Wydawca: HarperCollins Polska sp z o.o Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 406 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bezsenność na Manhattanie - Sarah Morgan

W życiu Paige wszystko się układa: wspaniałe przyjaciółki, piękne mieszkanie, wymarzona praca w Nowym Jorku. Ale los przynosi różne niespodzianki i nagle, z dnia na dzień, dobra passa się kończy. Paige traci pracę, próbuje założyć własną agencję eventową, ale skala problemów spędza jej sen z powiek. Osobą, która może pomóc, jest Jake, przyjaciel jej brata, najatrakcyjniejszy singiel w mieście, który już raz złamał jej serce. Dzięki Jake’owi firma Paige ma szansę zaistnieć, a ona sama musi bardzo się starać, by ponownie się w nim nie zakochać.

Opinie o ebooku Bezsenność na Manhattanie - Sarah Morgan

Fragment ebooka Bezsenność na Manhattanie - Sarah Morgan

Sarah Morgan

Bezsenność na Manhattanie

Tłumaczenie:

Drogi Czytelniku!

Nie umiem powiedzieć, czy jestem dziewczyną ze wsi, czy z miasta. Jeśli znasz moje poprzednie książki, wiesz, jak bardzo kocham góry (zwłaszcza zaśnieżone) i morze. Uwielbiam świeże powietrze i pobyt na łonie natury, a jeżeli śledzisz mnie na Instagramie, zobaczysz zamieszczane tam przeze mnie zdjęcia górskich szczytów i plaż. Jednak prawda jest taka, że kocham także miasto. Kocham jego energię, zgiełk i tempo życia.

Kiedy moja redaktorka (ma na imię Flo i jest świetna pod każdym względem) zaproponowała, żebym osadziła akcję następnego cyklu powieści w mieście, nie byłam co do tego przekonana.

– Nie wiem, czy potrafię pisać o mieście – powiedziałam, a ona odparła:

– Ale przecież nie będziesz o nim pisać. Będziesz pisać o miłości, przyjaźni i więzach międzyludzkich, czyli o tym, co zawsze. A poza tym uwielbiasz Nowy Jork.

To prawda. Tak właśnie jest. Miałam okazję kilkakrotnie przyjechać do Nowego Jorku i za każdym razem było to bardziej podniecające przeżycie niż poprzednio. Ponieważ to miasto występuje w tylu filmach, które lubię (Kiedy Harry poznał Sally czy Hitch, żeby wymienić tylko dwa), zawsze, gdy w nim jestem, mam wrażenie, że znalazłam się na planie filmowym. Muszę powstrzymywać się od gapienia się z otwartymi ustami i wskazywania tego czy tamtego. (Gdybyście chcieli wiedzieć, moim ulubionym miejscem w Nowym Jorku jest budynek Chryslera. Jest magiczny i, owszem, pojawia się w tej powieści).

Wymyślenie postaci bohaterów przyszło mi bez trudu, a Nowy Jork tak sprawdził się jako tło wydarzeń, że sprawia wrażenie jeszcze jednej z nich. Każdej historii przydaje miejskości. Kiedy moja redaktorka zaproponowała dla nich tytuły, bardzo się ucieszyłam. Bezsenność na Manhattanie to opowieść o Paige i zaczyna się od tego, że wszystko w jej życiu się wali.

Mam nadzieję, że zakochacie się w moich bohaterach i będziecie z przyjemnością śledzić ich losy, gdy w Wielkim Jabłku szukają miłości i układają sobie życie. Jeśli chcesz wyobrazić sobie scenerię, obejrzyjcie moje zdjęcia na Pintereście! Jest tam mnóstwo obrazów, które stanowiły dla mnie inspirację podczas pisania tego cyklu.

Zapraszam do lektury!

Serdeczności

Sarah

xx

Tę książkę dedykuję Nicoli Cornick, świetnej pisarce i nieocenionej przyjaciółce

W nowojorskim powietrzu jest coś, przez co sen staje się niepotrzebny.

SIMONE DE BEAUVOIR

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kiedy wchodzisz po drabinie, licz się z tym, że ktoś zagląda ci pod spódnicę.

PAIGE

– „Awans”. To chyba moje ulubione słowo. Nie macie pojęcia, jak długo na to czekałam.

Niesiona falą dojeżdżających do pracy współpasażerów Paige Walker wyszła po schodach z metra za swoimi dwiema przyjaciółkami i znalazła się w słońcu pod błękitnym niebem. Wysoko w górze wieżowce Manhattanu, las stali i szkła migocący w jaskrawym porannym świetle, sięgały pierzastych chmur i każdy z nich starał się przewyższyć poprzednika. Empire State Building. Rockefeller Center. Wyższy, większy, doskonalszy. „Patrzcie na mnie” – mówiły.

Paige popatrzyła i uśmiechnęła się. To był jej dzień. Nawet pogoda dopisała.

Nowy Jork niewątpliwie był najbardziej ekscytującym miastem na świecie. Uwielbiała jego żywotność, obietnicę, którą niósł, tempo.

Pracę w Star Events dostała zaraz po college'u i nie mogła uwierzyć w swoje szczęście, gdy dwie najlepsze przyjaciółki też zostały tam zatrudnione. Marzyła o posadzie w wielkiej firmie z siedzibą na Manhattanie. Czysta energia miasta przenikała jej skórę i krążyła w żyłach niczym adrenalina. Tutaj mogła być tym, kim tylko chciała. Mogła żyć niepytana dwadzieścia pięć razy dziennie, jak się czuje. W tym zapierającym dech zamęcie, jaki stanowił Nowy Jork, ludzie byli zbyt zajęci myśleniem o sobie, żeby jeszcze myśleć o innych. Wzajemne relacje były powierzchowne, nigdy zbyt głębokie. Paige wtapiała się w tłum i to jej odpowiadało.

Nie chciała się wyróżniać. Nie chciała być inna, szczególna ani wyjątkowa. Nie chciała być dla nikogo symbolem dzielności.

Pragnęła być anonimowa. Normalna, cokolwiek to oznaczało. I wreszcie tu, w Nowym Jorku, stało się to możliwe.

Miejski chaos oferował specyficzną prywatność. W nim wszystko działo się szybciej.

Nie dotyczyło to tylko Evy, jej przyjaciółki, która nie należała do rannych ptaszków.

– A moim ulubionym słowem jest miłość, nie awans. – Ziewnęła sennie. – Albo seks, kolejna świetna rzecz. Moim zdaniem. Choć już nie pamiętam, tak dawno go nie uprawiałam. Boję się, że zapomniałam, jak to się robi. Jeśli jeszcze kiedykolwiek znajdę się nago z jakimś facetem, chyba będę musiała kupić sobie poradnik. Dlaczego nikt na Manhattanie nie jest zainteresowany poważnym związkiem? Nie szukam faceta na jedną noc. Szukam faceta na całe życie. Kaczki tak robią… Dlaczego my nie możemy?

Przystanęła, żeby poprawić coś przy bucie, i fala blond włosów spłynęła po jej ramionach, a z dekoltu wychyliły się piersi, tak szczodrze uformowane, jak najbardziej apetyczne pączki. Mężczyzna idący naprzeciwko niej stanął jak wryty z otwartymi ustami, tak że czterej inni wpadli na niego z tyłu.

Próbując uniknąć karambolu na chodniku, Paige chwyciła ją za ramię i odciągnęła na bok.

– Stanowisz zagrożenie dla ruchu.

– Czy to moja wina, że sznurowadła same się rozwiązują?

– Sznurowadła to nie problem. Właśnie rozgłosiłaś na Manhattanie, że od wieków nie uprawiałaś seksu.

– I teraz – włączyła się Frankie, podchodząc do nich i dopełniając blokady – tuzin doradców inwestycyjnych ustawia się w kolejce, żeby wziąć w zarząd twoje walory. I nie mam tu na myśli środków finansowych. Podnieś się, Śpiąca Królewno. Zawiążę ci sznurowadło.

– Nie mam do oddania w zarząd żadnych środków finansowych, ale przynajmniej po nocach nie leżę w łóżku bezsennie, zamartwiając się dochodami i procentami. To czysty zysk, choć pewnie nie taki, o jaki chodzi bankowcom. – Eva wyprostowała się i przetarła oczy. Przed dziesiątą miała trudności z koncentracją. – Nie musisz wiązać mi butów. Nie jestem sześciolatką.

– Jako sześciolatka nie stanowiłaś takiego zagrożenia. Będzie bezpieczniej, jeśli cię wyręczę. Ja nie mam dekoltu, który powinien być opatrzony ostrzeżeniem o zagrożeniu dla zdrowia, ani mózgu niezdolnego sterować tym, co wychodzi z moich ust. I przesuń się na bok. Jesteśmy w Nowym Jorku. Tutaj blokowanie ruchu to praktycznie przestępstwo. – W głosie Frankie brzmiała nuta irytacji, na tyle wyraźna, że Eva zmarszczyła czoło, wystawiając nogę.

– Nie można nikogo ukarać za to, że staje innym na drodze. Co cię dziś ugryzło?

– Nic.

Paige wymieniła z Evą spojrzenia. Obie wiedziały, że „nic” znaczy coś bardzo konkretnego, więc wolały nie drążyć tematu. Frankie przeważnie zbierało się na zwierzenia dopiero po jakimś czasie, gdy do tego dojrzała.

– Blokowanie ruchu może być uznane za prowokację – odezwała się Paige. – A Eva stanowiła takie zagrożenie od małego. Pamiętasz, jak na jej ósme urodziny Freddie Major zagroził, że stłucze Paula Matthewsa, jeśli ona nie zgodzi się za niego wyjść?

– Freddie Major. – To wspomnienie wywołało wątły uśmiech na twarzy Frankie. – Wrzuciłam mu żabę za koszulę.

Eva się wzdrygnęła.

– Byłaś małym potworem.

– Co mam powiedzieć? Nie dogaduję się z facetami. W żadnym wieku. – Frankie wcisnęła Evie do ręki puszkę z colą. – Potrzymaj. Jeśli wyrzucisz ją do kubła, koniec z naszą przyjaźnią.

– Nasza przyjaźń przetrwała ponad dwadzieścia lat. Mam nadzieję, że nie zakończyłoby jej wyrzucenie twojego śmieciowego żarcia.

– Zakończyłoby. – Frankie, wysportowana i giętka, przykucnęła. – Każdy ma jakieś wady. Moją jest upodobanie do niezdrowego jedzenia.

– Dietetyczna cola to nie jest śniadanie! Twój sposób odżywiania się stanowi zagrożenie dla życia. Dlaczego nie chcesz, żebym zrobiła ci pysznego shake'a z jarmużu i szpinaku? – zaapelowała do niej Eva.

– Bo lubię po zjedzeniu zatrzymać śniadanie w żołądku, a mój sposób odżywiania się nie stanowi większego zagrożenia dla życia niż twój sposób ubierania się. Zresztą dziś i tak nie chce mi się jeść. – Frankie zawiązała sznurówki przy jaskrawozielonych converse'ach Evy, podczas gdy obok przepływała rzeka przechodniów, z których każdy zamierzał jak najszybciej dotrzeć do celu. Skrzywiła się, kiedy ktoś na nią wpadł. – Dlaczego nie wiążesz podwójnie, Ev?

– Bo ubieram się, jeszcze śpiąc.

Frankie podniosła się, wzięła od Evy swoją dietetyczną colę i płomienne włosy omiotły jej ramiona.

– Au! Proszę uważać! – Poprawiła okulary i odwróciła głowę, patrząc gniewnie na cofającego się mężczyznę w garniturze. – Wypadałoby podać narkozę, zanim usunie się komuś nerki teczką! – wyrzekając pod nosem, roztarła żebra. – Są takie dni, kiedy wolałabym wrócić do małego miasta.

– Chyba żartujesz. Wróciłabyś na Puffin Island? – Paige przełożyła torebkę na drugie ramię. – Nigdy tak nie myślę, nawet kiedy w metrze tłum ściska mnie jak boa dusiciel. Nie to, żeby na wyspie nie było ładnie, bo jest… ale to tylko wyspa. Więcej nie trzeba mówić. – Czuła się odcięta od cywilizacji przez wzburzone wody zatoki Penobscot, w kokonie rodzicielskiej troski. – Lubię mieszkać w miejscu, gdzie ludzie nie znają każdego szczegółu mojego życia.

Czasami miała wrażenie, że ma wielu rodziców. „Paige, dlaczego nie włożyłaś swetra? Paige, widziałam helikopter, który zabrał cię do szpitala, biedactwo”. Czuła się złapana w pułapkę i osaczona, jakby ktoś trzymał ją w uścisku, żeby nie uciekła.

Przez całe życie wszyscy troszczyli się o nią, dbali o jej bezpieczeństwo, chronili ją, aż miała ochotę wykrzyczeć pytanie, które tłukło się w jej głowie przez większość dzieciństwa: Co to za życie, jeśli nie można żyć?!

Przeprowadzka do Nowego Jorku była największym, najbardziej podniecającym wydarzeniem w jej dotychczasowej egzystencji i pod każdym względem było tu inaczej niż na Puffin Island. Niektórzy powiedzieliby, że gorzej.

Ale nie Paige.

Frankie ściągnęła brwi.

– Jak wiemy wszystkie, nie mogłabym już postawić stopy na Puffin Island. Zlinczowaliby mnie. Tęsknię za wieloma rzeczami, ale jednego mi nie brakuje: tego, jak każdy patrzył na mnie z wyrzutem, bo moja matka ma kolejny romans z cudzym mężem. – Odgarnęła włosy z oczu i dopiła colę. Biły od niej złość, frustracja i rozgoryczenie, i kiedy miażdżyła puszkę w dłoni, aż pobielały jej palce. – Na Manhattanie jest przynajmniej paru facetów, z którymi moja matka nie miała okazji się przespać. Chociaż od wczoraj o jednego mniej.

– Znowu? – Wreszcie Paige zrozumiała, dlaczego przyjaciółka jest w takim złym humorze. – Dostałaś od niej esemesa?

– Bo nie odebrałam jej czternastu telefonów. – Frankie wzruszyła ramionami. – Pytałaś, dlaczego nie chce mi się jeść, Ev… Miał dwadzieścia osiem lat i walił się jak drzwi od stodoły podczas wichury. Te wszystkie szczegóły odebrały mi apetyt.

Mimo że mówiła nonszalanckim tonem, widać było, że jest przybita, więc Paige wzięła ją pod ramię.

– To się skończy.

– Oczywiście, że tak. Związki mojej matki zawsze szybko się kończą. Ale w tym samym czasie zdąży skutecznie oskubać faceta. Nie, żebym się nad nim użalała. Ma tak samo za uszami jak ona. Dlaczego faceci nie mogą utrzymać fiuta w spodniach? Dlaczego nigdy nie mówią „nie”?

– Wielu mówi „nie”. – Paige pomyślała o swoich rodzicach i ich długim szczęśliwym małżeństwie.

– Nie ci, których podrywa moja matka. Najbardziej się boję, że któregoś dnia poznam jednego z nich na jakiejś imprezie. Wyobrażacie to sobie? Może powinnam zmienić nazwisko?

– Nie wpadniesz na żadnego z nich. W Nowym Jorku jest za dużo ludzi.

Eva wzięła Frankie pod drugie ramię.

– Kiedyś twoja matka się zakocha i wszystko się zmieni.

– Och, proszę! Nawet ty nie przydasz tej sprawie romantyzmu. Miłość nie ma z tym nic wspólnego – odparła Frankie. – Moja matka żyje z mężczyzn. Czerpie z nich dochody. Jest szefową korporacji OFdC, czyli Oskubać Facetów do Czysta.

Eva westchnęła.

– Ma za sobą problemy.

– Problemy? – Frankie zatrzymała się w pół kroku. – Ev, moja matka nie ma żadnych problemów od bardzo dawna. Możemy pogadać o czymś innym? Nie powinnam była o tamtym wspominać. To pewny sposób, żeby zepsuć sobie humor na cały dzień, a w dodatku żadna rewelacja. Życie w Nowym Jorku ma wiele zalet, a największą jest to, że nie muszę zbyt często widywać się z matką.

Po raz nie wiadomo który Paige pomyślała, jaką jest szczęściarą, mając takich rodziców. To prawda, trochę za bardzo się martwili i robili za dużo zamieszania, co doprowadzało ją do szału, ale w porównaniu z matką Frankie byli cudownie normalni.

– Życie w Nowym Jorku to najlepsze, co zdarzyło się każdej z nas. Jak byśmy przetrwały bez Bloomingdale's i Magnolia Bakery?

– Albo bez karmienia kaczek w Central Parku – dodała Eva tęsknie. – To lubię najbardziej. Karmiłyśmy je z babcią w każdy weekend.

Wzrok Frankie złagodniał.

– Bardzo za nią tęsknisz, prawda?

– Radzę sobie. – Uśmiech Evy trochę przygasł. – Bywają lepsze i gorsze dni. Jest lepiej niż rok temu. Miała już dziewięćdziesiąt trzy lata, więc nie mogę się skarżyć, no nie? Tylko dziwnie, że jej nie ma. Była jedyną stałą w moim życiu i odeszła. I zostałam sama. Nie mam nikogo.

– Masz nas – sprzeciwiła się Paige. – My jesteśmy twoją rodziną. Powinnyśmy w weekend gdzieś się razem wybrać. Na zakupy? Mogłybyśmy pójść do Saksa przy Fifth Avenue i dać się umalować, a potem na tańce.

– Na tańce? Uwielbiam tańczyć. – Eva prowokacyjnie zakręciła biodrami i niemal spowodowała kolejny karambol.

Frankie pchnęła ją do przodu.

– Na świecie nie ma tyle żelowych wkładek do butów, żebyśmy dały radę pójść i na zakupy, i na tańce. A w sobotę wieczorem mamy maraton filmowy. Głosuję za horrorami.

Eva się cofnęła.

– Nie ma mowy. Potem nie zasnę do rana.

– Mojego głosu też nie zdobędziesz. – Paige się skrzywiła. – Może Matt zgodzi się na komedie romantyczne, żeby uczcić mój awans.

– Nie licz na to. – Frankie podsunęła okulary na nosie. – Twój brat raczej skoczyłby z dachu własnego domu, niż wyraził zgodę na wieczór komedii romantycznych. Dzięki Bogu.

Eva wzruszyła ramionami.

– A może wybierzemy się dokądś już dziś, nie czekając do soboty? Jeśli nie będę wychodzić na miasto, nigdy nikogo nie poznam.

– Ludzie nie przyjeżdżają do Nowego Jorku, żeby kogoś poznać. Przyjeżdżają dla kultury, wrażeń, pieniędzy… Lista jest długa, ale nie ma na niej szukania przyszłego męża.

– Więc po co ty tutaj przyjechałaś?

– Bo chciałam żyć w dużym mieście, anonimowo, a tu były moje najlepsze przyjaciółki. No i uwielbiam pewne rejony Nowego Jorku – przyznała Frankie. – Uwielbiam High Line, ogrody botaniczne i nasz mały zakątek Brooklynu. Uwielbiam naszą kamienicę z piaskowca i będę twojemu bratu dozgonnie wdzięczna, że nam ją odnajął.

– Słyszałaś? – Eva trąciła łokciem Paige. – Frankie powiedziała coś pozytywnego o mężczyźnie.

– Matt to jeden z nielicznych przyzwoitych facetów na tej planecie. Jest przyjacielem i tyle. Tak się składa, że lubię być singielką. Czy to źle? – Frankie mówiła chłodnym tonem. – Jestem niezależna i szczycę się tym. Zarabiam własne pieniądze i przed nikim nie odpowiadam. Bycie samą to wybór, nie choroba.

– A ja wolałabym nie być singielką. W tym także nie ma nic złego, więc nie praw mi kazań. Trochę mnie dobija, że prezerwatywa, którą noszę w torebce, straciła już termin ważności. – Eva zatknęła za ucho niesforny jasny lok i zręcznie skierowała rozmowę na inny temat. – Kocham lato. Lekkie sukienki, klapki, Szekspira w parku, żeglowanie po Hudson, długie wieczory na naszym tarasie. Wciąż nie mogę uwierzyć, że twój brat zbudował go na dachu. Jest taki przemyślny, cholera.

Paige nie protestowała.

Jej brat, starszy od niej o osiem lat, opuścił dom rodzinny na wyspie długi czas przed nią. Założył tu, w Nowym Jorku, firmę zajmującą się kształtowaniem krajobrazu i jego biznes kwitł.

– Ogród na dachu jest boski. – Frankie przyspieszyła kroku. – A co z tą dużą robotą w śródmieściu? Matt ją dostał?

– Jeszcze nie wiadomo, ale jego firma ma się dobrze.

A teraz przyszła kolej na nią.

Awans był następnym krokiem w jej życiowych planach. Miała nadzieję, że pomoże także rodzicom powoli wyleczyć się z nadopiekuńczości.

Paige, urodzona z wadą serca, spędziła dzieciństwo w szpitalach, w towarzystwie lekarzy i kochających rodziców, którzy starali się ukrywać przed nią swój lęk. Dorastając, czuła się ubezwłasnowolniona. W dniu, w którym wyszła ze szpitala po ostatniej – na co wszyscy liczyli – operacji, obiecała sobie, że to się zmieni. Na szczęście, wyjąwszy badania okresowe, uwolniła się od lekarzy i nie narzekała na zdrowie. Wiedziała, że ma fart, i zamierzała korzystać z życia. W tym celu musiała opuścić Puffin Island i tak właśnie zrobiła.

Miała przed sobą nowe życie i jak dotąd wszystko szło dobrze.

– Lepiej się pospieszmy. Nie możemy się spóźnić. – Eva przerwała jej rozmyślania.

– Przecież nie uraczy nas gadką o umowie na pełny wymiar godzin, skoro wszystkie pracowałyśmy do późnej nocy.

Paige nie musiała pytać, o kogo chodzi. A chodziło o Cynthię, ich szefową; gdyby nie ona, Paige uwielbiałaby swoją pracę. Cynthia przyszła do Star Events rok po niej i atmosfera w firmie natychmiast się zmieniła, jakby ktoś wrzucił do czystego górskiego strumienia toksyczne odpady i zatruł wodę, którą wszyscy pili.

– Wciąż nie mieści mi się w głowie, że zwolniła Matildę. Czy któraś z was ma od biedaczki jakieś wiadomości?

– Wciąż do niej dzwonię – odparła Eva – ale nie odbiera. Naprawdę się niepokoję. Bardzo potrzebuje pracy. Gdybym miała jej adres, wybrałabym się z wizytą.

– Dzwoń dalej. A ja postaram się przekonać Cynthię, żeby zmieniła decyzję.

– Co jej dolega? Cały czas chodzi zła jak osa. Skoro tak nienawidzi tej pracy, dlaczego jej nie rzuci? Za każdym razem, gdy widzę tę kobietę, mam ochotę się tłumaczyć, chociaż niczego złego nie zrobiłam. Mam wrażenie, jakby była rekinem ludojadem na szczycie łańcucha pokarmowego, a ja małą foczką, którą pożre jednym kłapnięciem paszczy.

Paige pokręciła głową.

– Ona nigdy nie odejdzie. Dlatego między innymi tak zależy mi na tym awansie. Nie miałabym z nią tyle do czynienia, zyskałabym większą niezależność i własnych klientów.

Zdobyłaby doświadczenie i pewnego dnia, może w niezbyt dalekiej przyszłości, założyłaby własną firmę, stając na jej czele. Wtedy miałaby kontrolę nad wszystkim.

To było jej marzenie, ale nie chciała poprzestać na marzeniach.

Miała plan i pragnęła go zrealizować.

– Będziesz świetną szefową – powiedziała Eva serdecznie. – Od dnia, w którym zorganizowałaś moje ósme urodziny, wiedziałam, że daleko zajdziesz. Oczywiście, nietrudno być lepszą szefową od Cynthii. Słyszałam, jak ktoś mówił, że nie jest zadowolona, jeśli przynajmniej raz nie skłoni do płaczu każdego podwładnego. – Eva zatrzymała się gwałtownie przy kolejnej witrynie sklepowej, zapominając o fokach i rekinach w obliczu nirwany zakupowej. – Myślicie, że pasowałby na mnie ten top?

– Może, ale na pewno nie zmieściłby się w twojej szafie. – Paige pociągnęła ją dalej. – Zanim kupisz cokolwiek nowego, musisz coś wyrzucić.

– Czy to moja wina, że przywiązuję się do rzeczy?

Frankie zaszła ją z drugiej strony, żeby nie patrzyła na wystawę.

– Jak można przywiązywać się do ciuchów?

– Bez trudu. Jeśli zdarzy mi się coś dobrego, gdy mam na sobie jakieś ubranie, to wkładam je ponownie, żeby mieć pozytywną energię. Na przykład dziś włożyłam swoją szczęśliwą bluzkę, żeby Paige wraz z awansem dostała dużą podwyżkę.

– Jak bluzka może być szczęśliwa?

– Kiedy ją nosiłam, spotykały mnie dobre rzeczy.

Frankie pokręciła głową.

– Nie chcę wiedzieć jakie.

– To dobrze, bo ci nie powiem. Nie wiesz o mnie wszystkiego. Mam swoje tajemnice. – Eva wykręciła szyję, żeby spojrzeć na wystawy. – Czy mogłabym…

– Nie. – Paige pociągnęła ją jeszcze raz. – Nie jesteś tajemnicza, Ev. Jesteś jak otwarta księga.

– To lepiej, niż być okrutną i nieludzką. Poza tym wszyscy mamy swoje słabości. Frankie jest uzależniona od kwiatów, ty od czerwonej szminki… – Eva zerknęła na nią. – Ładny odcień. Nowa?

– Tak. Nazywa się „Letni sukces”.

– Jak stosownie. Powinnyśmy wieczorem się zabawić. Czy myślisz, że Cynthia zechce gdzieś cię wyciągnąć?

– Cynthia nie udziela się towarzysko. – Paige od długiego czasu usiłowała zrozumieć swoją szefową, ale wciąż jej się to nie udało. – Nigdy nie słyszałam, żeby rozmawiała o czymś, co nie miałoby związku z pracą.

– Czy twoim zdaniem ona ma jakieś życie seksualne?

– Żadna z nas nie ma życia seksualnego. To Manhattan. Tu każdy jest zbyt zajęty, żeby uprawiać seks.

– Z wyjątkiem mojej matki – mruknęła Frankie.

– I Jake'a – dodała szybko Eva. – Przedwczoraj wieczorem był na przyjęciu u Adamsa. Najseksowniejszy facet w sali. I najlepiej ubrany. Ten to zalicza panienki regularnie, ale niezłe z niego ciacho. Rozumiem, Paige, dlaczego kochałaś się w nim jako nastolatka.

Paige poczuła się, jakby dostała pięścią w brzuch.

– Stare dzieje.

Wizja Jake'a uprawiającego seks nie powinna już robić na niej wrażenia, naprawdę nie powinna.

– Pierwsza miłość jest bardzo silna – skwitowała Eva. – Nigdy nie przechodzi.

– Tak samo jak pierwszy zawód miłosny. Ten ból także nie przechodzi. Wyleczyłam się z miłości do Jake'a już dawno temu, więc nie patrz tak na mnie.

To jednak nie było takie proste.

Czasami żałowała, że Jake jest najlepszym przyjacielem jej brata.

Gdyby chodziło o jakiegoś przypadkowego chłopaka z okresu dorastania, ruszyłaby dalej, śmiałaby się z tej historii i zapomniałaby o niej; wlokła jednak za sobą to żenujące wspomnienie jak kulę u nogi. Nieodłączną, dźwięczącą z tyłu przy każdym kroku.

Nawet teraz, po tylu latach, Paige wzdrygnęła się na myśl o tym, co mu wtedy powiedziała. I gorzej – co zrobiła.

Rozebrała się przed nim do naga…

Na samo wspomnienie miała ochotę zapaść się pod ziemię. Czy on kiedykolwiek o tym myślał? Bo ona często.

Eva tymczasem mówiła dalej:

– Gotowa jestem się założyć, że ten facet figuruje na liście rzeczy do zaliczenia przed śmiercią u miliona kobiet.

Frankie z niedowierzaniem pokręciła głową.

– Układając listy rzeczy do zaliczenia przed śmiercią, ludzie zwykle mają na myśli akrobacje spadochronowe albo podróż do Machu Picchu, Ev, to znaczy wszelkie niesamowite przeżycia i doznania.

– Jestem pewna, że zostać pocałowaną przez Jake'a Romano to niesamowite przeżycie. O niebo lepsze od akrobacji spadochronowych, no, ale ja mam lęk wysokości.

Paige szła przed siebie.

Wiedziała, że nigdy się tego nie dowie.

Nawet gdy się na niego rzuciła, Jake nie raczył jej pocałować.

Marzyła o tym, że ogarnie go pożądanie. On jednak delikatnie wyplątał się z jej objęć, jakby nagle przywarło do niego pranie zerwane przez wiatr ze sznura.

Ale największym ciosem były łagodność i cierpliwość, jakie jej okazał. Nie walczył z pożądaniem, walczył z nią, opędzał się od niej.

Wtedy pierwszy i jedyny raz powiedziała mężczyźnie, że go kocha. Była tak pewna uczuć Jake'a, że tamta pomyłka rzutowała dotąd na wszystkie jej relacje z facetami. Paige przestała ufać swoim instynktom.

Teraz bardzo troszczyła się o swoje serce. Ćwiczyła, jadła codziennie pięć posiłków złożonych z warzyw i owoców, skupiała się na pracy, która zawsze okazywała się ciekawsza niż nowe znajomości.

Paige zatrzymała się przed biurem Star Events i odetchnęła głęboko. Nie musiała myśleć o Jake'u przed najważniejszą rozmową zawodową w swoim życiu. On sprawiał, że miękły jej kolana i z mózgu robiła się galaretka. A powinna się skupić.

– Jesteśmy ma miejscu. Koniec śmiechów. W tych murach wszelka wesołość jest zakazana.

Cynthia czekała na nie przy recepcji.

Paige poczuła przypływ irytacji.

Chyba w takim dniu szefowa mogła się zdobyć na uśmiech?

Na szczęście nawet Cynthia nie mogła odebrać jej przyjemności z pracy. Paige bardzo lubiła to, co robi. Dopieszczanie szczegółów, żeby każda impreza była niezapomnianym wydarzeniem, sprawiało jej wielką radość. Najważniejsze było zadowolenie klienta. Jako dziecko uwielbiała organizować przyjęcia dla koleżanek. Teraz zajmowała się tym zawodowo i miała to robić na coraz większą skalę.

Myśl o większych uprawnieniach podniosła ją na duchu i Paige przeszła przez hol z uśmiechem na twarzy.

Starszy menedżer.

Już to sobie wyobrażała. Jej zespół będzie pracować ciężej, bo chce, a nie ze strachu przed konsekwencjami. A ona sama w pierwszej kolejności poszuka sposobu, żeby przyjąć z powrotem biedną Matildę.

– Dzień dobry, Cynthio.

– Z tego, co pamiętam, wasze umowy nie mówią nic o pracy na niepełny wymiar godzin.

Jeśli ktoś potrafił zepsuć atmosferę, to właśnie Cynthia.

– Impreza Capital Insurance skończyła się dopiero po północy, a rano metro było przepełnione. Myślałyśmy, że…

– …uda się skorzystać z sytuacji. – Cynthia znacząco spojrzała na zegar ścienny, mimo że doskonale wiedziała, która jest godzina. – Zapraszam cię, Paige, do mojego gabinetu. Miejmy to już za sobą.

Zamierzała zaproponować jej awans i chciała „mieć to już za sobą”?

Przyjaciółki czym prędzej się ulotniły. Paige usłyszała jeszcze, jak Eva nuci pod nosem temat muzyczny ze Szczęk.

To poprawiło jej nastrój.

Praca z przyjaciółkami była wielkim atutem pracy w tej firmie.

Gdy szła za Cynthią do jej gabinetu, minęły Alice, jedną z młodszych księgowych.

Widząc jej zaczerwienione oczy, Paige przystanęła.

– Alice? Czy wszystko…

Jednak Alice przeszła szybko i Paige zapamiętała, żeby później ją odszukać i spytać, co się stało.

Problemy z chłopakiem?

Kłopoty w pracy?

Kilku pracowników przeraziło się na wieść, że Matilda została zwolniona za niefortunny wypadek z tacą szampana. Stworzyło to ogólną atmosferę niepokoju. Każdy w głębi ducha się zastanawiał, kto będzie następny.

Wszedłszy za szefową do jej gabinetu, Paige zamknęła za sobą drzwi.

Zdawała sobie sprawę, że wkrótce będzie mogła sama decydować o sprawach personalnych. A tymczasem miała swoje pięć minut. Ciężko na to pracowała i zamierzała się cieszyć tą chwilą.

Żeby tylko podwyżka była odpowiednia.

Eva miała rację, powinny to potem uczcić. Kilka kieliszków czegoś zimnego, z bąbelkami. A później może wyprawa do klubu? Nie tańczyły od lat.

Cynthia sięgnęła po teczkę.

– Jak wiesz, szukam sposobów, żeby usprawnić działanie Star Events i zmniejszyć koszty. Nie muszę ci mówić, że działamy na trudnym rynku.

– Wiem, ale mam kilka pomysłów, którymi chętnie się z tobą podzielę.

Paige chciała wziąć swoją torebkę, ale Cynthia pokręciła głową i uniosła rękę.

– Wypuszczamy cię z gniazda, Paige.

– Jak to? Dokąd?

Nie przyszło jej do głowy, że awans może oznaczać przeniesienie do innego biura. A w grę wchodzi tylko jedno inne biuro. W Los Angeles. Na drugim końcu kraju. Tego się nie spodziewała. Uwielbiała Nowy Jork. Lubiła mieszkać i pracować z przyjaciółkami.

– Sądziłam, że zostanę tutaj. Przeprowadzka do Los Angeles to poważny krok.

Chociaż, jeśli zależało jej na awansie, pewnie trzeba było brać pod uwagę, że może się to łączyć z wyjazdem. Chyba powinna poprosić o czas do namysłu. Tak się robi, no nie?

Cynthia otworzyła teczkę.

– Dlaczego myślisz, że przenosimy cię do Los Angeles?

– Powiedziałaś, że wypuszczacie mnie z gniazda…

– Bo wypuszczamy. Opuścisz Star Events.

Paige popatrzyła na nią ze zdumieniem.

– Słucham?

– Wprowadzamy oszczędności. – Cynthia przerzuciła zawartość teczki, nie patrząc Paige w oczy. – Mówiąc wprost, sytuacja jest fatalna. Wszystkie firmy w branży redukują etaty i zwalniają pracowników.

Odprawiają ją.

Nie awansują jej ani nie przenoszą do Los Angeles. Tylko odprawiają.

Szumiało jej w uszach.

– Ale przecież… w ciągu ostatniego półrocza ściągnęłam dziewięciu większych klientów. Większość zysków to moja zasługa…

– Straciliśmy Adams Construction.

Zdumiała się.

– Co takiego?

Chase Adams, właściciel najlepiej prosperującego przedsiębiorstwa budowlanego na Manhattanie, był jednym z ich największych klientów. To właśnie po organizowanej dla niego imprezie wyleciała Matilda.

„Przeznaczenie – pomyślała Paige. – Najpierw Star Events odprawiły Matildę, a teraz Chase Adams odprawiał Star Events”.

A ona była tego ofiarą.

– Nawet nie mogłam walczyć – ciągnęła Cynthia. – Ta głupia Matilda zepsuła całą imprezę.

– Dlatego z nas zrezygnował? Z powodu tamtego wypadku?

– Rozbicie jednego kieliszka szampana można by nazwać wypadkiem, ale upuszczenie całej tacy to katastrofa. Adams nalegał, żebym pozbyła się tej dziewczyny. Próbowałam go przekonać, żeby zmienił zdanie, ale nie chciał. W rękach tego człowieka jest połowa Manhattanu. To jeden z najpotężniejszych ludzi w mieście.

– Więc chyba nie musi się odgrywać na biednej Matildzie.

Przychodziły jej do głowy konkretne słowa na określenie Chase'a Adamsa i żadne z nich nie było pochlebne. Na pewno nie winiła Matildy.

– To już historia. Oczywiście, wystawimy ci doskonałe referencje dla następnego pracodawcy.

Następnego pracodawcy?

Chciała pracować tutaj. Uwielbiała tę pracę. Zasługiwała na nią.

Tak zaschło jej w ustach, że ledwie mogła mówić, a serce biło mocno w piersi. Było to brutalne przypomnienie, jak niepewne jest życie. Jeszcze tego ranka wydawało jej się, że ma u stóp cały świat, a teraz całkowicie straciła kontrolę nad swoim losem.

O jej przyszłości decydowali inni podczas rozmów za zamkniętymi drzwiami. I oczekiwali, że zrobi dobrą minę do złej gry.

Była w tym specjalistką. Gdy życie dawało w kość, robiła to niemal odruchowo, jak komputer przechodzący w stan uśpienia.

Umiała tłumić uczucia i teraz też je stłumiła.

Wykaż profesjonalizm, Paige, nakazała sobie.

– Mówiłaś, że jeśli zrealizuję cele, dostanę awans. Zrealizowałam je aż z nadwyżką.

– Sytuacja się zmieniła i jako firma musimy wykazać elastyczność, reagować na potrzeby rynku.

– Ilu ludzi poleci? To dlatego Alice płakała? Została zwolniona? Kto jeszcze?

A co z Frankie i Evą?

Eva nie miała rodziny, do której mogłaby się zwrócić o pomoc, a Frankie raczej umarłaby z głodu, niż poprosiła matkę o choćby jednego centa.

– Nie jestem uprawniona do rozmawiania z tobą o innych pracownikach.

Paige siedziała nieruchomo, oszołomiona tym, co się stało. Czuła przytłaczającą bezradność.

Ufała swoim pracodawcom. Roztaczali przed nią wspaniałe perspektywy, więc zdając się na nich, poświęcała firmie mnóstwo czasu, pracowała niezliczoną liczbę godzin. I co zrobili z tym zaufaniem? Nawet jej nie uprzedzili. W żaden sposób nie ostrzegli.

– Firma odnotowała zyski dzięki mnie. Na dowód mogę pokazać ci liczby.

– To była praca zespołowa. – Cynthia nie traciła opanowania. – Jesteś dobra w tym, co robisz. Masz skłonność do nadmiernego skracania dystansu wobec ludzi, których zatrudniasz, i powinnaś częściej odmawiać klientom… Tamta historia, kiedy w środku przyjęcia oddałaś do ekspresowego czyszczenia garnitur jednego z gości, była wręcz śmieszna… Ale poza tym nie mam do ciebie zastrzeżeń. Tu nie chodzi o twoje kwalifikacje.

– Oddałam garnitur do czyszczenia, bo facet go poplamił, a chciał zrobić wrażenie na swoim szefie. Później hojnie nam to wynagrodził. A skracam dystans, bo lubię pracować z zadowolonymi ludźmi w przyjaznym środowisku.

W przeciwieństwie do Cynthii, której było to zupełnie obce.

Patrzeć na szefową to jak patrzeć na zamknięte drzwi. Cokolwiek by się powiedziało, pozostaną zamknięte. Paige tylko traciła czas.

Zamiast dostać awans i podwyżkę, została zwolniona.

Będzie musiała poprosić o pomoc rodzinę. Znowu przyczyni zmartwień rodzicom i bratu. A oni znowu zechcą ją chronić.

Wciąż mocno biło jej serce i odruchowo podniosła rękę do piersi. Przez bluzkę wyczuła srebrne serduszko, które czasami nosiła pod ubraniem.

Na chwilę znowu jako siedemnastolatka znalazła się na szpitalnym łóżku w otoczeniu balonów i kartek z życzeniami zdrowia, czekając w wielkim strachu na operację. Wyobraźnia podsuwała jej przerażające obrazy, kiedy drzwi sali się otworzyły i wkroczył lekarz w białym kitlu, trzymając kartę na podkładce do pisania.

Już szykowała się na następne badania, ból, kolejne złe wiadomości, ale zaraz rozpoznała Jake'a.

– Nie chcieli mnie wpuścić, bo to nie pora wizyt, więc dopuściłem się nadużycia. Mów do mnie: „Doktorze Romano”. – Puścił do niej oko i zamknął za sobą drzwi. – Czas na pani leki, pani Walker. Proszę się nie sprzeciwiać, bo usunę pani mózg i oddam go na eksperymenty medyczne.

Zawsze ją rozśmieszał. Działał też na nią inaczej. Tak że zapragnęła mieć na sobie coś seksownego, zmysłowego, a nie za dużą koszulkę z postaciami z kreskówek.

– Ty będziesz mnie operował?

– Mdleję na widok krwi i nie odróżniłbym mózgu od tyłka, więc nie, nie ja. Masz. Przyniosłem ci coś. – Wsadził rękę do tylnej kieszeni dżinsów i wyjął pudełeczko. – Lepiej szybko je otwórz, zanim mnie zatrzymają.

Przez jedną szaloną chwilę myślała, że ujrzy pierścionek zaręczynowy, i serce, to nieposłuszne serce, na moment zamarło jej w piersi.

– Co to? – Drżącymi dłońmi otworzyła pudełeczko. Na granatowym jedwabiu spoczywało śliczne srebrne serduszko z delikatnym łańcuszkiem. – Ojej, Jake…

Z tyłu wygrawerowano dwa słowa: „Silne serce”.

– Pomyślałem, że nie zawadzi mała pomoc. Noś je, kotku, i niech ci służy, kiedy twoje serce będzie sprawiało kłopoty.

Może nie był to pierścionek, ale Jake zwrócił się do niej per „kotku” i podarował jej naszyjnik.

To musiało coś znaczyć, prawda?

Przestała bać się operacji i od tej pory myślała tylko o Jake'u.

Kiedy przyszli zabrać ją do sali operacyjnej, miała już całą wizję wspólnej przyszłości, łącznie z imionami dzieci.

W sali musieli wyjąć jej naszyjnik z zaciśniętej dłoni, ale niedługo później mogła włożyć go na szyję.

„Silne serce”.

Nosiła go zawsze, gdy potrzebowała odwagi, i tego dnia też miała na sobie.

Wstała, poruszając się jak robot. Musiała zabrać się do szukania nowej pracy. Nie mogła tracić czasu i nie zamierzała marnować ani chwili na walkę z tym, na co nie dało się nic poradzić.

– Jeszcze dziś zwolnij biurko – poleciła Cynthia. – Oczywiście dostaniesz odprawę.

Odprawa.

Jeśli jej ulubionym słowem był „awans”, to „odprawa” wręcz odwrotnie. Brzmiało bezwzględnie. Miała wrażenie, jakby znowu przechodziła poważną operację, tylko że tym razem skalpelem wycinano jej nadzieje i marzenia. To tyle, jeśli chodzi o karierę. O jej plany założenia własnej firmy.

Wychodząc z gabinetu Cynthii, zamknęła za sobą drzwi.

Dotarła do niej rzeczywistość. Gdyby wiedziała, co się stanie, po drodze do pracy nie kupiłaby sobie kawy. Nie kupiłaby nowej szminki, mając tyle innych. Stała otępiała, żałując każdego centa, którego wydała w ostatnich latach. W najmroczniejszym okresie swojego życia obiecywała sobie, że będzie cieszyła się każdą chwilą, ale czegoś takiego się nie spodziewała.

Przeszła pustym korytarzem do najbliższego pomieszczenia socjalnego; towarzyszył jej tylko stukot obcasów.

Niespełna godzinę wcześniej myślała o przyszłości z podnieceniem. Optymistycznie.

A teraz była bez pracy.

Bezrobotna.

Sama w pustym pokoju wreszcie zrzuciła z twarzy maskę.

Jake Romano siedział z nogami na biurku w swoim przeszklonym gabinecie w centrum Dolnego Manhattanu, z roztargnieniem słuchając rozmówcy po drugiej stronie łącza.

Naprzeciwko niego młoda jasnowłosa dziennikarka wierciła się na krześle i usiłowała dyskretnie sprawdzić, która jest godzina. Jake rzadko udzielał wywiadów, ale tej kobiecie jakoś udało się wymanewrować jego asystentkę. Nie wyrzucił jej, bo do pewnego stopnia podziwiał nieustępliwość i inwencję.

Był to impuls, którego teraz żałował. Mógł się założyć, że ona także. Przerwano im już trzykrotnie i jej frustracja rosła coraz bardziej.

Ponieważ pytania, które mu zadawała, graniczyły ze wścibstwem, postanowił kazać jej czekać jeszcze dłużej i skupił się na rozmowie telefonicznej.

– Nie potrzebujesz informatyka, żeby zmodyfikować niewielką aplikację. Potrzebujesz dobrego copywritera.

Dziennikarka pochyliła głowę i przejrzała swoje notatki. Jake był ciekawy, ile kobieta jeszcze zniesie, zanim straci cierpliwość.

Zdjął nogi z biurka i postanowił zakończyć rozmowę.

– Wiem, że jesteś zajęty, więc nie przedłużam. Rozumiem, że zależy ci na efektownym opakowaniu, ale efektowne opakowanie gówno pomoże, jeśli zawartość będzie kiepska. W teorii wszystko wygląda świetnie, ale chodzi o to, żeby rozwiązywać realne problemy realnych ludzi. A jeśli o problemach mowa, pomyślę o twoich i oddzwonię. Jeżeli uznam, że nadajemy się do tej roboty, pogadam z zespołem i spotkamy się, żeby omówić szczegóły. Zdaj się na mnie. – Przerwał połączenie. – Przepraszam panią – powiedział, zwracając się do dziennikarki.

Jej uśmiech był równie fałszywy co jego przeprosiny.

– Nic nie szkodzi. Trudno pana złapać. Wiem o tym. Próbowałam się umówić na ten wywiad przez rok.

– I wreszcie się pani udało. Na czym skończyliśmy?

– Mam jeszcze parę pytań. – Przerwała, jakby zbierając siły. – Rozmawialiśmy o pana firmie, przyświecających jej celach i prowadzonej przez nią działalności charytatywnej. Chciałabym jednak powiedzieć naszym czytelnikom coś o samym Jake'u Romano, jako człowieku. Urodził się pan w najbiedniejszej części Brooklynu i w wieku sześciu lat został pan adoptowany.

Mina Jake'a pozostała bez wyrazu.

Dziennikarka spojrzała na niego wyczekująco.

– Nie usłyszałam odpowiedzi…?

– Bo nie było pytania.

Oblała się rumieńcem.

– Widuje się pan z matką?

– Przez cały czas. Prowadzi najlepszą włoską restaurację w Nowym Jorku. Polecam, powinna pani spróbować.

– Mówi pan o przybranej matce… – Sprawdziła w notatkach. – Marii Romano. A ja miałam na myśli pańską prawdziwą matkę.

– Maria jest moją prawdziwą matką.

Ci, którzy go znali, rozpoznaliby ton jego głosu i podkuliliby ogon, ale dziennikarka siedziała spokojnie jak gazela, nieświadoma, że poluje na nią zwierzę z najwyższego ogniwa łańcucha pokarmowego.

– Więc nie ma pan kontaktu z biologiczną matką? Ciekawe, jak czuje się teraz, gdy stoi pan na czele globalnego przedsiębiorstwa wartego wiele milionów dolarów.

– Proszę ją spytać. – Jake wstał. – Wyczerpaliśmy czas.

– Nie lubi pan mówić o swojej przeszłości?

– Przeszłość to historia – odparł chłodno Jake – a ja zawsze byłem lepszy w przedmiotach ścisłych. A teraz, jeśli mi pani wybaczy, muszę spotkać się z klientami. Którzy płacą.

– Jasne. – Kobieta wsunęła do torebki smartfon, który służył jej do nagrywania. – Jest pan ucieleśnieniem amerykańskiego snu, Jake. Inspiracją dla milionów Amerykanów, którzy w dzieciństwie mieli pod górę. Mimo swojej przeszłości stworzył pan doskonale prosperującą firmę.

Nie „mimo” – pomyślał Jake. – Właśnie ze względu na nią.

Stworzył doskonale prosperującą firmę ze względu na swoją przeszłość.

Zamknął za dziennikarką drzwi i podszedł do okna zajmującego dwie ściany narożnego gabinetu. Przez wielką taflę szkła, od sufitu do połogi, wpadało światło słoneczne i Jake powiódł wzrokiem po rozciągającym się u jego stóp centrum Dolnego Manhattanu niczym Midas po swoich stertach złota.

Od niewyspania piekły go oczy, ale trzymał je szeroko otwarte, napawając się widokiem i czerpiąc satysfakcję z faktu, że zapracował na każdy jego fragment.

Nieźle jak na chłopaka z najbiedniejszej części Brooklynu, kogoś, kto ciągle słyszał, że do niczego nie dojdzie.

Gdyby chciał, mógłby opowiedzieć dziennikarce historię, która znalazłaby się na pierwszej stronie gazety i pewnie przyniosłaby kobiecie nagrodę Pulitzera.

W okresie dorastania spoglądał na lśniące budynki Manhattanu z przeciwległego brzegu rzeki. Nie słyszał nieustannego szczekania psów, krzyków z ulicy, trąbienia klaksonów, tylko z zazdrością patrzył na inne życie. Sięgając wzrokiem za wartko płynącą East River, widział drapacze chmur i pragnął znaleźć się wśród nich, tam, gdzie w szkle odbijały się światło i ambicja.

Wydawało się to odległe i odmienne jak Alaska. Miał jednak dużo czasu na patrzenie. Nie znał swojego ojca i nawet jako dziecko spędzał większość czasu samotnie, gdy jego nastoletnia matka pracowała na trzech etatach.

„Kocham cię, Jake. Jesteśmy razem, ty i ja, przeciwko całemu światu”.

Jake spoglądał niewidzącym wzrokiem na siatkę ulic daleko w dole.

Dawno nikt o niej przy nim nie wspominał. Minęło dużo czasu od tamtej nocy, kiedy siedział sam na schodach do ich mieszkania i czekał na jej powrót.

Co by się z nim stało, gdyby nie wzięła go Maria?

Jake wiedział, że zawdzięcza jej nie tylko ciepły kąt.

Przeniósł spojrzenie na stojący na biurku sprzęt komputerowy.

To Maria dała mu pierwszy komputer, starego grata, który wcześniej należał do jednego z jej kuzynów. Jake miał czternaście lat, kiedy pierwszy raz włamał się na stronę internetową, a piętnaście, kiedy zdał sobie sprawę, że ma zdolności, jakich pozbawiona jest większość ludzi. Jako szesnastolatek wytypował firmę mającą największe przeszklone biuro, stanął u ich drzwi i powiedział im, w jak dużym stopniu są narażeni na atak cybernetyczny. Wyśmiali go, dopóki nie pokazał, jak łatwo można pokonać ich zabezpieczenia elektroniczne. Wtedy przestali się śmiać i zaczęli słuchać.

Stał się legendą w dziedzinie bezpieczeństwa cybernetycznego. Nastolatek obdarzony charyzmą, pewnością siebie i tak bystrym umysłem, że był w stanie prowadzić rozmowy z dwukrotnie od niego starszymi facetami, którzy wiedzieli o połowę mniej niż on.

Uświadomił im, jak mało wiedzą i jacy są słabi, a potem pokazał, jak to naprawić. W szkole zrywał się z lekcji angielskiego, ale nigdy z matematyki. Liczby to była jego specjalność.

Pochodził znikąd, ale miał ambicje, żeby zajść wysoko, i posuwał się tak szybko, że zostawił innych daleko za sobą.

Dzięki tym zdolnościom ukończył college i po jakimś czasie kupił matce – bo tak myślał o Marii, nawet zanim formalnie go adoptowała – restaurację, żeby mogła dzielić się talentami kulinarnymi z innymi dobrymi mieszkańcami Brooklynu, nie musząc gościć ich w swojej małej kuchni, w której siedzieli ściśnięci jak oliwki w słoiku.

Z pomocą najbliższego kumpla, Matta, założył własną firmę i zaczął wytwarzać oprogramowanie kodujące. Wkrótce kupiła je duża spółka informatyczna, za sumę, która gwarantowała, że już nigdy nie będzie musiał się martwić o pieniądze.

Później, znudzony przepełnionym rynkiem bezpieczeństwa cybernetycznego, zwrócił się ku coraz popularniejszemu marketingowi cyfrowemu.

Obecnie jego firma oferowała wszystko, od treści kreatywnych po projektowanie typu user experience, chociaż wciąż od czasu do czasu przyjmował prywatne zlecenia dotyczące bezpieczeństwa cybernetycznego. Właśnie nad jednym z nich pracował do późna poprzedniej nocy.

Drzwi jego gabinetu się otworzyły i Dani, asystentka, przyniosła mu kawę.

– Pomyślałam, że dobrze ci zrobi. Od tej dziewczyny trudniej się było opędzić niż od komara.

Miała pasiaste skarpetki i była bez butów; tak ubierała się do pracy połowa jego podwładnych. Jake'a nie interesowało, co ludzie noszą. Tak jak nie interesowało go, jaki ukończyli college. Liczyły się dla niego dwie rzeczy – pasja i potencjał.

Dani miała jedno i drugie.

Postawiła kubek z kawą na jego biurku. Po gabinecie rozszedł się aromat, intensywny i wyrazisty, który przedarł się do jego zamglonego umysłu, przypominając mu, że pracował do trzeciej nad ranem.

– Pytała cię o mnie?

– O tak. Przeważnie o twoje życie prywatne. Chciała wiedzieć, czy dlatego rzadko umawiasz się dwa razy z tą samą kobietą, że miałeś trudne dzieciństwo.

Zdjął pokrywkę z kubka.

– Powiedziałaś jej, żeby zajęła się swoimi sprawami?

– Nie. Powiedziałam, że rzadko umawiasz się dwa razy z tą samą kobietą, bo według ostatnich szacunków na Manhattanie jest z siedemdziesiąt tysięcy singielek, więc gdybyś spotykał się z każdą więcej niż raz, nie zdążyłbyś zaliczyć wszystkich. – Z pogodną miną wręczyła mu plik wiadomości. – Twój przyjaciel Matt dzwonił cztery razy. Sądząc po głosie, był zestresowany.

– Matt nigdy się nie stresuje. – Jake pociągnął łyk kawy, delektując się aromatem i tak potrzebnym zastrzykiem kofeiny. – To chodzący spokój.

– Hm, przed chwilą mówił jak chodzący stres. – Dani zabrała z jego biurka cztery puste kubki po kawie i wstawiła jeden w drugi. – Wiesz, nie mam nic przeciwko przynoszeniu ci kawy, ale raz na jakiś czas mógłbyś coś zjeść albo się przespać. Tak robią normalni ludzie, gdybyś chciał wiedzieć.

– Nie chcę wiedzieć. – Chciał wiedzieć natomiast, dlaczego jego kumpel dzwonił do niego w środku dnia pracy. I po co zostawił wiadomości jego asystentce, skoro mógł zadzwonić do niego bezpośrednio. Wziął swoją komórkę: sześć nieodebranych połączeń. Zaniepokoił się. – Czy Matt mówił, o co chodzi?

– Nie, ale prosił, żebyś jak najszybciej do niego oddzwonił. Ta dziennikarka była pod wrażeniem, że spławiłeś Brada Hetheringtona. Czy to prawda? – Chwyciła kubek, który omal nie spadł ze szczytu piramidy. – To jeden z najbogatszych gości w Nowym Jorku. W zeszłym tygodniu czytałam w „Forbesie”.

– A także egocentryczny dupek, a staram się nie wchodzić w interesy z egocentrycznymi dupkami. Wprawiają mnie w zły humor. Mała rada, Dani… niech nigdy nie onieśmielają cię pieniądze. Słuchaj swojej intuicji.

– Więc nie będziemy z nim współpracować?

– Zastanawiam się nad tym. Dzięki za kawę. Nie musiałaś jej przynosić.

Mówił jej to codziennie od czasu, gdy zaczęła u niego pracować. Ale ona i tak mu ją przynosiła, każdego dnia.

– Traktuj mnie jak prezent, który dostajesz wciąż od nowa. – Dał jej kiedyś szansę, gdy inni zamknęli jej drzwi przed nosem. Nigdy tego nie zapomniała. – Zeszłej nocy pracowałeś do późna, a dziś zacząłeś od samego rana, więc pomyślałam, że przyda ci się coś na pobudzenie.

Wyraz jej oczu mówił wprost, że chętnie pobudziłaby go jeszcze na inne sposoby.

Jake zignorował to spojrzenie.

Chętnie łamał zasady narzucane przez innych, ale nigdy te, które ustanawiał sam, a na ich czele widniała: „Nie łącz życia prywatnego z pracą”.

Nie zrobiłby nic, co mogłoby zagrozić jego firmie. Była dla niego zbyt ważna. A poza tym, choć był geniuszem w dziedzinie komputerów, pierwszy przyznałby, że znacznie gorzej radzi sobie w relacjach z ludźmi.

Gdy tylko Dani wyszła z gabinetu, zadzwonił do Matta.

– O co chodzi? Skończyło ci się piwo?

– Rozumiem, że nie zaglądałeś dziś jeszcze do gazet.

– Od wschodu słońca mam spotkania. Coś mnie ominęło? Ktoś włamał się na twoją stronę internetową i potrzebujesz specjalisty? – Tłumiąc ziewnięcie, postukał palcem w klawiaturę, żeby obudzić swój komputer; żałował, że nie może tak samo obudzić siebie. – Kolejne przejęcie firmy w świecie biznesu?

– Star Events zwalniają połowę swoich pracowników.

Jake natychmiast oprzytomniał.

– Paige nie dostała awansu?

– Nie wiem. Nie odbiera komórki.

– Myślisz, że straciła pracę?

– To możliwe. – W głosie Matta słychać było napięcie. – A nawet prawdopodobne. Odcięła się od świata, jak zawsze, gdy przechodzi w tryb „dzielności”.

Jake nie musiał pytać, co przyjaciel ma na myśli. Dostatecznie często widywał Paige w takim trybie i nie znosił tego. Nie mógł wytrzymać myśli, że jest przestraszona, miota się i to ukrywa.

– Niech to szlag…

– Tak cholernie ciężko pracowała na ten awans. Przez cały rok nie mówiła o niczym innym. Będzie zdruzgotana.

– Uhm. – A on zrobiłby wszystko, żeby przestała cierpieć. Skalkulował, ile czasu zajęłoby mu dostanie się na drugi koniec miasta i zbicie kogoś na kwaśne jabłko. – A Eva? Frankie?

– Też nie odbierają telefonów. Mam nadzieję, że są razem. Wolałabym, żeby Paige nie była sama, nie zamknęła się w sobie.

On również.

Wstał i podszedł do okna, rozważając możliwości.

– Podzwonię tu i tam. Dowiem się, co jest grane.

– Dlaczego ona nie odbiera? – To był jęk. – Martwię się o nią.

– Zawsze się o nią martwisz.

– To moja siostra…

– Uhm, i chcesz trzymać ją pod kloszem. A musisz pozwolić jej żyć. Jest twardsza, niż ci się wydaje. Silna i zdrowa.

Choć nie zawsze tak było.

Dobrze pamiętał Paige jako nastolatkę, bladą i chudą na szpitalnym łóżku, gdy czekała na ciężką operację serca. I pamiętał swojego przyjaciela, o szarej twarzy i bardziej zdenerwowanego, niż Jake kiedykolwiek widział, z podkrążonymi oczami po nieprzespanych nocach, spędzonych przy boku siostry.

– Co robisz wieczorem? – zapytał Matt ze zmęczeniem.

– Umówiłem się na randkę.

Choć nie był pewny, czy zdoła się obudzić, aby stanąć na wysokości zadania. Nie tylko Matt padał z nóg. Jak tak dalej pójdzie, zostanie pierwszym człowiekiem na Ziemi, który uprawia seks, będąc w śpiączce.

– Z Giną?

– Z Giną spotykałem się w zeszłym miesiącu.

– Chodzisz z jakąś kobietą dłużej niż miesiąc?

– Tylko wtedy, gdy tracę wyczucie czasu.

Szedł przed siebie. To mu odpowiadało.

– Więc to nie jest prawdziwa miłość? – Matt się zaśmiał. – O, przepraszam. Zapomniałem, że ty nie wierzysz w miłość.

Miłość?

Jake spojrzał przez okno na zalane słońcem miasto.

– Jesteś tam jeszcze? – Głos Matta wyrwał go ze wspomnień.

– Uhm – odpowiedział schrypniętym głosem. – Jeszcze jestem.

– Skoro to nie prawdziwa miłość, odwołaj randkę i przyjedź. Jeśli wszystkie trzy straciły pracę, wolałbym mieć wsparcie. Moja siostra, gdy jest w stresie, to trudny przeciwnik, głównie dlatego, że udaje spokój i opanowanie. Próby nakłonienia jej, żeby przyznała, że ma kłopoty, są jak wiercenie w stali. Nie przeszkadza mi, kiedy tak zachowuje się przy mamie, ale tracę nerwy, gdy robi to przy mnie.

– Mam zrezygnować z całonocnego seksu z blondwłosą Szwedką, aby pomóc ci przekonać siostrę i jej koleżanki do wyrzucenia z siebie emocji? Możesz nazwać mnie nudziarzem, ale nie jest to zbyt kusząca propozycja.

– To Szwedka? Jak się nazywa? Czym się zajmuje?

– Ma na imię Annika. Nie pytałem jej o nazwisko i nie obchodzi mnie, gdzie pracuje, dopóki nie jest zatrudniona w mojej firmie. – Jake wrócił do swojego biurka i kiedy przy nim usiadł, jego myśli zajmowała nie Annika, lecz inna kobieta. Gdzie była teraz Paige? Wyobraził ją sobie przemierzającą gdzieś ulice, przybitą. Samą. Ukrywającą emocje. Cholera. Wziął ołówek i zaczął gryzmolić na podkładce. – Nie radzę sobie z płaczącymi babami.

– Widziałeś kiedyś, żeby Paige płakała?

Jake zacisnął palce na ołówku.

Tak, widział.

To on doprowadził ją wtedy do płaczu.

Ale Matt nic o tym nie wiedział.

– Widziałem płaczącą Evę.

– Eva płacze na melodramatach i podczas ładnych zachodów słońca – odparł Matt – ale nie opuściła ani dnia pracy po śmierci swojej babci. Codziennie wstawała z łóżka, malowała się i szła do roboty, chociaż była zrozpaczona. To twarda dziewczyna. – Nastąpiła przerwa. – Posłuchaj, jeśli będzie płacz, biorę to na siebie.

Jake przez chwilę myślał o dziewczynie, z którą był umówiony. Potem pomyślał o Paige. Paige, w której bardzo się starał widzieć młodszą siostrę swojego najlepszego kumpla.

Jego siostrzyczkę. Małą. Małą.

Gdyby powtarzał to słowo wystarczająco często, może wreszcie wbiłby to sobie do głowy.

Mógł odmówić, ale wtedy by jej nie pomógł, a bardzo chciał. Sytuację dodatkowo komplikowała świadomość, że Paige nie będzie sobie życzyła pomocy. Nie znosiła, gdy się nad nią roztkliwiano, użalano. Nie chciała przysparzać innym zmartwień.

Rozumiał to. Rozumiał ją.

Dlatego zamierzał służyć jej pomocą w sposób, który byłby dla niej do zaakceptowania.

A przede wszystkim musiał sprawić, żeby z szoku przeszła do działania.

– Przyjadę.

Wizja beztroskiej fizycznej rozrywki w piątkowy wieczór rozwiała się jak mgła na wietrze.

Zamiast spędzić noc z atrakcyjną blondynką, będzie okazywał braterską troskę kobiecie, której postanowił unikać za wszelką cenę. A dlaczego jej unikał?

Bo Paige Walker nie była już mała. Była dorosła, i to jak.

A jego uczucia do niej nie były wcale braterskie.

– Dzięki – powiedział z ulgą Matt. – I, Jake…

– Tak?

– Bądź miły.

– Zawsze jestem miły.

– Nie wobec Paige. Wiem, że wy dwoje przestaliście się dogadywać. – Matt znowu sprawiał wrażenie zmęczonego. – W normalnych okolicznościach nie przejmowałbym się tym… No wiesz dlaczego. Kiedyś mi się wydawało, że może być w tobie zakochana.

Kiedyś była w nim szaleńczo zakochana.

Tak mu powiedziała, bez tchu, z nadzieją i wizją szczęścia w oczach.

Gdy była naga.

Rozległ się trzask; Jake opuścił wzrok i zobaczył, że złamał ołówek na pół.

– Nie masz powodu do niepokoju. Paige na pewno już mnie nie kocha.

Postarał się o to.

Już dawno temu zabił wszelkie uczucia, jakie mogła do niego żywić. Teraz w jego obecności czuła jedynie irytację. To stało się dla niego wręcz formą sztuki – działanie jej na nerwy. Były takie dni, kiedy nawet udawał, że to mu sprawia przyjemność.

Wciąż ją irytował.

Doprowadzał do szału.

Dla jej bezpieczeństwa.

– Dobrze wiedzieć, bo moja siostra nie potrzebuje jeszcze kłopotów z tobą. Obiecałeś, że nie tkniesz jej palcem. Pamiętasz?

– Uhm. Pamiętam.

Ta obietnica wiązała mu ręce przez dziesięć lat. I świadomość, że w końcu skrzywdziłby Paige.

– Hej, jesteś moim najlepszym kumplem. Traktuję cię jak brata, ale obaj wiemy, że tylko zaszkodziłbyś mojej siostrze. Zresztą, i tak nie jesteś zainteresowany. Wiadomo, że nie jest w twoim typie.

– Zgadza się – odparł obojętnym tonem Jake. – Zupełnie nie w moim typie.

– Wyświadczysz mi przysługę? Wieczorem mógłbyś wykazać wrażliwość. Nie pastw się nad nią ani jej nie dogryzaj. Bądź sympatyczny. Stać cię na to?

Sympatyczny.

Otworzył szufladę biurka i wyjął nowy ołówek.

– Jasne.

Będzie sympatyczny przez pięć minut.

A potem ją rozwścieczy.

Zamierzał zrobić to dla Paige, bo mu na niej zależało, i dla Matta, bo był dla niego jak brat, którego nigdy nie miał.

I dla siebie, bo uważał, że miłość to największa loteria na świecie, jedyne ryzyko, którego nie był w stanie podjąć.

Tytuł oryginału: Sleepless in Manhattan

Pierwsze wydanie: Harlequin Books, 2016

Opracowanie graficzne okładki: Madgrafik

Redaktor prowadzący: Małgorzata Pogoda

Opracowanie redakcyjne: Bianka Dziadkiewicz

Korekta: Anita Rejch

© 2016 by Sarah Morgan

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2017

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

HarperCollins jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-2955-5

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.