział narkotyków / J.C. Kafesjian – razem od dwudziestu lat – wprowadził go Davis, dawny komendant Departamentu Policji LA. Trawa, prochy, hera – kupowane przez dupków z Czarnuchowa. Jako kapuś J.C. miał przyzwolenie na dilowanie. Wilhite był jego psem-strażnikiem; J.C. kablował na swoją konkurencję zgodnie z naszą polityką: ograniczyć handel narkotykami do strefy na południe od Slauson. Legalne źródło dochodu: sieć pralni chemicznych; zajęcie syna: pobicia i wymuszenia.

Jazda przez miasto do jego domu: jasno oświetlonej mauretańskiej willi. Od frontu samochody: ford Juniora i radiowóz.

Światła latarek i głosy na podjeździe: – Jasna dupa, jasna dupa. – To Junior Stemmons.

Zaparkowałem, podszedłem.

Latarka skierowana w moje oczy. Junior: – To porucznik.

Odór: chyba psującej się krwi.

Junior, dwaj ludzie w cywilkach. – Dave, to jest posterunkowy Nash i sierżant Miller.

– Panowie, sprawę przejmuje nasz wydział narkotyków. Wracajcie na posterunek. Sierżant Stemmons i ja prześlemy wam raport, jeśli zajdzie potrzeba.

Miller: – „Jeśli zajdzie potrzeba”? Nie czuje pan tego smrodu?

Ciężki, kwaśny. – Czy miało miejsce zabójstwo?

Nash: – Niezupełnie. Sir, nie uwierzy pan, w jaki sposób ten śmieć Tommy Jak-Mu-Tam z nami rozmawiał. Rzecz w tym, że miało miejsce…

– Wracajcie i powiedzcie swemu dowódcy, że przysłał mnie tu Dan Wilhite. Poinformujcie go, że chodzi o dom J.C. Kafesjiana, więc nie podpada to pod wasz standardowy paragraf 459. Jeśli to go nie przekona, każcie mu obudzić komendanta detektywów Exleya.

– Panie poruczniku…

Chwyciłem latarkę, podążyłem za zapachem – aż do rozciętego drucianego ogrodzenia. Kurwa mać – dwa dobermany – bez oczu, z poderżniętymi gardłami i z zębami zaciśniętymi na nasączonych chemią szmatach. Wybebeszone – wnętrzności, krew – czerwone ślady ciągnące się do wyważonych drzwi.

Wewnątrz krzyki – dwaj mężczyźni, dwie kobiety.

Junior: – Pozbyłem się tamtych dwóch. Niezłe 459, co?

– Powiedz w skrócie, co się stało. Nie chcę przesłuchiwać rodziny.

– Hm… Wszyscy byli na jakimś przyjęciu. Żonę rozbolała głowa, więc wzięła taksówkę i wróciła do domu pierwsza. Wyszła, żeby zawołać psy, i wtedy je znalazła. Zadzwoniła na posterunek przy Wilshire, a na wezwanie stawili się Nash i Miller. J.C., Tommy i córeczka – młodzi też tutaj mieszkają – przyjechali wreszcie do domu i widząc gliniarzy w swoim salonie, wszczęli niezły raban.

– Rozmawiałeś z nimi?

– Madge – czyli żona – przedstawiła mi szkody, po czym J.C. kazał jej się zamknąć. Zginęły jakieś rodowe srebra, a reszta bałaganu wygląda dość dziwnie. Widzisz to? Nigdy nie miałem do czynienia z tak dziwaczną jumą jak ta.

Wrzaski, wycie saksofonu.

– To nie żadna juma. I o co chodzi z tą „dziwacznością?

– Nash i Miller wszystko oznakowali. Sam zobacz.

Oświetliłem podwórze – pokryte pianą skrawki mięsa – psy najwyraźniej otruto.

Junior: – Nakarmił je tym mięsem, potem okaleczył. Sam usmarował się przy tym krwią i wtedy wszedł do domu.

Po śladach:

Oznaki włamania na tylnych drzwiach. Tylna weranda: porozrzucane zakrwawione ręczniki – włamywacz po sobie posprzątał.

Drzwi kuchenne nienaruszone – sprawca odsunął zasuwę. Brak rozmazanej krwi, przy zlewie oznakowanie: „Potłuczone butelki whisky”. Szuflady kredensu oznaczone: „Skradziona srebrna zastawa”.

Oni:

– Ty suko, żeby wpuszczać do naszego domu obce gliny!

– Tato, proszę, przestań!

– Jak potrzebujemy pomocy, zawsze wzywamy Dana!

Stół jadalny, a na nim strzępy fotografii: „Zdjęcia rodzinne”. Na górze ryk saksofonu.

Chodziłem po domu.

Nieprzyzwoicie grube dywany, welurowe kanapy, tapeta z wypukłym wzorem. Wiatraczki na parapetach – przy nich przycupnięte figurki Jezusa. Dywanik oznaczony: „Połamane płyty / podarte okładki” – The Legendary Champ Dineen: Sooo Slow Moods; Straight Life: The Art Pepper Quartet; The Champ Plays the Duke.

Krążki przy sprzęcie hi-fi – porządnie ułożone.

Wszedł Junior. – Tak jak ci mówiłem, hę? Dziwne te szkody.

– Co to za hałas?

– Chodzi o to trąbienie? To Tommy Kafesjian.

– Idź na górę i bądź dla niego miły. Przeproś za zakłócenie spokoju, zaproponuj, że zadzwonisz po weterynarza, by zajął się psami. Zapytaj, czy życzy sobie dochodzenia. Bądź grzeczny, zrozumiano?

– Dave, to kryminalista.

– Nie martw się, ja jego ojcu będę podlizywał się jeszcze bardziej.

– TATO, NIE! – zagrzmiało za zamkniętymi drzwiami.

– J.C., ZOSTAW NASZĄ CÓRKĘ!

Niezła rodzinka – Junior pognał na górę.

– JUŻ JĄ ZOSTAWIAM, WYNOŚ SIĘ! – Łomot bocznych drzwi – stanąłem twarzą w twarz z „tatą”.

J.C. w zbliżeniu: starzejący się tłuścioch. Nalany, o dziobatej gębie ze świeżymi śladami zadrapań.

– Nazywam się Dave Klein. Dan Wilhite przysłał mnie, żebym się wszystkim zajął.

Zmrużone oczy: – Co było dla niego tak ważne, że nie mógł przyjechać sam?

– Możemy to załatwić tak, jak pan sobie życzy, panie Kafesjian. Jeśli chce pan dochodzenia, będzie je pan miał. Jeśli chce pan, byśmy poszukali odcisków palców, podali nazwisko włamywacza, zrobimy to. Jeśli chce pan finansowej rekompensaty, Dan załatwi wszystko w granicach rozsądku, jeżeli rozumie pan…

– Rozumiem, co pan ma na myśli, i sam zrobię porządek we własnym domu. Załatwiam swoje sprawy wyłącznie z kapitanem Danem, nie wpuszczam żadnych obcych do mego salonu.

Przemknęły dwie kobiety. Delikatne brunetki – wcale nie nalane. Córka mi pokiwała – srebrne paznokcie, a na nich kropelki krwi.

– Zobaczył pan moje kobiety, teraz niech pan o nich zapomni. Nie stanowi pan dla nich dobrego towarzystwa.

– Czy domyśla się pan, kto to zrobił?


– Z panem nie będę o tym rozmawiał. I nie będzie mi pan tu wymieniał konkurentów w interesach, którzy mogliby chcieć skrzywdzić mnie i moją rodzinę.

Na drzwiach oznaczenie: „Zniszczone ubrania”. – Patrz pan! Patrz! Patrz! – J.C. szarpnął za klamkę. – Patrz! Patrz! Patrz!

Patrzę: niewielka garderoba. Na ścianach przygwożdżone damskie rybaczki z rozłożonymi nogawkami i rozdarciem w kroku.

Poplamione – powąchałem – sperma.

– To nie jest powód do śmiechu. Kupuję Lucille i Madge tak wiele ładnych ubrań, że część muszą trzymać na dole, w salonie. Jakiś zboczeniec chciał pokalać śliczne rzeczy Lucille. Niech pan patrzy!

Garderoba jak u meksykańskiej dziwki: – Śliczne.

– To wcale nie jest śmieszne, chłopcze na posyłki Dana Wilhite’a. Więc niech się pan nie śmieje.

– Proszę zadzwonić do Dana. Proszę mu powiedzieć, czego pan oczekuje.

– Sam sprzątam we własnym domu!

– Ładne fatałaszki. Pańska córka uczy się w college’u?

Zaciśnięte pięści / występujące żyły / strużka śliny – pierdolony tłuścioch niebezpiecznie blisko…

Krzyki na górze.

Pobiegłem. Pierwszy pokój – ocena sytuacji:

Tommy K. pod ścianą. Na podłodze skręty, twardziel Junior przeszukuje młodego. Plakaty jazzowe, nazistowskie flagi, saksofon na łóżku.

Parsknąłem śmiechem.

Tommy uśmiechnął się grzecznie – co za zdechlak.

Junior: – Popisywał się przede mną tą trawą. Robił sobie żarty z Departamentu Policji.

– Sierżancie, proszę przeprosić pana Kafesjiana.

Pół dąs, pół kwik: – Dave… Na Boga… Przepraszam.

Tommy zapalił dżointa i dmuchnął dymem prosto w twarz Juniora.

J.C. na dole: – Wynoście się stąd! Sam posprzątam w swoim domu!

5

Niespokojny sen, bezsenność.

Obudził mnie telefon Meg: załatw sprawę z tym zaległym czynszem, ani słowa o jedwabnej sukience. Powiedziałem: – Dobrze, dobrze.

Rozłączyłem się i wykręciłem do Jacka Woodsa: dwadzieścia procent od każdego odzyskanego dolara. Wydębił dwadzieścia pięć – zgodziłem się.

Telefony służbowe: Van Meter, Pete Bondurant, Fred Turentine. Trzy zielone światła: mieszkanie La Verne na podsłuchu; fotograf ukryty w sypialni. Diskant – śledzony i podsłuchany: umówił się na drinka – Ollie Hammond’s Steakhouse, 18:00.

Przynęta była gotowa: nasza kochanica komucha. Pete stwierdził, że „Cicho sza!” po prostu to uwielbia: czerwony fagas potyka się o własnego ptaka.

Zadzwoniłem do wydziału narkotyków – Dana Wilhite’a nie było – zostawiłem wiadomość.

Niespokojny sen, bezsenność – koszmarni Kafesjianowie. Nocne zachowanie Juniora, jego komiczna napaść: „Wiem, że twoim zdaniem nie nadaję się do tej roboty, ale ja ci pokażę, ja ci jeszcze pokażę”.

17:00 – pieprzyć sen.

Posprzątałem, przejrzałem „Heralda” – sprawa Chavez Ravine zepchnęła z pierwszej strony mojego truposza. Bob Gallaudet: „Latynosi, którzy stracą swoje domy, otrzymają stosowne rekompensaty, zaś własny stadion Dodgersów stanie się ostatecznie powodem do dumy wszystkich mieszkańców Los Angeles, niezależnie od ich rasy, wyznania czy koloru skóry”.

Ubaw po pachy – wyleczył mnie przynajmniej z Kafesjianowego kaca.

Ollie Hammond’s – obserwuję wejście do baru, czekam.

Morton Diskant w drzwiach, punktualnie o szóstej.

La Verne Benson wchodzi o 18:03 – tweedowa spódnica, kolanówki, rozpinany sweter.

18:14 – Wielki Pete B. wślizguje się na tylne siedzenie mojego wozu. – Diskant jest ze znajomymi, La Verne siedzi dwa boksy dalej. Ledwo go zobaczyła, a już posyła mu te swoje płomienne spojrzenia.

– Myślisz, że facet na nią poleci?

– Ja bym poleciał, ale ze mnie jest sęp na baby.

– Tak jak z twojego szefa?

– Możesz głośno powiedzieć, że chodzi o Howarda Hughesa. To bardzo zapracowany człowiek – podobnie jak ty…

– Tamten Mulat to był pieprzony półgłówek. Gdyby nie wyskoczył, chyba sam bym go wypchnął.

Pete zabębnił palcami o deskę rozdzielczą – wielkie ręce – ręce, które zatłukły kiedyś awanturującego się pijaczka. Szeryf Los Angeles Pete’a zapuszkował; Howard Hughes znalazł w nim bratnią duszę.

– A ty? Też jesteś zapracowany?

– Tak jakby. Gromadzę brudy dla „Cicho sza!” i trzymam „Cicho sza!” z dala od pana Hughesa. Gdy ludzie próbują ciągać „Cicho sza!” po sądach, ja ich przekonuję, żeby tego nie robili. Poluję na cipki dla pana Hughesa i wysłuchuję pieprzenia pana Hughesa o samolotach. Teraz akurat pan Hughes każe mi śledzić tę aktorkę, która go olała. Czaisz: pinda spierdziela z najważniejszego gniazdka miłości pana Hughesa, w dupie ma zagwarantowane przez kontrakt trzy kawałki tygodniowo, a wszystko to, żeby zagrać w jakimś marnym horrorze. Pan Hughes podpisał z nią siedmioletni kontrakt na wyłączność, a teraz chce go zerwać na mocy klauzuli o moralności. Możesz sobie wyobrazić, jak ten sęp na cipki prawi kazania o moralności?

– Taaa, a tobie się ta robota podoba, bo jesteś…

– Bo jestem takim samym sępem na życie jak ty.

Roześmiałem się, ziewnąłem. – To się może ciągnąć całą noc.

Pete zapalił papierosa. – Nie, La Verne jest szybka. Znudzi jej się czekanie i zaraz zabierze się za tego komunistycznego kutasa. Miła dziewczyna. Pomogła nawet Turentine’owi założyć pluskwy.

– A co tam u Freddy’ego?

– Jest diablo zajęty. Dziś rozpracowuje tego czerwonego, w przyszłym tygodniu w ramach roboty dla „Cicho sza!” zakłada podsłuch w jakiejś pedalskiej łaźni. Problem z Freddym T. jest taki, że to sęp na wódę. Ciągle dostaje mandaty za jazdę po pijaku, aż w końcu sędzia ukarał go pracą społeczną – musiał uczyć elektroniki więźniów w Chino… Klein, zobacz.

La Verne w drzwiach baru – oba kciuki w górę. Pete odpowiedział jej tym samym gestem: – To znaczy, że Diskant spotka się z nią, jak tylko spławi przyjaciół. Obserwuj tego niebieskiego chevroleta, należy do niej.

Ruszyłem – La Verne przede mną – skręt w prawo w Wil­shire. Prosto na zachód – w Sweetzer, na północ, Strip. Kręte boczne uliczki, wspinaczka na wzgórza – La Verne stanęła przed czterorodzinnym domem.

Paskudztwo: jaskrawe oświetlenie, różowy tynk.

Zaparkowałem nieco z tyłu – zostawiłem miejsce dla komucha.

La Verne, kręcąc pupą, podeszła do drzwi. Pete przesłał jej pozdrowienie klaksonem.

Światło w korytarzu zapaliło się i zgasło. Światło w oknie – mieszkanie na parterze po lewej stronie. Odgłosy imprezy: chata obok gniazdka La Verne.

Pete przeciągnął się: – Myślisz, że Diskant będzie na tyle bystry, by się połapać, że tu na niego czatujemy?

La Verne rozsunęła zasłonki, przebrała się w peniuar i pończochy z podwiązkami. – Nie, jemu teraz tylko jedno w głowie.

– Masz rację, bo to prawdziwy sęp. Będzie tu najdalej za godzinę.

– Stawiam dwie dychy, że za kwadrans.

– Stoi.

Rozsiedliśmy się wygodnie ze wzrokiem wbitym w okno. Spokój, odgłosy balangi: melodie z rewii, ludzkie głosy. Bingo – brązowy ford. Pete oznajmił: – Czterdzieści jeden minut.

Wręczyłem mu dwie dychy. Diskant zbliżył się do budynku, podszedł do drzwi, zadzwonił. La Verne w oknie: uwodzicielsko zakołysała biodrami.

Pete zawył.

Diskant wszedł.

Dziesięć minut, dłużący się czas… zgaszone światła w miłos­nym gniazdku La Verne. Czekamy na sygnał od fotografa: błysk lampy w oknie pokoju dziennego.

Piętnaście minut… dwadzieścia… dwadzieścia pięć – parkuje koło nas wóz patrolowy szeryfa.

Pete mnie szturchnął: – O kurwa. To ta impreza. Paragraf 116.84, zakłócanie ciszy nocnej. Niech to cholera.

Dwaj zastępcy szeryfa. Stukanie pałkami w okno imprezowiczów.

Brak odpowiedzi.

– Klein, to mi, kurwa, dobrze nie wygląda.

Puk puk puk – w okno La Verne. Błyski flesza – w oknie sypialni – wielka awaryjna improwizacja.

Krzyki – to nasza czerwona panienka.

Zastępcy szeryfa kopniakiem wyważyli drzwi na korytarz – pobiegłem za skurwielami z wyciągniętą odznaką…

Przez trawnik, po stopniach. Krótkie migawki: fotograf wylatujący przez okno bez aparatu. Bieg korytarzem – plączący się imprezowicze – wyłamane drzwi do mieszkania La Verne. Przecis­nąłem się wśród błaznów wylewających na mnie drinki.

– Policja! Jesteśmy z policji!

Wskoczyłem do mieszkania, ociekając szkocką – chwycił mnie zastępca szeryfa. Podetknąłem mu pod nos odznakę: – Sekcja wywiadowcza! Departament Policji Los Angeles!

Dupek tylko się na mnie gapił. Piski w sypialni…

Wbiegłem…

Szarpanina Diskanta i La Verne na podłodze – oboje nadzy, wymachiwali rękami i skakali sobie do oczu. Aparat fotograficzny na łóżku; krzyk jednego z dupków:

– Hej! Przestańcie oboje! Jesteśmy z biura szeryfa.

Wbiegł Pete – jeden dupek uśmiechnął się szeroko – rozpoznał dawnego kolegę z pracy. Pete-Błyskawica: raz-dwa wypchnął palanta z pokoju. La Verne kontra komuch: kopniaki, słabe ciosy pięścią.

Aparat na łóżku: chwytam go, wyjmuję film, zamykam. Wciskam guzik – błysk flesza prosto w oczy Diskanta.

Komuch oślepiony – La Verne wreszcie wolna. Kopnąłem go i zdzieliłem pięścią – zaskomlał, zamrugał i skupił wzrok – NA KLISZY.

Szantaż:

– Wszystko było ustawione, tylko tamci policjanci przeszkodzili. Miał pan trafić na pierwsze strony brukowców pod nagłówkami „Lewicujący polityk”, itepe, itede. Jeśli nam pan pomoże, nic takiego się nie stanie, a jestem pewien, że pańska żona nie chciałaby zobaczyć tych zdjęć. A zatem, czy jest pan pewien, że chce pan zostać radnym?

Szloch.

Założyłem kastet. – Jest pan pewien?

Znowu szloch.

Cios w nerki – metal przeciął obwisłą skórę.

– Jest pan pewien?

Krwistoczerwony ryk: – Proszę, nie róbcie mi krzywdy!

Dwa kolejne ciosy – Diskant splunął pianą.

– Jutro pan się wycofa. A teraz proszę powiedzieć „tak”, bo mnie też się to wcale nie podoba.

– T-tak j-j-je…

Pierdolony mięczak – przeszedłem do pokoju dziennego, tłumiąc dreszcz obrzydzenia. Po dupkach ani śladu, La Verne owinięta w prześcieradło.

Pete, wymachując mikrofonami: – Zająłem się tamtymi od szeryfa, a w międzyczasie Van Meter wzywał cię przez radio. Natychmiast masz się spotkać na komendzie z Exleyem.

Do śródmieścia. Exley za swoim biurkiem.

Przysunąłem sobie krzesło, wręczyłem mu film. – Facet się wycofuje, więc nie musimy z tym iść do „Cicho sza!”.

– Dobrze się bawiłeś?

– A ty dobrze się bawiłeś, strzelając do tamtych Murzynów?

– Opinia publiczna nie ma pojęcia, ile kosztuje sprawiedliwość, zwłaszcza tych, którzy ją wymierzają.

– To znaczy?

– To znaczy, że ci dziękuję.

– A to znaczy, że mogę cię poprosić o przysługę.

– Już ci jedną oddałem, ale proś.

– Chodzi o tę kradzież futer. Może to było oszustwo ubezpieczeniowe, może nie. Tak czy inaczej, chcę dostać tę sprawę.

– Nie, już ci powiedziałem. To zadanie Dudleya Smitha.