Bezsenne noce, senne dni - Alina Białowąs - ebook
Opis

I ja mam z tym człowiekiem dożyć końca swoich dni? O nie! Mu¬szę zmienić moje życie. Muszę zapewnić sobie rado¬sną późną starość. Żadnych mężczyzn!

Wywodząca się z ziemiaństwa Ewelina popełniła mezalians, wiążąc się z chłopakiem urodzonym na wsi. Co prawda podobnym do Roberta Redforda, ale – jak okazało się po czasie – tylko z urody, nie z charakteru. W wyobraźni Eweliny Robert Redford jest męski i stanowczy, podczas gdy Radek z biegiem lat zmienił się w zaniedbującego higienę osobistą dusigrosza.

Analizując swoje małżeństwo, Ewelina dochodzi do wniosku, że pozbędzie się Radka. Jeszcze nie wie, jak to zrobi. Nie chce być rozwódką ani wdową. Chce być jedynie kobietą samotną. Ale nie osamotnioną!

Komedia małżeńska, która bawi do łez, a jednocześnie podsuwa nam lustro prawdy i skłania do refleksji nad własnymi związkami i relacjami. W tej przewrotnej, zaskakującej, zabawnej i mądrej powieści występują charakterne i specyficzne postaci, a gorzka proza życia okraszona została humorem. Polecam serdecznie, to będzie przebój tego lata!

Agnieszka Grabowska, magazyn „Życie i Pasje”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 292

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

Copyright © Alina Białowąs

 

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2019

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Redakcja

Joanna Pawłowska

 

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

 

Korekta

Magdalena Kawka

 

Projekt okładki

Iza Szewczyk

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2019

 

eISBN 978-83-66217-70-6

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

tel./faks 061 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Trzeba być bardzo ostrożnym, kiedy się ma do czynienia z mężem i żoną, to święta prawda. Mogłabym panu niejedno opowiedzieć, co też kobietom przychodzi do głowy, gdy chodzi o ich mężów.

Agatha Christie, Morderstwo w Mezopotamii

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dwa miesiące temu, czyli w połowie czerwca, naprawiono latarnię stojącą naprzeciwko okna naszej sypialni. I od tamtego czasu budzę się w środku nocy; leżę nieruchomo albo wsparta na łokciu przyglądam się twarzy mojego śpiącego męża. Nie, nie z czułością. Próbuję przeanalizować naszą znajomość. Zaczęła się na wakacjach, gdy oboje byliśmy jeszcze małymi dziećmi. A kiedy kilkanaście lat później szłam na naszą pierwszą randkę, pamiętam, że dźwigałam rozpostarty parasol mojego taty, bo moją parasolkę gdzieś zawieruszyłam. Parasol był wielki, ciemnozielony, automatyczny – zamknął się nagle, przytrzaskując mi głowę, w chwili gdy przede mną stanął Radek. Oficjalnie: Radosław Klofta. Mężczyzna, przez którego po pierwszej randce nie spałam po nocach, a po trzydziestu latach małżeństwa znowu przez niego nie śpię. Ale gdyby nie światło latarni ulicznej, spałabym zwinięta w kłębek, nieświadomie przytulona do boku Radka. Świadomie to ja już się nie przytulam ani do boków, ani do pleców, ani do żadnej innej części jego ciała. Dlaczego? Dlatego, że mój mąż „zapomina” się umyć przed pójściem spać. Oczywiście zrobiłam mu awanturę, a nawet zagroziłam rozwodem, ale on wzruszył ramionami i zapytał, czy nie byłoby lepiej dla mnie, gdybym go otruła, bo wdowę darzy się większym szacunkiem niż rozwódkę. Mruknęłam, że się zastanowię. Od tamtej awantury on wchodzi do sypialni tylko w gaciach i skarpetach. Skarpety zsuwa, wrzuca je pod łóżko, a potem włazi na kolanach pod wspólną kołdrę, kładzie się na wznak, a ja, czując jego pot, zatykam nos. Pot, którego zapach – kiedy oboje byliśmy młodsi – nigdy nie wywoływał u mnie rozkosznych dreszczy, ale i nie drażnił, teraz, gdy Radek „zapomina” się umyć, wzbudza we mnie coraz większą niechęć do spania z nim w jednym łóżku, a tym bardziej do uprawiania miłości. Jeśli to, co on ze mną robił po tych trzydziestu latach małżeństwa, można jeszcze nazwać uprawianiem miłości; bez gry wstępnej, bez żadnych czułych słów, raz w tygodniu budził mnie w nocy, szarpiąc delikatnie moje ramię. Kiedy zaspana próbowałam mu tłumaczyć, że głowa mnie boli, oznajmiał: „Pragnę cię”, a na moje: „Daj mi spokój”, udawał głuchego i kładł się na mnie, miętosił moje piersi i powtarzał w kółko: „Rozsuń nogi. Rozsuń nogi”. I co ja miałam robić? Przecież nie będę się z nim szarpać i wzywać pomocy. Rozsuwałam więc nogi. On wtedy wciskał we mnie tego swojego ptaszka (nie, nie zdrabniam, to już jest ptaszek, a nie ptak), wykonywał powoli kilkanaście ruchów: góra – dół – góra – dół, sapiąc, jakby się wspinał na Mount Everest, i nagle z jękiem opadał na mnie całym ciężarem ciała. Wstrzymywałam oddech, a on, mokry od potu, zsuwał się ze mnie, odwracał plecami i od razu zasypiał. Łapałam oddech, czekałam cierpliwie, aż rozlegnie się chrapanie, a potem szłam do łazienki wziąć prysznic. Nasz ostatni seks był przed dwoma miesiącami. Zapamiętałam, bo Radek powiedział, żartując, że ta naprawiona latarnia uliczna naprzeciwko okna naszej sypialni może ukazać w innym świetle nasze małżeństwo. Gdyby przewidział, jakie myśli zaczną kiełkować w mojej głowie – nie żartowałby. A poza tym umył się tamtej nocy, przed pójściem do łóżka. Ale podejrzewam, że tylko dlatego się umył, bo było mu wstyd przed Igorem, naszym synem, czyścioszkiem po mamusi, który przyszedł nas odwiedzić i zanocował. A wyfrunął z rodzinnego gniazda pół roku wcześniej, gdy tylko fachowcy zakończyli remont w jego kawalerce – prezencie od moich rodziców, zanim się rozwiedli. Mama nie potrafiła wybaczyć tacie, że ją zdradził. Z kobietą starszą od niej o pięć lat. Dlatego przezwała ją Mumią. Po rozwodzie ojciec wyprowadził się do Mumii i „gniotą się” w jej jednopokojowym mieszkaniu. A moja mama „panoszy się”, zdaniem mojego taty, na trzech pokojach, jak jakaś hrabina. Jeśli już, to ziemianka, bo mama pochodzi z ziemiańskiej rodziny, z okolic poznańskiego. Co prawda nic z tego dla mnie nie wynika, mam na myśli bogactwa materialne, ale jest to dobry argument na obronę, gdy podczas kłótni małżeńskiej mój mąż wytyka mi prostactwo, udając, że nie pamięta o moich ziemiańskich korzeniach. Oczywiście nie pozostaję mu dłużna i wytykam mu jego braki w wysławianiu się, bo pan magister agrotechniki i inżynier leśnictwaRadosław Klofta, poznańska pyra – do dziś mówi „mlyko” zamiast „mleko” i pyta, czy kupiłam „chlyb”. Na to moje wytykanie Radek wykrzykuje, że gdyby się ze mną nie ożenił, nie mieszkałabym w metropolii, w elegancko urządzonym mieszkaniu. Szybko zapomniał, że było kompletnie na odwrót – to dzięki mnie on zamieszkał w metropolii. Ale z tym „elegancko urządzonym mieszkaniem” przesadził. Meble mamy z paździerza, dywany poliestrowe. A obiecywał mi, że po ślubie będziemy mieszkać jak w pałacu.

 

 

Czasem się zastanawiam, czy Radek kiedykolwiek był we wnętrzu jakiegoś pałacu. Że wiedział, jak wygląda, a raczej wyglądał, pałac – wiem na pewno, bo na długo przed tym, zanim mi powiedział: „Ożenię się z tobą”, sama mu pokazałam ruiny, które przed drugą wojną światową były pałacem należącym do przodków mojej mamy.

– Jakich przodków? – zapytał wtedy, patrząc podejrzliwie raz na mnie, raz na ruiny.

– Jak to jakich? – zirytowałam się. – Osób, od których ja pochodzę.

– Ty? – parsknął śmiechem.

Może i nie mam szlachetnych rysów, bo zamiast ładnego, zgrabnego nosa mam „kartofla” po tacie, ale z mojej twarzy aż bije inteligencja.

– Nie wyglądasz na księżniczkę.

– Odezwał się znawca księżniczek. W moich żyłach płynie ziemiańska, a nie książęca krew.

– Ziemiańska? – Znowu parsknął śmiechem. – Szybko zapomniałaś, że twoja mama urodziła się na wsi, że mieszkała w chacie krytej słomą i chodziła do tej samej szkoły podstawowej, w sąsiedniej wsi, do której chodziła też moja mama.

– A ty szybko zapomniałeś, że moja mama zdała egzaminy na studia w mieście i ukończyła farmację, a twoja zakończyła edukację na szkole podstawowej.

– No i co z tego? Obie wyszły za mąż i obie zostały kurami domowymi. Jedna w mieście, druga na wsi.

– Moja tylko do czasu, dopóki ja nie poszłam do przedszkola. Do teraz pracuje w aptece i kto wie, czy nie zostanie kierowniczką.

– Moją, gdy ja się urodziłem, wybrano na przewodniczącą koła gospodyń wiejskich i jest wybierana aż do teraz. Czyli przez piętnaście lat.

– A ty? Kim zostaniesz?

– A jakie to ma znaczenie dla ciebie? Przyjeżdżasz na wieś tylko na wakacje. Miastowa panna. Nosa zadziera, ziemiankę zgrywa i udaje, że zapomniała, jak kotka w balii utopiła.

– To był wypadek! Ja wtedy miałam cztery lata i nie wiedziałam, że kotka nie wolno zanurzać pod wodą.

– Też wtedy miałem cztery lata, ale ja bym kotka nie utopił.

– Próbujesz mi powiedzieć, że byłeś mądrzejszy ode mnie?

– Byłem i jestem.

– Gówno prawda! Mieszkasz na wsi zabitej decha…

Umilkłam, bo Radek nagle się odwrócił i poszedł w stronę rowerów, opartych o pień rozłożystego dębu. Widząc, że wsiada na rower, krzyknęłam:

– Kmiotek!

Ale on nawet nie spojrzał w moją stronę, odjechał bez pożegnania.

Kmiotek, powtórzyłam w myślach. Wywiózł dziewczynę na pustkowie, sprowokował ją do kłótni, a potem, udając obrażonego, zostawił samą. Z nerwów zapomniałam, że to ja namówiłam go na oglądanie ruin pałacu po ziemiańskich przodkach mojej mamy.

– Jaśnie pan obrażalski Radosław Klofta, a gdzie to niby on mieszka, jak nie na wsi zabitej dechami – mamrotałam, prowadząc mój rower, bo z pagórka bałam się zjechać na tej starej damce. Łańcuch w niej zgrzytał i pojękiwał, wywołując ciarki na moich plecach. W pałacowych ruinach ponoć nocami straszyło, a ja ciągle dreptałam wokół nich, wypatrując ścieżki. – Cholerny kmiotek! – wrzasnęłam, ale bardziej ze strachu niż ze złości, bo czekał mnie powrót przez las, ścieżki nie mogłam wypatrzeć, a słońce właśnie zachodziło. Zdesperowana posadziłam tyłek na siodełku, mocno chwyciłam kierownicę, nacisnęłam na pedały i zjechałam z pagórka prosto do lasu. Na moje szczęście trafiłam między drzewa, a nie w drzewo, ale i tak spadłam z roweru.

Do dzisiaj sama siebie podziwiam, że wtedy tak szybko wstałam, że nie wpadłam w panikę, patrząc, jak z rozciętego kolana płynie strużka krwi. Po prostu jednym ruchem podniosłam rower, jakby ten stary rupieć był lekki jak piórko, wsiadłam i pojechałam dalej, zupełnie niechcący trafiając na ścieżkę. Oglądałam się co jakiś czas, ale widząc jasny punkt wejścia do lasu, spokojnie jechałam. Jednak gdy za którymś razem się obejrzałam i już nie dostrzegłam jasnego punktu, poczułam lęk. Im głębiej wjeżdżałam w las, tym większy lęk mnie ogarniał. Lubię las. Lubię samotnie spacerować po lesie, ale nie po zachodzie słońca, kiedy drzewa przypominają wyglądem czarną ścianę. A gdy spojrzeć w górę, widać czarne gałęzie na tle nieba. Jakby zastygłe. Jest taki moment w lesie, tuż po zachodzie słońca, kiedy milknie śpiew ptaków. To właśnie tego momentu zawsze najbardziej się bałam, dlatego szybko wychodziłam, gdy jeszcze ostatnie promienie słońca oświetlały korony drzew. Lecz wtedy, tam w lesie, nie mogłam zawrócić, bo musiałabym się zatrzymać, żeby zsiąść z roweru, a ja, mimo lęku, czułam się wygodnie, siedząc na siodełku i patrząc z tej wysokości na coraz mniej widoczną ścieżkę. Poza tym zawracanie nie miało sensu, bo innej drogi niż ta przez las nie znałam. Oczywiście pamiętałam, że każdy rower ma lampę przy kierownicy. Każdy, ale nie ta stara damka z czasów – jak podejrzewałam – zaboru pruskiego. Mój pradziadek ze strony mamy, w którego żyłach płynęła ziemiańska krew, kolekcjonował szable i bagnety. Niestety, nie kolekcjonował karet. Niestety, bo jak można mieszkać w pałacu, a nie jeździć karetą? A syn pradziadka, czyli brat mojej babki, kolekcjonował rowery. I pewnie ta moja damka była z jego kolekcji. Rower dzienny, jak nazwał ją Radek, gdy przyjechał po mnie na swoim rowerze; z lampą przy kierownicy i światełkiem odblaskowym na tylnym zderzaku. Wstrętny kmiotek, pomyślałam znowu, mocniej naciskając na pedały. Skoro już się obraził, że nazwałam jego wieś zabitą dechami, i postanowił mnie ukarać, mógł odjechać na damce, a mnie zostawić swój rower. Nagle coś zazgrzytało. Zanim zrozumiałam, że spadł łańcuch – sama spadłam. I teraz ja zazgrzytałam zębami ze złości i bólu, bo uderzyłam tym krwawiącym kolanem w jakiś wystający z ziemi korzeń. Próbowałam rozmasować kolano, ale ból był jeszcze dotkliwszy, więc pojękiwałam, jakby to miało mi ulżyć, gdy nagle coś się poruszyło na gałęziach nade mną. Krzyknęłam, skuliłam ramiona, a po chwili usłyszałam: „Póóójdź. Póóójdź”. Sowa! Sowa pójdźka, zdaniem babki, zjawiała się tam, gdzie wyczuwała nadchodzącą śmierć. Babka, gdy czasem usłyszała to sowie kwilenie – dopowiadała: „Póóójdź w dółek pod kościółek”.

– Ale ja mam zranione tylko kolano – tłumaczyłam na głos, jakby sowa rozumiała ludzką mowę. – Tylko kolano! – krzyknęłam, gdy znowu się rozległo: „Póóójdź”.

Gałęzie poruszyły się mocniej, usłyszałam trzepotanie skrzydeł, a po chwili zrobiło się tak cicho, że ogarnął mnie jeszcze większy strach. Ale i złość na moją babkę, bo zakochała się, niestety z wzajemnością, w prostym wiejskim chłopie i zamieszkała z nim w wiejskiej chacie, a nie w pałacu, czyli – cytując słowa mamy z rozmowy, którą przed wyjazdem na wieś niechcący usłyszałam – babka „spaprała sprawę”. Gdyby nie spaprała, nie siedziałabym teraz na ziemi w lesie, tłumacząc sowie, że mam zranione kolano, tylko siedziałabym wygodnie w fotelu przy kominku w pałacu. Oprócz złości na babkę poczułam w sobie narastającą złość na wszystkich żyjących potomków naszej rodziny, bo nikt z nich nawet nie pomyślał o ratowaniu resztek świetności gniazda swoich przodków. Nikt oprócz mnie. Ja, jeśli nie umrę ze strachu, tu w tym lesie, obiecuję, że ukończę studia, pójdę do pracy i zacznę grać w gry liczbowe. A kiedy już wygram miliony, zajmę się odbudową pałacu. A potem zrobię z niego muzeum, a z siebie kustoszkę, i będę oprowadzać wycieczki, opowiadając im jakieś wymyślone historie rodzinne. Prawdziwych nikt nie chciałby słuchać. Takie było nudne to ziemiańskie życie moich przodków. Tak przynajmniej twierdziła moja babka, ta, która „spaprała sprawę”.

Nagle usłyszałam trzask gałęzi i szuranie, jakby jakieś zwierzę szło w moją stronę, a do tego pochrząkiwało. Zanim zdążyłam pomyśleć, że zaraz zginę, wdrapałam się na drzewo. Nie wiem, jak to zrobiłam, bo nigdy wcześniej nie wdrapywałam się na drzewa. Ale ponoć w chwilach zagrożenia adrenalina mobilizuje nasz organizm, aby użył wszystkich swoich sił. Dzięki adrenalinie siedziałam więc na gałęzi, czekając na rozwój wydarzeń. Najpierw dostrzegłam jakieś błyski w zaroślach, a po chwili te błyski zmieniły się w snop światła, który powędrował w stronę drzew. Muszę schować moje zwisające nogi, pomyślałam, i wtedy rozległ się kategoryczny głos Radka:

– Złaź.

Nawet nie drgnęłam. Zostawił mnie samą, a teraz mi rozkazuje?

– Liczę do trzech. Jeśli nie zleziesz, odjadę, a ty se nocuj na gałęzi jak sowa.

„Se nocuj” – przedrzeźniałam go w myślach.

– Zaczynam liczyć. Jeden…

– Se licz – mruknęłam.

– Nie chcę cię straszyć, ale to las mieszany.

– A co w tym strasznego? – zapytałam.

– Przewaga dębów i buków. Raj dla dzików. Siedzisz na buku. Bukiew to przysmak dzików. Liczę dalej. Dwa…

Spojrzałam w dół. Lampa przy rowerze Radka nie oświetlała już pnia. Gałęzie były słabo widoczne, ale nawet gdyby skierowano na nie wszystkie reflektory świata, nie wiedziałabym, jak zleźć. Tym bardziej że wdrapałam się pod wpływem adrenaliny, a ta ulotniła się ze mnie jak kamfora.

– Dwa i pół. – Głos Radka był coraz bardziej ponaglający.

– Ale… – zaczęłam z zamiarem spytania, jak zleźć, jednak powstrzymała mnie duma.

Prawą dłonią chwyciłam mocno konar gałęzi, tuż przy lewej dłoni, przekręciłam lekko tułów i się zsunęłam. Moje nogi dyndały teraz nad głową Radka.

– Cyrkówka – zaśmiał się. – Chłopoki we wsi mi nie uwierzą, jak im opowiem.

„Chłopoki” – znowu przedrzeźniałam go w myślach.

– Cyrkówka – chichotał. – Wleźć wlazła, ino teraz nie wie…

Umilkł, bo zeskoczyłam, zapominając o bolącym kolanie, ale nawet nie upadłam. Ujęłam się pod boki i zagroziłam:

– Tylko spróbuj komuś powiedzieć.

– Wszystkim chłopokom w mojej wiosce opowiem.

– Tak? To ja im opowiem, jak uciekałeś przed dzikami, gdy przyszły pod to drzewo.

Radek zaniósł się śmiechem.

– Jakie dziki? W tych lasach nie ma dzików. A nawet gdyby były, to bukiew dojrzewa dopiero jesienią. Ale miastowa panna o tym nie wie. Nie uważało się na lekcjach, prawdaa?

– Prawdaa – powtórzyłam, przeciągając ironicznie końcówkę słowa. – Naucz się poprawnie wymawiać, poznańska pyro!

– Przyganiał kocioł garnkowi. Myślisz, że jak się urodziłaś we Wrocławiu, to mówisz czysto? Zaciągasz, jakbyś była zza Buga!

Zrozumiałam „zabuga” i ogarnęła mnie złość, że on znowu mnie przezywa.

– Sam jesteś zabuga!

– Zza Warty.

Zawarty? Nie wiem, o co mu chodzi. Wzruszyłam ramionami.

– Rzeka Warta. Nie uważało się na geografii, prawdaa? Prawda? – poprawił się.

– Wróciłeś, żeby się ze mnie naśmiewać? Było nie wracać. Sama bym sobie poradziła.

– Nocując na drzewie?

– Tak!

– Po co lazłaś na drzewo, kiedy spadł łańcuch w twoim rowerze?

– Skąd wiesz, że spadł? Nie podniosłeś mojej damki. Leży na ścieżce za twoimi plecami.

– Usłyszałem, jak spadł.

– Nieprawda. Nie mogłeś usłyszeć. Nie popisuj się.

– Gdybyś nie zjechała z pagórka, tylko sprowadziła rower, a potem przeszła wzdłuż lasu, zauważyłabyś dukt i jechałabyś wygodnie, a nie męczyła się na nierównej ścieżce.

Pociemniało mi w oczach ze złości.

– Nie odjechałeś, tylko ukryłeś się w lesie, żeby mnie podglądać?!

– E tam, podglądać. Jechałem obok, tym duktem. Byłem ciekawy, jak sobie poradzisz.

– Strasząc mnie dzikami?!

– Żartowałem.

– W dupie mam takie żarty!

Odwróciłam się i poszłam przed siebie, ale nagle krzyknęłam. Rozcięte i stłuczone kolano zabolało tak mocno, że nie mogłam się poruszyć.

– Zobaczyłaś dzika? – krzyknął, śmiejąc się, Radek. – Ej! No! Co tak stoisz, jakbyś wrosła w ziemię?

Zagryzając z bólu wargi, przeszłam kilka kroków, kulejąc, i nagle poczułam, że Radek chwyta mnie za ramię. Chyba naprawdę był przejęty, bo zaczął mówić gwarą, narażając się na moje docinki.

– Coś się stało? Godej, dzioucha.

– Jesteś lekarzem? Nie. Po co mam gadać.

– Chcesz tak stać na zawsze? To se stój.

Puścił moje ramię, a ja aż się zachwiałam.

– Bohaterka – parsknął. – Godej, co ci jest?

– Uderzyłam się w kolano, a wcześniej je rozcięłam, gdy spadłam z roweru.

Radek wyjął z kieszeni latarkę, zapalił ją, przykucnął i po chwili usłyszałam jego głos, ale wcale nie pełen współczucia, tylko lekceważący:

– Łeee tam, ino małe zadrapanie i trochę stłuczenia. Nasz źrebak też tak wczoraj miał, jak byłem z nim na łące. Przyłożyłem liście babki, okręciłem szmatką, przewiązałem sznurkiem i źrebak dziś rano znowu hulał po łące. No tak, ale ja teraz nie mam ani liścia babki, ani szmatki, ani sznurka.

– Nie jestem źrebakiem.

– No i co z tego? Kolano to kolano. Już wiem, co zrobię. Oderwę od twojej kiecki falbankę, okręcę nią kolano. A potem pomogę ci usiąść na ramie i będę prowadzić rower aż pod waszą chałupę.

Nie zaprotestowałam.

Moja damka została w lesie. A ja, siedząc bokiem na ramie (tak na pewno siedziały na koniach moje ciotki ziemianki ze średniowiecza) jechałam na rowerze, który prowadził Radek. Nawet sobie wyobraziłam, zamykając oczy, że jadę na koniu, a Radek jest moim giermkiem; przystojnym, o czarnych kręconych włosach. Ale gdy rozchyliłam powieki i ujrzałam w świetle księżyca wysoką sylwetkę chudego chłopaka o okrągłej twarzy, z włosami białymi jak mleko, sterczącymi na wszystkie strony – westchnęłam rozczarowana.

– Nie wzdychaj. Już jesteśmy przed waszą chałupą.

– Zagrodą – poprawiłam.

– Wszystko jedno – mruknął. – Jak tam kolano? Boli?

– Trochę.

– Do wesela się zagoi. A teraz złaź z roweru – powiedział, przystając. – Drzwi chaty masz blisko. Dasz radę.

– Tak. Dobranoc. Dziękuję.

– Kmiotkowi dziękujesz? – udał zdziwienie.

Zaśmiał się, wsiadł na rower i odjechał.

Chciałam krzyknąć za nim „przepraszam”, ale nagle dotarło do mnie, że tym krzykiem obudzę ciotkę i babkę. Jutro go przeproszę, pomyślałam, otwierając drzwi i wchodząc do sieni. Starałam się zachowywać cicho, nawet nie zapaliłam światła, ale w sieni stały graty, z którymi moja ciotka nie potrafiła się rozstać; biała toaletka z pękniętym lustrem i białe krzesło z wysokim, nadłamanym oparciem, pozostałości z umeblowania sypialni mojej prababki ziemianki, a przynajmniej tak twierdziła jej wnuczka, czyli ciotka Eleonora. Ostrożnie, by nie potrącić żadnego z gratów, przeciskałam się pomiędzy krzesłem a toaletką. I kiedy byłam już pewna, że mi się to udało, usłyszałam za plecami brzęk tłuczonego szkła. Skuliłam ramiona. Zaraz się zacznie, pomyślałam. Nie czekałam długo. Drzwi od izby, w której spały babka i ciotka, otworzyły się.

– Coś ty narobiła! – wykrzyknęła ciotka Eleonora. Miała na sobie białą flanelową koszulę nocną, długą aż do kostek. Wyglądała w niej jak zjawa.

– To lustro już było pęknięte – przypomniałam. – Rano wyzbieram wszystkie odłamki szkła.

– Nie o lustro chodzi. Cała wieś nas weźmie na języki. Jutro skoro świt musisz wyjechać. Sama cię odwiozę bryczką na stację.

– Ciociu, a co ja złego zrobiłam?

– Włóczysz się po nocy ze szczunem.

– Nieprawda. To Radek Klofta.

– Przecież mówię, że ze szczunem.

– Ale ja… – zaczęłam i nagle za plecami ciotki rozległ się zaspany głos babki:

– Nie pozwolę, żebyś porządnym kobietom, wdowie i pannie, spaprała opinię.

I kto to mówi?! Kobieta, która „spaprała sprawę”! Już chciałam jej to przypomnieć, ale ciotka Eleonora popchnęła mnie lekko w stronę mojej izby, udając, że nie zauważa, albo naprawdę nie widząc mojego kolana przewiązanego falbanką urwaną od sukienki.

– Zacznij się pakować – rozkazała.

– I zapomnij, że go znałaś – poradziła babka, a po chwili dodała trochę niewyraźnie, ale ja zrozumiałam: – Dla twojego dobra.

To właśnie tamtej nocy nabrałam podejrzeń, że moja babka żałuje, że poślubiła prostego, wiejskiego chłopa. Nawet wtedy pomyślałam, pakując do walizki ubrania, że babka nigdy nie pasowała do dziadka. Zawsze wyróżniała się we wsi swoim wyglądem i taktownym zachowaniem. Czy jej nie przeszkadzało, że dziadek przy niej nie nabrał dobrych manier? Gdy szli razem, nikomu, kto ich nie znał, nawet do głowy by nie przyszło, że są małżeństwem i rodzicami trzech córek. Ona wysoka, szczupła, ładna, a dziadek niższy od niej, tęgi, z twarzą jak u chłopa na obrazie Bociany Józefa Chełmońskiego. Dlaczego się w nim zakochała? Co takiego było w tym wiejskim chłopie, że nie chciała na męża ziemianina? – zastanawiałam się, leżąc już w łóżku. Nigdy wcześniej nie miałam odwagi, by zadać te wszystkie pytania mojej mamie, i nie miałam też odwagi, by zapytać babkę. Dlatego, już zasypiając, postanowiłam, że jutro spytam o to jej córkę, a moją ciotkę.

Obudziło mnie pukanie w drzwi.

– Wstawaj! – rozległ się za nimi głos ciotki Eleonory.

– Zaraz – wymamrotałam, naciągając pierzynę na ramiona.

Miałam nadzieję, że ciotka i babka jednak zmienią decyzję. Bo przecież tak naprawdę nie zrobiłam nic złego, a nawet, moim zdaniem, oddałam im przysługę, pokazując z dumą prostemu, wiejskiemu chłopakowi ślady naszego ziemiańskiego pochodzenia. Niestety, ponowne stukanie w drzwi odebrało mi tę nadzieję.

– Konie już zaprzężone – zameldowała ciotka.

Dwie jędze, pomyślałam. Skazać mnie na wygnanie tylko dlatego, że pokazałam Radkowi ruiny naszego pałacu, i to narażając własne życie, bo mój upadek z roweru mógł być śmiertelny. Ale oczywiście dla babki oraz ciotki ważniejsza jest teraz opinia ludu wiejskiego. A przecież Radek to też lud wiejski, dlaczego żadna z nich nie zapyta go o zdanie na mój temat?

– Wstałaś?! – Głos ciotki za drzwiami rozpędził moje myśli.

– Wstałam!

Odgarnęłam na bok pierzynę i wygramoliłam się z łóżka.

W izbie było prawie ciemno, bo wczoraj w nocy nie rozsunęłam zasłonek w oknie, tak jak to robiłam każdej poprzedniej, żeby obserwować niebo przed zaśnięciem. Idąc w stronę drzwi, namacałam na ścianie okrągły przełącznik, przekręciłam, mówiąc językiem dziadka, „dynks” i w izbie zrobiło się jasno.

Mój dziadek doczekał podłączenia „elektryki” w swojej zagrodzie, ale długo się nią nie nacieszył. Którejś nocy wszedł do stajni, przekręcił dynks, a ponieważ stał od tyłu konia, ten go kopnął, zanim dziadek zdążył się odezwać. Koń potem rżał tak długo, aż obudził babkę. Ale na pomoc dla dziadka było już za późno.

Babka, kiedy już przeanalizowała, jak doszło do tego tragicznego wypadku, przeklęła elektryfikację wsi. Moim zdaniem niepotrzebnie. Bycie wdową, z pochodzenia ziemianką, jest chyba lepsze niż bycie żoną chłopa. Nigdy nikomu tego nie powiedziałam, ale podejrzewam, że moja mama miała to samo zdanie, bo po śmierci dziadka jeździła na wieś w odwiedziny częściej niż za jego życia.

– Chcesz iść pieszo do miasteczka?!

Zirytowany głos ciotki przypomniał mi, że zamiast stać przed ścianą, gapić się na dynks i wspominać dziadka, powinnam się umyć. Ale szybko zdecydowałam, że tylko ochlapię twarz wodą. Reszta ciała niech czeka na mój powrót do domu, gdzie w łazience stoi wygodna wanna, do której można w każdej chwili napuścić ciepłej wody, a nie grzać w garach, ale najpierw trzeba ją jeszcze przynieść ze studni, spuszczając do niej wiadro na łańcuchu, a potem wciągać je z powrotem, kręcąc korbą. A jeszcze później trzeba rozpalić ogień w piecu. Przyrzekłam sobie wtedy, pochylona nad miską z wodą, stojącą na taborecie, że nigdy w życiu nie wyjdę za mąż za wiejskiego chłopa i nie zamieszkam z nim w jego chacie, nawet gdyby ta chata miała trzy izby. Wycierając twarz ręcznikiem, pomyślałam, że powinnam też umyć kolano, tym bardziej że falbanka, którą Radek je okręcił, zjechała do kostki, odkrywając strup i zaschniętą strużkę krwi. Delikatnie, cicho pojękując, bo jednak jeszcze bolało, przetarłam mokrym ręcznikiem zranione miejsce. Falbankę zwinęłam i schowałam do walizki. Nie będę tu zostawiać żadnych śladów mojego pobytu, postanowiłam, chowając też do walizki uszkodzoną sukienkę.

Kiedy wreszcie wyszłam z izby i przechodząc przez sień – uważnie, by nie rozdeptać na miazgę odłamków stłuczonego wczoraj w nocy lustra – weszłam do kuchni, ciotka Eleonora załamała ręce na mój widok.

– Wyglądasz jak topielica. Zapleć warkocz.

– Nie mam czasu. Konie już zaprzężone – odparłam złośliwie.

– Konie mogą zaczekać. Pleć warkocz. Ja uszykuję ci jedzenie.

Postawiłam walizkę przy krześle, usiadłam i zaplatając włosy w długi warkocz, obserwowałam ciotkę; zanim odkroiła z bochenka pierwszą kromkę, nakreśliła na nim nożem znak krzyża.

– Wczoraj upiekłam trzy – powiedziała, smarując kromki masłem. – Dwa zabierzesz ze sobą – dodała i wyjęła z szafki biały ser owinięty w lnianą ściereczkę.

Skończyłam zaplatać warkocz, sięgnęłam po kanapkę.

– Dwa bochenki, ser i osełkę masła już zapakowałam. – Ciotka wskazała głową na tekturowe pudełko obwiązane sznurkiem.

O mało się nie udławiłam kęsem chleba. I wcale nie dlatego, że kromki były za grube. Mam podróżować z czymś takim?

– Zrobię ci herbatę – zaproponowała ciotka – bo jesz na sucho.

Patrząc, jak wsypuje do imbryczka herbatę ulung, a potem wlewa do niego wrzątek z czajnika, obmyślałam plan pozbycia się tekturowego pudełka. Zostawię je w bryczce. Udam, że zapomniałam zabrać przy wysiadaniu.

– Pij. Tylko ostrożnie, bo gorąca – ostrzegła, przesuwając w moją stronę fajansowy kubek z herbatą. – Będziesz jeść w pociągu?

– Nie. Nigdy nie jem podczas podróży – skłamałam na myśl, że ciotka zapakuje mi do innego pudełka grube kromki chleba przełożone białym serem.

Kończyłam właśnie jedzenie i picie herbaty, gdy do kuchni weszła babka.

– Matce powiesz – zwróciła się do mnie – że wyjechałaś, bo nudno ci tu było.

– Mam okłamać ma…

Umilkłam, bo babka spojrzała na mnie tak, że aż poczułam ciarki na plecach.

– To ja twój tyłek ratuję, a ty mi namawianie do kłamstwa zarzucasz?

– Nie, babciu, nie. Tylko… ja nigdy nie kłamię.

– Nigdy? Aha. To powiedz mamie prawdę. A naszą wieś zobaczysz dopiero jak skończysz osiemnaście lat. I dobrze. Co zmalujesz, pójdzie na twoje konto.

– Ja… – zaczęłam, ale babka machnęła ręką, położyła na stole pieniądze, mówiąc, że to na bilet, a potem mruknęła: „Jedź z Bogiem”, i wyszła z kuchni.

– Co, ja? – odezwała się ciotka. – Co chciałaś powiedzieć?

– Ja już jestem dorosła.

Takiego śmiechu ciotki nigdy przedtem nie słyszałam.

– A toś mnie ubawiła – powiedziała, ciągle jeszcze się śmiejąc. – „Ja już jestem dorosła” – powtórzyła, naśladując mój głos. – To może zrękowiny ci urządzimy?

– Nigdy w życiu nie zakocham się w chłopaku ze wsi.

Ciotka westchnęła. A po chwili usłyszałam:

– Zarzekała się żaba błota.

– Wiem, co mówię.

– Radek w mieście Łodzi na leśnika się kształci.

– Co mnie to obchodzi – odparłam, wzruszając ramionami.

– Długo tam jeszcze będziecie gadać?! – dobiegł nas zza ściany krzyk babki. – Odwieź ją na pekaes i wracaj. Krowy trzeba wydoić!

– Już wychodzimy! – odkrzyknęła ciotka. – Schowaj dobrze do kieszeni swetra pieniądze na bilet, bierz walizkę, ja wezmę pudełko.

– Do widzenia, babciu! – wrzasnęłam w sieni.

– Do zobaczenia! Za trzy lata.

Ciotka otworzyła drzwi chaty.

Na zewnątrz było szaro, słońce jeszcze nie wzeszło, a srebrną kulę księżyca zakrywały chmury. Kiedy zajęłyśmy już miejsca obok siebie w bryczce, ciotka zapytała:

– Co mam odpowiedzieć Radkowi, kiedy spyta o ciebie?

– Nic. Sama powiedziałaś, że to szczun.

Śmiech ciotki był za odpowiedź. Zanim szarpnęła lejcami, Dingo podbiegł do bryczki.

– Żegnaj, piesku – powiedziałam szybko, bo czułam, że jeszcze słowo, a zacznę skomleć jak on.

– Wracaj do budy – odezwała się ciotka.

Zrobiła ręką znak krzyża w powietrzu, a potem, szarpiąc delikatnie lejcami, cmoknęła.

Konie ruszyły.

Dingo podwinął ogon i poszedł w stronę budy.

Piaszczystą drogą przez wieś w stronę miasteczka jechałyśmy w milczeniu. Patrzyłam na rosochate wierzby, na chaty o bielonych ścianach, na dachy kryte słomą – i czułam w sercu smutek. Znałam wszystkich mieszkańców w tej maleńkiej, bo liczącej tylko trzydzieści zagród wiosce. Nie było w niej kościoła ani szkoły, a największą izbę w chacie sołtysa przeznaczono na sklep typu „szwarc, mydło i powidło”. Kiedy byłam małym dzieckiem, rodzice przywozili mnie tu ze sobą na czas ich urlopu, a gdy poszłam do szkoły, spędzałam na tej wsi każde wakacje. Biegałam boso z dziećmi po łąkach, a Dingo gonił za nami, głośno szczekając, ale nigdy nikogo z nas nie ugryzł. Kąpaliśmy się w stawie, Dingo razem z nami, bo na łące przy zagrodzie dziadka był płytki staw, służył do pojenia krów. A gdy po deszczu podwórko było upstrzone kałużami, taplałam się z dziećmi w błocie. Piłam mleko prosto od krowy, pomagałam w robieniu masła, ubijając w maselnicy śmietanę, zbierałam jajka, które kury znosiły tam, gdzie im się podobało, a nie w miejscu, które wyznaczyły babka i ciotka. Kiedy nauczyłam się jeździć na rowerze, sama zwiedzałam okoliczne wioski.

Ale tych moich samotnych rowerowych wycieczek nie lubiła ciotka Eleonora i któregoś dnia zakazała ich, tłumacząc, że gdyby coś mi się stało, moja mama udusiłaby ją własnymi rękami. Wróciłam więc do zabaw z dziećmi, ale bawiłam się już tylko z dziewczynkami. Chłopaków nie lubiłam, bo naśmiewali się, wołając za mną: „miastówka”. Ale odkąd skończyłam czternaście lat, przestali, może dlatego, że przewyższałam ich wzrostem i bali się, że mogę skopać im tyłki. Jedynie Radek czasem mi dokuczał, ale on był najwyższy ze wszystkich chłopaków w tej wsi.

Och, chyba diabeł mnie skusił, żebym pojechała z Radkiem oglądać ruiny, pomyślałam ze złością. Zostałabym na wsi i teraz spałabym pod pierzyną, a nie kuliła się z zimna (ranek był chłodny), ubrana w kretonową sukienkę i sweter, siedząc obok ciotki, która miała na sobie spodnie, buty oficerki, męską koszulę, męską marynarkę i gdyby nie warkocz jej ciemnych włosów opleciony wokół głowy, wyglądałaby jak mężczyzna.

– Ciociu, lubisz swoje imię? – zagadnęłam, kiedy byłyśmy już w połowie drogi. Skończyły się zabudowania, a dookoła nas rozpościerały się pola pokryte stogami ułożonymi z kilku snopów zbóż, stojącymi w równych rzędach. Wcześniej milczałam, bo ciotka tylko mamrotała do koni: „Wiśta, wio”.

– Nie lubię. Moja matka dała nam, mnie i moim siostrom, za piękne imiona. Przecież wiedziała, że będzie mieszkać w wiejskiej chacie. Co mi z tego, że mam na imię Eleonora, jak we wsi wołają na mnie Norka, a na moją siostrę Konstancję Kostka. Tylko twojej mamie się udało, bo imienia Anastazja nie ma jak udziwnić.

– Tata mówi czasem do niej Taśka.

Ciotka roześmiała się na całe gardło, a ja poczułam się jak zdrajczyni tajemnic rodzinnych.

– Czy to może być nasz sekret? – zapytałam.

– Może być – oznajmiła, gdy przestała się śmiać. – Ale Norka jest ładniejsze. Taśka brzmi podobnie jak Leośka.

– Babcia lubi swoje imię, Leokadia.

– Lubi. Ale on je przerobił na Leośka.

– On? To znaczy kto?

– Nie ciągnij mnie za język. I tak już dużo wypaplałam.

Dużo. Ale nie wszystko.

– Babcia bardzo kochała dziadka – zaczęłam stwierdzeniem, szykując się, aby zadać te pytania, których nie miałam odwagi zadać ani mojej mamie, ani babce: – Dlaczego ona się w nim zakochała? Co takiego było w tym prostym, wiejskim chłopie, że nie chciała na męża ziemianina?

– Ty masz dopiero piętnaście lat, zajmij się rozmyślaniem o szkole.

– Urodziłam się w styczniu, więc mam piętnaście i pół.

– Dodawaj sobie lat, dodawaj. Jak będziesz w moim wieku, zaczniesz odejmować, bodaj ten jeden miesiąc.

– A ile ty masz lat, ciociu?

– Czterdzieści.

Jaka stara, pomyślałam, zapominając, że moja mama jest tylko o dwa lata od niej młodsza. Ale ja od dziecka patrzyłam na mamę jak na kogoś, kto się nie starzeje.

– I nie masz jeszcze męża? – palnęłam szczerze zdziwiona. – Przecież jesteś najładniejsza ze wszystkich sióstr – dodałam szybko, by naprawić gafę.

Jednak powiedziałam nieprawdę, bo od dziecka uważałam, że najładniejsza jest moja mama. Ale chyba każde dziecko, dopóki nie dorośnie, uważa, że jego mama jest najładniejsza na świecie.

– Ja? Najładniejsza? – zdziwiła się ciotka. – Powtórz to mężowi Konstancji.

Konstancja, najmłodsza siostra mojej mamy i ciotki Eleonory, poślubiła syna kowala, starszego od niej o dziesięć lat. Zaraz na drugi dzień po ślubie Konstancja i Eleonora przestały się do siebie odzywać. Nikt z rodziny nie wiedział, co było powodem, ale ja, gdy miałam dwanaście lat, podsłuchałam, jak babka tłumaczyła ciotce Eleonorze, że serce nie sługa. Dlatego teraz domyśliłam się, że powodem wzajemnego milczenia obu sióstr jest syn kowala. A raczej jego wybór Konstancji, a nie Eleonory na żonę.

– Serce nie sługa – odparłam, cytując słowa babki. Szybko pożałowałam.

Ciotka szarpnęła lejcami, krzyknęła: „Wio!”, i konie zaczęły galopować.

Trzymałam się boków bryczki, modląc się w duchu, żeby z niej nie wypaść.

W końcu, czując, że palce mi ścierpły, powiedziałam:

– Syn kowala na pewno żałuje, że ciebie nie chciał.

Lejce znowu poszły w ruch, ale tym razem mocne ściągnięcie przyhamowało galop koni.

– On mnie? – wykrzyknęła ciotka. – To ja go nie chciałam. A on z zemsty rozgadał po wsi, że przejrzał na oczy i już widzi, że jestem najbrzydsza i najgłupsza z trzech sióstr. Zakręcił się koło Konstancji, dzieciaka jej zmajstrował, to i do ołtarza poszli. Ale dlaczego powiedziałaś „serce nie sługa”? Powiesz mi? – dopytywała.

– Powiem. Pod warunkiem, że ty odpowiesz na moje pytania; dlaczego babcia zakochała się w dziadku? Co takiego w nim było, że nie chciała na męża ziemianina?

– Sprytna jesteś jak na te swoje piętnaście lat. Na pewno zajdziesz dalej niż ja. Czwarty krzyżyk dźwigam na grzbiecie razem ze staropanieństwem. Byle kogo na męża nie chciałam i nie chcę, a i mnie na żonę nikt znaczny też nie chciał i nie chce. Ale tak to jest, jak kobieta przebiera w kawalerach.

– Babcia nie przebierała?

– Namolna jesteś jak mucha.

– Zawrzyjmy umowę. Ja zdradzę, dlaczego powiedziałam „serce nie sługa”, a ty…

– Odpowiem ci, dlaczego twoja babka poślubiła…

– Antoniego Wymborka – podpowiedziałam, bo ciotka nagle umilkła.

– Niestety – mruknęła.

Spojrzałam na nią zdziwiona.

– Nie kochałaś własnego ojca?

– Nie zadawaj pytań, tylko zacznij słuchać. Ale przedtem przysięgnij mi, że nigdy nikomu nie powtórzysz tego, co ode mnie zaraz usłyszysz.

– Przysięgam – powiedziałam, drżąc z podekscytowania.

– Moja mama, kiedy była trochę starsza od ciebie, zakochała się w arystokracie, ale bawidamku i obieżyświacie. Wszyscy ostrzegali ją, tłumacząc, że młody hrabia to oszust, a do tego hazardzista. Lecz ona nikogo nie słuchała. I stało się najgorsze. Ukochany uwiódł ją, a gdy mu powiedziała, że spodziewa się dziecka, hrabia na drugi dzień uciekł za granicę. A ona z rozpaczy rzuciła się do rzeki. Ale widocznie opatrzność czuwała nad tym nienarodzonym dzieckiem, bo w tym samym czasie przejeżdżał tamtędy na furmance chłop z pobliskiej wsi. Uratował ją, ale gdy mu opowiedziała, co ją spotkało, nie wiedział, co ma dalej robić. On, prosty chłop z chaty krytej słomą. Ona, ziemianka ze dworu.

– Z pałacu – poprawiłam.

– Nie znasz różnicy między dworem a pałacem – ofuknęła mnie.

Zbuntowałam się w myślach. I to wtedy, tamtego dnia, postanowiłam, że już zawsze będę nazywać ruiny dworu ruinami pałacu. Ale zakończyłam ugodowo na głos:

– Ziemiaństwu też się zdarzało mieszkać w pałacach.

Ciotka westchnęła i pokręciła głową z politowaniem.

– Uważaj, bo skończysz jak ja. W staropanieństwie.

– Powiedziałaś, że zajdę dalej niż ty.

– Jak będziesz się stroić w cudze piórka, to zajdziesz… donikąd.

– Babcia ustroiła się w chłopskie piórka. Ja bym nigdy tak nie zrobiła. Na jej miejscu wolałabym się utopić.

– Przestań pleść bzdury, bo cię wyrzucę z bryczki! Nawet nie pomyślałaś o dziecku!

– O jakim dziecku? Aaa, przecież ona nosiła w sobie dziecko hrabiego.

– Dziewczynkę.

Aż podskoczyłam.

– Dziewczynkę? To znaczy…

Serce zaczęło mi walić, bo oto zaraz usłyszę, że w żyłach mojej mamy płynie czysta błękitna krew. Tym bardziej że nagle odkryłam, patrząc teraz na ciotkę Eleonorę, że moja mama wygląda starzej od niej.

– To znaczy, że nieślubnym dzieckiem jestem ja.

Pociemniało mi w oczach.

– Nieprawda! – krzyknęłam.

– Też się nie mogłam z tym pogodzić. Ale to prawda – dodała ciotka ze smutkiem w głosie.

Wpadłam w rozpacz. Byłabym wnuczką hrabiego, a tak jestem wnuczką prostego chłopa o twarzy jak z obrazu Chełmońskiego. Westchnęłam ciężko.

– Kochana jesteś, że wzdychasz nad moim losem – powiedziała ciotka.

A tam nad twoim, odburknęłam w myślach. Nad sobą wzdycham. Jestem córką kobiety, która nie jest nieślubnym dzieckiem hrabiego.

– Słońce wschodzi – odezwała się ciotka – niebo jest bez chmur. Zapowiada się piękny dzień. W sam raz na zwózkę zboża.

– A co mnie to obchodzi? – Wzruszyłam ramionami. – Ja nie siałam żadnego zboża.

– Sieje się ziarno. Zbiera się zboże. Zapamiętaj.

– Nie muszę. Jestem z miasta.

– Znasz powiedzenie; co rzucisz za siebie, znajdziesz przed sobą?

– Nie znam wiejskich powiedzeń.

Ciotka się uśmiechnęła, a po chwili powiedziała:

– Nie odgradzaj się od własnej rodziny. Nawet jeśli ta rodzina nie jest taka, jaką chciałabyś mieć.

– Gdyby babcia Leokadia nie wskoczyła do rzeki akurat wtedy, gdy przejeżdżał tamtędy Antoni Wymborek…

– Nie byłoby na świecie ani mnie, ani ciebie.

Westchnęłam ze smutkiem. Ale wcale nie nad losem babki, tylko nad jej pechem; mieć dziecko z arystokratą, a być uratowaną przez wiejskiego chłopa… Tragedia na całe życie. Znowu westchnęłam. Tym razem głęboko.

– Nie wzdychaj. Już postanowiłaś, że nie poślubisz wiejskiego kawalera.

Wiedziałam, że ciotka żartuje ze mnie, ale nie miałam ochoty na przekomarzanie się z nią. Ona to ma szczęście, rozmyślałam, obserwując ją dyskretnie. Co z tego, że nie jest ubrana jak arystokratka, jeśli w każdej chwili może udowodnić, że w jej żyłach płynie błękitna krew. Nagle wpadł mi do głowy pomysł, by spytać ciotkę o nazwisko jej ojca. Przecież zawsze mogę je wymienić „niechcący” podczas rozmowy z moimi koleżankami w szkole.

– Ciociu, masz wpisane imię i nazwisko swojego ojca w metryce urodzenia? – zagadnęłam, moim zdaniem, dyplomatycznie.

– Mam.

Wstrzymałam oddech i czekałam z głośno bijącym sercem. Ale ciotka nie spieszyła się z odpowiedzią. Patrzyła na pola pokryte stogami ułożonymi ze snopków zboża, które oświetlone promieniami wschodzącego słońca wyglądały jak ze złota.

– Ciociu, a dlaczego na tych polach zostały kępy nieskoszonego zboża? Ktoś zapomniał je skosić?

– Nie zapomniał. To „pępki.” Taka nasza tradycja. Będą z nich uplecione dożynkowe wieńce. A co się stało, że tak nagle interesujesz się wiejskimi polami?

I co mam teraz zrobić? Przecież nie odpowiem, że chciałam się podlizać, aby ciotka wyjawiła mi imię i nazwisko swojego ojca.

– Powiedziałaś, żebym się nie odgradzała od własnej rodziny, a więc chciałam wiedzieć, dla…

– A więc powiem ci – przerwała – że w metryce urodzenia mam wpisane imię i nazwisko ojca: Antoni Wymborek.

Zaraz zemdleję, pomyślałam, czując szum w uszach. Która matka mogłaby zrobić coś takiego własnemu dziecku?! Oczywiście moja babka! Nie dość, że „spaprała sprawę”, to jeszcze pozbawiła swoją córkę arystokratycznego nazwiska!

– Coś tak ucichła?

– Rozmyślam nad decyzją babci. Gdybyś nosiła hrabiowskie nazwisko…

– Byłabym pośmiewiskiem na całą wieś. Nie tylko ja. Moja matka i Antoni też. Przerwałaś mi, to teraz słuchaj dalej; Antoni zabrał matkę do swojej chaty…

– Tej, w której teraz mieszkasz.

– Nie przerywaj mi z byle powodu!

– Przepraszam.

– Zabrał moją mamę do swojej chaty, a że był sierotą, bo jego ojciec zginął na wojnie, a matka zmarła na chorobę płuc…

– Gruźli… – zaczęłam, ale szybko umilkłam.

– Nikt mu wyrzutów nie robił, że przywlókł do chaty znajdę.

– Znajdę?! Przecież dla niego to był skarb!

– Przerwij mi znowu, a ciąg dalszy gówno usłyszysz

– Przepraszam. Już nie będę. Tylko jeszcze spytam; czy nikt we wsi nie rozpoznał babci? Na pewno różniła się urodą od zwyczajnych chłopek.

– Do dworu było ponad szesnaście kilometrów. Kto by tam chodził sprawdzać, czy któraś ziemianka nie zaginęła. A co do urody chłopek, trafiały się śliczne dziewczyny, szczególnie w tych rodzinach, gdzie żony chłopów…

– Pracowały w pałacach – podpowiedziałam, bo ciotka zamilkła.

– Były na służbie u panów.

– No i role się odmieniły – westchnęłam ze smutkiem. – Ziemianka przyszła na służbę do chłopa.

– Oj, dziewucha… – Ciotka również westchnęła. – Pokory ci brakuje. Ale młoda jeszcze jesteś. Z czasem dostaniesz kilka kopniaków od życia i spokorniejesz.

– Babcia spokorniała, gdy Antoni Wymborek ją uratował?

– Przyjęła ten ratunek jako dar od Boga.

– Bez sensu – jęknęłam. – Mogła zaczekać na kogoś…

– Topiąc się w rzece?

Wzruszyłam ramionami.

– Antoni Wymborek był dobrym człowiekiem. Nigdy nie robił różnicy w traktowaniu mnie i moich sióstr. Ale…

A jednak jest jakieś „ale”.

– Dopóki byłam dzieckiem, nie drażniło mnie jego zachowanie. Ale kiedy podrosłam, zaczęło mnie drażnić, gdy poklepywał moją mamę po tyłku, jak swoją klacz. Drażniło mnie, że podczas jedzenia siorbał i mlaskał…

– Ja wiem – przerwałam – dlaczego cię to drażniło. Odezwały się w tobie geny biologicznego ojca. Jak on się nazywał? – zapytałam, udając, że robię to bezwiednie.

– Myślisz, że jesteś bystra? Nie jesteś. I to cię kiedyś zgubi. A wracając do nazwiska mojego ojca, przysięgłam matce, że nikomu nie powiem.

– Zabierzesz tajemnicę do grobu?

O mało się nie rozpłakałam. Byłam już blisko odkrycia tajemnicy rodzinnej i nagle jedna przysięga wszystko zniszczyła.

– To przez tę błękitną krew jestem starą panną.

– Zamiast się nad sobą użalać, przyjmij hrabiowskie nazwisko swojego ojca.

– I wyrządź krzywdę własnej matce? Nigdy.

– Ona też cię skrzywdziła. Czas wyrównać rachunki.

Ciotka się nie odezwała. A ja aż dygotałam z rozpaczy, że oto ucieka mi szansa na wymówienie „niechcący” hrabiowskiego nazwiska w rozmowach z koleżankami w szkole i wyjaśnienie, że siostra mojej mamy jest hrabianką z pochodzenia. Oczywiście opowiedziałabym o nieszczęśliwej miłości, ale to hrabia skoczyłby do rzeki i utonął, bo jego rodzina zabroniła mu się ożenić z ziemianką noszącą w łonie jego dziecko.

– Ciekawa jestem, po kim ty odziedziczyłaś mściwość – powiedziała nagle ciotka. – Nikt z naszej rodziny nie był i nie jest mściwy.

– Yyy… Może po hrabim? Z zemsty, że babcia chciała go wrobić w dziecko, uciekł za granicę.

– Po hrabim? Nie jesteś jego wnuczką. A jego ucieczka to tchórzostwo, a nie mściwość. Poza tym moja matka go kochała i nie myślała o wrabianiu go w dziecko.

– I nagle, szast-prast, zakochała się w Antonim Wymborku?

– Miasteczko już widać – odezwała się ciotka po dłuższej chwili. – Wysiądziesz w bocznej uliczce, na Rynek nie wolno wjeżdżać końmi. Nie wiem, kiedy znowu do nas przyjedziesz, ale wiem, że nie wcześniej jak za trzy lata, bo moja matka, jak coś postanowi, to nigdy zdania nie zmienia.

Teraz ja się nie odezwałam. W milczeniu minęłyśmy białą kapliczkę z figurką Matki Boskiej, przy której stały dwa bukiety z ciętych różowych astrów w słoikach z wodą, i wjechałyśmy na główną ulicę miasteczka, wybrukowaną kocimi łbami. Patrzyłam na parterowe domy po obu stronach ulicy, których okna sięgały prawie do chodnika, na pelargonie w glinianych doniczkach ustawione ciasno na parapetach, na stylonowe firanki, odgradzające mieszkańców od wścibskich przechodniów. Za niewielkim Rynkiem stał kościół, a obok plebania. Droga za kościołem wiodła na cmentarz, na którym pochowany był mój dziadek, a tuż obok jego nagrobka było wykupione miejsce dla babci. Nigdy nie zapytałam mojej mamy ani babci, ani ciotki Eleonory, dlaczego babcia po śmierci nie chce być pochowana w rodzinnym grobowcu. Dlatego postanowiłam, że spytam o to teraz.

– Nie dość, że wzięła po cichu ślub, to jeszcze później nie chciała zamieszkać z Antonim we dworze, więc rodzina ze dworu się jej wyparła – odpowiedziała ciotka.

– Ale oni już nie żyją.

– A wiesz, co to honor?

Wzruszyłam ramionami. Wielki mi honor; po śmierci leżeć w grobie obok prostego chłopa, tylko dlatego że trafiła mu się okazja wyłowienia młodej, naiwnej ziemianki z nurtów rzeki. Aż taki głupi nie był, żeby się nie domyślić po jej ubiorze, że to nie topi się ktoś z prostego ludu.

– On widział tylko głowę tonącej – wyjaśniła ciotka, jakby śledziła moje rozmyślanie.

– Ale potem, gdy już ją uratował, wiedział, że…

– Tak. Jednak ona nie chciała wracać do dworu.

– Pałacu.

– Urodziłam się przed drugą wojną światową, niewiele pamiętam z tamtych czasów, ale zapamiętałam słowa mojej matki, kiedy powiedziała: „Niech wojna obróci w ruinę tamten dwór”. Cała rodzina twojej prababki mieszkała we dworze, a nie w pałacu. Wbij to sobie do głowy!

Nie wbiję, postanowiłam ze złością w myślach. Ale już po chwili odezwałam się przymilnym głosem:

– Babcia miała brata. On w tym pałacu kolekcjonował rowery. O! Damka z jego kolekcji została wczoraj w lesie. Niech ją ktoś przyprowadzi.

– Damka z pałacowej kolekcji? – Ciotka parsknęła śmiechem. – Ktoś ją przyprowadzi. A ciebie, gdy już dojedziesz do domu, niech ktoś zaprowadzi do lekarza. Najlepiej do specjalisty od głowy.

– Dlatego, że nazywam dwór pałacem?

– Dlatego, że fantazjujesz.

– Ale tamte ruiny wyglądają…

– Jesteśmy na miejscu – przerwała. – Ale zanim się pożegnamy, powiedz, gdzie usłyszałaś: „serce nie sługa”?

Opowiedziałam.

– Podsłuchiwałaś moją rozmowę z matką? Co jeszcze usłyszałaś?

– Że tata babci kolekcjonował szable i bagnety, a brat babci zabytkowe rowery. Nic więcej. A co powinnam usłyszeć?

Ciotka spojrzała na mnie uważniej, jakby się zastanawiała, czy warta jestem odpowiedzi. Ale ja udałam, że nie widzę tego jej spojrzenia, i zapytałam raz jeszcze:

– Co powinnam usłyszeć?

– Że ona nigdy nie kochała Antoniego Wymborka.

– Nie kochała?!

– Pekaes już stoi na przystanku.

– To dlaczego za niego wyszła?

– Pamiętaj, co mi przysięgłaś.

– Dobrze, tylko powiedz mi…

– Leć, bo odjedzie bez ciebie.

Przytuliła mnie na krótką chwilę, ale zdążyłam poczuć od niej perfumy Pani Walewska, które przywiozłam w prezencie od mojej mamy.

– Leć – powtórzyła i prawie wypchnęła mnie z bryczki.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej