Bezsenność w czasie karnawału - Janusz Głowacki - ebook + audiobook
Opis

Ostatnia książka wybitnego pisarza zmarłego latem 2017 roku.

Nawiązująca formą do słynnego Z głowy narracja o współczesnej Polsce, pełna – tak charakterystycznych dla Głowackiego reminiscencji z życia i kariery autora w Polsce i w Nowym Jorku. Miejscami dowcipna, ironiczno-sarkastyczna w tonie, gdzie indziej uderzająca w nutę tragizmu, bardzo osobista i poruszająca książka. Składają się na nią ostatnie prozatorskie zapiski autora, nad którymi pracował równolegle z pisaniem scenariusza do głośnego filmu "Zimna wojna" Pawła Pawlikowskiego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 138

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 3 godz. 52 min

Lektor: Roch Siemianowski

Popularność


Janusz Głowacki

BEZSENNOŚĆ W CZASIE KARNAWAŁU

Copyright © by Olena Leonenko-Głowacka, Zuzanna Głowacka, Ewa Zadrzyńska-Głowacka, 2018.

WydanieI

WarszawaMMXVIII

***

Na bogactwo literatury narodowej składają się doskonałość moralna autora, wysokie walory artystyczne tekstu i doniosłe prawdy czasu. Te prawdy, które będą miały wpływ na życie rodziny, wychowanie dzieci i obronność kraju. Biorąc to pod uwagę, przystępuję do pisania.

Karnawał 2017

Siedzę przy oknie i razem z całą cywilizowaną Europą popijam espresso. Mróz, mgła, śnieg, miasto blade jeszcze po nocy, a Wisła póki co pod lodem. Na parapecie wrony i mewy się tłuką o coś, co wysypałem dla wróbli, czarno-biała pląsawica, wrzaski i kłapanie dziobów. Wróble są w ogóle bez szans. Szare kulki, przycupnięte na gałęziach, boją się poruszyć. Żal mi ich, ale niech zdychają. O co chodzi? To nie są czasy dla małych, siebie też mi nie żal; a co, one mnie żałują? Jak im się nie podobało, to trzeba było wypieprzać z Polski.

Z Krakowskiego Przedmieścia słychać krzyki, może radosne, a może nie. Może ślub albo kondukt żałobny czy chrzciny, albo biczownicy spod krzyża się cieszą z odzyskanej niepodległości, a może to nasi dopadli Syryjczyka? Karnawał w pełni, to w każdym razie pewne.

Czyli popijam sobie razem z całą cywilizowaną Europą espresso i się zastanawiam, czy jak człowiek długo pożył i się napatrzył, to się ma jeszcze prawo uważać za przyzwoitego czy już niekoniecznie. Przecież nawet świnia by się wyrzygała.

Kiedy wybuchła dżuma w średniowieczu to też, owszem, działy się rzeczy przykre, bo jedna trzecia ludzi na ziemi wymarła, ale przynajmniej ogromnie wzrosła religijność, bo wiadomo było, że to kara boska. Kościoły były zatłoczone, że się nie dawało rady dopchać, a domy gry, burdele i szkoły tańca pozamykane. A dziś mnożą się ataki na Kościół katolicki i niedługo może dojść do tego, że biskupowi nie będzie wolno walnąć kleryka. W czasie dżumy w takiej Hiszpanii nawet muzułmanie zaczęli masowo przechodzić na chrześcijaństwo, bo to miało ratować. Trędowatych, włóczęgów i prostytutki już wcześniej przepędzono. Wesoło mrugały stosy, na których prewencyjnie palono Żydów, co było na dżumę lekarstwem najpewniejszym. Wprawdzie święty Augustyn uważał, że Żydów należy tolerować jako część zamysłu Bożego, ale niby jak, kiedy nie było wątpliwości, że to oni zatruwali studnie i dla zmylenia sami z nich pili.

Natomiast uczciwi mężczyźni i kobiety, szanowani politycy i biznesmeni tysiącami biegali po Florencji, Marsylii, Paryżu, Londynie czy Rzymie i w akcie pokuty wyznawali z krzykiem: jestem kurwą, jestem kłamcą, mordercą, złodziejem, cudzołożnikiem, gwałcicielem i oszustem. I dopiero jak się okazało, że to nie za bardzo pomaga, to tych paru, co przeżyło, mówiło potem, że oczywiście żartowali. A muzułmanie, widząc, że wszyscy mrą równo, też machnęli ręką na Chrystusa. I dlatego teraz nie powinno się ich do Polski wpuszczać.

A w ogóle za mało się podkreśla, że dżuma właśnie nasz kraj ominęła. Szła na nas ze wszystkich stron i zatrzymała się na granicy. Może jej nie chciano wpuścić? A może to nasza wyższość moralna? A może opieka Najświętszej Maryi Panny? A może my, Polacy, mamy jak wampiry odporność i tylko zarażamy? W każdym razie zrobiła pętlę i wzięła się na dobre za Niemców. Szczęść Boże i na zdrowie.

Owszem, zdarzały się w naszej historii gorsze chwile, ale nie warto o nich wspominać, bo co to da. Zwłaszcza że nie ma wątpliwości, że jesteśmy pod specjalną opieką i nie boimy się ani dzikiego Putina, ani słabosilnej Europy.

Parapet już wymieciony, duże odleciały, a małe jeszcze bardziej pokurczone. Na pogrzebie Władysława Broniewskiego – poety, co do którego są ostatnio wątpliwości, wydymać go pośmiertnie z historii literatury, nazw ulic oraz ogólnie, czy jednak nie wydymać, bo z jednej strony poeta świetny, były legionista Piłsudskiego, więzień Stalina, ale z drugiej późniejszy komunista i autor poematu o Stalinie właśnie. Ale ja nie o tym. No więc nad grobem przemawiał Stanisław Ryszard Dobrowolski, też poeta, ale kiepski, za to komunista niezłomny, i zaczął tak: „Kiedy umiera poeta, milkną ptaki!” – i wtedy nad cmentarzem przeleciało, kracząc, ogromne stado wron.

Ja

Teraz tak: ja się w tej opowieści będę nazywał Janusz Głowacki. Na to się przed chwilą zdecydowałem i to jest odważna decyzja. Bo mogłem sobie napisać, że ten, co to pisze, się nazywa inaczej, Max F. na przykład albo Tyberiusz Włosiak, czy się tchórzliwie schować jak Stendhal za jakiegoś nieszczęsnego Juliana Sorela. W takim wypadku moje bluźnierstwa, głupoty, świństwa oraz zboczenia idą na tamtego albo są w najgorszym razie porozrzucane na kilku. A tak to na mój rachunek. Czyli to jest właśnie bardzo odważna i uczciwa decyzja, taką się podejmuje raz w życiu i tylko jeżeli się jest absolutnie niezłomnym i najgłębiej wierzącym. A taki właśnie jestem i nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Ja wiem, ile ryzykuję, ale się nie dam zastraszyć i się nie ugnę. I jak to teraz piszę, to jestem z siebie dumny. Radziłem się w tej sprawie najbliższych – żony Oleny, córki, kochanki, księdza Lutra, za którego pośrednictwem ostatnio najczęściej kontaktuję się z Bogiem. I wszyscy poparli moją decyzję. I też byli ze mnie dumni. Zresztą nie jestem tak zupełnie pewien, bo może jeszcze tak zrobię, że to nie ja piszę… Się napisze, się zobaczy. Skąd mam teraz wiedzieć, jak jeszcze nie napisałem? I się nie będę tłumaczył. Nikt nie ma prawa tego ode mnie wymagać, nie jestem czyimś lokajem!

Czyli ja albo i nie ja siedzimy teraz przy oknie na ulicy Bednarskiej i razem z całą cywilizowaną Europą popijamy espresso i piszemy. Podobno poranek u państwa Pendereckich wygląda tak, że genialny kompozytor pije kawę, a jego piękna żona przegląda nekrologi, żeby sprawdzić, czy może umarł ktoś, dla kogo warto mszę napisać. Ja oczywiście wiem, że to nieprawda, ale piszę. Chyba głównie z zawiści.

Ja się brzydzę zawiścią i uważam, że jest to uczucie najpodlejsze i ohydne, ale jestem zawistny. Jest powiedziane: kochaj bliźniego swego, jak siebie samego. Ale co to za bliźni, jak mu się na przykład lepiej powodzi albo gorzej? Trochę mi z tego powodu przykro, ale nic nie poradzę.

Wszyscy o zawiści mówią źle, ale ja myślę, że się ją mocno krzywdzi. Dobrze ukierunkowana, jak się do niej doda nienawiść i żądzę odwetu, może doprowadzić do rzeczy pięknych i czystych jak łza albo kryształ. Rozchodzi mi się też o szczęście narodu, bo nienawiść pomaga w życiu, a miłość niekoniecznie. Zresztą wrócę do tego.

Ja wiem, że nie wszyscy mnie lubią albo szanują. Niedawno podszedł do mnie na ulicy jakiś facet i powiedział: „Strasznie chujową książkę napisałeś. Szkoda, tak się dobrze zapowiadałeś”. A jak wyszło Z głowy i na okładce stałem na jednej nodze, drugą się opierając o mur, to dostałem esemesa, czy się staram o rentę inwalidzką. Czyli się człowiek dowiaduje za darmo pożytecznych rzeczy.

Nie lubię, jak mnie ludzie na ulicy rozpoznają, ale jeszcze bardziej nie lubię, jak mnie nie rozpoznają. A może jak się długo żyje, to to już jest jakaś wartość. A to, że ja jestem pogodzony z losem, to niby bez znaczenia? Nie lubię tylko klimatyzacji, telewizji i ludzi.

Trochę za często piszę „ja”. W oryginale Łagodnej Fiodora Dostojewskiego narrator bez przerwy mówi „ja”. Jak ja cierpię, jak ja się potwornie męczę czy upokarzam… W polskim tłumaczeniu tego „ja” jest o wiele mniej. Pewnie tłumacz poprawił, żeby lepiej brzmiało.

Ale się zastanawiam, czy to „ja” to była Dostojewskiego niezręczność, czy może jednak zamierzone. No, żeby podkreślić dziki egoizm tego, który opowiada, odepchnąć Łagodną jeszcze dalej w cień.

W Nowym Jorku na drzwiach niedużego żydowskiego teatru na samym dole Manhattanu zobaczyłem plakat: „Hamlet Williama Szekspira – przetłumaczył i poprawił Izaak Lichtenbaum”.

Karnawał w pełni

Krzyki na Krakowskim ucichły, teraz słychać śpiewy. Nie grzeszne, cielesne, obmierzłe, niskie, wypatroszone z wyższych uczuć, ale romantyczne, moralne i religijne, jak nasze polskie patriotyczne pieśni Trąbo nasza, wrogom grzmij na przykład. Aż się chce wyjść z domu. Księżyc zajrzał przez okno, jakby podglądał, a może tylko sprawdzał, czy u mnie wszystko w porządku.
Mam dosyć siedzenia. Krótka rozmowa z nogami i okazuje się, że też są gotowe na spacer. Sznuruję buty. Jezu, jaki byłem szczęśliwy, kiedy pierwszy raz w życiu udało mi się samemu zawiązać sznurowadła. Chyba cztery lata miałem. Pomyślałem, że teraz nareszcie należę do dorosłych na dobre. Wszedłem do pokoju rodziców – i nic. Tłumaczyli się potem, że wojna, okupacja i takie tam różne, że się akurat naradzali, czy się do AK zgłosić, czy nie albo coś w tym rodzaju. Długo im tego nie mogłem wybaczyć. Nie pamiętam, jak się ta narada skończyła, bo po pierwsze to było wielkie rozczarowanie, potem miałem więcej rozczarowań, ale ich nie pamiętam, a sznurowadła pamiętam.

Na wszelki wypadek ubiorę się tak, żeby nie zwracać uwagi, bo po co? Jak wspomniałem, nie wszyscy mnie lubią. Kiedy pisałem scenariusz dla Andrzeja Wajdy o Lechu Wałęsie, to mnie pod krzyżem chcieli „zajebać”, że „jestem zdrajcą”. Teraz przeszedłem głębszą przemianę. Już wiem, że się dałem Wajdzie oszukać, bo Wałęsy w Stoczni nie było i zdaje się, że to w ogóle postać fikcyjna. Ale ci, co biją, są pewnie zajęci i mogli przegapić moje nawrócenie.

Jest mróz, a ja mam piękny kożuch angielski, leciutki i ciepły. Kupiłem go w tajnym sklepie moskiewskim, a zaprowadziła mnie tam tłumaczka Natalia, która o sobie mówiła Królewna Śnieżka. Otóż oligarchowie sobie zamawiają i sprowadzają bez mierzenia całe skrzynie najlepszych ciuchów z Londynu, Paryża i paru innych miast. A potem, jak im nie pasuje, oddają w komis do takich cichych butików.

Nie. Włożę kurtkę, a kożuch niech sobie wisi w wielkiej, głębokiej szafie po rodzicach. Ciągle tam wiszą dwa garnitury ojca i cztery suknie matki. Jakoś strach wyrzucić, więc wiszą. No i pełno ubrań nie wiadomo jakich. Za duże albo za małe, często w jadowitych kolorach. Znajoma z Czytelnika mi wyjaśniła, że to nic dziwnego, pewnie w mieszkaniu się odbywa jakieś życie równolegle albo ktoś wpada ze swojego czasu do mojego i z szafy korzysta więcej osób. A sąsiad ochroniarz tylko się roześmiał, że raz tyję, raz chudnę, i tyle.

Zauważyliście państwo, że ochroniarz to się zrobił modny i szanowany zawód? Jak byłem ostatnio w kasynie Trumpa w Atlantic City, to było więcej ochroniarzy niż graczy. Spytałem krupiera, po co aż tylu. A żebyście się czuli bezpieczni.

No i zaraz potem wybuchła bójka i się okazało, że to ochroniarze między sobą się bili.

Pod górę Bednarską. I stromo, i mglisto, i ślisko. Ojciec, wdrapując się, przystawał po drodze najpierw raz, a potem dwa razy, bo go astma dusiła, chociaż ją leczył papierosami. Dwie paczki sportów dziennie, na więcej nie było go stać. O te papierosy i kawę się z mateczką wykłócał.

Ja jakoś lezę, chociaż zahaczam o kocie łby, co wyłażą spod lodu i się czepiają. Kochane kocie łby, znajome i zaprzyjaźnione od lat, ile razy się na nich wypieprzałem, ile razy łapały mnie za nogi. Ale zawsze w końcu puszczały. Były, jak do Stanów Zjednoczonych wyemigrowałem, i są teraz, i wierzę, że mnie nie opuszczą.

Pamiętam, że po prawej stronie ulicy żył jednoosobowo ślusarz i raz, na pewno w zimie, bo też było ślisko, zgubiłem klucze i się wdrapałem, żeby mi otworzył drzwi.

– A gdzie to jest? – zapytał.

– A na samym dole ulicy.

– A to nie za bardzo mi pasuje.

– A to zapłacę podwójnie.

– Panie, ja się przez trzydzieści lat w Polsce nie dorobiłem, to się na pana kluczach dorobię?

Nie dorobił się, już nie żyje, ale drzwi otworzył. Nie ma też już agencji towarzyskiej pod dwudziestym trzecim. Z pięć lat temu ją zlikwidowali. Nie ma z kim teraz po drodze w górę porozmawiać o rzeczach istotnych. Bo dziewczyny często czekały na ulicy. Miały, jak my wszyscy Polacy, dni lepsze i gorsze, ale nigdy nie narzekały. I z dumą mówiły, że pod żadnym pozorem nie biorą mniej niż pięćset złotych. A jak się trafił konkurs chopinowski, to od Japończyków brały podwójnie. Co dziś robią? Gdzie się podziały? Siedzą w internecie? Szyją sztandary? Wyszły za mąż? Wyjechały do Anglii?

Teraz ślizgam się niby sam, ale niezupełnie, bo wymija mnie trzech mężczyzn. A za nimi w dole słyszę ciężkie oddechy tłumu. Pierwszy ma twarz uduchowioną, a na plecach puchowej kurtki modny ostatnio napis: „Wolna Polska bez Michnika i «Wyborczej»”. Idzie szybko, nie sapie, tylko mówi, chociaż po sześćdziesiątce chyba jest. A za nim ledwo nadąża dwóch dużo młodszych i zasłuchanych. Jeden ma pod pachą zwiniętą naszą biało-czerwoną. Też przyśpieszam – ze wstydu, że się wlokę. Jeszcze pomyślą, że się nie nadaję. Słyszę, że dyskutują na ważne polskie tematy, którymi żyje Europa i cały świat, czyli ten najstarszy mówi:

– My, Polacy, mamy swoje wartości oparte na prawie rzymskim i chrześcijańskiej moralności.

A ten z flagą potakuje:

– Tak jest, jebać brudasów, jebać dzikusów.

– Gardzę wszystkimi, ale chcę, żeby mnie kochali i podziwiali, bo cały świat obserwuje z zapartym tchem, jak się z kolan podnosimy.

– Tak jest, jebać brudasów, jebać dzikusów.

Trzeci nic nie mówi, tylko z namysłem patrzy, jak z maleńkiej wystawy damskiego zakładu fryzjerskiego wyglądają równo obcięte śliczne kobiece główki z plastiku, ale jak żywe. I dopiero po chwili dodaje z goryczą:

– Bo nas, Polaków, nikt nie kocha, gardzą nami przez to, że nie mamy kasy. Nikt nie kocha, chociaż jesteśmy dzieci Chopina i Kopernika.

Ja ani bohater, ani młody. Słaby człowiek. Uśmiecham się do nich kusząco i kiwam głową, że tak. No bo wiadomo, jak nie można pokonać, to się trzeba przyłączyć. Ale mijają mnie bez słowa.

Co jest we mnie? Uśmiech wredny? Co jest złego we mnie, dlaczego nie przygarną?

A wiatr pogwizduje i dmucha od Wisły do góry i z powrotem w dół. I wiruje, i wpycha do gardła i ciemność, i mgłę, i rozpacz, i poświąteczną radość, co kto woli, to mu wpycha, a ja zwalniam. Ale tak czy tak już jestem prawie na górze, już widzę, jak w suterenie Dziekanki pięknie ćwiczy Święto wiosny Strawińskiego młody pianista, kiedy mnie dwie pielęgniarki przeganiają. Jedną znam, bo mieszka obok, ma psa czarnego i doświadczenie, bo tłumaczy młodszej i niewyspanej, jak dziecku, że tylko głupie biorą dyżur w święta, bo normalni ludzie sobie żyją i umierają głównie osobno. Ale jak się spotykają raz na rok przy choince, to noże idą w ruch.

Ale już jesteśmy na górze, schodzimy z drogi wiatrowi, się otrzepujemy i już wciąga nas ogromny tłum. Wszystko migocze i błyska. Biało jest, bo śnieg owszem sypie, ale łagodnie i z uszanowaniem. A wiatr przysiadł na dachu Dziekanki i też odpoczywa, i się przygląda. Po śniegu depczemy i zamieniamy go w błoto, ale on bez żalu się zgadza i dalej sypie, bo wie, że karnawał i takie są jego, śniegu, ogólne zasady i przeznaczenie.

Po drugiej stronie Krakowskiego Przedmieścia, prawie naprzeciwko Dziekanki, świecił krótko, ale pięknie, bo na niebiesko, go-go bar. I może by świecił dalej, gdyby te młode Polki, zmuszane przez ateistów do niewolniczych i upokarzających wygibasów, tańczyły przy rurze choćby kujawiaka. Ale też by to raczej nie pomogło, bo młodzi i niewinni księża, idąc parami z kościoła Świętej Anny, odwracali oczy. No i za blisko na pewno miejsca upamiętniającego rozstrzelanych w czasie okupacji. Mój dziadek, Bronisław Rudzki, z nikim się nie chciał bić, ale i tak go zgarnęli z ulicy jako zakładnika i w Palmirach rozstrzelali.

O dziadku już pisałem w Z głowy, ale jak się człowiek nie ma czym pochwalić, to wyciąga dziadka. Miał on przedstawicielstwo firmy płytowej Columbia na Polskę i kiedyś namówił marszałka Piłsudskiego, żeby nagrał u niego na płytę swoje dwa przemówienia: „Do dzieci” i „O śmiechu”. Miał też schowaną przed babcią kolekcję zdjęć pornograficznych, którą mój ojciec z narażeniem życia ocalił, wynosząc z płonącej Warszawy. A ja ją odziedziczyłem po ojcu razem z samochodem marki Trabant 600. Zdjęcia są w dawnym stylu, mocno spłowiały, pożółkły, były w paru miejscach popękane, ale i tak mnie i paru koleżankom sprawiły wiele radości. I ciągle widać na nich ułana na łące, w czaku i przy szabli, ale bez spodni, a przy nim grottgerowską pannę w wianku, która się do ułana zalotnie uśmiecha, odsłaniając to, co kobieta ma najświętszego, a z tyłu biały koń ich podgląda.

U wróżki na Manhattanie

W Nowym Jorku jedna sławna wróżka z Hiszpanii robiła ze mną za dwieście dolarów – nie pamiętam, jak to się nazywa – regres chyba. No taki odjazd w przeszłość, we wcielenia poprzednie. Znaczy hipnoza musi mieć w tym spory udział. Nie wierzyłem w to nic a nic, ale twarz miała wychudłą, oczy jak noc i trudno się było do niej dopchać.

Usiadłem w jej pokoiku