Bezpieczna przystań. Bracia Warner. Tom 2 - Jay Crownover - ebook
NOWOŚĆ

Bezpieczna przystań. Bracia Warner. Tom 2 ebook

Jay Crownover

4,3

188 osób interesuje się tą książką

Opis

Tylko miłość może być najlepszym schronieniem

Sutton Warner czuje, że zawiódł wszystkich. Szczególnie kobietę, o której nie może zapomnieć. Tę, która prawie straciłaby przez niego życie.

Emry Santos czuje w swoim życiu wielką pustkę i chciałaby wreszcie to zmienić. Dochodzi do wniosku, że musi wrócić tam, gdzie wszystko się zaczęło. Tam, gdzie mieszka Sutton.

Bezpieczna przystań to drugi tom serii Bracia Warner o poszukiwaniu miłości i stawianiu czoła przewrotnemu losowi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 384

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Książkę tę dedykuję wszystkim osobom, które przygodę z romansem rozpoczęły, kradnąc książkę mamie.

Prolog

Sześć miesięcy wcześniej…

Emrys

To wyłącznie moja wina, że ci uzbrojeni faceci nas złapali.

Wiedziałam, że chcą nas skrzywdzić. Wiedziałam też, że są szybsi od nas na tych swoich quadach i motocyklach terenowych. Że nie zawahają się nas zabić.

Wyrzucali ciała do rzeki jak jakieś śmieci. Byłam pewna, że jeśli nas dogonią, czeka nas ten sam los. Byli gotowi sięgnąć po ekstremalne środki, aby tylko ochronić akry nielegalnej uprawy marihuany ukrytej głęboko w lasach stanu Wyoming. Nie mogli nam pozwolić na opuszczenie tych terenów. Za pewne tajemnice ludzie są w stanie zabić... A to była jedna z nich.

Wiedziałam o tym wszystkim, a mimo to zmusiłam Suttona Warnera, żeby się zatrzymał. Nie byłam tak dobrym jeźdźcem jak on, a trzeba przyznać, że narzucił mi iście szaleńcze tempo, chcąc doprowadzić mnie bezpiecznie z powrotem na swoje rodzinne ranczo. Pozostali uczestnicy wyprawy podzielili się na dwie mniejsze grupy i rozeszli w różnych kierunkach, by uciec uzbrojonemu gangowi, chroniącemu uprawę marihuany.

Ja i Sutton tworzyliśmy najmniejszą grupę, ale z zawrotną wręcz prędkością przedzieraliśmy się przez gąszcz. Chcieliśmy się jak najszybciej dostać na ranczo i wezwać pomoc – zanim komukolwiek z pozostałych uczestników stanie się krzywda. Myśleliśmy, że będziemy najszybsi, ale nie mogliśmy w żaden sposób porównać naszego tempa do pozostałych dwóch grup. Starszy brat Suttona miał już pewne obrażenia, a inny członek wyprawy został poważnie ranny po tym, jak gang zaatakował nasz obóz i zaczął nas ostrzeliwać. W mgnieniu oka sprawy przybrały dramatyczny obrót. To był koniec spokojnej i beztroskiej wyprawy w góry, na którą namówiłam swoją najlepszą przyjaciółkę. Od tamtej pory zaczął się wyścig o życie, podczas którego uciekaliśmy przed uzbrojonymi po zęby gangsterami.

Sutton nie chciał się zatrzymać, chociaż brakowało mi już tchu i ledwo trzymałam się w siodle. Nie zrobiliśmy przerwy, od kiedy rozdzieliśmy się z tamtymi. Nie mieliśmy czasu na odpoczynek, zjedzenie czegokolwiek ani nawet na zastanowienie się nad zagrożeniem. Mój koń również zaczynał wykazywać oznaki zmęczenia. Wyczerpane zwierzę potykało się, stawiało opór, gdy szarpałam za lejce i uderzałam piętami w jego boki. Całe ciało miałam obolałe, do tego wzrok zaczął mi się rozmazywać, więc ledwo widziałam tego wielkiego blondyna pędzącego przede mną. Prawie się do mnie nie odzywał, odkąd ruszyliśmy w las. Do diabła, wcześniej też niewiele mówił. Nawet nie próbował ukrywać, że jestem dla niego ciężarem w tej sytuacji. Nie omieszkał wspomnieć, raz czy dwa, że beze mnie zajechałby już dwa razy dalej. Nie był serdeczny ani nawet uprzejmy. Nie zawracał sobie głowy podnoszeniem mnie na duchu.

A jednak zatrzymał się, gdy powiedziałam mu, że potrzebuję przerwy, i zrobiłby wszystko, co w jego mocy, aby zapewnić mi bezpieczeństwo. Pozostawał czujny i uważnie obserwował otoczenie, całkowicie skupił się na zadaniu. Z pewnością martwił się też o swoich braci, którzy byli przewodnikami na naszej wyprawie i poprowadzili przez las pozostałe dwie grupy. Wiele się wydarzyło w ciągu ostatniego tygodnia, ucieczka od zabójców stanowiła tylko wierzchołek góry lodowej. Moja najlepsza przyjaciółka znajdowała się gdzieś pośrodku tej dziczy, a towarzyszył jej starszy brat Suttona; tak jak my usiłowali wyjść cało z tego chaosu. Na szczęście najstarszy Warner bardzo ją polubił i nie traktował jej jak… ciężaru.

Sutton się zatrzymał, ale nie krył zdenerwowania. Najwyraźniej uważał to za fatalny pomysł, tylko że ja ledwo się trzymałam w siodle. Od godziny miałam zupełnie zdrętwiały tyłek. Mój koń potknął się i przechylił na bok, ale byłam zbyt wyczerpana i odrętwiała, aby odpowiednio na to zareagować. Osunęłam się na ziemię z krzykiem, a towarzyszący mi blondyn zaklął cicho pod nosem.

Zatrzymał swojego nakrapianego appaloosa i zsunął się z siodła jednym płynnym ruchem. Pewnie zachwyciłaby mnie jego zwinność, gdybym nie była tak bliska utraty przytomności. Przed wyjazdem na tę wyprawę przeczytałam mnóstwo romansów o seksownych kowbojach i krzepkich farmerach. Zawsze skrycie marzyłam o przystojniaku w obcisłych dżinsach i kowbojskich butach – wydawał mi się wzorem prawdziwego mężczyzny, co to potrafi sam upolować kolację czy wymienić koło, a w dodatku wie, jak zadbać o kobietę, w sypialni i poza nią.

W San Francisco nie znałam nikogo takiego. Przyjaźniłam się raczej z artystami i poetami. Przyciągałam też do siebie aktorów i muzyków. Ciągle natrafiałam na facetów z branży artystycznej, którzy nie mieli stałych dochodów i którym bardziej niż na mnie zależało na tym, bym zapewniła im dach nad głową.

Wpadłam w zachwyt, kiedy po przyjeździe na ranczo Warnerów zostałyśmy powitane przez trzech zupełnie różnych kowbojów. Moja najlepsza przyjaciółka Leo nazwała najstarszego z braci, Cyrusa Warnera, „niezupełnie prawdziwym kowbojem”. Miała rację. Przypominał raczej dyrektora generalnego jeżdżącego na motocyklu aniżeli ranczera. Był wielki, szorstki i groźny. Wydawał się wręcz niebezpieczny. Miał specyficzny, zaskakujący styl jak na człowieka mieszkającego na oddalonym od cywilizowanego świata ranczu i równie łatwo można by go sobie wyobrazić na sali konferencyjnej wielkiej korporacji, jak w stajni pełnej koni. Taki kowboj wyższego szczebla. To on zamienił podupadające ranczo w ośrodek turystyczny przynoszący zyski.

Najmłodszy Warner, Lane, wyglądał z kolei na stereotypowego kowboja. Miał jasnoniebieskie oczy, falowane ciemne włosy i mocno opaloną skórę. Nosił ciasne wranglery, a na nieprzyzwoicie przystojnej twarzy rozciągał się rozbrajający uśmiech, który zaświadczał o doskonałym opanowaniu sztuki wykorzystywania własnego uroku. Przypominał jednego z tych mężczyzn z kalendarza, których fotografuje się bez koszulki ze źrebakiem lub jakimś innym zwierzęciem na ręku. Kwintesencja wyobrażeń o kowboju! Dziewczęta z miasta na pewno padały na jego widok.

Sutton był dziwną mieszkanką obu braci. Ze swoimi zmierzwionymi blond włosami i ciemnozielonymi oczami miał bardziej tradycyjną urodę niż oni. Był niższy od Cyrusa, ale wyższy od Lane’a, chociaż żaden z nich nie mógł narzekać na niski wzrost (na co zresztą od razu zwróciłam uwagę, gdyż sama należę do wysokich kobiet). Nosił typowe kowbojskie buty i wygodne dżinsy, ale nie sprawiał wrażenia kogoś, kto lubi przebywać na ranczu, a przynajmniej nie tak bardzo jak pozostali Warnerowie. Nie wydawał się tak surowy jak jego milczący starszy brat, za to przemawiał niegrzecznym, sarkastycznym tonem, znacznie ostrzejszym niż jego uprzejmy młodszy brat. Poruszał się pewnie po swojej ziemi, ale w każdym jego kroku dało się wyczuć jakąś skrywaną złość. Nie ulegało wątpliwości, że jest prawdziwym kowbojem i że wcale go to nie cieszy. Zdecydowanie męczył się w tej roli. Oczywiście to właśnie na niego zwróciłam uwagę, a już od dłuższego czasu nikt mnie szczególnie nie zainteresował.

Zawsze pociągali mnie chłopcy z problemami, pragnęłam ich naprawiać. Co jakiś czas angażowałam się w pomaganie jakiemuś zranionemu ptakowi, trafiającemu do mojego gniazda.

Sutton wyciągnął rękę, żeby pomóc mi wstać. Chwyciłam ją, a on przyciągnął mnie do siebie i nagle moje dłonie wylądowały na jego muskularnej klatce piersiowej. Stałam z głową odchyloną do tyłu, dzięki czemu mogłam spojrzeć mu prosto w oczy. Zapłonęły żarem, gdy do niego przylgnęłam. Ewidentnie nie chciał dać po sobie poznać, że tak na niego działam, bo zacisnął usta w cienką linię.

– Wszystko w porządku, Em? – zapytał szorstkim głosem, a ja bardzo chciałam wierzyć, że pyta o to nie tylko z powodu swojej słabo ukrywanej niecierpliwości, lecz także z autentycznej troski.

Na pewno doskonale zdawał sobie sprawę, że zwróciłam na niego uwagę. Być może ja także mu się spodobałam. Jeśli tak, nie wydawał się z tego powodu szczęśliwy.

Pochyliłam głowę i wypuściłam powietrze.

– Nic mi nie jest – odparłam. – Potrzebuję tylko kilku minut. Nie jestem przyzwyczajona do takiego wysiłku i adrenaliny. Serce mi chyba zaraz wyskoczy z piersi.

Nie mówiąc już o obtartych od jazdy na koniu udach.

Przyłożyłam dłoń do piersi, serce waliło mi jak oszalałe, jego wzrok podążył za tym ruchem. Zamrugał kilka razy i odsunął się ode mnie nagle, jakby moja skóra porosła cierniami.

– Zabiorę konie nad rzekę, żeby je napoić – oznajmił. – Znajdź jakieś osłonięte miejsce, w którym będziesz się mogła ukryć i poczekać na mnie. Rozprostuj nogi. Jeszcze tylko jeden dzień intensywnej jazdy i znajdziemy się na ranczu. Po powrocie będziesz mogła odpoczywać, ile tylko zechcesz. Musisz zagryźć zęby, Em. Leo na ciebie liczy.

Oczywiście musiał wspomnieć o mojej najlepszej przyjaciółce znajdującej się w niebezpieczeństwie. To z mojej winy wpadliśmy w tarapaty, to ja uznałam, że wyprawa na odludzie będzie doskonałym sposobem na uleczenie jej złamanego serca. Nie podejrzewałam jednak, że uzdrowi ją najstarszy Warner, a nie sama wyprawa.

Już miałam odpowiedzieć Suttonowi, że schowam się za wielką sosną, gdy rozległ się pierwszy strzał. Ktoś trafił w jego konia i zwierzę rzuciło się do ucieczki. Serce mi się ścisnęło, gdy usłyszałam przeraźliwe rżenie. Sutton natychmiast powalił mnie na ziemię. W tym momencie usłyszeliśmy warkot silników, a mój koń zatańczył nerwowo.

Nie byliśmy wystarczająco szybcy, nie zdołaliśmy uciec dostatecznie daleko. W dodatku wymusiłam postój, chociaż wiedziałam, jak bardzo jest to niebezpieczne.

Okrążyły nas motocykle. Schowałam twarz w szyi Suttona, osłaniającego mnie swoim wielkim ciałem, i tylko kątem oka ujrzałam cztery karabiny automatyczne skierowane w naszą stronę. Jakiś mężczyzna zszedł z pojazdu, zbliżył się do nas i mocno kopnął Suttona w żebra. Miałam wrażenie, że bandyta pogruchotał mu kości, ale dzielny kowboj wydał z siebie tylko cichy jęk, po czym ścisnął mnie mocniej i kazał mi zachować spokój.

Krzyczałam na całe gardło, gdy odciągnęli go ode mnie i przyłożyli mu lufę pod uniesiony wyzywająco podbródek. Facet, który go kopnął, schylił się i złapał mnie za kucyk. Szarpnął brutalnie i przyciągnął moją głowę do siebie. Wbijał we mnie swój pożądliwy wzrok, nie ukrywając, jakie ma zamiary.

– Przyjadą po ciebie, jak tylko zdadzą sobie sprawę, że zaginęłaś – zwrócił się do mnie bandyta. – Puścimy wolno rannego konia, żeby się domyślili, kto się tobą zajął. A w międzyczasie się zabawimy. Tkwimy w tych górach naprawdę bardzo, bardzo długo. Oddalibyśmy wszystko za odrobinę rozrywki. – Odwrócił się do swoich kolegów, podniósł rękę i ogłosił: – Chłopcy, poznajcie waszą nową zabawkę.

Uśmiechnął się do mnie złowrogo, aż żołądek skręcił mi się w ciasny supeł.

– Nie dotykaj jej! – krzyknął Sutton.

Nie zważając na to, że bandyci mają nad nim zdecydowaną przewagę, rzucił się na zbira, który trzymał mnie w łapach. Daremny wysiłek. Stojący z tyłu opryszek uderzył go w głowę kolbą karabinu i Sutton padł bezwładnie na kolana. Karmazynowa krew spływała obficie po jego jasnych włosach. Potrząsnął głową, po czym opadł na ziemię, usiłując podtrzymać się jeszcze na rękach. Facet, który go uderzył, zamachnął się ponownie, a ja krzyknęłam i mimowolnie wyrwałam się w kierunku napastnika, żeby go powstrzymać.

Poczułam szarpnięcie za włosy. Opryszek chwycił mnie brutalnie za twarz i warknął:

– Jeśli będziesz walczyć i utrudniać nam powrót do obozu, wpakuję mu kulkę między oczy. Jeden zakładnik nam wystarczy.

Spojrzałam bezradnie na nieprzytomnego kowboja leżącego na ziemi i łzy spłynęły mi po policzkach. Sutton wyraźnie dawał mi do zrozumienia, że nie powinniśmy się zatrzymywać. Według niego od rancza dzielił nas tylko jeden dzień jazdy. To wszystko moja wina… Znowu. Jeśli coś mu się stanie, ja będę za to odpowiedzialna. Skinęłam sztywno głową i otarłam łzy.

Mężczyźni przerzucili jego bezwładne, zakrwawione ciało przez grzbiet konia. Mnie związali z przodu ręce i zmusili do wejścia na quada. Całą drogę przez las trzymali broń wycelowaną w moją stronę, a ja nie mogłam powstrzymać płaczu. Rozpaczliwie pragnęłam uciec, przemknęło mi przez myśl, żeby zeskoczyć z pojazdu, ale wówczas zastrzeliliby Suttona. Nie zasłużył na śmierć tylko dlatego, że byłam słaba i nie umiałam się utrzymać na koniu.

Gdy dotarliśmy do ich prowizorycznego obozowiska, facet, który mnie pojmał, wciągnął mnie do jednego z białych namiotów i popchnął na brudny, śmierdzący materac. Jakiś mężczyzna rzucił Suttona na ziemię. Nawet się nie zorientowałam, kiedy mój oprawca rozciął mi nożem koszulkę i biustonosz, obnażając klatkę piersiową.

Nie mogłam pozostać bierna. Musiałam o siebie zawalczyć. Kopnęłam go w klatkę piersiową i uderzyłam związanymi rękami. Wyrywałam mu się, nawet gdy wbił we mnie nóż, którym wcześniej rozerwał mi ubrania. Z rany trysnęła krew. Krzyczałam tak głośno, że wepchnął mi moją podartą koszulkę do ust. Ugryzł mnie mocno w sutek i zebrało mi się na wymioty. Przycisnął mnie do materaca, trzymając mi rękę na twarzy; ledwo mogłam oddychać. Zdjął ze mnie resztę ubrań. Chciałam zniknąć. Było tam jeszcze dwóch innych opryszków. Obaj trzymali w rękach spluwy i ślinili się na widok mojego nagiego ciała. Wyglądali na coraz bardziej podnieconych i zadowolonych z powodu nagości oraz z tego, że usiłuję walczyć.

Jakimś cudem udało mi się związanymi dłońmi uderzyć obmacującego mnie mężczyznę w głowę. Wierzgnęłam nogami i już miałam go kopnąć w jaja, gdy wbił mi w policzek brudny nóż, lśniący od mojej krwi. Zamarłam z przerażenia. Poczułam, jak ostrze zanurza się w miękkiej skórze ku uciesze oprawcy.

– Myślisz, że jesteś dla mnie za dobra i zasługujesz na kogoś lepszego niż ja? Na coś lepszego niż to? – zapytał. – Wszystkie suki są takie same. Zobaczymy, jaka będziesz wyjątkowa, gdy zmasakruję ci twarz. Będziesz błagała takich mężczyzn jak ja, żeby cię wzięli i odpowiednio się o ciebie zatroszczyli. Nikt cię już nie zechce, gdy wyrzeźbię swoje inicjały na twojej skórze.

Znów przeciągnął mi nożem po ciele, a ja miałam wrażenie, że tonę we własnej krwi. Strużka ciekła mi do uszu, ust i po szyi. Od jej smaku zbierało mi się na wymioty.

Mężczyzna rozciął mi skórę od klatki piersiowej aż do brzucha. Kiedy poczułam ostrze między nogami, zamknęłam oczy i zaczęłam się modlić o śmierć. Naprawdę chciałam umrzeć. Wbił mi zęby w skórę. Zamarłam zszokowana. Nikt jeszcze nie dotknął mnie wbrew mojej woli, nigdy nie czułam się tak bezradna. Straciłam wiarę w to, że przeżyję. Poczułam między moimi nogami szorstkie palce i ostrze wbijające się w miękkie wnętrze uda. Wydałam stłumiony szloch z zakneblowanych ust. Bezskutecznie próbowałam się wyrwać oprawcy. Wiedziałam, że za chwilę zdarzy się coś, co zmieni mnie na zawsze, o ile to przeżyję, ale nic nie mogłam z tym zrobić.

Nagle dostrzegłam zamieszanie w miejscu, gdzie byli pozostali mężczyźni, niecierpliwie czekający na swoją kolej, aby się mną zabawić. Sutton odzyskał przytomność i właśnie rozpętał piekło. Udało mu się wykraść broń bandytom, stracili czujność, zajęci przyglądaniem się tym scenom przemocy. Zastrzelił jednego z nich, zanim drugi zdołał się na niego rzucić. Kiedy zaczęli walczyć o broń, leżący na mnie bandyta zerwał się na równe nogi. Przestępca właśnie podciągał spodnie i sięgał po swój pistolet, kiedy rozległ się kolejny strzał. Mężczyzna walczący z Suttonem zwalił się na ziemię. Mój wybawca stanął na chwiejnych nogach, trzymając mocno czarny pistolet, jakby nie czuł krwawiącej obficie rany na głowie.

– Puść ją – zażądał.

Stali twarzą w twarz, żaden z nich nie zamierzał ustąpić.

– Dlaczego miałbym to zrobić? – zapytał bandyta. – Dopiero się rozkręcam.

Byłam cała we krwi, wszędzie miałam ślady po jego ugryzieniach. Nie mówiąc o porozcinanej nożem skórze. Nie przeżyłabym dalszej zabawy.

– Więcej jej nie dotkniesz – oznajmił Sutton chrapliwym głosem, mrożąc mężczyznę lodowatym spojrzeniem.

Podniosłam się, żeby wsunąć spodnie i podartą koszulę, co okazało się niełatwe, bo ręce miałam związane, a palce ślizgały się od krwi. Udało mi się okryć klatkę piersiową, ale materiał natychmiast zabarwił się na czerwono. Kiedy do namiotu wszedł kolejny mężczyzna, wstałam i rzuciłam się w kierunku Suttona.

Obcy emanował tak złowrogą energią, że aż zimny dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie. Spojrzał na podziurawionych kulami zbirów, którzy leżeli martwi na ziemi, po czym wyciągnął pistolet i bez słowa ostrzeżenia dwukrotnie strzelił kowbojowi w pierś. Na jego twarzy nie zobaczyłam ani śladu wyrzutów sumienia, gdy patrzył, jak blondyn pada na ziemię. Krzyknęłam przerażona. Położyłam Suttonowi dłoń na plecach. Słyszałam, jak walczy o oddech, i patrzyłam, jak blednie. W końcu oczy mu się wywróciły i ciało zwiotczało. Ujęłam jego głowę i ułożyłam na swoich kolanach.

– Jak mogłeś do tego dopuścić? – zwrócił się do mojego oprawcy mężczyzna z pistoletem, kiwnąwszy w stronę dwóch martwych facetów. Bandyta, który prawie mnie zgwałcił, wzruszył ramionami.

– Byłem zajęty, a kowboj okazał się bardziej zdeterminowany, niż myślałem.

Mężczyzna, najwyraźniej dowódca, skierował na niego pistolet i pociągnął za spust równie chłodno i spokojnie jak wtedy, gdy strzelił do Suttona.

– Nie mamy czasu na rozrywki – skwitował.

Mój oprawca padł martwy, a jego egzekutor odwrócił się do mnie. Mamrotałam coś cicho do Suttona, modliłam się, żeby mi odpowiedział. Czułam, jak jego puls słabnie. Umierał na moich oczach.

– Ten człowiek jest już martwy – zwrócił się do mnie facet z pistoletem, jakby czytał mi w myślach. – Nikt z was nie opuści tego terenu żywy.

Mylił się. W obu przypadkach.

Sutton otarł się o śmierć... A jednak żył.

Patrzyłam, jak siły go opuszczają, oczy ciemnieją, a pierś nieruchomieje, ale się nie poddawał. Ci handlarze narkotyków nie mieli pojęcia, jak uparci są Warnerowie ani jak bardzo chronią się nawzajem.

Nie minęła nawet minuta, gdy Cy zjawił się znikąd z całą kawalerią. Zdołał uratować nas oboje. Chyba tylko dzięki opatrzności Sutton przetrwał lot do Billings w Montanie i trudną, długą operację.

Zawdzięczam mu życie. I dużo więcej.

Chciałam przy nim zostać.

Pragnęłam trzymać go za rękę i mu dziękować.

Zatroszczyć się o niego, jak on zatroszczył się o mnie.

Naprawić go.

I pozwolić sobie zakochać się w nim, bo byłam pewna, że mogłabym go pokochać. Nikt nigdy nie zadbał o mnie tak jak on. Przyjął za mnie kulę, ryzykując własnym życiem.

A jednak gdy tylko otworzył oczy, kazał mi odejść. Nie mógł mówić z powodu rurki w gardle, ale tak się zdenerwował na mój widok, że zmusił swoich braci, by dali mu komórkę. Napisał wiadomość, że nie życzy sobie mnie widzieć. Nie chciał mieć ze mną nic wspólnego.

Potrzebowałam czasu, żeby się z tym pogodzić. Nie mogłam mieć mu tego za złe. W końcu to przeze mnie znalazł się w opłakanym stanie. Poświęcił się, żeby mnie ratować, i najwyraźniej tego pożałował. Miał przecież rodzinę i córeczkę, o którą musiał zadbać. Mało brakowało, a dziewczynka straciłaby przeze mnie ojca.

Chciał, żebym zniknęła z jego życia, więc to zrobiłam.

A potem zrezygnowałam z pracy, odrzuciłam przyjaciół i rodzinę. Odepchnęłam od siebie wszystkich, którzy próbowali mi pomóc.

Cokolwiek robiłam, gdziekolwiek przebywałam, nie mogłam się pozbyć wrażenia, że mam z Suttonem niedokończone sprawy. Wciąż o nim myślałam i wszystkie moje odczucia w jakiś sposób się z nim wiązały. Wszędzie mi towarzyszył. Zostawiłam kawałek siebie i swojego serca przy kowboju, który uratował mi życie. Wiedziałam, że muszę do niego wrócić, żeby je odzyskać, jeśli mam kiedykolwiek ruszyć naprzód i być szczęśliwa.

Rozdział 1

Upadek na dno

Sutton

Spałeś z moją żoną, Warner. – To było stwierdzenie, nie pytanie, a facet, który je wypowiedział, wyglądał, jakby już znał odpowiedź.

Zerknąłem na niego spod daszka wytartej czapki. W barze panował półmrok, ale ja wcale nie mrużyłem oczu z powodu kiepskiego oświetlenia. Opróżniłem już połowę butelki taniego burbona, więc ujrzałem podwójną, rozmazaną, falującą twarz wysokiego kowboja. Musiałem się bardzo mocno skoncentrować, żeby odróżnić, która z tych postaci jest rzeczywistym zagrożeniem, a która jedynie alkoholową halucynacją. Nie ulegało wątpliwości, że mężczyzna jest wkurzony i gotowy do bójki.

Podniosłem drżącą dłoń i potarłem zarost. Już dawno się nie goliłem… Pewnie od tygodni… A może nawet od miesięcy. Wygląd przestał mnie obchodzić i zdawałem sobie sprawę, że to objaw staczania się na dno. Gdyby ten rozwścieczony kowboj zadał sobie trud, żeby mi się dobrze przyjrzeć, z pewnością by to zauważył i pojął, że żadna kobieta nie zainteresowałaby się mną w takim stanie. Oczywiście wszyscy wiedzieli, że nie stroniłem od seksu. Zarówno ja, jak i mój młodszy brat, Lane, zaliczaliśmy swego czasu po kolei nie tylko wolne, ale też zajęte kobiety, które nazywały Sheridan w Wyoming swoim domem. Na szczęście ostatnio do miasta zaczęły przybywać turystki, zapewniając nam mnóstwo okazji do rozrywki bez poczucia winy. Żaden z nas nie zamierzał za to przepraszać. Przez prawie dziesięć lat tkwiłem w trudnym związku, w którym nie zaznałem zbyt wiele przyjemności, nadrabiałem po prostu stracony czas. A przynajmniej tak było wcześniej, dopóki nie zostałem postrzelony i nie poznałem tej pięknej brunetki.

Jeśli rzeczywiście spałem z żoną tego faceta, to musiało być dawno temu, zanim wszystko się zmieniło i otarłem się o śmierć. Kiedy tylko w szpitalu odzyskałem przytomność, od razu pożałowałem, że przeżyłem. Nie mogłem wyrzucić z głowy wyrazu twarzy tej kobiety, kiedy tamten dupek ją obmacywał i rozcinał nożem jej skórę.

Naprawdę, jeżeli zaliczyłem żonę tego kowboja, to musiało być na długo przed tym, zanim zacząłem pić, a właściwie upijać się do nieprzytomności. I zanim wszystko zaczęło mnie boleć. Totalnie wszystko.

Klatka piersiowa rwała mnie od kul, które przeszyły mi ciało i rozerwały wnętrzności. Serce mi pękało, gdy córka patrzyła na mnie, jakby mnie już nie poznawała. Przeżywałem katusze za każdym razem, gdy starszy brat przyglądał mi się z rozczarowaniem i wyrzutem w oczach. A reszta mojego ciała… Cóż, od wyjścia ze szpitala nie czułem się zbyt dobrze. Byłem osłabiony, wątły i wychudzony. Ledwo się ruszałem, ale najgorsze, że nie mogłem przelecieć żony tego faceta, nawet gdyby leżała przede mną naga i o to błagała, bo mój sprzęt nie funkcjonował jak należy. Miałem wręcz wrażenie, jakby wszystko, co czyniło ze mnie mężczyznę, zostało ze mnie wyrwane, gdy patrzyłem, jak tamten bandyta ją krzywdzi.

Za każdym razem, gdy ściągałem spodnie przy jakiejś kobiecie, a ona patrzyła na mnie z zawiedzioną miną, jakbym zrobił jej coś złego, zrzucałem winę na alkohol. Zresztą piłem tak dużo, że ta wymówka brzmiała wiarygodnie.

Gdy trzeźwiałem, wracał do mnie tamten koszmar. Wciąż słyszałem jej krzyki i widziałem tego faceta, obściskującego ją z nożem przy jej skórze. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że moja nowo nabyta dysfunkcja nie ma nic wspólnego z alkoholem, ale wiąże się z tą brunetką i z tym, że ją zawiodłem. Jaki mężczyzna naraziłby kobietę na coś takiego? Z pewnością tak samo jak ja żałowała, że nie umarłem na stole operacyjnym.

Odruchowo sięgnąłem po szklankę i upiłem łyk burbona. Piekąca ciecz spłynęła mi po gardle, a zanim trafiła do wnętrzności, widziałem już przed sobą trzech chwiejących się kowbojów zamiast dwóch, wszyscy tracili cierpliwość i byli coraz bardziej wściekli.

Podniosłem palcem daszek czapki i jeszcze bardziej zmrużyłem oczy. Nie miałem pojęcia, kim jest ten facet, ale miasteczko szybko się rozwijało, wciąż przyjeżdżali tu ludzie z innych części kraju w poszukiwaniu spokojnego, wiejskiego stylu życia, jakie wiodłem wraz z braćmi. Większość rancz sąsiadujących z naszą ziemią znacząco się rozwinęła w ciągu ostatnich pięciu lat. Służyło to finansom i podniosło jakość życia mieszkańców tych rejonów, ale nie sprzyjało zachowaniu dawnego klimatu małego miasteczka, w którym wszyscy się znali.

– Jesteś pewien, że rozmawiasz z właściwym Warnerem, stary? – wycedziłem powoli.

Udało mi się wypowiedzieć te słowa w miarę wyraźnie, ale okazało się to trudniejsze, niż chciałbym przyznać. Oddychałem ciężko, zimny pot oblał mi czoło. Nie czułem się dobrze, żadna nowość.

Kowboj zakołysał się na obcasach, a zamazane postaci po obu jego stronach zrobiły to samo. Żołądek wywrócił mi się na drugą stronę, głowa rozbolała mnie od prób skupienia na nim wzroku. Stuknąłem palcem w brzeg pustej szklanki. Barman spojrzał na mnie z żalem i potrząsnął przecząco głową.

Burke Bolton był w wieku mojego starszego brata. Podobnie jak Cy wyprowadził się z miasta kilka lat temu i chyba tak samo niechętnie tu wrócił. Bar Big Horn od zawsze należał do jego rodziny. To on wykradł dla nas butelkę kiepskiej tequili, kiedy byliśmy nastolatkami, żebyśmy mogli po raz pierwszy w życiu się upić. Był milczącym mężczyzną z czujnymi oczami, z którym niezwykle łatwo się rozmawiało. Nie nazwałbym go przyjacielem, ale stał mi się dość bliski. Jako pierwszy odważył się odmówić mi alkoholu, co zdarzało się ostatnio coraz częściej. Ciągle mi powtarzano, że za dużo piję. Ludzie próbowali mnie jakoś okiełznać, ochronić przed samym sobą. Każdego wieczoru musiałem słuchać tej samej śpiewki. Ale oni nie słyszeli jej krzyku, coraz bardziej rozdzierającego serce. Nie widzieli jej zakrwawionej, zrozpaczonej twarzy, nie patrzyli, jak usiłuje walczyć o życie, podczas gdy ten potwór szarpie ją, bije… próbuje zgwałcić. Nie mieli pojęcia, że żadna ilość alkoholu nie wystarczy, abym mógł się od tego odciąć i znieczulić ten ból, który ciągle pulsował mi pod czaszką.

– Tylko jeden z was jest blondynem… Sutton – odparł nieznajomy kowboj. – A teraz odpowiedz mi na pytanie. Pieprzysz moją żonę?

Facet stracił w końcu resztki cierpliwości. Uderzył mnie w sam środek klatki piersiowej, okrytej zapinaną na guziki koszulą i podkoszulkiem, którego nie prałem od tygodnia.

Pod tym jednym względem miał rację. Obaj moi bracia odziedziczyli po naszym staruszku ciemne włosy i jasne oczy. A ja dostałem wygląd i osobowość wrednej matki. Cy zaczynał już siwieć, więc wyglądał na dużo starszego. Dobroduszny Lane z tymi swoimi uroczymi dołeczkami i dowcipkowaniem zawsze wydawał się młodszy, niż był w rzeczywistości. Tylko ja, blondyn, paradoksalnie czarna owca w rodzinie, utkwiłem gdzieś pośrodku – nie byłem aż tak poważny jak Cy ani tak wyluzowany jak Lane. Zawsze miałem poczucie, że staram się wprowadzić jakąś równowagę między nimi, jakby do moich obowiązków należało rozluźnianie sztywnego Cyrusa i przypominanie Lane’owi, że życie to coś więcej niż zabawa. Byłem wiecznie niespokojnym dupkiem, usiłującym odnaleźć swoje miejsce w życiu. Nie czułem się pewnie na tej nierównej i skalistej ziemi, z którą na tak długo zostałem związany. Przez to, co przydarzyło się tutaj tej kobiecie, moje życie wydało mi się jeszcze bardziej niepewne, a miejsce, które nazywałem domem, przestało być przyjazne i bezpieczne.

Odepchnąłem wymierzony we mnie palec kowboja. Gdy tylko podniosłem tyłek ze stołka barowego, świat wokół mnie się przekrzywił, a ja zobaczyłem przed sobą już nieco więcej niż trzy zamazane twarze. Wszystko zawirowało, a mnie zebrało się na mdłości. Musiałem przyłożyć drżącą rękę do paska, aby utrzymać się na nogach.

Zdjąłem czapeczkę z głowy i włożyłem ją do tylnej kieszeni dżinsów, tam gdzie wsunąłem wcześniej rachunek. Przeczesałem ręką tłuste włosy, skuliłem się i zachwiałem. Jakim cudem temu facetowi przyszło do głowy, że mógłbym się z kimkolwiek bzykać w takim stanie? Byłem przecież odrażający.

Nie pamiętałem nawet, kiedy ostatnio moje dziecko mnie przytuliło, a moja córeczka była chyba najczulszą dziewczynką na świecie. Co gorsza, nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz sam próbowałem ją przytulić. Czułem obrzydzenie do samego siebie. Upadlałem się od miesięcy, ale tamtego wieczoru poczułem, jakbym sięgnął dna. Miałem wrażenie, że nie mam już sił stawiać oporu ciemności, która mnie ogarniała, a nad którą wcześniej jakoś jeszcze panowałem.

– Sąsiad zadzwonił do mnie kilka dni temu i powiedział, że widział u mnie w domu jakiegoś wysokiego blondyna, kiedy byłem w pracy – powiedział wściekły kowboj. – Ten dupek jeździ nowiutkim, półtonowym pikapem i według mojego sąsiada z pewnością chodziło o coś więcej niż dostawa pizzy. Wszyscy w mieście wiedzą, że ty i twoi pieprzeni bracia nie macie skrupułów co do sypiania z mężatkami.

Skrzyżował ramiona na piersi i w tym momencie zdałem sobie sprawę, że jest znacznie większy i w znacznie lepszej formie niż ja.

Wcześniej odgoniłbym go od siebie jak brzęczącą, natrętną muchę, ale w obecnym stanie poważnie się zastanawiałem nad wyjściem z baru, zanim zdąży mi skopać tyłek. Wciąż dochodziłem do siebie po tamtym postrzale, a poza tym miałem całkiem poważne obrażenia żeber i głowy. Nie nadawałem się do walki.

– Joel, uspokój się, kurwa. – Ostry ton głosu Burke’a odciągnął ode mnie uwagę kowboja.

Barman pochylił się nad kontuarem i spojrzał na mojego oskarżyciela.

– To jest Wyoming – powiedział. – Tutaj wszyscy jeżdżą półtonowcami, a Sutton nie jest jedynym jasnowłosym dupkiem w tym mieście. Jeśli chcesz się dowiedzieć, z kim pieprzy się twoja żona, kiedy jesteś w pracy, powinieneś ją o to zapytać.

Równie dobrze Burke mógł poinformować rozsierdzonego kowboja, że przesiaduję na jego stołku barowym od wielu dni. Wychodziłem z baru, dopiero gdy mnie z niego wyrzucał, a Lane zabierał mnie do domu. Barman przestał wzywać po mnie Cyrusa, bo mój groźny starszy brat psuł wszystkim nastrój nieukrywaną złością. Odstraszał klientów i zapewne przerażał również samego Burke’a.

Oczywiście ludzie gadali za każdym razem, gdy ktoś ratował mnie przed samym sobą. Chociaż miasto wciąż się rozwijało, a Wyoming przestało już być odludziem, to jednak wszyscy nadal wściubiali nos w nie swoje sprawy. Niejednokrotnie stawałem się gorącym tematem dyskusji, a mój upadek stanowił codzienną pożywkę dla plotek.

– Nie przeleciałem twojej żony. – Tym razem moje słowa zabrzmiały już jak pijacki bełkot, a ja zakołysałem się i przechyliłem na bok, ledwo utrzymując się na nogach. – Nie mógłbym jej przelecieć, nawet gdybym chciał.

Czysta prawda, a jednak kowboj źle to odebrał. Był za bardzo wkurzony, żeby podjąć jakiekolwiek próby zrozumienia moich intencji. Zapewne nie mieściło mu się w głowie, aby mężczyzna (zwłaszcza urodzony i wychowany w Wyoming) mógł się przyznać do takiej słabości. Faceci tacy jak my nigdy tego nie robili.

Uderzył mnie w pierś, zatoczyłem się w kierunku baru i trafiłem łokciem w pustą szklankę. Spadła na podłogę i stłukła się na w drobne kawałeczki. Burke wrzasnął ostrzegawczo, a kilku klientów z krzykiem odsunęło się od nas. Rozwścieczony kowboj przycisnął mi przedramię do szyi i wepchnął mnie na bar. Drewniany blat wbił mi się boleśnie w plecy, a serce drgnęło nieco mocniej w klatce piersiowej, uderzając o wciąż poturbowane żebra. Kowboj chwycił za moją koszulę, zacisnął pięści i pochylił się nade mną tak blisko, że poczułem jego gorący oddech na twarzy.

– Nie mógłbyś przelecieć mojej Cyndi? – zapytał. – Coś jest z nią nie tak? Nie jest dla ciebie wystarczająco dobra, Warner? Teraz, kiedy twój brat związał się z tą pyskatą dziewczyną z miasta, wszyscy myślicie, że zasługujecie na kogoś lepszego? Nie ma lepszej kobiety niż taka, która potrafi tu przetrwać. Cyndi pokonałaby tamtą rudowłosą sukę we wszystkim, nie tylko w łóżku.

Facet najwyraźniej stracił rozum. Najpierw był wkurzony na samą myśl, że jego kobieta mogła go ze mną zdradzić, a teraz się wściekał, bo się z nią nie przespałem. Jego cierpienie tak naprawdę wynikało z prostego faktu: naiwnie oddał serce komuś, kto tego nie docenił. Wiedziałem, jak to jest.

Chwyciłem go za nadgarstki, usiłując się uwolnić z uścisku.

– Powiedziałem ci, że to nie jest facet, którego szukasz, Joel – krzyknął Burke do wściekłego kowboja. – Nie zadzieraj z Suttonem, jeśli nie chcesz się narazić jego braciom. – Barman oparł się o blat i uniósł ostrzegawczo palec. – Na twoim miejscu znalazłbym sobie dobrą kryjówkę, bo gdy tylko Cy usłyszy, co opowiadasz o jego kobiecie, będzie po tobie – zagroził.

Ktoś z obecnych na sali włączył się do dyskusji.

– A żebyś wiedział. Lubimy Leo, więc nie licz, że staniemy w twojej obronie, kiedy Cy wyrwie ci wszystkie kończyny i będzie cię nimi okładał.

Tłum zgodnie mruknął na te słowa.

Wszyscy lubili Leo. Była ładna, mądra, bezczelna i otwarcie okazywała swoje uczucia. Ludzie nie pozwalali, aby ktokolwiek źle się o niej wyrażał właśnie dlatego, że chodziła z Cyrusem, który przejął po naszym ojcu etykietkę ważnej osobistości w społeczności miejskiej. Kiedy tu wrócił, dało się odczuć, jakby całe miasto odzyskało jakiś brakujący kawałek. Wielu mieszkańców skorzystało na tym finansowo, ponieważ przemienił nasze ranczo w ośrodek wypoczynkowy wysokiej klasy. Obecność Cyrusa w miasteczku służyła interesom, a ludzie wiedzieli, że nie wyjedzie, dopóki Leo będzie tu szczęśliwa, więc robili wszystko, aby czuła się w Sheridan mile widziana. Poza tym miała szansę przełamać wreszcie żałosne pasmo porażek miłosnych w rodzinie Warnerów.

Wraz z pojawieniem się Leory Conner Cy zaczął się uśmiechać. Pochodziła z miasta, więc początkowo wszyscy myśleli, że szybko spakuje manatki i zwieje. Dopóki nie zobaczyli ich razem. Stało się jasne jak słońce, że Leo pragnie być tam gdzie Cy, a co za tym idzie, mój brat nigdzie się nie ruszy, a ona tu z nim zostanie. Ta kobieta sprawiła, że surowy, poważny Cyrus wreszcie wyluzował i nie musiałem się już martwić, że dostanie zawału przed pięćdziesiątką. Nic więc dziwnego, że wszyscy ją lubili, a mój brat ją kochał, więc nikt nie zamierzał pozwolić jakiemuś wkurzonemu kowbojowi źle się o niej wyrażać tylko dlatego, że sam wybrał dla siebie niewłaściwą kobietę.

Mężczyzna potrząsnął mną, aż zaszczękałem zębami, i jeszcze mocniej przycisnął mnie do baru. Kątem oka ujrzałem Burke’a rozmawiającego przez telefon i domyśliłem się, że dzwoni na ranczo lub do szeryfa.

– Sam nie możesz sobie ze mną poradzić? Musisz się chować za braciszkami? – szydził ze mnie wściekły mężczyzna.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu poprzez mgłę, w którą się zanurzyłem, przedostało się do mnie coś innego niż przerażenie i obrzydzenie. Łączyła mnie z braćmi silna więź, przynajmniej do niedawna. A jednak nigdy nie potrzebowałem, żeby walczyli w mojej obronie. Nasz ojciec zadbał, by każdy z nas umiał sobie poradzić w tych rejonach, a to wiązało się z korzystaniem z siły fizycznej i umiejętnością zadawania ciosów w walce.

Dotknąłem niezdarnie flanelowej koszuli kowboja i odepchnąłem go od siebie. Zaskoczony cofnął się o krok i oparł się o bar. Ciągle kręciło mi się w głowie. Zbierało mi się na wymioty, a łomot w głowie stał się nie do wytrzymania. Czułem, jak koszula przykleja mi się do spoconej skóry.

– Nie chowam się za nikim – odparłem. – Mówiłem ci, że nie przeleciałem twojej żony.

Facet wreszcie poświęcił chwilę, żeby mi się przyjrzeć. Przesunął wzrok po skołtunionych, długich włosach, popielatej i zarośniętej twarzy, pomiętej koszuli i brudnych dżinsach, na koniec spojrzał na znoszone buty. Wyglądałem, jakbym się wyczołgał z kosza na brudną bieliznę, do tego zalatywało ode mnie jak z podłogi w barze po happy hour. Chyba w końcu to do niego dotarło, bo uniósł brwi i roześmiał się drwiąco.

– Wiesz co, Warner? – zagadnął. – Masz rację. Cyndi z pewnością nie wybrałaby takiego żałosnego typka jak ty, gdyby chciała się pieprzyć z kimś innym niż ja.

Nie mogłem się z nim nie zgodzić. Prawdopodobnie wybrałaby również faceta, któremu staje, a to nie zdarzyło mi się już od dawna.

– Dość – warknął Burke, wszyscy wokół poruszyli się niespokojnie. – Joel, jestem pewny, że Cyndi nie sypia z Suttonem, więc zostaw go w spokoju. Jeśli nie wyjdziesz stąd w ciągu następnych kilku minut, Rodie odprowadzi cię do drzwi. Następnym razem zapoznaj się z faktami, zanim zaczniesz mi wszczynać rozróbę w barze. I porozmawiaj ze swoją cholerną żoną.

Rodie Collins był szeryfem i jednym z moich najlepszych przyjaciół z czasów liceum. Burke często dzwonił do niego, żeby zabrał mnie do domu, kiedy moi bracia nie mogli po mnie przyjechać. Ale ostatnio coś się między nami zmieniło. Odniosłem wrażenie, że kontakt ze mną nie służył już jego karierze. Rodie ewidentnie odsuwał się ode mnie, odkąd zacząłem się staczać. Pełnił odpowiedzialne stanowisko, więc moje towarzystwo nie wpływało pozytywnie na jego wizerunek.

– Suttonie, zadzwoniłem na ranczo – zwrócił się do mnie Burke. – Wkrótce ktoś tu po ciebie przyjedzie. – Podał mi nową, wysoką szklankę, prawdopodobnie z wodą. – Wypij to i weź się w garść… – dodał. – Albo przynajmniej udawaj.

Skinąłem głową i zamierzałem wgramolić się z powrotem na stołek barowy, kiedy świat nagle się zatrzymał. Oddech zamarł mi w płucach, serce przestało bić, a mięśnie zesztywniały. Cały hałas wokół ucichł i wtedy na własne oczy ujrzałem, jak mój koszmar wchodzi do baru, ostatniego miejsca na ziemi, w jakim powinien się znaleźć.

Mieszkańcy małego miasteczka są wścibscy. Od razu zwracają uwagę na obcych, wpatrywaliby się w każdą nieznaną im dziewczynę, ale ta była prawdopodobnie najpiękniejszą kobietą, jaka kiedykolwiek przyszła na świat (przynajmniej w moich oczach), więc wszyscy nagle zamilkli i gapili się na nią z nieukrywaną ciekawością. Sam nie mogłem oderwać od niej wzroku. W przeciwieństwie do kowboja nie dwoiła mi się ani nie troiła w oczach. Widziałem ją wyraźnie.

Nie wyglądała jak koszmar, lecz jak spełnienie marzeń.

Zanim się zorientowałem, co robię, chwyciłem szklankę z wodą i cisnąłem nią w plecy kowboja. Zatrzymał się w pół kroku. Zamarł, jak wszyscy inni w barze, wlepił wzrok w dziewczynę, która stała niepewnie w drzwiach. Wiedziałem, że to nieczyste zagranie, ale nic mnie to nie obchodziło. Właśnie gwałcił w myślach jedyną kobietę, o której myślałem od miesięcy.

Burke zaklął, wykrzyknął moje imię i przeskoczył przez bar. Kowboj odwrócił się do mnie. Jego gniew przerodził się w piekielną furię. Woda spływająca po jego plecach wcale nie ostudziła jego wściekłości.

Nawet nie drgnąłem, kiedy się na mnie rzucił.

Ani gdy jego pięść wylądowała na mojej twarzy.

Dopiero kiedy kolanem przyłożył mi w klejnoty, zgiąłem się wpół, jęcząc i próbując złapać oddech. Przeszywał mnie tak silny ból, że ponownie naszła mnie fala mdłości.

Burke starał się, jak mógł, żeby przytrzymać kowboja. Wydobyłem z siebie niski, zduszony śmiech. Spojrzałem na swojego napastnika, celowo ignorując stojącą w drzwiach kobietę. Kiedy ostatnim razem widziałam te urzekające złote oczy, lśniły od łez, bo kazałem jej zniknąć. Nie mogłem znieść, że nie udało mi się jej ochronić… Siebie też nie. Nie umiałem sobie z tym poradzić. Kazałem jej odejść i nigdy nie wracać. Chciałem, żeby trzymała się jak najdalej od tego miejsca i wspomnień, które powoli mnie zabijały. Uznałem, że będzie miała wtedy większe szanse na uporanie się ze zmorami przeszłości. Zasługuje na to bardziej niż ja.

Nie posłuchała. A ja nie mogłem zaakceptować myśli, że jakaś część mnie skrycie liczyła na jej powrót.

– Hej, kowboju! – zawołałem drżącym głosem.

Wyprostowałem się, stojąc niepewnie na nogach. Wytarłem usta wierzchem dłoni, posłałem mu wymuszony uśmiech i poruszyłem brwiami, chociaż pękała mi od tego głowa.

– Nie pieprzyłem twojej żony, ale teraz, gdy wiem, że jest łatwa, przy następnej okazji z pewnością ją odwiedzę – rzuciłem prowokacyjnie.

Wydał z siebie głośny ryk, który wstrząsnąłby murami, gdyby Big Horn nie był zbudowany z ręcznie ciosanych belek i nie przetrwał setek surowych zim Wyoming. Nie było mowy, aby po tych słowach Burke dał radę powstrzymać mężczyznę od rzucenia się na mnie, i nikt z obecnych, kto je usłyszał, nie odmówiłby mu do tego prawa.

Dotarł do mnie zduszony kobiecy okrzyk „nie!” i wiedziałem, że to ona go z siebie wydała. Od razu przypomniałem sobie, jak krzyczała, walcząc o wolność i życie.

Wszystko byłoby dobrze, gdyby kowboj znów uderzył mnie w twarz. Głowa i tak mi pękała, a nos miałem już kiedyś złamany. Przygotowałem się też na kolejny nieczysty cios w jaja. Prawdziwi mężczyźni nigdy nie zadawali ciosów w to miejsce (chyba że nie mieli innej możliwości), więc ten furiat złamał już niepisane zasady. Być może słyszał, że zostałem postrzelony i jak to się dla mnie skończyło. Niby doszedłem do siebie w szpitalu w Montanie, jednak, o czym wszyscy wiedzieli, od dawna nie pracowałem na ranczu i nie pomagałem braciom w interesach. Doskonale zdawali sobie również sprawę, że od tamtej pory stałem się cieniem dawnego siebie.

A może akurat ten facet o niczym nie wiedział i zwyczajnie miał farta.

Uderzył mnie w sam środek klatki piersiowej. Zabolało mocniej niż cios w jaja. Pociemniało mi przed oczami, nie mogłem już ustać na nogach. Upadłem na ziemię.

Usłyszałem, jak przerażona kobieta wykrzykuje moje imię, dokładnie tak samo jak tamtego dnia. Wspomnienia zagłuszyły wszelkie docierające do mnie bodźce.

Miałem wrażenie, że ostatnie uderzenie zmiażdżyło mi serce.

Nie mogłem oddychać.

Nic już nie widziałem.

Nie mogłem się też ruszyć, ale wciąż słyszałem jej krzyki, które podążyły za mną w ciemność.

Rozdział 2

W sercu chaosu

Emrys

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18

TYTUŁ ORY GINAŁU:

Shelter (Getaway #2)

Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Wydawca: Agata Garbowska

Redakcja: Marta Pustuła

Korekta: Ewa Popielarz

Projekt okładki: Łukasz Werpachowski

Zdjęcie na okładce: © Ollyy/Shutterstock.com

Shelter

Copyright © 2017 by Jennifer M. Voorhees.

Copyright © 2020 for the Polish edition

by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Karolina Bochenek, 2020

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2020

ISBN 978-83-66654-39-6

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek