Bezwład. Trylogia oporu. Tom 2 - Louise Boije af Gennäs - ebook

Bezwład. Trylogia oporu. Tom 2 ebook

Louise Boije af Gennäs

0,0
29,90 zł

lub
Opis

Drugi tom porywającej trylogii kryminalnej o wielkiej szwedzkiej intrydze

Sarę wciąż nawiedzają koszmary. Zdecydowała się zostać w Sztokholmie mimo tego, że jesień w tym mieście przepełniona była dziwnymi i traumatycznymi wydarzeniami. Teraz musi być czujna bardziej, niż kiedykolwiek.

Wciąż jednak prześladuje ją uczucie, że nikomu nie może zaufać. Dręczą ją pytania, na które nie potrafi znaleźć odpowiedzi. Coraz więcej osób z jej otoczenia ginie. Sara musi rozwikłać zagadkę, zanim oprawcy dotrą do jej rodziny.

Może jednak odpowiedzi nie trzeba szukać, a same się znajdą? Bezwład może się okazać kluczem… W końcu dobry myśliwy musi do perfekcji opanować sztukę udawania martwego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 580




Ku pamięci mojego ojca, Hansa Boijego af Gennäsa

„Życie wymaga od ciebie tylko tej siły, którą masz. Tylko jednego wyczynu: żebyś nie uciekł”.

– Dag Hammarskjöld (1905–1961)

Jest to dzieło fikcyjne, które zrodziło się z wyobraźni autorki. Występujące w tekście artykuły są z kolei całkowicie autentyczne, podobnie jak niewyjaśnione „afery”, których dotyczą. Należy więc pamiętać, że fikcja i rzeczywistość występują w tej książce obok siebie.

Rozdział 1

Stałam sama w ciemnym tunelu. W oddali widziałam słabe światło i domyślałam się, że gdzieś tam jest wyjście. Nade mną sklepiały się ściany pokryte graffiti. I choć wiedziałam, że to niemożliwe, miałam wrażenie, że z każdą mijającą sekundą napierają na mnie coraz bardziej.

Długim tunelem szedł jakiś mężczyzna. Rozpoznałam go z daleka, mimo że wyglądał nadzwyczaj młodo. Trzymał w rękach coś dużego, w półmroku jednak nie mogłam dojrzeć co. Zbliżał się do mnie zdecydowanym krokiem i życzliwie się uśmiechał.

Był to Fabian.

Chciałam krzyknąć, puścić się biegiem, ale stałam jak sparaliżowana. Kiedy podszedł jeszcze bliżej, zobaczyłam, że ma wykrzywiony kark, a w stosunku do reszty ciała jego głowa układa się pod dziwnym kątem. Fabian przystanął tuż przede mną.

– To mój kark – powiedział przyjaźnie, jakby odpowiadał na moje niewypowiedziane pytanie, i znów się uśmiechnął. – Jest złamany.

Potem spoważniał, wytrzeszczył oczy i podniósł trzymane w rękach narzędzie. W tym momencie zobaczyłam co to: gigantyczna lśniąca siekiera. Uniósł ją nad głowę tak, że ostrze skierowane było ku mnie. Chwilę później z jego policzków pociekła obficie krew, a twarz z wytrzeszczonymi oczami przybrała przerażający wygląd.

Fabian krzyknął, a siekiera zaczęła opadać w moją stronę.

Jego wrzask poniósł się echem po tunelu.

Usiadłam na łóżku, serce gwałtownie mi łomotało. Moja koszula nocna zrobiła się mokra od potu, nie pozostawało więc nic innego, jak wstać i przebrać się w coś suchego.

Znowu.

Pomacałam pościel. Poduszka była mokra, ale mogłam ją przewrócić na drugą stronę. Do tego lekko wilgotna kołdra, choć dało się pod nią spać. Świetnie. Nie miałam siły po raz kolejny tej nocy zmieniać poszewek.

Włożyłam suchą piżamę, po czym poszłam do małej kuchni, wyjęłam szklankę z szafki i odkręciłam kran. Czekając chwilę, aż woda z rur spłynie i zrobi się naprawdę lodowata, patrzyłam na dachy dzielnicy Kungsholmen po drugiej stronie podwórza. Były skąpane w świetle księżyca.

Następnego dnia rano miałam ważną rozmowę o pracę w McKinseyu, potrzebowałam snu. Na razie jednak nie wchodził on w rachubę. Przed powrotem do łóżka musiałam się całkowicie uspokoić.

Od czarnych arkuszy blachy dachowej odbijał się księżyc. Podobno osobom wrażliwym podczas pełni wyjątkowo często śnią się koszmary, nie umiem jednak rozstrzygnąć, czy to prawda: moje koszmary pojawiały się i znikały bez wyraźnego związku z jakimkolwiek czynnikiem zewnętrznym. Czasem źle spałam przez kilka kolejnych dni, czasem mijały tygodnie, a mnie nie śnił się żaden koszmar. Ponieważ na zmianę cierpiałam na bezsenność i się wysypiałam, męczyła mnie lekka huśtawka nastrojów, ale był to chyba najbardziej widoczny objaw.

Zastanawiałam się, jak długo będą mnie jeszcze męczyć te złe sny.

Najczęściej nawiedzał mnie w nich Fabian. Niekiedy Bella, a co jakiś czas regularnie – choć wtedy rzadko chodziło o koszmary – tata. Jego obecność zawsze przepełniała mnie radością i miłością i tylko czasami gdy w marzeniach sennych padał ofiarą gróźb lub przemocy, przypominało to zły sen.

Popatrzyłam na podwórze. Był środek nocy, na zewnątrz stała tylko Gęsiarka i wypasała ptaki w jasnym świetle księżyca. Jeszcze zanim się wprowadziłam do nowo kupionego mieszkania na Pipersgatan, przestrzegał mnie przed nią przewodniczący spółdzielni – postawny mężczyzna o huczącym śmiechu.

– W domu mieszka pewna osobliwa kobieta. Ma bzika na punkcie ptaków, proszę się nią nie przejmować, jest całkowicie niegroźna. Nazywamy ją Gęsiarką.

Wpadłam na nią już pierwszego dnia: wnosiłam właśnie swoje graty i szłam do windy z Simånsem zamkniętym w klatce. Winda stała z otwartymi drzwiami, wypełniona do połowy torbami i pudłami, dlatego Gęsiarka schodziła, sapiąc, z trzeciego piętra po schodach. W pierwszej chwili nie zorientowałam się, że to ona: kobieta przy kości, około sześćdziesięciopięcioletnia, ubrana w płaszcz i wytworny kapelusz, z mocno pomalowanymi na czerwono ustami. W moich oczach wyglądała zwyczajnie, nawet jeśli dość wyraźnie było od niej czuć perfumami.

Obie zatrzymałyśmy się przy windzie, wyciągnęłam do niej rękę. Zobaczyłam, że pod kapeluszem ma wymalowane brwi, jakby prosto z Instagrama – dwa czarne łuki nad oczami.

– Dzień dobry – zaczęłam. – Nazywam się Sara i właśnie wprowadzam się na czwarte piętro. Przepraszam za ten kłopot z windą, ale to już ostatni kurs.

Kobieta zignorowała moją wyciągniętą rękę i zamiast tego utkwiła wzrok w Simånsie. Jej oczy się zwęziły, wykrzywiła usta.

– Aha, tak – powiedziała. – Kot.

Potem sobie poszła. Stałam w miejscu i patrzyłam za nią, wciąż czując intensywną woń jej perfum, a pod nią coś innego, przeszywającego – co to mogło być? Wtedy dopiero dotarło do mnie, że to musiała być Gęsiarka. Zapakowałam klatkę z Simånsem do windy i wjechałam na czwarte piętro do nowego domu.

Minęło kilka tygodni, odkąd w ogromnym pośpiechu wyjechałam ze Sztokholmu i przeprowadziłam się z powrotem do mamy i Liny do Örebro. A potem, kiedy otworzyłam kopertę z pieczęcią SDS, którą moja siostra znalazła na wycieraczce tamtego wieczoru, gdy zarówno Fabian, jak i Björn zginęli, ogarnął mnie paniczny lęk i nie chciałam wychodzić z domu. Przygnębienie po Björnie i Belli, a także po tym, co stało się z Mickem i Fabianem, niemal mnie powaliło. Z mamą i Liną spędziłyśmy we trzy Boże Narodzenie, z trudem zniosłam nawet odwiedziny Sally. Wodą na młyn były moje regularne podejrzenia w stosunku do niej i Andreasa, dlatego nie odbierałam telefonu, kiedy któreś z nich dzwoniło.

Pewnego popołudnia pod koniec roku Sally jednak przyjechała na skuterze i praktycznie zmusiła mnie, żebym wybrała się z nią do naszej ulubionej niegdyś kawiarni Naturens Hus. Mama i Lina wspierały ją ze wszystkich sił, więc nagle siedziałam za nią na skuterze jak tyle razy wcześniej.

Przyjemnie było poczuć wiatr na twarzy i zobaczyć, jak znana okolica przelatuje obok, chociaż otaczało nas raczej błoto pośniegowe niż letnie łąki. Kamień spadł mi z serca, dawno nie czułam takiej ulgi. Moje życie jeszcze się nie skończyło, chociaż już długo roiło się w nim od smutków, strachu i niepojętych zdarzeń. Może mimo wszystko Sally i Andreas nie byli w to zamieszani.

– Cudownie, co?! – krzyknęła przez ramię Sally i lekko przyspieszyła.

– Tak! – odkrzyknęłam. – Cudownie!

Zmrok zapadł wcześnie, ale i tak zrobiłyśmy rundkę po mieście: przejechałyśmy przez jego najstarszą część – Wadköping – i obok parku miejskiego, potem Sally skręciła w Oljevägen i dotarłyśmy do Naturens Hus. Kiedy chodziłyśmy do liceum, spędzałyśmy tam niezliczone leniwe popołudnia, głównie wiosną i latem. Ale o tej porze roku też było pięknie. Sally zaparkowała i przeszłyśmy po małej drewnianej kładce na wysepkę, gdzie stał budynek. W dużych oknach zachęcająco się świeciło i widziałyśmy, że w kominku pali się ogień. Sally przystanęła przed wejściem i ściągnęła kask.

– Latte z bułeczką cynamonową – oznajmiła zdecydowanym głosem. – Dziś jest taki dzień.

Weszłyśmy.

– A niech mnie, dziewczynki! – zawołała stojąca za ladą Camilla. – Jak miło was widzieć, kiedy to było?! Jak się miewacie?

Camilla była jedną z właścicielek restauracji. Pogawędziłyśmy z nią chwilę, po czym kupiłyśmy latte i drożdżówki. Poza nami prawie nie było gości. Usiadłyśmy przy swoim ulubionym stoliku pod oknem. Wyglądałyśmy na staw, a zmrok robił się coraz bardziej niebieski.

– Okej – powiedziała Sally i wzięła duży gryz bułeczki. – Jaki masz plan?

– Plan? – zdziwiłam się. – Nie mam żadnego planu.

Sally przeżuła drożdżówkę i popiła ją kilkoma solidnymi łykami latte.

– No nie, to najwyższy czas go wypracować. To znaczy ten plan – uściśliła.

Apatycznie bawiłam się swoją bułeczką. Sally podniosła długą łyżeczkę i podetknęła mi ją pod nos.

– Teraz mnie posłuchaj. Spotkały cię niepojęte rzeczy i doświadczyłaś więcej syfu niż większość ludzi przez całe swoje życie. Ale to bez znaczenia! Masz dwadzieścia pięć lat i szmat czasu przed sobą. Nie zamierzam, kurna, patrzeć, jak gnijesz w domu z mamą i Liną, bez względu na to, jak bardzo je lubię. Musisz wreszcie wziąć się w garść!

Westchnęłam.

– Możesz sobie wzdychać. – Sally była nieporuszona. – Jeśli potrzebujesz terapii, to ci ją załatwimy. Ale już blisko miesiąc leżysz w łóżku i ryczysz w poduszkę przez wyrzuty sumienia z powodu Björna, Fabiana i Belli, chociaż to ty zostałaś przez nich wykiwana. Hmm, może nie przez Björna, ale przez pozostałych. Dość już! Pamiętasz, co Eira powtarzała nam w drugiej klasie: „Jeśli się wypadnie z siodła, nie pozostaje nic innego, jak znów dosiąść konia. Wstawać!”.

Eira była naszą wychowawczynią w podstawówce. Cudowną starszą panią o brązowo-siwych lokach koło uszu i w sukience w duże kwiaty. Jej wspomnienie przyprawia mnie o uśmiech.

– Ty przeklęta twardzielko – powiedziałam do Sally.

– Twardzielko? – powtórzyła z groźnym błyskiem w oku. – Nie codziennie tak mnie nazywają.

– Co mam zrobić? – spytałam. – Nie wiem, od czego zacząć.

Sally wpakowała sobie resztę drożdżówki do ust i wyciągnęła z torebki długopis. Przeżuwając, napisała coś na papierowej serwetce, a potem przysunęła ją do mnie.

– Proszę. Może to ci coś rozjaśni.

Na serwetce zapisane było kilka ponumerowanych haseł. Przeczytałam je na głos:

– Jeden: Odziedziczone mieszkanie pełne szpargałów.

– Może nie? – spytała Sally. – Z jakiegoś powodu było na ciebie, zapewne dlatego, że Bella nie miała numeru osobowego i oficjalnie nie przebywała w Szwecji. Lepiej dla ciebie! Za mieszkanie na Östermalmie zgarniesz kilka milionów. Sprzedaj je temu, kto da ci najwięcej, i za jednym zamachem pozbądź się rzeczy Belli. Kup sobie jakieś inne lokum, żebyś czuła się w nim bezpiecznie, a różnicę zainwestuj w fundusz oszczędnościowy. Pomogę ci w banku. To będzie świetne zabezpieczenie na przyszłość dla całej waszej trójki: dla ciebie, Elisabeth i Liny.

– Okupione bólem i cierpieniem, chcesz powiedzieć?

– Mniej więcej – przyznała. – Tak było im najprościej wybrnąć z tej sytuacji, a teraz ty możesz na tym skorzystać.

– To się może skończyć na policji – odparłam. – Mogę zostać oskarżona o mnóstwo różnych rzeczy: fałszowanie dokumentów i sama nie wiem co jeszcze.

– To ostatnie, na czym im zależy – zaprotestowała Sally. – Któż będzie wychodził przed szereg, żeby powiedzieć, że to on był podstawiony i kupił mieszkanie na fałszywą tożsamość Belli?

Siedziałam cicho. Było dokładnie tak, jak mówiła Sally: należało zakasać rękawy i brać byka za rogi. Znów wlepiłam wzrok w serwetkę.

– Dwa – czytałam dalej. – Rzucić pracę w agencji i znaleźć nową.

– Jesz ją? – spytała Sally i kiwnęła głową w stronę mojej nietkniętej drożdżówki.

– Nie, możesz wziąć.

Wbiła zęby w bułeczkę.

– Nie powinnaś przeprowadzać się z powrotem do Örebro – wybełkotała z pełnymi ustami. – Od liceum marzyłaś, żeby się stąd wyrwać, i już to zrobiłaś. Ja sama właśnie się ubiegam o przeniesienie do sztokholmskiego oddziału SEB. Na mnie też pora, żeby spróbować czegoś nowego.

– Świetnie! Opowiadaj!

– Nawet nie próbuj, teraz mówimy o tobie – skarciła mnie. – Każdy może wpaść na chwilę do domu, żeby trochę odpocząć, później nadchodzi jednak pora, by wrócić do rzeczywistości. Do boju, staw czoło wrogowi!

– Musiałaś chyba odbyć służbę wojskową – odparłam. – Tam właśnie tak gadają.

Sally przełknęła bułeczkę. Potem uśmiechnęła się szeroko.

– Autodydaktyka – zażartowała. – Nie potrzeba mi domku w lesie, żeby odnaleźć samą siebie. Złożyłaś już wypowiedzenie? Nie masz chyba zamiaru dalej pracować w Perfect Match bez Belli?

– Tak, złożyłam. Ale nikt się do mnie nie odezwał, odkąd wyszłam z biura.

– Milutko – powiedziała Sally. – Czy oni naprawdę istnieją? A może też byli tylko częścią tej gry?

– Istnieją – zapewniłam ją. – Normalnie dostałam grudniową wypłatę.

– Co innego zamierzasz robić? Nie możesz przecież dalej tego ciągnąć.

– Nie mam zielonego pojęcia – odparłam. – Wrócę do kawiarni w Sundbybergu? Jeśli jeszcze będą mnie tam chcieli.

– Żadnego cholernego regresu! – zaprotestowała Sally. – A co z tym przedsiębiorstwem, które odzywało się do ciebie po projekcie w stylu Wyprawy Robinson? Kontaktowałaś się z nimi?

Po bardzo dobrze ocenionym weekendzie, który przygotowałyśmy z Bellą jesienią, z polecenia Jonathana skontaktowała się ze mną firma konsultingowa z propozycją „niezobowiązującej rozmowy”. Jak się okazało, firma ta – McKinsey – należy do najlepszych w Szwecji, żeby nie powiedzieć na świecie. Jednak w związku z tym, co stało się później, zapomniałam im odpowiedzieć.

– Brzmi nieźle – oceniła Sally. – Napisz do nich mail jeszcze dziś po południu, zanim o tobie zapomną.

– Nie naciskaj mnie tak.

– Nie naciskam. Walczymy o twoje przetrwanie, nie rozumiesz?

– To firma konsultingowa o światowej renomie. Dlaczego mieliby mnie chcieć?

– Nie zachowuj się tak potwornie po babsku! – ofuknęła mnie poirytowana Sally. – Myśl jak facet! Dlaczego mieliby cię nie chcieć? Czy przypadkiem nie pisałaś pracy dyplomowej o czymś w rodzaju analizy przedsiębiorstw i nie dostałaś za to wyróżnienia?

– Niby tak – przyznałam. – Z gospodarki narodowej. Zamek z piasku, który runął – oddziaływanie szwedzkiego prawodawstwa na spółki giełdowe między 2005 a 2016 rokiem. Mój promotor nawet chciał, żeby to gdzieś opublikować, ale przez gwałt i wszystko, co działo się potem, nie miałam na to siły.

– Natychmiast dzwoń do McKinseya – nalegała Sally. – Inaczej ja do nich zadzwonię w twoim imieniu.

Westchnęłam. Popatrzyłam na ostatni punkt na serwetce.

– Trzy: What the fuck is going on?[1]

Popatrzyłam na Sally.

– Co chcesz, żebym ci powiedziała? – spytałam. – Wciąż nie kapuję nic a nic z tego, co się dzieje.

– Spróbujmy to podsumować – zaproponowała Sally. – Ktoś lub jakaś grupa mająca związek z twoim ojcem bawi się w prześladowanie ciebie i twojej rodziny. Nie wiemy, czego chcą, ale musi to być dla nich ważne. Mają kontakty na wysokim szczeblu we wszelkich możliwych instytucjach i najwyraźniej nieograniczone finanse.

– To się zgadza – przyznałam.

– Twój tata grzebał z kolei w starych szwedzkich aferach. W całym tym syfie, który zamiatano w naszym kraju pod dywan. Kiedy to się właściwie zaczęło? Które z tych historii były pierwsze, tak czysto chronologicznie?

– Staram się to ustalić – zapewniłam. – W papierach jest straszny mętlik.

– A więc czego oni szukają? – ciągnęła Sally. – Odzywali się do ciebie ostatnio?

– Po tamtej kopercie z pieczęcią przed świętami już nie. Widocznie nawet SDS robi sobie czasem wolne.

Sally zapatrzyła się przed siebie ze zmarszczonym czołem.

– SDS – powiedziała. – Co to, do cholery, znaczy?

– Skąd mam wiedzieć?

Siedziałyśmy chwilę w milczeniu.

– A policja? – spytała. – Nie sądzę, żeby był to najlepszy pomysł, ale może jednak. Co ty na to?

– Nie – zaprotestowałam kategorycznie. – Jeśli mają kontakty i wpływy tak wysoko, żeby objąć protokół z sekcji zwłok klauzulą tajności i sprawić, że ordynatorka patologii w Szpitalu Uniwersyteckim w Örebro nabiera wody w usta, to nie chcę nawet myśleć, co jeszcze mogą. Jeżeli pójdę na policję, być może to wszystko obróci się przeciwko mnie.

Sally pokręciła głową.

– To potwornie niesprawiedliwe – oburzyła się. – Nawet nie wiesz, czego chcą! Mimo to cię prześladują i kontrolują całe twoje otoczenie.

– Ciebie nie – odparłam. – Tak w każdym razie twierdzisz.

– Ale przecież nie możesz tego wiedzieć – zauważyła Sally.

Obie się uśmiechnęłyśmy. Choć w zasadzie żadna z nas nie uważała tego za szczególnie zabawne, bo była to czysta prawda.

– A więc myślę sobie tak – zaczęłam. – Co ja, kurna, mam zrobić? Nie mogę iść z tym na policję, bo z jednej strony cholernie ciężko tu cokolwiek udowodnić, a z drugiej nie ufam nikomu z zewnątrz. Z pewnością pozwano by mnie za mnóstwo rzeczy, których nie zrobiłam. Ale jakie jest inne rozwiązanie? Wynieść się do Ameryki Południowej, gdzie nie znam żywej duszy? Popijać drinki z parasolkami i trzymać się z dziewięćdziesięcioletnimi nazistami? A może zabarykadować się w domu w Örebro i tak jak mówisz, gnić tam z mamą i Liną? Kocham je, ale muszę mieć jakieś sensowne zajęcie! Mam się zamknąć w szpitalu psychiatrycznym? A może iść na przedwczesną emeryturę? Co w tym fajnego?

– Wyciągam z tego taki wniosek – przerwała mi Sally. – Nie odzywali się do ciebie od początku grudnia. Przy odrobinie szczęścia zajęli się czym innym. Musisz znów zacząć żyć. Policję i psychiatryk możesz pominąć, to kiepskie rozwiązania, tylko stracisz tam kontrolę. Pora iść do fryzjera, sprzedać mieszkanie i znaleźć robotę.

Popatrzyłam na siedzącą przede mną Sally z grubymi liniami namalowanymi kajalem wokół niebieskozielonych oczu – kot: trudna do zbajerowania, a mimo wszystko dobroduszna, pogodna, zarazem ciekawska. Sally nie była kimś, z kim można by było sobie pogrywać i kto dałby sobą pomiatać, ale kiedy chciała, miała fantastyczny power.

A teraz chciała.

– Dlaczego to robisz? – spytałam.

Sally popatrzyła na mnie z rozbawioną i niemal nieprzyzwoitą miną.

– Chodzi ci o to, że mogłabym pozwolić ci leżeć? – odpowiedziała pytaniem. – Która przyjaciółka tak postępuje?

Uśmiechnęłam się. Może dawna prześladowczyni? Ale nie powiedziałam tego na głos.

– Masz rację – odparłam. – Pora się odwdzięczyć pięknym za nadobne.

– I tak trzymać. To do dzieła.

Tuż po Nowym Roku wróciłam do Sztokholmu, razem z Sally posprzątałyśmy mieszkanie na Storgatan i wystawiłyśmy je na sprzedaż u agenta nieruchomości, któremu – pomimo recesji na rynku – udało się je sprzedać już w ciągu tygodnia. Skorzystał z okazji i pokazał mi, co ma do zaproponowania. Złożyłam ofertę na gotowe do wprowadzenia się mieszkanie własnościowe – po zmarłym właścicielu – na ulicy Pipersgatan na Kungsholmen. I wygrałam. Zabrałam tam meble, które chciałam zachować, resztę sprzedałam za pośrednictwem firmy wynajętej przez agenta. Z ubrań i rzeczy osobistych Belli zostawiłam sobie tylko kilka, co innego byłoby zbyt bolesne. Po zamianie mieszkań różnica nie była duża, ale pieniędzy wystarczyło, by Sally miała trochę pracy przy inwestowaniu ich w fundusze oszczędnościowe. Po wszystkim dość znacząco poprawiła się sytuacja finansowa moja, mojej mamy i Liny i to sprawiło, że poczułam się tak szczęśliwa, jak już dawno się nie czułam.

Natomiast teraz się wprowadziłam i od tygodnia byłam u siebie.

Światło księżyca zalewało dachy i sama zaczęłam mieć trudności z tym, żeby utrzymać oczy otwarte. Nawet Gęsiarka zniknęła. Pora wracać do łóżka i spróbować zasnąć.

Następnego dnia miałam iść na rozmowę do McKinseya.

Witam panią, mam na imię Ola i to ze mną miała się pani dzisiaj spotkać. Nie ma pani nic przeciwko, żebyśmy mówili sobie na ty?

Otrząsnęłam się z zamyślenia, w którym pogrążona czekałam, siedząc w jednym z dużych nowoczesnych foteli na pomarańczowym dywanie koło recepcji. Pół godziny wcześniej stałam na wiadukcie Klarabergsviadukten przed dużym budynkiem zwanym World Trade Center i czułam, że nie powinno mnie tu być.

Co ja wiem o management consultingu? Nic a nic. Mam wprawdzie dość szerokie wykształcenie i udało mi się napisać dobrą pracę dyplomową, ale nie było to MBA w Harvard Business School i zdecydowanie nie miałam ambicji, żeby zrobić karierę w świecie finansjery z osiemdziesięciogodzinnym czasem pracy i zawrotnie wysokimi pensjami. Chociaż to wszystko z pewnością sami zauważą, nawet dużo szybciej niż ja sama.

Może w gruncie rzeczy mowa tu o pracy w recepcji?

Zrobiłam głęboki wdech, weszłam do budynku przez duże rozsuwane drzwi, a potem schodami ruchomymi wjechałam na czwarte piętro.

Teraz stał przede mną mężczyzna po czterdziestce z lekką nadwagą i delikatną łysiną. Miał okrągłe okulary i uśmiechał się przyjaźnie, w ogóle nie wyglądał tak, jak się tego spodziewałam: jak zdolne typki ze Stureplanu w granatowych garniturach.

Był to raczej typ dobrotliwego wujaszka, który osiągnął niedawno wiek średni. Natychmiast nabrałam do niego zaufania i poczułam się wyraźnie mniej zdenerwowana.

Poszliśmy do jego gabinetu.

– Proszę, usiądź – powiedział Ola.

Usiadłam na wygodnym fotelu koło małego stolika, a on na podobnym naprzeciwko. Wyjaśnił, że w firmie zajmuje stanowisko associate partner i że uwagę na mnie zwrócił mu jeden z associates, Jonathan. Mówiąc dokładniej, mężczyzna, który jesienią brał udział w weekendzie à la Wyprawa Robinson. Jonathan wypowiadał się o mnie w samych superlatywach.

– Może to dla ciebie dziwne, ale chcieliśmy się z tobą spotkać – zaczął Ola i uśmiechnął się przyjaźnie. – Trzeba przyznać, że masz świetne wykształcenie, nie jest to może do końca to, czego zazwyczaj szukamy, choć bez wątpienia twoje doświadczenia z wojska oraz dwa kierunki, ekonomia i politologia, wyglądają ciekawie. Etat wprawdzie nie wchodzi na razie w rachubę, ale jeśli obie strony będą równie zainteresowane współpracą, możemy ci na początek zaoferować staż.

Czy to było dziwne? A może zupełnie normalne? Nie miałam najmniejszej możliwości, żeby to rozstrzygnąć.

– Dobrze – powiedziałam ostrożnie. – Co to oznacza?

– Mówiąc wprost, chcielibyśmy lepiej poznać ciebie i twoje umiejętności, współpracując trochę bliżej, bez wiązania się z tobą umową na czas nieokreślony. Możemy zaproponować ci czteromiesięczny kontrakt, po jego zakończeniu dokonamy wspólnej oceny i podejmiemy decyzję, czy chcemy kontynuować naszą współpracę. Nie obiecujemy ci więc gruszek na wierzbie, a raczej coś w rodzaju sprawdzianu, jak to jest w McKinseyu, co w gruncie rzeczy może prowadzić do stałego zatrudnienia. Zainteresowana?

Sundbyberg albo Örebro?

Zwolnienie lekarskie albo Ameryka Południowa?

– Jak najbardziej – przyznałam.

– W takim razie czekają cię cztery miesiące ciężkiej pracy i wytężonej nauki – zapowiedział Ola. – Umieścimy cię jako trainee w dobrze działającym teamie, w którym są zarówno junior associates, jak i zwykli associates, a wszystkim kieruje project lead. Pod względem czasu pracy i obowiązków będziesz pracować na podobnych warunkach co pozostali.

Trainee? Junior associates? Project lead?

Kręciło mi się w głowie.

– Czy będzie to team doradców, którzy pracują z konkretnym kontrahentem? – spytałam.

– Z klientem, tak ich tu nazywamy – wyjaśnił Ola. – Nie z kontrahentem. I tak, zgadza się, razem z teamem będziesz pracować z jedną konkretną firmą, w razie potrzeby możesz być jednak „wypożyczana” do innego działu. Nikt od ciebie nie oczekuje, że przejmiesz jakieś całościowe zadania, ale chcemy widzieć duże ambicje i zapał do pracy.

Wreszcie język, który rozumiałam.

– Ciężka praca nigdy nie była dla mnie problemem – zapewniłam.

– Świetnie. W takim razie przejdziemy do rozmowy wstępnej, później zostaniesz zaproszona na kilka spotkań z naszym engagement managerem i innymi współpracownikami. Potrzebuję twojego aktualnego CV, wszelkich zaświadczeń, jakie masz, oraz listów rekomendacyjnych od byłych pracodawców. Możesz zacząć pracę w najbliższym czasie?

– Oczywiście. Jestem dostępna od zaraz.

Kiedy skończyliśmy i wyszliśmy do lobby, Ola zwrócił się do recepcjonistki. Była to siwa kobieta po sześćdziesiątce, ubrana w coś w rodzaju falującej pomarańczowej tuniki. Do tego miała na nosie jaskrawoczerwone kocie okulary i wyglądała ponuro.

– Berit – powiedział Ola. – To Sara. Być może odbędzie tu staż, musimy tylko dopełnić formalności.

Berit popatrzyła na mnie wzrokiem gada, który rozważa, czy tę mało apetyczną zdobycz warto połknąć w całości.

– Aha – odparła powściągliwie. – W takim razie witam. O ile tylko ci się uda.

Ola zaśmiał się i popatrzył na mnie. Skinął głową w stronę Berit.

– Lepiej z nią nie zadzierać. Zapomnij o nas, szefach, to Berit tutaj decyduje.

Berit popatrzyła na Olę i wydała z siebie ciche, ale pełne pogardy prychnięcie. Potem wróciła do stukania na klawiaturze. Ola uścisnął mi rękę.

– Jesteśmy w kontakcie – powiedział.

– Jeszcze dzisiaj załatwię wszystkie formalności – obiecałam.

I wyszłam.

Nie mogłam jednak przestać myśleć o tym, że doszło tu do jakiegoś nieporozumienia i że w gruncie rzeczy powinnam była przechodzić rekrutację na miejsce Berit.

Recepcjonistka jako jedyna zdawała się to dostrzegać. Może dlatego była tak wrogo nastawiona.

W ciągu dnia zaktualizowałam CV, znalazłam kopie pracy dyplomowej i innych dokumentów oraz zadzwoniłam do Pellego z prośbą o list rekomendacyjny z Perfect Match. Obiecał, że napisze mi świetne referencje, ale chciał się spotkać osobiście.

– Nie mogłabyś tu podejść po południu? – spytał. – Jeśli nie jesteś bardzo zajęta.

– Zajęta? W ogóle nie mam nic do roboty.

O piątej znalazłam się więc w dobrze mi znanym gabinecie Pellego. Powrót do Perfect Match okazał się dość trudny także dlatego, że pokój mój i Belli całkowicie zmieniono. W środku siedziały już dwie nowo zatrudnione osoby: dziewczyna o niebieskich włosach i chłopak z kolczykiem w górnej wardze. Jak się zdawało, nigdy nie słyszeli o Belli ani o mnie.

– Wcześniej tu pracowałam – powiedziałam przyjaźnie, gdy stałam w drzwiach i rozglądałam się po ich pokoju. – Razem z dziewczyną o imieniu Bella.

– Aha. – Chłopak nie wykazał najmniejszego zainteresowania. – Fajnie.

Dziewczyna nawet na mnie nie spojrzała zza komputera, dalej stukała na klawiaturze.

– Wiecie może, co się stało z naszymi rzeczami? – spytałam. – Zdjęciami ze ścian i tak dalej?

Popatrzyli po sobie i pokręcili głowami.

– Kiedy przyszliśmy, były tu tylko puste biurka – odparła dziewczyna. – Te zdjęcia są moje.

Nic już na to nie odpowiedziałam, pokiwałam tylko głową i się odwróciłam. Za mną stał Pelle, jak zawsze w czarnym golfie i prostokątnych oprawkach.

– Sara! – zawołał serdecznie i mnie objął. – Jak się miewasz? Promieniejesz!

Pachniał tą samą wodą po goleniu co jesienią, coś przekręciło mi się od tego w żołądku. Dopadły mnie wspomnienia, twarz Belli – z jedną niebieską i jedną zielonobrązową tęczówką – stanęła mi przed oczami niemal równie wyraźnie, jakby Bella znajdowała się z nami w pomieszczeniu. Kącikiem oka dostrzegłam, że dziewczyna, zerkając na mnie, pochyliła się do chłopaka i coś mu wyszeptała.

Pelle przyjrzał mi się uważnie.

– Chodź – powiedział. – Porozmawiamy u mnie w gabinecie.

Usiedliśmy na kanapie i omówiliśmy potrzebny mi list rekomendacyjny.

– Żaden problem – zapewnił Pelle. – Chętnie polecę cię do każdej pracy.

– Co zrobimy z okresem wypowiedzenia? Zostały mi właściwie jeszcze dwa miesiące.

– Dla nas to bez znaczenia. Jeśli chcesz, to jesteś wolna i choćby dziś możesz odejść.

Popatrzyłam na Pellego. Biły od niego serdeczność i życzliwość.

– Gdybym nie złożyła wypowiedzenia – spytałam – co byś zrobił? Chodzi mi o to, że siedzą tam już dwie nowe osoby…

Pelle wzruszył ramionami.

– Byłaś asystentką Belli. Więc teraz, kiedy jej nie ma, byłby z tym mały problem.

– A nasze rzeczy? – dopytywałam. – To zdjęcie, które Bella powiesiła na ścianie. Gdzie ono jest?

Pelle popatrzył na mnie przepraszająco.

– Naprawdę mi przykro. W święta doszło do nieporozumienia z firmą sprzątającą. Spakowaliśmy wasze rzeczy do pudła, a oni uznali, że to śmieci, i wszystko wyrzucili. Oczywiście zwrócimy ci za to pieniądze.

– Nie trzeba – zapewniłam. – Nie miało to żadnej wartości materialnej.

Chwilę siedzieliśmy w ciszy. Niewiele więcej dało się powiedzieć.

– Wiedziałeś o tym, że Bella nie figurowała w zasadzie w szwedzkim rejestrze ludności? – spytałam w końcu. – Że nie miała numeru osobowego i tak dalej?

– Tak, wiedziałem – przyznał Pelle. – Kiedy ją zatrudnialiśmy, Olga powiedziała mi, że dotarła tu przez Grecję jako uchodźczyni z Syrii i po drodze straciła wszystkie dokumenty.

Olga?

– Poprosiła mnie, żebyśmy znaleźli jakieś rozwiązanie – ciągnął. – Tak też zrobiliśmy. Ze szwedzkimi urzędami wszystko da się załatwić. Ale nie miała żadnych krewnych, zostali w Syrii. Bella przypuszczała, że cała jej rodzina została zgładzona. Ale prosiła nas, byśmy nikomu o tym nie wspominali, więc nie wspominaliśmy.

Syria? Zgładzona? Tej wersji jeszcze nie słyszałam.

Słowa Andreasa zadzwoniły mi w uszach: „Białorusinka Olga Czalikowa… Trafiła do Szwecji jako dwunastoletnia prostytutka w związku z nielegalnym handlem ludźmi… luksusowa prostytutka i coś ekstra”.

Dziecięca prostytutka.

– Nigdy nie wspominała nic o Syrii – zdziwiłam się.

– Jak już mówiłem, nie chciała się z tym afiszować – wyjaśnił.

Siedzieliśmy w ciszy przez kilka sekund.

– Przed chwilą nazwałeś ją „Olgą” – powiedziałam. – Zauważyłeś?

Pelle zerknął na mnie zdezorientowany.

– Nie wiem, o czym mówisz. Olgą?

Popatrzyliśmy na siebie. Pelle posłał mi uśmiech mający dodawać otuchy i poklepał mnie po kolanie.

– Cieszę się, że znów stanęłaś na nogi i że będę mógł ci napisać świetne rekomendacje. Naprawdę mam nadzieję, że dostaniesz tę pracę w McKinseyu. Z pewnością szybko odkryją, że jesteś niezastąpiona, tak jak my to odkryliśmy.

Niezastąpiona?

W głosie Pellego nie było nawet cienia ironii, z jego twarzy biła życzliwość.

– Dzięki – odparłam. – A słuchaj… jest dzisiaj Roger? Chciałabym się z nim przywitać.

Pelle pokręcił głową, znów z zasmuconą miną.

– Roger odszedł. I zmienił numer telefonu. Szczerze mówiąc, nie wiem, gdzie pracuje.

Dziesięć minut później stałam na Kommendörsgatan i spoglądałam na fasadę budynku. Nagle poczułam, jakby nigdy nie było Belli, Mickego, Rogera, jakbym w ogóle nie pracowała w Perfect Match.

Tak ulotne jest ludzkie życie. Tak pozbawione znaczenia są wszelkie nasze starania.

Szczególnie jeśli ktoś świadomie chce je zniweczyć.

Sierpień na działce, półtora roku wcześniej. Ostatnie lato taty. W późne słoneczne popołudnie siedzieliśmy na pomoście i łowiliśmy ryby. W szarozielonkawej wodzie ruszały się niemrawo okonie i ukleje. Trącały żywą przynętę, ale nie brały. Tata też nie wydawał się szczególnie zainteresowany, żeby coś złowić. W ogóle siebie nie przypomina, myślałam – uwielbiał łowić ryby i zazwyczaj rozpierała go energia, teraz jednak był przygaszony i zamknięty w sobie.

– Saro – powiedział po dłuższej chwili milczenia.

– Mhm?

Odwrócił się do mnie. Wydawał się poważny.

– Jeśli coś mi się stanie, zajmiesz się mamą i Liną?

Zakłuło mnie w piersi.

– Jesteś chory? W takim razie musisz mi powiedzieć!

– Nie, nie – zaprzeczył wymijająco. – Nic mi nie dolega, nie musisz się niepokoić. Mówiłem tylko tak ogólnie. Zawsze może przejechać nas autobus lub pociąg, cokolwiek…

Jego głos zamarł. Ale ja lekko się zaśmiałam i szturchnęłam go w bok.

– Dlaczego miałby przejechać cię pociąg? – spytałam. – Przechodź tylko tam, gdzie jest przejazd!

Tata delikatnie się uśmiechnął i ponownie zamilkł. Okonie trącały robaka. Potem znów spojrzał na mnie z poważną miną.

– Lepiej bym się czuł, gdybyś obiecała – poprosił – że jeśli coś mi się stanie, zajmiesz się mamą i Liną. One są trochę… słabsze od ciebie. Jesteś silna jak niedźwiedź, wiesz przecież, zawsze to powtarzałem.

Żartobliwie podniosłam do góry dwa palce.

– Przysięgam na swój honor wojskowy – zadeklarowałam. – Jeśli coś ci się stanie, zajmę się mamą i Liną. Wystarczy?

Tata powoli przytaknął.

– Wystarczy – przyznał z ociąganiem.

Potem odpłynął myślami do własnego świata. Ja zaś przyglądałam się oświetlonej słońcem szarozielonkawej wodzie. Biało-czerwony spławik zagłębił się pod powierzchnię, ruszając się tam i z powrotem, ale tata zdawał się tego nie zauważać.

– Tato. – Znów lekko go szturchnęłam. – Pobudka! Ryba bierze!

Tydzień po spotkaniu z Olą spędziłam na rozmowach z kolejnymi osobami z McKinseya: z engagement managerem i kilkoma doradcami, dostarczyłam też wszystkie dokumenty, włącznie z żarliwym listem rekomendacyjnym Pellego, o który proszono. Później na kilka dni zapadła cisza. Sprzątałam i prałam jak opętana, zdecydowałam się wybrać na weekend do Örebro. Co zrobię, jeśli nie dostanę tej pracy? Nie miałam planu B.

Podczas podróży pociągiem wyglądałam przez okno i miałam trudności, żeby skupić się na czytanej książce. Styczniowy krajobraz był ponury i wyglądał jak wymarły, zmrok zapadał już o trzeciej po południu. Usiłowałam zmusić się do dalszej lektury, a ponieważ nic to nie dawało, posortowałam i przejrzałam kilka plastikowych skoroszytów, które ze sobą zabrałam.

Gdy tylko wysiadłam w Örebro, zadzwoniła moja komórka. Ola chciał mnie osobiście powitać w McKinseyu.

– Gratuluję – powiedział. – Już w poniedziałek możesz zacząć staż.

– Super! – zawołałam, czując, jak moją pierś przepełnia nieoczekiwane ciepło. – Boże, jak fajnie! Przyjdę na dziewiątą, czy tak będzie dobrze?

– Dziewiąta jest w sam raz – zapewnił mnie Ola i się zaśmiał. – W ten poniedziałek. W przyszłości godziny mogą być trochę inne.

Całą drogę do domu pokonałam spacerem z uśmiechem na twarzy. Dostałam pracę w firmie konsultingowej – nawet jeśli chodziło tylko o staż, było to niewiarygodnie miłe uczucie. Ale im bardziej zbliżałam się do Rynninge i naszego domu, tym bardziej poważniałam. Będę musiała wreszcie wyłożyć karty na stół.

Chociaż mieszkałam w rodzinnym domu od grudnia, wciąż nie zdradziłam mamie, co mi się przydarzyło w Sztokholmie. Słyszała tylko fragmenty, nigdy nie opowiedziałam jej o przebiegu zdarzeń od początku do końca. Teraz czułam, że muszę to zrobić. Tak długo jak mieszkałam w Örebro, mogłam chronić ją i Linę samą swoją obecnością, ale skoro wracałam do Sztokholmu i zaczynałam nową, wymagającą pracę, było wręcz wskazane, żeby mama miała jasny obraz sytuacji – i w pełni mogła chronić samą siebie.

Kiedy przyszłam do domu, już tam czekała, wyszła wcześniej z pracy, żeby się ze mną spotkać. Usiadłyśmy na sofie w salonie z miską mandarynek. Mimo że była dopiero piąta po południu, za oknem panowała kompletna ciemność. Lina pojechała do stajni i miała wrócić do domu dopiero na kolację.

Mama popatrzyła na mnie szczerymi jasnoniebieskimi oczami.

– No więc, skarbie – zaczęła. – O czym chcesz pomówić? Jak ci idzie szukanie pracy?

– Później o tym pogadamy. Przy kolacji. Jest kilka innych rzeczy, o których chciałabym ci opowiedzieć najpierw.

– Mów więc – zachęciła mnie. – Zamieniam się w słuch!

Odetchnęłam głęboko i zaczęłam. Widziałam, jak twarz mojej mamy stopniowo się zmienia: w miejsce serdecznego uśmiechu pojawiły się nieufność i niepokój, w końcu jej mina sygnalizowała całkowitą niezdolność do tego, żeby przyjąć do wiadomości moje słowa. Wiele razy podczas tej opowieści zaczynały jej płynąć łzy i wycierała policzki chusteczkami, nie odrywając przy tym ode mnie wzroku. Powiedziałam jej o wszystkim od początku do końca: o nieprawdopodobnej pracy w Perfect Match, przeprowadzce do Belli, napadzie na strychu, rozmowie z tatą i gonitwie za nim w tunelu, osobliwych zdarzeniach w domu terapeuty, nieproszonym gościu w mieszkaniu i zdjęciu na Instagramie, podrzuceniu narkotyków do mieszkania mojego i Belli oraz pomocy Sally, dzięki czemu interwencja policji okazała się bezskuteczna, o nabraniu wody w usta przez patologa w sprawie sekcji zwłok taty, o tym, jak natknęłam się na Bellę i Mickego razem w łóżku, przez co przeniosłam się do Fabiana, oraz o moim przekonaniu, że śmierć Björna to nie wypadek. Właściwie zdradziłam jej prawie wszystko – nie wspomniałam tylko o tym, co prowadzący sekcję powiedział o zębach taty. Nie mogłam się przemóc. Kiedy później jej opowiadałam, że Fabian był we wszystko zamieszany – wspomniałam nawet jego komentarz o tym, że chciałby spędzić więcej czasu z mamą oraz o jej zdolnościach „wyrywania chwastów” – i kiedy przyznałam, że to on mnie zgwałcił, i opowiedziałam, jak doszło do jego śmierci, widziałam nieufność i podejrzliwość malujące się na jej twarzy.

– Ale to niemożliwe – powiedziała w końcu, kiedy skończyłam.

Nie odpowiedziałam. Mówiłam prawie półtorej godziny i czułam się wycieńczona. Jeśli mama nie będzie chciała mi uwierzyć, nie dam rady jej przekonywać.

Popatrzyła na mnie zatroskana.

– Nie wiem, co powiedzieć. Oczywiście chcę ci wierzyć, jesteś moim dzieckiem i cię kocham. Ale to, co przed chwilą usłyszałam… to kompletne wariactwo! Trudno mi pojąć, że to może być prawda, szczególnie to, że Fabian był we wszystko zamieszany! On cię kochał, przez wiele lat był najlepszym przyjacielem taty! Kochał całą naszą rodzinę! Nie mówiąc już o Björnie…

Jej oczy znów wypełniły się łzami, które w końcu spłynęły po policzkach.

– Ależ ja to wiem – przyznałam zmęczona. – I nie przypuszczałam, że aż tak trudno ci będzie zaufać moim słowom. Tylko że takie są fakty. I teraz musisz być bardzo, ale to bardzo ostrożna!

– Ale jeśli mówisz prawdę, to musimy iść na policję! To sprawa dla policji!

– Nie możemy tego zrobić – zaprotestowałam. – Nie rozumiesz? Ktoś, kto mógł utajnić protokół z sekcji zwłok taty i utrudnić rodzinie dostęp do niego, może zrobić dużo więcej! Pamiętasz włamania do nas latem i jesienią?

Mama kiwnęła głową. Jej oczy były szeroko otwarte i niespokojne.

– To musieli być oni – powiedziałam. – Czyżby czegoś szukali? Gdybyśmy się dowiedziały czego, może same byśmy to rozwiązały. W najgorszym wypadku dałybyśmy im to, czego chcą, i może zostawiliby nas w spokoju. Rozumiesz?

Nagle zobaczyłam, jak do mamy docierają moje słowa, jak to, co jej opowiedziałam, ugruntowuje się i trafia do jej świadomości. Kiedy znów na mnie popatrzyła, miała nowe, przenikliwe i przejrzyste spojrzenie, takie, jakiego nie widziałam u niej na długo przed śmiercią taty, przed napadem i gwałtem ponad rok wcześniej.

– Masz rację – oświadczyła. – Nawet jeśli to, co mówisz, jest wręcz nie do pojęcia.

Posłała mi przeciągłe spojrzenie.

– Ten Micke – powiedziała wreszcie. – Kompletnie cię zawiódł. Bardzo cię to boli?

Wzruszyłam ramionami, ale łzy stanęły mi w oczach. Mama położyła mi rękę na kolanie.

– Miałam kiedyś chłopaka, który też mnie zawiódł. Wiem, co czujesz.

Kiwnęłam głową.

– Kontaktowałaś się później z Mickem? – ciągnęła mama.

– Nie. Wygląda na to, że się rozpłynął.

– Masz jego zdjęcie?

Wyjęłam fotografię, którą wciąż nosiłam w torebce. Mama popatrzyła na nią.

– Wydaje mi się, że go rozpoznaję – powiedziała powoli.

Kilka chwil nic nie mówiłyśmy. Wtem dobiegł nas chrobot klucza przekręcanego w zamku i do domu weszła Lina.

– Cześć wam! – zawołała radośnie.

Policzki miała czerwone z zimna i podniecenia, powiesiła kurtkę na wieszaku i rzuciła w kąt torebkę, potem zaczęła ściągać buty jeździeckie.

– Powinnyście były widzieć dziś Salome! – oświadczyła, po czym nie przestając mówić, weszła do toalety dla gości i umyła ręce. – Była absolutnie fantastyczna! Jakby czytała w moich myślach! Robiła wszystko, co tylko chciałam. Jakbyśmy były jednym organizmem, ona i ja. Jest najlepszym koniem na świecie, ubóstwiam ją!

Wróciła do pokoju i popatrzyła na nas. Radość zniknęła z jej twarzy, Lina momentalnie spoważniała.

– Coś nowego? – spytała niespokojnie. – Wyglądacie tak poważnie!

Mama zmusiła się do uśmiechu.

– Nic podobnego, kochanie – zapewniła ją i się podniosła. – Chodź, pójdziemy zrobić kolację. Saro, to jak ci poszło szukanie pracy?

Wstałam i ruszyłam za nimi do kuchni.

– Mam dobre wieści – oznajmiłam.

Wieczorem siedziałam w salonie z iPadem, mama i Lina poszły na górę szykować się do snu. Po chwili mama zeszła jednak po schodach w błękitnym szlafroku z aksamitnego frotté i ze świeżo przeczesanymi krótkimi puszystymi lokami. Przyjrzałam się jej. Moja mama. Odkąd tylko pamiętałam, miała ten szlafrok, a ja uwielbiałam się do niej przytulać, kiedy go wkładała. Gdy byłam mała, kuliłam się na jej kolanach. Teraz miałam wrażenie, jakby nadeszła jej kolej, żeby skulić się na moich. Usiadła naprzeciwko mnie na sofie, dostrzegłam, że nie doceniałam wcześniej wymowności jej niebieskich oczu.

Przypominały zimną stal.

– Lina zasnęła – powiedziała. – A ja muszę ci chyba powiedzieć kilka rzeczy o tacie. Powinnam była to zrobić dawno temu.

Wyprostowałam się na kanapie z nieprzyjemnym ukłuciem w brzuchu.

– Każde małżeństwo ma swoje tajemnice – zaczęła. – A rodzice zawsze chronią dzieci, dlatego naturalnie nikt im nie opowiada wszystkiego ani o sobie, ani o swoim związku. Nawet wtedy, kiedy jeden z rodziców umiera. Teraz jednak muszę to zrobić. Po części dla siebie, ale przede wszystkim ze względu na ciebie i Linę. Wolałabym jednak, żebyśmy jej w to nie wciągały, dopóki nie będzie to absolutnie konieczne. Ty jednak powinnaś wiedzieć. I przykro mi, że nie porozmawiałam z tobą o tym już dawno temu.

Zamilkła.

– Wyrzuć to z siebie wreszcie – poprosiłam. – Chcę wiedzieć. Myślałam, że tracę rozum, więc będę wdzięczna za wszystko, co tylko możesz mi zdradzić.

– Tracisz rozum. – Mama zaśmiała się krótko suchym, pozbawionym radości śmiechem. – Sądzisz, że ja nie łamałam sobie głowy, czy przypadkiem nie oszalałam? Gdy tata ot tak gdzieś znikał, a po kilku dniach wracał blady, z podkrążonymi oczami. Zastanawiałam się, czy ma kogoś, a nawet czy nie bierze narkotyków! Pod koniec wyglądał jak śmierć, pamiętasz?

– Tak, pamiętam.

Obraz ojca, tego, jak wyglądał tuż przed pożarem w domku letniskowym. Robiłam, co mogłam, żeby zapamiętać go w pełni sił, jak wtedy, gdy jeździliśmy na nartach, a on promieniował szczęściem i świetnym humorem. Ale teraz zobaczyłam go takim, jak wyglądał pod koniec, w swoich ostatnich tygodniach. Wychudzony, blady, z podkrążonymi oczami, chociaż letnia fala ciepła przyszła wcześnie i wszyscy inni zdążyli się opalić. Tata był bledszy niż kiedykolwiek i wyglądał jak ścigane zwierzę. Milczał podczas posiłków i raz, gdy w środku nocy wstałam się załatwić, siedział sam na sofie, patrząc tępo przed siebie. Dzień później postawiłam sprawę jasno, właśnie tutaj, w salonie. Powiedziałam, jak jest: że wygląda potwornie, że nie poznaję jego zachowania i boję się, że może być poważnie chory. Tata popatrzył na mnie i spróbował się uśmiechnąć.

– Nic mi nie jest – zapewnił. – Skąd ty bierzesz takie pomysły?

– Daj spokój – powiedziałam poirytowana. – Czujesz się przecież okropnie. Jesteśmy twoją rodziną, pozwól nam sobie pomóc!

Tylko uniósł brwi i przybrał zdezorientowany wyraz twarzy.

– Nie wiem, o czym mówisz! Czuję się świetnie.

Jego odpowiedź tak mnie zdenerwowała, że odwróciłam się na pięcie i wyszłam, trzaskając drzwiami. To trzaśnięcie dręczyło mnie od tamtej pory: tydzień później tata nie żył.

– Więc co się działo? – spytałam teraz mamę. – Powiedz mi wszystko, co wiesz.

Wzięła koc z podłokietnika sofy i opatuliła się nim.

– O tym, co się działo pod koniec, wiem równie mało co ty – zaczęła. – Siedzę tu dręczona pytaniami i lękiem, że już nigdy nie otrzymam odpowiedzi. Mogę ci jednak zdradzić, co się wydarzyło wcześniej, wiele lat temu… Od czego by zacząć…

Spojrzała na mnie.

– Wiem, że przejrzałaś szuflady w biurku taty – ciągnęła. – Chcesz o coś spytać w związku z tym, co znalazłaś? Na przykład o te teksty i wycinki z gazet, które zabrałaś ze sobą.

– Zaczęłam je czytać jesienią – przyznałam. – Ale po tej historii z Bellą i Fabianem nie byłam sobą. Przejrzałam chyba jedną trzecią. Nie pojmuję, czym on się zajmował.

– Tajemnicami bez rozwiązania. Starymi skandalami, których nie wyjaśniono. Mówiąc wprost, szwedzkimi brudami, które w tym kraju latami zamiataliśmy pod dywan. Takie rzeczy ogromnie interesowały twojego tatę.

Podniosłam się i podeszłam do biurka, wysunęłam jedną z szuflad i wyjęłam z niej zdjęcie blondwłosej kobiety. Było to dokładnie to samo ujęcie, które pokazał mi Andreas, kiedy wyszliśmy z La Cucarachy i przenieśliśmy się w inne miejsce, bliżej stacji metra Zinkensdamm. Zdjęcie Cats Falck: dziennikarki, którą znaleziono martwą, przypiętą pasem w przewróconym samochodzie na dnie kanału Hammarby.

– Opowiedz mi o tej dziewczynie – poprosiłam. – Kto to jest? I skąd tata ją znał?

Mama wzięła zdjęcie i mu się przyjrzała.

– Cats. Tata był nią zachwycony, ale ja za nią nie przepadałam. Bystra i zacięta, typowa mądrala. Spotkali się w związku z jego pracą, wydaje mi się, że przeprowadzała z nim wywiad. Polubili się, więc dalej utrzymywali kontakt i się spotykali, aż do jej śmierci. Ja i twój tata dopiero co się poznaliśmy i czasem chodziliśmy z nią i jeszcze z kilkoma osobami na piwo. Byłam dużo młodsza od nich i trudno mi było połapać się w ich żargonie, dlatego nie sprawiało mi to szczególnej frajdy. Może po prostu byłam zazdrosna.

– Dlaczego tata zachował jej zdjęcie?

Mama się uśmiechnęła.

– Przyjaźnili się. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek było między nimi coś więcej, ale jej śmierć bardzo go dotknęła. Widziałam ją tylko kilka razy: zaczęłam się spotykać z twoim tatą latem osiemdziesiątego czwartego, a w listopadzie Cats zniknęła. Znaleziono ją dopiero w maju osiemdziesiątego piątego. Tata był tym ogromnie poruszony. I jeśli jego grzebanie w starych tajemnicach nabrało rozpędu w jakimś konkretnym momencie, to wydaje mi się, że było to właśnie wtedy, kiedy zniknęła Cats Falck.

Mama popatrzyła na mnie.

– Zdradziła mu, że jest na tropie czegoś wielkiego. Czegoś, co będzie miało ogromne konsekwencje, jeśli to ujawni. Sądziła, że dostanie Dużą Nagrodę Dziennikarską.

– O co takiego chodziło? Na co wpadła?

– Nie wiem – przyznała mama. – Po fakcie jej przełożeni z programu Rapport utrzymywali, że nie mają pojęcia, o co mogło chodzić. Stwierdzono, że to zwykły wypadek samochodowy, i umorzono postępowanie. Ale później, w dwa tysiące trzecim, czyli mniej więcej po dwudziestu latach, ktoś znów je wszczął. Byłaś wtedy nastolatką i wyjechałaś na obóz jeździecki, a Lina miała może trzy–cztery lata. Nagle zaczęto twierdzić, że Cats Falck została zamordowana przez Stasi, ówczesną wschodnioniemiecką służbę wywiadu. Miała rzekomo odkryć, że Szwecja handlowała bronią za pośrednictwem NRD, która odsprzedawała ją dalej do różnych miejsc na świecie objętych konfliktami.

– Czy to prawda? – spytałam. – To znaczy: handel bronią i to, że Cats zamordowano?

Mama pokręciła głową.

– Nie wiem. Ale tatę jakby coś opętało. Pamiętasz, jak tamtego lata siedział cały czas w szopie na działce, a my pływałyśmy łódką i łowiłyśmy ryby?

Słabe wspomnienie. Tata przed komputerem w naszej szopie, zarośnięty na policzkach i ze stołem obstawionym talerzami z resztkami jedzenia.

– Tak, pamiętam – szepnęłam. – Nie dało się go stamtąd wyciągnąć.

– Sama wiesz, jaki był – powiedziała mama. – Uparty jak osioł.

Zastanowiłam się.

– Ale co to ma z nami wspólnego? – spytałam. – To było tak dawno temu.

– Kiedy znaleziono ciało Cats, dużo rozmawiałam z tatą – wyjaśniła mama. – Kwestionowałam sens grzebania w tym wszystkim, miał przecież tyle innej pracy. Ale potem zabito Palmego i doszli do tego jeszcze Algernon i Winberg, i mnóstwo innych rzeczy. Strasznie się wtedy kłóciliśmy. Zdarzały się długie okresy, gdy tata spał na sofie.

– Stop – powiedziałam. – Co za mnóstwo innych rzeczy?

– W osiemdziesiątym szóstym zastrzelono na ulicy w centrum miasta premiera Olofa Palmego. O tym chyba wiesz? I nigdy nie ustalono, kto za tym stał.

– Tak, jasne, że o tym wiem. Ale te inne sprawy?

– Carl-Fredrik Algernon był inspektorem zbrojeniowym przy MSZ – ciągnęła mama. – Toczyło się wówczas duże dochodzenie w sprawie przemytu broni, a Algernon prowadził śledztwo. Wielu, między innymi twój tata, sądziło, że ma coś na sumieniu i wie dużo więcej, niż mówi. Zginął w styczniu osiemdziesiątego siódmego, gdy wpadł pod pociąg metra. Niektórzy utrzymują, że odebrał sobie życie. Są jednak świadkowie, którzy twierdzą, że został pchnięty. Upadł plecami na tor tuż przed nadjeżdżający pociąg, mało prawdopodobne, żeby ktoś się rzucał tyłem, jeśli chciałby popełnić samobójstwo, czyż nie?

Zmroziło mnie.

Bella.

– A ten drugi? – ledwie wyszeptałam. – Kto to?

– Claes-Ulrik Winberg. Do osiemdziesiątego czwartego prezes Boforsa, a potem, do osiemdziesiątego piątego, przewodniczący rady nadzorczej SAF-u, Szwedzkiego Związku Pracodawców. Kiedy pojawiły się podejrzenia na temat przemytu broni i tak dalej, zrezygnował między innymi ze stanowiska w SAF-ie. W osiemdziesiątym ósmym został oskarżony o przemyt i jesienią osiemdziesiątego dziewiątego miał się rozpocząć proces. Ale w maju Winberg wraz z żoną zginęli w wypadku samochodowym. Jechali na kolację i zderzyli się czołowo z innym samochodem. Tata znał jednak kilka osób, które widziały wrak, i one twierdziły, że o zderzeniu nie mogło być mowy. Sądziły, że samochód eksplodował.

Zaschło mi w ustach i zimny pot wystąpił na dłonie.

– Były to osoby, które tata poznał w pracy – dodała mama. – Znał je już trochę i dlatego nie chciał wierzyć w oficjalne wyjaśnienia.

– Ale czy kiedykolwiek dowiedziono, co się właściwie stało?

Mama pokręciła głową.

– Nie – przyznała.

Nie odzywałyśmy się przez moment.

– Poczekaj tu – poprosiłam.

Podniosłam się i pobiegłam na górę do swojego pokoju, złapałam teczkę z wycinkami i wróciłam na dół.

– Próbuję zrozumieć tok rozumowania taty – wyjaśniłam. – I to, od czego wszystko się zaczęło. Te materiały przeglądałam w pociągu. Myślisz, że mogą być jednymi z pierwszych, które tata zgromadził?

Mama popatrzyła na tytuł teczki.

– Wallenberg i druga wojna światowa – przeczytała. – Tak, pamiętam, że mówił o tym długo przed morderstwem Palmego. Ciekawiło go to już w dzieciństwie. Postępowanie Szwecji podczas drugiej wojny światowej, zarówno na arenie politycznej, jak i gospodarczej.

– W takim razie położymy to na samej górze.

Popatrzyłyśmy na siebie.

– Mów dalej – poprosiłam. – O tobie i o tacie.

– Po pierwszych awanturach znów się do siebie zbliżyliśmy – powiedziała mama. – Chociaż odtąd było już inaczej. Tata przestał mówić o niewyjaśnionych tajemnicach, a ja przestałam pytać. Rozmawialiśmy o przyjaciołach, o jego i mojej pracy oraz o was, rzecz jasna, a on skończył rozprawiać o tych osobliwych nierozwiązanych sprawach. Wiedziałam, że nie przestał w nich grzebać, ale odpuścił sobie dzielenie się ze mną wynikami swoich śledztw. Ja w zasadzie uważałam, że tak jest lepiej. Nie wydawał się już opętany, a ja myślałam sobie, że każdy może mieć jakieś hobby poza rodziną. On miał akurat takie.

– Nierozwiązane tajemnice polityczne – powiedziałam. – I obrzydliwe skandale.

Mama przytaknęła.

– Mniej więcej. Tak sądziłam. Lata mijały. Tata zajmował się swoimi sprawami, a nam dobrze się układało we dwójkę. I z tobą, i Liną, oczywiście. Sądziłam, że jesteśmy szczęśliwą rodziną.

Opuściła wzrok, a ja dostrzegłam, że z oczu popłynęły jej łzy. Potem na mnie popatrzyła.

– Ale później tata znów zaczął na poważnie. Parę lat temu. Wiosną, rok przed śmiercią. Coś się zmieniło. Przestał się uśmiechać i stawał się coraz bardziej zamknięty w sobie. Jeździł na działkę przy różnych dziwnych okazjach i spędzał tam nawet kilka dni. Pamiętasz?

– Tak, pamiętam. Mówił, że to tylko sprawy służbowe. A potem powiedział, że zmieni dach na szopie. Ale nie zdążył.

– Nie. Nigdy tego nie skończył.

Siedziałyśmy chwilę w milczeniu.

– No a później? – odezwałam się w końcu. – Co się stało?

Przez sekundę wzrok mamy wydawał się rozbiegany. Wyglądało to tak, jakby się zastanawiała, czy ma mi coś jeszcze powiedzieć. W końcu zrezygnowała, jak gdyby chciała coś ukryć. Właśnie miałam ją o to spytać, kiedy znów się odezwała.

– Tata robił różne rzeczy za moimi plecami. W zasadzie cały czas. Pamiętasz chłopaka, o którym kiedyś wspominałam? Tego, który mnie zawiódł?

Przytaknęłam.

– Mówiłam o tacie.

Zmroziło mnie.

– Co chcesz przez to powiedzieć? Zdradził cię?

– Nie z inną kobietą – odparła. – Ale ze swoim projektem. Kiedy to zrozumiałam, wpadłam w szał i zapowiedziałam, że wyrzucę go z domu.

– Nie rozumiem… Mówiłaś przecież, że jego hobby ci nie przeszkadzało.

– To nie było hobby – zaprotestowała. – To było coś nieporównywalnie większego.

– To znaczy? – dopytywałam.

– Tutaj właśnie wszystko się komplikuje – powiedziała mama z ociąganiem. – Bo mnie samej nigdy nie udało się w tym do końca zorientować. Ja… wystraszyłam tatę, więc mi o tym nie powiedział. Tak byłam na niego wściekła, że spaliłam część jego papierów bez czytania. To wtedy zaczął uciekać na działkę. A potem całkiem się zamknął. Ale jednej rzeczy jestem zupełnie pewna.

– Tak?

Mama popatrzyła na mnie z determinacją. Uniosła lekko brodę, niemal niezauważalnie.

– Porwał się z motyką na słońce.

Popatrzyłam na nią, na jej zdecydowaną minę, smukłą szyję wystającą z miękkiego kołnierza szlafroka i na brązowe loki sterczące wokół twarzy niczym mgiełka. I zrozumiałam, że ona także musi się wszystkiego dowiedzieć, nawet jeśli trudno mi o tym mówić.

– Czegoś jeszcze mi nie powiedziałaś? – spytałam.

Mama pokręciła głową.

– W takim razie ja mam coś, o czym muszę z tobą porozmawiać.

– To znaczy? – zdziwiła się mama.

Zawahałam się, ale nie było już odwrotu, nie teraz, gdy zabrnęłyśmy tak daleko.

– Spotkałam się z mężczyzną, który przeprowadził sekcję zwłok taty – zaczęłam. – Nazywa się Rajiv Ghatan. Spytałam, czemu nie wystąpili o dokumentację stomatologiczną. Powiedział, że nie było sensu tego robić. Tata nie miał zębów.

– Niemożliwe – obruszyła się mama. – Miał przecież piękny uśmiech.

Przełknęłam ślinę.

– Doktor Ghatan powiedział, że brakowało mu wszystkich zębów, bo zostały wyrwane. Leżały rozrzucone wokół zwłok. W chwili śmierci ani jeden ząb nie znajdował się w jego ustach.

Mama wybałuszyła oczy, jakby zobaczyła ducha. Dobrze ją rozumiałam.

[…] Bank Enskilda był w zasadzie figurantem Boscha, jednego z największych dostawców Hitlera. W podberlińskich zakładach Boscha zatrudniano pracowników przymusowych: jeńców wojennych i więźniów obozów koncentracyjnych.

Wallenberg kupował zagraniczne filie tego przedsiębiorstwa rzekomo po to, żeby ominęło je ryzyko konfiskaty na wypadek wojny. Pod koniec działań militarnych odkryto jednak tajne umowy. Zapewniały one Wallenbergowi sowite wynagrodzenie za skupowanie akcji za granicą, a Boschowi dawały wyłączne prawo do ich odkupienia po zakończeniu wojny. […]

Dyrektor wykonawczy Boscha należał do kręgu najbliższych przyjaciół szefa SS Heinricha Himmlera, skupiającego 40. największych przedstawicieli niemieckiego przemysłu wojennego, m.in. zakładu IG Farben, wytwarzającego trujący cyklon B używany w obozach zagłady.

Wallenberg prowadził interesy z IG Farben.

Obok rud żelaza najważniejszym wkładem strategicznym Szwecji w niemiecką produkcję wojenną były wytwarzane przez SKF łożyska kulkowe. Wiosną 1944 r. szwedzki rząd obiecał aliantom wstrzymać ich eksport.

SKF jednak dalej eksportowało je do Niemiec. Kiedy nie mogło się to odbywać drogą oficjalną, łożyska przemycano. W 1945 r. SKF sprzedało Hitlerowi stal na łożyska kulkowe i maszyny do ich produkcji.

Jacob Wallenberg przewodniczył radzie nadzorczej firmy Investor, do której należało SKF.

/ Maj Wechselmann, „Aftonbladet”, 17.06.2015

- - -

Szwecja podczas drugiej wojny światowej

Szwecja była państwem neutralnym podczas drugiej wojny światowej (1939–1945). Aby zachować tę neutralność, musiała jednak mocno się nagimnastykować. Chodziło o utrzymanie dobrych stosunków ze wszystkimi stronami uwikłanymi w konflikt. Dlatego Niemcy mogli kupować od Szwecji żelazo, kluczowe dla ich przemysłu zbrojeniowego, Anglicy natomiast zaopatrywali się tu m.in. w łożyska kulkowe i działa przeciwlotnicze produkowane przez szwedzki przemysł.

Kilka dni przed wybuchem drugiej wojny światowej ówczesny premier Szwecji Per Albin Hansson wygłosił w radiu orędzie, w którym uspokajał obywateli słowami: „Jesteśmy dobrze przygotowani”. Przygotowanie militarne nie było jednak najlepsze. Na przyzwoitym poziomie stało natomiast zaopatrzenie. […]

Podczas wojny Szwecją kierował rząd koalicyjny, w którego skład wchodzili przedstawiciele wszystkich partii w Riksdagu (poza komunistami). Na chwilę porzucono socjaldemokratyczne reformy i w pełni skupiono się na działaniach mających podtrzymać jedność narodową i zapewnić wyżywienie społeczeństwu. Koalicji rządzącej udało się to osiągnąć, ale ceną, jaką Szwecji przyszło zapłacić za niebranie udziału w konflikcie, okazała się polityka ustępstw w stosunku do Niemiec.

Polityka ustępstw była szwedzkim sposobem na uniknięcie niemieckiej okupacji. Kiedy mocarstwowe Niemcy zajęły Danię i Norwegię wiosną 1940 r., wzrosła także presja na Szwecję. W latach 1940–1943 kraj ten musiał wielokrotnie odchodzić od swojej neutralności, aby nie narażać się na wypowiedzenie wojny. Przy powtarzających się okazjach szwedzki rząd ustępował przed żądaniami Niemiec. Dlatego od czerwca 1940 do 1943 r. przez szwedzkie terytorium do Norwegii i z powrotem przejechało pociągami mnóstwo niemieckich materiałów i nieuzbrojonych niemieckich żołnierzy. Zjawisko to znane jest jako „permittenttrafiken” (ruch przepustkowy), bo zgodnie z umową niemieckie transporty wojskowe mogły składać się jedynie z żołnierzy „na przepustkach”. Także drogą morską niemieckie transporty przecinały czasem szwedzkie wody terytorialne.

Przed największym wyzwaniem szwedzka neutralność stanęła przy okazji ataku Hitlera na Związek Radziecki w czerwcu 1941 r. Niemcy zażądali, by Szwedzi pozwolili im przewieźć przez swoje terytorium z Norwegii do fińsko-sowieckiej granicy na północy w pełni wyposażoną dywizję złożoną z 18 000 ludzi (Dywizja Engelbrechta). Doszło to do skutku koło święta Midsommar 1941 r. i dlatego w historiografii zdarzenie to bywa często określane „kryzysem Midsommar”.

Rząd i Riksdag przystały na to żądanie mimo braku konsensusu. Szwedzkie ustępstwa budziły ostrą krytykę z wielu stron, zarówno w samej Szwecji, jak i na arenie międzynarodowej. […]

/ SO-rummet

W niedzielę po południu wróciłam do Sztokholmu i teraz, późnym wieczorem, stałam w swoim nowym mieszkaniu, spoglądając na dachy Kungsholmen, choć na niebie widać było jedynie słabą księżycową poświatę, a nie przyćmiewający wszystko księżyc w pełni. Wróciłam pamięcią do tego, co przeczytałam o drugiej wojnie światowej w skoroszycie taty. Dobrze rozumiałam, dlaczego mogło to przykuć jego uwagę już w dzieciństwie: szwedzka uległość, zdolność do trzymania się z dala od wojny, w którą uwikłani byli wszyscy sąsiedzi. I szwedzkie interesy przemysłowe.

Tata był człowiekiem honoru. Z wielkim trudem godził się na wszelkie słabości i to, że niektórzy wybijają się kosztem innych.

Ale najwyraźniej był też kimś jeszcze: bardzo skomplikowanym człowiekiem, który za plecami żony i dzieci prowadził częściowo podwójne życie.

Czym właściwie się zajmował? Mama nie umiała mi pomóc, nie wiedziała więcej ode mnie. Ale jak dało się wyraźnie zauważyć, wciąż była na niego zła.

W jaki sposób to podwójne życie wiązało się z jego śmiercią?

Przez całą drogę do Sztokholmu głowiłam się nad tym w pociągu sunącym niemal bezgłośnie w ciemności, ale do niczego nie doszłam. Jedyną pociechą w tym łamaniu sobie głowy była świadomość, że – jak się zdawało – mnie samej udało się zacząć wszystko od nowa, dojść do momentu, w którym mogłam zostawić za sobą jesienne trudności i patrzeć w przyszłość. Wyglądało na to, że SDS zostawiło mnie w spokoju, a następnego dnia miałam rozpocząć nowy rozdział w życiu – staż w McKinseyu. To dawało mi nadzieję. Było tak, jak powiedziała mama, machając mi na pożegnanie na stacji w Örebro: życie toczy się dalej bez względu na to, jak potworne czasem się wydaje. Przydarzyły mi się straszne rzeczy, ale teraz nadeszła pora, żeby oddzielić to grubą kreską.

Kiedy wieczorem dotarłam do stolicy, przerzuciłam torbę przez ramię i trzymając w ręce klatkę z kotem, ruszyłam pieszo do domu. Z dworca Centralen nie było daleko: należało dojść Vasagatan do Kungsgatan, skręcić na zachód i iść Fleminggatan aż do skrzyżowania z Pipersgatan. Dzielnica Kungsholmen ze starymi pięknymi kamienicami, które mimo wszystko nie były pretensjonalne, zdawała się urocza i mało spektakularna w sposób dający mi poczucie bezpieczeństwa. Chciałam tutaj mieszkać, to tu miałam czuć się dobrze.

Przed wejściem stała Gęsiarka w ogromnym kapeluszu na głowie, z intensywnie czerwoną pomadką na ustach i gołębiem pod pachą. W pierwszej chwili pomyślałam, że to torebka, ale później usłyszałam miękkie gruchotanie. Simåns też je usłyszał i ostrzegawczo syknął w klatce. Gołąb popatrzył na mnie łagodnymi żółtymi oczami, ale Gęsiarka wbiła wzrok w Simånsa i pochyliła się do niego. Później głośno odsyknęła, tak energicznie, że ślina prysnęła jej z ust, a Simåns zamiauczał i w panice zaczął drapać pazurami o klatkę.

Bez słowa wstukałam kod i weszłam do budynku, za mną zatrzasnęły się ciężkie drzwi.

Z Gęsiarką czy bez niej, naprawdę lubiłam to moje nowe miejsce zamieszkania. Stojąc teraz przy oknie w kuchni, w piżamie, z Simånsem zwiniętym na rękach, mogłam ponad dachami niemal sięgnąć wzrokiem Södermalmu. Blady półksiężyc znajdował się mniej więcej nad ratuszem. Moje mieszkanie było przytulne i bezpieczne; już się w nim zadomowiłam.

Ale nowa praca w McKinseyu stanowiła bez wątpienia równie ważny kawałek układanki. Nadeszła więc pora, żeby trochę się przespać.

Zaczerpnęłam powietrza głęboko w płuca, po czym odłożyłam Simånsa do jego kosza. Wróciłam do sypialni i wślizgnęłam się do łóżka.

Już po kilku minutach spałam jak kamień i nic mi się śniło.

„Shame, shame, shame… Shame on you… If you can’t dance, too…”

Oj tam: Szwedzi umieją tańczyć. Wstydzenie się wychodzi nam gorzej.

Tutaj w Szwecji rzadko daje o sobie znać poczucie wstydu. Albo raczej winy. Odpowiedzialności? Ludzie tak szybko zapominają. Miejsce zajmują inne pilne sprawy. Nowy wstyd.

Ale w Europie kilka razy się z tym spotkałem. Z tym spojrzeniem.

„Wy, którzy nie wzięliście na siebie tego brzemienia”.

„Wy, którzy nie przyczyniliście się do pokoju”.

„Wy, którzy wybiliście się kosztem sąsiadów, a nawet ciągnęliście z wojny korzyści ekonomiczne”.

Zarówno podczas wojny, handlując z Niemcami, jak i po niej, dzięki znaczącej przewadze ekonomicznej, którą Szwecja miała z automatu. Nie zbombardowano naszego przemysłu i naszych miast. Nie zdziesiątkowano naszej ludności. Nie mieliśmy zastępów wdów ani pozbawionych ojców straumatyzowanych dzieci, które musiały się jakoś wyżywić.

Dobrze wyszliśmy na handlu i na naszych ustępstwach. Dobrze się nam one przysłużyły.

Gdy byłem młodszy, łatwiej mi było się bronić. Wdawałem się w dyskusję z europejskimi znajomymi, tłumaczyłem i odpierałem zarzuty i naprawdę starałem się oswobodzić z pętli myślowej, którą tym mocniej wokół mnie zaciskali, im dłużej trwała nasza rozmowa i im więcej przykładów podawali.

Z upływem lat stało się to trudniejsze.

Co mam im odpowiedzieć?

Zgadzam się z nimi już w chwili, kiedy zaczynają mnie atakować, bo mają całkowitą rację.

Szwedzi zbudowali dobrobyt na krwi innych narodów, na poległych z innych krajów i na ofiarach innych grup etnicznych.

Nasze ustępstwa oznaczały dla nich pewną śmierć.

Dzisiaj chętnie mówimy o szwedzkim „cudzie” w różnych kontekstach: w przemyśle, muzyce, prawodawstwie związanym z równością i równouprawnieniem, a także w związku z przyjmowaniem uchodźców i zajmowaniem stanowiska w różnych kwestiach politycznych.

Ale cud ten jest w gruncie rzeczy innej, bardziej szekspirowskiej natury.

Mamy na rękach krew, której nie sposób zmyć.

„Out, damned spot! Out, I say!” woła Lady Makbet. „Who would have thought the old man to have had so much blood in him?… Will my hands never be clean?”[2]

Nie, to dziwne. Ale plamy krwi nie znikają.

Shame, shame, shame.

Otworzyła się przede mną możliwość, żeby jakoś to zrekompensować. Nie da się tego naprawić, podobnie jak nie da się wskrzesić umarłych. Ale co z gruntowną zmianą? Taką, która okazałaby się wywrotowa na wielu poziomach?

Elisabeth naprawdę by się to nie spodobało. Wiem jednak, że muszę spróbować za wszelką cenę.

Inaczej nigdy nie będę miał czystych rąk.

Ocknęłam się i niemal natychmiast usiadłam.

Co takiego mnie obudziło? Kolejny koszmar?

Nie: w swoim śnie byłam na wsi z tatą i razem łowiliśmy ryby. Siedzieliśmy w łódce, a ja dopiero co wyciągnęłam szczupaka.

Dlaczego czułam się tak śmiertelnie przerażona? Czy to przez stres związany z pierwszym dniem pracy, który czekał mnie rano?

Potem jednak znów to usłyszałam: hałas, który wyrwał mnie ze snu. Zdawało się, że dobiega z kuchni, a może z przedpokoju. Albo z łazienki?

– Saro… – usłyszałam, jak ktoś szepcze moje imię. – Saro… Saro, chodź…

Serce waliło mi jak oszalałe, kiedy zapalałam lampkę nocną, podnosiłam się z łóżka i skradałam przez mieszkanie. Wzięłam parasol na wypadek, gdybym musiała się bronić. Potem zatrzymałam się w przedpokoju, czekając, aż znów usłyszę ten głos.

Minuty mijały. Nic nie było słychać.

Czyżbym oszalała?

A potem ktoś znów się odezwał, rozległ się syczący szept:

– Saro… Nie czuj się winna… Nie miej wyrzutów… Nie mogłaś pomóc… Prawda… Saro…

Głos ten bez wątpienia dochodził z kuchni. Zakradłam się do drzwi i uniosłam parasol; trzymałam go jedną ręką, gotowa do zadania ciosu, a drugą nacisnęłam włącznik.

Kuchnia była teraz dobrze oświetlona. Ale nikogo w niej nie zastałam.

Opadłam na krzesło przy stole. Skąd dochodził ten głos?

Wariatka, wariatka, wariatka.

Na drżących nogach podeszłam do zlewu, odkręciłam kran i napełniłam szklankę zimną wodą. Później wróciłam do stołu i usiadłam. Siedziałam w kuchni, nasłuchując w napięciu, a księżyc w tym czasie wędrował po niebie i na wschodzie zaczęło już świtać; nadeszła pora, żeby zacząć się szykować i ruszać do nowej pracy.

Głos się więcej nie odezwał.

Czy się przesłyszałam? Czy ten głos istniał tylko w mojej głowie?

Czy był to skutek napiętych nerwów i dziko rozbuchanej wyobraźni?

Mimo wszystko miałam wrażenie, że słyszałam go tak wyraźnie. Dokładnie jakby ktoś znajdował się tam w pokoju, tuż obok mnie.

Jakby moje wyrzuty sumienia przybrały ludzką postać.

[1] Co się, kurna, dzieje? (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

[2] „Precz stąd, przeklęta plamo! Precz! Powtarzam. [...] Kto by jednak mógł myśleć, że starzec miał jeszcze tyle krwi w swoich żyłach! [...] Nigdyż te ręce nie będą czyste?” – William Shakespeare, Makbet, tłum. Leon Ulrich.