Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 381 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bezpieczna przystań - Danielle Steel

Ophélie wraz z jedenastoletnią córką Pip spędza lato nad oceanem. Spokój pustych, smaganych deszczem plaż w pobliżu San Francisco nie łagodzi jednak bólu niedawnej tragedii. Aż do dnia, gdy podczas samotnego spaceru brzegiem morza Pip spotyka Matta.

Utalentowany malarz zaprzyjaźnia się z dziewczynką i zaczyna uczyć ją rysunku. A matkę… urzeka. Jego dobroć i ciepło dają Ophélie uzdrawiającą siłę. Przy nim znów potrafi się śmiać. Lecz kiedy wydaje jej się, że jest gotowa wrócić do życia, los uderza znowu. Przypadkowo znaleziony list zwiastuje początek dramatu…

Opinie o ebooku Bezpieczna przystań - Danielle Steel

Fragment ebooka Bezpieczna przystań - Danielle Steel

Korekta

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© iofoto/Shutterstock

Tytuł oryginału

Safe Harbour

Copyright © 2003 by Danielle Steel

All rights reserved

For the Polish edition

Copyright © 2014 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5229-2

Warszawa 2014. Wydanie IV

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Moim niezwykłym,

wspaniałym dzieciom:

Beatrix, Trevorowi, Toddowi,

Samowi, Victorii, Vanessie,

Maxxowi, Zarze i Nickowi,

którzy dają mi poczucie bezpieczeństwa,

szczęście i miłość

i których tak bardzo kocham.

Obyście zawsze byli dla siebie

bezpieczną przystanią.

I Aniołom

z „Yo! Angel!”:

Randy’emu Bobowi, Jill, Cody, Paulowi,

Tony’emu,

Boża dłoń

Zawsze to uczucie

trwogi,

podniecenia,

i lęku.

Nadchodzą dni,

kiedy wychodzimy naprzeciw

zagubionym Bożym duszom,

zapomnianym, zziębniętym,

spłukanym i brudnym,

czasem tylko, bardzo rzadko,

czystym,

nowym na ulicy,

z jeszcze czystymi włosami

splecionymi w warkocz,

świeżo ogolonym,

podczas gdy za miesiąc

widzimy ruiny dni,

te same twarze już nie

takie same,

ubrania w strzępach,

dusze, które się rozpadają

jak ich koszule,

jak ich buty

i oczy…

Idę na mszę

i modlę się za nich,

nim wyruszymy

niczym matadorzy

wkraczający na arenę,

nigdy niewiedzący,

co przyniesie noc,

ciepło czy rozpacz,

niebezpieczeństwo czy śmierć,

dla nich bądź dla nas.

Moje modlitwy ciche

i serdeczne,

a potem w końcu

wracamy,

otoczeni śmiechem

jak biciem dzwonów,

kiedy wypatrujemy twarzy

i ciał,

oczu, co na nas patrzą,

znają nas teraz,

podbiegają,

a my skaczemy

raz po raz

i jeszcze raz,

ciągnąc ciężkie torby,

żeby im kupić

jeszcze jeden dzień

jeszcze jedną deszczową noc,

godzinę… zimną.

Modliłam się za was…

gdzieście byli?

Wiedziałam, że przyjdziecie!

Z koszulami przyklejonymi

do ciała.

W tym deszczu

ich ból i ich radość

mieszają się z naszymi.

Niesiemy nadzieję

na skalę,

której nie umiemy zmierzyć.

Dotykają naszych rąk,

patrzą nam głęboko

w oczy.

Niech was Bóg błogosławi,

śpiewają półgłosem,

odchodząc

noga, ręka,

oko,

raz,

jedno życie dzielą z nami

przez chwilę

na ulicach,

kiedy idziemy dalej,

a oni zostają

wyryci w naszej pamięci

na zawsze.

Ta dziewczyna

z twarzą całą w strupach,

ten chłopiec bez nogi

w ulewnym deszczu,

który swoim widokiem

zasmuciłby matkę,

mężczyzna, który

spuścił głowę i łka,

nie mogąc nawet wziąć od nas

przeznaczonej dla niego torby.

I wszyscy inni,

co budzą w nas lęk,

gdy tak krążą

i patrzą

niezdecydowani:

odrzucić czy wziąć udział,

niepewni:

zaatakować czy podziękować.

Spotykają nasz wzrok,

dotykają ręką,

ich żywoty

splatają się z naszymi,

jak te inne,

nieodwołalnie,

bezmiernie,

a w końcu, u kresu,

łączy nas już tylko ufność,

jedyna ich nadzieja,

nasza jedyna tarcza,

kiedy wciąż i wciąż

stajemy naprzeciw nich.

Noc się zużywa,

twarze bez końca,

cała ta beznadzieja

przerwana najkrótszą

chwilą, gdy rodzi się

nadzieja,

a torba z ciepłymi ubraniami

i jedzeniem,

latarką i śpiworem,

talią kart

i opatrunkami,

symbol przywróconej godności,

tego, że są ludźmi

tak samo jak my.

A potem wreszcie

twarz, w której oczy

tak porażające,

że aż staje serce,

a czas

rozpada się na drobinki,

i my się rozpadamy,

albo, przeciwnie, tworzymy całość,

nie ma między nami różnic,

jesteśmy jednym,

kiedy te oczy szukają moich.

Czy pozwoli mi uznać go

za jednego z nas,

czy też rzuci się naprzód,

żeby mnie zabić,

bo nadzieja odeszła od niego

zbyt daleko.

Czemu to dla nas robisz?

„Bo was kocham”, chcę powiedzieć,

ale nie znajduję słów,

więc wręczam mu torbę,

a wraz z nią serce.

Moja nadzieja i wiara

rozlewają się na tak wielu,

a na koniec zawsze

najgorsza z wszystkich twarz,

po paru weselszych

i paru bliskich śmierci,

co już nawet mówić nie mogą,

ale ta ostatnia,

przypada zawsze mnie.

Biorę ją do domu

w swoim sercu,

na skroniach ma cierniową koronę,

twarz wyniszczona,

jest najbrudniejszy,

najstraszniejszy,

stoi i patrzy,

pewnie stoi,

zatopił we mnie wzrok,

czasem jakby nieobecny,

zarazem złowieszczy

i pełen rozpaczy.

Widzę, jak idzie,

wprost na mnie,

a kiedy chcę uciec,

nie mogę, nie chcę

i nie śmiem.

Czuję lęk,

spotykamy się

twarzą w twarz,

wzajemnie smakując

strach drugiego

jak łzy,

co się mieszają na twarzy,

i wtedy wiem

i pamiętam

gdyby to była

moja jedyna szansa,

by dotknąć Boga,

by sięgnąć i być

przez Niego

dotkniętą,

gdyby to była

jedyna szansa,

by udowodnić, ile jestem warta,

by dowieść mojej

dla Niego miłości,

czybym uciekła?

Stoję pewnie,

pamiętam,

że On pod różną

przychodzi postacią,

wiele ma twarzy

i złe uśmiechy,

a może nawet

niedobre oczy.

Wyciągam torbę,

nagle tchórzliwa,

ledwie oddycham,

ale pamiętam,

dlaczego wyszłam

w tę ciemną noc,

i dla kogo…

Stoimy oboje, równie samotni,

a między nami

czai się śmierć,

kiedy on wreszcie

zabiera torbę, mówi „Bóg zapłać”

i odchodzi,

a kiedy w końcu

jedziemy do domu,

cisi i syci,

czuję, że jeszcze

raz dotknęła nas

ta Boża dłoń.

Schronienie

przerwana

wznowiona

o tobie

myśl

miejsce,

gdzie szukam

schronienia,

szwy twoje,

rany moje,

dziedzictwo tych,

co nas

kochali,

zwycięstwa

i klęski

z wolna się

mieszają,

nasze opowieści

w jedną

stopione,

wygrzewają się

w zimowym

słońcu,

i już nie jestem

na kawałki

rozsypana,

cała jestem,

na dobre

cała,

piękne antyczne

naczynie

o żyłkowanej powierzchni,

ma się wrażenie,

że już są zbędne

zagadek życia sekrety,

a ty,

kochany przyjacielu,

trzymasz mnie za rękę,

i razem

naprawiamy,

a życie znów się

zaczyna,

pieśń

miłości

i radości,

co nigdy nie ma

końca.

Rozdział 1

To był jeden z tych chłodnych, mglistych dni, które w Kalifornii Północnej udają lato. Wiatr smagał plażę w kształcie długiego półksiężyca i wzbijał w powietrze chmurę sypkiego piasku. Plażą szła powoli mała dziewczynka w czerwonych szortach i białej bawełnianej bluzie, twarzą pod wiatr. Jej pies obwąchiwał wodorosty na skraju wody.

Dziewczynka miała krótkie, kręcone rude włosy, miodowe oczy z bursztynowymi cętkami i piegi. Ci, którzy znają się na dzieciach, odgadliby, że miała dziesięć, może dwanaście lat. Była drobna i zgrabna, z chudymi nóżkami. Szli wolno z ogrodzonego osiedla w kierunku publicznej plaży na drugim końcu. Tego zimnego dnia nad morzem nie było prawie nikogo. Dziewczynce chłód najwyraźniej nie przeszkadzał; pies – labrador koloru czekolady – szczekał od czasu do czasu na kłęby piasku unoszone wiatrem, a potem znów biegł na brzeg morza. Na widok kraba cofnął się gwałtownie, szczekając z wściekłością i dziewczynka roześmiała się głośno. Dziecko i pies byli dobrymi przyjaciółmi, ale najwyraźniej wiedli samotne życie i zapewne często tu razem przychodzili.

Czasami na plaży bywało gorąco i słonecznie, jak to w lipcu, czasem nadciągała mgła i dni stawały się zimne i ponure. Mgła zbliżała się do lądu, wprost przez wieże Golden Gate. W niektóre dni z plaży widać było most. Miasteczko Safe Harbour znajdowało się trzydzieści pięć minut jazdy samochodem na północ od San Francisco. Ponad połowa mieszkańców mieszkała w ogrodzonym osiedlu, z domami wzdłuż plaży, tuż za wydmami. Strażnik w budce nie wpuszczał niepożądanych gości. Na plażę można było wejść tylko od strony tych domów. Na drugim końcu znajdowała się plaża publiczna i rząd prostych domków, właściwie baraków, z których też można było zejść nad morze. W gorące dni plaża publiczna zapełniała się ludźmi, ale na ogół było pusto.

Dziewczynka doszła do tego miejsca plaży, gdzie stały zwykłe domki, i zobaczyła mężczyznę siedzącego na składanym krzesełku i malującego akwarelami obraz ustawiony na sztalugach. Przystanęła, przyglądając mu się z daleka. Pies pobiegł między wydmy za zapachem, który wyczuł na wietrze. Dziewczynka usiadła na piasku i obserwowała artystę. Wyczuwała w nim coś solidnego i znajomego. Wiatr rozwiewał jego krótkie ciemne włosy. Mężczyzna nie zdawał sobie sprawy z obecności dziewczynki, która lubiła obserwować ludzi; czasami przyglądała się rybakom, z daleka, lecz uważnie. Teraz spostrzegła, że na obrazie są łódki, których nie widziała na morzu. Po jakimś czasie pies wrócił i usiadł przy niej na piasku. Pogłaskała go, nie patrząc na niego; spoglądała na przemian to na morze, to na malarza.

Po chwili wstała i podeszła trochę bliżej, stając za artystą, trochę z boku, tak że on nadal nie zdawał sobie sprawy z jej obecności, ale ona doskonale widziała obraz: piękne kolory i zachód słońca. Zmęczony pies stanął przy niej, jakby czekał na rozkaz. Znowu minął jakiś czas, nim podeszła jeszcze bliżej, i w końcu malarz ją zauważył. Zaskoczony podniósł głowę, gdy pies przebiegł koło niego, wzbijając fontannę piasku. Dopiero wtedy spostrzegł dziewczynkę. Bez słowa wrócił do malowania i pół godziny później, kiedy się znów obejrzał, przekonał się ze zdumieniem, że nie ruszyła się z miejsca.

W końcu usiadła na piasku i nadal przyglądała się jego pracy. Żadne z nich nie powiedziało ani słowa. Niżej, przy ziemi, było cieplej. Artysta, tak jak dziewczynka, miał na sobie bawełnianą bluzę, dżinsy i zniszczone tenisówki. Dostrzegła delikatnie pomarszczoną twarz z ciemną opalenizną i ładne ręce. Miał jakieś czterdzieści parę lat, jak jej ojciec. Kiedy odwrócił głowę, żeby zobaczyć, czy dziewczynka wciąż tam jest, spojrzeli sobie w oczy, choć żadne z nich się nie uśmiechnęło. Od dawna nie rozmawiał z dziećmi.

– Lubisz rysować?

Nie mógł sobie wyobrazić innego powodu, dla którego jeszcze nie odeszła. Gdyby nie lubiła rysować, dawno by się znudziła.

Prawdę mówiąc, dziewczynka lubiła po prostu milczące towarzystwo, nawet kogoś obcego.

– Czasami – odparła ostrożnie. W końcu to obcy człowiek, a ona dobrze wiedziała, że nie należy rozmawiać z obcymi. Matka jej o tym stale przypominała.

– Co lubisz rysować? – spytał, myjąc pędzel.

Miał wyraziste rysy twarzy i dołek w brodzie. W jego szerokich ramionach i długich nogach drzemała spokojna siła. Mimo że siedział na składanym krzesełku, widać było, że jest wysoki.

– Lubię rysować mojego psa. Jak pan rysuje łódki, jeśli ich tu nie ma?

Tym razem odwrócił się do niej z uśmiechem i ich oczy znowu się spotkały.

– Z wyobraźni. Chcesz spróbować? – Wyciągnął do niej rękę z małym szkicownikiem i ołówkiem.

Zawahała się, podeszła i wzięła ofiarowane przybory.

– Czy mogę narysować mojego psa? – spytała z poważnym wyrazem delikatnej twarzyczki. Czuła się zaszczycona tym, że ofiarował jej szkicownik.

– Jasne, możesz narysować, co chcesz. – Przez jakiś czas siedzieli obok siebie, pogrążeni w pracy. Dziewczynka w skupieniu zajmowała się rysunkiem. – Jak on się nazywa? – zapytał artysta, gdy labrador przebiegł koło nich, ścigając mewy.

– Mus – odparła, nie podnosząc oczu znad rysunku.

– Nie wygląda jak łoś[1], ale to dobre imię – stwierdził, poprawiając coś na obrazie ze zmarszczonym czołem.

– To taki deser. Po francusku. Z czekolady.

– Tak chyba będzie dobrze – powiedział z satysfakcją. Właściwie zakończył pracę. Minęła czwarta, a zaczął malować zaraz po lunchu. – Znasz francuski? – spytał, bardziej żeby coś powiedzieć niż z autentycznej ciekawości, i zdziwił się, kiedy skinęła głową.

Od wielu lat nie rozmawiał z dziećmi w jej wieku i nie był pewien, co powinien powiedzieć. Wytrwale i w milczeniu pracowała nad rysunkiem. Zauważył, że pomimo rudych włosów jest trochę podobna do jego córki. Vanessa w tym wieku miała długie, proste jasne włosy, ale w postawie i gestach miały ze sobą coś wspólnego. Gdy mrużył oczy, prawie widział Vanessę.

– Moja mama jest Francuzką – dodała dziewczynka, przyglądając się swojej pracy. Jak zwykle, gdy rysowała psa, napotykała tę samą trudność – nie udawały jej się tylne nogi.

– Pokaż – powiedział, wyciągając rękę po szkicownik. Widział jej skrępowanie.

– Nie umiem narysować tyłu – wyznała, podając mu rysunek.

Jej praca stworzyła między nimi pewnego rodzaju porozumienie, jak między mistrzem i uczennicą. Czuła się zdumiewająco dobrze w jego obecności.

– Ja ci pokażę… Mogę? – spytał o pozwolenie, zanim poprawił jej rysunek. Skinęła głową.

Kilkoma kreskami poprawił nieudaną część. W gruncie rzeczy narysowała bardzo dobry portret psa.

– Nieźle ci poszło – pochwalił, podając jej wyrwaną stronę i chowając szkicownik i ołówek.

– Dziękuję za poprawki. Nigdy nie wiem, jak to narysować.

– Następnym razem będziesz wiedziała. – Zaczął pakować farby. Zrobiło się chłodniej, choć żadne z nich tego nie zauważyło.

– Wraca pan do domu? – spytała rozczarowana.

Kiedy spojrzał w jej oczy koloru koniaku, dostrzegł w nich samotność, która go poruszyła. Było w niej coś szalenie smutnego.

– Już późno. – Nad morzem gęstniała mgła. – Mieszkasz tu, czy przyjechałaś w odwiedziny? – Nie znali swoich imion, ale to nie miało znaczenia.

– Przyjechałam na lato – wyjaśniła obojętnie. Prawie się nie uśmiechała. Ciekaw był, skąd się tu wzięła. Tego popołudnia nawiązała się między nimi nić porozumienia.

– Mieszkasz na strzeżonym osiedlu? – Zakładał, że przyszła z północnego krańca plaży. Dziewczynka przytaknęła.

– Pan tu mieszka? – spytała.

W odpowiedzi gestem głowy wskazał rząd parterowych budynków za plecami.

– Jest pan artystą?

– Myślę, że tak. Ty też – dodał z uśmiechem, spoglądając na rysunek psa, który przyciskała do siebie. Żadne z nich nie chciało odejść, choć oboje wiedzieli, że powinni wracać do domu. Dziewczynka musiała wrócić przed matką, żeby nie wpaść w kłopoty. Wymknęła się opiekunce, która godzinami rozmawiała przez telefon ze swoim chłopakiem. Dziewczynka wiedziała, że nastoletniej opiekunce było wszystko jedno, gdzie się podziewa. Przeważnie nawet nie zauważała, że dziecka nie ma, i dowiadywała się o tym, kiedy wracała matka.

– Mój tata też kiedyś rysował.

Zwrócił uwagę na to „kiedyś”, ale nie był pewien, czy ojciec dziewczynki przestał rysować, czy też odszedł. Podejrzewał, że to drugie. Przypuszczalnie mała jest dzieckiem z rozbitej rodziny, które szuka kontaktu z mężczyznami. Znał te sprawy.

– Czy jest artystą?

– Nie, inżynierem. Wymyślił różne rzeczy. Chyba muszę już iść do domu – dodała z westchnieniem i spojrzała na niego ze smutkiem. Jakby na rozkaz pojawił się Mus i czekał, gotów do drogi.

– Może znowu się kiedyś spotkamy. – Lato jeszcze się nie kończyło, choć, z drugiej strony, nigdy jej przedtem tu nie widział. Podejrzewał, że rzadko się tu zapuszcza. Za daleko od domu.

– Dziękuję, że pozwolił mi pan rysować – powiedziała grzecznie. W jej oczach pojawił się smutny uśmiech, który głęboko go poruszył.

– Było mi miło. – Niezręcznie wyciągnął do niej rękę. – Nazywam się Matthew Bowles.

Poważnie uścisnęła jego dłoń. Była naprawdę dobrze wychowaną, nadzwyczajną małą dziewczynką i spotkanie z nią sprawiło mu przyjemność.

– Jestem Pip Mackenzie.

– To ciekawe imię. Pip? Skrót od czegoś?

– Tak. Nienawidzę go – zachichotała po dziecinnemu. – Skrót od Phillippy. Po dziadku. Okropne, prawda?

Wykrzywiła się pogardliwie, wywołując jego uśmiech. Była niesamowita, z tymi kręconymi rudymi włosami i piegami. A przecież nie wiedział nawet, czy wciąż jeszcze lubi dzieci, i na ogół ich unikał. Jednak w tej dziewczynce wyczuwał coś magicznego.

– A mnie się podoba. Phillippa. Może i ty je kiedyś polubisz.

– Raczej nie. To głupie imię. Pip bardziej mi się podoba.

– Będę o tym pamiętał, kiedy się znowu zobaczymy – obiecał z uśmiechem.

Stali w miejscu, nie mając ochoty się rozstawać.

– Przyjdę, kiedy mama pojedzie do miasta. Może w czwartek.

Miał wrażenie, że wymknęła się z domu, nikomu nic nie mówiąc, ale przynajmniej razem z psem. Nagle, bez konkretnego powodu, poczuł się za nią odpowiedzialny.

Złożył krzesełko, podniósł zniszczone pudełko z farbami i pod ramię włożył sztalugi. Przez dłuższą chwilę stali, przyglądając się sobie.

– Jeszcze raz bardzo panu dziękuję.

– Możesz mówić do mnie Matt. Dziękuję za towarzystwo. Do widzenia, Pip – powiedział prawie z żalem.

– Do widzenia – odparła, machając ręką i odeszła tanecznym krokiem, niczym liść niesiony wiatrem. Po chwili znów mu pomachała i pobiegła plażą.

Spoglądał za nią przez długi czas, zastanawiając się, czy ją jeszcze kiedyś zobaczy i czy ma to jakieś znaczenie. W końcu jest tylko nieznajomym dzieckiem. Opuścił głowę, by ochronić oczy przed wiatrem, i ruszył przez wydmę do swojego małego domku. Wszedł do środka przez nigdy niezamykane na klucz drzwi i poczuł ból, którego nie czuł od lat i którego się nie spodziewał. To jest właśnie kłopot z dziećmi, pomyślał, nalewając sobie wina. Wciskają się do serca jak drzazga pod paznokieć, a wyciąganie boli jak diabli. Ale może jest tego warte? Pomyślał, że w dziewczynce z plaży było coś wyjątkowego, i powędrował wzrokiem do portretu, który namalował wiele lat temu, przedstawiającego bardzo podobną dziewczynkę. Jego córkę Vanessę, kiedy miała mniej więcej tyle samo lat. Przeszedł z kuchni do dużego pokoju i usiadł ciężko w zniszczonym skórzanym fotelu. Wyglądając przez okno na zbierającą się nad wybrzeżem mgłę, widział oczami wyobraźni małą dziewczynkę z kręconymi rudymi włosami, piegami i dziwnymi oczami koloru koniaku.

Rozdział 2

Ophélie Mackenzie wzięła ostatni zakręt i powoli przejechała swoim kombi przez miasteczko Safe Harbour. Składało się z dwóch restauracji, księgarni, sklepu ze sprzętem do surfowania, sklepu spożywczego i galerii. Spędziła w mieście męczące popołudnie. Nie znosiła spotkań grupy, które odbywały się dwa razy w tygodniu, choć musiała przyznać, że jej pomagały. Brała w nich udział od maja i miała przed sobą jeszcze dwa miesiące. Zgodziła się przyjeżdżać na spotkania w lecie i dlatego zostawiała Pip pod opieką córki sąsiadki. Szesnastoletnia Amy lubiła opiekować się dziećmi, a przynajmniej tak twierdziła, i chciała dorobić do kieszonkowego, a Ophélie potrzebowała pomocy. Pip lubiła Amy i układ odpowiadał wszystkim zainteresowanym, choć Ophélie nie cierpiała jeździć do miasta dwa razy w tygodniu, mimo że zabierało jej to pół godziny, najwyżej czterdzieści minut. Droga, oprócz piętnastokilometrowego odcinka z ostrymi zakrętami między plażą a autostradą, nie była trudna. Poza tym jazda wzdłuż nadbrzeżnych skał, krętą drogą z widokiem na ocean, relaksowała. Jednak tego popołudnia Ophélie czuła się zmęczona. Słuchanie innych wykańczało psychicznie, a w jej życiu od października nie zaszły zmiany na lepsze. Ale przynajmniej miała wsparcie grupy ludzi, z którymi mogła porozmawiać, w miarę potrzeby, o swoich uczuciach. Nie chciała dzielić się kłopotami z Pip. To nie byłoby w porządku wobec jedenastoletniego dziecka.

Ophélie przejechała przez miasteczko i skręciła w lewo, w ślepą uliczkę, która prowadziła do strzeżonego osiedla. Większość ludzi nawet jej nie zauważała, ale Ophélie skręcała już automatycznie. Podjęła dobrą decyzję i znalazła dobre miejsce na lato. Odpowiadały jej spokój, samotność i cisza. Oraz długa, niemal niekończąca się plaża z białym piaskiem i czasem wietrzna, czasem upalna pogoda.

Nie przeszkadzały jej mgła i chłodne dni. Na ogół bardziej pasowały do jej nastrojów niż słońce i niebieskie niebo, o którym marzyli inni mieszkańcy. Czasami nawet nie wychodziła z domu. Leżała w łóżku albo na kanapie w dużym pokoju, udając, że czyta książkę, gdy w rzeczywistości wracała myślami do czasów, kiedy wszystko było inne. Przed październikiem. Minęło zaledwie dziewięć miesięcy, które wydawały się wiekiem.

Ophélie powoli przejechała przez bramę i skinęła głową strażnikowi. Westchnęła i ostrożnie ruszyła w stronę domu. Na drodze dzieci jeździły na rowerkach, kręciły się psy, spacerowali ludzie. Wszyscy mieszkańcy znali się, lecz nie spoufalali. Ophélie mieszkała tu od miesiąca, jednak jeszcze nikogo nie poznała i wcale tego nie chciała. Wjechała na podjazd i wyłączyła silnik. Przez chwilę siedziała w samochodzie. Była zbyt zmęczona, by się ruszyć, zająć Pip czy przygotować kolację, choć wiedziała, że musi to zrobić. Nieustanna apatia uniemożliwiała jakąkolwiek działalność oprócz uczesania się czy wykonania paru telefonów.

Czuła się tak, jakby jej życie się skończyło, jakby miała sto lat, chociaż skończyła czterdzieści dwa, a wyglądała na trzydzieści. Miała długie, jasne, miękkie, kręcone włosy i oczy tego samego koniakowego koloru co jej córka. I była tak samo drobna i delikatna. W szkole uczyła się tańca. Od małego usiłowała zainteresować Pip baletem, ale dziewczynka stanowczo się temu sprzeciwiła. Balet był dla niej nudny i trudny, nienawidziła ćwiczeń, drążka i innych dzieci dążących do perfekcji. Nie przykładała się do zwrotów, skoków i szpagatów. Ophélie w końcu się poddała i pozwoliła córce robić to, na co miała ochotę. Pip przez rok uczyła się jeździć konno, chodziła w szkole na zajęcia z ceramiki, a w wolnym czasie rysowała. Lubiła samotność i wolała, gdy dawano jej spokój i mogła czytać, rysować, marzyć albo bawić się z psem. Pod niektórymi względami była podobna do matki, która także miała samotne dzieciństwo. Ophélie często zastanawiała się, czy powinna pozwalać Pip na samotne spędzanie czasu. Pip jednak wydawała się z tego zadowolona i zawsze potrafiła zorganizować sobie czas, nawet teraz, gdy matka tak mało się nią zajmowała. Przypadkowy obserwator mógłby pomyśleć, że dziewczynce wcale to nie przeszkadza, chociaż Ophélie męczyły nieustanne wyrzuty sumienia. Często wspominała o tym na spotkaniach grupy, nie potrafiła jednak wyrwać się z letargu. Nic już nie było takie samo.

Schowała kluczyki do torebki, wysiadła z samochodu i trzasnęła drzwiami. Nie musiała zamykać samochodu. Kiedy weszła do domu, zastała Amy wkładającą w pośpiechu naczynia do zmywarki. Gdy Ophélie wracała, Amy zawsze coś robiła, co oznaczało, że obijała się przez całe popołudnie i musiała to jak najszybciej nadrobić. Choć i tak nie było tu wiele do roboty. Dom był jasny, dobrze utrzymany, z nowoczesnymi meblami, gładką drewnianą podłogą i wielkimi oknami ze wspaniałym widokiem na ocean. Na zewnątrz znajdował się długi, wąski ganek z ogrodowymi meblami. Taki dom bardzo im odpowiadał. Spokojny, łatwy do utrzymania w czystości i ładny.

– Cześć, Amy. Gdzie Pip? – spytała Ophélie. Mówiła biegle po angielsku i w jej głosie niemal nie słyszało się francuskiego akcentu. Tylko kiedy była bardzo zmęczona lub zdenerwowana, zdradzało ją jakieś słówko.

– Nie wiem. – Amy spojrzała tępym wzrokiem. Ta rozmowa stale się powtarzała. Amy nigdy nie wiedziała, gdzie jest Pip. Ophélie podejrzewała, że jak zwykle rozmawiała ze swoim chłopakiem przez telefon komórkowy. To była jedyna rzecz, która nie podobała się Ophélie. Oczekiwała, że Amy lepiej dopilnuje Pip, zwłaszcza że dom stał nad oceanem. Zawsze wpadała w panikę na myśl, że córce mogłoby się coś przydarzyć.

– Chyba czyta w swoim pokoju. Tam ją ostatnio widziałam – powiedziała Amy.

Prawdę mówiąc, Pip nie wchodziła do pokoju, odkąd wyszła z niego rano. Matka zajrzała tam, ale oczywiście córki nie było. Dokładnie w tym czasie Pip biegła do domu plażą, z psem depczącym jej po piętach.

– Czy poszła na plażę? – spytała zdenerwowana Ophélie, gdy wróciła do kuchni. Od października nieustannie się denerwowała, co wcześniej rzadko jej się zdarzało. Teraz jednak wszystko się zmieniło. Amy włączyła zmywarkę i zaczęła zbierać się do wyjścia, w ogóle nie przejmując się swoją podopieczną. Na tym polega siła beztroskiej młodości. Ophélie nauczyła już się tragicznej prawdy, że życiu nie można ufać.

– Chyba nie. Nic mi nie mówiła – mruknęła od niechcenia Amy.

Ophélie zdenerwowała się, mimo że okolica słynęła z bezpieczeństwa. Była wściekła, że Amy niedostatecznie pilnuje Pip i pozwala jej wychodzić bez pytania. Gdyby coś jej się stało, potrącił ją samochód czy spotkała jakaś niemiła przygoda, nikt by nic nie wiedział. Przykazała Pip, by mówiła Amy dokąd idzie, ale ani córka, ani opiekunka nie zwracały uwagi na jej polecenia.

– Do zobaczenia w czwartek! – zawołała Amy, wychodząc.

Ophélie zrzuciła sandały, wyszła na ganek, rozejrzała się i spostrzegła Pip, która biegła do domu, trzymając w ręce coś, co trzepotało na wietrze i wyglądało jak kartka papieru. Ophélie z uczuciem ulgi zeszła z wydmy i ruszyła na spotkanie córki. Ostatnio zawsze przychodziły jej do głowy najgorsze przypuszczenia.

Pomachała Pip, która podbiegła i zatrzymała się przy niej bez tchu. Mus, szczekając, skakał wokół nich. Pip zauważyła, że matka jest zdenerwowana.

– Gdzie byłaś? – spytała Ophélie, marszcząc brwi. Nadal była zła na Amy. Ta dziewczyna zachowuje się beznadziejnie, ale oprócz niej nie ma nikogo, kto zechciałby przypilnować Pip, kiedy Ophélie jedzie do miasta.

– Poszłam z Musem na spacer, aż tam. – Pip pokazała ręką na publiczną plażę. – I droga z powrotem zabrała mi więcej czasu, niż myślałam. Mus biegał za mewami.

Ophélie w końcu rozluźniła się i uśmiechnęła. Pip jest naprawdę słodkim dzieckiem. Ophélie pamiętała swoją młodość w Paryżu i wakacje w Bretanii. Uwielbiała tamte letnie miesiące i kiedyś zabrała do Bretanii małą Pip, żeby pokazać jej miejsce, w którym spędziła dzieciństwo.

– Co to jest? – Spojrzała na papier.

– Narysowałam Musa. Teraz już wiem, jak narysować jego tylne łapy.

Nie wyjaśniła jednak, skąd to wie. Matka byłaby niezadowolona, zabraniała jej rozmawiać z obcymi. Wiedziała, że Pip jest bardzo ładna, choć dziewczynka na razie nie zdawała sobie z tego sprawy.

– Nie wyobrażam sobie, że pozował ci do portretu – powiedziała z uśmiechem rozbawiona Ophélie.

Kiedy się uśmiechała, widać było, że jest piękną kobietą, z regularnymi rysami twarzy, doskonałymi zębami, ślicznym uśmiechem i wesołymi oczami. Jednak od października prawie nigdy się nie uśmiechała. A wieczorami każda z nich pogrążała się we własnym świecie i właściwie ze sobą nie rozmawiały. Ophélie bardzo kochała córkę, ale nie wiedziała, o czym z nią rozmawiać. Wymagało to zbyt dużego wysiłku. Wszystko stało się za trudne, czasem nawet oddychanie, a przede wszystkim rozmowa. Codziennie wieczorem chowała się w swoim pokoju i leżała po ciemku na łóżku. Pip szła do siebie i zamykała drzwi, a jeśli potrzebowała towarzystwa, wołała psa.

– Znalazłam dla ciebie muszelki. – Pip wyjęła z kieszeni dwie ładne muszle i podała je matce. – Znalazłam też piaskowego dolara, ale był połamany.

– Rzadko znajduje się je w całości – powiedziała Ophélie. Ruszyły w stronę domu. Zapomniała pocałować córkę na powitanie, ale dziewczynka już się do tego przyzwyczaiła. Kontakty międzyludzkie czy dotyk drugiego człowieka sprawiały matce trudność. Schowała się za wzniesionym przez siebie murem. Matka, jaką Pip znała przez jedenaście lat, znikła. Kobieta, która zajęła jej miejsce, choć niby taka sama, była osobą kruchą i załamaną. Ktoś zamienił ją w robota. Pip nie miała wyboru i musiała to zaakceptować. I starała się nie okazywać, że jej to przeszkadza.

W ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy dojrzała psychicznie i wyostrzyła się jej intuicja, umiała wyczuwać nastroje innych ludzi, a w szczególności matki.

– Jesteś głodna? – spytała nerwowo Ophélie. Przygotowywanie posiłków stało się męczarnią, jeszcze bardziej nie cierpiała jedzenia. Od wielu miesięcy nie czuła głodu. Obie schudły, nie były w stanie wiele zjeść.

– Nie. Chcesz, żebym potem zrobiła pizzę? – To była jedna z potraw, nad którą siedziały, nie jedząc, choć Ophélie chyba nie zauważała, że Pip bardzo mało je.

– Może – odparła niedbale matka. – Mogę coś zrobić, jeśli chcesz.

Jadły pizzę przez ostatnie cztery dni. W zamrażarce było ich pełno. Inne potrawy wydawały się zbyt pracochłonne. Najłatwiej dawało się nie jeść pizzy.

– Właściwie nie jestem głodna – stwierdziła Pip. Codziennie odbywały tę samą rozmowę. Czasami, mimo wszystko, Ophélie piekła kurczaka i robiła sałatę, których również nie jadły. Jedzenie sprawiało za dużo kłopotu. Pip żyła kanapkami z masłem orzechowym i pizzą. Matka prawie nic nie jadła i to było widać.

Ophélie poszła do siebie i położyła się. Pip w swoim pokoju oparła portret Musa o lampę na nocnym stoliku. Karton był dostatecznie sztywny. Przyglądała się rysunkowi i myślała o Matthew. Chciała go znów zobaczyć w czwartek. Polubiła go. A rysunek z jego poprawkami wyglądał znacznie lepiej. Mus przypominał prawdziwego psa, a nie pół psa, pół królika, jak na jej wcześniejszych rysunkach. Matthew jest prawdziwym artystą.

Kiedy Pip weszła do pokoju matki, już się ściemniło. Chciała zaproponować, że przygotuje kolację, ale matka spała. Leżała tak nieruchomo, że Pip się przestraszyła, gdy jednak podeszła bliżej, zobaczyła, że oddycha. Przykryła ją kocem, który leżał w nogach łóżka. Matce zawsze było zimno, pewnie dlatego że tak schudła. Albo ze smutku. I dużo spała.

Pip poszła do kuchni i otworzyła lodówkę. Nie miała ochoty na pizzę i tak zjadała zawsze najwyżej jeden kawałek. Zrobiła sobie kanapkę z masłem orzechowym i zjadła przed telewizorem. Oglądała przez chwilę telewizję z psem śpiącym jej u stóp. Mus zmęczył się bieganiem po plaży i teraz chrapał cicho. Obudził się dopiero, kiedy Pip wyłączyła telewizor, zgasiła światło w dużym pokoju i bezszelestnie poszła do swojego pokoju. Umyła zęby, włożyła piżamę, weszła do łóżka i zgasiła lampkę. Leżąc, rozmyślała o Matthew Bowlesie, starając się nie pamiętać, jak bardzo zmieniło się jej życie od października. Zasnęła po paru minutach. Ophélie obudziła się dopiero następnego dnia.

Rozdział 3

Była środa. Wstał upalny, słoneczny dzień, jakie rzadko zdarzały się w Safe Harbour i sprawiały, że wszyscy wybierali się na plażę, żeby godzinami leżeć na słońcu. Kiedy Pip wstała i weszła w piżamie do kuchni, powietrze było już gęste i gorące. Ophélie siedziała z parującą filiżanką herbaty przy kuchennym stole, miała zmęczoną twarz. Nigdy, nawet po najdłuższym śnie, nie wstawała wypoczęta. Zaledwie chwilę po przebudzeniu okropne poczucie rzeczywistości uderzało ją w samo serce. Zawsze istniała ta jedna cudowna chwila zapomnienia i tym gorsza była konstatacja, jaka jest rzeczywistość. A między tymi dwiema chwilami pojawiało się instynktowne przeczucie, że stało się coś bardzo złego. Wstawała z łóżka zmęczona i zniechęcona. Poranki nie były łatwe.

– Dobrze spałaś? – spytała grzecznie Pip, nalewając sobie do szklanki soku pomarańczowego i wkładając kawałek chleba do tostera.

Nie zrobiła grzanki dla matki, bo Ophélie i tak by jej nie zjadła. Nigdy nie jadała śniadań.

Matka nie odpowiedziała. Obie wiedziały, że to bez sensu.

– Przepraszam, że wczoraj tak nagle zasnęłam. Chciałam wstać. Zjadłaś kolację?

Martwiła się, wiedząc, jak niewiele robi dla córki, ale nie potrafiła sobie z tym poradzić. Była jak sparaliżowana, choć męczyły ją nieustanne wyrzuty sumienia. Pip skinęła głową. Nie miała nic przeciwko temu, by samej przygotowywać sobie coś do jedzenia. Zdarzało się to coraz częściej. Prawie zawsze. Wolała jedzenie w samotności przed telewizorem od siedzenia z matką w milczeniu przy kuchennym stole. Od miesięcy nie miały sobie nic do powiedzenia. Zimą, kiedy miała do odrabiania lekcje, łatwiej przychodziło jej wykorzystać je jako usprawiedliwienie, żeby szybko pójść do siebie.

Grzanka głośno wyskoczyła z tostera. Pip chwyciła ją, posmarowała masłem i zjadła, nie biorąc talerzyka. Wiedziała, że Mus wyliże z podłogi wszystkie okruchy. Prawdziwy psi odkurzacz. Wyszła na ganek i usiadła na słońcu na leżaku. Ophélie wyszła za nią.

– Andrea powiedziała, że przyjedzie dziś z dzieckiem.

Pip ucieszyła się. Uwielbiała tego malucha. William, syn Andrei, miał trzy miesiące i był symbolem niezależności i odwagi swojej matki. W wieku czterdziestu czterech lat Andrea doszła do wniosku, że nie spotka już księcia z bajki i nie wyjdzie za mąż. Dzięki sztucznemu zapłodnieniu zaszła w ciążę i w kwietniu urodziła zdrowego, pięknego, ciemnowłosego i tłuściutkiego chłopca ze śmiejącymi się niebieskimi oczami i cudownym uśmiechem. Ophélie została jego matką chrzestną, tak jak wcześniej Andrea została matką chrzestną Pip.

Kobiety zaprzyjaźniły się przed osiemnastoma laty, kiedy Ophélie z mężem przyjechała do Kalifornii. Przez poprzednie dwa lata mieszkali w Cambridge, gdzie Ted wykładał fizykę na uniwersytecie Harvarda. Nikt nigdy nie miał najmniejszych wątpliwości co do geniuszu Teda. Był niesłychanie uzdolnionym, spokojnym, małomównym człowiekiem, a jednocześnie łagodnym, czułym i kochającym mężczyzną. Czas i problemy życiowe w końcu go zmieniły i sprawiły, że stał się zgorzkniały. Przez wiele trudnych lat nic nie działo się tak, jak tego chciał i z trudem utrzymywał rodzinę. Poszczęściło mu się dopiero przed pięciu laty. Zrobił majątek na dwóch wynalazkach i wszystko stało się łatwiejsze. Ale Ted się zmienił.

Kochał Ophélie i dzieci. Wiedzieli o tym, a przynajmniej tak mówili, choć już im tego nie okazywał. Zagubił się w nieustannych próbach opracowania nowych projektów i rozwiązań. I ostatecznie zarobił miliony dolarów, sprzedając patenty swoich wynalazków z dziedziny technologii energii. Zyskał nie tylko światową sławę, ale i powszechny szacunek i uznanie. Odnalazł na końcu tęczy garnek ze złotem, ale nie pamiętał już, że była jakaś tęcza. Koncentrował się wyłącznie na pracy i zapomniał o żonie i dzieciach. Ophélie nigdy nie przestała go kochać, gdyż mimo trudnego charakteru i dziwactw nie znała drugiego takiego mężczyzny i nadal była z nim mocno związana. Kiedyś powiedziała do Andrei: „Przypuszczam, że pani Beethoven też nie było łatwo”. Nigdy o nic męża nie oskarżała, chociaż tęskniła za ich wczesnymi wspólnymi latami. Oboje wiedzieli, że zmiany w pewnym sensie spowodował Chad. Kłopoty chłopca wpłynęły nieodwołalnie na ojca. Odsuwając się od syna, odsuwał się także od jego matki, jakby ją za to winił. Ich jedyny syn od dziecka miał poważne problemy i wreszcie po wielu ciężkich przeżyciach dostał w wieku czternastu lat diagnozę depresji dwubiegunowej. Wtedy Ted, dla własnego spokoju, całkowicie się od niego odsunął, zrzucając odpowiedzialność na matkę. Odnalazł ratunek w odrzuceniu.

– O której przyjedzie Andrea? – spytała Pip.

– Jak się ze wszystkim upora. Mówiła, że przed południem.

Ophélie cieszyła się z przyjazdu przyjaciółki. Dziecko stanowiło przyjemne oderwanie się od rzeczywistości, zwłaszcza dla Pip, która je uwielbiała. A Andrea, mimo wieku i braku doświadczenia, była bardzo wyluzowaną matką. Nie przeszkadzało jej, że Pip nosi dziecko, całuje je i łaskocze w małe stópki, gdy Andrea karmi go piersią. Bobas kochał Pip. Jego radosne usposobienie wnosiło do ich życia trochę słońca. Nawet Ophélie się przy nim ożywiała.

Ku powszechnemu zdumieniu Andrea, ceniona prawniczka, wzięła roczny urlop, żeby zająć się dzieckiem. Uważała, że urodzenie Williama jest najlepszą rzeczą, jaka jej się w życiu przydarzyła, i nie żałowała tego ani przez moment. Wszyscy mówili jej, że urodzenie dziecka przeszkodzi w znalezieniu męża, ale Andrea w ogóle się tym nie przejmowała. Wystarczał jej syn. Ophélie uczestniczyła przy porodzie i obie wzruszyły się do łez. William urodził się szybko i bez problemów; był to pierwszy poród, jaki Ophélie widziała, nie licząc własnych. Doktor podał jej dziecko, by wręczyła je Andrei, parę minut po urodzeniu, i to związało obie kobiety jeszcze mocniej. Często wspominały to niezwykłe wydarzenie, które stało się czymś nadzwyczajnym w ich dotychczasowej przyjaźni.

Matka z córką posiedziały chwilę na słońcu, nie czując się zobligowane do rozmowy. Zadzwonił telefon i Ophélie poszła go odebrać. Dzwoniła Andrea, która właśnie skończyła karmić Williama i wyruszała na plażę. Ophélie postanowiła wziąć prysznic, a Pip przebrała się w kostium kąpielowy i zawołała do matki, że idzie z psem na plażę. Brodziła w wodzie, gdy czterdzieści pięć minut później zjawiła się Andrea. Jak zwykle wparowała do domu niczym huragan. Po paru minutach wszędzie leżały torby z pieluchami, ubranka, kocyki i zabawki. Ophélie weszła na wydmę i gestem przywołała Pip. Po chwili dziewczynka bawiła się z Williamem, a Mus obszczekiwał ich z przejęciem. Tak wyglądała normalna wizyta Andrei i jej synka. Po dwóch godzinach znów nakarmiła dziecko i wszystko trochę przycichło. Pip zjadła kanapkę i wróciła na plażę. Andrea siedziała zadowolona na kanapie, pijąc sok pomarańczowy. Ophélie uśmiechnęła się do niej.

– Jest śliczny… Masz szczęście, że go urodziłaś – stwierdziła z zazdrością. Małe dziecko wnosiło coś bardzo uspokajającego i radosnego. Było początkiem, a nie końcem, nadzieją, a nie rozczarowaniem, stratą i smutkiem. W jednej chwili życie Andrei stało się przeciwieństwem życia Ophélie, która miała wrażenie, że jej życie się skończyło.

– Jak się czujesz? Jak ci się tu mieszka? – Andrea stale martwiła się o przyjaciółkę.

Teraz siedziała wygodnie rozparta na kanapie, z wyciągniętymi nogami, z dzieckiem przy odkrytej piersi. Była dumna ze swojej nowej roli. Ładna kobieta, z przenikliwymi ciemnymi oczami i długimi ciemnymi włosami splecionymi w warkocz. Znikły nagle sądowe kostiumy i oficjalny sposób bycia. Miała na sobie różową bluzkę bez pleców i białe szorty. Boso, tak jak teraz, przewyższała Ophélie o głowę. W butach na obcasach miała ponad metr osiemdziesiąt. Mimo wysokiego wzrostu była seksowną kobietą.

– Lepiej – odparła Ophélie, nie całkiem zgodnie z prawdą, choć rzeczywiście czasami czuła się trochę lepiej. Przynajmniej mieszkała w domu pozbawionym wspomnień, oprócz tych, które nosiła w głowie. – Czasem wydaje mi się, że spotkania grupy wpędzają mnie w depresję, czasem myślę, że mi pomagają. Przeważnie sama nie wiem, jak to jest.

– Pewnie jedno i drugie. Jak większość rzeczy w życiu. Ale jesteś z innymi ludźmi, którzy przeżywają to samo. My przypuszczalnie nie rozumiemy twoich odczuć.

Dobrze, że Andrea to przyznała. Ophélie nienawidziła ludzi, którzy twierdzili, że rozumieją, co czuje, choć było to niemożliwe.

– Mam nadzieję, że nigdy nie przeżyjesz czegoś podobnego. – Ophélie uśmiechnęła się smutno. Andrea przystawiła dziecko do drugiej piersi. Nadal ssało energicznie, ale wiedziała, że za parę minut naje się i zaśnie. – Mam wyrzuty sumienia wobec Pip. Straciłam z nią kontakt. Jakbym unosiła się gdzieś w przestrzeni.

I niezależnie od tego, jak bardzo chciała wrócić na ziemię, ciągle jeszcze nie potrafiła tego zrobić.

– Mimo to jakoś daje sobie radę. Od czasu do czasu chyba łapie z tobą kontakt. To poważny dzieciak. Wiele przeszła. Obie wiele przeszłyście. – Chad przez ostatnie lata przysporzył rodzinie stresów, a Ted miał swoje dziwactwa. Pip i tak nieźle radziła sobie w życiu, podobnie jak Ophélie. Do października. Była spoiwem łączącym rodzinę w obliczu licznych zmartwień i poważnych problemów. Dopiero październik rzucił ją na kolana. Ale Andrea nie miała wątpliwości, że przyjaciółka znowu stanie na nogi. I chciała jej w tym pomóc.

Przyjaźniły się od prawie dwudziestu lat. Poznały się przez wspólnych znajomych i od razu polubiły, być może dlatego, że tak bardzo się od siebie różniły. Ophélie – spokojna i łagodna, Andrea – wygadana i stanowcza, czasem wręcz męska w swoich poglądach. Zdecydowanie heteroseksualna, z bogatym życiem erotycznym, nigdy nie pozwoliła żadnemu mężczyźnie sobą dyrygować. Ophélie była kobieca, wciąż bardzo europejska, jeśli chodzi o wyznawane wartości i poglądy, podporządkowana mężowi, co jej absolutnie nie przeszkadzało. Andrea zawsze namawiała ją, by stała się bardziej niezależna, bardziej amerykańska. Łączyła je namiętność do sztuki, muzyki i teatru. Raz czy dwa poleciały do Nowego Jorku na premierę nowej sztuki. Andrea kiedyś nawet poleciała z Ophélie do Francji. Poza tym Andrea miała świetny kontakt z Tedem. Stanowili trójkąt, w którym wszystkie osoby jednakowo się lubią. Andrea skończyła fizykę na politechnice w Massachusetts, a później prawo w Stanford i stamtąd przyjechała do Kalifornii, gdzie już została. Nie cierpiała myśli, że mogłaby wrócić do śnieżnych zim w Bostonie, skąd pochodziła. Zamieszkała w Kalifornii trzy lata przed Ophélie i Tedem i z determinacją postanowiła tam urządzić swoje życie. Ted godzinami rozmawiał z nią o swoich projektach zadowolony, że przyjaciółka żony zna się na fizyce. Andrea rozumiała je znacznie lepiej niż Ophélie, która z kolei cieszyła się, że ma tak mądrą przyjaciółkę. Nawet Ted, przy trudnym usposobieniu, musiał przyznać, że jest pod wrażeniem wiedzy Andrei.